Blog

  • Prezydenci mówią inaczej. Szwedzka lektura amerykańskiej retoryki

    Prezydenci mówią inaczej. Szwedzka lektura amerykańskiej retoryki

    Martin Luther King w kamieniu (lic. Depositphotos)

    Jarosław Płuciennik. Z cyklu „Obserwatorium Retoryki i Komunikacji”

    13 sierpnia 2026

    W dzisiejszym „Under strecket” — legendarnej rubryce felietonowej „Svenska Dagbladet”, ukazującej się nieprzerwanie od 1918 roku — Hans Ingvar Roth, profesor praw człowieka na Uniwersytecie Sztokholmskim, omawia nową książkę Bena Rhodesa „All we say: The battle for American identity — a history in 15 speeches” (Bodley Head). Rhodes, przez osiem lat współtwórca mów Baracka Obamy (to on współtworzył kairskie przemówienie „A new beginning” z 2009 roku), analizuje piętnaście mów, które ukształtowały amerykańską tożsamość — od rewolucji po prezydenturę Donalda Trumpa.

    Teza Rotha i Rhodesa jest prosta: amerykańska polityka od początku krąży wokół jednej rany — przepaści między ideałem a rzeczywistością. Konstytucja obiecuje równość, praktyka ją łamie. Wielkie przemówienia amerykańskie to kolejne próby zszywania tej rany słowem. Lincoln pod Gettysburgiem (1863) — dwie minuty wzorowane na mowie pogrzebowej Peryklesa — definiuje Amerykę jako projekt moralny „poczęty w wolności”. Martin Luther King w 1963 roku porzuca przygotowany konspekt, gdy Mahalia Jackson woła zza sceny: „Opowiedz im o swoim śnie, Martin” — i improwizując tworzy „I have a dream”. „Mam marzenie”… Tytuł książki Rhodesa pochodzi z ostatniej mowy Kinga, wygłoszonej w Memphis dzień przed zamachem: wszystko, co mówimy Ameryce, to — bądź wierna temu, co obiecałaś na papierze.

    Najciekawszy w eseju Rotha jest jednak wątek medioznawczo-kulturoznawczy. Mowy z XVIII i XIX wieku docierały do obywateli pośrednio: przez pamflety i relacje dziennikarzy, często podretuszowane. Radio dało Rooseveltowi mowę o czterech wolnościach (1941), telewizja dała Kennedy’emu zwycięstwo nad spoconym Nixonem (1960). A internet? Zdaniem Rhodesa media społecznościowe wyjałowiły i sfragmentaryzowały mowę polityczną: format TikToka nie mieści dłuższej narracji, wokół której obywatele mogliby się zgromadzić. To diagnoza bliska Habermasowi — rozpad przestrzeni deliberacji na strumień bodźców.

    I tu wchodzi Trump — jak pisze Roth, z improwizowanymi hugskott (pomysłami rzucanymi ad hoc) zamiast ustrukturyzowanych tekstów poprzedników. Trump zresztą sam nazwał swój styl: „the weave”. Słowniki podpowiadają tłumaczenie jako „splot” albo „tkanie”, ale to przekłady zbyt nobilitujące — tekst pochodzi wszak od łacińskiego textum, tkanina, więc mówiąc „splot”, przyznawalibyśmy Trumpowi status tkacza tekstu, dokładnie ten, który sam sobie nadaje. Uczciwszym przekładem jest „dzierganie”: drobne oczka, luźna włóczka, coś się pruje, coś zwisa — zapamiętała krzątliwość bez wzoru. Trump twierdzi, że mówi o dziewięciu rzeczach naraz, a wszystkie „genialnie schodzą się razem” — i że zaprzyjaźnieni profesorowie angielskiego uważają to za rzecz najświetniejszą, jaką widzieli. Lingwiści i komentatorzy nazywają to samo zjawisko mniej uprzejmie: rambling, ględzenie, słowna sałatka, niezdolność doprowadzenia myśli do końca.

    Warto tu przypomnieć powiedzenie Woodrowa Wilsona, zapisane we wspomnieniach jego sekretarza marynarki Josephusa Danielsa (anegdota wędrowna, przypisywana wcześniej i innym mówcom, ale u Wilsona kanoniczna): jeśli mam mówić dziesięć minut, potrzebuję tygodnia przygotowań; jeśli piętnaście — trzech dni; jeśli pół godziny — dwóch dni; jeśli godzinę — jestem gotów od razu. To cała ekonomia retoryki w czterech taktach: krótkość kosztuje, gadanie jest darmowe. Lincoln mówił pod Gettysburgiem dwie minuty — licząc po wilsonowsku, przygotowywał się do nich całe życie. Trump dzierga półtorej godziny i dłużej — rachunek każdy zrobi sam. Rhodes nie kryje nostalgii za dawną sztuką oratorską — w jego narracji Obama staje się niemal ostatnim wielkim mówcą klasycznej tradycji.

    Polski czytelnik ma tu jednak prawo do pewnej podejrzliwości wobec zbyt łatwej opozycji: piękna mowa — bełkot. Pamiętamy przecież fenomen retoryki Lecha Wałęsy. O tym powstawały całe tomy, pamiętam numer tematyczny Tekstów Drugich w 1990. Wałęsa mówił niepoprawnie, łamał składnię, mieszał wątki — „nie chcem, ale muszem” — a jednak był mówcą skuteczniejszym niż wszyscy poprawni sekretarze razem wzięci. Różnica między nim a Trumpem nie leży więc w formie, bo forma jest u obu chaotyczna. Leży w pokryciu. Retoryka klasyczna nazywała to etosem: wiarygodnością mówcy poprzedzającą każde jego słowo. Etos Wałęsy był pokryty biografią — stocznią, strajkiem, internowaniem — i wspólnym doświadczeniem milionów słuchaczy. Jego chaos był mimowolny, dlatego brzmiał jak prawda wydobywająca się spod języka. Grecy mieli na to słowo: parrhesia, mowa szczera, mówienie prawdy mimo ryzyka. Trump odwraca ten układ: chaos performuje, brandinguje go i sprzedaje jako geniusz. Tam, gdzie u Wałęsy niepoprawność była ceną prawdy, u Trumpa jest produktem — dzierganym publicznie, oczko po oczku, bez wzoru i bez końca.

    Roth kończy swój esej trzeźwo: przepaść między ideałem a rzeczywistością pozostanie osią amerykańskiej polityki. Można dodać: o tym, czy mowa polityczna tę przepaść zszywa, czy tylko ją zakrzykuje, nie decyduje poprawność składni. Decyduje to, czy za słowami stoi ktoś, kto za nie zapłacił.

     

    Źródło: Hans Ingvar Roth, „Presidentens tal låter väldigt annorlunda nu”, Svenska Dagbladet, „Under strecket”, 13 sierpnia 2026; Ben Rhodes, „All we say: The battle for American identity — a history in 15 speeches”, Bodley Head 2026; Jerzy Bralczyk, „O języku Wałęsy”, „Teksty Drugie” 1990, nr 4, s. 60–81; Marek Czyżewski, Sergiusz Kowalski, „Retoryka Wałęsy”, „Teksty Drugie” 1990, nr 4, s. 82–92.

  • Debata o Nobel Center: czy budynek może być symbolem wiedzy?

    Debata o Nobel Center: czy budynek może być symbolem wiedzy?

    Lund, jedna z zabytkowych uliczek, zdjęcie własne Jarosław Płuciennik, sierpień 2026

    Kontempluję właśnie na wakacjach architekturę szwedzką — w miastach, miasteczkach i wsiach. Wszędzie uderza mnie intencjonalność porządku tej architektury. Jest po prostu ładnie.

    Tymczasem, w „Svenska Dagbladet” (Under strecket, 6 sierpnia) Jadwiga Krupinska, emerytowana profesorka architektury KTH, analizuje projekt nowego Nobel Center przy Slussen w Sztokholmie, który według zapowiedzi ma stać się „międzynarodowym symbolem wiedzy”. Autorka pyta, czy prezentowany projekt zdoła kogokolwiek poruszyć — i zestawia go z biblioteką narodową Perraulta w Paryżu oraz Biblioteką Miejską Asplunda, budynkami, które wiedzę wcielają zmysłowo i cieleśnie: przez światło, ciszę i choreografię wejścia. To ciekawy przykład szwedzkiej debaty publicznej, w której architektura traktowana jest serio jako nośnik wartości kulturowych — a nie tylko kwestia estetyki czy budżetu.

  • Uniwersytety w Szwecji, Polsce i Ameryce — prestiż czy polityka

    Uniwersytety w Szwecji, Polsce i Ameryce — prestiż czy polityka

    Obserwatorium Nordyckie | 6 maja 2026

    Jarosław Płuciennik


    Poniedziałkowy numer Svenska Dagbladet przynosi felieton, który inspiruje. Johannes Lindvall, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie w Göteborgu, stawia w rubryce Under strecket pytanie, które coraz trudniej ignorować: dlaczego Szwedzi wciąż ufają swoim uniwersytetom, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii szkolnictwo wyższe stało się polem otwartej wojny kulturowej?

    Odpowiedź, jaką Lindvall konstruuje, jest precyzyjna i niepokojąca zarazem — bo pokazuje, że ów nordycki spokój nie jest stanem naturalnym, lecz kruchą równowagą, wymagającą nieustannej troski.

    Życie uniwersyteckie (lic. Depositphotos)

    Ameryka jako lustro

    Punktem wyjścia jest diagnoza sytuacji w USA. Od stycznia 2025 roku, gdy Donald Trump po raz drugi objął urząd prezydenta, kampania jego administracji przeciwko uczelniom nabrała cech systematycznej ofensywy, o czym Obserwatorium Nordyckie już pisało: groźby cofnięcia finansowania badań, kosztowne procesy sądowe, naciski na zmianę polityki kadrowej i programowej. W lutym 2026 roku rząd federalny złożył przeciwko Harvardowi pozew opiewający na miliard dolarów. Nie jest to tylko spór o pieniądze — to próba zmiany tego, czym w ogóle jest uniwersytet.

    Lindvall wskazuje, że w tle konfliktu leżą dwa fundamentalne pytania. Pierwsze dotyczy ekonomii: czy uczelnie są demokratycznym narzędziem awansu społecznego, czy też — jak twierdzą krytycy — głównie maszyną do reprodukowania uprzywilejowanych elit? Drugie dotyczy wartości: czego i w jakim duchu uczą? Odpowiedzi na oba pytania stały się w USA kwestią identyfikacji partyjnej. I to właśnie jest, zdaniem Lindvalla, scenariusz, którego Szwecja powinna za wszelką cenę uniknąć.

    Badania Gingrich: mapa poparcia

    Centralnym punktem odniesienia w felietonie są wyniki dużego badania porównawczego, opisanego w artykule naukowym Who backs universities? Public attitudes and contemporary backlash (Jane Gingrich, „Comparative Education”). Badanie — przeprowadzone jesienią 2024 roku na próbie około 1500 respondentów w każdym z pięciu tylko krajów: USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Szwecji — miało na celu zmierzenie nie tylko ogólnego poziomu zaufania do uczelni, ale przede wszystkim mechanizmów, które za nim stoją lub które go podkopują.

    Gingrich, profesorka polityki społecznej w Oksfordzie, od lat bada politykę edukacyjną w perspektywie porównawczej, ze szczególnym uwzględnieniem tego, jak reformy rynkowe zmieniają postawy obywateli wobec instytucji publicznych. Jej projekt obejmował trzy eksperymenty osadzone w ankiecie: analizę conjoint dotyczącą postrzegania jakości edukacji, test gotowości wyborców do karania rządzących za słabe wyniki systemu edukacji, oraz — najważniejszy dla interesującej nas kwestii — badanie mechanizmów odpowiedzialnych za rosnący backlash wobec szkolnictwa wyższego wśród określonych grup społecznych.

    Wyniki są jednoznaczne: Szwecja wyróżnia się pozytywnie na tle wszystkich pozostałych krajów. Podziały ideologiczne wokół szkolnictwa wyższego są tu znacznie mniejsze niż w krajach pozostających pod wpływem anglo-amerykańskiego modelu; uczelnie są postrzegane jako instytucje użyteczne dla całego społeczeństwa, a nie tylko dla jednej jego klasy czy orientacji politycznej. Przeciętny wynik zaufania w Szwecji jest wyraźnie wyższy niż w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie polaryzacja osiągnęła poziom alarmujący.

    Trzy wyjaśnienia nordyckiej odporności

    Lindvall proponuje trzy wzajemnie uzupełniające się wyjaśnienia.

    Pierwsze: struktura ekonomiczna. W Szwecji różnica płac między osobami z wyższym i bez wyższego wykształcenia jest relatywnie niewielka — mniejsza niż w USA, Wielkiej Brytanii czy Polsce. System finansowania studiów oparty jest na państwowych pożyczkach studenckich, a nie na prywatnym zadłużeniu, co radykalnie obniża ekonomiczne ryzyko podjęcia studiów. W efekcie dostęp do uczelni jest powszechny, a resentyment wobec “wykształconych elit” — znacznie słabszy. Gdy dyplom nie jest wyrocznią klasową, trudniej go demonizować.

    Drugie: mniejsza intensywność konfliktów kulturowych. W Szwecji o programach nauczania, wykładowcach gościnnych czy polityce rekrutacyjnej toczy się mniej ostrych batalii niż w USA i Wielkiej Brytanii. Uczelnie są traktowane — i same się traktują — bardziej jako miejsca pracy i badań niż jako sceny dramatów ideologicznych. Kontrowersje wokół kursów czy języka akademickiego zdarzają się, ale mają znacznie mniejszy ładunek symboliczny i polityczny.

    Trzecie: reprezentatywność polityczna kadry. Powołując się na badania ekonomistów Niclas Berggren i Henrik Jordahl oraz socjolożki Charlotty Stern, Lindvall zauważa, że szwedzcy wykładowcy akademiccy są politycznie bliżsi ogółowi społeczeństwa niż ich odpowiednicy w USA czy Wielkiej Brytanii. To ogranicza wiarygodność narracji o “lewicowej bańce kampusowej” — bo gdy kadra jest mniej jednorodna politycznie, trudniej ją przedstawiać jako ideologiczną enklawę.

    Polska: między Stokholmem a Waszyngtonem

    Kiedy przykładamy ten analityczny szkielet do polskich realiów, obraz jest mniej optymistyczny — choć nie beznadziejny.

    Pod względem zaufania instytucjonalnego Polska plasuje się znacznie bliżej modelu anglo-amerykańskiego niż nordyckiego. Polacy generalnie są bardziej nieufni wobec instytucji publicznych (co potwierdzają systematycznie dane Eurobarometru i CBOS), a uczelnie nie są tu wyjątkiem. Towarzyszą temu trzy narracje, które wzajemnie się wzmacniają: uczelnie jako środowisko oderwane od rynku pracy i produkujące “bezużyteczne dyplomy” (słynna teza prezesa PZU Klesyka o fabrykach bezrobotnych); uczelnie jako bastion liberalno-lewicowej ideologii; uczelnie jako środowisko nepotyczne i zamknięte na zewnętrzną krytykę.

    Lata 2015–2023 były pod tym względem szczególnie napięte. Reforma Gowina (ustawa 2.0) zmieniła strukturę zarządzania uczelniami w sposób budzący uzasadnione obawy o ich autonomię. Atak na gender studies i “ideologię gender” stał się elementem szerszej polityki kulturowej państwa PiS. Ustawa o IPN z 2018 roku usiłowała ograniczyć swobodę badań historycznych a finansowanie tej instytucji odebrało nikłe finansowanie badań historycznych (gdyby te pieniądze trafiły do instytutów PAN…) W odpowiedzi środowisko akademickie — słusznie — zaangażowało się w obronę praworządności, aktywizując m.in. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, który organizował strajki okupacyjne w całej Polsce.

    Ale tu pojawia się paradoks, który Lindvall — choć nie pisze o Polsce — diagnozuje precyzyjnie: zaangażowanie polityczne środowiska akademickiego w obronie wartości demokratycznych jest uzasadnione i potrzebne, ale niesie ze sobą ryzyko trwałego utożsamienia uczelni z jedną stroną podziału politycznego. Jeśli uniwersytet zaczyna być postrzegany nie jako instytucja “nad barykadą”, lecz “po jednej stronie barykady” — traci część swojej społecznej bazy zaufania.

    Polska ma ponadto jeden z wyższych w Europie współczynników premii płacowej za dyplom. Dyplom wciąż wyraźnie oddziela klasy społeczne, co tworzy podatny grunt dla populistycznej narracji obencnej wśród tradycyjnego elektoratu prawicowego o “wykształciuchach”. To głęboka różnica strukturalna w stosunku do Szwecji — i prawdopodobnie jeden z ważniejszych powodów, dla których polski backlash wobec uczelni ma większy potencjał mobilizacyjny niż szwedzki.

    Co można zachować, co zbudować

    Polska dysponuje jednak zasobami, których nie wolno lekceważyć. Tradycja inteligencji — pojęcie nieprzetłumaczalne na szwedzki ani angielski — oznaczała historycznie społeczną odpowiedzialność wykształconej warstwy za całą wspólnotę, nie tylko za własne interesy korporacyjne. To dziedzictwo nie zniknęło. Polskie uczelnie mają też, pomimo wszystkich kryzysów, stosunkowo wysoką pozycję w systemie wartości społecznych — dyplom wciąż jest ceniony, nawet gdy konkretne uczelnie są krytykowane.

    Lindvall w swoim felietonie formułuje trzy filary, na których opiera się szwedzki model: wolność badań, dydaktyka i zaangażowanie w życie społeczne — bez ostentacyjnego demonstrowania politycznych preferencji. To nie jest postulat apolityczności, bo apolityczność jest iluzją. To postulat wiarygodności: instytucja jest wiarygodna wtedy, gdy jej działania publiczne wynikają z racji epistemicznych i etycznych, a nie z lojalności partyjnej.

    Paradoks polega na tym, że w Polsce lat 2015–2023 demonstrowanie politycznych preferencji przez środowisko akademickie było moralnie konieczne — bo zagrożona była sama substancja instytucji. Ale w Polsce lat 2025 i kolejnych wyzwaniem jest coś innego: odbudowanie zaufania tych grup społecznych, które postrzegają uniwersytet jako instytucję obcą. A to wymaga czegoś więcej niż poprawności politycznej po właściwej stronie — wymaga odwagi intelektualnej, gotowości do stawiania pytań niewygodnych dla własnego środowiska i obecności w debacie publicznej, która nie ogranicza się do mediów jednej opcji.

    Addendum (6 maja 2026): Humanistyka i totalobronność

    Dwa dni po felietonie Lindvalla ta sama rubryka Under strecket przynosi tekst równie niepokojący, tyle że z innej strony. Susanne Dodillet — historyczka edukacji i dydaktyk pedagogiki na Uniwersytecie Sztokholmskim, autorka książki Historien om det moderna universitetet — stawia pytanie, które na pierwszy rzut oka brzmi zaskakująco: co ma wspólnego humanistyka z obronnością państwa?

    Więcej niż mogłoby się wydawać. I właśnie to “więcej” jest problematyczne.

    Kampus na usługach totalobronności

    Od jesieni 2025 roku totalförsvaret — szwedzki system obrony totalnej, łączący wojsko z cywilną odpornością społeczeństwa — powrócił do programów szkół średnich. Rekruci uczą uczniów podstaw wojskowych. Szkoła ma “kształtować wartości” i “wzmacniać demokratyczną odporność”. Na poziomie wyższym działa projekt “Campus totalförsvar” — strategiczna współpraca między akademią, władzami, biznesem i społeczeństwem obywatelskim, w której uczestniczy ponad 30 uczelni. Jego strona internetowa deklaruje, że celem jest wyposażenie społeczeństwa w wiedzę i kompetencje potrzebne do stawienia czoła wyzwaniom “jutra”.

    “Humaniora ma w tej inicjatywie naturalne miejsce” — pisze Dodillet, cytując głos środowiska. Historycy i badacze idei mają wzmacniać “humanistyczną sprawność duchową” i budować “demokratyczną odporność”. Brzmi szlachetnie. Ale Dodillet drąży głębiej.

    Torsten Husén i paradoks demokratycznej propagandy

    Centralną postacią jej analizy jest Torsten Husén (1916–2009) — psycholog szkolny i wieloletni grand old man szwedzkiej polityki oświatowej. Husén badał propagandę pierwszej wojny światowej i zauważył, że zawołanie “Make the world safe for democracy” — z którym USA i Wielka Brytania weszły do konfliktu — było przez wojujące strony odczytywane jako ideologiczne uzasadnienie, nie zaś jako cel sam w sobie. Motywy geopolityczne zepchnęły ideały na drugi plan.

    Po wojnie Husén kontynuował badania jako psycholog wojskowy i trafił na paradoks, który go nie opuszczał: propaganda może być skuteczna jako wsparcie demokratycznego państwa, ale jeśli jest zbyt nachalna, staje się moralnie wątpliwa — i odwrotnie: naprawdę demokratyczne wychowanie zakłada krytyczne myślenie i autonomię jednostki, co jest złą podstawą do masowej mobilizacji. Długie wojny niszczą morale ludu; propaganda musi je uzupełniać — ale propaganda jest sprzeczna z tym, co demokracja głosi o samej sobie.

    Husén zaangażował się w prace komisji szkolnej z 1946 roku, która ustanowiła fundamenty “demokratycznej szkoły” w powojennej Szwecji. Komisja kładła nacisk na kształcenie “samodzielnych i krytycznych obywateli”, zdolnych do własnych ocen i odpornych na demagogię. Ale w tle zawsze była ta sama obsesja: jak wychować ludzi, którzy będą dobrowolnie bronić wspólnoty, nie tracąc przy tym wolności myślenia?

    Czym jest “demokratyczna odporność”?

    Dodillet dostrzega ciągłość tej debaty aż po dzień dzisiejszy. Rządowa strategia demokratyzacji z 2018 roku mówi o “wzmacnianiu odporności obywateli”. “Campus totalförsvar” obiecuje, że szkoła da uczniom “poczucie sprawczości i przynależności” oraz “wychowa ich do misji demokratycznej”. To — jak zauważa Dodillet — jest niemal dosłownie język Huséna sprzed siedemdziesięciu lat.

    I tu pojawia się pytanie, które czyni ten felieton tak intelektualnie drapieżnym: czy wysoki poziom zaufania Szwedów do swoich uczelni — ten sam, który Lindvall opisuje z podziwem — nie jest po części efektem osiemdziesięciu lat spokojnej, konsekwentnej “totalizacji” społeczeństwa przez system edukacji? Czy uczelnie cieszą się zaufaniem dlatego, że są instytucjami wolności — czy dlatego, że skutecznie wytworzyły wspólnotę wartości, która jest zarazem wspólnotą obronną?

    Co to znaczy dla roli humanistyki?

    To pytanie ma bezpośrednie implikacje dla humanistyki. Jeśli humanistyka jest “naturalnie” powołana do budowania demokratycznej odporności — kto definiuje jej treść? Kto decyduje, które narracje historyczne wzmacniają tę odporność, a które ją osłabiają? Kto ocenia, czy “krytyczne myślenie” jest właściwie wyważone między autonomią jednostki a lojalnością wobec wspólnoty?

    Dodillet nie odpowiada wprost — i słusznie. Stawia raczej diagnozę: przez całą powojenną historię Szwecji granica między “wolną humanistyką” a “humanistyką użyteczną dla państwa” była rozmyta. Uczelnie kształciły “demokratycznych obywateli” — co brzmiało jak projekt emancypacyjny, ale miało też zawsze wymiar mobilizacyjny. W czasach pokoju napięcie to pozostawało uśpione. W czasach zagrożenia — jak teraz, gdy Szwecja jest w NATO i realna obawa przed konfliktem z Rosją kształtuje debatę publiczną — napięcie to się ujawnia.

    Polskie echo

    Dla polskiego czytelnika te rozważania mają gorzki smak rozpoznania. Polska humanistyka przez dziesięciolecia była narzędziem “kształtowania świadomości narodowej” — w wersji komunistycznej i nacjonalistycznej, zależnie od okresu. Emancypacja od tej instrumentalizacji była jednym z głównych projektów środowiska humanistycznego po 1989 roku. Tymczasem felieton Dodillet przypomina, że nawet w liberalnej demokracji humanistyka nie istnieje w próżni — zawsze jest zakorzeniona w jakimś projekcie wspólnotowym.

    Pytanie nie brzmi więc: czy humanistyka ma służyć społeczeństwu? — bo oczywiście ma. Pytanie brzmi: jakiemu społeczeństwu, jakim wartościom i w jaki sposób? I kto ma prawo to rozstrzygnąć?

    Jeśli zestawimy oba felietony — Lindvalla i Dodillet — otrzymujemy obraz bardziej złożony niż prosty kontrast “dobrego nordyckiego modelu” wobec “złego modelu anglo-amerykańskiego”. Szwecja wypracowała instytucjonalne zaufanie do uczelni przez dekady — ale wypracowała je częściowo dlatego, że konsekwentnie integrowała edukację wyższą z projektem demokratycznej wspólnoty obronnej. To nie jest bezkosztowe. I to nie jest model, który można po prostu skopiować.

    Prawdziwa autonomia uczelni — ta, o którą warto walczyć — nie polega ani na izolacji od społeczeństwa, ani na bezrefleksyjnym służeniu jego doraźnym celom. Polega na zdolności do podtrzymywania namysłu, który jest jednocześnie głęboko zakorzeniony i nieustępliwie wolny. Humanistyka, która potrafi to pogodzić, jest wartością publiczną. Humanistyka, która wybiera tylko jedno z tych dwóch — albo staje się wieżą z kości słoniowej, albo maszyną ideologiczną.


    Felieton Johannesa Lindvalla „Därför litar vi ännu på våra universitet” ukazał się w Svenska Dagbladet 4 maja 2026 r. Felieton Susanne Dodillet „Demokratisk fostran – för totalförsvaret?” ukazał się w tym samym dzienniku 6 maja 2026 r. Badania Gingrich cytowane przez Lindvalla opisane są w artykule „Who backs universities? Public attitudes and contemporary backlash”,w: „Comparative Education”. Wcześniej Gingrich, Schools and Attitudes Toward Economic Equality,”Policy Studies Journal” 47, 2, 2019.

  • Döstädning na zawsze. Odeszła Margareta Magnusson (1934-2026)

    Döstädning na zawsze. Odeszła Margareta Magnusson (1934-2026)

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Jarosław Płuciennik

    Co to jest döstädning

    12 marca 2026 roku zmarła Margareta Magnusson – szwedzka malarka, ilustratorka i pisarka, która stała się nieoczekiwaną gwiazdą globalnej kultury popularnej dzięki jednemu słowu: döstädning. Miała, jak sama pisała o sobie, „od osiemdziesięciu do stu lat” (s. 7). Ta celowa nieścisłość z jej książki była typowa dla jej charakteru: przewrotna, rozbrajająca i niepozbawiona głębi.

     – śmierć. Städning – sprzątanie. Döstädning to szwedzki zwyczaj porządkowania swojego życia i dobytku jeszcze za życia – tak, by nie zostawiać bałaganu dzieciom, wnukom ani znajomym, którzy i tak będą mieć po nas dość zachodu. Magnusson pisała o tym jako o moralnym obowiązku wobec najbliższych, ale też wobec planety, którą po sobie zostawiamy.

    Skräp („rupieciarnia”) kontra sens

    W ostatnich latach można ją było spotkać na ulicach Sztokholmu – nieco pochyloną starszą panią (miała 92 lata) w jaskrawej, w paski bluzce, pchającą chodzik i dzierżącą chwytaka, którym niezawodnie zbierała z chodnika niedopałki papierosów. Każde takie sprzątanie dawało jej małą ulgę, coś w rodzaju odpuszczenia grzechów: była przecież przez wiele lat nałogową palaczką.

    Döstädning nie było dla niej abstrakcją. Trzykrotnie doświadczyła odroczonego sprzątania po śmierci bliskich – matki, teściowej i męża Larsa. To ostatnie zbiegło się z jej przeprowadzką z dużego rodzinnego domu. Wiedziała, jak wygląda góra cudzych rzeczy i co ona robi z żałobą.

    Szwecja wydaje się krajem pozbawionym sentymentalizmu, działającym „na zimno”, „trzeźwo” – co może mieć źródła w tym także, że Wikingowie wkładali do grobów dobytek zmarłego, żeby pozbyć się go z oczu i żeby nie musieć obawiać się duchów (s.23) . Döstädning jest kontynuacją tej tradycji. Mężczyźni — wydaje się — rzadko potrafią się do niej zmusić – zatrzymują nawet zardzewiały gwóźdź na wszelki wypadek. Kobiety chyba potrafią. (rozdz. „Samotni mężczyźni” s. 26) Magnusson była w tym obsesyjna.

    Bestseller, który zmienił narrację o starości

    W 2017 roku, mając osiemdziesiąt jeden lat, Magnusson opublikowała Döstädning. The Gentle Art of Swedish Death Cleaning – i nieoczekiwanie zyskała globalną publiczność. Książka ukazała się w ponad trzydziestu krajach i stała się zjawiskiem wydawniczym na miarę Magii sprzątania Marie Kondo – choć w zupełnie innym tonie.

    Recenzenci zgodnie podkreślali właśnie tę różnicę. „Washington Post” pisał, że Magnusson jest prosta i pozbawiona sentymentalizmu, z odrobiną humoru, a jej główne przesłanie brzmi: weź odpowiedzialność za swoje rzeczy i nie zostawiaj ich jako ciężaru dla rodziny i przyjaciół. „New York Times” nazwał książkę „proustowską” – czarującą i dygresyjną wycieczką po życiu autorki zapisanym w przedmiotach. Psychiatryresource.com wskazywał, że Magnusson nie ogranicza się do pytania co zrobić z rzeczami, ale przede wszystkim wyjaśnia dlaczego warto to zrobić.

    Podejście Magnusson było też znacznie łagodniejsze i bardziej narracyjne niż system Kondo. Tam gdzie Kondo każe wysypać cały dobytek na podłogę i zrobić ogromny bałagan, döstädning jest powolne, stopniowe i przemyślane – robione z wyprzedzeniem, w przygotowaniu na nieuchronne.

    Rzeczy, które zostają

    Magnusson nie była dogmatyczką minimalizmu. Rozumiała, że niektóre rzeczy są nie do oddania. Muszle zbierane w dzieciństwie na plażach koło Göteborga, rozpadająca się książka kucharska z odręcznie zapisanymi przepisami, drewniany ptak z Afryki, miękkie niemowlęce ubranka szyte przez matkę – i trzy pluszowe zwierzęta: Ferdinam, Drogi Bumbal i Stary Niedźwiedź, żywe jak prawdziwe zwierzęta domowe. Zostawiła je wszystkie.

    Miała też praktyczny pomysł na rzeczy wartościowe wyłącznie dla siebie: pudełko niezbyt duże, z kamieniem, listem, zasuszonym kwiatem – z etykietką „Prywatne: wyrzucić”. Dzieci i tak zajrzą do środka, ale ważne, żeby wypełniły polecenie.

    Podejście Magnusson zainspirowało nawet TV reality serial pt. The Gentle Art of Swedish Death Cleaning. (UKTV Play in the UK, and on SBS and SBS On Demand in Australia.)

    Tokio i Sztokholm: minimalizm jako postawa wobec życia

    Patrząc na filozofię Magnusson, trudno nie pomyśleć o Hirayamie – bohaterze filmu Perfect Days (2023) Wima Wendersa. Ten tokijski sprzątacz publicznych toalet żyje w kawalerce wypełnionej tylko tym, co konieczne i co kocha: starannie ułożonymi książkami, kasetami z muzyką Lou Reeda i Van Morrisona, analogowym aparatem fotograficznym. Każdy dzień jest niemal identyczny, a jednak pełny. Hirayama nie upraszcza życia z ascezy ani z biedy – upraszcza je z wyboru, bo wie, że nadmiar rzeczy jest nadmiarem szumu, który zagłusza to, co istotne.

    Magnusson doszła do podobnego miejsca z innej strony: przez doświadczenie straty, przez trzykrotne sprzątanie po śmierci bliskich, przez siedemnaście przeprowadzek. Oboje – fikcyjny Japończyk i szwedzka pisarka z krwi i kości – zdają się potwierdzać tę samą intuicję: że minimalizm nie jest ideologią wyrzekania się, lecz sztuką uwagi. Że mniej rzeczy to więcej przestrzeni na samo życie.

    To nie przypadek, że zarówno japońskie pojęcie ma (間) – owa twórcza pustka, cisza między dźwiękami – jak i szwedzkie döstädning wyrażają podobny lęk przed przeładowaniem i podobną tęsknotę za tym, co esencjalne. Różne kultury, różne klimaty, różny język – a jednak ten sam gest: odłożenie zbędnego, żeby zobaczyć wyraźniej.

    Na marginesie można zauważyć, że Mottem do książki Magnusson są słowa innego fascynaty kultury japońskiej Leonarda Cohena: „„Uporządkowanie domu i swoich spraw – jeśli tylko masz taką możliwość – jest jedną z najbardziej satysfakcjonujących czynności, a jej korzyści są niepoliczalne.”

    Co gubi się w przekładzie

    Książka Magnusson dotarła do polskich czytelników w 2018 roku pod tytułem Sztuka porządkowania życia po szwedzku w przekładzie Jerzego J. Malinowskiego, wydanym przez Buchmann. Ale jest w tej historii przekładowej pewien paradoks: tłumaczenie chyba nie powstało ze szwedzkiego oryginału, ale jednak posłużyło się angielskim pośrednikiem – The Gentle Art of Swedish Death Cleaning. I właśnie ta pośredniość odcisnęła się na tytule: wypadło z niego najważniejsze słowo. Nie ma w nim ani döstädning, ani nawet „śmierci”. Polska edycja sugeruje kolejny poradnik o porządkowaniu szaf, tymczasem w oryginale chodzi o coś znacznie poważniejszego – o oswojenie nieuchronności i przygotowanie na nią z godnością. Może też widać w tym marketingową dbałość o niezrażanie potencjalnego klienta podniesieniem tematu tabu śmierci. Te przygody słowa döstädning są znaczące.

    To nie przypadek odosobniony. Duńsko-norweskie hygge weszło do polszczyzny bez tłumaczenia, lagom też coraz częściej pojawia się w oryginalnej formie. Döstädning na to zasługuje nie mniej. Słowo, które Magnusson uczyniła globalnym, powinno brzmieć tak samo w Sztokholmie, Tokio i Łodzi. Tak jak fika. Tak jak smörgåsbord (zwany w Polsce w związku z dziwną legendą „szwedzkim stołem”). To wydaje się fragment szwedzkiego dziedzictwa kulturowego na świecie.

    Döstädning to nie śmierć – to życie

    Kluczowy punkt filozofii Magnusson brzmiał: döstädning nie jest o śmierci. Jest o tym, żeby żyć lżej w teraźniejszości. Pozbywszy się starych rzeczy, można spojrzeć na świat świeżym okiem. Jej druga książka, The Swedish Art of Aging Exuberantly, głosiła żywą ciekawość świata, gin, śmiech i czekoladowe batony Marabou jako receptę na starość. Pracowała też nad książką zatytułowaną Death-Cleaning from the Afterlife. Tak naprawdę w zaświaty nie wierzyła. Ale trudno jej było uwierzyć, że sprzątanie może – lub powinno – kiedykolwiek ustać.

    Döstädning dołączyło do krótkiej listy szwedzkich słów, które podbiły świat bez tłumaczenia – obok fikilagom czy smörgåsbord. Magnusson dała mu twarz: ciepłą, przewrotną, w paski. I odeszła – zostawiając po sobie, jak można przypuszczać, wzorowy porządek.

    Wykorzystane materiały

    The Economist. (2026, 30 kwietnia). Margareta Magnusson believed in leaving the world tidy. The Economist. https://www.economist.com/obituary/2026/04/30/margareta-magnusson-believed-in-leaving-the-world-tidy

    Green, P. (2018, 5 stycznia). Clearing the clutter, with a wink [artykuł o książce The Gentle Art of Swedish Death Cleaning M. Magnusson]. The New York Times. https://www.nytimes.com/2018/01/05/style/swedish-death-cleaning-margareta-magnusson.html

    Loffhagen E. (2026, 16 marca). Margareta Magnusson, Swedish ‘death cleaning’ author, dies age 92. The Guardian. https://www.theguardian.com/books/2026/mar/16/margareta-magnusson-swedish-death-cleaning-author-dies-age-92

    Magnusson, M. (2017). Döstädning. Ingen sörlig historia. Albert Bonniers Förlag.

    Magnusson, M. (2017). The gentle art of Swedish death cleaning: How to free yourself and your family from a lifetime of clutter. Scribner.

    Magnusson, M. (2018). Sztuka porządkowania życia po szwedzku: Jak sprawić, żeby najbliżsi zachowali po nas wyłącznie dobre wspomnienia (J. J. Malinowski, tłum.). Buchmann. (Oryginał angielski opublikowany 2017). ISBN 9788328060425.

    Magnusson, M. (2019). The Swedish art of aging exuberantly: Life wisdom from someone who will (probably) die before you. Scribner.

    Nicholson, R. (2024, 11 lipca). The Gentle Art of Swedish Death Cleaning review – feelgood TV that expands your heart. „The Guardian” https://www.theguardian.com/tv-and-radio/article/2024/jul/11/the-gentle-art-of-swedish-death-cleaning-review-feelgood-tv-that-expands-your-heart

    Psychiatry Resource. (2026, 3 stycznia). The Gentle Art of Swedish Death Cleaning [recenzja]. https://psychiatryresource.com/bookreviews/the-gentle-art-of-swedish-death-cleaning-review

    Simon & Schuster.  The Gentle Art of Swedish Death Cleaning [strona wydawcy]. https://www.simonandschuster.com/books/The-Gentle-Art-of-Swedish-Death-Cleaning/Margareta-Magnusson/9781501173240

    Szwecjoblog. (2018, 14 października). Sztuka porządkowania życia – przed śmiercią [wpis blogowy]. http://szwecjoblog.blogspot.com/2018/10/sztuka-porzadkowania-zycia-przed.html

    Tidymalism. (2026, 18 marca). The Gentle Art of Swedish Death Cleaning: Book review & tips. https://tidymalism.com/swedish-death-cleaning/

    Wenders, W. (reżyser). (2023). Perfect Days [film]. Master Mind / Wim Wenders Stiftung.

  • Kiedy policja konfiskowała kawę — szwedzka sfera publiczna w kontrze do absolutnego państwa

    Kiedy policja konfiskowała kawę — szwedzka sfera publiczna w kontrze do absolutnego państwa

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Jarosław Płuciennik
    22 kwietnia 2026

    Svenska Dagbladet opublikowała w swojej najstarszej rubryce eseistycznej — Under strecket — tekst historyka Tobiasa Osvalda z okazji 250-lecia szwedzkiej policji. Instytucja Kungliga Poliskammaren powstała 13 lutego 1776 roku w Sztokholmie. Ale najbardziej wymownym elementem tego jubileuszowego tekstu nie jest data ani reforma administracyjna — lecz ilustracja.
    Jedyny obraz towarzyszący artykułowi pochodzi z 1799 roku i nosi tytuł Kaffebeslaget — Konfiskata kawy.

    Heland, Martin (Mårten) Rudolf (1765-1814). Stadsmuseet
    Kaffebeslaget
    na podstawie obrazu Pehra Nordquista z 1799 roku o tym samym tytule. Materiał i technika: akwatinta. Podłoże: papier. Wymiary w mm: 363 x 524. Lic. CC 1.0 Uznanie Autorstwa, źródło Wikipedia.

    Obraz przedstawia gniewnych i groźnych miniastych funkcjonariuszy wkraczających do prywatnego domu w celu zajęcia kawy i sprzętu do jej parzenia. To — jak podpisuje redakcja — najstarsza znana podobizna szwedzkich policjantów. Pierwsze oblicze nowoczesnej policji w Szwecji to twarz urzędnika rekwirującego filiżankę i dzbanek do kawy.
    Trudno o lepszą alegorię.

    Habermas w kawiarni
    Jürgen Habermas opisał w swoich „Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej” (1962) narodziny nowoczesnej sfery publicznej jako proces ściśle związany z kawiarniami — londyńskimi coffee houses, paryskimi cafés, hamburskimi Kaffeehäusern. To właśnie w nich, na przełomie XVII i XVIII wieku, kształtowała się przestrzeń racjonalnej debaty między prywatnymi jednostkami, która — w teorii — była otwarta, egalitarna i niezależna od władzy państwowej ani kościelnej.
    Kawiarnia była miejscem, gdzie mieszczanin czytał gazetę, kupiec dyskutował z prawnikiem, a plotka polityczna stawała się opinią publiczną. Habermas widział w tym zalążek nowoczesnej demokracji.
    Co jednak działo się w tym samym czasie w Szwecji?

    Merkantylizm jako kontrnarracja
    Szwecja zakazywała kawy wielokrotnie i przez zadziwiająco długi czas. Chronologia jest następująca: w 1746 roku wydano królewski edykt przeciwko “nadużywaniu kawy i herbaty” — nie był to jeszcze pełen zakaz, lecz represyjne opodatkowanie połączone z konfiskatą filiżanek i sprzętu do parzenia. Właściwe zakazy następowały kolejno: 1756–1761, 1766–1769, 1794–1796, 1799–1802 i ostatni, 1817–1823 — łącznie pięć okresów prohibicji rozłożonych na niemal siedem dekad.
    Uzasadnienia były różne, ale sprowadzały się do kilku stałych elementów.
    Po pierwsze — bilans handlowy. Kawa była towarem w całości importowanym. W logice merkantylistycznej każda filiżanka oznaczała odpływ srebra z kraju. Riksdag obliczał straty w milionach i traktował kawę jako dziurę w narodowym bogactwie.
    Po drugie — moralizm i retoryka zdrowotna. Lekarze twierdzili, że kawa powoduje bezpłodność i rozwiązłość. Gustaw III posunął się dalej, zlecając eksperyment medyczny na skazańcach-bliźniakach, by empirycznie dowieść szkodliwości napoju. Ironią historii jest, że obaj bliźniacy przeżyli zarówno króla — zamordowanego w 1792 roku — jak i lekarzy nadzorujących badanie.
    Po trzecie — i to najważniejsze politycznie — kawiarnia jako przestrzeń była zagrożeniem. Nie dlatego, że kawa szkodzi zdrowiu, lecz dlatego, że sprzyja rozmowie, a rozmowa wymyka się kontroli państwa. Jak trafnie ujął to współczesny szwedzki pisarz kryminałów Niklas Natt och Dag, kawiarnie stały się forami opinii publicznej, gdzie klasy społeczne mieszały się jak nigdzie wcześniej, a idee przekraczały dotychczas pilnie strzeżone granice społeczne.

    Dlaczego zakazy nie działały?
    Bo kawa zdążyła już stworzyć to, co Habermas opisał jako strukturę komunikacyjną. Wymownym dowodem jest badanie szwedzkiej historyczki oparte na 536 sprawach z akt policji sztokholmskiej z lat 1794–1802 — dokumentujące nielegalną sprzedaż, parzenie i spożywanie kawy podczas prohibicji. Sieć przemytnicza była rozległa, a jej głównymi aktorkami były paradoksalnie ubogie kobiety — jednocześnie handlarki, przemytniczki i konsumentki. Zakaz stworzył nielegalną sferę publiczną tam, gdzie chciał zlikwidować legalną.
    Podczas ostatniego zakazu, w latach 1817–1823, opór przybrał już formę niemal zorganizowaną: powstawały nieformalne “gildie kawowe”, których członkowie potajemnie schodzili się w lasach, żeby pić kawę. To są symboliczne leśne kościoły nowoczesności. Prohibicja zamieniła codzienny rytuał w akt obywatelskiego nieposłuszeństwa.
    Każdy kolejny zakaz był de facto przyznaniem, że poprzedni poniósł klęskę. Można by powiedzieć, używając języka późniejszej teorii — że kawa wytworzyła afordancję: stworzyła warunki dla szczególnego rodzaju bycia-razem, którego żadne prawo nie było w stanie zlikwidować. Była proto-fiką, zanim fika stała się narodową instytucją.

    Dwa projekty nowoczesności w zderzeniu
    Mamy tu do czynienia z klasycznym zderzeniem dwóch projektów wczesnej nowoczesności.
    Z jednej strony — projekt Habermasowski: sfera publiczna jako przestrzeń racjonalnej komunikacji między wolnymi podmiotami, niezapośredniczona przez władzę, budowana oddolnie przez praktyki codzienne — w tym właśnie przez picie kawy w towarzystwie i czytanie gazet.
    Z drugiej — projekt absolutystyczno-merkantylistyczny: państwo jako jedyny podmiot racjonalności zbiorowej, który wie lepiej niż obywatel, co jest korzystne dla narodu. W tej logice wolna kawiarnia jest nie tyle przestrzenią publiczną, ile przestrzenią niekontrolowaną — a to synonim niebezpieczeństwa.
    Policja konfiskująca kawę w 1799 roku to dosłowna, materialna manifestacja tego zderzenia. Nie chodziło tylko o import. Chodziło o to, kto ma prawo do przestrzeni publicznej.

    Policja jako barometr sprzeczności
    Tekst Osvalda w SvD pokazuje coś jeszcze: że nowoczesna szwedzka policja rodziła się dokładnie w tym samym momencie historycznym, co szwedzka sfera publiczna — i natychmiast została postawiona po przeciwnej stronie. Jej pierwszym ikonicznym zadaniem była ochrona państwa przed obywatelami pijącymi kawę.
    To nie jest tylko anegdota. To strukturalna sprzeczność, którą Habermas opisał jako sferę publiczną walczącą o swoją autonomię przeciwko Staatlichkeit. Szwecja końca XVIII wieku była tego konfliktu żywym laboratorium.
    250 lat później szwedzka policja świętuje jubileusz. Obraz z konfiskatą kawy wisi w Muzeum Miejskim Sztokholmu. A fika jest wpisana w szwedzki kodeks kulturowy silniej niż jakiekolwiek prawo parlamentarne.
    Historia ma swoje sposoby rozstrzygania sporów.

    Tobias Osvald, autor jubileuszowego tekstu w SvD, jest urzędnikiem państwowym i doktorem historii. Obraz „Kaffebeslagen” (1799) pochodzi ze zbiorów Stockholms stadsmuseum.

    Źródło danych historycznych: Wikipedia (hasło „Gustav III of Sweden’s coffee experiment”); artykuł naukowy: „When coffee was banned: strategies of labour and leisure among Stockholm’s poor women, 1794–1796 and 1799–1802”, Scandinavian Economic History Review (2021); Niklas Natt och Dag, Vogue Scandinavia (2021).

  • Propaganda mesjańska czy mocarny władca? O obrazku, który Trump wolał usunąć

    Propaganda mesjańska czy mocarny władca? O obrazku, który Trump wolał usunąć


    Z cyklu: Obserwatorium retoryki i komunikacji


    Kilka dni temu Donald Trump zamieścił na swojej platformie Truth Social obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję. (Moja sztuczna asystencja mówi, że mógł to być program o nazwie Midjourney)

    Wpis Donalda Trumpa na Truth Social

    Przedstawiał ten obrazek wymłodniałego jego samego — Donalda Trumpa w białej szacie i „kardynalskiej” czerwonej pelerynie — kiedy dokonuje cudownego uzdrowienia mężczyzny leżącego na łożu boleści. Wokół: orzeł bielik (właściwie dwa), flaga USA, Statua Wolności, pomnik Lincolna, myśliwce, fajerwerki, żołnierze unoszący się ku niebu niczym aniołowie, albo schodzący z nieba, pielęgniarka i modląca się… Obraz szybko zniknął — Trump go usunął po fali oburzenia. Krytyk sztuki Philip Kennicott pisał o nim na łamach Washington Post dwa dni temu jako o dziele pełnym „niedbałej symboliki” (sloppy symbolism). Niedbałej — ale czy niewinnej?
    Ten epizod jest interesujący nie tylko jako zjawisko kulturowe (użycie „sztuki malarskiej” przez prezydenta USA), lecz przede wszystkim jako akt retoryczny i komunikacyjny: ktoś stworzył komunikat wizualny, ktoś go rozesłał, ktoś go odebrał i zareagował, a nadawca ostatecznie go wycofał. Każdy z tych momentów mówi coś ważnego o tym, jak działa polityczna komunikacja obrazem w epoce AI, czyli tzw. sztucznej inteligencji.


    Jezus i władza: ewangeliczne nie
    Zacznijmy od tezy, którą obraz głosi, i od tezy, którą ewangelie głoszą jakby w odpowiedzi.
    Centralny motyw ikonograficzny jest jednoznaczny: tzw. taumaturgiczny dotyk — uzdrowienie przez nałożenie rąk — od wieków przypisywano Chrystusowi, a w tradycji średniowiecznej także królom Francji i Anglii, którzy wywodzili z niego swoje boskie prawo rządzenia (divine right to rule). Na obrazie Trump stoi w miejscu Chrystusa. To nie aluzja. To dosłowne przejęcie schematu ikonograficznego — świadomy lub nieświadomy cytat z dwóch tysięcy lat tradycji wizualnej.
    Tymczasem ewangeliczny Jezus konsekwentnie ucieka od władzy politycznej. Gdy tłum chce go obwołać królem po rozmnożeniu chleba — oddala się na górę sam (J 6,15). [w tłumaczeniu Ekumenicznym: „Gdy więc Jezus poznał, że zamierzają przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, usunął się znów na górę, sam jeden”] Na pytanie Piłata odpowiada: „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18,36). Kuszenie na pustyni to właśnie propozycja władzy nad wszystkimi królestwami ziemi — i jej odrzucenie. Ewangeliczny Jezus uzdrawia poza systemem władzy, często na jego marginesach: dotyka trędowatych, rozmawia z „obcą” Samarytanką, staje po stronie „grzesznej” kobiety złapanej na cudzołóstwie. Jego uzdrawianie jest aktem solidarności i empatii, nie demonstracją siły.
    Na omawianym obrazie mamy coś dokładnie przeciwnego: pełny sojusz „świętości” z władzą. Do blasku boskiego przylatują samoloty bojowe i dodają fajerwerki zwycięstwa. Uzdrowiciel jest jednocześnie wodzem naczelnym. Niczym Mojżesz wiodący lud przez morze. Sacrum i imperium zlały się w jedną postać. To nie jest chrześcijaństwo tego ewangelicznego Chrystusa. To jest jego dokładne odwrócenie — i jako taki komunikat właśnie został przez wielu wiernych odczytany.


    Civil religion i jej nadmiar
    Robert Bellah opisał civil religion w książce z 1967 r. jako specyficznie amerykańską syntezę symboliki narodowej i protestanckiej eschatologii. Flaga, orzeł, ojcowie założyciele — to quasi-sakralny panteon, który funkcjonuje obok, a często zamiast, kościelnego wyznania wiary. Obraz Trumpa jest podręcznikowym przykładem tej tradycji komunikacyjnej, tyle że doprowadzonej do granic absurdu.
    Kennicott w Washington Post słusznie porównuje go do malarstwa Jona McNaughtona — propagandowego artysty, który od lat produkuje akademicko-patriotyczne płótna z Trumpem w centrum. Krytycy piszą o nim jako o współczesnej kontynuacji amerykańskiego „socrealizmu”…

    Screen ze strony oficjalnej malarza będącego prawdopodobną inspiracją tego obrazka Trumpa (zob. https://jonmcnaughton.com/politically-incorrect/)

    Ale McNaughton wybiera i redukuje — to jest właśnie warsztat propagandysty, który rozumie, że komunikat musi być czytelny. Tu, przeciwnie, nie ma żadnej zasady selekcji: są dwa orły, bo jeden nie wystarczył, są trzy myśliwce, bo dwa to za mało. Kompozycja nie redukuje — akumuluje, piętrzy, duplikuje. Rozplenia się. Komunikat zagłusza sam siebie.
    Właśnie w tej akumulacji tkwi kicz. Większy niż u McNaughtona.


    Kicz jako struktura estetyczna i moralna
    Hermann Broch pisał w 1950 w „Kilku uwagach o kiczu”, że kicz to nie zła sztuka — to złe nastawienie, Kitschmensch, który zamiast mierzyć się z rzeczywistością, szuka gotowej emocji, pewnego efektu, potwierdzonego wzruszenia. Milan Kundera dodał, że kicz polityczny jest najbardziej niebezpieczny, bo narzuca z góry jak mamy się czuć wobec Narodu, Ojczyzny, Historii, Boga i odrzuca to co realistycznie ludzkie.
    Ten obraz Trumpa wspieranego sztuczną asystencją jest kiczem w obu sensach. Estetycznie — bo nie potrafi wybrać, tylko akumuluje symbole jak na wyprzedaży wszystkiego po 5 złotych. Moralnie — bo nie pyta, tylko ogłasza: oto zbawiciel, klęknij.
    Co więcej, kicz ten jest podwójnie skompromitowany przez własną niekonsekwencję komunikacyjną. Kennicott w Washington Post zwraca na to uwagę z ironią godną najlepszego krytyka: żeby pokazać uzdrowienie, trzeba pokazać chorego. I chory na tym obrazie — zmęczony, posiwiały robotnik z sękatymi rękami — to przecież elektorat Trumpa. Jego baza. Jego wierni. Oni są chorymi, którzy potrzebują uzdrowienia. Przesłanie mimowolne, ale czytelne — i destrukcyjne dla zamierzonego komunikatu.
    A dwa źródła światła — jedno z dłoni Trumpa, drugie emanujące zza głowy leżącego — tworzą paradoks wizualny: kto tu kogo zasila? Kto jest źródłem mocy? Czy to Trump uzdrawia swoich wyborców, czy wyborcy podtrzymują przy życiu Trumpa? Relacja jest — jak pisze Kennicott — współzależna. I wizualnie groteskowa.

    Dlaczego Trump to usunął? Komunikacyjna klęska nadawcy
    Powód oficjalny: oburzenie wiernych, którzy uznali obraz za bluźnierstwo. Trump, który rzadko cokolwiek odwołuje, tym razem się wycofał — tłumacząc, że myślał, że chodzi o Czerwony Krzyż. Trudno o bardziej wymowne podsumowanie.
    Ale właśnie ten moment jest komunikacyjnie najbardziej pouczający. Człowiek, który od lat karmi się mesjanistycznym kultem własnej osoby, który pozwolił nazywać się „wybranym” i „pomazańcem”, który nadaje swoje imię wielu instytucjom publicznym i który na siłę rozwija projekt „sali balowej” przy białym domu, nagle — gdy ktoś zrobił to zbyt dosłownie, zbyt wprost, zbyt nieudolnie — musiał się odciąć. Nie dlatego, że poczuł się niegodny. Lecz dlatego, że obraz powiedział za dużo. Odsłonił mechanizm, który działa najlepiej, gdy pozostaje w sferze aluzji i niedopowiedzenia.
    Propaganda mesjańska funkcjonuje jako komunikat, dopóki nie zostanie wypowiedziana zbyt głośno. Gdy AI wygenerowała ją zbyt dosłownie — bez niedomówień, bez estetycznego dystansu, z podwójnymi orłami i podwójnym światłem — stała się ciężarem nie do udźwignięcia.
    Zbawiciel wolał zdjąć własny wizerunek. I to mówi o dynamice tej komunikacji więcej niż cały obraz.

  • Dzień pod znakiem Muminków

    Dzień pod znakiem Muminków

    Dyr. Marzenia Bomanowska i prof. Jarosław Płuciennik wraz z nabywcami specjalnej licytacji WOŚP w roku 2024: oprowadzania po Muzeum Kinematografii w Łodzi ze storytellingiem autora JP


    Dzisiaj Muminki zaistniały w moim życiu podwójnie i to w sposób zupełnie niezaplanowany.
    Na stronie Uniwersytetu Łódzkiego ukazał się wywiad, w którym opowiadam o kursie „Moomins as cultural phenomenon” — projekcie, który od 2023 r. prowadzimy wspólnie z doc. Pirjo Suvilehto z Uniwersytetu w Oulu w ramach sojuszu [kliknij tutaj] UNIC. To już czwarta edycja kursu, jubileuszowa — w roku 80-lecia Muminków (licząc od wydania słynnej „Komety” 1946). Pytają mnie w wywiadzie między innymi o to, dlaczego akurat Muminki, czego uczą studenci poprzez tę pozornie dziecięcą tematykę i co daje model nauczania, w którym przy jednym stole spotykają się dwie różne tradycje akademickie. Odpowiedzi na te pytania sam sobie zadaję od lat, więc miło było je wreszcie zebrać w jednym miejscu.
    Ale druga wiadomość dnia była równie miła i bardziej zaskakująca. Portal Łódzkiej Organizacji Turystycznej poinformował, że 25 kwietnia przed Ogrodem Botanicznym zostanie odsłonięta rzeźba Muminka — [kliknij tutaj] jako nowy punkt na Szlaku Łodzi Bajkowej. Figura z brązu, około metra wysokości.
    Muszę przyznać, że ta informacja ma dla mnie osobisty wymiar. Kilka lat temu razem z Marzeną Bomanowską próbowaliśmy uruchomić inicjatywę w ramach funduszu obywatelskiego, żeby właśnie taki pomnik w Łodzi powstał. Mieliśmy swoje argumenty: łódzka tradycja Studia Se-Ma-For, animacje Muminków — to przecież historia, z której Łódź powinna być dumna i którą powinna eksponować w przestrzeni miejskiej. Teraz wyszło z innej strony, inną drogą. I dobrze. Naprawdę dobrze, że jest.
    Czasem sprawy dojrzewają dłużej niż byśmy chcieli, ale dojrzewają. Muminek pod Ogrodem Botanicznym to chyba dobry symbol na wiosnę.

    Autor JP w Tampere w lutym 2023 r. z pomnikiem Muminka (zbiory własne Autora)
  • Propaganda historyczna Rosji wobec Szwecji, Finlandii i Europy Środkowo-Wschodniej

    Propaganda historyczna Rosji wobec Szwecji, Finlandii i Europy Środkowo-Wschodniej

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Ilustracja propagandy (lic. Depositphotos)


    W felietonie opublikowanym 12 marca 2026 r. w szwedzkim dzienniku „Svenska Dagbladet” rosyjska dziennikarka Liza Alexandrowa-Zorina opisuje, w jaki sposób rosyjska propaganda historyczna stopniowo przygotowuje społeczeństwo na możliwość konfliktu z krajami Europy Północnej, w tym ze Szwecją. Według autorki podobny mechanizm zastosowano wcześniej wobec Ukrainy.
    Kluczową rolę w rosyjskim dyskursie odgrywa pamięć o II wojnie światowej. Narracja o „walce z nazizmem” służy jako uniwersalne narzędzie propagandowe: przeciwnicy polityczni Rosji przedstawiani są jako spadkobiercy lub sympatycy nazizmu. W publikacjach historycznych i działaniach instytucji państwowych pojawiają się interpretacje ukazujące Szwecję jako kraj współpracujący z III Rzeszą – na przykład poprzez eksport rudy żelaza do Niemiec w czasie wojny.
    Autorka wskazuje również na podobne działania wobec Finlandii. W rosyjskiej przestrzeni publicznej pojawiają się inicjatywy badawcze i publikacje dotyczące rzekomych fińskich zbrodni wobec ludności cywilnej podczas II wojny światowej, zwłaszcza w Karelii. Instrumentalne wykorzystywanie historii ma – zdaniem analityków – legitymizować presję polityczną i destabilizować region.
    warto zauważyć, że analogiczne narracje od lat kierowane są także pod adresem Polski i państw bałtyckich. W rosyjskiej propagandzie kraje te są często przedstawiane jako „rusofobiczne” lub wręcz „neonazistowskie”, a ich polityka historyczna jako próba fałszowania dziejów II wojny światowej i umniejszania roli Armii Czerwonej. W przypadku państw bałtyckich propaganda oskarża je ponadto o gloryfikowanie kolaborantów nazistowskich oraz prześladowanie rosyjskiej mniejszości.
    Zdaniem autorki tego rodzaju narracje niekoniecznie zwiastują bezpośredni plan agresji na Szwecję czy inne kraje regionu. Stanowią jednak element długofalowej strategii propagandowej, która normalizuje myślenie o konflikcie i utrwala wizerunek Rosji jako państwa nieustannie zagrożonego przez Zachód.

    Eco miał rację: wymyślanie wroga to jedno z ulubionych zajęć polityków — pozwala spajać społeczeństwo, legitymizować władzę i odwracać uwagę od problemów wewnętrznych.

  • Nordyckość między wizją a koniecznością. Od Kalmaru do szerokiej Północy

    Nordyckość między wizją a koniecznością. Od Kalmaru do szerokiej Północy

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    Rada Nordycka mapa lic. Depositphotos

    Nordyckość od swoich początków nie stanowiła jednolitej tożsamości ani stałego projektu politycznego. Jej rozwój przebiegał falowo, na styku koncepcji ideowych i praktycznych potrzeb, kształtowanych przez zmienną geopolitykę Europy Północnej i obszaru Morza Bałtyckiego. Historia regionu to nie linearny proces integracji, lecz sekwencja zbliżeń, przerw i redefinicji, w których jedynym względnie trwałym elementem pozostawała wzajemna zrozumiałość języków skandynawskich. Wspólnota językowa była świadectwem codziennej bliskości kulturowej, a zarazem zasobem wielokrotnie przywoływanym w dyskusjach o potencjalnej jedności Północy.

    Pierwszym poważnym przedsięwzięciem integracyjnym była Unia Kalmarska (1397), obejmująca Danię, Norwegię i Szwecję pod wspólną koroną. Choć współcześnie bywa interpretowana jako wczesna zapowiedź politycznego Norden, w rzeczywistości była projektem dynastycznym, w którym brakowało elementów autentycznej wspólnoty politycznej. Jej rozpad w XVI wieku utrwalił sceptycyzm wobec możliwości powołania jednego państwa nordyckiego, a Bałtyk przez kolejne stulecia pozostawał przestrzenią rywalizacji, częściej dzielącą niż łączącą region.

    XVII wiek przyniósł dominację Szwecji i jej imperialne ambicje, które przeobraziły Morze Bałtyckie w niemal „wewnętrzne morze” tego państwa. Był to jednak projekt oparty na ekspansji, a nie integracji. Wspólnota językowa nie funkcjonowała wówczas jako zasada równości — stała się narzędziem administracji i władzy, a nie medium solidarności.

    Nowy impuls pojawił się dopiero w XIX wieku wraz z rozwojem romantycznego skandynawizmu. Nordyckość zyskała formę idei kulturowej, osadzonej w wspólnym dziedzictwie językowym, mitologicznym i literackim. Bliskość duńskiego, norweskiego i szwedzkiego zaczęła być odczytywana jako dowód istnienia „naturalnej” wspólnoty. Była to jednak wizja selektywna: obejmowała przede wszystkim obszar skandynawski, pozostawiając Finlandię i wschodni brzeg Bałtyku poza główną narracją.

    Fundamentalna przemiana nastąpiła po II wojnie światowej, kiedy region porzucił ambicje tworzenia wspólnego państwa na rzecz intensywnej współpracy instytucjonalnej. Rada Nordycka, powołana w 1952 roku, stała się kluczowym instrumentem budowania zintegrowanego, choć nie zunifikowanego, modelu Północy. Wzajemna zrozumiałość językowa sprzyjała codziennej kooperacji — była praktycznym ułatwieniem, które wzmacniało poczucie bliskości mimo braku wspólnej struktury państwowej. Jednocześnie Bałtyk pozostawał wówczas podzielony żelazną kurtyną i nie wchodził w skład projektowanej wspólnoty.

    Dopiero po 1991 roku możliwe stało się poszerzenie perspektywy o region bałtycki. Odzyskanie niepodległości przez Litwę, Łotwę i Estonię oraz ich wejście do Unii Europejskiej sprawiły, że Bałtyk przestał być granicą — stał się przestrzenią współpracy. W rezultacie narodziła się koncepcja Nordic–Baltic, w której nordyckość przekracza skandynawską wspólnotę językową i opiera się na zbliżonych praktykach politycznych, instytucjonalnych i bezpieczeństwa.

    NB8, czyli ósemka nordycko-bałtycka jeszcze bez Polski (ki. Depositphotos)

    W XXI wieku proces ten nabrał nowej dynamiki. Wojna w Ukrainie, rozszerzenie NATO o Finlandię i Szwecję oraz rosnące znaczenie Arktyki przesunęły akcenty z kultury i języka na bezpieczeństwo, infrastrukturę i solidarność strategiczną. Bałtyk — niegdyś peryferyjny — stał się jednym z kluczowych obszarów geopolityki europejskiej. Wspólnota językowa nie zniknęła, lecz utraciła swoją dotychczasową rolę fundamentu, stając się jednym z wielu zasobów kulturowych regionu.

    Historia nordyckości okazuje się więc opowieścią o nieustannej adaptacji: o zmieniających się skalach, granicach oraz sposobach rozumienia wspólnoty. Dzisiejsza „szeroka Północ” — obejmująca zarówno klasyczny Norden, jak i państwa bałtyckie — nie neguje dawnej idei opartej na podobieństwie językowym, lecz włącza ją w znacznie bardziej złożony układ współczesnych zależności politycznych, kulturowych i bezpieczeństwa. To właśnie ta zdolność do redefinicji sprawia, że nordyckość pozostaje jednym z najciekawszych i najbardziej elastycznych konceptów regionalnych we współczesnej Europie.

    Zestawienie dat związanych z nordyckością, oprac. własne.

    Artykuł został zainspirowany felietonem Ett enat Norden — vacker vision eller nödlösning autorstwa Haralda Gustafssona, profesora em. z Uniwersytetu Lund w Szwecji opublikowane w dziale Understrecket Svenska Dagbladet 03.02.2026

  • Moja nowa muminkowa publikacja

    Moja nowa muminkowa publikacja

    Kolejna publikacja o Muminkach w:

    2025j: J. Płuciennik, Krytyczne wędrówki z Tove Jansson wgłąb i wzwyż, „Dzieciństwo. Literatura i kultura” 7(2) 2025, 269-277. 

    Artykuł tutaj

  • Grenlandia między współczuciem a Realpolitik. Björk, Dania i kruszejący porządek świata

    Grenlandia między współczuciem a Realpolitik. Björk, Dania i kruszejący porządek świata

    Björk (lic. Depositphotos)

    Opublikowany niedawno post Björk, zilustrowany mapą Grenlandii nałożoną na czerwono-białą flagę, jest jednym z najmocniejszych głosów artystycznych w nordyckiej sferze publicznej ostatnich miesięcy.

    Islandzka artystka nie poprzestaje na symbolicznym geście poparcia dla idei niepodległości, ale bardzo precyzyjnie wpisuje swój apel w historię kolonialnej przemocy: od utraty języka i kulturowej autonomii po dramatyczne przykłady biopolitycznej kontroli, takie jak przymusowe zakładanie wkładek wewnątrzmacicznych grenlandzkim dziewczętom w latach 60. XX wieku. To nie jest głos „egzotycznej” artystki, lecz wypowiedź sąsiadki — Islandki, której własne społeczeństwo pamięta, czym było zerwanie z duńską dominacją w 1944 roku.

    Uderzające w tym poście jest połączenie empatii i gniewu moralnego z bardzo wyraźnym ostrzeżeniem geopolitycznym. Björk nie tylko mówi o historycznych krzywdach, ale też o strachu przed przyszłością: przed sytuacją, w której Grenlandczycy mogliby „przejść od jednego okrutnego kolonizatora do drugiego”. To zdanie — być może najmocniejsze w całym wpisie — wykracza poza relacje Kopenhaga–Nuuk i dotyka obecnej globalnej niestabilności, w której Arktyka przestaje być peryferium, a staje się strategicznym centrum.

    Na tym tle szczególnie interesująco wypada zestawienie tej emocjonalnej, jawnie normatywnej wypowiedzi z tonem, jaki prezentuje duński rząd. Premierka Danii konsekwentnie podkreśla znaczenie jedności Królestwa, odpowiedzialności instytucjonalnej i „wspólnego bezpieczeństwa” w regionie arktycznym. W jej narracji Grenlandia jest partnerem, nie kolonią — podmiotem autonomicznym, lecz osadzonym w ramach państwa, które gwarantuje stabilność prawną, gospodarczą i militarną. Jest to język Realpolitik: chłodny, technokratyczny, oparty na ciągłości instytucji i międzynarodowych zobowiązaniach.

    Problem polega na tym, że te dwa języki — język empatii i pamięci historycznej oraz język bezpieczeństwa i geostrategii — coraz trudniej ze sobą pogodzić. Gdy Björk pisze o „dreszczach grozy”, jakie wywołuje w niej kolonializm, dotyka ona tego, co w oficjalnym dyskursie państwowym bywa spychane na margines: doświadczenia afektywnego, traumy międzypokoleniowej i poczucia bycia obywatelami drugiej kategorii. Z perspektywy Nuuk to właśnie te elementy, a nie mapy bezpieczeństwa, mogą decydować o przyszłych wyborach politycznych.

    Całość komplikuje się jeszcze bardziej, gdy spojrzymy na sytuację przez pryzmat NATO i erozji powojennego ładu międzynarodowego. Arktyka, Grenlandia i północny Atlantyk są kluczowe dla systemu bezpieczeństwa Zachodu, ale ten system opiera się na założeniu przewidywalności sojuszników. Polityka Donalda Trumpa — kwestionowanie sensu sojuszy, instrumentalne traktowanie zobowiązań, logika transakcyjna zamiast normatywnej — już raz poważnie nadwyrężyła zaufanie do Stanów Zjednoczonych jako gwaranta stabilności. W tej perspektywie obawy Björk przestają być jedynie emocjonalnym gestem artystki, a zaczynają brzmieć jak intuicyjna diagnoza: co stanie się z małymi wspólnotami, gdy wielkie struktury bezpieczeństwa zaczną się chwiać?

    Grenlandzka niepodległość w świecie stabilnego, normatywnego NATO byłaby jednym scenariuszem. Grenlandzka niepodległość w świecie rywalizacji mocarstw, osłabionych sojuszy i „powrotu stref wpływów” — scenariuszem zupełnie innym. Być może dlatego tak wyraźnie rysuje się dziś napięcie między moralnym apelem a polityczną ostrożnością. Björk mówi z pozycji sumienia i sąsiedzkiej solidarności. Duński rząd mówi z pozycji odpowiedzialności państwowej. A nad tym wszystkim unosi się pytanie, czy instytucje, które miały gwarantować bezpieczeństwo małym narodom, rzeczywiście pozostaną stabilne w epoce gwałtownych przesunięć globalnej władzy.

    W tym sensie grenlandzka debata nie jest lokalna ani peryferyjna. Jest jednym z miejsc, w których najostrzej widać pęknięcie między etyką a geopolityką — i lęk, że świat, w którym te dwie sfery dało się jeszcze jakoś godzić, właśnie się rozpada.

    Co ważne — idee wyrażone przez Björk w jej własnej muzyce wcale nie są jedynie estetycznym tłem jej posta. W cytowanym utworze „Declare Independence” z 2007 roku artystka eksploduje brutalnym rytmem i agresywną elektroniką, żeby wyartykułować wizję wyzwolenia od wszelkich form dominacji. Choć nie cytuję tu wprost wersów, bo są objęte prawami autorskimi, sedno frazy, która regularnie powtarza się w refrenie, brzmi jak personalny, niemal imperative: „ogłoście niepodległość” — nie tylko politycznie, lecz jako fundamentalne prawo do samostanowienia.

    Ta repetytywna, perkusyjna deklaracja jest wykrzyknikiem przeciwko wszelkim formom ucisku: brzmi jak wezwanie, by nie akceptować nadanych z zewnątrz ograniczeń i by „oderwać się” od struktur, które trzymają mniejsze wspólnoty w zależności. W kontekście posta o Grenlandii takie muzyczne echo brzmi znamiennie: nie jest to tylko metaforyczne wezwanie, ale rytmiczne i formalne — uderzające jak syntezator, który burzy spokojną retorykę Realpolitik.

    W połączeniu z osobistym apelem Björk o solidarność z Grenlandczykami, duch utworu — jego energia, jego nacisk na samostanowieniu — wzmacnia moralną wagę jej słów i stawia je w ostrym kontraście do chłodnych kalkulacji państwowych przemówień. Rzeczywistość, o którą tu chodzi, to nie tylko geopolityczna strategia — ale ludzka wola do bycia suwerennym, niezależnym od narzuconych ram.

    W tym kontekście mocno zastanawiam się, czy w przyszłym semestrze nie włączyć utworu Declare Independence Björk do programu zajęć i nie zaproponować go studentom Kultury i sztuki współczesnej jako materiału do analizy. Nie tylko jako „piosenki protestu”, lecz jako złożonego aktu kulturowego: połączenia agresywnej, niemal militarnej estetyki dźwięku z bardzo konkretnym komunikatem politycznym i etycznym. Interesowałoby mnie szczególnie, jak studenci odczytają napięcie między brutalnością formy a moralnym imperatywem, jaki ten utwór niesie — oraz jak zestawią go z dzisiejszymi debatami o kolonializmie, peryferiach Europy i kruszejącym porządku międzynarodowym. Być może właśnie taka konfrontacja sztuki, emocji i geopolityki najlepiej oddaje to, czym jest współczesna kultura: polem, na którym estetyka nie daje się już oddzielić od odpowiedzialności.

  • Szwedzkie dziedzictwo w półcieniu. O zapomnianej wspólnocie kulturowej Szwecji i Finlandii

    Szwedzkie dziedzictwo w półcieniu. O zapomnianej wspólnocie kulturowej Szwecji i Finlandii

    Strona poświęcona Muminkom w dwutomowej historii literatury fińskoszwedzkiej
    Dwa tomy historii literatury fińskoszwedzkiej wydanej przez to samo towarzystwo, o którym traktuje Strömholm w swoim felietonie

    W noworocznym wydaniu Svenska Dagbladet (1 stycznia 2026) ukazał się tekst Stiga Strömholma, który — choć napisany spokojnym, niemal dyskretnym tonem — dotyka kwestii fundamentalnej: zaniku świadomości wspólnego dziedzictwa kulturowego Szwecji i Finlandii. Tekst zatytułowany Ett svenskt kulturarv litegrann i skymundan („Szwedzkie dziedzictwo kulturowe nieco w cieniu”) jest zarazem esejem historycznym, jak i subtelną diagnozą współczesnej amnezji kulturowej.

    Punktem wyjścia jest setna rocznica serii wydawniczej Historiska och litteraturhistoriska studier, tworzonej od 1918 roku przez fińsko-szwedzkie środowiska akademickie. To projekt, który miał dokumentować i interpretować życie intelektualne szwedzkojęzycznej części Finlandii – świata dziś coraz słabiej obecnego w świadomości zarówno Szwedów, jak i Europejczyków. Strömholm przypomina, że seria ta powstawała w momencie szczególnym: tuż po uzyskaniu przez Finlandię niepodległości, w cieniu rozpadu imperium rosyjskiego i narodzin nowoczesnych państw narodowych.

    A jednak to, co miało być fundamentem pamięci, stało się z czasem archiwum niemal zapomnianym.

    Runeberg – klasyk, którego już się nie czyta

    Centralną figurą eseju jest Johan Ludvig Runeberg – poeta narodowy Finlandii, twórca Opowieści chorążego Ståla, autor tekstu fińskiego hymnu. Piszący po szwedzku, zanurzony w tradycji europejskiego romantyzmu, a jednocześnie głęboko zakorzeniony w fińskim pejzażu kulturowym.

    Strömholm zadaje pytanie, które brzmi dziś niemal prowokacyjnie: dlaczego Runeberg zniknął ze szwedzkiej świadomości literackiej?

    Nie chodzi o brak jakości — przeciwnie. Chodzi o zmianę wrażliwości kulturowej. Runeberg przestał pasować do nowoczesnych narracji: zbyt klasyczny, zbyt związany z etosem narodowym, zbyt osadzony w XIX-wiecznym imaginarium. W Finlandii pozostał żywą figurą kultury, w Szwecji – cieniem dawnej wspólnoty.

    To właśnie ten moment jest kluczowy dla całego tekstu: rozpad wspólnej przestrzeni kulturowej nie dokonał się gwałtownie, lecz przez ciche wycofanie uwagi.

    Kultura bez pamięci?

    Strömholm nie pisze wprost o kryzysie humanistyki, ale jego tekst wyraźnie do tego zmierza. W tle pobrzmiewa pytanie o to, czym dziś jest kultura narodowa — i czy w ogóle potrafi ona jeszcze unieść ciężar własnej historii.

    Współczesna Szwecja, sugeruje autor, stała się kulturą bardziej teraźniejszości niż pamięci, bardziej aktualności niż ciągłości, bardziej debaty niż tradycji.

    Nie chodzi tu o nacjonalizm w sensie politycznym, lecz o rozpad długiego trwania, o utratę zdolności myślenia w perspektywie stuleci. W tym sensie los fińsko-szwedzkiego dziedzictwa jest tylko symptomem szerszego zjawiska: kultury, która nie potrafi już czytać własnych peryferii.

    Finlandia jako „lustro utracone”

    Szczególnie ciekawy jest sposób, w jaki Strömholm opisuje relację Szwecji z Finlandią: nie jako relację centrum–peryferia, lecz jako utraconą część własnej tożsamości. Finlandia, a zwłaszcza jej szwedzkojęzyczna tradycja, działa jak lustro – pokazuje Szwecji, czym mogłaby być, gdyby nie porzuciła pewnych form ciągłości kulturowej.

    W tym sensie tekst Strömholma można czytać także jako cichą krytykę nowoczesnego modelu kultury: zorientowanej na nowość, widoczność i natychmiastową komunikowalność, ale coraz mniej zdolnej do cierpliwego dialogu z przeszłością.

    Dlaczego to ważne dziś?

    Esej ten nabiera szczególnej aktualności w kontekście współczesnych debat o tożsamości, kanonie, dekolonizacji kultury czy „narodowych narracjach”. Strömholm nie proponuje powrotu do XIX-wiecznego nacjonalizmu. Przeciwnie – pokazuje, że bez pamięci kulturowej nie ma też prawdziwej otwartości.

    To tekst o tym, że kultura potrzebuje czasu, literatura potrzebuje ciągłości, a wspólnota językowa nie istnieje bez wzajemnego czytania się nawzajem.

    W świecie przyspieszonych narracji i uproszczonych tożsamości ten esej działa jak przypomnienie, że prawdziwe dziedzictwo kulturowe nie krzyczy – ono trwa.

    Warto w tym miejscu dodać jeszcze jeden wymiar, który wzmacnia wagę całej refleksji Strömholma. Dziedzictwo fińsko-szwedzkie, o którym pisze, nie jest bowiem jedynie sprawą lokalnej pamięci czy akademickiego archiwum. Jego materialne i symboliczne ślady wpisują się w szerszy kontekst europejskiego dziedzictwa kulturowego — także tego, które znalazło się w orbicie zainteresowania UNESCO, zwłaszcza w ramach programu Memory of the World. Fińskie archiwa literackie, rękopisy i tradycje językowe szwedzkojęzycznej mniejszości są dziś traktowane jako część wspólnego dziedzictwa kultury europejskiej, a nie jedynie regionalna ciekawostka.

    W tym sensie szczególnie znacząca staje się postać Tove Jansson — szwedzkojęzycznej Finki, artystki całkowicie transnarodowej. Jej Muminki, dziś obecne w popkulturze globalnej, są przecież jednym z najbardziej subtelnych przykładów „miękkiej” kulturowej wspólnoty Północy: pozbawionej patosu, opartej na empatii, gościnności, melancholii i etyce troski. Jansson, podobnie jak Runeberg, funkcjonuje jednocześnie wewnątrz i pomiędzy kulturami — i właśnie dlatego tak dobrze ilustruje to, o czym pisze Strömholm: istnienie wspólnego dziedzictwa, które nie mieści się w prostych ramach narodowych.

    Nie bez znaczenia jest również autorytet samego autora felietonu. Stig Strömholm nie jest wyłącznie eseistą czy komentatorem życia literackiego, lecz wieloletnim rektorem Uniwersytetu w Uppsali — jednej z najstarszych i najważniejszych uczelni Europy Północnej. Jego głos nie jest więc głosem nostalgii, lecz doświadczenia instytucjonalnego i historycznego. To właśnie z tej perspektywy jego tekst brzmi jak spokojne, ale stanowcze ostrzeżenie: kultura, która traci pamięć o własnych pograniczach, traci również zdolność rozumienia samej siebie.

  • Muminki czytane na głos. Fiński maraton literacki z udziałem prezydenta i premierki – i nasz udział zdalny

    Muminki czytane na głos. Fiński maraton literacki z udziałem prezydenta i premierki – i nasz udział zdalny

    Autor z ostatnio wydanym przez Muzeum Kinematografii w Łodzi katalogiem wystawy Muminki. Drzwi są zawsze otwarte, pod red. M. Bomanowskiej, Łódź 2025.

    Z cyklu: „Obserwatorium Nordyckie”:

    Fiński nadawca publiczny Yle ogłosił niezwykłe wydarzenie kulturalne: kilkudziesięciogodzinny maraton czytania wszystkich książek o Muminkach Tove Jansson, transmitowany na żywo pod koniec stycznia 2026 roku (30 stycznia — 1 lutego). W przedsięwzięciu weźmie udział około 130 znanych postaci życia publicznego, co samo w sobie pokazuje, jak głęboko muminkowy świat zakorzeniony jest w fińskiej kulturze – nie tylko jako literatura dziecięca, lecz jako wspólne dziedzictwo symboliczne, etyczne i językowe. Wśród czytających znajdą się politycy, artyści, aktorzy, muzycy i dziennikarze, a całemu wydarzeniu towarzyszyć będzie atmosfera wspólnotowej lektury, przypominającej dawne praktyki czytania na głos, dziś rzadkie, lecz niezwykle nośne kulturowo.

    Dla polskiego odbiorcy szczególnie interesujący może być skład uczestników maratonu. W czytaniu weźmie udział między innymi Alexander Stubb – obecny prezydent Finlandii, politolog, były premier i minister spraw zagranicznych, znany z międzynarodowego doświadczenia i otwartości kulturowej. Co znaczące, będzie on czytał zarówno po fińsku, jak i po szwedzku, co symbolicznie podkreśla dwujęzyczny charakter fińskiej kultury oraz fakt, że Tove Jansson tworzyła po szwedzku. Wśród uczestników znajdzie się również Sanna Marin, była premierka Finlandii, jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci europejskiej polityki ostatnich lat. Jej obecność pokazuje, że Muminki nie są traktowane jako literatura „dla dzieci”, lecz jako element narodowego imaginarium, zdolny łączyć pokolenia i środowiska. Całość poprowadzi Christoffer Strandberg – aktor, performer i prezenter, znany z ogromnej popularności i umiejętności łączenia powagi z humorem, co w kontekście świata Muminków wydaje się wyborem idealnym.

    Maraton obejmie wszystkie dziewięć głównych książek o Muminkach, czytanych fragmentami w języku szwedzkim i fińskim, a także archiwalne nagrania z udziałem samej Tove Jansson. Wydarzenie nie ma charakteru komercyjnego spektaklu, lecz raczej wspólnotowego rytuału czytania – gestu, który w fińskiej kulturze wciąż zachowuje szczególną wagę. Muminki funkcjonują tu nie tylko jako klasyka literatury dziecięcej, lecz jako narracja etyczna, opowiadająca o lęku, samotności, potrzebie domu, relacjach z Innym i sztuce życia w świecie pełnym niepewności. Być może właśnie dlatego w XXI wieku wracają z taką siłą – jako opowieść uniwersalna, ale zarazem głęboko zakorzeniona w nordyckim doświadczeniu.

    Z tym większą radością informujemy, że także nasze seminarium muminkologiczne, realizowane w ramach badań nad kulturą nordycką i transmedialnym storytellingiem, planuje symbolicznie i wirtualnie dołączyć do tego maratonu. Traktujemy to wydarzenie nie tylko jako ciekawostkę medialną, lecz jako ważny moment współczesnej recepcji twórczości Tove Jansson – moment, w którym literatura staje się ponownie żywą praktyką wspólnotową, łączącą badaczy, czytelników i słuchaczy ponad granicami języka i kraju.

    Łódź z jej tradycjami Se-Ma-Fora, który animował pod koniec lat 70-tych XX wieku cykl muminkowy musi się w tym znaleźć!

  • Duża zmiana w Szwedzkiej Akademii

    Duża zmiana w Szwedzkiej Akademii

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Nowa era w Szwedzkiej Akademii: Ingrid Carlberg jako nowa stała sekretarzyni

    W grudniu 2025 r. Szwedzka Akademia stanęła u progu nowego rozdziału w swojej historii — po siedmiu latach na stanowisku przewodniczącego — formalnie „ständiga sekreterare (stałego sekretarza) z funkcją pożegnał się Mats Malm, a jego następczynią została Ingrid Carlberg — ceniona dziennikarka i autorka książek non-fiction. W Polsce znana jest jej książka-biogram Alfreda Nobla. (Nobel. Wybuchowy pacyfista, tłum. E. Ptaszyńska-Sadowska, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2022)

    Ingrid Carlson w 2012 r. (Fot. Bengt Oberger, za Wikipedią, CC Uznanie Autorstwa)

    Koniec jednego etapu — początek nowego kierunku

    Malm zyskał szerokie uznanie za swoją rolę w stabilizowaniu Akademii po głębokim kryzysie instytucjonalnym, który wstrząsnął szwedzką sceną kulturalną kilka lat temu. Ofiarą tego kryzysu była nie tylko sekretarzyni przed Malmem — Sara Danius, ale i Olga Tokarczuk, której Nagroda Nobla była opóźniona o rok. Jego (Malma) kadencja pomogła odbudować wewnętrzne zaufanie i przywrócić Akademii reputację poważnej instytucji. 

    Jednak jak zauważają komentatorzy, dziś Akademia stoi przed innym wyzwaniem — bardziej publicznym i politycznym: konfliktem wokół zagrożeń dla demokracji, dezinformacji i narastającej presji na wolność słowa. 

    Ingrid Carlberg – nowa przewodnicząca za sterami Akademii

    Carlberg — 64-letnia dziennikarka m. in. Dagens Nyheter (do 2010 roku) oraz autorka książek popularnonaukowych i publicystycznych — objęła stanowisko jako druga kobieta w historii Akademii, po słynnej Sarze Danius (nota bene: m. In. Teoretyczce literatury), co samo w sobie jest odczytywane jako sygnał zmian i postępu w instytucji. 

    W opiniach ekspertów i kulturoznawców jej nominacja odczytywana jest jako znak, że Akademia chce kontynuować — a nawet rozszerzyć — swoje zaangażowanie w obronę wolności prasy i demokracji. Björn Wiman, dyrektor działu kultury Dagens Nyheter, wskazuje, że wybór Carlberg może być zapowiedzią „nowocześniejszej” Akademii, która aktywniej zabiera głos w ważnych debatach społecznych i kulturowych. 

    Rola Carlberg ma być kluczowa szczególnie w kontekście obrony publicznej debaty i prawdy — obszarów, które w ostatnich latach Akademia coraz silniej starała się promować, m.in. poprzez konferencje i inicjatywy poświęcone wolności myśli i wypowiedzi. 

    Akademia wobec wyzwań współczesności

    Zmiana na stanowisku ständiga sekreterare przypomina, jak dynamiczne potrafią być instytucje kultury w regionie nordyckim, kiedy stoją wobec nowych globalnych wyzwań. Dla Szwedzkiej Akademii — instytucji znanej przede wszystkim jako opiekun literatury i języka, ale też strażnik wartości demokratycznych — wybór nowej przewodniczącej jest sygnałem, że debata publiczna, prawda i odporność demokratyczna pozostają w centrum jej misji. 

  • Nowa publikacja Płuciennika i Szula na temat disneyizacji

    Nowa publikacja Płuciennika i Szula na temat disneyizacji

    Płuciennik, J., & Szul, S. (2025). Disneyizacje i disneyfikacje a produkcja kulturalna. Spojrzenie z perspektywy kulturowej historii nowoczesności. Zagadnienia Rodzajów Literackich68(2), 13–24. https://doi.org/10.26485/ZRL/2025/68.2/1

    Nowa publikacja do znalezienia tutaj: LINK

    Abstrakt

    Ten tekst ma na celu dostarczenie syntetycznego przeglądu zjawisk Disneyizacji i Disneyfikacji w kontekście przemian zachodzących w funkcjonowaniu światów sztuki w XX i XXI wieku. Autorzy zaczynają od perspektywy Alana Brymana, aby zademonstrować powiązania między kulturą konsumpcyjną a produkcją kulturową, a następnie, przez pryzmat kulturowej historii nowoczesności, wyjaśniają, w jaki sposób paradygmatyczne antydoświadczenie początku XX wieku wpłynęło na reprezentację rzeczywistości i rozwój konwencji filmowych w studiu Walta Disneya. Następnie badacze próbują ukontekstowić Disneya w modelu synkopowanej natury sztuki, rozumianej nie jako zwykłe powtórzenie wcześniejszych form, ale jako rytm powrotów i zmian, w którym każda iteracja niesie ze sobą element nieciągłości. Synkopa ujawnia się tutaj jako postać napięcia – demonstrując, że sztuka, pomimo rozproszenia i fragmentacji, utrzymuje spójność właśnie poprzez ciągłą transformację, a nie poprzez kopiowanie stałych wzorców. Artykuł podkreśla zatem, że współczesne praktyki artystyczne działają w ramach logiki dynamicznej różnicy, a nie wiernego powtarzania, otwierając drzwi do ponownej refleksji nad wytrwałością i zmianą w kulturze wizualnej. Ostatnie podrozdziały zawierają omówienie artykułów składających się na główny tematyczny trzon tego wydania Zagadnień Rodzajów Literackich.

  • Dlaczego humanistyka potrzebuje Nagrody Nobla?

    Dlaczego humanistyka potrzebuje Nagrody Nobla?

    Medal przykładowy z Serbii, zdjęcie na lic. Depositphitos

    Dzisiejszy dzień noblowski skłania do refleksji. Świat patrzy na sztokholmskie ceremonie, a ja – po lekturze wczorajszego felietonu w Svenska Dagbladet o potrzebie Nagrody Nobla w humanistyce – mam wrażenie, że wszystkie te wątki układają się w jeden klarowny obraz.

    W felietonie pada fundamentalne pytanie: dlaczego humanistyka nie ma swojego Nobla, skoro to właśnie ona uczy nas empatii, sposobów rozumienia innych, a czasem nawet – jak pisze autor – „wywraca nasze widzenie świata na drugą stronę”? Współczesne nauki medyczne i społeczne coraz częściej odwołują się do storytellingu i narracji: potrafimy lepiej podejmować decyzje, jeśli umiemy wysłuchać czyjejś historii. To przecież sama esencja humanistyki: opowieść jako narzędzie poznawcze, nie ozdobnik.

    Tu świetnie pasuje postać Petera Singera, również przywoływanego w tekście. Singer uczy, że moralność zaczyna się tam, gdzie przestajemy widzieć wyłącznie siebie. Humanistyka, w tym literatura, poszerza ten „krąg troski” właśnie poprzez narracyjne ćwiczenie wyobraźni moralnej (podobnie zresztą widzieliby także teologowie, tacy jak np. Paul Tillich). Kiedy czytamy Tony Morrison, Virginię Woolf czy Hannah Arendt, uczymy się patrzeć cudzymi oczami – to wiedza praktyczna, społeczna, etyczna.

    I teraz — piękne zderzenie: 8 grudnia tegoroczny Noblista literacki, w Polsce mało znany, Laszlo Krasznahorkai, wg Susan Sontag „współczesny mistrz apokalipsy”, wygłosił w Sztokholmie wykład, który sam w sobie był dowodem na to, że literatura już pełni funkcję, o której pisze Svenska Dagbladet. Wykład nie miał linearnej struktury, ani „szwajcarskiej”, poprawnej interpunkcji. Był raczej jak medytacja i manifest w jednym: o aniołach, nadziei, rebelii przeciwko temu, co odbiera człowiekowi wolność i dobroć.

    Styl Krasznahorkaiego w tym wykładzie jest kontynuacją jego prozy: długie, spiralne zdania, powtórzenia, poetyckie dygresje. Jego zdania często mają wiele linijek, a nawet całe akapity. Są tak budowane, że czytelnik traci poczucie końca i początku — jest to strumień świadomości i retoryka nawrotów. Ta forma ma imitować: ruch „chodzenia w kółko”, o którym sam pisarz wielokrotnie mówi, rytm myślenia, powolne narastanie obsesyjnej wizji, ruch „chodzenia w kółko”, o którym sam pisarz wielokrotnie mówi. Brak klasycznej interpunkcji jest więc elementem poetyki: świat się rozpada, a zdanie próbuje ten rozpad objąć, zatrzymać, powstrzymać – lecz się nadwyręża.

    Zatem ten wykład brzmiał bardziej jak humanistyka najwyższej próby niż tradycyjny, uporządkowany odczyt akademicki. Poetyckie intuicje, filozoficzne skróty, emocjonalna tonacja – wszystko to dowodzi, że literatura nie mieści się w ramie konwencjonalnego wykładu, bo jej siła polega na przekraczaniu form.

    I tu mogę dodać z dumą coś bardzo osobistego: Uniwersytet Łódzki przecież już od jedenastu lat nagradza przełomowe książki humanistyczne Nagrodą im. Prof. Tadeusza Kotarbińskiego. Dziś, patrząc na światowe debaty, widać wyraźnie, że byliśmy pionierami. W świecie, który dopiero zastanawia się nad Noblem z humanistyki, my od dekady mówimy: humanistyka zmienia ludzi i społeczeństwa, więc powinna być nagradzana jak każda inna dziedzina przełomowej wiedzy.

    Dzisiejszy noblowski wieczór i wykład literackiego Noblisty jeszcze mocniej to wzmacniają.

    Bo jeśli literatura jest przestrzenią dla aniołów i dla rewolucji, jeśli jest miejscem, gdzie narracja staje się etyką, a empatia – formą poznania, to naprawdę niewiele różni ją od tego, co czynią „najwyższej klasy” humaniści. Może więc wszystko zmierza w jedną stronę: ten felieton o potrzebie Nobla z humanistyki, moja dawna refleksja z „Literackich identyfikacji i oddźwięków”, intuicje Singera, narracyjne zwroty we współczesnej medycynie i naukach społecznych, wykład Nobel Prize in Literature 2025, który sam jest humanistycznym manifestem, i wreszcie nasza własna, łódzka tradycja nagradzania myśli humanistycznej.

    Może za kilka lat ktoś w Sztokholmie powie: „Nobel z humanistyki? To nie jest nowy pomysł. W Łodzi zaczęło się dawno temu.” Na pewno tak nie będzie, ale niech wszyscy pamiętają, że Łódź bywa w awangardzie.

  • Muminki. Drzwi są zawsze otwarte. Z polskiej perspektywy

    Muminki. Drzwi są zawsze otwarte. Z polskiej perspektywy

    Moja kolejna nowa publikacja w albumie pełnym danych i wspaniałych i unikalnych ilustracji

    Niewidzialne dziecko i wyzwolenie, w: Muminki. Drzwi są zawsze otwarte. Z polskiej perspektywy, pod red. Marzeny Bomanowskiej, Muzeum Kinematografii w Łodzi, Łódź 2025, 227-233.

    The Invisible Child and Liberation, przeł. James West, in: The Moomins. The Door is Always Open. A Polish Perspective, ed. by Marzena Bomanowska, Muzeum Kinematografii w Łodzi, Łódź 2025, 234-239.

    Autor artykułu z książką w Muzeum Kinematografii w Łodzi (zdjęcie MB z ed. JP)
    Redaktorka książki z jej egzemplarzem — pani Dyrektor Marzena Bomanowska (zdjęcie JP)
  • Moja nowa publikacja

    Moja nowa publikacja

    J. Płuciennik, Immersja, afordancje i jakości metafizyczne Ingardena. W: Roczniki Humanistyczne T. LXXIII, 2025, z. 1 specjalny, 25-50.

    Przy okazji tej publikacji byłem w Lublinie na Jubileuszu prof. Andrzeja Tyszczyka, wybitnego fenomenologa i literaturoznawcy. Księgą pamiątkową był — signum temporis — numer specjalny Roczników Humanistycznych, w którym miałem właśnie tą publikacją swój wkład, w którym traktuję dokonania Jubilata jako punkt wyjścia. Jak widać na zdjęciach jubilat był wzruszony, były wspomnienia, anegdoty i piosenki. Śmiechu było dużo, ale też powaga. Coś się zamyka. Jak widać, Jubilat dostał nowy rower z napisami dedykacyjnymi, bo jest zapalonym cyklistą…

    Tutaj tekst artykułu

  • Pierwsza opera w języku saamskim w Sztokholmie. „Jordens hjärta” i mit żyjącej ziemi

    Pierwsza opera w języku saamskim w Sztokholmie. „Jordens hjärta” i mit żyjącej ziemi

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Na scenie Królewskiej Opery w Sztokholmie debiutuje pierwsza w historii opera w języku saamskim. „Jordens hjärta / Eatneme váibmu” to nie tylko wydarzenie artystyczne, lecz także symboliczny zwrot w relacjach Szwecji z rdzenną kulturą Sápmi. Spektakl wprowadza publiczność w świat mitu „serca ziemi” – opowieści o żywej, czującej naturze i zagubionym rytmie współczesnego człowieka.

    Zdjęcie tria twórczyń (reżyserki Elle Márjá Eiry, kompozytorki Britty Byström i librecistki Rawdny Carity Eiry) we wnętrzu Kungliga Operan – pierwsze zdjęcie to cytat z Svenska Dagbladet z 15.11.2025. Pozostałe zdjęcia autorek z serwisu YouTube Opery w Sztokholmie. Jedno zdjęcie z inscenizacji za Sveriges Radio. Zdjęcie serca ziemi na lic. Depositphotos

    Nowy język na najważniejszej scenie Szwecji

    „Jordens hjärta / Eatneme váibmu” to pierwsza opera w Europie śpiewana w języku saamskim na dużej scenie operowej. Reżyseruje Elle Márjá Eira, libretto napisała Rawdna Carita Eira, a muzykę skomponowała Britta Byström. Twórczynie podkreślają, że chcą otworzyć dla publiczności „nowy wszechświat”, czerpiąc z mitologii Saamów i ich nielinearnego sposobu opowiadania historii.

    W cieniu historii: Saamowie i Szwecja

    Premiera opery ma wymiar polityczny i historyczny. Przez dziesięciolecia państwo szwedzkie prowadziło wobec Saamów politykę paternalistyczną i asymilacyjną. Program „lapp ska vara lapp” ograniczał edukację i mobilność Saamów; badania rasowe i ingerencja w tradycyjny tryb życia pozostawiły długotrwałe rany. Do dziś trwają spory o ziemię, prawa do wypasu reniferów i eksploatację zasobów naturalnych w Sápmi. W tym kontekście obecność języka i mitologii saamskiej na najważniejszej scenie kraju ma charakter restytucji kulturowej – gest odzyskiwania przestrzeni.

    Mit „serca ziemi”: kultura natury, która żyje

    W sercu opery znajduje się mit „Eatneme váibmu” – „serca ziemi”. W światopoglądzie saamskim natura jest żywa: ma własną wolę, pamięć i rytm. Ziemia, zwierzęta, wody i wiatry tworzą sieć relacji, w której człowiek jest tylko jednym z elementów, a nie panem kosmosu. To animistyczne rozumienie świata – głęboko zakorzenione w kulcie natury – wyraża przekonanie, że życie jest możliwe tylko dzięki harmonii z otaczającym nas światem.

    W operowej narracji współczesność oznacza oddalenie człowieka od natury, a więc także od jej „bicia”. Twórczynie pokazują, jak zanik kontaktu z ziemią prowadzi do rozpadu relacji, utraty intuicji i duchowego zakorzenienia. Opowieść splata realizm z magią, przywołując saamskie kosmogonie, które – w przeciwieństwie do zachodnich narracji – odmierzają czas cyklem natury, nie linią fabularną.

    „Jordens hjärta” czerpie także z tradycji saamskich sag i mitów o stworzeniu, które w kulturze Sápmi pełnią funkcję zarówno kosmologii, jak i pamięci zbiorowej. Twórczynie sięgają do XIX-wiecznego eposu „Solens söner” autorstwa Andersa Fjellnera, w którym świat rodzi się ze światła, ruchu i relacji między istotami zamieszkującymi naturę. W saamskich opowieściach kreacja nie jest jednorazowym aktem, lecz procesem dynamicznym: świat powstaje, zapada się, odnawia i krąży – jak oddech. Opera wpisuje się w tę tradycję, łącząc elementy sagi, mitu i współczesnej narracji teatralnej. To nie linearna historia, lecz kosmogoniczny rytm, w którym człowiek musi znaleźć swoje miejsce, zanim utraci je na zawsze.

    Warto dodać, że warstwę muzyczną opery przenika tradycja joiku – charakterystycznej dla Saamów techniki wokalnej, która nie opisuje, lecz przywołuje osoby, miejsca i zjawiska. Joik jest formą pamięci i obecności: śpiewem, który nie tyle mówi o kimś lub czymś, ile pozwala temu bytowi pojawić się tu i teraz. Włączenie joiku do opery tworzy most między światem klasycznej europejskiej muzyki a saamską praktyką duchową, dodając spektaklowi warstwę, której nie da się oddzielić od tożsamości i historii Sápmi.

    Ciało, rytm i kosmos

    Aktorzy i śpiewacy pracują intensywnie z ruchem; tekst pojawia się dopiero później, jako warstwa przekładalna na język szwedzki. Wizualnie spektakl łączy światło z mrokiem, dobro ze złem, harmonię z chaosem – tak jak saamskie opowieści, w których świat podziemny, świat ludzi i świat kosmosu nakładają się na siebie.

    Premiera „Jordens hjärta” jest więc nie tylko nowością artystyczną, ale także wydarzeniem symbolicznym. Wprowadza do szwedzkiej kultury głos, który przez wieki był marginalizowany – i pozwala publiczności usłyszeć bicie serca ziemi, którego echo niegdyś współtworzyło rytm życia na Północy.

    PS. Warto dodać, że w najnowszych badaniach nad kulturą Saamów coraz wyraźniej widać, jak silnie zakorzeniona jest ich tożsamość mimo wielowiekowych prób asymilacji. Saamowie – żyjący dziś na pograniczu Norwegii, Szwecji, Finlandii i Rosji – tworzą niezwykle dynamiczną kulturę, która rozwija się równolegle w wielu obszarach: od literatury, muzyki i sztuki, przez teatr i film, aż po media i szkolnictwo. Szczególną rolę odgrywa tu język północnosaamski, będący nie tylko narzędziem komunikacji, lecz także pełnoprawną lingua franca całego Sápmi. To właśnie w tym języku funkcjonują największe instytucje kultury, w tym teatry i uniwersytet saamski w Kautokeino, a także znacząca część współczesnej twórczości artystycznej.

    PS. 2 Jak pokazuje przegląd badań, również w Polsce rośnie zainteresowanie Saamami, choć dominują opracowania socjologiczne, kulturoznawcze i pedagogiczne. Lingwistyka saamska pozostaje u nas wciąż słabo reprezentowana, niewystarczająco opisana i fragmentaryczna. Tym bardziej ważne wydaje się zwracanie uwagi na ich języki, szczególnie w kontekście złożonej sytuacji wielojęzyczności i rewitalizacji. Wpis o operze saamskiej idealnie wpisuje się w ten szerszy obraz – kulturę, która dzięki własnym instytucjom, mediom i sztuce nie tylko przetrwała, ale dziś znajduje nowe formy ekspresji, nierzadko przekraczające narodowe i językowe granice. Zob. Stefańczyk, Wiesław Tomasz. Etnolekty czy języki? Rzecz o Saamach (Lapończykach) i ich recepcji w Polsce. „Socjolingwistyka” 37 (2023): 369–381. DOI: 10.17651/SOCJOLING.37.20.  

  • Finlandia 1944 – Ukraina 2025?

    Finlandia 1944 – Ukraina 2025?

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    W Dagens Nyheter Anna-Lena Laurén przypomina dzisiaj dramatyczne okoliczności zawarcia przez Finlandię rozejmu z ZSRR w 1944 roku i zestawia je z obecną sytuacją Ukrainy.

    Po „wojnie kontynuacyjnej” Finlandia znalazła się w sytuacji bez wyjścia: musiała zerwać sojusz z Niemcami, oddać 12% swojego terytorium (w tym Karelię i Wyborg), zapłacić gigantyczne reparacje, przyjąć setki tysięcy uchodźców i żyć pod kontrolą sowieckiej komisji w Helsinkach. Był to – jak pisał ówczesny ambasador Gripenberg – „drakoński wyrok”, który wielu uznawało za polityczne samobójstwo. A jednak Finlandia przetrwała, umiejętnie lawirując między Moskwą a Zachodem, aż stopniowo zakotwiczyła się w świecie demokracji i dobrobytu, a dziś jest członkiem UE i NATO.

    Prezydent Finlandii Alexander Stubb, którego ojciec jako dziecko musiał opuścić rodzinny dom w Karelii, używa tej historii jako punktu odniesienia: „W 1944 roku znaleźliśmy rozwiązanie. Jestem pewien, że w 2025 roku Ukraina również znajdzie drogę do sprawiedliwego pokoju”.

    Różnica jest jednak zasadnicza: Finlandia była wtedy osamotniona, podczas gdy Ukraina ma za sobą niemal całą Europę i USA. Laurén przypomina, że w 1944 roku nawet Szwecja – najbliższy sąsiad – apelowała do Finów o kapitulację i powściągliwość, a Churchill wprost stwierdzał, że warunki muszą odpowiadać Stalinowi.

    Ale ta historia ma dla mnie także osobisty i kulturowy wymiar. Kiedy Tove Jansson w latach 50. pracowała nad malowidłem ołtarzowym w kościele w Teuvie, w tej miejscowości mieszkali uchodźcy z Karelii. Przywieźli ze sobą dzwon z opuszczonego kościoła w swojej ojczyźnie — symbol ciągłości mimo wygnania. Zapomina się dziś, że para Muminków idących przez ciemny las na okładce pierwszej książki Jansson z 1945 roku mogła Finom przypominać właśnie o uchodźcach z Karelii, o doświadczeniu utraty domu i konieczności zaczynania od nowa.

    Artykuł Laurén kończy się przesłaniem: droga do pokoju będzie bolesna, ale nawet w sytuacji pozornie beznadziejnej możliwe jest przetrwanie i odbudowa. To nadzieja, którą Finlandia – i jej literatura – mogą podarować dziś Ukrainie.

  • Kanonizacja kultury w Szwecji? Pippi jednak rządzi — choć w dziwnym czasami kontekście „latającego Jakuba”

    Kanonizacja kultury w Szwecji? Pippi jednak rządzi — choć w dziwnym czasami kontekście „latającego Jakuba”

    Pippi jest, ale nie ma Abby. Jest „latający Jakub”, (zob. przepis na końcu tego tekstu) ale nie ma słynnego kwaszonego śledzia czy słynnych szwedzkich klopsików mięsnych, albo last but not least — fiki jako instytucji społecznej związanej z jedzeniem i piciem.

    Prof. Lars Trägårdh (historyk) — przewodniczący rządowego Komitetu ds. Kanonu Kulturowego („Kommittén En kulturkanon för Sverige”) za Sveriges Television

    Szwedzki kanon kultury — most czy mur?
    Jest! Po dwóch latach intensywnych prac specjalny komitet w Szwecji zaprezentował dziś na Uniwersytecie w Uppsali swój kulturowy kanon (w historycznej sali Muzeum tego Uniwersytetu). To lista 100 artefaktów — dzieł, symboli i zjawisk — które, zdaniem władz, każdy Szwed powinien znać, by zrozumieć i umocnić swoją tożsamość. Na liście znalazły się kultowe pozycje, takie jak „Pippi Långstrump” czy „Utvandrarna”, poezja Bellmana, a także elementy codziennego życia — popularne danie „Flygande Jacob” czy powszechne prawo dostępu każdego do natury, czyli allemansrätten.
    Na pierwszy rzut oka, to ambitny projekt mający na celu stworzenie wspólnej kulturowej przestrzeni. Jednak w szwedzkim kontekście jego ogłoszenie wywołało burzę, a debata o tym, co tak naprawdę jest esencją szwedzkiej tożsamości, wciąż trwa.

    Komentatorzy wyrażają często zdziwienie pod tytułem „czego tutaj brakuje”. Ale nie tylko.

    Kontrowersje i oskarżenia
    Choć intencje wydają się słuszne, proces tworzenia kanonu spotkał się z ogromną krytyką. Już sama rezygnacja jednej z członkiń komitetu, Marlen Eskander, była sygnałem, że coś jest nie tak. Zarzuciła ona projektowi subiektywność i brak równowagi. (Na 12 dodatkowych ekspertów komitetu ds kanonu 8 to mężczyźni, co na standardy Szwecji jest dużą dysproporcją) Również zewnętrzne instytucje, w tym prestiżowa Szwedzka Akademia oraz partia Socjaldemokraci, krytykują listę za brak inkluzywności i pomijanie perspektyw mniejszości narodowych. Co więcej, wypowiedzi przewodniczącego komitetu, historyka Larsa Trägårdha, na temat „braku przywilejów dla tornedalingów czy fanów bandy” zostały odebrane jako lekceważenie specyfiki niektórych grup, a nawet sprzeczność z zasadami dialogu.
    Wiele pytań wzbudziły też powiązania komitetu z konserwatywną Ax:son Johnson-stiftelse. Krytycy twierdzą, że ideologiczna motywacja projektu jest zbyt silna, a sam kanon to jedynie „potemkinowska fasada”, mająca odwrócić uwagę od realnych problemów sektora kultury, takich jak cięcia w budżecie czy ograniczanie wsparcia dla instytucji. Malarz Carl Johan De Geer dosadnie określił projekt jako „idiotyczny”, twierdząc, że kultury nie da się sprowadzić do sztywnej listy.


    Jak to wygląda w innych krajach?
    Szwedzki kanon nie jest pierwszym tego typu projektem w regionie. Warto przyjrzeć się, jak podeszli do tego inni.

    Dania stworzyła swój kanon w 2006 roku. Był on jednak znacznie bardziej ograniczony, koncentrując się głównie na liście 14 pisarzy (z czego tylko jedna była kobietą!). Co ciekawe, w tym roku rząd duński zapowiedział jego aktualizację, aby poprawić równowagę płciową, co pokazuje, że społeczne oczekiwania się zmieniają.

    Holandia poszła w zupełnie innym kierunku. Ich kanon, zmieniony w 2020 roku po głośnych debatach na temat kolonialnej historii i migracji, jest znacznie bardziej inkluzywny i otwarty na krytyczną refleksję. To bardziej holistyczne podejście, które stara się nie tylko pokazać historyczne osiągnięcia, ale też zmierzyć się z trudnymi aspektami narodowej tożsamości.

    Podsumowanie
    Szwecja dołącza do grona krajów z oficjalnym kanonem kultury, ale robi to w atmosferze pełnej napięcia i kontrowersji. Podczas gdy Duńczycy skupili się na liście literackiej, a Holendrzy na otwartym i inkluzywnym podejściu kulturowym, Szwedzi postawili na symboliczny zbiór, który, choć ma łączyć, na razie głównie dzieli.
    Czy szwedzki kanon stanie się rzeczywistym punktem odniesienia dla edukacji i tożsamości? Czy będzie postrzegany jako most, który zbliży do siebie różnych Szwedów, czy raczej jako mur, który oddzieli od siebie tych o różnych poglądach i dziedzictwach? Odpowiedź na to pytanie przyniesie czas i reakcja samych Szwedów — tych, którzy tę kulturę tworzą i tych, którzy będą z niej korzystać.
    Jak myślicie, czy w Polsce taki projekt byłby możliwy do zrealizowania bez podobnych kontrowersji?

    Historią sporów o kanon na świecie jest długa. Głównym motorem sporów o kanon kulturowy w USA, zwanych też „wojnami kulturowymi” z lat 80. i 90. XX wieku, była postać i praca E.D. Hirscha. Jego książka „Cultural Literacy: What Every American Needs to Know” z 1987 r. wywołała ogólnonarodową debatę na temat edukacji i tożsamości.
    E.D. Hirsch i jego argumentacja
    Hirsch, profesor literatury, argumentował, że spadek wyników w czytaniu i ogólnej wiedzy wśród amerykańskiej młodzieży wynika z braku wspólnego, podstawowego zestawu wiedzy kulturowej. Uważał, że aby w pełni rozumieć teksty i efektywnie funkcjonować w społeczeństwie, ludzie muszą znać pewien wspólny kanon, składający się z ok. 5000 terminów, pojęć i nazwisk.
    Jego teza była prosta: czytanie to nie tylko techniczna umiejętność, ale także proces, który wymaga wiedzy kontekstowej. Bez niej, nawet proste zdania mogą być niezrozumiałe. Hirsch twierdził, że tradycyjny pluralizm w amerykańskiej edukacji, który zrezygnował z jednolitego, opartego na treściach programu nauczania, osłabił spójność kulturową i utrudnił uczniom, zwłaszcza tym z mniej uprzywilejowanych środowisk, osiągnięcie „kulturowej kompetencji”.
    Główne punkty krytyki i kontrowersje
    Książka Hirscha wywołała natychmiastową i ostrą reakcję. Krytyka skupiła się na kilku kluczowych obszarach:

    Brak inkluzywności: Największy zarzut dotyczył tego, że proponowany przez Hirscha kanon był silnie zorientowany na kulturę eurocentryczną i „białych, martwych mężczyzn” (ang. dead white men). Krytycy, w tym zwolennicy ruchów multikulturowych, twierdzili, że taka lista ignoruje wkład mniejszości narodowych, kobiet i innych marginalizowanych grup, co jest sprzeczne z ideałami różnorodności w pluralistycznym społeczeństwie amerykańskim.

    Redukcjonizm: Projekt Hirscha był oskarżany o sprowadzanie kultury do prostej, encyklopedycznej listy faktów do zapamiętania. Wielu uważało, że kultura jest dynamicznym, żywym zjawiskiem, a nie statycznym zbiorem terminów.

    Ideologiczne podłoże: Choć sam Hirsch uważał się za liberała, jego praca została szybko przejęta przez konserwatystów, którzy widzieli w niej oręż do walki z pluralizmem i „wrogim” ich zdaniem, multikulturalizmem w szkołach. To spolaryzowało debatę, przekształcając ją z dyskusji o edukacji w otwartą wojnę polityczną.
    Kontekst „wojen kulturowych”
    Spory wokół Hirscha idealnie wpisały się w szerszy kontekst „wojen kulturowych” w USA, które charakteryzowały się głębokimi podziałami ideologicznymi. Debaty na uniwersytetach, takie jak spór o kurs „kultury zachodniej” na Uniwersytecie Stanforda, koncentrowały się na pytaniu: czy uniwersytety powinny uczyć uniwersalnych wartości i tradycji zachodniej, czy też powinny w równym stopniu uwzględniać perspektywy i osiągnięcia kultur niezachodnich oraz mniejszości?
    Propozycja Hirscha, mająca na celu stworzenie jednolitego fundamentu dla narodu, stała się zatem punktem zapalnym w sporze o to, jak zdefiniować tożsamość amerykańską w obliczu zmieniającej się demografii i postulatów ruchów społecznych. Chodziło o to, czy USA są „tyglem” (ang. melting pot), w którym różne kultury stapiają się w jedną, czy „mozaiką” (ang. salad bowl), w której zachowują swoją odrębność, tworząc razem spójną całość.

    Pełna lista Kanonu za Sveriges Radio.

    Oto polska wersja listy szwedzkiego kanonu kultury

    Szwedzki kanon kultury
    Literatura, proza:

    • „Det går an” (Da się) autorstwa Carla Jonasa Love Almqvista.
    • „Giftas (Äktenskapshistorier 1–2)” (Ożenek / Historie małżeńskie) autorstwa Augusta Strindberga.
    • „Gösta Berlings saga” autorstwa Selmy Lagerlöf.
    • „Muittalus sámid birra. En bok om lapparnas liv” (Książka o życiu Lapończyków) autorstwa Johana Turi.
    • „Kallocain” autorstwa Karin Boye.
    • „Pippi Långstrump” (Pippi Pończoszanka) autorstwa Astrid Lindgren.
    • „Utvandrarna” (Emigranci) autorstwa Vilhelma Moberga.
    • „Katitzi” autorstwa Katariny Taikon.
    • „Den vedervärdige mannen från Säffle” (Obrzydliwy człowiek z Säffle) autorstwa Maj Sjöwall i Pera Wahlöö.
      Literatura, wiersze – zebrane w antologii:
    • „Skulle jag sörja, då vore jag tokot” (Gdybym się smucił, byłbym głupcem) z „Helicons blomster” autorstwa Lasse Lucidora.
    • „Drick ur ditt glas, se Döden på dig väntar” (Wypij ze swego kielicha, spójrz, Śmierć na ciebie czeka), Fredmans epistel nr 30 z „Fredmans epistlar” autorstwa Carla Michaela Bellmana.
    • „Några ord till min k. dotter, ifall jag hade någon, 1–33” (Kilka słów do mojej drogiej córki, gdybym jakąś miał) z „Skaldeförsök” autorstwa Anny Marii Lenngren.
    • „Vän! I förödelsens stund” (Przyjacielu! W chwili zguby) autorstwa Erika Johana Stagneliusa.
    • „Triumf att finnas till” (Triumf istnienia) z „Septemberlyran” autorstwa Edith Södergran.
    • „Det är vackrast när det skymmer” (Najpiękniej jest, gdy się ściemnia) z „Kaos” autorstwa Pera Lagerkvista.
    • „Stjärnorna kvittar det lika” (Gwiazdom to wszystko jedno) z „En döddansares visor” autorstwa Nilsa Ferlina.
    • „Eufori” (Euforia) z „Färjesång” autorstwa Gunnara Ekelöfa.
    • „Den halvfärdiga himlen” (Niedokończone niebo) z „Den halvfärdiga himlen” autorstwa Tomasa Tranströmera.
    • „Äktenskapsfrågan I–II” (Kwestia małżeństwa) z „Husfrid” autorstwa Sonji Åkesson.
      Sztuka wizualna i wzornictwo:
    • Malowidła wapienne w kościele w Härkeberga autorstwa Albertusa Pictora.
    • Zamek Gripsholm z państwową kolekcją portretów.
    • Autoportret z alegoriami autorstwa Davida Klöckera Ehrenstrahla.
    • Pałac Królewski w Sztokholmie autorstwa Nicodemusa Tessina Młodszego i Carla Hårlemana.
    • „Nordisk sommarkväll” (Nordycki letni wieczór) autorstwa Richarda Berga.
    • Lilla Hyttnäs, Sundborn, domostwo Karin i Carla Larssonów.
    • „Målningarna till templet” (Obrazy do świątyni) autorstwa Hilmy af Klint.
    • „Tomtebobarnen” (Dzieci elfów) autorstwa Elsy Beskow.
    • Sztokholmski Ratusz autorstwa Ragnara Östberga.
    • „Sitting… Six months later. Version A” autorstwa Öyvinda Fahlströma.
      Muzyka:
    • „Drottningholmsmusiken” (Muzyka z Drottningholm) autorstwa Johana Helmicha Romana.
    • „Sjung med oss mamma” (Mamo, śpiewaj z nami), zeszyt pierwszy, autorstwa Alice Tegnér.
    • „Midsommarvaka, svensk rapsodi nr 1 för stor orkester, op 19” (Wigilijna noc Świętojańska, rapsodia szwedzka nr 1 na orkiestrę, op. 19) autorstwa Hugo Alfvéna.
    • Trzy nagrania z ludowym skrzypkiem Hjortem Andersem Olssonem.
    • „Flyttningssång” (Pieśń o przeprowadzce) i „Till kåtan och hemmet” (Do szałasu i domu) autorstwa Larsa Sikku, Fridy Johansson.
    • „Calle Schewens vals” (Walc Callego Schewena) i „Möte i monsunen” (Spotkanie w monsunie) autorstwa Everta Taube.
    • „Förklädd gud, op 24” (Bóg przebrany, op. 24) autorstwa Larsa-Erika Larssona.
    • „Aniara” autorstwa Karla-Birgera Blomdahla.
    • „Jazz på svenska” (Jazz po szwedzku) autorstwa Jana Johanssona.
    • Symfonia nr 7 autorstwa Allana Petterssona.
      Film i sztuki sceniczne:
    • Teatr Pałacowy w Drottningholm autorstwa Carla Fredrika Adelcrantza.
    • „Lejonets unge” (Lwiątko) w Teatrze w Sundsvall autorstwa Fridy Stéenhoff.
    • „Ett drömspel” (Gra snów) autorstwa Augusta Strindberga.
    • „Körkarlen” (Woźnica) autorstwa Victora Sjöströma.
    • „Gullregn” (Złoty deszcz) z kupletem „Den ökända hästen från Troja” (Niechlubny koń z Troi) autorstwa Karla-Gerharda.
    • „Fröken Julie” (Panna Julia) autorstwa Birgit Cullberg.
    • „Det sjunde inseglet” (Siódma pieczęć) autorstwa Ingmara Bergmana.
    • „Dom kallar oss mods” (Nazywają nas modami) autorstwa Stefana Jarla i Jana Lindqvista.
    • „Fars lille påg” (Tatuśkowe małe chłopię) autorstwa Franza Arnolda, Ernsta Bacha i Nilsa Poppe.
    • „Medeas barn” (Dzieci Medei) w teatrze Unga Klara, autorzy: Suzanne Osten i Per Lysander.
      Nauka i literatura faktu:
    • „Heliga Birgittas uppenbarelser” (Objawienia świętej Brygidy) autorstwa świętej Brygidy Szwedzkiej.
    • „Historia o narodach północnych” autorstwa Olausa Magnusa.
    • „Christinas självbiografi” (Autobiografia Krystyny) autorstwa królowej Krystyny.
    • „Lappländsk resa” (Podróż do Laponii) autorstwa Carla von Linné.
    • „Drömbok” (Księga snów) autorstwa Emanuela Swedenborga.
    • „Fädernas gudasaga” (Saga bogów ojców) autorstwa Viktora Rydberga.
    • „Svenska folkets underbara öden” (Wspaniałe losy narodu szwedzkiego) autorstwa Carla Grimberga.
    • „Barnets århundrade” (Stulecie dziecka) autorstwa Ellen Key.
    • „Kris i befolkningsfrågan” (Kryzys demograficzny) autorstwa Alvy i Gunnara Myrdala.
    • „Vägmärken” (Drogowskazy) autorstwa Daga Hammarskjölda.
      Prawo i sprawiedliwość:
    • „Magnus Erikssons landslag” (Prawo ziemskie Magnusa Erikssona) autorstwa króla Magnusa Erikssona.
    • Prawo z 1734 r. (1734 års lag).
    • Ustawa o wolności prasy z 1766 r. (1766 års tryckfrihetsförordning).
    • Zasada jawności (Offentlighetsprincipen).
    • Forma rządu z 1809 r. (1809 års regeringsform).
    • Kodeks procedury sądowej (Rättegångsbalken).
    • Konwencja Europejska (Europakonventionen).
    • Kodeks karny (Brottsbalken).
    • Forma rządu z 1974 r. (1974 års regeringsform).
    • Allemansrätten (Prawo do korzystania z natury).
      Religia:
    • Kościół w Husaby.
    • Klasztor w Vadstenie, święta Brygida.
    • „Horologium Mirabile Lundense” (Cudowny zegar z Lund), prawdopodobnie autorstwa Nicolausa Lilienvelda i innych.
    • Malmöpsalmboken (Księga psalmów z Malmö) autorstwa Christierna Pedersena.
    • Biblia Gustawa Wazy (Gustav Vasas bibel), szwedzkie tłumaczenie prawdopodobnie autorstwa Olausa Petri, Laurentiusa Andreae, Laurentiusa Petri i innych.
    • Konwentikelplakatet (zakaz zgromadzeń religijnych poza kościołem).
    • Synagoga w Marstrandzie.
    • „O store Gud” (O, wielki Boże) autorstwa Carla Boberga.
    • Decyzja Zgromadzenia Kościoła Szwedzkiego o otwarciu posługi kapłańskiej dla mężczyzn i kobiet.
    • „Nattvardsgästerna” (Goście Wieczerzy Pańskiej) autorstwa Ingmara Bergmana.
      Gospodarka:
    • Kopalnia miedzi w Falun (Falu koppargruva).
    • Bank Riksbanken (bank państwowy).
    • Storskiftet (wielka reforma gruntowa).
    • Ustawa o wolności handlu (Näringsfrihetsförordningen) autorstwa Johana Augusta Gripenstedta.
    • Krajobraz przemysłowy w Norrköping, autorzy m.in. Carl Theodor Malm i Theodor Glosemeyer.
    • Elektrownia Harsprånget na rzece Lule älv.
    • Reforma emerytur powszechnych (Folkpensionsreformen).
    • Układ z Saltsjöbaden (Saltsjöbadsavtalet), porozumienie między związkami zawodowymi a pracodawcami.
    • IKEA w Älmhult, Ingvar Kamprad.
    • Podatek od małżeństw (Särbeskattningen av makar).
      Wynalazki:
    • Maszyna powietrzna i ognista (Luft- och eldmaskin) autorstwa Mårtena Triewalda.
    • „Systema naturae” autorstwa Carla von Linné.
    • Komisja ds. Tabel (Tabellkommissionen) autorstwa Pehra Wargentina.
    • Piec kaflowy (Kakelugnen) autorstwa Fredrika Wrede i Carla Johana Cronstedta.
    • Rzecznik Sprawiedliwości (Justitieombudsmannen), pomysł Hansa Järty i stanu chłopskiego.
    • Kanał Göta (Göta kanal) autorstwa Baltzara von Platen.
    • Nagroda Nobla autorstwa Alfreda Nobla.
    • Łożysko kulkowe sferyczne autorstwa Svena Wingquista.
    • Samolot Viggen, Saab.
    • Urlop ojcowski (Pappaledigheten).
      Sfera publiczna:
    • Gustavianum w Uppsali, autorzy: Gustaw II Adolf i Olof Rudbäck Starszy.
    • Forma rządu z 1634 r. autorstwa Axela Oxenstierny.
    • Kodycyl Lapoński (Lappkodicillen), porozumienie między państwem szwedzkim i norweskim.
    • Słownik Szwedzkiej Akademii (Svenska Akademiens ordbok), Gustaw III.
    • „Czytanka dla szkoły powszechnej” (Läsebok för folkskolan) autorstwa wydawnictwa Norstedts i Fredrika Ferdinanda Carlssona.
    • Budynek Riksdagu (parlamentu) autorstwa Helgo Zettervalla i Arona Johanssona.
    • Brunnsviks folkhögskola (szkoła ludowa) autorstwa Karla-Erika Forsslunda.
    • Bieg narciarski Vasaloppet, Anders Pers i IFK Mora.
    • Mowa o domostwie ludowym (Folkhemstal) autorstwa Pera Albina Hanssona.
    • Dom Radiowy (Radiohuset) autorstwa Erika Ahnborg i Sune Lindströma.

    Ps. Oto klasyczny przepis na Flygande Jakob oraz jego wersja wegetariańska – tak, by każdy mógł spróbować tego szwedzkiego klasyka z lat 70.

    🇸🇪 Flygande Jakob – przepis klasyczny

    📝 Składniki (na 4 porcje):

    500 g ugotowanego lub pieczonego kurczaka (np. z udek lub piersi, pokrojony na kawałki) 140 g boczku (pokrojony w paski lub kostkę) 2 banany (dojrzałe, ale nie przejrzałe, pokrojone w plasterki) 2 dl (200 ml) śmietany 36% 3 łyżki ketchupu 1 szczypta chili w proszku lub sos chili (opcjonalnie) 1 garść prażonych solonych orzeszków ziemnych Ryż do podania (np. jaśminowy lub basmati)

    🔪 Sposób przygotowania:

    Rozgrzej piekarnik do 225°C. Podsmaż boczek na patelni, aż będzie chrupiący. Odstaw na ręcznik papierowy. W naczyniu do zapiekania ułóż warstwami: kurczaka, plasterki banana, chrupiący boczek. W osobnej misce wymieszaj śmietanę z ketchupem i chili (jeśli używasz). Polej sosem zawartość naczynia. Posyp orzeszkami ziemnymi (można też dodać dopiero po zapieczeniu, jeśli chcesz, by były bardziej chrupiące). Zapiekaj przez około 20 minut – aż sos się zrumieni i zacznie bulgotać. Podawaj z ugotowanym ryżem.

    🌱 Flygande Jakob – wersja wegetariańska

    📝 Składniki (na 4 porcje):

    500 g wegetariańskiego “kurczaka” (np. z soi, grochu lub tofu wędzone) 2 banany (pokrojone w plasterki) 1 mała cebula (opcjonalnie) 2 dl śmietany roślinnej (np. owsiana, sojowa) 3 łyżki ketchupu 1 szczypta chili (opcjonalnie) 140 g wegańskiego “bekonu” lub podsmażonej wędzonej papryki z cebulą 1 garść prażonych orzeszków ziemnych (sprawdź, czy nie zawierają miodu) Ryż do podania

    🔪 Sposób przygotowania:

    Podsmaż cebulę i wegański “bekon” lub zamiennik boczku – np. paski wędzonego tofu z papryką wędzoną. W naczyniu do zapiekania ułóż warstwami: “kurczaka” roślinnego, banany, podsmażoną cebulę i tofu/bekon. Wymieszaj śmietanę roślinną z ketchupem i chili. Zalej wszystko sosem, posyp orzeszkami (lub dodaj je po zapieczeniu). Piecz w 225°C przez 20 minut. Podawaj z ryżem.

  • Stubb i Nawrocki: Szept na greenie, krzyk na siłowni

    Stubb i Nawrocki: Szept na greenie, krzyk na siłowni

    Alexander Stubb, prezydent Finlandii, zyskał miano „szeptacza” (zausznika) Trumpa (fot. lic. Depositphotos)

    Zełenski w czerni, Stubb na greenie, list żony do Melanii – polityka dziś to teatr imponderabiliów. A Nawrocki? Zamiast być „szeptuchą Trumpa”, zostałby co najwyżej „sapaczem” na siłowni.

    Polityka międzynarodowa coraz częściej rozgrywa się w świecie imponderabiliów – rzeczy pozornie lekkich, nieważkich, a jednak decydujących o obrazie i sile przywództwa. Wystarczy spojrzeć na ostatnie dni: Wołodymyr Zełenski zakłada czarny garnitur (zachowując jednak swój styl) i wręcza Donaldowi Trumpowi list od żony – prosty gest, który na chwilę przejmuje inicjatywę w medialnym spektaklu. Alexander Stubb, prezydent Finlandii, gra w golfa z Trumpem i zyskuje w oczach szwedzkich komentatorów miano „Trumpviskaren” – tego, który potrafi szeptać byłemu prezydentowi do ucha w chwilach, gdy dyplomacja formalna zawodzi. (tak jakby „ucho Trumpa”, czyli zausznika, albo zaklinacza, szeptuchy)

    A Nawrocki? No cóż. Polski prezydent marzy pewnie, by i do niego przylgnęła taka etykieta. Problem w tym, że jego naturalnym środowiskiem są raczej ustawki kibolskie, ring bokserski i siłownia niż pole golfowe. Trumpa można próbować przekonać na greenie (część pola golfowego wokół dołka) albo ująć symbolicznym gestem – ale nie imponując liczbą wyciśniętych kilogramów na ławce. Nawrocki mógłby być co najwyżej „szeptaczem” na siłowni, a nie w Białym Domu.

    W epoce, gdy polityka staje się teatrem gestów, ubrań i rytuałów, Nawrocki pozostaje uwięziony w estetyce ciężaru – dosłownego i metaforycznego. A tymczasem prawdziwa gra toczy się gdzie indziej: w eleganckim niekonwencjonalnym czarnym garniturze, w dyskretnym liście i w cichym szeptaniu na polu golfowym.

    Typowy green i spotkanie golfiarzy (lic. Depositphotos)

    Ps. Edytowałem synonimy „szeptacza” 22.08.2025

  • Niepokój o duch Helsinek

    Niepokój o duch Helsinek

    Finlandia Talo — zdjęcie z 5.05.2016, Seppo Palander, lic. CC 4.0 ASA Wikimedia Commons

    Helsiński duch na zakręcie – mój osobisty niepokój

    W sierpniu 1975 roku, w Helsinkach, przy jednym stole usiedli przywódcy 35 państw Europy, a także USA i Kanady. Podpisali wtedy Akt końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie – dokument, który miał utrwalić powojenny porządek, zmniejszyć ryzyko konfliktów i wzmocnić zaufanie między blokami Wschodu i Zachodu.

    Tak narodził się tzw. „duch Helsinek” – idea, że bezpieczeństwo nie opiera się wyłącznie na sile militarnej, ale też na poszanowaniu ustalonych granic oraz ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.

    Te dwa filary miały trzymać Europę w ryzach, nawet gdy reszta była krucha:

    Uznanie granic – żadne państwo nie może zmieniać ich siłą, nawet jeśli uważa, że historia mu sprzyja. Prawa człowieka – zobowiązanie do traktowania każdej osoby z godnością, niezależnie od ustroju politycznego czy aktualnych napięć.

    Czytając ostatnio felieton w „Svenska Dagbladet” o pięćdziesięcioleciu Deklaracji Helsińskiej, trudno mi było pozostać obojętnym. Autor, Martin Kragh, słusznie wskazuje, że projekt ten został niemal sparaliżowany przez agresję Rosji. Ale jako obywatel – nie ekspert od geopolityki – widzę tu jeszcze inny problem: dziś oba te filary są jednocześnie podkopywane.

    Pierwsze pęknięcie widać w praktyce: przesuwanie granic czołgami wróciło. Drugie jest bardziej subtelne, ale nie mniej groźne: prawa człowieka coraz częściej traktuje się jako opcję, a nie fundament.

    Ja rozumiem prawa człowieka szeroko – także jako zobowiązanie do troski o wszystkie istoty czujące. To dla mnie esencja społeczno-politycznego zaangażowania: miernikiem siły państwa nie jest liczba rakiet, ale to, jak traktuje najsłabszych.

    Deklaracja Helsińska była politycznym kompromisem zimnej wojny, ale miała w sobie moralny rdzeń. Dziś, gdy jedni mówią, że granice można „przeinterpretować”, a inni, że prawa człowieka są luksusem na spokojne czasy – ten rdzeń kruszeje.

    Niedawno odwiedziłem Helsinki. Spacerując po mieście, które pół wieku temu było sceną tego historycznego spotkania, znów zwróciłem uwagę na Finlandię – jej strategiczne położenie, nowy status w NATO i rosnące znaczenie w obecnej sytuacji geopolitycznej. Patrząc na port, na gmach Finlandia Hall, w którym podpisano Akt końcowy, trudno było nie myśleć o tym, jak dramatycznie zmieniło się bezpieczeństwo Europy od tamtego czasu.

    Jako obserwator spraw nordyckich i polskiej geopolityki nie mogę patrzeć na to obojętnie. Bo jeśli fundamenty runą, cała konstrukcja bezpieczeństwa zbudowana po 1975 roku może się zawalić. A odbudowa – jeśli w ogóle będzie możliwa – zajmie pokolenia.

    Nie trzeba być ekspertem, by to dostrzec. Wystarczy pamiętać, że granice i prawa człowieka to nie techniczne zapisy traktatów – to fundament naszej cywilizacji.

    Ps. Efekt Helsinek w praktyce (1975–1989)

    1976

    Czechosłowacja

    Karta 77

    Wprost cytowała zapisy Aktu końcowego o prawach człowieka, zarzucając władzom ich łamanie.

    Międzynarodowy rozgłos; represje wobec sygnatariuszy; powstanie symbolu opozycji.

    1976

    Polska

    Komitet Obrony Robotników (KOR)

    Wspominał o Helsinkach jako o zobowiązaniu władz PRL do respektowania wolności obywatelskich.

    Wzmocnienie argumentów wobec Zachodu; zainteresowanie międzynarodowe losem opozycji.

    1976

    ZSRR

    Moskiewska Grupa Helsińska

    Tworzyła raporty dokumentujące naruszenia punktów Aktu; wysyłała je do państw sygnatariuszy.

    Inspiracja dla podobnych grup w innych republikach; surowe represje wobec działaczy.

    1977

    Węgry

    Węgierska Grupa Helsińska (nieformalna)

    Dokumentowała naruszenia swobód religijnych i praw kulturalnych mniejszości.

    Raporty wykorzystywane przez dyplomatów zachodnich; część działaczy zmuszona do emigracji.

    1979

    Litwa (ZSRR)

    Litewska Grupa Helsińska

    Skupiała się na prawach narodów do samostanowienia (koszyk I i III).

    Nagłośnienie problemu na Zachodzie; inspiracja dla ruchów niepodległościowych.

    1980

    Polska

    Solidarność

    W retoryce kierownictwa pojawiały się odniesienia do Aktu Helsińskiego jako legitymacji wolnych związków zawodowych.

    Ogromny rozgłos na Zachodzie; wzmocnienie presji dyplomatycznej na PRL.

    1985–1989

    Estonia, Łotwa, Litwa (ZSRR)

    Fronty narodowe

    Korzystały z zapisów o nienaruszalności granic oraz prawach narodów do samostanowienia, argumentując przeciwko sowieckiej okupacji.

    Wsparcie opinii międzynarodowej w drodze do niepodległości.

  • Czy Muminki są zbyt kontrowersyjne? Bobek usunięty z wystawy Tove Jansson w Nowym Jorku

    Czy Muminki są zbyt kontrowersyjne? Bobek usunięty z wystawy Tove Jansson w Nowym Jorku

    Zdjęcie Tove Jansson za Svenska Dagbladet 07.08.2025

    Wydawałoby się, że Tove Jansson, autorka Muminków, jest dziś postacią nie do ruszenia przez poprawność polityczną. Jej twórczość przez dekady uchodziła za bezpieczną przystań: pełną empatii, ironii, głębi egzystencjalnej i otwartości na różnorodność. A jednak latem 2025 roku w samym sercu Nowego Jorku wybuchła kontrowersja, która pokazuje, jak kruche potrafią być dziś granice kulturowej interpretacji.

    Brooklyn Public Library zorganizowała pierwszą w Stanach Zjednoczonych dużą wystawę poświęconą Jansson. Miała to być uświetnienie jej życia i dzieła: od literatury dziecięcej, przez komiksy, aż po ilustracje i refleksyjne utwory dla dorosłych. Wystawa nosi tytuł “Tove Jansson and the Moomins: The Door Is Always Open”, co miało symbolizować inkluzywność i uniwersalność przesłania artystki. Nota bene, pod takim samym tytułem mamy wystawę w Muzeum Kinematografii w Łodzi. Jednak drzwi w Nowym Jorku, jak się okazało, nie były otwarte dla wszystkich postaci z jej świata.

    W ostatniej chwili z ekspozycji usunięto Bobka, czyli po angielsku Stinky’ego – postać znaną z komiksów i książek o Muminkach jako złośliwego, lecz niegroźnego łobuza. Decyzja ta zapadła po zgłoszeniu jednej z mecenasek biblioteki, która zasugerowała, że wygląd Stinky’ego może być odczytany jako rasistowski. Choć nie istnieją żadne badania, które potwierdzałyby taką interpretację, ani wcześniejsze kontrowersje związane z tą postacią, kuratorzy – po konsultacjach z rodzinną firmà Moomin Characters – zdecydowali się go usunąć. Jak tłumaczyła rzeczniczka biblioteki Fritzi Bodenheimer: „Chcieliśmy stworzyć przestrzeń, w której wszyscy odwiedzający będą czuli się mile widziani i wysłuchani”.

    U wielu obserwatorów – szczególnie w Skandynawii – decyzja ta wywołała konsternację. Znana badaczka Muminków, Sirke Happonen, nazwała ją absurdalną. „Jeśli ktoś widzi w Bobku rasistowski element, to prawdopodobnie nigdy nie przeczytał komiksów o Muminkach”, komentowała w fińskich mediach. Sam Stinky nie ma żadnych cech czy kontekstów sugerujących odniesienie do konkretnych grup etnicznych – jest po prostu anarchiczną siłą chaosu, typem literackiego trickstera.

    Sytuacja ta jest symptomatyczna dla głębszych napięć, które dziś przenikają instytucje kultury – zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Pod wpływem idei „woke” coraz więcej wystaw i prezentacji twórczości podlega nie tyle krytyce estetycznej, co etyczno-politycznej. Dzieła mają być zrozumiałe, jednoznaczne, wolne od niepokojących tropów, interpretacji czy ambiwalencji. Brooklyn Public Library otwarcie przyznała, że zależy jej na „eliminacji możliwości kontrowersyjnych interpretacji”.

    I tu pojawia się paradoks. Tove Jansson była postacią, która całe życie konsekwentnie broniła wolności, różnorodności i niezależnego myślenia. W czasach wojny kpiła z Hitlera i Stalina, co wówczas groziło realnymi konsekwencjami. W życiu osobistym odważnie realizowała queerową tożsamość – na długo przed tym, zanim stało się to społecznie akceptowalne. Tymczasem dziś, pod hasłami inkluzywności, cenzuruje się jedną z jej postaci, nie opierając się na żadnych źródłach ani analizach, a jedynie na pojedynczym poczuciu dyskomfortu.

    Biblioteka w Nowym Jorku eksponuje Jansson jako twórczynię queerową, ale jakby zapomina, że jej droga do wyrażania siebie przebiegała przez wyobraźnię, ironię i nieoczywistość. A właśnie Bobek – niepokorny, przekorny, odrzucony przez wszystkich, ale zawsze obecny – był częścią tej opowieści o inności i tolerancji. Usunięcie go z wystawy, choć pozornie motywowane empatią, może więc zostać odczytane jako wypaczenie ducha jej twórczości. Może tłumaczenie na angielski jako Stinky, czyli Śmierdziel, jest tutaj powodem?

    Nie chodzi tu o obronę konkretnej postaci literackiej, ale o pytanie fundamentalne: czy kultura nadal ma być przestrzenią otwartą na wieloznaczność, ironię, niepokój? Czy twórczość może jeszcze pytać, prowokować, stawiać odbiorców w niekomfortowej pozycji – czy też musi być całkowicie „bezpieczna” i z góry pozbawiona ryzyka nieporozumienia?

    W kontekście Tove Jansson, pytanie to nabiera szczególnej wagi. Bo jeśli nawet ona – ikona nordyckiej tolerancji i wyobraźni – może zostać ocenzurowana w imię ochrony przed domniemanym dyskomfortem, to czy jakakolwiek twórczość jest jeszcze bezpieczna?

    Referencje

    Paulina Neuding, Nu är woke ute efter Tove Jansson, „Svenska Dagbladet”, 2025-08-06.

    VG.no, Stinky fjernet fra utstilling i New York etter rasisme-kobling https://www.vg.no

    YLE.fi, Muminexperten: “Absurdt att Stinky togs bort – läs böckerna!” https://yle.fi/a/74-20175496

    Omni.se, Brooklyn Public Library censurerar Muminfigur https://omni.se/a/jQq2Pn

    Reddit.com, dyskusja użytkowników na forum r/Moomins https://www.reddit.com/r/Moomins/comments/1mecded/stinky_cancelled

  • Czułość i łagodność: nowa perspektywa na sztuczną inteligencję?

    Czułość i łagodność: nowa perspektywa na sztuczną inteligencję?

    Z cyklu Obserwatorium retoryki i komunikacji

    10 czerwca 2025 roku Sam Altman, prezes OpenAI, opublikował na swoim blogu manifest zatytułowany „The Gentle Singularity”, dostępny także jako wystąpienie wideo na YouTube i tekst na stronie firmy. Krótki ten esej ma ambicję nie tylko objaśniać kierunki rozwoju sztucznej inteligencji, lecz także nadać im ramę ideową. Altman mówi językiem budowniczego przyszłości, ale jednocześnie próbuje rozbroić lęki: osobliwość technologiczna, czyli moment, w którym AI przekracza ludzkie możliwości poznawcze i staje się autonomicznym konstruktorem samej siebie, zostaje tu przedstawiona jako proces, który może być… łagodny.

    To angielskie „gentle” w tytule jest znaczące. Zestawione z pojęciem tak radykalnym jak „osobliwość”, po angielsku „singularity”, wprowadza niepokojącą, a zarazem pociągającą sprzeczność. Altman najwyraźniej chce przekonać nas, że choć mamy do czynienia z przemianą o charakterze zakłócającym, dyzraptywnym — i w tym sensie AI spełnia definicję disruptive innovation znaną z teorii Christensena — to jej przebieg nie musi przypominać erupcji ani trzęsienia ziemi. Przeciwnie: może to być transformacja płynna, obłaskawiona, wręcz cicha. Rewolucja bez huku. Zakłócenie bez wywrotki i rewolucji. Punkt zwrotny, ale naoliwiony. Czarny łabędź, który przeobraża się w może bardziej szarego?

    Trudno jednak zapomnieć o wcześniejszych metaforach, które kształtowały nasze wyobrażenia o sztucznej inteligencji. Od eksplozji inteligencji  (ang. intelligence explosion), czyli wybuchu inteligencji, przez czarne skrzynki, które działają, ale których zasad nie rozumiemy, po goetheańską, faustowską w prowieniencji, alegorię ucznia czarnoksiężnika — wizję AI jako mocy, której nie umiemy kontrolować, choć to my ją przyzwaliśmy (tak jak w magii). Szczególnie ta ostatnia wydaje się dziś znów zaskakująco aktualna. W tym roku, w ramach programu „Zdolny uczeń – świetny student” na Uniwersytecie Łódzkim, miałem przyjemność współpracować z licealistą Franciszkiem Koronkiewiczem, który z wielką wrażliwością badał zjawisko „disneyzacji klasyki literackiej”. W swojej pracy Franciszek odwołał się do disneyowskiej wersji baśni o uczniu czarnoksiężnika — i znakomicie połączył ją z rozważaniami z Nexusa Yuvala Harariego. W animacji Disneya młody Mickey w swojej fantazji rządzi wielkim, kosmicznym porządkiem, ale w rzeczywistości traci kontrolę nad samonapędzającym się procesem — miotły noszące wodę stają się nie do zatrzymania. To przecież obraz idealny dla zrozumienia zagrożeń związanych z autonomią AI: technologia powielająca sama siebie, która działa bez zrozumienia celu, a w dodatku czyni to szybko i bez refleksji. Mickey nie przestaje śnić, że to on panuje — nawet gdy już nie ma wpływu na nic.

    W tym kontekście „Łagodna osobliwość” Altmana („The Gentle Singularity”) brzmi jak zaklęcie mające uspokoić. Autor manifestu przenosi nas z domeny strachu do domeny narracyjnego kompromisu: może nie wszystko rozumiemy, może nie wszystko kontrolujemy, ale przecież nie musi być źle. To postawa głęboko perswazyjna, on pragnie nas do tej wizji przekonać, ale też typowa dla reprezentantów świata technologii, którzy wiedzą, że język jest równie istotnym narzędziem jak kod. Nie przypadkiem te wszystkie chat-boty to przecież „duże modele językowe” (Large Language Models, LLM, to rodzaj sztucznej inteligencji wykorzystująca tzw. „architekturę transformer”, tak jak w GPT)

    I właśnie tu pojawia się interesujące zestawienie z czułym narratorem” Olgi Tokarczuk. W swojej mowie noblowskiej Tokarczuk mówi o czułości (po ang. „tenderness”) jako o „sposobie patrzenia, który pozwala dostrzec świat jako żywy, powiązany siecią relacji, pełen znaczeń i wzajemnych zależności”. Tę czułość rozumie nie jako słabość, ale jako najwyższą formę poznania, która nie oddziela obserwatora od obserwowanego. Zestawienie tej postawy z „łagodnością” czy „delikatnością” Altmana odsłania różnicę kluczową: „gentle” w jego rozumieniu jest łagodnością systemową, kontrolowaną płynnością; czułość Tokarczuk to relacyjność, współodczuwanie, gotowość do przejęcia odpowiedzialności za drugiego, także nie-ludzkiego (głównie jednak odnosi się do nieludzkiego zwierzęcego).

    Czy więc AI potrzebuje tylko łagodnych architektów? Czy nie potrzebuje też czułych narratorów? Czy wystarczy dobrze zaprojektowana osobliwość, czy też konieczna jest nowa opowieść o odpowiedzialności, granicach, obecności? Altman chce, byśmy wierzyli, że osobliwość da się ułożyć. Tokarczuk przypomina, że to, jak opowiadamy świat, kształtuje nie tylko naszą przyszłość, ale także nasze człowieczeństwo.

    „Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu ” — pisała Olga Tokarczuk w „Czułym narratorze”. Być może dziś potrzebujemy nie tyle „łagodnej osobliwości”, ile właśnie czułej narracji — opowieści, która nie ucisza lęku, ale go rozumie i przyjmuje. Dla mnie to już nie jest tylko pytanie o przyszłość technologii, ale o to, czy zachowamy zdolność opowiadania o świecie z uwagą, wrażliwością i odpowiedzialnością. I czy wśród wszystkich współczesnych „uczniów czarnoksiężnika” znajdzie się jeszcze miejsce dla tych, którzy nie chcą zarządzać przyszłością ani jej kolonizować — lecz po prostu ją zrozumieć i ocalić. Altman zdaje się wcielać w rolę właśnie takiego łagodnego misjonarza przyszłości. Ale czy nie grozi nam tu podobne złudzenie, jakie towarzyszy postaci Elona Muska — przekonaniu, że świat można ocalić, wysyłając jego najbardziej uprzywilejowaną część na Marsa, zamiast spróbować naprawić go tu, gdzie wszyscy żyjemy?

    Być może prawdziwa osobliwość nie wydarzy się w technologii, lecz w naszym sposobie patrzenia na świat — jeśli odważymy się patrzeć z czułością, zanim spojrzy za nas maszyna.

  • Kondycja ludzka: Antropologia w storytellingu

    Kondycja ludzka: Antropologia w storytellingu

    I moja nowa publikacja ofiarowana Jubilatowi:

    J. Płuciennik, Kondycja ludzka, antropologia a opowiadanie historii (storytelling), w: Układ rozkwitania. Prace ofiarowane Profesorowi Grzegorzowi Godlewskiemu, red. Roman Chymkowski, Zuzanna Grębecka, Sara Herczyńska, Mikołaj Łątkowski, Marta Rakoczy, Justyna Schollenberger, Agnieszka Sobolewska-Alsberg, Jerzy Stachowicz, Wydawnictwo Campidoglio, Warszawa 2025.

    Artykuł dostępny w Repozytorium UŁ tutaj

    Całość dostępna pod adresem: Instytut Kultury Polskiej UW Układ rozkwitania.

  • Debata o przyszłości uniwersytetu na Uniwersytecie Łódzkim

    Debata o przyszłości uniwersytetu na Uniwersytecie Łódzkim

    Jaką rolę powinna pełnić Akademia w zmieniającym się dynamicznie świecie; jaka będzie przyszłość uniwersytetów i jak zmienią się ich podstawowe zadania, biorąc pod uwagę wyzwania współczesności; jak kształcić, by nadążać za postępem technologicznym, oczekiwaniami studentów i otoczenia (pracodawców, biznesu), a jednocześnie by niezmiennie budzić u młodych ludzi ciekawość świata i pasję naukowców docierania do prawdy – to zagadnienia, nad którymi zastanawia się dziś cały świat akademicki. Debata na ten temat z inicjatywy prorektora ds. popularyzacji nauki i kształcenia dr hab. Krzysztofa Pabisa odbyła się również na Uniwersytecie Łódzkim, obchodzącym 80-lecie swego istnienia.

    Uczestnicy debaty: dr hab. Agnieszka Kurczewska, prof. UŁ, z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego UŁ; dr Joanna Miksa, adiunktka w Katedrze Etyki UŁ; prof. dr hab. Jarosław Płuciennik, kulturoznawca, literaturoznawca i kognitywista, profesor nauk humanistycznych na UŁ, dr hab. Krzysztof Pabis, prof. UŁ, zoolog, entomolog, i Jarosław Brodecki, student biologii na Wydziale Biologii i Ochrony Środowiska UŁ, młody naukowiec i przyrodnik, odpowiadali na pytania prowadzących debatę doktorantki Oleny Dubchak (SDNH UŁ) i Sebastiana Piskorskiego (SDNŚiP UŁ).

    Link do YouTube UŁ
  • Papież Franciszek nie żyje. Literatura jako forma empatii

    Papież Franciszek nie żyje. Literatura jako forma empatii

    zdjęcie historyczna Franciszka w Armenii z 2016 (lic. Depositphotos)

    Podcast na YouTube

    Moje wspomnienie o teoretyku literatury

    Podcast w Spotify tutaj
    21 kwietnia 2025 roku, o godzinie 7:35, zmarł papież Franciszek. Jego pontyfikat, rozpoczęty w 2013 roku, był czasem głębokich refleksji nad rolą Kościoła w świecie współczesnym. Dla mnie, jako osoby związanej z kulturoznawstwem i literaturoznawstwem, szczególnie poruszające były jego przemyślenia na temat literatury jako narzędzia budowania empatii i zrozumienia drugiego człowieka.

    W liście z 17 lipca 2024 roku, zatytułowanym „O roli literatury w formacji”, papież Franciszek podkreślił, że literatura nie jest jedynie formą rozrywki, lecz istotnym elementem w poznawaniu natury ludzkiej. Zwrócił uwagę na to, że czytanie literatury pięknej pozwala na głębsze zrozumienie siebie i innych:

    „Płacząc nad losem bohaterów, płaczemy w głębi duszy nad sobą i własną pustką, własnymi brakami, własną samotnością.”

    Franciszek wskazał również na literaturę jako środek uwrażliwiający nas na tajemnicę innych:

    „Podążając tą drogą, która uwrażliwia nas na tajemnicę innych, literatura sprawia, że uczymy się dotykać ich serc.”

    Co istotne, papież nie mówił o literaturze w sposób abstrakcyjny. Wprost wymienił autorów, którzy — według niego — powinni być obecni w procesie formacji duchowej i intelektualnej. Wśród nich znaleźli się:

    • Marcel Proust – jako mistrz pamięci, czasu i wewnętrznej kontemplacji;
    • T.S. Eliot – za głęboko duchowe połączenie tradycji chrześcijańskiej z nowoczesnością;
    • Paul Celan – jako świadek cierpienia, który próbował ocalić sens pośród traumy;
    • C.S. Lewis – za umiejętność mówienia o wierze językiem mitu i wyobraźni;
    • Jorge Luis Borges – jako autor zmagający się z paradoksami Boga, nieskończoności i ludzkiego poznania;
    • Alessandro Manzoni – którego Narzeczeni papież niejednokrotnie nazywał „książką życia”.

    Choć nie zawsze zgadzałem się z papieżem Franciszkiem w kwestiach politycznych — zwłaszcza dotyczących Rosji i jego niejednoznacznych reakcji na wojnę — i nie zgadzam się w pełni z gustami literackimi i religijnymi, to jego refleksje na temat literatury jako przestrzeni budowania empatii i zrozumienia pozostaną dla mnie źródłem głębokiego szacunku.

    W świecie, który często ignoruje to, co niewypowiedziane, Franciszek przypomniał, że „czasem poezja mówi więcej niż dogmat”.

    Pełny tekst listu można znaleźć na oficjalnej stronie Watykanu:

    List Ojca Świętego Franciszka o roli literatury w formacji – 17 lipca 2024

  • Finowie przeszczęśliwi. Co to ma wspólnego z Muminkami?

    Finowie przeszczęśliwi. Co to ma wspólnego z Muminkami?

    Podcast na temat World Happiness Report

    Podcast na Spotify tutaj

  • Manifest technooptymistyczny i historia nowoczesności

    Manifest technooptymistyczny i historia nowoczesności

    Wizja futurystyczna przyszłości (lic. Depositphotos)

    Podcast z komentarzami poniżej

    Na Spotify

    Podcast na YouTube

    Prowadzę wykłady z kulturowej historii nowoczesności na wielu kierunkach humanistycznych Uniwersytetu Łódzkiego i innych uczelni. Kluczowym zagadnieniem, które omawiam podczas tych zajęć, jest interpretacja Zygmunta Baumana przedstawiona w „Nowoczesności i Zagładzie”. Bauman argumentuje, że problem Holokaustu nie dotyczy wyłącznie nazistowskich Niemiec, ale jest wyzwaniem całej cywilizacji – naszej cywilizacji. Nowoczesność, która nabrała tempa w XVIII wieku podczas Oświecenia, stała się nie tylko siłą postępu, lecz także mechanizmem, który umożliwił masową eksterminację.

    Wydawało się, że ludzkość wyciągnęła wnioski z historii, ale obawiam się, że jest inaczej. Historia nie powtarza się dosłownie, ale pewne schematy pojawiają się w nowych kontekstach, napędzane tymi samymi ludzkimi motywacjami i dążeniami.

    Chciałbym zastrzec, że w poniższych uwagach nie potępiam Oświecenia i jego spuścizny w całości. Przeciwnie – to właśnie z tej epoki wywodzi się bliski demokratom humanizm, prawa człowieka, sfera publiczna, rządy prawa oraz to, co można nazwać nowoczesną komunikacją demokratyczną. O nauce i nowoczesnych uniwersytetach nawet nie wspominam. Wielokrotnie przywoływałem wartościowe, choć nieco jednostronne, książki Stevena Pinkera na temat dobrodziejstw cywilizacji oświeceniowej. Osiągnięcia te są zagrożone przez koncentrację kapitału i technologii, co może podważyć demokrację. Tak jak bywały te wartości zagrożone w latach 30-tych i 40-tych w Europie… także na „skrwawionych ziemiach” Europy Środkowo-Wschodniej.

    Od wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA widać wyraźnie, że do władzy doszli również miliarderzy z Doliny Krzemowej – technologiczni giganci, których kariery często przypominają klasyczne opowieści o amerykańskim śnie: od garażowego startupu do globalnej korporacji. Nie zdawałem sobie sprawy, jak głębokie są związki między Trumpem a światem technologii, dopóki nie przeczytałem opowieści Marca Andreessena i jego manifestu.

    Marc Andreessen (ur. 1971) to jeden z najbardziej wpływowych informatyków z wykształcenia, którzy stali się przedsiębiorcami i inwestorami w Dolinie Krzemowej. Był współtwórcą Mosaic, pierwszej popularnej przeglądarki internetowej, która otworzyła drogę do masowego dostępu do internetu. Następnie współzałożył Netscape – firmę, która miała kluczowe znaczenie dla rozwoju sieci WWW w latach 90.

    Po sukcesach w branży oprogramowania Andreessen zaangażował się w inwestycje venture capital. W 2009 roku założył Andreessen Horowitz (a16z) – jeden z najbardziej wpływowych funduszy technologicznych, który wspierał rozwój takich firm jak Facebook, Twitter, Airbnb czy Coinbase.

    W 2023 roku Andreessen opublikował „Manifest Technooptymistyczny”, w którym przedstawił swoją wizję społeczeństwa opartego na nieograniczonym postępie technologicznym. Jego manifest sprzeciwia się pesymistycznemu podejściu do nowych technologii oraz regulacjom, które mogą ograniczać rozwój sztucznej inteligencji i innych innowacji.

    Manifest głosi, że technologia jest nie tylko siłą napędową cywilizacyjnego postępu, ale wręcz moralnym obowiązkiem ludzkości. Autorzy dokumentu uznają obawy przed negatywnymi skutkami technologii za irracjonalne i hamujące rozwój. W ich ujęciu innowacje technologiczne prowadzą do poprawy jakości życia, wydłużenia ludzkiego życia i rozwiązania globalnych problemów, takich jak zmiany klimatyczne czy ubóstwo.

    Głównymi założeniami manifestu jest kilka sloganów. Technologia jako siła dobra – od wynalezienia koła po sztuczną inteligencję, innowacje zawsze sprzyjały rozwojowi społeczeństwa; sprzeciw wobec regulacji i pesymizmu – autorzy manifestu krytykują biurokratyczne ograniczenia jako czynnik hamujący rozwój; postęp wymaga odwagi – innowacje są możliwe tylko dzięki podejmowaniu ryzyka i przełamywaniu barier; technologia jako klucz do rozwiązania globalnych problemów – restrykcje nie przyniosą lepszego świata, ale innowacje mogą to zrobić; moralność postępu – rozwój technologii to etyczny obowiązek, prowadzący do większej wolności i lepszych warunków życia.

    Manifest Andreessena Horowitza wpisuje się w charakterystyczną narrację o historii nowoczesności, którą można określić mianem technologicznego progresywizmu. Jego autorzy postrzegają rozwój cywilizacyjny jako proces nieprzerwanego wzrostu, napędzanego przez innowacje technologiczne, które nieustannie poprawiają jakość życia i zwiększają ludzką autonomię. Manifest przełożył się na bardzo praktyczne wspieranie kampanii wyborczej Donalda Trumpa.

    Postęp niewątpliwie może być korzystny – jako ludzkość żyjemy coraz dłużej i w coraz lepszych warunkach. Jednak musimy również pamiętać o kosztach tego postępu. Planeta daje nam już teraz wyraźne sygnały, że te koszty są zbyt wysokie.

    Anne Applebaum w swojej książce Koncern Autokracja. Dyktatorzy, którzy chcą rządzić światem(2024) (zob. moja recenzja w Rzeczpospolitej 09.09.2024) analizuje współczesne autokracje jako złożone sieci kleptokratyczne, które współpracują zarówno wewnętrznie, jak i z innymi reżimami autokratycznymi oraz demokracjami. Autorka wprowadza pojęcie „Koncernu Autokracji”  które odnosi się do współczesnych reżimów autokratycznych działających jak korporacje, dążące do zachowania osobistego bogactwa i władzy. Applebaum zauważa, że autokracje wykorzystują globalizację na swoją korzyść, rozprzestrzeniając nieliberalne idee na demokratyczny świat, co podważa przekonanie o nieuchronności rozwoju demokracji. Książka jest przestrogą przed rosnącym wpływem autokratów oraz wezwaniem do współpracy demokratów na całym świecie, aby chronić i rozwijać wartości demokratyczne.

    Kilka dni temu pożegnaliśmy Mariana Turskiego, który przypominał nam o XI przykazaniu: „Nie bądź obojętny”. To jest właśnie ten moment – nie możemy być obojętni. Za nowymi technologiami mogą stać ludzie dobrej woli, ale również całe orkiestry makiawelicznych szaleńców (szaleńców niekoniecznie medycznych, ale strategicznych, z wyboru,  takich jak Nixon czy Trump), którzy dla zysku będą gotowi poświęcać innych. Jeśli nie wprost eksterminować. Najpierw na scenie będą pokazywać wywodząca się z horrorów piłę mechaniczną.

    Zgadzam się z Hararim, który w Nexusie argumentuje, że sztuczna inteligencja nie może podejmować decyzji zamiast człowieka, zamiast demokratycznie wybranych parlamentów. Obawiam się, że działania Elona Muska, które w USA są już uznawane za nielegalne, to dopiero początek nowej rzeczywistości. W świecie, gdzie liczy się wyłącznie kapitał i technologia, przesiedlenia ludzi w Gazie czy porwania dzieci ukraińskich mogą stać się jedynie „kosztem operacyjnym”. Tymczasem prawdziwym problemem pozostają surowce, nieruchomości i interesy gigantów technologicznych, którzy chcą czerpać zyski z nowej rzeczywistości bez żadnych ograniczeń.

  • “Dziewczyna z igłą” – nordycki sukces, który ma wielu ojców

    “Dziewczyna z igłą” – nordycki sukces, który ma wielu ojców

    Zdjęcie na licencji CC. Flickr autor Martyna Niecko

    Obserwatorium Nordyckie donosi: sukces ma wielu ojców…

    Wielkie filmy mają to do siebie, że każdy chce je trochę “przywłaszczyć”. Tak jest też w przypadku Flickan med nålen (Dziewczyna z igłą) w reżyserii Magnusa von Horna, filmu, którego premierę w Szwecji przyjęto z nieskrywanym entuzjazmem. Szwedzka prasa, na przykład dzisiejsza Svenska Dagbladet, zwraca uwagę na stylistyczne nawiązania do Bergmana (na przykład „Persona” 1966, czy „ Milczenie” 1963 i inne…) i klasycznego skandynawskiego kina, natomiast Duńczycy z dumą podkreślają kopenhaskie korzenie tej mrocznej historii inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami stamtąd. No i duńskość reżysera. Z kolei w Polsce film budzi zainteresowanie z innego powodu – von Horn studiował w Łodzi, a część zdjęć do filmu powstała właśnie tam. Tudzież w Zgierzu, Wrocławiu i wielu innych polskich miejscach. Literaturoznawcy polscy pewnie będą pytać o Nałkowską czy Twardocha. Słowem: sukces ma wielu ojców, co tylko dobrze wróży tej produkcji. Svenska Dagbladet dało filmowi 5/5.

    Poetycki horror w duchu Bergmana i… polskiego kina

    Jak podkreśla szwedzki recenzent Jon Asp, duński reżyser von Horn wciąga widza w świat zdominowany przez chłód, mrok i napięcie, a jego czarno-białe zdjęcia oddają duszną atmosferę początku XX wieku w sposób przypominający zarówno gotyckie horrory, jak i skandynawskie klasyki. W recenzji Svenska Dagbladet zwraca się uwagę na Bergmanowskie napięcie budowane poprzez długie, surowe ujęcia i twarze bohaterów, które mówią więcej niż same dialogi.

    To, co dla polskiego widza może być szczególnie ciekawe, to fakt, że film swoją poetyką nawiązuje także do najlepszych osiągnięć polskiego kina. Czarno-biała stylistyka, przypominająca Idę czy Zimną wojnę, sprawia, że film ma niezwykle wyrazisty, niemal malarski charakter. Von Horn – który ukończył łódzką Szkołę Filmową i doskonale zna język polskiego kina – zdaje się czerpać z tej samej estetyki: surowość, minimalistyczne kadry, a jednocześnie intensywna emocjonalność bohaterów sprawiają, że Flickan med nålen jest jednocześnie piękne i niepokojące.

    Skandynawska historia, uniwersalna groza

    Historia opowiedziana przez von Horna bazuje na prawdziwych wydarzeniach – w latach 20. XX wieku Dagmar Overbye prowadziła w Kopenhadze dom, w którym przyjmowała niechciane dzieci, ale zamiast zapewniać im opiekę, mordowała je. To przerażająca, a jednocześnie hipnotyzująca opowieść, w której reżyser mistrzowsko łączy realizm z elementami filmowego horroru.

    Szwedzka prasa podkreśla, że von Horn, mimo wyraźnych inspiracji Bergmanem, zbudował własny, unikalny świat, w którym groza nie jest podana wprost, ale sączy się stopniowo – w sposób, który trudno wyrzucić z pamięci. W finale recenzji Svenska Dagbladet czytamy, że reżyser “tworzy uniwersum, od którego nie sposób się oderwać”. To właśnie ta zdolność do budowania intensywnej atmosfery sprawia, że film już teraz budzi zachwyt w różnych krajach.

    Czy Dziewczyna z igłą będzie kolejnym skandynawskim hitem, który podbije międzynarodowe festiwale? Wiele na to wskazuje. Nordycki horror o zbrodni sprzed stu lat, który łączy Bergmanowską psychologię, polską filmową poetykę i gotycką grozę, to kino, które warto zobaczyć.

    „Dziewczyna z igłą”. Gutek Film 2024. Reżyseria: Magnus von Horn. Scenariusz: Magnus von Horn, Line Langebek. Zdjęcia: Michał Dymek. Montaż: Agnieszka Glińska. Scenografia: Jagna Dobesz. Kostiumy: Małgorzata Fudala. Muzyka: Frederikke Hoffmeier. Występują: Vic Carmen Sonne, Trine Dyrholm, Besir Zeciri, Joachim Fjelstrup, Tessa Hoder.

    Ps. Tekst zmieniony i zredagowany ukazał się 25.02.25 jako Łódzko-skandynawski hit filmowy: Ten sukces ma wielu ojców

  • Tesla i Musk. Obserwatorium Nordyckie donosi, że minister Nitras jest sławny

    Tesla i Musk. Obserwatorium Nordyckie donosi, że minister Nitras jest sławny

    Jak podaje Dagens Nyheter w dziale ekonomicznym, wielu szwedzkich właścicieli Tesli dystansuje się od firmy z powodu kontrowersyjnych działań jej dyrektora generalnego, Elona Muska. Krytyka dotyczy jego zaangażowania w politykę oraz publicznych wypowiedzi, które wielu uważa za nieodpowiednie. W rezultacie, niektórzy właściciele rozważają sprzedaż swoich pojazdów lub rezygnację z przyszłych zakupów Tesli. 

    Zdjęcie wygenerowane przez AI

    Część właścicieli Tesli umieszcza specjalne naklejki na samochodach z napisem po angielsku: „przepraszam, kupiłem Teslę, nim okazało się, że ELON jest dupkiem”. DN daje zdjęcie jako ilustrację tego. Ja autentykiem nie dysponuję, ale poprosiłem AI i wygenerowała przykład. Popełniła błąd, w oryginale było I knew…

    Ciekawostką dla polskiego czytelnika (to jest polonicum) będzie odwołanie w artykule do styczniowej wypowiedzi polskiego ministra Sławomira Nitrasa: 28 stycznia 2025 roku na stronie Dagens Nyheter poinformowano, że polski polityk Sławomir Nitras wezwał do bojkotu Tesli. Nitras wyraził zaniepokojenie działaniami Elona Muska, dyrektora generalnego Tesli, oraz jego wpływem na debatę publiczną. W związku z tym zaapelował do obywateli o rozważenie rezygnacji z zakupu i użytkowania pojazdów tej marki.

  • Obserwatorium nordyckie: Polska i Donald Tusk oczami Szwedów

    Obserwatorium nordyckie: Polska i Donald Tusk oczami Szwedów

    W Svenska Dagbladet Fredrik Johansson 25.01.2025 stały komentator działu opinii oraz ekspert think tanku o nazwie „Wolny świat” (Frivärld), opisuje Donalda Tuska jako symbol nowego, pragmatycznego i optymistycznego przywództwa w Europie. Jest chyba pod wrażeniem jego wystąpienia w Parlamencie Europejskim. To wyjątkowy moment – Polska nigdy wcześniej nie miała tak pozytywnego odbioru w szwedzkiej prasie. Johansson, znany ze swoich pragmatycznych i reformistycznych poglądów, przedstawia Polskę jako kraj wyznaczający kierunek dla Europy w czasie, gdy wielu liderów z zachodnich państw boryka się z kryzysami wewnętrznymi.

    Polska jako wzór dla Europy

    Historia Polski, pełna determinacji i oporu wobec przeciwności losu, staje się inspiracją dla całej Europy. Johansson podkreśla, że Polska jako jedna z nielicznych dostrzegła rzeczywiste zagrożenia ze strony Rosji i odpowiedziała na nie wzmacnianiem obronności. Inwestycje na poziomie 4,7% PKB sprawiły, że Polska stała się trzecią co do wielkości siłą militarną NATO, po USA i Turcji. W czasach, gdy Niemcy, Francja i Wielka Brytania zajmują się głównie swoimi wewnętrznymi problemami, Polska wraz z krajami nordyckimi i bałtyckimi przejmuje rolę stabilnego i przewidywalnego lidera w regionie.

    Nowe przywództwo Tuska

    Donald Tusk w Strasburgu odwołał się do polskiej historii i ducha narodowego, przypominając, że Europa – podobnie jak Polska – nigdy nie jest stracona, dopóki żyje wiara w przyszłość. Jego słowa wygłoszone w Parlamencie Europejskim „Europa zawsze będzie wielka” stanowią odpowiedź na retorykę Donalda Trumpa. Polskie przewodnictwo w UE stawia na priorytety takie jak bezpieczeństwo militarne, kontrola granic, niezależność energetyczna i konkurencyjność gospodarcza. Tusk apeluje o to, by Europa wzięła odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, a USA traktowała jako partnera, a nie wybawiciela.

    Polska w szwedzkiej perspektywie

    Johansson zwraca uwagę, że relacje Polski i Szwecji mają głęboko zakorzenioną historię. Bywały one burzliwe, ale współcześnie łączy je wspólna wizja Europy. W Szwecji mieszka ponad 140 tysięcy osób o polskich korzeniach, które przyczyniły się do rozwoju tamtejszego społeczeństwa. Polska, z szybko rozwijającą się gospodarką, jest obecnie jednym z kluczowych partnerów Szwecji.

    Polska jako nadzieja Europy

    Fredrik Johansson wprost stwierdza, że Polska oferuje dziś Europie model przywództwa, którego brak w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Pragmatyzm, determinacja i optymizm reprezentowane przez Tuska oraz polskie przewodnictwo w UE pokazują, że w obliczu kryzysów Europa ma szansę nie tylko przetrwać, ale także odrodzić się silniejsza.

    „Jeszcze Europa nie zginęła” – słowa Johanssona nawiązują do polskiej historii, ale też wskazują na możliwość odrodzenia się europejskiej jedności i siły, opartej na współpracy krajów takich jak Polska i jej sąsiedzi.

  • Ustąpienie ze Szwedzkiej Akademii z fotela nr 18

    Ustąpienie ze Szwedzkiej Akademii z fotela nr 18

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    Tia Forsstrom w 2011 r. (Źródło Wikipedia commons)

    Tua Forsström (ur. w 1947 w Porvoo) fińska poetka i pisarka tworząca w języku szwedzkim, ogłosiła swoje odejście z Akademii Szwedzkiej po pięciu latach pełnienia funkcji członkini na miejscu nr 18. Decyzję tę motywuje zmęczeniem i spadkiem energii, podkreślając, że nie stoi za nią żadna dramatyczna przyczyna. Forsström została wybrana do Akademii w lutym 2019 roku jako następczyni Katariny Frostenson. Jej ostatnim oficjalnym wystąpieniem była doroczna uroczysta sesja Akademii w Sali Giełdy w Sztokholmie.

    Tua Forsström urodziła się w 1947 roku w Porvoo w Finlandii. Studiowała teorię literatury, filozofię i psychologię społeczną na Uniwersytecie Helsińskim, uzyskując tytuł licencjata nauk humanistycznych w 1972 roku. Pracowała jako redaktorka w wydawnictwie Söderström & Co w latach 1972–1992, a następnie poświęciła się pisarstwu. W latach 1999–2004 pełniła funkcję profesora sztuki przyznaną przez Fińską Radę Sztuki. Jest uznawana za jedną z czołowych poetek nordyckich, a jej twórczość była wielokrotnie nagradzana, m.in. Nagrodą Literacką Rady Nordyckiej w 1998 roku za tomik “Efter att ha tillbringat en natt bland hästar”.

    Podczas swojej kadencji w Akademii Szwedzkiej Forsström szczególnie ceniła przyznanie Literackiej Nagrody Nobla Jonowi Fosse w 2023 roku, którego twórczość śledziła przez całe dorosłe życie. Mats Malm, stały sekretarz Akademii, podkreślił, że jej perspektywa i doświadczenia, zwłaszcza w kontekście literatury szwedzkojęzycznej w Finlandii, były niezwykle cenne dla instytucji.

    Źródła: Dagens Nyheter i Wikipedia

  • Słownik na dziś: kakistokracja

    Słownik na dziś: kakistokracja

    Karykatura na licencji z Depositphotos

    W ostatnich latach polityczne turbulencje w różnych częściach świata – od Stanów Zjednoczonych po Polskę – sprawiły, że dawne, nieco zapomniane pojęcia znów nabrały aktualności. Jednym z nich jest “kakistokracja”, czyli rządy najgorszych, najmniej kompetentnych, najbardziej nieetycznych jednostek. Pojęcie to, używane od XIX wieku przez autorów takich jak Thomas Love Peacock czy James Russell Lowell, pierwotnie stanowiło przeciwieństwo arystokracji – rządów “najlepszych”, tych o najwyższym statusie społecznym. Dziś jednak bardziej sensowne i przydatne jest porównanie kakistokracji do merytokracji, czyli rządów opartych na kompetencjach i kwalifikacjach.

    Po wyborach Trumpa w 2016 roku (co “The Economist” niedawno przypomniał, opisując słowa, które stały się przydatne w politycznych analizach ostatniej dekady), pojęcie kakistokracji zyskało nowy wymiar. Trump, choć nie jedyny, stał się symbolem polityki, która zdaniem wielu komentatorów nagradzała niekompetencję i promowała jednostki kierujące się własnym interesem, a nie dobrem publicznym. Słowo to przywrócono do dyskusji o polityce jako reakcję na obawy związane z erozją instytucji demokratycznych i nagradzaniem najgorszych, nie najlepszych.

    Współcześnie, w świecie, w którym kultura zarządzania wciąż podkreśla znaczenie kompetencji i doświadczenia – hasła kluczowe dla merytokracji – kakistokracja staje się swoistym memento. Przypomina o tym, jak łatwo polityka może wpaść w ręce tych, którzy – zamiast umiejętności i wiedzy – reprezentują arogancję, brak moralnych skrupułów, a nawet pogardę dla wartości wspólnego dobra. Kakistokracja to ustrój, w którym władza bardziej przypomina festiwal cynizmu niż odpowiedzialne zarządzanie zasobami i troskę o obywateli. Tym samym stanowi zagrożenie dla całych społeczeństw, które tracą na politycznych decyzjach podejmowanych bez wizji, etyki i wiedzy.

    Co ciekawe, w ostatnich latach termin kakistokracja przyjął się w licznych publicystycznych analizach także poza Stanami Zjednoczonymi. Od Polski po Brazylię, od Turcji po Wielką Brytanię – komentatorzy polityczni wracają do tego słowa, by oddać gorycz wobec świata, w którym ignorancja i egoizm mogą stać się wiodącymi cnotami władzy.

    W obliczu tych zagrożeń, warto zadać pytanie, czy istnieje sposób na powstrzymanie rozwoju kakistokracji. Odpowiedzią mogłoby być wzmocnienie mechanizmów promujących merytokrację, czyli system, w którym najważniejsze stanowiska obejmują osoby kierujące się kompetencją, odpowiedzialnością i moralnością. Kluczowa jest jednak świadomość obywatelska, zdolność do rozpoznawania wartościowych liderów i odrzucenia pokus retoryki, która zbyt często ignoruje kompetencję na rzecz haseł łatwych do akceptacji, ale w rzeczywistości szkodliwych.

    Pojęcie “kakistokracji” to więc jedno z tych słów, które w nowych czasach stało się niepokojąco przydatne. Być może słowem tym – jako symbolem ryzyka – warto ostrzegać przed systemami, które nagradzają najgorszych, nie najlepszych.

  • Redakcje, bezstronność i sprawy publiczne

    Redakcje, bezstronność i sprawy publiczne

    31 października 2024 The Economist wyjaśnił swoje stanowisko popierania Kamali Harris w wyborach USA

    W artykule The Economist odnosi się do swojej decyzji o poparciu Kamali Harris jako kandydatki Partii Demokratycznej na prezydenta USA. W przeciwieństwie do innych dużych amerykańskich gazet, jak Los Angeles Times i Washington Post, które postanowiły nie udzielać żadnych rekomendacji, The Economist podkreśla, że popieranie kandydatów nie stoi w sprzeczności z ich niezależnością dziennikarską, ale jest jej przykładem.

    Redakcja wyjaśnia, że ich podejście do dziennikarstwa opiera się na niezależności i bezstronności. Twierdzą, że ich praca polega na zapewnianiu rzetelnych, sprawdzonych faktów oraz dogłębnych analiz problemów globalnych. Opinie, które wyrażają, nie polegają na promowaniu polityków, ale na ocenianiu polityki i proponowaniu rozwiązań.

    The Economist zaznacza, że struktura ich organizacji gwarantuje wolność od wpływów komercyjnych, a decyzje redakcyjne nie są poddawane kontroli ze strony właścicieli czy zarządu. Wartości, które kierują ich pracą, to szacunek dla idei liberalnych oraz przekonanie, że każda idea powinna być poddawana krytycznej ocenie. Redakcja argumentuje, że ich linia redakcyjna wynika z intensywnych wewnętrznych debat i każdy, od stażysty po doświadczonych redaktorów, może wyrazić swoje zdanie.

    The Economist podkreśla, że nie narzuca czytelnikom, co mają myśleć, ale uważa, że w czasach pełnych podziałów i niepewności, spowodowanych m.in. przez wojnę, populizm i zmiany klimatyczne, potrzebne są jasno sformułowane, oparte na faktach opinie, które pomagają lepiej zrozumieć świat. Nawet jeśli ktoś się z nimi nie zgadza, cenią siłę argumentów opartych na prawdzie.

    The Economist podkreśla, że niezależność ich dziennikarstwa jest chroniona przez strukturę własnościową organizacji. Wydawnictwo The Economist nie ma większościowego właściciela – największy akcjonariusz posiada jedynie 43,4% udziałów, co oznacza, że decyzje redakcyjne nie są kontrolowane przez jednego dominującego inwestora. Dodatkowo, żadne poparcia czy rekomendacje redakcyjne nie są nigdy poddawane przeglądowi przez przewodniczącego lub zarząd. Taka struktura zapewnia, że treści publikowane w The Economist są niezależne od wpływów komercyjnych i pozostają obiektywne.

    The Economist zachowuje bezstronność podobnie jak Scientific American. W październiku 2024 roku Scientific American po raz drugi w swojej 179-letniej historii udzielił poparcia kandydatce na prezydenta USA, Kamali Harris. Wcześniej, w 2020 roku, magazyn poparł Joe Bidena, co było ich pierwszym takim krokiem. Decyzja ta wynikała z przekonania redakcji, że polityka Harris lepiej wspiera naukę, zdrowie publiczne i ochronę środowiska w porównaniu z jej przeciwnikiem, Donaldem Trumpem. Redakcja argumentowała, że ich obowiązkiem jest opowiedzenie się po stronie polityki opartej na dowodach naukowych, zwłaszcza w obliczu wyzwań takich jak zmiany klimatyczne i pandemia COVID-19.

  • Recenzja nowej książki Harariego Nexus

    Recenzja nowej książki Harariego Nexus

    Właśnie ukazała się moja recenzja nowej książki Harariego.

    Yuval Noah Harari, Nexus: A Brief History of Information Networks from the Stone Age to AI, Vintage/Penguin Random House, Londyn–Nowy Jork 2024, ss. 495 w: Zagadnienia Rodzajów Literackich, LXVII, 2024, z. 2

    recenzja tutaj

  • Świat akademicki, medale olimpijskie a sprawa polska

    Świat akademicki, medale olimpijskie a sprawa polska

    Symbol igrzysk olimpijskich 2024 na miejscu Trocadero przed wieżą Eiffla w Paryżu we Francji. (lic. Depositphotos)

    Sukcesy sportowe Uniwersytetu Stanforda na igrzyskach w Paryżu 2024 roku, gdzie studenci i absolwenci zdobyli aż 27 medali, pokazują, jak kluczowe są inwestycje w sport akademicki. Gdyby Stanford był krajem, zająłby 13. miejsce w klasyfikacji medalowej, co stawia go wyżej niż Szwecję i Hiszpanię. Tymczasem Polska z 10 medalami, w tym 1 złotym, uplasowała się na 42. miejscu. To porównanie rodzi pytania o finansowanie i strategię sportu oraz edukacji w Polsce, szczególnie w kontekście budżetów, które w przypadku Stanforda wynoszą miliardy dolarów rocznie. Jak możemy poprawić naszą pozycję na arenie międzynarodowej?

    Zwrócił moją uwagę artykuł autorstwa Toma Kuhnera opublikowany w „Die Welt” 14 sierpnia 2024 roku, który opisuje sukcesy sportowe Uniwersytetu Stanforda na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 2024 r. Studenci i absolwenci tej uczelni zdobyli tam aż 27 medali, co jest prawie trzykrotnie większą liczbą niż liczba medali zdobytych przez Polskę. Gdyby Stanford był krajem, zająłby 13. miejsce w klasyfikacji medalowej, wyprzedzając m.in. Szwecję i Hiszpanię. Polska w the Guardian zajmuje 42. miejsce medalowe z 10 medalami w tym 1 złotym. 

    Sukcesy Stanforda są wynikiem unikalnej strategii, która koncentruje się na sportach olimpijskich, takich jak lekkoatletyka i pływanie, a nie na tradycyjnych amerykańskich sportach uniwersyteckich. W artykule w Die Welt podkreślono, że inwestycje w sport na Stanfordzie są znaczące, sięgając 157 milionów dolarów w 2021 roku, co stanowi niemal połowę kwoty wydanej na sport wyczynowy w całych Niemczech (autor pisze dla niemieckiego czytelnika, a przypomnę, że Niemcy wedle tabeli Guardiana na 10.miejscu mają 33 medali, w tym 12 złotych, 13 srebrnych i 8 brązowych). Szczególną uwagę autora zwraca fakt, że wszystkie złote i srebrne medale zdobyte przez Stanford w Paryżu zostały wywalczone przez kobiety.

    Chciałbym podkreślić tutaj, że roczny budżet Uniwersytetu Stanforda jest znaczący, odzwierciedlając jego pozycję jako jednej z najbardziej prestiżowych instytucji edukacyjnych na świecie. Na rok budżetowy 2023–2024 całkowity budżet Uniwersytetu Stanforda wynosił około 8,9 miliarda dolarów. Ten budżet obejmuje wiele różnych obszarów, takich jak kształcenie i badania naukowe, finansowanie programów akademickich, laboratoriów, projektów badawczych oraz wynagrodzenia dla wykładowców i pracowników naukowych, infrastruktura i administracja, utrzymanie kampusu, zarządzanie zasobami oraz koszty administracyjne, pomoc finansowa i stypendia, wsparcie dla studentów, w tym programy stypendialne oraz pomoc finansowa, a także projekty inwestycyjne, finansowanie rozwoju nowych budynków, renowacji oraz innowacyjnych projektów na kampusie. Uniwersytet Stanforda dysponuje także ogromnym funduszem wieczystym (ang. endowment), który w 2023 roku przekroczył 36 miliardów dolarów. Ten fundusz odgrywa kluczową rolę w finansowaniu działalności uczelni, w tym wspieraniu badań, stypendiów oraz rozwoju kampusu.

    Sporty na Uniwersytecie Stanforda również mają duże znaczenie, a ich finansowanie stanowi istotną część budżetu uczelni. Stanford jest znany z wyjątkowego programu sportowego i regularnie plasuje się wysoko w rankingach uczelni pod względem sukcesów sportowych. Na rok budżetowy 2023–2024 budżet przeznaczony na sporty na Stanfordzie wynosił około 125 milionów dolarów. Środki te są wykorzystywane na utrzymanie i rozwój obiektów sportowych, takich jak stadiony, hale sportowe, baseny i inne infrastruktury, co wiąże się ze znacznymi kosztami ich utrzymania i modernizacji, stypendia sportowe dla utalentowanych studentów-sportowców, które przyciągają wielu czołowych zawodników z całego świata, oraz prowadzenie programów sportowych, obejmujących wynagrodzenia trenerów, koszty podróży na zawody, sprzęt sportowy i inne niezbędne zasoby. Dodatkowo środki są przeznaczane na wsparcie dla sportowców, takie jak opieka medyczna, fizjoterapia, trening mentalny i inne usługi wspomagające ich rozwój. Stanford posiada jeden z najbardziej wszechstronnych programów sportowych w USA, obejmujący ponad 30 różnych dyscyplin sportowych na poziomie uniwersyteckim, i jest regularnie uznawany za jedną z najlepszych uczelni w klasyfikacji Directors’ Cup, która ocenia ogólną wydajność sportową uczelni w różnych dyscyplinach. Tak duże inwestycje w sport są możliwe dzięki wsparciu funduszu wieczystego, darowiznom od absolwentów oraz wpływom z transmisji telewizyjnych i sponsorów. Sukcesy te zostały również odnotowane na arenie międzynarodowej, jak pokazuje artykuł z Die Welt z 14 sierpnia 2024 roku, który podkreśla, że na igrzyskach olimpijskich w Paryżu studenci i absolwenci Uniwersytetu Stanforda zdobyli aż 27 medali, co jest prawie trzykrotnie większym wynikiem niż ten osiągnięty przez Polskę. Sportowcy z tej uczelni osiągnęli imponujące wyniki, zdobywając medale w takich dyscyplinach jak lekkoatletyka i pływanie, co pokazuje, że strategia inwestowania w sporty olimpijskie przynosi znakomite rezultaty.

    Budżet na finansowanie szkolnictwa wyższego w Polsce jest ustalany corocznie w ustawie budżetowej, którą uchwala Sejm. Budżet ten obejmuje finansowanie uczelni publicznych, w tym ich działalności dydaktycznej, badawczej oraz inwestycji. Środki na finansowanie uniwersytetów i innych szkół wyższych są częścią większej puli przeznaczonej na naukę, edukację oraz inne związane z tym sektorem obszary.

    Na przykład w budżecie państwa na rok 2023, Ministerstwo Edukacji i Nauki dysponowało sumą ponad 37 miliardów złotych, z czego znacząca część była przeznaczona na finansowanie uczelni wyższych. Szczegółowy podział tej kwoty na poszczególne uczelnie nie jest zazwyczaj bezpośrednio publikowany w dokumentach budżetowych i jest raczej wynikiem wewnętrznych decyzji Ministerstwa oraz wyników parametryzacji uczelni. Łatwo obliczyć, że te 37 miliardów złotych na polskie państwowe uczelnie to odpowiednik rocznego budżetu Uniwersytetu Stanforda. 

    Kwoty te mogą różnić się w zależności od roku i są uzależnione od wielu czynników, w tym liczby studentów, wyników naukowych uczelni, liczby projektów badawczych oraz polityki rządu w zakresie edukacji wyższej. 

    Ostatnio pisze się o miejscu polskich uczelni w rankingach. Wielokrotnie pisałem i mówiłem, nie ma sensu porównywanie się z najlepszymi w świecie bez porównań nakładów finansowych. Potrzebna też jest zmiana myślenia o edukacji sportowej, także akademickiej. 

  • Otwarty dostęp, komercjalizacja i konieczność publikacji w czasopismach

    Otwarty dostęp, komercjalizacja i konieczność publikacji w czasopismach

    Analiza lic. Depositphotos

    Publikacje naukowe w prestiżowych czasopismach to według wielu naukowców nieetyczne drenowanie świata akademickiego

    Artykuł autorstwa Arasha Abizadeha, opublikowany w dzisiejszym (14.08.24) „The Guardian”, krytykuje komercyjne wydawnictwa akademickie za ich olbrzymie zyski osiągane kosztem uniwersytetów i naukowców. Pięć największych wydawnictw, takich jak Elsevier i Wiley, generuje miliardowe przychody i zyski, sięgające nawet 40%. Dzieje się tak mimo faktu, że to naukowcy wykonują większość pracy związanej z produkcją artykułów – prowadzą badania, piszą artykuły, recenzują je i redagują, często bez żadnego wynagrodzenia.

    Uniwersytety, które finansują badania i płacą naukowcom, muszą następnie wydawać ogromne sumy, aby uzyskać dostęp do wyników tych badań, co prowadzi do trudności finansowych wielu instytucji. Tymczasem wielu badaczy i ogół społeczeństwa nie ma dostępu do kluczowych badań, ponieważ są one ukryte za płatnymi ścianami.

    Abizadeh, jako redaktor czasopisma „Philosophy & Public Affairs”, wraz z innymi redaktorami zdecydował się na rezygnację z dotychczasowej współpracy z komercyjnymi wydawcami, by stworzyć nowy, otwarty na wszystkich i darmowy model publikacji w ramach Open Library of Humanities. Nowe czasopismo będzie funkcjonować na zasadach „diamentowego” dostępu otwartego, co oznacza brak opłat zarówno dla autorów, jak i czytelników.

    Abizadeh podkreśla, że chociaż istnieje możliwość stworzenia bardziej sprawiedliwego systemu publikacji, to akademicy są często zmuszeni do publikowania w uznanych, komercyjnych czasopismach z powodu presji związanej z rozwojem kariery. Wzywa on do kolektywnej zmiany i wsparcia dla nowych modeli publikacji, które będą bardziej dostępne i etyczne, co przyczyni się do walki z dezinformacją i propagandą w przestrzeni publicznej.

  • Negatywna Opinia Komisji Praw Człowieka i Praworządności Senatu ws. Odwołania 15 Ławników Sądu Najwyższego

    Negatywna Opinia Komisji Praw Człowieka i Praworządności Senatu ws. Odwołania 15 Ławników Sądu Najwyższego

    Dzisiaj w Senacie Rzeczypospolitej Polskiej odbyło się kluczowe posiedzenie Komisji Praw Człowieka i Praworządności, które zakończyło się znaczącym zwycięstwem dla 15 ławników Sądu Najwyższego. Komisja wydała negatywną opinię w sprawie wniosku Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, dr hab. Małgorzaty Manowskiej, o ich odwołanie.

    Cieszy mnie to także, bo byłem jednym z tych ławników, zwanych czasami wyklętymi.

    Decyzja ta jest istotnym krokiem w obronie praworządności w Polsce. Komisja nie zgodziła się z argumentacją, że ławnicy, odmawiając orzekania z sędziami wyłonionymi przez Krajową Radę Sądownictwa po 2017 roku (tzw. neo-sędziami) w nieprawnych izbach SN, powinni zostać odwołani.

    Przewodniczący Komisji, senator Marcin Karpiński, podkreślił: „Podjęliśmy jedyną słuszną i racjonalną decyzję. (…) Nie możemy krytykować ludzi za to, że chcą postępować praworządnie i realizować nie tylko literę, ale i ducha prawa”. Senator dodał, że nie można pozwolić, aby „wybrani zgodnie z prawem ławnicy byli szykanowani”.

    W posiedzeniu Komisji, oprócz senatorów i ławników, udział wzięli także eksperci, w tym: prof. Ewa Łętowska, b. rzecznik praw obywatelskich, prof. Wojciech Sadurski z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Agnieszka Bień-Kacała z Uniwersytetu Szczecińskiego oraz Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.

    Przedstawicielem Pierwszego Prezesa SN na posiedzeniu był prof. Artur Kotowski, pełnomocnik dr hab. Małgorzaty Manowskiej, pracującego na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który argumentował, że ławnik nie ma prawa oceniać, czy sąd jest należycie obsadzony. Zwrócił uwagę, że prawo nie przewiduje środków dyscyplinujących dla ławników, poza możliwością ich odwołania przez I Prezesa SN.

    W imieniu ławników głos zabrał Andrzej Kompa, przewodniczący Rady Ławniczej SN. Podkreślił, że wnioski o odwołanie ławników były składane pod pozorem niewykonywania obowiązków, podczas gdy w rzeczywistości wynikały one z odmowy łamania prawa poprzez orzekanie z neo-sędziami.

    Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, zaznaczył, że konieczne jest przesądzenie, czy osoba pełniąca funkcję I Prezesa SN jest do tego prawomocnie uprawniona. Jeden z ławników wyraził opinię, że nieprawomocnie powołana Prezes SN próbuje odwołać prawomocnie powołanych ławników.

    Decyzja Komisji Praw Człowieka i Praworządności to ważny krok w obronie praworządności w Polsce. Ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie Senat na posiedzeniu plenarnym.

    Dopisek: Doniesienie zostało napisane na podstawie relacji samego biura prasowego senatu oraz własnej pamięci.

    Zdjęcia w galerii w większości autorstwa JP, ale i Małgorzaty Figi-Tomińskiej

    PS. Ławnicy SN są wzorem dla wielu sędziów i światłem nadziei — to opinia sędziego Krystiana Markiewicza tutaj

  • Kultury dyscyplin naukowych są różne

    Kultury dyscyplin naukowych są różne

    Kultura „publikuj i nie patrz na misję” podważa podstawowe wartości szkół biznesu. A co z innymi dyscyplinami akademickimi?

    Ilustracja na lic. Depositphotos

    Właśnie ukazał się 12 czerwca 2024  artykuł Johna Rossa z Times Higher Education, który omawia wpływ kultury „publikacje bez związku z misją” na szkoły biznesu. Carl Rhodes, dziekan szkoły biznesu na University of Technology Sydney, stwierdził, że nadmierne skupienie na publikowaniu w prestiżowych czasopismach zniekształca wartości akademickie, podważając istotne prace nad problemami ekonomicznymi, takimi jak nierówności. Wskazał, że system ten jest głęboko zakorzeniony w kulturze akademickiej i utrudnia rzeczywiste zmiany. Podkreślono także potrzebę integracji zrównoważonego rozwoju w programach nauczania i tworzenia modeli biznesowych, które przynoszą pozytywny wpływ na społeczeństwo.

    Artykuł składa się z omówienia konferencji, na której dyskutowano o problemach związanych z nadmiernym naciskiem na publikowanie w prestiżowych czasopismach w szkołach biznesu. Carl Rhodes krytykuje tę kulturę, podkreślając, że prowadzi ona do marginalizacji istotnych badań nad nierównościami ekonomicznymi. W artykule cytowane są również wypowiedzi innych ekspertów, takich jak Rana Sobh i Stephanie Villemagne, którzy omawiają wyzwania związane z integracją zrównoważonego rozwoju w programach nauczania biznesu. Artykuł jest relacją z konferencji z cytatami jej uczestników.

    W artykule Carl Rhodes argumentuje, że w przeciwieństwie do badaczy ekonomicznych, medycy są przede wszystkim zmotywowani do leczenia chorób, a nie do publikowania artykułów na ten temat. Twierdzi, że w ekonomii nacisk na publikowanie w elitarnych czasopismach przeważa nad faktyczną pracą nad redukcją nierówności materialnych. Podkreśla, że ten nadmierny akcent na publikacje w prestiżowych czasopismach naukowych zakłóca rzeczywiste cele badawcze i utrudnia wprowadzanie rzeczywistych zmian społecznych.

    Warto zauważyć, że wypowiedzi dotykają kwestii różnorodności dyscyplin, że nie ma jednej miary dla wszystkich. Celem nauk medycznych np. jest zrozumienie chorób, opracowanie skutecznych terapii i poprawa zdrowia publicznego. Badania skupiają się na odkrywaniu nowych metod diagnostycznych, terapeutycznych oraz profilaktycznych. Misją historyków natomiast jest badanie przeszłości, zrozumienie kontekstu wydarzeń historycznych i ich wpływu na współczesność. Dążą do odkrycia, dokumentowania i interpretowania faktów historycznych. Taka dokumentacja musi mieć w efekcie publikacje. Choć niekoniecznie w czasopismach, książka jest tutaj formatem czasami znacznie bardziej sensownym z punktu widzenia głównej misji historii.  Celem szkół biznesowych natomiast jest kształcenie liderów, menedżerów i przedsiębiorców, którzy mogą skutecznie zarządzać organizacjami. Badania w tej dziedzinie często koncentrują się na innowacjach, strategii, zarządzaniu i zrównoważonym rozwoju. Czy, tak jak w omawianym artykule Rossa, prace nad istotnymi problemami społecznymi, takimi jak nierówności. 

    W tym kontekście humanistyka związana z literaturą, kulturą i mediami ma także inne misje:  jest nią analiza i interpretacja tekstów literackich, mediów i kultury w celu zrozumienia ludzkiego doświadczenia. Badania te często koncentrują się na krytycznej analizie narracji, reprezentacji kulturowych i ich wpływie na społeczeństwo. Znów: cele determinują konieczność publikowania tych analiz i badań. Zarówno w czasopismach, jak i w innych formach, w tym książkach. Dopuszczałbym także w niektórych subdyscyplinach publikacje tzw. popularnonaukowe. Np. językoznawcy i literaturoznawcy poloniści powinni aktywnie wspierać szeroko rozumiana kulturę narodową, czyli wpływać na jakość języka dyskursu społecznego. Przykładem takich aktywności są np. publikacje członków Rady Języka Polskiego Katarzyny Kłosińskiej i Michała Rusinka na temat języka „dobrej zmiany”. A także wszystkie publikacje analizujące mowę nienawiści, czy fake-newsy.  Przykłady można mnożyć. 

    Zatem: kultury różnych dyscyplin i obszarów wiedzy są różne. Dlatego, kiedy ciągle wymusza się jedną miarę dla wszystkich, gubimy sens. Dobrze byłoby, aby politycy podejmujący decyzję pamiętali o różnorodności i nie stosowali jednego algorytmu. Bo ten algorytm po raz kolejny zmakdonaldyzuje szkolnictwo wyższe i naukę. Uniwersytet to nie są łatwe algorytmy.  

  • Co to jest Uniwersytet Heterodoksji i jaką ma przyszłość

    Co to jest Uniwersytet Heterodoksji i jaką ma przyszłość

    W THE dzisiaj Ukazał się ciekawy artykuł Paula Baskena pt. Czy Akademia Heterodoksji zna swoją misję (Does the Heterodox Academy know what it stands for?)

    To jest fikcyjne logo HxA (powyżej)

    Artykuł analizuje rosnącą popularność Heterodox Academy (HxA), organizacji promującej różnorodność poglądów na uczelniach. Choć początkowo miała ograniczać ekstremizmy lewicowe, obecnie wzrost jej wpływów napędzany jest głównie przez konserwatywne siły. Autor podkreśla, że HxA, mimo deklarowanej misji promowania debaty i równowagi ideologicznej, jest wspierana finansowo przez grupy z konserwatywną agendą. W artykule omawiane są także wyzwania związane z realizacją celów HxA oraz wewnętrzne napięcia dotyczące kierunku, w jakim powinna zmierzać organizacja.

    Parafrazując główne tezy, można powiedzieć, że Heterodox Academy (HxA) miała na celu ograniczenie ekstremizmów lewicowych w akademii, jednak jej rozwój jest obecnie napędzany przez konserwatywne siły polityczne. Organizacja, której udało się zgromadzić 500 uczestników na trzydniowej konferencji w Chicago, choć promuje różnorodność poglądów, jest finansowana głównie przez grupy z konserwatywną agendą, co budzi pytania o jej rzeczywiste cele. Podczas konferencji w Chicago uwidoczniły się różnice w opiniach uczestników na temat roli HxA, a także jej podejścia do kwestii takich jak polityka DEI (różnorodność, równość i inkluzja). Mimo to, HxA przyciąga różnorodnych członków, co świadczy o jej skomplikowanej naturze i potencjalnym wpływie na przyszłość edukacji wyższej w USA.

    Ciekawa jest opinia Stanleya Fisha: znanego ze swojego sceptycznego podejścia do protestów studentów w latach 60., gdy był młodym członkiem wydziału Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, ale także autora książki o akademickiej wolności (Chicago 2014) czy o mowie nienawiści i fake newsach (2019) – w wydarzeniu w Chicago zbyt często uczestniczyli zwolennicy HxA, którzy „wypowiadają wielkie abstrakcje, takie jak <<prawda>>, wierząc, że w ten sposób coś wypowiadają”.

  • Obradowała Rada Ławnicza Sądu Najwyższego

    Obradowała Rada Ławnicza Sądu Najwyższego

    Posiedzenie Rady Ławniczej Sądu Najwyższego 28.05. 24

    Z dzisiaj:

    UCHWAŁA
    Rady Ławniczej Sądu Najwyższego II kadencji
    nr 19/2024
    z dnia 28 maja 2024 r.
    w sprawie projektowanych zmian ustawowych, przywracających praworządność w Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym

    Rada Ławnicza Sądu Najwyższego II kadencji, w związku z procedowanym przez Sejm i Senat Rzeczypospolitej Polskiej projektem ustawy o zmianie ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, a także w związku z publiczną i polityczną dyskusją przyszłych analogicznych projektów dotyczących Sądu Najwyższego RP, formułuje następujące stanowisko:

    1. Rada Ławnicza SN przyjmuje z aprobatą i nadzieją działania podjęte dotąd przez Sejm i Senat obecnej kadencji, a także Radę Ministrów RP, w tym zwłaszcza Ministerstwo Sprawiedliwości RP, zmierzające do przywrócenia demokratycznego państwa prawnego. Działania te, widoczne i wymierne, na trwałe zapiszą się w dorobku obecnej władzy ustawodawczej i wykonawczej, których oddanie niezależności sądów i niezawisłości sędziów oraz rzeczywistemu trójpodziałowi władz jest jedyną gwarancją odnowienia polskiego sądownictwa i ponownego zakorzenienia ustroju sądów polskich w wartościach konstytucyjnych, zabezpieczających prawa jednostki do sprawiedliwego sądu. W takich kategoriach Rada Ławnicza SN ocenia całościowo projekt ustawy przewidujący przywrócenie właściwego konstytucyjnie wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa spośród sędziów poprzez sędziów (art. 187 ust. 1 pkt 2 Konstytucji RP), w udoskonalony sposób, w wyborach bezpośrednich i tajnych, z udziałem Państwowej Komisji Wyborczej.
    2. Jednocześnie Rada Ławnicza SN kategorycznie przestrzega przed przyjęciem ustrojowych rozwiązań, nawet tymczasowych, które dopuściłyby sędziów wadliwie powołanych z udziałem obecnej, niekonstytucyjnej Krajowej Rady Sądownictwa, do korzystania z biernego prawa wyborczego i wyboru do odnowionej Krajowej Rady Sądownictwa, bez ich uprzedniej weryfikacji. Rada Ławnicza SN zgadza się z poglądem reprezentatywnej i wyróżniającej się grupy znawców prawa, którzy wskazują, że w takim wypadku osoby, których dotyczy problem legalności statusu, byłyby sędziami we własnej sprawie, nadto rozstrzygającymi nieobiektywnie względem osób o identycznej lub zbieżnej sytuacji prawnej. W odsunięciu takich osób od kandydowania do Krajowej Rady Sądownictwa, czasowym, jednorazowym i odwracalnym w wyniku dokonanej ze skutkiem pozytywnym późniejszej weryfikacji, nie zachodzi dyskryminacja grupy (kategorii) obywateli. Ocena i weryfikacja wadliwie przeprowadzonych konkursów, a także ponowne ich przeprowadzenie muszą być dokonane przez Krajową Radę Sądownictwa o nieposzlakowanej opinii i bezdyskusyjnej konstytucyjności.
    3. Rada Ławnicza SN podkreśla, że wypracowanie najwłaściwszego rozwiązania problemu musi brać pod uwagę zarówno opinie Komisji Weneckiej, trybunałów międzynarodowych, których jurysdykcję RP uznaje, dotychczasowe orzecznictwo polskie (w tym zwłaszcza Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego), ale również wielokrotnie ponawiane głosy miażdżącej większości polskiej nauki prawa i konsekwentną postawę zwykłych obywateli Rzeczypospolitej, którzy od 2015 r. z poświęceniem stali na straży deptanej i zagrożonej praworządności. Także ławnicy Sądu Najwyższego II kadencji, mierzący się nieprzerwanie, także i dziś, z negatywnymi skutkami obsadzenia Sądu Najwyższego przez wadliwie i politycznie powołanych i motywowanych sędziów, oczekują konsekwentnego i trwałego uzdrowienia sytuacji Sądu Najwyższego. Taka postawa ławników nie jest podyktowana ich wygodą czy chęcią zwycięstwa w sporze, ale dobrem obywateli, których sprawy stają przed Sądem Najwyższym, a którzy mają prawo do sądu niezawisłego, niewadliwego, obradującego w należytych składach orzekających. Ławnicy Sądu Najwyższego mają z kolei prawo domagać się zapewnienia im przez państwo i ustawodawcę klinicznie praworządnych warunków pełnienia ich społecznej misji.
    4. Kierując się powyższym zastrzeżeniem i zapoznawszy z opiniami do procedowanego projektu ustawy, Rada Ławnicza podnosi, że należy odróżnić sytuację osób, które po 2018 r., ukończywszy edukację prawniczą, stanęły do swoich pierwszych konkursów sędziowskich przed niekonstytucyjną Krajową Radą Sądownictwa w sytuacji, w której Państwo Polskie nie zapewniało im właściwej i całkowicie zgodnej z Konstytucją RP procedury, od osób, które na zaawansowanych etapach kariery prawniczej lub dla prestiżu orzeczniczego ponad ich kompetencje, gotowe były gwoli awansu zawodowego lub z innych przyczyn uczestniczyć w procedurze, której nielegalnego charakteru musiały być świadome. Sędziowie z drugiej z wymienionych grup winni bezwzględnie podlegać weryfikacji. Dalsze jeszcze wyróżnienie należy w ślad za orzecznictwem Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego zastosować wobec osób, które w podobnych warunkach decydowały się zgłosić kandydatury do Sądu Najwyższego, a następnie legitymizowały i aktywnie wspierały antykonstytucyjny przewrót w tej kluczowej instytucji, odbierając jednocześnie obywatelom prawo do niezawisłego sądu i niepodważalnego rozstrzygnięcia ich spraw. Osoby te, często mające długi staż w sądownictwie lub posiadające stopień naukowy w zakresie nauk prawnych, nierzadko także nauczające prawa w polskich uniwersytetach, nie mogą tłumaczyć się nieznajomością czy niezrozumieniem prawa. Trwając dotąd w większości uporczywie przy swojej niekonstytucyjnej i niepraworządnej postawie, nie zasługują one nie tylko na honor dopuszczenia do przyszłej Krajowej Rady Sądownictwa, ale i na dalsze pełnienie funkcji w Sądzie Najwyższym lub przywileje wynikające z niezasadnego uznania, że kiedykolwiek były Sędziami Sądu Najwyższego Rzeczypospolitej Polskiej. Rekomendacje Komisji Weneckiej i Dyrekcji Generalnej ds. Praw Człowieka i Praworządności Rady Europy wydane w formie pilnej wspólnej opinii z dn. 8 maja 2024 r. (pkt. 42-47) należy pogodzić w tym aspekcie z dotychczasowymi orzeczeniami trybunałów międzynarodowych i sądów polskich, z zastosowaniem wskazanego wyżej rozróżnienia i alternatywnych, przewidzianych w opinii przez ww. Komisję, rozwiązań.
    5. Pojawiające się w dyskursie publicystycznym i medialnym porównanie obecnej sytuacji i dyskutowanego problemu do rozwiązań ustrojowych przyjętych w Polsce w latach 1989-1991 Rada Ławnicza uważa za historycznie i prawnie niewłaściwe. Odkreślenie przeszłości grubą linią, jak ujął to w swoim exposé pierwszy niekomunistyczny prezes Rady Ministrów RP Tadeusz Mazowiecki, samo w sobie niewłaściwie dziś rozumiane, proponowano w czasie, gdy Państwo Polskie ewoluowało z okresu niedemokratycznego w demokratyczne państwo prawne. Obecne zmiany dokonują się w obrębie jednego i tego samego w pełni demokratycznego ustroju, podważonego w szerokiej skali, niedemokratycznie, bez konstytucyjnego umocowania i wbrew obowiązującemu prawu. Rozliczenie i ukaranie osób zaangażowanych w zamach na niezawisłe sądy polskie, zarówno we władzy sądowniczej jak i poza nią, jest warunkiem koniecznym trwałego przywrócenia praworządności, która musi być od początku postawiona na trwałych fundamentach.

    Uchwała została podjęta jednogłośnie, w obecności ośmiorga członków Rady Ławniczej SN.

    Andrzej Kompa – przew. RŁ SN
    Jarosław Płuciennik – wiceprzew. RŁ SN
    Joanna Lasko – wiceprzew. RŁ SN
    Stanisław Adamski
    Małgorzata Figa-Tomińska
    Sława Rafalak
    Monika Szafraniec
    Przemysław Wiszniewski

    RŁ SN po uchwale i po konferencji prasowej
  • Kryzys klimatyczny dotyka także Laponię

    Kryzys klimatyczny dotyka także Laponię

    W Sali Zgromadzeń Centrum Naukowo-Technologicznego EC1 prof. Jarosław Płuciennik poprowadził rozmowę z prof. Marjaaną Kangas z Uniwersytetu Laponii na temat warunków życia we współczesnej Laponii. Punktem wyjścia do dyskusji była kampania promocyjna roku 2021 nominująca gminę Salla w Finlandii jako kandydata na gospodarza Letnich Igrzysk Olimpijskich 2032. Kampania była mocnym głosem w sprawie zmian klimatycznych, a informacja o tym obiegła światowe media. Co się zmieniło przez ostatnie 3 lata? Jak wyglądało życie w jednym z najzimniejszych zamieszkałych regionów Europy w czasie zmian klimatycznych? Czy perspektywa organizacji Letnich Igrzysk Olimpijskich w północnej Finlandii jest coraz bliżej, czy dalej? Na te i inne pytania związane z życiem codziennym w Laponii odpowiedziała prof. Marjaana Kangas.

    Na YouTube Uniwersytetu Łódzkiego można obejrzeć rozmowę.

    In the Assembly Hall of the EC1 Science and Technology Centre, Prof. Jarosław Płuciennik led a conversation with Prof. Marjaana Kangas from the University of Lapland about living conditions in today’s Lapland. The 2021 promotional campaign nominating the municipality of Salla in Finland as a candidate to host the 2032 Summer Olympic Games constituted the starting point for the discussion. The campaign was a strong voice for climate change, and information about it circulated in the world media. What has changed over the last 3 years? What was life like in one of the coldest inhabited regions of Europe during climate change? Is the prospect of hosting the Summer Olympic Games in northern Finland getting closer or further away? These and other questions related to everyday life in Lapland were answered by Prof. Marjaana Kangas.

  • „Dozbrojenie antysemityzmu” na uniwersytetach brytyjskich w obliczu wojny w Gazie

    „Dozbrojenie antysemityzmu” na uniwersytetach brytyjskich w obliczu wojny w Gazie

    (INT) Members of a Palestinian family inspect the damage inside their home after night time Israeli airstrikes. October 10, 2023. Gaza, Palestine: Members of a Palestinian family inspect the damage inside their home after night time Israeli airstrikes on Al-Sinaa Street in the western Gaza. The Israeli military said it hit more than 500 targets in the Gaza Strip in night time raids as the death toll rose in its war with militants to more than 1,100 people. Credit: Hashem Zimmo/Thenews2 (Foto: Hashem Zimmo/Thenews2/Deposit Photos)

    W Times Higher Education pojawiła się dziś niepokojąca informacja, która potęguje także dzisiejszego newsa o uznaniu przez trzy kraje europejskie państwa palestyńskiego. (THE, Patrick Jack, 22 maja 2024) Artykuł omawia ostrzeżenia ze strony żydowskich naukowców, którzy zarzucają premierowi Rishi Sunakowi wykorzystywanie antysemityzmu (traktowanie antysemityzmu jako swoistej broni) w kontekście konfliktu w Gazie. Na ponad 20 brytyjskich uniwersytetach pojawiły się koczujące obozy pro-palestyńskie (po analogicznym rozwoju wypadków w USA), co skłoniło nową organizację żydowskich akademików do wyrażenia obaw związanych ze wzrostem antysemityzmu na kampusach oraz krytyki retoryki rządu, zastraszającej rektorów i aktywistycznych studentów.

    Sieć UK Jewish Academic Network (UKJAN) ostrzegła, jak podaje THE, że rządowe działania mogą utrudnić zapobieganie rzeczywistym zagrożeniom i przemocy. Premier Sunak wezwał bowiem rektorów uniwersytetów do natychmiastowego karania studentów za podżeganie do nienawiści rasowej lub przemocy. Jednak UKJAN uważa, że mieszanie krytyki Izraela z antysemityzmem jest niebezpieczne i wprowadza w błąd. Ponad 150 żydowskich naukowców podpisało list ostrzegający przed konsekwencjami takiego podejścia, które mogą utrudniać edukację na temat prawdziwego antysemityzmu.

    Profesor Katherine Lebow z Uniwersytetu Oksfordzkiego stwierdziła, że retoryka rządu ogranicza wolność akademicką i tworzy moralną panikę, która odciąga uwagę od uzasadnionych działań aktywistycznych studentów i pracowników. UKJAN sprzeciwia się również przyjęciu definicji antysemityzmu Międzynarodowego Sojuszu na rzecz Pamięci o Holokauście (IHRA), twierdząc, że nie odróżnia ona odpowiednio krytyki Izraela od rzeczywistego antysemityzmu.

    Dr Lebow dodała według tygodnika angielskiego, że taka atmosfera może prowadzić do karania studentów i pracowników za ich poglądy polityczne, co utrudnia edukację na temat prawdziwego antysemityzmu i tworzy toksyczną atmosferę, w której bezpieczeństwo Żydów i prawa Palestyńczyków są traktowane jako wzajemnie wykluczające się. Organizacja UKJAN dąży do wprowadzenia bardziej zniuansowanego podejścia do debaty na ten temat.

    Raport Community Security Trust wykazał, że liczba antysemickich incydentów na brytyjskich uczelniach potroiła się w zeszłym roku, głównie z powodu wojny w Gazie. Powstała również nowa grupa badawcza, Intra-Communal Professorial Group (ICPG), która bada doświadczenia żydowskich studentów, naukowców i innych pracowników na brytyjskich uniwersytetach w kontekście wzrostu liczby ataków.

    Anthony Julius, przewodniczący ICPG, zauważył, że reakcje brytyjskich uniwersytetów na ataki z 7 października były szokujące i wymagają odpowiedzi. Grupa, składająca się z ponad 25 akademików, ma na celu przedstawienie rekomendacji dla rządu i rektorów uniwersytetów, aby poprawić bezpieczeństwo żydowskich studentów i pracowników.

    Jak donosi mi mój syn przebywający na wymianie Erasmus+ w Szwecji, podobne obozy propalestyńskie zakładane są także na szwedzkich uniwersytetach. W Polsce póki co studentów cała sprawa chyba mało obchodzi, a może się mylę?

    Ta metafora „dozbrajania antysemityzmu” niepokoi mnie. (ang. weaponization of antisemitism)

  • Wycieczka śladami Tove Jansson – Muzeum Kinematografii, Łódź

    Wycieczka śladami Tove Jansson – Muzeum Kinematografii, Łódź

    Zdjęcie autorstwa Joanny Karp (Muzeum Kinematografii).

    Dnia 18 maja 2024 roku zrealizowałem swoją tegoroczną licytację na rzecz WOŚP. W styczniu, podczas aukcji z udziałem Zbigniewa Pietrzaka, wylicytowałem reprodukcję zdjęcia wieloplanu z Muzeum Kinematografii, pierwotnie pochodzącego z łódzkiego studia animacyjnego Se-Ma-For. Do zdjęcia dołączona była „wycieczka śladami Tove Jansson w Łodzi”. Najważniejszym punktem na tym szlaku jest Muzeum Kinematografii, gdzie znajduje się stała wystawa pt. „Pałac pełen bajek”. Tam właśnie można zobaczyć lalki używane do animacji „Doliny Muminków”, produkowanych od 1978 roku w Łodzi, a w piwnicy znajduje się autentyczny wieloplan, który ze względu na swoją wagę nie może być umieszczony wyżej.

    Wspaniali ludzie, którzy szczodrze wylicytowali oprawione w ramę zdjęcie wraz z wycieczką pod moim przewodnictwem, mogli wczoraj skorzystać z wylicytowanej wycieczki. Dzięki uprzejmości Muzeum Kinematografii, mieliśmy możliwość zwiedzenia Muzeum jeszcze przed rozpoczęciem Nocy Muzeów. Atmosfera podczas wycieczki była pełna radości, a zwycięzcy łodzianie okazali się niezwykle mili. Tove Jansson była tematem wielu rozmów, w których uczestniczyła również dyrektor Marzena Bomanowska, znana powszechnie jako wielka fanka świata Muminków.

    Całe wydarzenie było niezwykle udane, a dzięki niemu mogliśmy wspólnie poodkrywać fascynujący świat animacji i twórczości Tove Jansson. I poznać autentycznych łodzian ze swoją fascynującą historią w historycznych wnętrzach Pałacu Scheiblerów.

    A dzisiaj kończę ewaluację kursu w języku angielskim dla studentów sieci UNIC wraz z prof. Pirjo Suvilehto z Oulu University w Finlandii.

    Zdjęcia Joanna Karp, Marzena Bomanowska, Jarosław Płuciennik. (na ostatnim zdjęciu stoimy w towrzystwie Oskara dla filmu „Ida…”

  • Kwestia smaku. Estetyka i polityka

    Kwestia smaku. Estetyka i polityka

    Na zdjęciu widać dwóch uśmiechniętych mężczyzn stojących przed bogato zdobionymi, złotymi drzwiami. Obydwaj są ubrani w eleganckie garnitury – jeden z nich w ciemnoniebieski, a drugi w granatowy – i dają wyraźne gesty kciukiem w górę. Atmosfera wydaje się radosna i swobodna, a ich szerokie uśmiechy sugerują pozytywną wymianę lub spotkanie, które właśnie miało miejsce. Zdobienia na drzwiach są szczegółowe i okazałe, co może wskazywać na wystawne lub luksusowe otoczenie, w którym się znajdują.

    To jest neutralny, bezbarwny opis zdjęcia Donalda Trumpa ze spotkania z Nigelem Faragem z 2018 roku. Przypomnę, że Nigel Farage jest liderem Partii Brexit, którą wspomagała rosyjska propaganda na Wyspach Brytyjskich podczas referendum zakończonego wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

    Zdjęcie powyżej pochodzi z artykułu z Daily Mail z 2018

    A teraz inny opis:

    Na tym zdjęciu widać dwóch mężczyzn stojących przed bogato zdobionymi drzwiami, które mogą wskazywać na prestiżowe lub luksusowe otoczenie. Obaj mężczyźni są ubrani w formalne, ciemne garnitury i trzymają coś, co wygląda na wyróżnienia lub prezenty. Pierwszy mężczyzna trzyma dużą, ozdobną tacę, podczas gdy drugi trzyma jakiś rodzaj zdobionego przedmiotu, który może być ceremonialnym mieczem lub laską. Obydwaj uśmiechają się i patrzą w kamerę, co sugeruje przyjazną atmosferę i może wskazywać na wydarzenie specjalne lub ceremonię, w której uczestniczyli lub byli honorowani.

    To jest opis wczorajszego spotkania w prywatnym apartamencie Donalda Trumpa na najwyższym pietrze wieżowca Trump Tower urzędującego prezydenta RP, Andrzeja Dudy z kandydatem na prezydenta USA, który właśnie rozpoczął maraton przesłuchań w sądzie amerykańskim.

    Zdjęcie zaczerpnąłem z portalu X.

    Wiele jest tu szczegółów, które zasługują na uwagę. Zestawiając te dwa obrazki nie chcę niczego sugerować, jednak nie mogę nie pamiętać o słynnym niegdyś wierszu Zbigniewa Herberta pt. Potęga smaku.

    To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
    nasza odmowa niezgoda i upór
    mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
    lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
    Tak smaku
    w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia (fragment wiersza z tomu Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze)

    Wiersz „Potęga smaku” Zbigniewa Herberta zastanawia się nad powodami, dla których jednostki mogą opierać się dostosowaniu się do opresyjnych i/lub niesmacznych reżimów. Sugeruje, że odrzucenie tych systemów niekoniecznie wynika z wielkiego charakteru czy odwagi, ale raczej ze względu na gust estetyczny – gdzie gust jest głęboko spleciony z duszą i sumieniem. Wiersz dowodzi, że gdyby pokusa dostosowania się była bardziej kusząca, trudniej byłoby się jej oprzeć. Jednak nieatrakcyjny i prymitywny charakter ofert reżimu – nieatrakcyjne propozycje i parszywa retoryka – ułatwiały odmowę, ponieważ obrażały zmysły i wrażliwość. Zatem wiersz zakłada, że uznanie dla piękna i estetyki może służyć jako obrona przed uleganiem niemoralnym naciskom i że decyzja o przeciwstawieniu się może wynikać w równym stopniu z pogardy dla brzydoty przymusu, jak i z hartu moralnego.

    W PRL ten wiersz był protestem elitarnego, klasycznego gustu przeciwko przaśności rzeczywistości totalitaryzmu komunistycznego, biednego, choć bywały też wysepki relatywnego bogactwa. Wydaje mi się jednak, że dzisiejszy populizm także posługuje się „parcianą retoryką” i podobnymi kuszeniami.

    Jednak „smak” trampowych złotych drzwi jest tak zawstydzająco bizantyjski, że nie mogę nie pokusić się o zestawienie tych drzwi z kremlowskimi. Ten sam blichtr, to samo zachłyśnięcie się bogactwem i złotem.

    Ron Keller, CC BY-SA 3.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0, via Wikimedia Commons

    Nie ukrywam, że jestem skromnego pochodzenia, moja mama — pielęgniarka — jest z mazowieckich chłopów polskich, natomiast mój protestancki gust niewątpliwie był także kształtowany przez postulaty „biednego kościoła” oraz ascezy wewnątrzświatowej, o której przekonująco pisał Max Weber.

    Nie twierdzę, że mój smak musi obowiązywać wszystkich. Jednak tak jak klasycznie kształcony Herbert wyraźnie pogardzał „szmaciarzami PRL-u” z baraków sprawiedliwości, tak ja nie mogę się oprzeć fatalnym skojarzeniom, kiedy widzę polskiego prezydenta z Donaldem Trumpem na tle jego okazałych drzwi prywatnych apartamentów. [Na dodatek Trump pewnie trzyma polską buławę, jeśli się nie mylę.] Donald Trump reprezentuje wszystko co najgorsze w amerykańskiej kulturze, ostatnio nie tylko pokazuje się prawie codziennie jako oskarżony w procesie sądowych, wcześniej reklamował sprzedawane przez siebie złote buty, ale zaraz potem także „amerykańska Biblię” (choć nie ma czegoś takiego jak „amerykańska Biblia”, to jest wyłącznie chwyt marketingowy, aby zebrać pieniądze na przegrywane procesy, zob. opis tego w niedawnym New York Timesie).

    Zatem nie ma czegoś takiego, jak prywatne mieszkanie Trumpa, jak mówi o tej wizycie PAD, jest rezydencja Trumpa w jego wieży ze złota. To bogactwo pochodzi między innymi z kasyn Las Vegas.

    To wcale nie wymagało odwagi, to jest po prostu kwestia smaku.

  • nauka chodzenia, raz jeszcze

    nauka chodzenia, raz jeszcze

    „langgestreckt auf meiner Pritsche

    starre ich auf die graue Wand” [„Rozciągnięty na mojej pryczy

    Wpatruję się w szarą ścianę”, tł. moje JP]

    w ostatnich dwóch latach biorę lekcje

    u pastora Dietricha Bonhoeffera który został powieszony

    9 kwietnia 1945 roku

    na rozkaz Führera

    Hitlera Hiedlera Hüttlera

    Hitlera Schickelgrubera

    czy jak mu tam było?

    Führer zdechł 30 kwietnia

    razem z wiernym psem

    (biedny pies)

    Tak zaczyna się ten wiersz o inspiracji Bonhoefferem. Ale nie wynika on z entuzjazmu dla jego teologii (choć pewnie ona była wielka także dla teologów), nie ze spojrzenia praktyka-teoretyka na psalmy (choć to spojrzenie do dzisiaj zachowało walor świeżości i autentyczności), ale z inspiracji działaniem elementarnym, politycznym i cielesnym. „Nauka chodzenia, pisania, czytania, myślenia” – jak pisze Różewicz. Najważniejsze nauki teologiczne dla Różewicza to te, w których każe on nauczyć się areligijnego chrześcijaństwa, życia duchowego inspirowanego Chrystusem, ale bez Boga w świecie. To jest chodzenie, pisanie, czytanie, myślenie. Różewicz pisał, cytując, co powiedział mu bezgłowy pomnik Bonhoeffera we Wrocławiu:

    trzeba się z tym zgodzić

    że Bóg odszedł z tego świata

    nie umarł!

    trzeba się z tym zgodzić

    że jest się dorosłym

    że trzeba żyć

    bez Ojca

    […]

    przyjacielu

    skreśl jedno „wielkie słowo”

    w swoim wierszu

    skreśl słowo „piękno” (2002–2004) [TADEUSZ RÓŻEWICZ Nauka chodzenia]

    Na pamiątkę nauczyciela chodzenia, w rocznicę śmierci Dietricha Bonhoeffera przytaczam tutaj fragment ze swojej już pięcioletniej książki „Odwaga poetyki”.

    Okładka mojej książki zaprojektowana także częściowo przez materiały przeze mnie dostarczone, taki kolaż, z którego jestem dumny, plastyczka dopełniła doskonale mój pomysł.

  • Leć czarny ptaku…

    Leć czarny ptaku…

    Okładka nowego albumu Beyoncé Cowboy Carter 2024.

    Beyoncé wydaje w Wielki Piątek album zatytułowany „Cowboy Carter”. Od razu rzuca się w oczy, że ta amerykańska piosenkarka i bizneswoman prowokuje nie tylko do czerpania przyjemności ze słuchania muzyki wysokiej jakości, ale również skłania do refleksji na wielu poziomach jednocześnie. Przede wszystkim myślenie uruchamia się, gdy pojawiają się autorskie komentarze w tekstach piosenek.„Gatunki to zabawna koncepcja, prawda?” – zauważa Beyoncé, posyłając w stronę słuchacza spojrzenie pełne ironii, a jej słowa otoczone są atmosferą wyrafinowanego humoru. Obok niej, w swoistej aurze, stoi i śpiewa Linda Martell, czarna wokalistka country, której obecność dodaje dyskusji jeszcze większego ciężaru. Towarzyszy im również Shaboozey, artysta o nigeryjskich korzeniach i eklektycznym repertuarze, który nie pozwala, by jakiekolwiek etykiety ograniczały jego twórczość. W tym towarzystwie, zamiast skupiać się na podziałach gatunkowych, Beyoncé zdecydowała się na prosty, lecz przemyślany rap, który przekracza granice i łączy różnorodne światy muzyczne. A wszystko to pod wdzięcznym tytułem „Spaghetti”. Beyoncé jest bardzo konsekwentna, wydając album pełen aluzji do różnych gatunków: muzycznych, medialnych oraz rasowych. Country zwykle klasyfikowane jest jako gatunek charakterystyczny dla „białego Południa”. W tym wykonaniu, na tej płycie, mamy „kolorowe country” w niezwykle przemyślanej oprawie swoistego musicalu lub opery popularnej. Już wyobrażam sobie widowisko na koncertach promujących nowy album Beyoncé. Nowoczesna opera połączona z amerykańskim cyrkiem rodem z genialnego P.T. Barnuma.

    Czarny ptak z czerwonymi pasami na skrzydłach podczas lotu (lic. Depositphotos)

    Szczególnie na wyróżnienie zasługuje nowe wykonanie słynnego „Blackbird” na tej właśnie płycie. Beyoncé może ten utwór wykonywać bardzo przekonująco, pochodząc z kolorowej rodziny i mając metodystyczne doświadczenia śpiewaczo-taneczne w dzieciństwie. Nowe, po-beatlesowskie wykonanie jest wspaniałe wokalnie, ale także wydaje się być metatekstowe i metamuzyczne. Tak się złożyło, że muszę przygotować się do zajęć ze studentami z literatury protestu, a naszą następną lekturą jest „Umiłowana” Toni Morrison (1987). Jest to bardzo ciężki kawałek artystycznej prozy w historii emancypacji czarnych w USA. „Blackbird” stanowi świetny komentarz po latach. Piosenka ta została napisana przez Paula McCartneya (ponoć z bliżej nieokreślonym udziałem Johna Lennona) i wydana przez The Beatles na ich „Białym Albumie” 22 listopada 1968 roku. Utwór ten, z jego prostym, lecz wyrazistym przekazem i akompaniamentem gitary akustycznej, szybko stał się jednym z klasyków i jest często interpretowany jako symbol nadziei i wolności. Beyoncé Knowles-Carter, urodzona 4 września 1981 roku, otwarcie identyfikuje się jako czarna kobieta, choć posiada mieszane korzenie. Jej matka, Tina Knowles (z domu Beyincé), ma pochodzenie kreolskie, które obejmuje francuskie, rdzennie amerykańskie i afrykańskie dziedzictwo, głównie z Luizjany. Natomiast ojciec Beyoncé, Mathew Knowles, jest Afroamerykaninem. Ta różnorodność kulturowa i etniczna w jej rodzinie często znajduje odzwierciedlenie w twórczości Beyoncé, która eksploruje i celebruje swoje bogate dziedzictwo. Jej muzyka, teledyski i projekty artystyczne często odzwierciedlają i celebrują czarną kulturę oraz poruszają tematy związane z rasizmem, równością i dumą z własnej tożsamości. Beyoncé wykorzystuje swoją platformę do poruszania ważnych kwestii społecznych i wspierania czarnej społeczności. W tym sensie, jej ostatni album nie jest zwykłym popkulturowym wydarzeniem; oprócz świetnej kompozycji i wspaniałych aranżacji, wiele utworów skłania do refleksji, nie tylko w kontekście ostrego buntu, jak to ma miejsce w hip-hopie. Polecam ten album na święta, nie tylko moim studentom z kursu „Literatury protestu w kulturze popularnej”.

  • Obcy w czerni i bieli. O „Obcym” François Ozona

    Obcy w czerni i bieli. O „Obcym” François Ozona

    Literatura i kultura

    Jarosław Płuciennik

    Ozon zrobił Obcego czarno-białego i jest to decyzja, o której cała reszta jest przypisem. Powieść Camusa jest kolorowa: czerwone geranium na grobach, ziemia koloru krwi na trumnie, sukienka Marii w czerwono-białe pasy, słońce jak pożar i „płomienny miecz” tryskający z noża. Z tego wszystkiego na ekranie zostaje szarość — i w tej decyzji można dostrzec właściwą adaptację, bo Ozon nie próbuje przedstawiać słońca bez koloru. On wymienia żywioł. Zamiast żaru rządzą w tym filmie wiatr, morze, roślinność i krzyki mew. Ludzie się co prawda pocą z gorąca, ale pot nie zalewa im twarzy i oczu; upał jakiś jest, ale nie oblepia. Gramatyka Camusa zostaje — świat działa, a człowiek jest tym, przez co świat przechodzi — zmienia się jednak sens tego wszystkiego. Żar zamykał i oślepiał, był absurdalny; wiatr i morze otwierają. Jest w tym filmie wolność, której nie ma ani w powieści, ani u Viscontiego, i jest to wolność bez koloru.

    Nazwałbym to poetyką apofatyczną, tak jak teologowie nazywają mowę o Bogu przez zaprzeczenia. Czerń i biel mówią przez to, czego nie pokazują; wiatr mówi przez brak żaru; a islam, którego u Camusa nie ma wcale, jest u Ozona wszędzie i nigdzie — kilkakrotnie z offu odzywa się muezzin, w autobusie i na ulicach są Arabowie, w kinie wisi tabliczka „tubylcom wstęp wzbroniony”. Nikt tego nie komentuje. Świat, który w powieści był pejzażem, staje się tłem dźwiękowym i wizualnym, a więc obecnością, nie tematem. To jest dokładnie ten rodzaj gestu, którego proza nie mogłaby wykonać bez nadania imienia, i Ozon go wykonuje, imienia — prawie — nie nadając.

    Prawie, bo imię zabitego pada w tym filmie tylko raz, i nie pada, lecz jest napisane. Nie zdradzę, gdzie. Powiem tylko, że film zaczyna się kroniką filmową — Algieria i Algier lat czterdziestych, historia, w której Camus nie chciał osadzić Meursaulta — a kończy nie Meursaultem. Między kroniką a końcem jesteśmy w więzieniu od pierwszej sceny; cała historia jest nam prezentowana jako retrospekcja skazanego. Zgodnie zresztą z duchem mikropowieści Camusa. Stąd pierwsze zdanie filmu nie brzmi tak, jak w powieści „Dziś umarła mama”, lecz „Zabiłem Araba”. Opowiada ktoś, kto zna już wyrok, i ma to konsekwencje dla najsłynniejszej sceny książki. U Camusa Meursault nie naciska spustu — „spust ustąpił”, a po pierwszym strzale przychodzą cztery następne bez przyczyny, „wtedy”, nie „więc” (w nowym przekładzie Marka Bieńczyka słychać ten wybór wyraźnie). U Ozona zabicie jest pokazane, ale spust i owo zdanie idą z offu, głosem więźnia, i brzmią raczej jak „więc”: retrospekcja skazanego ma z natury składnię przyczynową. Na twarzy aktora Benjamina Voisina w chwili zbrodni nie ma nienawiści ani strachu — jest dezorientacja, zagubienie po oślepieniu. I jest twarz zabitego: wielkie zbliżenie, dokładne przeciwieństwo „cieni na twarzy”, którymi Camus zbywa anonimowego Araba z nożem. Visconti był tu bliższy literze powieści. Ozon jest bliższy jej upośrednieniu przez Kamela Daouda, który w Sprawie Meursaulta oddał głos bratu zabitego — pokazuje, że to jest opowiedziane, i pokazuje, kto został z opowieści wyjęty.

    Plakat filmu 'Obcy' w reżyserii François Ozona, przedstawiający mężczyznę w białej koszuli na plaży z morzem w tle.

    Gra Voisina jest największym zyskiem tego filmu. Młody, obojętny, z twarzą, na której niemal nic się nie maluje — młody gniewny, tylko że gniewny przez obojętność. Mastroianni u Viscontiego był ekspresyjny, dojrzały, amant; wszystko, co Meursault myśli, było widać w całym ciele Mastroianniego, i dlatego tamten film przegrał z powieścią, bo niby był – jak to się kiedyś określało – wierny, ale gwiazdorska obsada zdradzała zbyt wiele z gwiazdora. Ozon wiedział, co robi: w wywiadzie dla „Wyborczej” mówi, że kazał Voisinowi czytać Bressona i grać „modelem”, bez intencji gry. Obojętności Meursaulta nie odnajdziemy tu w słowach, tkwi ona w nieprzeniknionej twarzy. I w tym sensie — paradoksalnie — Ozon jest bliższy duchowi egzystencjalizmu niż „wierny” Visconti: bohaterowie w czerni i bieli, jak paryscy egzystencjaliści, którzy nosili się na czarno, i bohater, który nie tłumaczy się z siebie ani jednym grymasem.

    Najinteligentniejsza scena filmu jest zarazem najkrótsza. W powieści Meursault i Maria idą na film z Fernandelem — tyle. Ozon wybrał konkretny: Le Schpountz Pagnola z 1938 roku, a z niego scenę, w której Fernandel wypróbowuje na twarzy wszystkie możliwe reakcje skazańca na śmierć. Aktor-model, któremu nie wolno nic wyrazić, siedzi na sali i ogląda aktora, który wyraża wszystko komediowo i absurdalnie — i ogląda własny wyrok. Nie ma tego ani u Camusa, ani u Viscontiego. Olbrzymia twarz Fernandela wraca potem jeszcze kilka razy jako tło dla bawiących się bohaterów. I to jest klucz do całego filmu: Ozon jest reżyserem pojedynczej twarzy. Podczas czuwania przy trumnie matki bohatera, nad ranem, gdy wszyscy śpią, jedna twarz wpatruje się w Meursaulta uporczywie, długo, aż zaczyna kaszleć — u Viscontiego ta scena mija w sekundę, bez akcentu na kimkolwiek. Podczas rozprawy przysięgli nie są rzędem, lecz najazdem na pojedyncze twarze. Siostra zabitego w sądzie — zbliżenie. Visconti filmował tłum: jego Obcy jest cięższy, bardziej absurdalny i, powiedziałbym, bardziej wspólnotowy, wspólnota oblewa potem bohatera; Camusowski tramwaj, w którym anonimowi pasażerowie tropią „śmiesznostki” wsiadającego, był u niego dosłownie tłumem, „motłochem” wymierzającym sprawiedliwość. U Ozona tramwaj to jedna twarz. Czerń i biel temu sprzyja: bez koloru twarz jest tym, co zostaje.

    Nie wszystko się broni. Ozon wyciął scenę u sędziego śledczego — bardzo dramatyczną u Camusa i Viscontiego, z krucyfiksem i nazwą rzuconą niby żartem „Antychryst” — a wraz z nią jedyne miejsce, w którym powieść pokazuje, że Meursault zna reguły i tylko ich nie czuje („chciałem mu nawet podać rękę, lecz w porę przypomniałem sobie, że zabiłem człowieka”). Bez tej sceny obcość Meursaulta jest brakiem, a nie opóźnieniem, i to nie wina aktora, lecz scenariusza. Wyciął też Ozon coś, czego powieść programowo nie miała — przyczynę — i dopisał ją: Maria mówi Meursaultowi, że wyobrażanie sobie zła potrafi je przywołać, i tak motywuje powrót bohatera na plażę. To hipotaksa wpuszczona tylnymi drzwiami, przez postać kobiecą, i jedyny moment, w którym film tłumaczy to, czego Camus tłumaczyć nie chciał. Za to scena z matką pod gilotyną — Meursault śni, że dwaj żandarmi prowadzą go na wzgórze, a matka opowiada mu, jak ojciec poszedł oglądać egzekucję i potem cały dzień chorował — jest przeniesieniem wspomnienia z powieści w wizję i broni się całkowicie; to tam, nie w finale, pada życzenie, żeby na egzekucję przyszło wielu widzów. W sądzie natomiast pada wprost „to przez słońce” i brzmi zupełnie naturalnie — choć słońca w tym filmie właściwie nie ma. Może dlatego brzmi naturalnie: wyjaśnienie bez pokrycia w obrazie może być tym, czym było w powieści. Scena z kapelanem została — i to ona jest właściwym testem tej poetyki zaprzeczenia. Meursault odmawia nie Boga, lecz zakłamania: nie chce pocieszenia, w które nie wierzy, i w tej odmowie staje w prawdzie. Thomas Merton, trapista, w siedmiu esejach o Camusie pytał właśnie o to — co ktoś taki ma do powiedzenia Kościołowi — i czytał tę uczciwość jako wyzwanie dla chrześcijan, nie jako zagrożenie. U Ozona kapelan jest jednak delikatniejszy niż w powieści, bliższy, prawie czuły, a w tej bliskości pobrzmiewa napięcie homoerotyczne, którego u Camusa nie ma. Odmowa przez to nie słabnie — zyskuje adresata: łatwiej powiedzieć „nie” urzędnikowi wiary niż komuś, kto naprawdę chce dobra.

    Dla kogo jest ten film? Młodszy aktor, czerń, indywidualizm zamiast tłumu, rodzaj nowofalowego zimna — a na napisach końcowych Killing an Arab zespołu The Cure, piosenka, która przez czterdzieści lat musiała się tłumaczyć ze swojego tytułu i którą Ozon oddaje książce. Wygląda to na film adresowany do młodych, i pewnie nim jest. Ale to jest zarazem film, który daje tym więcej, im więcej się przeczytało i obejrzało: Camusa, Daouda, Viscontiego, Pagnola, The Cure. Ozon adaptuje nie powieść, lecz wszystko, co między 1942 a 2025 rokiem zdążyło do niej przyrosnąć — i robi to przez zaprzeczenia, kolorem, którego nie ma, słońcem, którego nie ma, imieniem, które nie pada. Obcy nie jest w tym filmie postacią. Jest miejscem, w którym ktoś stoi, i Ozon przez dwie godziny przestawia w nim ludzi: Meursaulta, zabitego, jego siostrę, nas. Kto tam stoi na końcu — proszę zostać do końca napisów.

  • W poziomkowych chynchach. Poziomka, Bergman i ulotność lata

    W poziomkowych chynchach. Poziomka, Bergman i ulotność lata

    Obserwatorium nordyckie

    15 września 2026

    Jarosław Płuciennik

    We wtorkowym „Under strecket” – rubryce „Svenska Dagbladet”, która ukazuje się nieprzerwanie od 1918 roku i jest chyba najstarszą stałą rubryką eseistyczną w Europie – Ludvig Hertzberg pisze o poziomce. O zwykłej-niezwykłej poziomce. Esej nosi tytuł „Det egendomliga med smultronets smak”, czyli „To, co osobliwe w smaku poziomki”. Czytam go jako kulturoznawca, ale i fascynat świata nordyckiego, a szwedzkiego w szczególności. No i fascynat dziecięcego świata Bullerbyn. Zaciekawił mnie ten esej, ale w jednym punkcie chcę się z Hertzbergiem pospierać.

    Teza eseju w SvD jest prosta i, jak sądzę, prawdziwa: poziomka to jagoda, której smaku nie da się przenieść. Jest ściśle związana z naturalnym miejscem wzrostu. W dżemie, w likierze, w aromacie „o smaku poziomkowym” ginie bez śladu; wszystko, co w sklepie obiecuje smak poziomek, jest – Hertzberg mówi to wprost – fałszywką. Poziomkę zbiera się po jednej, nie ma na to metody ani narzędzia, dzieci uczą się nawlekać ją na wyrośnięte trawy (to najmniej wydajne opakowanie świata), a kilogram truskawek jest towarem, podczas gdy źdźbło poziomek jest niewysłowionym darem. Smak tkwi w obecnej chwili lata: w znalezieniu, w schyleniu się, w zjedzeniu na miejscu. Nie daje się od tej chwili oderwać. Trzeba tu dodać coś, o czym Hertzberg – pisząc dla Szwedów – nie musi przypominać: sezon na dzikie poziomki przypada tam na okolice midsommar i trwa parę tygodni. W ogródkach można je spotkać dłużej, ale dla przeciętnego Szweda poziomka jest owocem krótkiego lata, które ledwie się zaczęło, a już się kończy. Ulotność lata to kontekst, bez którego reszta eseju pozostaje mało zrozumiała.

    Hertzberg najpierw wskazuje, że poziomka wcale nie zawsze była niewinna. U Wergiliusza w „Bukolikach” pasterz ostrzega chłopców zbierających poziomki, że w trawie kryje się wąż. W ikonografii chrześcijańskiej poziomka oznaczała i niewinność, i krew Chrystusa; u Szekspira – seksualność i zdradę (poziomki haftowane na chusteczce Desdemony). Legenda z Nemi każe jej się narodzić z krwi umierającego Adonisa i łez Afrodyty, a więc z miłości i śmierci naraz. Dopiero nowoczesność – oświeceniowy idylliczny Bellman z cytrą i jego „rödaste smultron i mjölk och vin” [najczerwieńsze poziomki w mleku i winie], „Idas sommarvisa” Astrid Lindgren, stół w Bullerbyn – uczyniła z poziomki czystą idyllę. O tym, jak Bullerbyn stało się szwedzkim mitem założycielskim, pisałem tu wcześniej [lKultura Szwecji: Bullerbyn ]; poziomka jest jego najmniejszym, jadalnym emblematem.

    Warto się przy tej piosence zatrzymać, bo dziś zna ją każde szwedzkie dziecko i to ona, bardziej niż Bellman, ustawia współczesne znaczenie poziomki. „Idas sommarvisa” jest monologiem dziewczynki, która przechwala się, że to ona robi lato: usuwa śnieg, zieleni pastwisko, puszcza wodę w strumieniu, rozstawia jaskółki i komary, barwi wieczorne niebo na różowo. Poziomki pojawiają się w tej wyliczance jako rzecz, którą Ida robi specjalnie dla dzieci, bo uważa, że im się należą – obok innych drobnych, zabawnych rzeczy stosownych dla małych. I zaraz potem: robi też miejsca, po których dzieci mogą biegać, a wtedy dzieci są pełne lata, a nogi pełne biegania. Dwie rzeczy są tu istotne. Po pierwsze, Ida mówi dokładnie to, co – jak zobaczymy – Linneusz w 1772 roku: poziomki są tu dla nas. Tylko że boski zamysł przenosi na siebie, kilkulatkę, która stwarza lato dla własnej przyjemności. Po drugie, „zabawne miejsca do biegania” to w tej piosence niemal definicja smultronställe: miejsce plus poziomki plus ciało w ruchu. Ida nie je poziomek, ona po nich biega.

    Najciekawszy jest jednak środek eseju Hertzberga: zestawienie poziomki z truskawką. Truskawka, po szwedzku jordgubbe [dosłownie „ziemny dziadek”], jest krzyżówką dwóch amerykańskich gatunków dokonaną we Francji w XVIII wieku i – jak pisze Hertzberg – „zrobiła wszystko co powinna”: dała się udomowić, uszlachetnić, sadzić w równych rzędach, pakować, chłodzić, transportować i sprzedawać przez cały rok. Jest większa, bardziej soczysta, bardziej wodnista. To komercyjnie skalowalna odpowiedź industrializmu na to, co nieskalowalne. Poziomka tymczasem została w rowie: za mała, za miękka, zbyt pracochłonna, o zbyt krótkim terminie przydatności. Hertzberg dodaje półgłosem: i może zbyt dobra.

    To jest parabola nowoczesności w czystej postaci i dlatego chciałbym poziomkę wykorzystać na moich wykładach o kulturowej historii nowoczesności. Cała logika standaryzacji, transportu i całorocznej dostępności – od linotypu po chłodnię – zakłada, że wartość da się oddzielić od miejsca i przenieść gdzie indziej. Poziomka jest tym, co się tej logice nie poddaje. I dlatego staje się przedmiotem nostalgii: smultronställe, dosłownie „miejsce poziomkowe”, to po szwedzku zsekularyzowany prywatny raj, ulubione miejsce, do którego się wraca. Wraca się właśnie dlatego, że nie da się go zabrać. Bauman nazwałby to retrotopią, powrotem do łona – tęsknotą nie za przyszłością, ale za miejscem, w którym kiedyś się było.

    Polszczyzna nie ma na smultronställe jednego słowa – i warto się przy tym zatrzymać. Najbliższe temu określeniu są „zakątek”, „zacisze”, „ostoja”, „matecznik”, „azyl”; kolokwialnie „swoje miejsce na ziemi”. Po łódzku powiedziałbym, że być może także „chynchy”. Polszczyzna ma zresztą własny mit jagodowego zakątka: „W malinowym chruśniaku” Leśmiana. Chruśniak to gęste, zarośnięte miejsce, w którym dwoje ludzi zbiera maliny i zajmuje się czym innym – a więc wszystkie warunki szwedzkiego słowa są tu spełnione naraz, i do tego wraca Szekspirowska ambiwalencja: jagoda i erotyka. Tylko że u Leśmiana są maliny, których sezon jest długi i które rosną w każdym ogrodzie. Poziomkowe chynchy czekają jeszcze na swojego poetę. Każde z nich gubi jednak to, co w szwedzkim słowie najważniejsze: że to miejsce jest znane tylko mnie, że odkrywa się je przypadkiem i że jest w nim coś do zjedzenia. Tadeusz Szczepański w swoim „Kinie nordyckim” (Łódź 2020) pisze o snach Borga na „poziomkowej polanie” – i to jest chyba najlepszy polski odpowiednik, choć dwuwyrazowy. Polana jest ładna. Znamienne, że polski tytuł filmu, „Tam, gdzie rosną poziomki”, jest w tej kwestii wierniejszy oryginałowi niż angielskie „Wild Strawberries”, niemieckie „Wilde Erdbeeren” czy francuskie „Les Fraises sauvages”: tamte przetłumaczyły owoc, polszczyzna przetłumaczyła miejsce. Dodała też „tam” – a więc dystans. Smultronställe po polsku jest zawsze gdzie indziej. To dobry przekład, bo mówi, o co w tym filmie chodzi. O tęsknotę do tego, co hen, daleko. Niekoniecznie przestrzennie daleko…

    Kadr z filmu „Tam gdzie rosną poziomki” I. Bergmana 1957

    I tu jest mój mały spór z Hertzbergiem. Pisze on, że u Bergmana poziomki pełnią funkcję pokrewną magdalence Prousta – otwierają Isakowi Borgowi drzwi pamięci do zaginionego świata i konfrontują go z nieodwracalnością czasu. Nie jest w tym odosobniony; Szczepański też mówi o proustowskim nastroju scen na polanie, poetyckim i sentymentalnym, z akcentami komizmu. Tylko że to nie zgadza się ani z Proustem, ani z Bergmanem, ani – co najzabawniejsze – z tezą samego Hertzberga. Magdalenka Prousta działa w swój legendarny już sposób dlatego, że jest powtarzalna: można ją upiec ponownie, zamoczyć w herbacie, i smak z dzieciństwa wraca w całości, jakby był gdzieś przechowany. To standard. Powtarzalny rytuał. Poziomka – jak Hertzberg sam dowiódł dwie kolumny wcześniej – przechować się nie daje. Yum bardziej poziomkowe chynchy. Isak Borg (odgrywany przez Victora Sjöströma), stary profesor jadący ze Sztokholmu do Lund po jubileuszowy (po 50 latach) doktorat, nie odzyskuje smaku. Kładzie się w trawie przy starym domu i widzi miejsce, w którym ten smak stracił: kuzynkę Sarę (Bibi Andersson) zbierającą poziomki dla wuja Arona, jego brata Sigfrida, który ją całuje, i koszyk, który się wysypuje. To nie jest magdalenka. To jest wąż Wergiliusza. Bergman używa poziomki dokładnie w tym przednowoczesnym, ambiwalentnym sensie, który Hertzberg wyliczył, a potem odłożył na bok: niewinność, erotyzm i zdrada w jednym kadrze.

    Tadeusz Szczepański zresztą sam dostarcza argumentu przeciw proustowskiej lekturze, choć go tak nie nazywa. Jego zdaniem podróż Borga to wędrówka w czasie w poszukiwaniu najwcześniejszych źródeł własnej osobowości: Borg próbuje uchwycić moment, w którym został wygnany ze słonecznego raju dzieciństwa, i zrozumieć, co go uczyniło człowiekiem obojętnym na cudzy los – niespełniona młodzieńcza miłość, zdrada żony, zimna i zamknięta w skorupie egoizmu matka. Wygnanie z raju to figura biblijna, nie proustowska. Proust odzyskuje czas; Borg dowiaduje się, kiedy i dlaczego go stracił. Smultronställe w filmie nie jest rajem, tylko miejscem po raju – i dopiero to uzasadnia polskie „tam”.

    Szczepański sytuuje „Poziomki” na osi ewolucji Bergmana: „Siódma pieczęć” i „Tam, gdzie rosną poziomki” są dla niego filmowymi moralitetami, w których wędrówka człowieka odbywa się w cieniu śmierci, a wołanie rycerza Blocka do nieobecnego Boga powtarza – niczym echo – stary profesor recytujący psalm Wallina o przyjacielu, którego wszędzie szuka. Różnica polega na tym, że w „Poziomkach” metafizyczna wrażliwość Bergmana odwraca się już od transcendencji ku przestrzeni międzyludzkiej. Trzy słowa, wokół których Szczepański organizuje sens filmu – śmierć, samotność, miłość – i jego teza, że brak miłości oznacza u Bergmana śmierć duchową, a jedynym ratunkiem jest pojednanie z bliźnimi, mają swój najkrótszy zapis właśnie w scenie z koszykiem. Poziomki są tam darem, który miał trafić do kogoś, i nie trafił.

    Jest jeszcze jedna rzecz, którą chciałbym u Hertzberga dopowiedzieć, bo wydaje mi się w tym eseju najgłębsza, choć autor nie ma na nią nazwy. Jeśli smaku poziomki nie da się oddzielić od schylenia się, od zapachu, który – jak pisze – sam prowadzi nas do krzaka, od słońca na plecach i od źdźbła w ręku, to znaczy, że smak nie jest własnością owocu. Jest własnością spotkania. To niemal podręcznikowy przypadek tego, co w kognitywistyce nazywa się poznaniem ucieleśnionym i usytuowanym: percepcja nie jest odczytem cechy przedmiotu, lecz czynnością, w której ciało, ruch i miejsce są częścią doznania. Pamięć Isaka Borga też nie jest „przechowana” – jest odgrywana na miejscu, ciałem, w trawie. Aktor kładzie się mimo eleganckiego płaszcza przy krzaczkach poziomek. Szczepański trafnie zauważa, że plan realistyczny i plan wyobrażeniowy splatają się tu w kompozycję wówczas w kinie nieznaną; ja bym dodał, że splatają się one dokładnie tak, jak w ucieleśnionym umyśle splata się miejsce z pamięcią. Bergman wiedział to intuicyjnie w 1957 roku; nauki o poznaniu dorobiły do tego teorię pół wieku później.

    Hertzberg kończy Linneuszem i etyką. Linneusz cierpiał na podagrę, odkrył, że poziomki mu pomagają, i leczył się nimi latami – w sezonie zjadał ponoć do dwóch i pół litra dziennie – a w rozprawie „Om smultron” z 1772 roku pisał, że natura nie stworzyłaby tego owocu bez boskiego zamysłu i że przeznaczony jest dla ludzi. Miła myśl, mówi Hertzberg: poziomki są tu dla nas, jakby ktoś je rozstawił, proszę, częstuj się. To ta sama myśl, którą Astrid Lindgren dwieście lat później włożyła w usta Idy – z tą różnicą, że u Linneusza rozstawia poziomki Bóg, a u Lindgren – bardzo znacząco – dziecko, ten bóg XX wieku. Tylko że astronomiczne ilości poziomek dojrzewają co roku na polanach i przy drogach, przez jeden dzień osiągają idealną równowagę słodyczy i kwasu, a potem opadają, są zjadane przez ptaki i gniją, nie widziane przez nikogo. Marnotrawstwo? Nie – to my jesteśmy tak zamknięci w antropocentrycznym, ekonomicznie racjonalnym, instrumentalnym myśleniu, że stresuje nas bogactwo, którego nie da się wykorzystać. Poziomka wymaga od nas dwóch sprzecznych rzeczy: cierpliwości (we wrześniu nie zje się ciepłej od słońca poziomki, trzeba czekać do przyszłego midsommar) i chwytania chwili (gdy dojrzeje, nie ma na co czekać, za dwa tygodnie jej nie będzie). Memento mori to może zbyt ponura lekcja, pisze Hertzberg; raczej memento vivere. Carpe fragum – chwytaj poziomkę.

    Zostawiam tę puentę Hertzbergowi, bo jest jego. Dodam tylko to, co przypomina Szczepański, cytując „Obrazy”: Bergman mówił, że ten film był apelem do jego rodziców – spójrzcie na mnie, zrozumcie mnie, a jeśli możecie, wybaczcie. Finałowa scena, w której Sara prowadzi starca na brzeg zatoki, gdzie machają do niego dawno zmarli rodzice, nie jest chwytaniem chwili. Isak Borg zauważa ją po raz pierwszy w życiu, i to wystarcza. Poziomek w tej scenie już nie ma. Jest tylko miejsce.

  • Magdalena, here we go again – Benny Andersson z ABBY na finiszu kampanii socjaldemokratów

    Magdalena, here we go again – Benny Andersson z ABBY na finiszu kampanii socjaldemokratów

    Konferencja prasowa z liderami, z jedną osobą na podium w niebieskim garniturze i tłumem trzymającym telefony, zdjęcie z tłem z logo partii.

    Materiał ze spotkania z wyborcami w siedzibie Socialdemokraterna w Szwecji. Zrzut ekranu z wideo umieszczonego w Expressen. Za materiałem Benny Anderssons stöd till Magdalena Andersson, Expressem 13.09.2026, gadz. 10:49 LINK

    Dzień przed szwedzkimi wyborami do Parlamentu — szwedzkiego Riksdagu, na finiszu kampanii  (po szwedzku slutspurt, końcowy sprint) Socialdemokraterna (Partia Socjaldemokratyczna)– pojawił się gość, którego w Szwecji nikomu nie trzeba przedstawiać: Benny Andersson z ABBY. Usiadł przy pianinie pod wielką czerwoną różą, znakiem partii, i zagrał „Mamma Mia”. Z jedną poprawką w tekście – w miejsce tytułowego wykrzyknika sala śpiewała imię liderki partii. „Magda-lena”… Śpiewała cała sala, z Magdaleną Andersson włącznie.

    Najciekawsze było to, co Benny powiedział, zanim zaczął grać. Nic z tego nie brzmiało jak wyreżyserowany numer – raczej jak improwizacja starszego pana, który przypomina sobie, ile już takich wieczorów przeżył. Grał kiedyś dla Olofa Palmego, grał dla kolejnych socjaldemokratycznych premierów, których wymieniał po kolei – więc zagra i dla Magdaleny. Przy okazji przeprosił za zmianę tekstu, którego autorem jest przecież on sam (razem z Björnem Ulvaeusem i Stigiem Anderssonem). To drobiazg, ale znaczący: kompozytor, który publicznie tłumaczy się z ingerencji we własną piosenkę, mówi tym samym, że piosenka nie należy już tylko do niego. Należy do wszystkich, którzy ją śpiewają – w tym wypadku do sali pełnej działaczy z telefonami w górze.

    Te przeprosiny mają zresztą swoją historię. W 2010 roku młodzieżówka Duńskiej Partii Ludowej (Dansk Folkeparti), partii nacjonalistycznej i antyimigranckiej, zaśpiewała na kongresie tę samą piosenkę na cześć swojej przewodniczącej Pii Kjærsgaard – jako „Mamma Pia”. Benny i Björn nasłali na nich prawników Universalu, a Benny powiedział agencji TT coś, co po polsku brzmiałoby „niech spadają”: po pierwsze nie wolno przepisywać cudzych piosenek, po drugie nie mamy najmniejszej ochoty wspierać tej partii. Rok wcześniej Benny przekazał milion koron na kampanię europejską Feministycznej Inicjatywy. W 2024 roku ABBA – a więc cała czwórka, wraz z wytwórnią – zażądała od sztabu Donalda Trumpa usunięcia nagrań z wiecu w Minnesocie, gdzie puszczano „The Winner Takes It All”, „Money, Money, Money” i „Dancing Queen”. Sztab odpowiedział, że ma licencję zbiorową; ABBA odpowiedziała, że nikt jej o zgodę nie pytał. Symetria jest więc pozorna: ten sam gest – imię polityczki wstawione do „Mamma Mia” – raz kończy się wezwaniem prawników, a raz allsångiem z autorem przy pianinie. Różnica nie leży w prawie autorskim, tylko w tym, kto śpiewa.

    Do tego dochodzi wątek, który dla polskiego czytelnika powinien być szczególnie wyraźny. ABBA od dawna nie ukrywa, że jest po stronie społeczności LGBT – Björn Ulvaeus mówił wprost, że to fani ze środowisk gejowskich „podtrzymali” comeback zespołu i że „Dancing Queen” jako hymn wyzwolenia jest dla nich powodem do dumy, a nie zakłopotania. W 2006 roku, gdy prezydent Lech Kaczyński zakazywał Parady Równości w Warszawie, cała czwórka – po raz pierwszy od lat razem – podpisała pamiątki wystawione na aukcję przez Stockholm Pride na rzecz warszawskiej parady. Szwedzi tłumaczyli to prosto: kraj tak uprzywilejowany jak nasz nie może patrzeć na to, co dzieje się u sąsiada, i nic nie robić. Wsparcie dla socjaldemokracji jest więc częścią dłuższej linii, a nie jednorazowym kaprysem starszego pana przy pianinie.

    Pisałem już na tym blogu o powrocie ABBY – o albumie „Voyage” i o wirtualnej trasie koncertowej, czyli o tym, jak zespół wrócił jako zjawisko technologiczno-medialne. Ten wczorajszy występ jest z innego porządku. Nie chodzi w nim o światową markę, ale o to, czym ABBA jest w samej Szwecji: o codzienną, oczywistą obecność w radiu, na weselach, imprezach ulicznych i w muzeum na Djurgården. To jest kulturowe złoto (kulturguld – Szwedzi sami tak mówią), część tego, co po szwedzku nazywa się folkhemmet, wspólny dom, do którego prawo mają wszyscy. I właśnie dlatego gest Benny’ego ma ciężar polityczny. Nie dlatego, że przekona kogoś do programu podatkowego partii S, ale dlatego, że przypomina, po której stronie stoi ktoś, kto od pół wieku jest częścią szwedzkiej tożsamości. Jego sympatie dla socjaldemokracji nie są tajemnicą – od czasów Palmego. Nowością jest tylko to, że tym razem powiedział to na scenie, z podniesionymi telefonami jako świadkami.

    Warto tu zestawić dwie tradycje. W Polsce artysta na wiecu partyjnym to zwykle albo skandal, albo żenada – mamy w pamięci zbyt wiele takich występów, żeby traktować je inaczej niż jako dworskie usługi. Choć zdarzały się też wyjątki. Całe marsze śpiewały „Wolność, kocham i rozumiem, wolności — oddać nie umiem”… Chłopców z Placu Broni i nikt z członków tego zespołu nie protestował… W Szwecji sala śpiewająca „Mamma Mia” z liderką partii jest czymś nieco innym: to allsång, wspólne śpiewanie, obrzęd świecki, który w Skansenie latem gromadzi tysiące ludzi bez żadnego politycznego klucza. Benny nie występował dla partii. Poprowadził allsång – a że akurat z Magdaleną Andersson, to już jego wybór jako obywatela.

    Czy pomoże to socjaldemokratom w dzisiejszym niedzielnym głosowaniu? Nie wiadomo. Ale jedna rzecz jest pewna: to była najlepiej zaśpiewana piosenka tej kampanii.

    Szwedów czeka skrupulatne liczenie głosów, może nawet do środy. Wybory są wyrównane, układanki powyborcze będą skomplikowane i może bolesne. Nie wiadomo jak długie.

  • Renifery, metale ziem rzadkich i nieprzepracowane dziedzictwo. Notatka z Kiruny

    Renifery, metale ziem rzadkich i nieprzepracowane dziedzictwo. Notatka z Kiruny

    Obserwatorium Nordyckie 07.09.2026

    Jarosław Płuciennik

    Część ekspozycji Eanangiella – Głos ziemi” w Oulun taidemuseo (styczeń–maj 2026, w programie Europejskiej Stolicy Kultury). Zdjęcie własne autora JP)

    Wczoraj wieczorem w Rapport w SVT (19:30), dziś rano reportaż Mirandy Bryant z Kiruny w „Guardianie” – ten sam temat, sześć dni przed szwedzkimi wyborami. Państwowy koncern LKAB chce rozszerzyć największą podziemną kopalnię rudy żelaza na świecie o złoże Per Geijer, czyli największe znane w Europie złoże metali ziem rzadkich. Po drugiej stronie tej kopalni stoi Gabna sameby – wioska Samów – wspólnota hodowców reniferów, której szlaki wędrówek kopalnia już pocięła, a nowy plan odciąłby pastwiska (cielących się reniferów) od gór i lasu. Lars-Marcus Kuhmunen, przewodniczący Gabna, mówi Guardianowi, że byłby to dla Samów koniec wszystkiego – i zarazem początek procesu industrializacji całej ziemi Samów Sápmi.

    Nowością w Szwecji nie jest sam konflikt (można wymienić Gállok, Rönnbäcken, norweski Fosen – lista jest długa), lecz język. Wicepremierka Ebba Busch (partia KD, czyli Chrześcijańscy Demokraci) wiosną seryjnie atakowała hodowlę reniferów jako branżę zajmującą ogromne obszary przy znikomym znaczeniu gospodarczym; jej partia chce ciąć pogłowie, odebrać hodowli status „żywotnego interesu narodowego” i „odzyskać” dla państwa ziemię, z której korzystają hodowcy. W programie wyborczym KD obiecuje też bronić prawa wszystkich do polowań na ziemi państwowej – to jawna odpowiedź na wyrok Sądu Najwyższego w sprawie Girjas (2020), który przyznał wspólnocie samskiej wyłączne prawo do gospodarowania łowiectwem i rybołówstwem na jej terenie. Szwedzcy Demokraci, którzy po wyborach – teoretycznie – mogą po raz pierwszy wejść do rządu, ustawiają w swoim programie hodowców przeciw przemysłowi, turystyce i „zwykłym Szwedom”. Åsa Larsson Blind z Parlamentu Samów (Sametinget) ujmuje to sucho: wicepremier wskazuje jedną grupę ludzi jako wroga rozwoju i wyraźnie nie czuje potrzeby, by mieć poparcie Samów.

    Jak to ująć? Moje nasuwające się wyjaśnienia to dwa hasła: kłopoty post-nowoczesnej industrializacji i post-nowoczesnego dziedzictwa postkolonialnego. Rozwińmy oba człony.

    Industrializacja jest post-nowoczesna nie dlatego, że jest mniej brutalna, lecz dlatego, że inaczej się legitymizuje. Nowoczesna kopalnia w Kirunie (LKAB, rok 1890) mówiła o postępie, stali i szwedzkim „domu ludu” (folkhemmet). Ta dzisiejsza mówi o klimacie, o uniezależnieniu Europy od Chin, o unijnym akcie o surowcach krytycznych, o rozbudowie energetyki jądrowej. Renifer przegrywa już nie z fabryką, lecz z turbiną wiatrową i baterią. Samowie mają na to od lat własny termin: „grön kolonialism”, zielony kolonializm – i rozumiem, dlaczego go używają, bo nazywa paradoks wprost: transformacja, która ma ratować planetę, wymaga tych samych ziem i tej samej asymetrii władzy, co stare wydobywanie z ziemi. Sam jednak wolę go nie przejmować, a powód jest polski. U nas „zielony kolonializm” to już gotowy slogan drugiej strony: tak nazywa się krytykę koni na drodze do Morskiego Oka, spory o Tatrzański Park Narodowy, każdy konflikt, w którym „Warszawa” mówi lokalnym, jak mają żyć. W tej retoryce skolonizowanym jest ten, komu ekologia przeszkadza, a kolonizatorem – biolog. Podhale nie jest Sápmi: górale nie są ludem rdzennym w sensie prawa międzynarodowego, nikt nie mierzył im czaszek w państwowym instytucie i nikt nie odbierał im ziemi w imię cywilizacji. Słowo, które w Kirunie opisuje realną historię, w Zakopanem służy do jej udawania. Dlatego zostaję przy własnej, mniej chwytliwej ramie: nie „zieloność” jest tu problemem, lecz to, kto decyduje i o czyjej ziemi – a to jest pytanie o dziedzictwo, nie o klimat. Paradoks drugi: Kiruna przenosi się w całości, bo zapada się nad kopalnią; symbolem przeprowadzki był latem 2025 czerwony drewniany kościół, zaprojektowany na wzór samskiego lávvu. Pisałem o tym rok temu w notatce „Kiruna – miasto, które przenosi swoją duszę dla biznesu”: król, slow TV, dziesięć tysięcy ludzi wzdłuż trasy, starsza pani mówiąca do „Dagens Nyheter”, że może teraz stanie się religijna – i moja teza, że za troską o dziedzictwo kryje się bolesne uznanie prymatu biznesu. Podtrzymuję ją, ale dziś widzę, czego w tamtej notatce nie było: ani słowa o Samach. Kościół Wickmana nazywano niegdyś świątynią ludu koczowniczego, a cała uroczystość – wraz z moim tekstem – odbyła się tak, jakby ta ziemia nie miała innych gospodarzy niż górnicy i parafianie. Szwecja wiozła na lawecie przez miasto samską formę, a rok później spiera się o samską ziemię; ja opisałem lawetę i przeoczyłem ziemię. To nie jest mój wypowiadany na głos wyrzut sumienia, lecz obserwacja metodologiczna: nieobecność Samów w relacji o przeprowadzce była tym, co Busch wiosną wypowiedziała na głos. (Samska ziemia ma zresztą własny język na tę sprawę – pisałem jesienią ubiegłego roku o operze „Jordens hjärta” i micie żyjącej ziemi; wobec „ograniczonego znaczenia gospodarczego” jest to argument z innego porządku.) Nils-Johan Labba, rzemieślnik i poseł do Sametinget, mówi, że miasto się wykrwawia – transport, szkoły, wszystko – a rząd zamiast leczyć jego rany zajął się dokuczaniem mniejszości.

    Dziedzictwo postkolonialne jest z kolei post-nowoczesne w tym sensie, że nigdy nie zostało przepracowane. Szwecja długo żyła w przekonaniu, że kolonializm to problem Anglików i Francuzów – to ów nordycki wyjątek, „doktryna wyjątkowości”, o którym piszą Kristín Loftsdóttir i Lars Jensen. Tymczasem Sápmi to podręcznikowy przypadek kolonializmu wewnętrznego: przymusowa chrystianizacja, lappskatteland, szkoły nomadów, uppsalski Państwowy Instytut Biologii Rasowej (1922) mierzący samskie czaszki, dwudziestowieczne wywłaszczenia pod hydroelektrownie. Komisję prawdy w sprawie Samów Szwecja powołała dopiero w 2021 roku. Norwegia ma za sobą wyrok w sprawie Fosen (2021), uznający wiatraki na pastwiskach za naruszenie praw człowieka – i trzy lata rządowego ociągania się z jego wykonaniem. Finlandia ma swoją wersję tego samego sporu – wiatraki na samskich pastwiskach – i, co znamienne, mówią o niej dziś przede wszystkim muzea. Rok temu w helsińskim HAM widziałem instalację o farmach wiatrowych na ziemiach samskich w fińskiej Laponii i o tym, co robią z wypasem, migracjami i krajobrazem; podczas tegorocznego pobytu w Oulu – wielką wystawę „Eanangiella – Głos ziemi” w Oulun taidemuseo (styczeń–maj 2026, w programie Europejskiej Stolicy Kultury), kuratorowaną przez Ingę-Wiktorię Påve, Fredrika Prosta i Áilu Valle: około siedemdziesięciu artystów i duojárów (rzemieślników ludowych) z całej Sápmi, sztuka współczesna obok duodji, rzemiosła kilku pokoleń. Jednym z nazwanych wprost działów wystawy był „zielony kolonializm” – w samskich ustach, jak pisałem wyżej, termin na swoim miejscu – a w tekście kuratorskim stało czarno na białym, że kultura, języki i duchowość Samów żyją po czterystu latach kolonializmu. Zapamiętałem z niej pracę, która streszcza rzecz lepiej niż niejeden manifest: kwadrat z łat reniferowej skóry, na nim koncentryczne kręgi czerwonego i niebieskiego sukna i futra, a na kręgach dwie samskie czapki z gákti – kobieca z długimi wstążkami i druga, z czerwonym pomponem. Ziemia, krąg, ludzie. Dodam, że część tej ekspozycji, objazdowe Sápmi Triennale, latem tego roku pojechało dalej – do Kiruny, do Konstmuseet i Norr. Sztuka więc dotarła do miasta kopalni w tym samym sezonie, w którym wicepremier tłumaczyła, że hodowla reniferów ma znikome znaczenie gospodarcze. Obie ekspozycje mówiły to samo, co Gabna, tylko bez wyborczej wrzawy: transformacja energetyczna jest dla Sápmi kolejną falą wydobycia, a jej beneficjent i jej „koszty” zamieszkują jakby inne miejsca. Muzea wiedzą to wcześniej niż ministerstwa. Anna-Karin Niia z Gabna nazywa Samów „konstytucyjnymi strażnikami” tej ziemi (Samowie jako pralud – urfolk mają w Szwecji status konstytucyjny od 2011 roku) – i to jest właśnie język, którego prawica nie chce słyszeć, bo zmienia hodowcę-petenta w podmiot prawa.

    Co więc jest post-nowoczesne w tej sprawie? To, że pękają dwie rzeczy naraz. Wyczerpuje się liberalna poprawność, która – jak mówi Larsson Blind – dotąd nie pozwalała mówić takich rzeczy głośno; i wyczerpuje się nowoczesny mit, że kopalnia to postęp, a nie czyjaś ziemia. Zostaje czysta polityka: sześć dni do wyborów, jedna grupa wskazana palcem. Guardian pisze o retoryce skrajnej prawicy, ale przecież wskazuje partię chadecką, koalicjanta w obecnym rządzie, nie skrajnie nacjonalistyczną SD. Warto o tym pamiętać..

  • Lisek kontra trzmiel, czyli komu wolno sprzedawać przeszłość

    Lisek kontra trzmiel, czyli komu wolno sprzedawać przeszłość

    Jarosław Płuciennik

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Z cyklu: Obserwatorium retoryki i komunikacji

    25 sierpnia 2026

    Markennamen: „Fjallraven Kanken”, Berlin. (lic. Depositphotos)

    Nowy wpis z cyklu Obserwatorium Nordyckie: „Lisek kontra trzmiel, czyli komu wolno sprzedawać przeszłość”.

    Studium przypadku z trwającej szwedzkiej kampanii wyborczej: Fjällräven żąda od Szwedzkich Demokratów zmiany kroju pisma, który uznaje za „niemal identyczny” z firmowym Arctic Fox. Analizuję ten spór jako kolizję dwóch porządków: ochrony identyfikacji wizualnej marki i swobody komunikacji politycznej — a głębiej jako walkę o zawłaszczenie wspólnej pamięci. Ramy: „Retrotopia” Zygmunta Baumana, mit Bullerbyn i Bullerbü-Syndrom, typografia jako nośnik pamięci zbiorowej.

    Materiał pomyślany także jako studium przypadku dla studentów dziennikarstwa i projektowania komunikacji: slogan, paleta, liternictwo i maskotka jako rozkładalne części technologii retrotopijnej.

    Na trzy tygodnie przed szwedzkimi wyborami (13 września) wybuchł spór, który na pierwszy rzut oka wygląda na anegdotę z działu marketingu, a w istocie jest jednym z ciekawszych kulturoznawczych przypadków tego sezonu. Firma Fjällräven — ta od kultowego plecaka Kånken i zwiniętego w kłębek lisa polarnego w logo — zażądała od Szwedzkich Demokratów zmiany czcionki w kampanii wyborczej. Jak ujawnił „Expressen” (25 sierpnia 2026), firma najpierw wysłała latem list do biura partii, a gdy ten pozostał bez odpowiedzi, wynajęła kancelarię Westerberg & Partners. Pełnomocnik firmy Henrik Wistam pisze wprost: krój pisma kampanii SD jest „niemal identyczny” z firmowym krojem Arctic Fox, partia ma go zmienić najpóźniej do 1 września — a więc w samym środku kampanii — inaczej firma zastrzega sobie kroki prawne. Sekretarz partii Mattias Bäckström Johansson skwitował to jednym słowem: „Trams” — „bzdury”, „nonsens”. „Mamy różne czcionki, różne kolory, działamy w zupełnie innych branżach, wiele firm używa podobnego liternictwa — a poza tym szkoda pieniędzy akcjonariuszy na politykę”.

    Kopia materiału publikowanego w cytowanym tu wydaniu Expressen będącego ilustracją kampanii propagandowej SD. („robimy ze Szwecji znów Szwecję”)

    Żeby zrozumieć, o co naprawdę idzie ta gra, trzeba cofnąć się do genezy obu znaków. Fjällräven założył w 1960 roku Åke Nordin z Örnsköldsviku — czternastolatek, któremu na wędrówce po górach Västerbotten uwierał źle skonstruowany plecak, i który później, już jako przedsiębiorca, uszył w piwnicy pierwszy komercyjny plecak ze stelażem. Logo powstało w kuchni sztokholmskiego sklepu Friluftsmagasinet: Nordin z Erlandem Westerbergiem i Nilsem Hillmanem szkicowali lisa na pomiętej serwetce, a do nazwy firmy wybrali krój Frankfurter — okrągłe, miękkie, blokowe litery, które grafik Kjell Olsson uznał za idealnie dopasowane do zwiniętego zwierzaka. To liternictwo okazało się tak trwałe, że po półwieczu firma go nie wymieniła, lecz jedynie odrestaurowała: Göran Söderström ze studia Letters from Sweden zaprojektował na bazie Frankfurtera firmowy krój Arctic Fox. Co więcej: flagowy Kånken z 1978 roku Nordin opracował we współpracy ze szwedzkim ruchem skautowym, w odpowiedzi na doniesienia o wadach postawy u dzieci noszących modne wtedy torby na ramię. Miękka typografia, troska o dziecięcy kręgosłup, folkhem (dom ludu) w wersji materialnej — to wszystko jest wpisane w DNA tej marki i chronione rejestracjami w szwedzkim urzędzie patentowym, bo Fjällräven słynie z bezkompromisowej obrony swojej identyfikacji wizualnej i „brandu”.

    Warto dodać, że zarówno znak, jak i liternictwo Fjällräven są w Szwecji niemal wszechobecne. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek nordyckich — porównywalna z Ikeą czy Wasą — z tą różnicą, że plecaki, kurtki i akcesoria Fjällräven funkcjonują bezpośrednio w przestrzeni publicznej: w szkołach, autobusach, na uniwersytetach, w parkach i na górskich szlakach. Nie jest to więc wyłącznie logo na produkcie, lecz część codziennego pejzażu wizualnego Szwecji.

    Po drugiej stronie mamy kampanię, którą Sverigesdemokraterna — partia wywodząca się z radykalnej prawicy, dziś jedna z głównych sił szwedzkiej polityki — zaprezentowali w czerwcu: plakaty w stylistyce retro, obiecujące uczynić „Sverige till Sverige igen” (Szwecję zrobimy ponownie Szwecją), z zaokrąglonym, pogrubionym liternictwem i z nowym bohaterem — naiwnie, po dziecięcemu narysowanym trzmielem z literami SD na skrzydłach. Szef komunikacji partii Joakim Wallerstein mówił otwarcie, że celem jest wywołanie nostalgii za „bezpiecznym i szczęśliwym dzieciństwem z dawnych lat”; dla niego samego to początek lat 80., ale — jak dodał — to zależy, kiedy kto się urodził. Dodajmy, że oficjalne wzornictwo SD operuje od początku na motywach niebieskich kwiatów. Trudno o bardziej podręcznikową deklarację inżynierii retrotopijnej: przeszłość nie jest tu żadną konkretną przeszłością, lecz ruchomym ekranem, na który każdy wyborca ma wyświetlić własne dzieciństwo.

    Z punktu widzenia partii argument nie jest całkiem pozbawiony intuicyjnej siły: zaokrąglone, retro liternictwo nie należy przecież wyłącznie do jednej marki, a estetyka nostalgii krąży dziś swobodnie między reklamą, popkulturą i polityką. Właśnie dlatego spór jest interesujący — nie rozgrywa się wokół prostego kopiowania znaku, lecz wokół trudniejszej do uchwycenia strefy skojarzeń.

    Zygmunt Bauman w „Retrotopii” (2017) opisał ten mechanizm precyzyjnie: gdy wiara w lepszą przyszłość się wyczerpuje, energia utopijna nie znika, lecz zmienia wektor — zaczynamy projektować idealne społeczeństwo wstecz, w przeszłość wyobrażoną, „prawdziwą lub domniemaną”. Można pisać w tym kontekście o rosyjskiej kulturze wojennej (retrotopia i postpamięć potrafią być paliwem imperialnej przemocy), ale przypadek szwedzki pokazuje wariant łagodniejszy w formie i przez to podstępniejszy: retrotopię w wersji pastelowej, dziecięcej, z trzmielem zamiast pancerza (u Baumana jest to rodzaj retrotopii nazywany nostalgią za powrotem do łona). Estetyka ma tutaj funkcję, której polityka wolałaby nie wykonywać wprost. Wiceprzewodniczący partii Henrik Vinge zapewniał przecież równolegle, że kurs na zaostrzanie polityki migracyjnej i karnej pozostaje bez zmian — tyle że „celem nie jest twarde społeczeństwo”, lecz ochrona „miękkich wartości”. Miękki krój pisma staje się więc materialnym nośnikiem tej deklarowanej miękkości: podobnie jak pastelowe kwiaty, dziecięca maskotka i przyrodnicze skojarzenia z lisem polarnym.

    I tu wracamy do Bullerbyn. Pisałem w lutym zeszłego roku — po strzelaninie w Örebro i po piosence Simona Supertiego „Bullerbyn är död” — że Lindgrenowska wioska stała się szwedzkim mitem narodowym, a w Niemczech wręcz nazwą syndromu (niem. Bullerbü-Syndrom): wyidealizowanego obrazu Szwecji jako krainy ładu, spokoju i prostych radości. Superti ogłaszał śmierć tego mitu; kampania SD ogłasza jego zmartwychwstanie — pod warunkiem oddania władzy tym, którzy obiecują wskrzeszenie. Polskiego czytelnika nie trzeba długo przekonywać, że dzieciństwo bywa polityczną walutą. Nasza kultura zna ten mechanizm od dwustu lat z inwokacyjnego „kraju lat dziecinnych”, co „zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”: dzieciństwo jako jedyna ojczyzna, do której powrót jest niemożliwy — i właśnie dlatego politycznie bezcenna, bo nierozliczalna. Żaden rząd nie odda nikomu jego ósmych urodzin, więc obietnica jest z definicji niefalsyfikowalna. W Polsce w okresie zaborów i utraty państwowości brzmiało to inaczej:

    „Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie: Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, Kto cię stracił. (…) Kraj lat dziecinnych! on zawsze zostanie Święty i czysty jak pierwsze kochanie (…)” (Mickiewicz,  Pan Tadeusz, 1834, ks. 1)

    Spór o czcionkę jest w tym układzie sporem o środek produkcji nostalgii. Typografia to najdyskretniejszy z nośników pamięci zbiorowej: nie czytamy jej, tylko ją czujemy. Chodzi nie tylko o ogólne wrażenie „miękkości”, lecz o zestaw podobnych sygnałów wizualnych: ciężkie, zaokrąglone litery, dziecięco-retro charakter, brak ostrych krawędzi i przyjazną masywność formy. Zaokrąglone litery Fjällräven przez sześć dekad obrastały skojarzeniami — las, harcerstwo, tornister, szkolna wycieczka, opiekuńcze państwo dbające o dziecięce plecy. Partia o radykalno-nacjonalistycznych korzeniach nie potrzebuje kraść lisa; wystarczy pożyczyć aurę liter, a skojarzenia przyjdą same, na koszt firmy. Fjällräven rozumie to doskonale i dlatego reaguje tak ostro: nie o plagiat tu chodzi, lecz o skażenie asocjacyjne, o to, że znaczenia płyną kanałem typograficznym w obie strony. Marka, której misją jest inspirowanie świata — całego świata, nie narodu — do wędrowania z naturą, która sprzedaje w kilkudziesięciu krajach, produkuje w Azji i finansuje ratowanie realnego, krytycznie zagrożonego lisa polarnego, nie może sobie pozwolić na to, by jej litery firmowały program „Szwecja ma ponownie być Szwecją”. Obie strony sprzedają szwedzkość, ale są to produkty nawzajem się wykluczające: szwedzkość eksportowa, otwarta i inkluzywna kontra szwedzkość jako mur. Ironii dopełnia trzmiel: organizacja Naturskyddsföreningen wystawiła partii posługującej się uśmiechniętym owadem „czerwone światło” za politykę nieprzyjazną pszczołom.

    Dla moich magistrantów z dziennikarstwa i projektowania komunikacji jest w tym przypadku gotowe seminarium. Po pierwsze: typografia nigdy nie jest neutralna — SD przekonało się o tym boleśnie już raz. W 2012 roku publiczne radio w Szwecji poświęciło audycję z cyklu „Typo” załącznikowi do partyjnego budżetu, którego stronę tytułową złożono gotyzującym krojem Old English; redaktorka naczelna branżowego „Cap & Design” skomentowała wtedy, że taki krój na dokumencie akurat tej partii budzi natychmiastowe skojarzenia z nazizmem. Partia tłumaczyła się przypadkiem — zmęczony działacz, nocna korekta, nieprzemyślany wybór z listy fontów — ale lekcja została odrobiona aż nadto starannie. Obecna strategia jest dokładnym odwróceniem tamtej wpadki: od twardej, gotyckiej fraktury do miękkiego, dziecięcego pisma. I właśnie ta zamiana biegunów jest najciekawsza analitycznie — oba kroje mówią przecież o przeszłości, tylko o innej i innym tonem: tamten o przeszłości jako hierarchii i grozie, ten o przeszłości jako przytulności. Po drugie: krój pisma jest własnością intelektualną i aktywem strategicznym. Spór Fjällräven kontra SD jest więc modelowym studium napięcia między ochroną identyfikacji wizualnej marki a swobodą komunikacji politycznej. Pytanie brzmi nie tyle, czy można posiadać „miękkość”, ile czy można chronić zespół skojarzeń, które przez dekady narosły wokół konkretnego znaku, kroju pisma i stylu wizualnego. Po trzecie wreszcie: retrotopia jest technologią komunikacyjną, którą można rozłożyć na części — slogan, paleta, liternictwo, maskotka — i każdą z tych części zbadać osobno pod kątem tego, jaką przeszłość symuluje i czyim kosztem.

    Dlatego ten spór nie dotyczy wyłącznie podobieństwa liter, lecz granic zawłaszczania wspólnej pamięci przez komunikację polityczną.

    Wynik sporu poznamy pewnie po wyborach, o ile w ogóle trafi on na wokandę. Ale jedno widać już teraz: w Szwecji roku 2026 najcenniejszym zasobem politycznym nie jest przyszłość, tylko dzieciństwo — a o prawa autorskie do dzieciństwa upomniał się producent plecaków.

    Źródła:

    M. V. Karlsson, „Fjällrävens krav på SD: byt typsnitt”, Expressen, 25.08.2026; SVT Nyheter o nowej identyfikacji SD (Landsdagarna, listopad 2025); The Local, „Sweden Democrats launch retro election campaign”, 23.06.2026; Flamman o trzmielu i ocenie Naturskyddsföreningen (maj 2026); materiały Fjällräven o historii logo i kroju Arctic Fox (Letters from Sweden); Z. Bauman, „Retrotopia”, 2017. Zob. też na tym blogu: „Kultura Szwecji: Bullerbyn jako symbol” (12.02.2025) oraz J. Płuciennik, P. Sikora-Krizhevska, „Kultura, retrotopia, «tylda»…”, „Zagadnienia Rodzajów Literackich” 2022/1.

  • Szwedzki indywidualizm, czyli państwo jako warunek osobności

    Szwedzki indywidualizm, czyli państwo jako warunek osobności

    Jarosław Płuciennik

    Obserwatorium Nordyckie

    24 sierpnia 2026

    Szwecja, będąca przykładem „statist individualism”, łączy socjalizm z indywidualizmem. System państwowy ma na celu zmniejszenie zależności od rodziny, oferując bogate usługi publiczne. Jednak nowe przepisy rządu mogą zagrozić tej równowadze. Wybory 13 września pokażą, jak mieszkańcy oceniają zmiany w swoim społeczeństwie.

    Sanborn (Dalarna) i typowe czerwone szwedzkie domy w pobliżu wybrzeży (lic.. MargitKluthke za Depositphotos)

    W Dziale Charlemagne w „The Economist” (20 sierpnia) autor (prawdopodobnie Stanley Pignal) zaczyna od zabawnej koincydencji: Szwecję chwalili z równym przekonaniem Bernie Sanders i Charlie Kirk — pierwszy jako dowód, że socjalizm działa, drugi jako dowód, że działa mimo socjalizmu, dzięki wrodzonej niechęci Szwedów do bycia komukolwiek dłużnym. Obaj mają rację, bo Szwecja jest miejscem, gdzie indywidualizm uprawia się zbiorowo, żeby nie powiedzieć — bez sensu — tłumnie. Wydatki publiczne sięgają połowy PKB, górna stawka podatku to 52 procent, rodzice dostają do 480 dni płatnego urlopu — a jednocześnie nie ma tam podatku spadkowego ani ustawowej płacy minimalnej, jedna trzecia maturzystów kończy szkoły prowadzone przez prywatne instytucje, często dla zysku, i na głowę mieszkańca miliarderów jest o połowę więcej niż w Ameryce. (choć różnice w dochodach na pewno nie są tak radykalne jak w USA).

    Klucz podsuwają Henrik Berggren i Lars Trägårdh: to jest wedle nich pojęcie „statist individualism”, indywidualizmu państwowowego. Ich teza z The Swedish Theory of Love jest taka, że państwo rozbudowywano w XX wieku nie tylko po to, by łagodzić nierówności (taka intencja wydawała mi się kiedyś — idealistycznie najsłuszniejsza), ale by zmniejszać zależność ludzi od innych ludzi — przede wszystkim od własnej rodziny. Żłobek uwalnia żonę od finansowej zależności od męża, dom opieki uwalnia dzieci od obowiązku wobec starzejących się rodziców. Relacja ma być wybrana, nie wymuszona koniecznością materialną. Stąd sytuacja, którą trudno przełożyć na polski odruch: Szwed woli być dłużnikiem bezosobowego urzędu niż ojca.

    To dokładnie taka paradoksalna matryca konceptualna, którą opisywałem dawno temu w Nowożytnym indywidualizmie a literaturze. Indywidualizm nowożytny nie zaczął się jako doktryna ekonomiczna, tylko jako praktyka religijna i czytelnicza — Biblia w językach narodowych, sumienie jako instancja ostateczna i jego wolność, wzniosłość jako doświadczenie jednostki stojącej samotnie wobec nieskończoności. A nade wszystko paradoks, że indywidualizm oświecony Smitha czy Hume’a i Kanta to nie jest egoizm, egotyzm, tylko zawsze myślenie o autonomii względem jakiejś zbiorowości. Szwedzki wariant tej matrycy jest sekularyzacją tej sceny: miejsce Boga, wobec którego jednostka stoi sama i bez pośredników, zajmuje bezosobowa machina biurokratyczna. Równie nieantropomorficzna, równie niewymagająca wdzięczności. Luterańska nieufność wobec pośredników przeżyła luteranizm i przeniosła się na politykę społeczną.

    Polska jest odwrotnością, i to odwrotnością anarchiczną. Ostateczną instancją socjalną pozostaje u nas rodzina, a wolność rozumie się jako wolność od urzędu i państwa, nie przez urząd — nieufność wobec regulacji mamy w rodowodzie jeszcze szlacheckim, razem z liberum veto. Potem nałożyła się smuta istnienia bez państwa, a często przeciwko niemu, bo najpierw państwo to byli zaborcy, a potem narzucony PRL. Najlepiej widać to w polskich przestrzeniach także publicznych. Polskie bezhołowie architektoniczne — samowole, szyldoza, rozlewająca się bez planu zabudowa podmiejska, domy postawione plecami do drogi i do siebie nawzajem — nie bierze się tylko z biedy ani czy tylko z braku gustu, choć braki wykształcenia też są istotne — wywodzi się dokładnie z tego indywidualizmu, który plan miejscowy traktuje jak zamach na własność. Filip Springer opisał to bez złudzeń: wanna z kolumnadą jest autoportretem zbiorowym. Szwed przyjmuje plan- och bygglagen mniej więcej jak pogodę, a w zamian ma allemansrätt — prawo wstępu na cudzy grunt, u nas nie do pomyślenia. Tam wolność jest wspólna i regulowana, u nas prywatna i odgrodzona płotem z betonowych prefabrykatów.

    Pytanie, którym autor działu Charlemagne w The Economist kończy, jest poważniejsze niż jego felietonowy ton: czy ten model wytrzyma, skoro jedna piąta mieszkańców Szwecji urodziła się za granicą. Indywidualizm państwowy działa pod warunkiem, że państwo jest naprawdę bezosobowe, to znaczy że wobec wszystkich jest takie samo — bo tylko wtedy nikt nie musi być niczyim klientem. Rząd Ulfa Kristerssona, zależny od Szwedzkich Demokratów, ten warunek nadwyrężył: uchwalone w czerwcu przepisy o „porządnym prowadzeniu się” pozwalają cofać zezwolenia na pobyt osobom, których zachowanie uznano za naganne. To odwrócenie logiki folkhemmet. Prawo przestaje być tłem, na którym jednostka może stać sama, a staje się warunkową nagrodą; zaufanie, dotąd zasób powszechny, zaczyna być dystrybuowane. Wybory 13 września pokażą, ile z tego zostanie — sondaże dają dziś przewagę blokowi czerwono-zielonemu, a socjaldemokratom mniej więcej jedną trzecią głosów.

    Autor działu Charlemagne słusznie przypomina, na czym szwedzki układ stoi: na siedmiu wiekach rządów prawa, na głęboko odczuwanym zaufaniu do instytucji i na upodobaniu do konsensu, przez które miejsce czasem bywa dusznie konformistyczne. Tego nie da się zamówić razem z regałem z Ikei. Podobnie jak poczucia ciągłości państwa i braku wojen na tamtejszych terenach od wieku siedemnastego.

    Jak uchronić swój umysł przed zawiścią…

  • Karolina Ramqvist i opór, który jest w piśmie

    Karolina Ramqvist i opór, który jest w piśmie

    Obserwatorium Nordyckie

    Jarosław Płuciennik

    16.08.2026

    Karolina Ramqvist w 2022 r. Fot. Vogler, CC BY-SA 4.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0, via Wikimedia Commons

    Trzynastego sierpnia w Sunne, w Värmlandii, wręczono Nagrodę Literacką imienia Selmy Lagerlöf. Dostała ją Karolina Ramqvist — rocznik 1976, jedna z najważniejszych szwedzkich prozaiczek swojego pokolenia. Dzień później „Svenska Dagbladet” opublikowało w cyklu „Under strecket” jej mowę dziękczynną. Jest to tekst, który powinien zainteresować każdego, kto zajmuje się tym, co szkoła robi z czytaniem — a także każdego, kto właśnie próbuje napisać pierwszą książkę.

    Ramqvist zaczyna od klęski. Miała sześć lat, szła do szkoły z nadzieją na Barbro Lindgren, Astrid Lindgren, Tove Jansson — a dostała „Cudowną podróż”. Żart losu jest tu podwójny, bo wszystkie trzy pisarki, na które czekała, są wcześniejszymi laureatkami tej samej nagrody, którą właśnie odebrała Ramqvist. Scena, którą pamięta, jest fizjologiczna: Nils zostaje w domu i mamrocze postyllę Lutra, dziecku robi się duszno, nad klasą kładzie się dym. To nie jest nuda, to wstręt. I z tego wstrętu rodzi się pierwsza dorosła wiedza — że świat, do którego się właśnie weszło, jest nieprzewidywalny.

    Potem przez dwadzieścia lat Lagerlöf była dla niej panią w wielkim kapeluszu z dwudziestokoronowego banknotu i synonimem martwej, dydaktycznej klasyki. Przełom przyszedł przypadkiem: w szwajcarskim muzeum pisma, w kolekcji rękopisów Stefana Zweiga, Ramqvist zobaczyła jedną kartkę brulionu, leżącą obok Rimbauda, Nietzschego i Kafki. Załamanie nerwowe, płacz, a zaraz potem Jerozolima roku 1900 i wróżbita sprowadzony z meczetu Al-Aksa, sportretowany brutalnie, jako ktoś „sprzed potopu”. Ramqvist mówi wprost, co ją wciągnęło: gwałtowność i bezrozumność. Nie mądrość, nie dobroć, nie wzorzec — przemoc obrazu i siła, jakiej się po tej autorce zupełnie nie spodziewała. Dodaje przy tym zdanie, które powinno wisieć w każdej pracowni pisania: wtedy niewiele z tej kartki rozumiała, a to naprawdę bywa dobre — nie rozumieć. Warsztat, który uczy najpierw nazywać, a dopiero potem czytać, odbiera adeptom właśnie ten moment.

    Tu jest sedno i tu Ramqvist stawia tezę, którą warto przenieść na polski grunt. Wolno jej było w dzieciństwie czytać, co chciała — Lagerlöf zresztą też, i sama się temu dziwiła — ale, pisze Ramqvist, nie wie, czy to było ważniejsze niż wszystko, co przeczytała wbrew swojej woli. Bo w piśmie jest opór. Czytać znaczy poddać się cudzemu głosowi i rytmowi, otworzyć się na coś nieznanego i nieposkromionego; pisać znaczy dokładnie to samo. Znienawidzona lektura szkolna okazała się pierwszą z książek, które kazały jej pisać własne po to, żeby móc je wreszcie przeczytać.

    To jest odpowiedź na spór, który u nas toczy się co kilka lat wokół kanonu lektur, zwykle w kategoriach przyjemności i dostępności. Ramqvist mówi coś przeciwnego i trudniejszego: wartość tamtego doświadczenia polegała właśnie na tym, że było przymusowe i odpychające. Nie każda przemoc lekturowa jest twórcza, ale bez oporu nie ma czytania — jest konsumpcja. I nie ma pisania, bo pierwszym impulsem do napisania książki jest zwykle nie zachwyt, tylko brak: nikt tego nie napisał tak, jak trzeba, więc muszę napisać to sam.

    Studentom twórczego pisania polecam szczególnie środek tego eseju. Na brulionowej kartce Lagerlöf, przyszła noblistka, pyta: czy wyjdzie z tego książka, czy uda mi się napisać rzecz o szwedzkich chłopach w Jerozolimie, czy ktokolwiek zechce to czytać. Ramqvist komentuje sucho, że to są pytania każdego autora, także jej własne, zadawane właśnie wtedy, gdy siedziała nad książką, która wydawała jej się kompletnie niemożliwa. Świadomość, że tak wygląda pisanie książek, nic nie pomagała. Warto to usłyszeć od kogoś, kto ma na koncie dziesięć tytułów i nominację do Nagrody Augusta: paraliż nie jest objawem braku talentu, jest normalnym stanem roboczym. Ramqvist dorzuca jeszcze radę, której nie znajdzie się w podręcznikach kreatywności — „Cudowna podróż” nauczyła ją obniżać oczekiwania wobec wszystkiego, i to zadziałało. Coś wyszło tak, jak chciała.

    Jury nagrodziło ją za „głęboko refleksyjną twórczość, w której głosy narracyjne i postacie dostają przestrzeń, by przewracać na drugą stronę tematy bezbronności, władzy i możliwości pisania”. Ramqvist zamyka esej, cytując to uzasadnienie: chodzi o możliwość kontrolowania świata przez pisanie — i właśnie tego, jak mówi, chciała od zawsze.

    Zostaje polski przypis, mało budujący. Ramqvist tłumaczona jest na kilkanaście języków; po angielsku wyszły „The White City”, „The Bear Woman” i „Bread and Milk” w przekładach Saskii Vogel. Po polsku nie ukazało się nic: ani jedna książka, ani jeden tom esejów. W popularnych bazach czytelniczych jej nazwisko nie istnieje. Wypadałoby to zmienić — najlepiej zaczynając od „Björnkvinnan”, powieści o szesnastowiecznej rozbitce porzuconej na wyspie u wybrzeży Kanady, która jest zarazem opowieścią o pisaniu.

  • Sensus communis po szwedzku, albo co my, Polacy, podpisaliśmy w 1997 roku

    Sensus communis po szwedzku, albo co my, Polacy, podpisaliśmy w 1997 roku

    Z cyklu Obserwatorium Nordyckie.

    Jarosław Płuciennik

    15 sierpnia 2026

    Szwedzka publicystka przestała definiować „szwedzkie wartości” i zamiast tego napisała kontrakt: siedem punktów do podpisania przy wjeździe, każdy zbudowany na tej samej symetrii — masz prawo, ale identyczne prawo ma ten, kto myśli inaczej. Zazdrościć trzeba nie tych siedmiu punktów, tylko tego, że w Szwecji są nudne.

    Hanne Kjöller należała do tych, którzy dziesięć lat temu domagali się definicji „szwedzkich wartości”. Definicji nie dostała, tymczasem sama fraza zdążyła się zadomowić — używana, jak pisze w sobotniej „Svenska Dagbladet”, z tą samą oczywistością co inne mgławicowe terminy krążące po debacie politycznej. Kjöller nadal nie wie, czym szwedzkie wartości różnią się od duńskich albo niemieckich. Zamiast więc definiować, proponuje coś innego: umowę. Siedem punktów, list powitalny do podpisania przy wjeździe.

    Pretekstem jest raport, który Bi Puranen z World Values Survey przekazała w piątek ministrze edukacji i integracji Simonie Mohamsson: pięćset stron o tym, z jakimi przekonaniami przyjeżdża się do Szwecji i co z nimi robi czas. Wnioski są mniej sensacyjne, niż chciałaby prawica, i mniej kojące, niż chciałaby lewica: wartości zmieniają się stopniowo, jedne siedzą płycej, inne głębiej, a sam upływ lat niczego nie załatwia — liczą się wykształcenie, praca, kontakty, wiek i tryb migracji. Połowa uczestników kursów SFI uważa homoseksualność za nieakceptowalną. Co piąty migrant mieszkający w Szwecji ponad dwadzieścia lat nigdy nie pracował.

    Najmocniejszy moment felietonu nie jest jednak statystyczny, lecz historyczny. Kjöller zauważa ironię tkwiącą w haśle Szwedzkich Demokratów przed wrześniowymi wyborami — „Vi gör Sverige till Sverige igen” — bo wartości, które przywożą dziś niektórzy nowo przybyli, są uderzająco podobne do szwedzkich wartości, ale tych – nazwijmy to tak – wczorajszych. Gdy się urodziła dawna Szwecja, homoseksualność była chorobą, gwałt w małżeństwie legalny, dzieci z niepełnosprawnościami chowano w zakładach, czasami sterylizowano, a Szwedki jeździły na aborcję do Polski. Ten ostatni szczegół warto dla polskiego czytelnika podkreślić: kierunek podróży się odwrócił, i to nie dlatego, że coś się stało ze Szwecją.

    Siedem punktów jest w gruncie rzeczy banalnych i właśnie w tym rzecz. Wolność wyznania, w tym wolność od wyznania. Wolność słowa z granicą przy zniesławieniu i mowie nienawiści — poza tym nic nie jest zbyt święte, by nie można było z tego kpić, łącznie z Bogiem. Prawo dorosłych do dowolnych wzajemnych związków: bez dzieci, bez bliskich krewnych, bez bigamii. Jednostka, nie rodzina i nie klan, jako najmniejszy element społeczeństwa, a stąd zgoda jako warunek także w małżeństwie. Zakaz bicia dzieci, przy zachowanym prawie rodziców do wymagania odrobionych lekcji. Państwo prawa, czyli monopol sądu na karanie, a policji i prokuratury na ściganie. I swoboda ubioru w obie strony — zakrywać się wolno tak samo jak odsłaniać (nagość nie jest tolerowana w miejscach publicznych).

    Każdy z tych punktów ma tę samą konstrukcję: masz prawo, ale identyczne prawo ma ten, kto myśli inaczej. To symetria, nie treść, jest tu naprawdę szwedzka. Choć nazwa dla niej jest starsza i wcale nie szwedzka: sensus communis. I dlatego lista, choć wyszła spod pióra publicystki pisma konserwatywno-liberalnego, przeszłaby bez poprawek u czytelników „Dagens Nyheter”. Bo tak naprawdę nie jest to katalog wartości, lecz streszczenie obowiązującego prawa — konstytucji, ustawy o wolności druku, kodeksu karnego. Pisałem tu na blogu w Obserwatorium Nordyckim wcześniej o kanonie kulturowym, który rząd Szwecji przekazał minister Liljestrand i który od kwietnia trafia do szkół. Kanon wylicza dzieła, kontrakt wylicza reguły. A reguły przekazać łatwiej niż listy lektur.

    Słabszy jest finał. „Jeśli masz problem z którymś z punktów, może Szwecja nie jest krajem dla ciebie” — to zdanie psuje symetrię, którą autorka sama zbudowała, bo testu nie stosuje się do gospodarzy. Umowa, którą podpisuje tylko jedna strona, nie jest umową, tylko regulaminem.

    Na placu przy katedrze w Lund stoi wystawa portretów ludzi, którzy bronili praw człowieka. Na planszy Amosa Oza wydrukowano zdanie, które mogłoby być mottem kontraktu Kjöller: „Kompromissen är aldrig en populär lösning, vare sig i privatlivet eller i internationella konflikter, men den är lösningen” — kompromis nigdy nie jest popularnym rozwiązaniem, ani w życiu prywatnym, ani w konfliktach międzynarodowych, ale jest rozwiązaniem. Na innej planszy Dalajlama: „Kärlek, medkänsla och tolerans är nödvändigheter, inte lyxartiklar”, miłość, współczucie i tolerancja są koniecznością, nie luksusem. Obaj mówią to, co siedem punktów mówi językiem paragrafów: reguła, którą podpisują obie strony, choć żadnej się nie podoba, jest warta więcej niż zwycięstwo jednej z nich.

    Fragment wystawy na placu przy Domkyrkan w Lund. Wiele postaci broniących praw człowieka: Dalajlama, Greta Thunberg i Amos Oz to tylko trzy najbardziej wyraziste . Fot. Jarosław Płuciennik (sierpień 2026)

    Dlaczego u nas takiej listy nie ma

    Zazdrościć trzeba nie siedmiu punktów, tylko tego, że w Szwecji są nudne. Spór toczy się o egzekwowanie, nie o treść. Polska lista rozpadłaby się przy punkcie trzecim i czwartym — bo równość małżeńska i prymat jednostki nad rodziną to u nas linie frontu, nie truizmy. Rozpadłaby się przy prawie kobiety do decyzji o ciąży. A co gorsza, rozpadłaby się przy punkcie szóstym: przy państwie prawa, o które toczymy wojnę od kilkunastu lat i którego kolejne rozstrzygnięcia jedna strona z góry uznaje za nieważne.

    Czytelnicy „Rzeczpospolitej” i „Gazety Wyborczej” nie podpiszą wspólnie siedmiu zdań o konstytucji. Podpiszą najwyżej listę tego, czego nie chcą — i to każdy inną. Nasz konsens jest negatywny, więc nie da się z niego zrobić listu powitalnego.

    Rzecz jednak sięga głębiej niż spór o treść siedmiu punktów. Zanika sama przestrzeń, w której taką umowę dałoby się w ogóle zawrzeć. Artykuł pierwszy naszej konstytucji mówi, że Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli — dziś to zdanie brzmi jak cytat z obcego języka, bo „dobro wspólne” zostało rozebrane na partyjne hasła i każda strona trzyma swój kawałek. Oświeceniowy common sense, sensus communis — u Kanta zdolność sądzenia z pozycji kogoś innego, u Arendt warunek myślenia politycznego w ogóle — to przecież dokładnie ta symetria, na której trzyma się szwedzka lista. Bez niej zostaje upartyjnienie wszystkiego, co publiczne, i skrajna prywatyzacja całej reszty: instytucje jako łup, media jako okop, nauka jako zakładnik, a resztę życia zwija się do mieszkania i rodziny. Sfera publiczna w sensie Habermasa wymaga miejsca, które nie należy do nikogo właśnie dlatego, że należy do wszystkich. Tam, gdzie każdy skrawek ma już właściciela albo barwy klubowe, nie ma gdzie położyć takiego listu do podpisu.

    Zanim napiszemy taki list dla przyjezdnych, musielibyśmy się dogadać, co sami właściwie podpisaliśmy w 1997 roku.