Tag: sfera publiczna

  • Kiedy policja konfiskowała kawę — szwedzka sfera publiczna w kontrze do absolutnego państwa

    Kiedy policja konfiskowała kawę — szwedzka sfera publiczna w kontrze do absolutnego państwa

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Jarosław Płuciennik
    22 kwietnia 2026

    Svenska Dagbladet opublikowała w swojej najstarszej rubryce eseistycznej — Under strecket — tekst historyka Tobiasa Osvalda z okazji 250-lecia szwedzkiej policji. Instytucja Kungliga Poliskammaren powstała 13 lutego 1776 roku w Sztokholmie. Ale najbardziej wymownym elementem tego jubileuszowego tekstu nie jest data ani reforma administracyjna — lecz ilustracja.
    Jedyny obraz towarzyszący artykułowi pochodzi z 1799 roku i nosi tytuł Kaffebeslaget — Konfiskata kawy.

    Heland, Martin (Mårten) Rudolf (1765-1814). Stadsmuseet
    Kaffebeslaget
    na podstawie obrazu Pehra Nordquista z 1799 roku o tym samym tytule. Materiał i technika: akwatinta. Podłoże: papier. Wymiary w mm: 363 x 524. Lic. CC 1.0 Uznanie Autorstwa, źródło Wikipedia.

    Obraz przedstawia gniewnych i groźnych miniastych funkcjonariuszy wkraczających do prywatnego domu w celu zajęcia kawy i sprzętu do jej parzenia. To — jak podpisuje redakcja — najstarsza znana podobizna szwedzkich policjantów. Pierwsze oblicze nowoczesnej policji w Szwecji to twarz urzędnika rekwirującego filiżankę i dzbanek do kawy.
    Trudno o lepszą alegorię.

    Habermas w kawiarni
    Jürgen Habermas opisał w swoich „Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej” (1962) narodziny nowoczesnej sfery publicznej jako proces ściśle związany z kawiarniami — londyńskimi coffee houses, paryskimi cafés, hamburskimi Kaffeehäusern. To właśnie w nich, na przełomie XVII i XVIII wieku, kształtowała się przestrzeń racjonalnej debaty między prywatnymi jednostkami, która — w teorii — była otwarta, egalitarna i niezależna od władzy państwowej ani kościelnej.
    Kawiarnia była miejscem, gdzie mieszczanin czytał gazetę, kupiec dyskutował z prawnikiem, a plotka polityczna stawała się opinią publiczną. Habermas widział w tym zalążek nowoczesnej demokracji.
    Co jednak działo się w tym samym czasie w Szwecji?

    Merkantylizm jako kontrnarracja
    Szwecja zakazywała kawy wielokrotnie i przez zadziwiająco długi czas. Chronologia jest następująca: w 1746 roku wydano królewski edykt przeciwko “nadużywaniu kawy i herbaty” — nie był to jeszcze pełen zakaz, lecz represyjne opodatkowanie połączone z konfiskatą filiżanek i sprzętu do parzenia. Właściwe zakazy następowały kolejno: 1756–1761, 1766–1769, 1794–1796, 1799–1802 i ostatni, 1817–1823 — łącznie pięć okresów prohibicji rozłożonych na niemal siedem dekad.
    Uzasadnienia były różne, ale sprowadzały się do kilku stałych elementów.
    Po pierwsze — bilans handlowy. Kawa była towarem w całości importowanym. W logice merkantylistycznej każda filiżanka oznaczała odpływ srebra z kraju. Riksdag obliczał straty w milionach i traktował kawę jako dziurę w narodowym bogactwie.
    Po drugie — moralizm i retoryka zdrowotna. Lekarze twierdzili, że kawa powoduje bezpłodność i rozwiązłość. Gustaw III posunął się dalej, zlecając eksperyment medyczny na skazańcach-bliźniakach, by empirycznie dowieść szkodliwości napoju. Ironią historii jest, że obaj bliźniacy przeżyli zarówno króla — zamordowanego w 1792 roku — jak i lekarzy nadzorujących badanie.
    Po trzecie — i to najważniejsze politycznie — kawiarnia jako przestrzeń była zagrożeniem. Nie dlatego, że kawa szkodzi zdrowiu, lecz dlatego, że sprzyja rozmowie, a rozmowa wymyka się kontroli państwa. Jak trafnie ujął to współczesny szwedzki pisarz kryminałów Niklas Natt och Dag, kawiarnie stały się forami opinii publicznej, gdzie klasy społeczne mieszały się jak nigdzie wcześniej, a idee przekraczały dotychczas pilnie strzeżone granice społeczne.

    Dlaczego zakazy nie działały?
    Bo kawa zdążyła już stworzyć to, co Habermas opisał jako strukturę komunikacyjną. Wymownym dowodem jest badanie szwedzkiej historyczki oparte na 536 sprawach z akt policji sztokholmskiej z lat 1794–1802 — dokumentujące nielegalną sprzedaż, parzenie i spożywanie kawy podczas prohibicji. Sieć przemytnicza była rozległa, a jej głównymi aktorkami były paradoksalnie ubogie kobiety — jednocześnie handlarki, przemytniczki i konsumentki. Zakaz stworzył nielegalną sferę publiczną tam, gdzie chciał zlikwidować legalną.
    Podczas ostatniego zakazu, w latach 1817–1823, opór przybrał już formę niemal zorganizowaną: powstawały nieformalne “gildie kawowe”, których członkowie potajemnie schodzili się w lasach, żeby pić kawę. To są symboliczne leśne kościoły nowoczesności. Prohibicja zamieniła codzienny rytuał w akt obywatelskiego nieposłuszeństwa.
    Każdy kolejny zakaz był de facto przyznaniem, że poprzedni poniósł klęskę. Można by powiedzieć, używając języka późniejszej teorii — że kawa wytworzyła afordancję: stworzyła warunki dla szczególnego rodzaju bycia-razem, którego żadne prawo nie było w stanie zlikwidować. Była proto-fiką, zanim fika stała się narodową instytucją.

    Dwa projekty nowoczesności w zderzeniu
    Mamy tu do czynienia z klasycznym zderzeniem dwóch projektów wczesnej nowoczesności.
    Z jednej strony — projekt Habermasowski: sfera publiczna jako przestrzeń racjonalnej komunikacji między wolnymi podmiotami, niezapośredniczona przez władzę, budowana oddolnie przez praktyki codzienne — w tym właśnie przez picie kawy w towarzystwie i czytanie gazet.
    Z drugiej — projekt absolutystyczno-merkantylistyczny: państwo jako jedyny podmiot racjonalności zbiorowej, który wie lepiej niż obywatel, co jest korzystne dla narodu. W tej logice wolna kawiarnia jest nie tyle przestrzenią publiczną, ile przestrzenią niekontrolowaną — a to synonim niebezpieczeństwa.
    Policja konfiskująca kawę w 1799 roku to dosłowna, materialna manifestacja tego zderzenia. Nie chodziło tylko o import. Chodziło o to, kto ma prawo do przestrzeni publicznej.

    Policja jako barometr sprzeczności
    Tekst Osvalda w SvD pokazuje coś jeszcze: że nowoczesna szwedzka policja rodziła się dokładnie w tym samym momencie historycznym, co szwedzka sfera publiczna — i natychmiast została postawiona po przeciwnej stronie. Jej pierwszym ikonicznym zadaniem była ochrona państwa przed obywatelami pijącymi kawę.
    To nie jest tylko anegdota. To strukturalna sprzeczność, którą Habermas opisał jako sferę publiczną walczącą o swoją autonomię przeciwko Staatlichkeit. Szwecja końca XVIII wieku była tego konfliktu żywym laboratorium.
    250 lat później szwedzka policja świętuje jubileusz. Obraz z konfiskatą kawy wisi w Muzeum Miejskim Sztokholmu. A fika jest wpisana w szwedzki kodeks kulturowy silniej niż jakiekolwiek prawo parlamentarne.
    Historia ma swoje sposoby rozstrzygania sporów.

    Tobias Osvald, autor jubileuszowego tekstu w SvD, jest urzędnikiem państwowym i doktorem historii. Obraz „Kaffebeslagen” (1799) pochodzi ze zbiorów Stockholms stadsmuseum.

    Źródło danych historycznych: Wikipedia (hasło „Gustav III of Sweden’s coffee experiment”); artykuł naukowy: „When coffee was banned: strategies of labour and leisure among Stockholm’s poor women, 1794–1796 and 1799–1802”, Scandinavian Economic History Review (2021); Niklas Natt och Dag, Vogue Scandinavia (2021).

  • Biblioteki w schronach! Helsinki w Warszawie?

    Biblioteki w schronach! Helsinki w Warszawie?

    Fińska lekcja szacunku dla edukacji i bezpieczeństwa

    Obserwatorium Nordyckie musi skomentować wczorajszą, wtorkową (18.02.25) wizytę prezydenta Trzaskowskiego w Helsinkach.

    Jeśli wolisz posłuchać tego artykułu, tutaj

    W krótkiej recenzji książki łódzkiego socjologa z UŁ Wojciecha Woźniaka „Helsinki w Warszawie? O książce «Państwo, które działa»”, która ukazała się w „Kulturze Liberalnej” Nr 734 (5/2023) 6 lutego 2023, Tomasz Sawczuk wskazuje, opisując wspomnianą książkę, jak fińskie instytucje publiczne stały się wzorem skutecznego zarządzania państwem. Stały się, choć niekoniecznie były takie od zawsze. Pośród licznych wątków poruszanych przez Woźniaka, autora recenzowanej książki, jeden element recenzent Sawczuk wybija na plan pierwszy: Finlandia zawdzięcza swój sukces wysokiemu zaufaniu do instytucji, kulturze politycznej opartej na konsensusie oraz priorytetowemu traktowaniu edukacji i wiedzy. Przykładem jest nowoczesna biblioteka Oodi w Helsinkach, będąca symbolem powszechnego dostępu do kultury i edukacji (niedaleko jest parlament i inne najważniejsze instytucje w kraju).

    Okładka książki Woźniaka. Książka tutaj

    W kontekście tej wizji warto spojrzeć na wizytę Rafała Trzaskowskiego w Helsinkach 18 lutego 2025 roku, kiedy prezydent Warszawy zwiedzał fińskie schrony – nie tylko jako element systemu obrony cywilnej, ale także przestrzenie edukacyjne i społeczne. W tych miejscach znajdują się biblioteki, kawiarnie i czytelnie, które na co dzień służą mieszkańcom, a w razie zagrożenia pełnią funkcję ochronną. Trzaskowski podkreślił, że całość jest zarządzana przez samorząd, co może być inspiracją dla Warszawy.

    Fińskie podejście pokazuje, że szacunek dla edukacji i bezpieczeństwa może iść w parze. W Finlandii przestrzeń publiczna nie jest tylko funkcjonalna – jest też miejscem rozwijania wiedzy i więzi społecznych. Przeniesienie tego modelu do Warszawy mogłoby nie tylko zwiększyć odporność miasta na kryzysy, ale także podnieść jakość życia mieszkańców poprzez integrację infrastruktury miejskiej z kulturą i edukacją. Helsinki uczą, że bezpieczeństwo to nie tylko mury i bunkry, ale też inwestycja w wiedzę, kulturę i wspólnotę.

    Warto podkreślić, że Finlandia nie zawsze była państwem do naśladowania. Co oznacza, że wszystko przed nami, „biblioteki i kawiarnie w schronach” to może być także nasza przyszłość. Jednym z wzorców świetnych miejskich przestrzeni może być łódzkie EC1, w którym — w dawnej elektrociepłowni — znajduje się dziś wiele centrów nauki i kultury. Żyjemy w świecie niepokoju i kryzysu. Dlatego połączenie w przestrzeniach publicznych nieufności (względem zewnętrznych zagrożeń) z olbrzymim zaufaniem społecznym ucieleśnionym w idei kawiarni (spotkanie, dyskusja, racjonalność przy kawie) czy bibliotek (spotkanie idei, dysputa) oraz zaufaniem do państwa, które dba o życie obywatelskie, to jest połączenie niezwykle obiecujące. A jeśli do tego dodać by ideę powszechnego zaangażowania Finów w obronę cywilną, to ten projekt zasługuje na poparcie ze wszech miar. Obserwatorium Nordyckie kibicuje Helsinkom w Warszawie!

    Autor w Bibliotece Uniwersyteckiej w Helsinkach w 2012 r.

  • Wiedza to przechadzające się narracyjne ciało

    Wiedza to przechadzające się narracyjne ciało

    Wiedza to przechadzające się narracyjne ciało. Uniwersytet-Moloch, pandemiczna samoizolacja i rentgenowska architektura Bauhausu. Wokół opowiadania „Maszyna staje” E. M. Forstera.

    „Maszyna staje” to opowiadanie science-fiction E. M. Forstera (The Machine Stops 1909). Jego fabuła dzieje się w świecie, w którym ludzkość żyje pod ziemią i podlega monstrualnej Machinie, zaspokajającej wszystkie potrzeby ludności. Uważa się to opowiadania za wizjonersko zapowiadające takie technologie jak komunikatory internetowe czy sam Internet. Świat ekranów, klawiatury i samoizolacji.

    Podziemny tunel (fot. Depositphotos)

    Sam miałem nieodparte wrażenie podczas lektury opowiadania, że odnajduję siebie w głównej bohaterce, która od początku odgania komunikację z synem, bo musi za chwilę zrobić wykład online (tutaj: w maszynie przed ekranem na temat historii australijskiej muzyki).

    Ekran. Fot. na licencji Depositphotos.

    Człowiek pojedynczy nie ma ochoty doznawać świata na własną rękę. Ucieka przed próbowaniem własnymi zmysłami. Każda osoba żyje w panoptykalnej izolacji pod ziemią w standardowym dla wszystkich pokoju-izolatce. Potrzebujesz jedzenia, naciskasz odpowiedni przycisk; masz problem, konsultujesz się z księgą maszyny, takim typu „Pytanie-Odpowiedź”. Ekran i mnóstwo przycisków, coś jakby gigantyczna klawiatura, a był to okres rozwoju maszyny do pisania. Maszyna do pisania do prototyp klawiatury.

    Klawiatura maszyny do pisania. Fot. na licencji Depositphotos

    Świat ludzki jest sprowadzony do „czystej duchowości”, rozumianej jako wymiana i akumulacja idei, oraz popularyzacja wiedzy. Stąd wszechobecne ekrany i wykłady popularyzatorskie. Taki wielki otwarty uniwersytet, wszyscy się dokształcają i doskonalą kolekcjonując „idee”. Właściwie nie wiadomo po co…

    Vashti i jej syn Kuno, żyją po przeciwnych stronach świata. Choć to i tak nie ma znaczenia, bo wszystko wszędzie wygląda tak samo. Kuno odkrywa swoją cielesność, namawia matkę, żeby do niego przyjechała, nie może rozmawiać przez machinę i ekrany. Tam, u siebie, wyznaje matce, że zbuntował się i odwiedził na własną rękę powierzchnię Ziemi bez pozwolenia i że widział innych ludzi żyjących poza światem Maszyny. Najpierw nauczył się odczuwania przestrzeni, nauczył się, gdzie jest blisko i gdzie jest daleko. Wtedy odkrywa, że człowiek jest miarą, jego stopa jest miarą. Musi chodzić człowiek, człowiek to ciało. Jednak Maszyna go łapie na powierzchni i grozi mu „bezdomnością”, co oznacza prawdopodobnie śmierć. Matka odrzuca sugestie syna, nie daje się namówić na oglądanie na własne oczy gwiazd (Himalaje też ją nudzą) i wraca do siebie.

    Panuje w tym świecie Machiny „Technopol”, rodzaj kultu religijnego, z głównym bóstwem w postaci Machiny. To jest mistyczna jakość „uduchowionego” i bezcielesnego, technologicznego świata.

    Klik. Fot. na licencji Depositphotos

    Maszyna faktycznie, zgodnie z zapowiedzią Kuno, zatrzymuje się i załamuje. Nie ma ratunku, jednak Kuno wraz ze swoją matką mogą się uratować. Niejasne jest, czy Kuno jest inicjatorem tego upadku.

    W tym opowiadaniu jest jakaś ponura przyszłość ludzkości, która przestaje istnieć jako podmioty, próbujące na własną rękę wszystkiego, to jest jakby ucieleśnienie „ucieczki od wolności” z późniejszych wizji Ericha Fromma, czy panoptykonu opisywanego w świetny sposób przez Micheala Foucaulta w „Nadzorować i karać”. Podobne wątki znajdziemy w polskiej „Seksmisji” Juliusza Machulskiego (1983), tyle że w postaci komediowej i już po doświadczeniu zamkniętego świata PRL-u. No i oczywiście także w „Kingsajzie” (1987). „Matrix” (1999) będzie ukonkretnieniem przede wszystkim krytyki społecznej obecnej także u Fritza Langa w Metropolis (1926), które prawdopodobnie też mogło się inspirować nie tylko wizjami świata podziemnego w „Wehikule czasu” Wellsa (1895), ale także właśnie „Maszyną, która staje” (1909).

    Opowiadania to jest jedną z kolejnych wizji rozwoju zglobalizowanej cywilizacji ludzkości, wizja ta jest wersją rozwoju urbanistycznego: świat podziemny, sterylny, złożony wyłącznie z izolowanych, samodystansujących się jednostek jest kolejną wizją miasta-molocha, pożerającego swoje dzieci. W tej wersji jednak, w odróżnieniu od Molocha Fritza Langa z „Metropolis”, bóstwo pożera nie robotników, tylko inteligencję, robotników idei. Moloch jest gigantycznym wirtualnym uniwersytetem.

    BERLIN, GERMANY – CIRCA NOVEMBER 2019: Fritz Lang Metropolis film Blu-ray BD disc. Fot Depositphotos

    Wyobrażenie o zejściu miast do podziemi jest całkiem uprawnione w sytuacji wszechobecnych pandemii na przykład. Wizje podziemnych podróży Elona Muska są tutaj jedną z bardziej prawdopodobnych. Wizja samodystansujących się ludzi dzisiaj brzmi bardzo przekonująco jako boleśnie prawdziwa.

    LOS ANGELES – FEB 22: Elon Musk at the Vanity Fair Oscar Party 2015 at the Wallis Annenberg Center for the Performing Arts on February 22, 2015 in Beverly Hills, CA. Fot. Depositphotos

    Można sobie też wyobrazić zejście do podziemia ze względu na katastrofę klimatyczną. 

    Epidemie jednak w historii ludzkości zmieniały oblicze przestrzeni miejskiej. Od 16 wieku wraz z rozwojem kawiarni, od 17 wieku na wielką skalę, zaczął się wedle Jurgena Habermasa proces rozwoju sfery publicznej. Ludzie chodzili do kawiarni najpierw, żeby się upijać Oświeceniem, czyli kawą, ale potem chcieli po prostu ze sobą pogadać. 

    BRUSSELS, BELGIUM – MAY 19: Rue Des Bouchers on May 19, 2012 in Brussels. Tzw. brzuch Brukseli (fot. Depositphotos)

    Miasta budowały się gęsto. Jak pisze ostatni The Economist , epidemie dżumy i cholery zmieniały oblicze miast, na przykład gęstość zabudowy się zmieniła w Nowym Jorku po pandemii „hiszpanki” na początku XX wieku. Potem dzięki myśleniu o zarazach rozbudowywano miejskie parki. Tak jak w Łodzi. Parki wyrastały z pragnienia także rozrzedzenia miast, z pragnienia ograniczenia miazmatów choroby.

    Przez długi czas panowała od średniowieczna „miazmatyczna teoria chorób”. Pamiętam z dzieciństwa wyrażenie „miazmaty zła”. Wedle SJP miazmaty

    1. «demoralizujące lub destrukcyjne czynniki»

    2. daw. «wyziewy pochodzące z rozkładu organizmów roślinnych lub zwierzęcych»

    Pewnym etymologicznym nadużyciem można było niegdyś powiedzieć nawet miazmaty zepsucia. Słowo pochodzi od grec. miasma, „splamienie”, „brud”, „zbrodnia”.

    Ciekawe są konteksty w języku polskim pojawiania się słowa miazmaty, mogą one dotyczyć np. zarówno wschodu, jak i zachodu, wrogiego imperializmu, przeszłości, historii, starej Ziemi, Wielkiego Szatana, wywodzą się one z bagien (malaria). Oczywiste że mogą dotyczyć febry, czyli gorączki. Jest to określenie oznaczające niezdrowe powietrze, zaduch. Jak pisze Wikipedia: „W dawnej medycynie były to wyziewy chorobotwórcze pochodzące z rozkładu organizmów zwierzęcych lub roślinnych czy też z zanieczyszczenia powietrza. Obecnie słowo funkcjonuje głównie w znaczeniu przenośnym jako szkodliwe, rozkładowe, demoralizujące wpływy bądź czynniki.”

    Pod wpływem takich wyobrażeń próbowano przeciwstawić się „miazmatom” miasta w zarazie budując lazarety, czyli szpitale, dla ludzi w kwarantannie. Ale po hiszpance, architektura szpitalna i funkcjonalizm Bauhausu stopiły się w jedno (zob. The Economist): obraz tzw. „Szklanych domów” („Przedwiośnie” Żeromskiego z 1924 r) to nie był przypadkowy ideał modernizmu, Beatriz Colomina używa tutaj metafory „architektura rentgenowska” (Colomina, Beatriz. X-Ray Architecture. Zürich: Lars Müller Publishers, 2019), ale pragnienie nieskażonego społeczeństwa jest obecne w ludzkości od początków istnienia trądu, jak wskazywał Micheal Foucault.  Owo pragnienie właśnie stało się dojmujące po XVIII wieku, kiedy epidemie spowodowały powstanie marzenia o zdyscyplinowanym społeczeństwie (nomen omen w kwarantannie).

    Nowoczesna architektura, szkice (fot. Depositphotos)

    Boję się, że ta sytuacja samoizolacji w nas pozostanie. Że wielu taki świat się spodoba. Na pewno część polityków będzie chciało tę sytuację wykorzystać i zbudować machinę oraz przekonać nas do „Technopolu”, nowej religii ekranów i klawiatur: klik i jesteś zadowolony. Klik — szczęście u progu. Nie musisz się ruszać. Najważniejsze jest podłączenie, co świetnie pokazał ostatnio nagradzany Oskarami południowokoreański „Parasite” z 2019 r., roku wybuchu epidemii w Wuhan w Chinach.

    Plakat oficjalny oskarowego Parasite 2019

    Sam jestem entuzjastą świata nowych technologii w uczeniu się i nauczaniu. Jednak duchowość sprowadzona do odcieleśnionego intelektu, odcieleśnionych danych i informacji, świata idei bez cielesności nie ma sensu. Prawda, wolność, ciało. Wiedza to nie informacje i dane. Wiedza zawsze jest ucieleśniona. Wiedza to przechadzające się narracyjne ciało.

    Kwarantanna i społeczna samoizolacja jest dobra na miesiąc, dwa. Potem staje się torturą. A Bill Gates zapowiada („Bill Gates on how to fight future pandemics”. The Economist. Udostępniono 26 kwiecień 2020. https://www.economist.com/by-invitation/2020/04/23/bill-gates-on-how-to-fight-future-pandemics), że jesteśmy jako ludzkość może dopiero na końcu początku końca wynajdowania sposobu na pandemie typu COVID-19, tak jak mówił w listopadzie 1942 r. Winston Churchil o II wojnie światowej, zakończonej w 1945. “This is not the end. It is not even the beginning of the end. But it is, perhaps, the end of the beginning.” Nie ma łatwego pocieszenia, niestety.

    Vector Bauhaus abstract blue background made with grid and overlapping simple geometric elements, circles and lines. (fot. Depositphotos)