Tag: Donald Trump

  • Propaganda mesjańska czy mocarny władca? O obrazku, który Trump wolał usunąć

    Propaganda mesjańska czy mocarny władca? O obrazku, który Trump wolał usunąć


    Z cyklu: Obserwatorium retoryki i komunikacji


    Kilka dni temu Donald Trump zamieścił na swojej platformie Truth Social obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję. (Moja sztuczna asystencja mówi, że mógł to być program o nazwie Midjourney)

    Wpis Donalda Trumpa na Truth Social

    Przedstawiał ten obrazek wymłodniałego jego samego — Donalda Trumpa w białej szacie i „kardynalskiej” czerwonej pelerynie — kiedy dokonuje cudownego uzdrowienia mężczyzny leżącego na łożu boleści. Wokół: orzeł bielik (właściwie dwa), flaga USA, Statua Wolności, pomnik Lincolna, myśliwce, fajerwerki, żołnierze unoszący się ku niebu niczym aniołowie, albo schodzący z nieba, pielęgniarka i modląca się… Obraz szybko zniknął — Trump go usunął po fali oburzenia. Krytyk sztuki Philip Kennicott pisał o nim na łamach Washington Post dwa dni temu jako o dziele pełnym „niedbałej symboliki” (sloppy symbolism). Niedbałej — ale czy niewinnej?
    Ten epizod jest interesujący nie tylko jako zjawisko kulturowe (użycie „sztuki malarskiej” przez prezydenta USA), lecz przede wszystkim jako akt retoryczny i komunikacyjny: ktoś stworzył komunikat wizualny, ktoś go rozesłał, ktoś go odebrał i zareagował, a nadawca ostatecznie go wycofał. Każdy z tych momentów mówi coś ważnego o tym, jak działa polityczna komunikacja obrazem w epoce AI, czyli tzw. sztucznej inteligencji.


    Jezus i władza: ewangeliczne nie
    Zacznijmy od tezy, którą obraz głosi, i od tezy, którą ewangelie głoszą jakby w odpowiedzi.
    Centralny motyw ikonograficzny jest jednoznaczny: tzw. taumaturgiczny dotyk — uzdrowienie przez nałożenie rąk — od wieków przypisywano Chrystusowi, a w tradycji średniowiecznej także królom Francji i Anglii, którzy wywodzili z niego swoje boskie prawo rządzenia (divine right to rule). Na obrazie Trump stoi w miejscu Chrystusa. To nie aluzja. To dosłowne przejęcie schematu ikonograficznego — świadomy lub nieświadomy cytat z dwóch tysięcy lat tradycji wizualnej.
    Tymczasem ewangeliczny Jezus konsekwentnie ucieka od władzy politycznej. Gdy tłum chce go obwołać królem po rozmnożeniu chleba — oddala się na górę sam (J 6,15). [w tłumaczeniu Ekumenicznym: „Gdy więc Jezus poznał, że zamierzają przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, usunął się znów na górę, sam jeden”] Na pytanie Piłata odpowiada: „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18,36). Kuszenie na pustyni to właśnie propozycja władzy nad wszystkimi królestwami ziemi — i jej odrzucenie. Ewangeliczny Jezus uzdrawia poza systemem władzy, często na jego marginesach: dotyka trędowatych, rozmawia z „obcą” Samarytanką, staje po stronie „grzesznej” kobiety złapanej na cudzołóstwie. Jego uzdrawianie jest aktem solidarności i empatii, nie demonstracją siły.
    Na omawianym obrazie mamy coś dokładnie przeciwnego: pełny sojusz „świętości” z władzą. Do blasku boskiego przylatują samoloty bojowe i dodają fajerwerki zwycięstwa. Uzdrowiciel jest jednocześnie wodzem naczelnym. Niczym Mojżesz wiodący lud przez morze. Sacrum i imperium zlały się w jedną postać. To nie jest chrześcijaństwo tego ewangelicznego Chrystusa. To jest jego dokładne odwrócenie — i jako taki komunikat właśnie został przez wielu wiernych odczytany.


    Civil religion i jej nadmiar
    Robert Bellah opisał civil religion w książce z 1967 r. jako specyficznie amerykańską syntezę symboliki narodowej i protestanckiej eschatologii. Flaga, orzeł, ojcowie założyciele — to quasi-sakralny panteon, który funkcjonuje obok, a często zamiast, kościelnego wyznania wiary. Obraz Trumpa jest podręcznikowym przykładem tej tradycji komunikacyjnej, tyle że doprowadzonej do granic absurdu.
    Kennicott w Washington Post słusznie porównuje go do malarstwa Jona McNaughtona — propagandowego artysty, który od lat produkuje akademicko-patriotyczne płótna z Trumpem w centrum. Krytycy piszą o nim jako o współczesnej kontynuacji amerykańskiego „socrealizmu”…

    Screen ze strony oficjalnej malarza będącego prawdopodobną inspiracją tego obrazka Trumpa (zob. https://jonmcnaughton.com/politically-incorrect/)

    Ale McNaughton wybiera i redukuje — to jest właśnie warsztat propagandysty, który rozumie, że komunikat musi być czytelny. Tu, przeciwnie, nie ma żadnej zasady selekcji: są dwa orły, bo jeden nie wystarczył, są trzy myśliwce, bo dwa to za mało. Kompozycja nie redukuje — akumuluje, piętrzy, duplikuje. Rozplenia się. Komunikat zagłusza sam siebie.
    Właśnie w tej akumulacji tkwi kicz. Większy niż u McNaughtona.


    Kicz jako struktura estetyczna i moralna
    Hermann Broch pisał w 1950 w „Kilku uwagach o kiczu”, że kicz to nie zła sztuka — to złe nastawienie, Kitschmensch, który zamiast mierzyć się z rzeczywistością, szuka gotowej emocji, pewnego efektu, potwierdzonego wzruszenia. Milan Kundera dodał, że kicz polityczny jest najbardziej niebezpieczny, bo narzuca z góry jak mamy się czuć wobec Narodu, Ojczyzny, Historii, Boga i odrzuca to co realistycznie ludzkie.
    Ten obraz Trumpa wspieranego sztuczną asystencją jest kiczem w obu sensach. Estetycznie — bo nie potrafi wybrać, tylko akumuluje symbole jak na wyprzedaży wszystkiego po 5 złotych. Moralnie — bo nie pyta, tylko ogłasza: oto zbawiciel, klęknij.
    Co więcej, kicz ten jest podwójnie skompromitowany przez własną niekonsekwencję komunikacyjną. Kennicott w Washington Post zwraca na to uwagę z ironią godną najlepszego krytyka: żeby pokazać uzdrowienie, trzeba pokazać chorego. I chory na tym obrazie — zmęczony, posiwiały robotnik z sękatymi rękami — to przecież elektorat Trumpa. Jego baza. Jego wierni. Oni są chorymi, którzy potrzebują uzdrowienia. Przesłanie mimowolne, ale czytelne — i destrukcyjne dla zamierzonego komunikatu.
    A dwa źródła światła — jedno z dłoni Trumpa, drugie emanujące zza głowy leżącego — tworzą paradoks wizualny: kto tu kogo zasila? Kto jest źródłem mocy? Czy to Trump uzdrawia swoich wyborców, czy wyborcy podtrzymują przy życiu Trumpa? Relacja jest — jak pisze Kennicott — współzależna. I wizualnie groteskowa.

    Dlaczego Trump to usunął? Komunikacyjna klęska nadawcy
    Powód oficjalny: oburzenie wiernych, którzy uznali obraz za bluźnierstwo. Trump, który rzadko cokolwiek odwołuje, tym razem się wycofał — tłumacząc, że myślał, że chodzi o Czerwony Krzyż. Trudno o bardziej wymowne podsumowanie.
    Ale właśnie ten moment jest komunikacyjnie najbardziej pouczający. Człowiek, który od lat karmi się mesjanistycznym kultem własnej osoby, który pozwolił nazywać się „wybranym” i „pomazańcem”, który nadaje swoje imię wielu instytucjom publicznym i który na siłę rozwija projekt „sali balowej” przy białym domu, nagle — gdy ktoś zrobił to zbyt dosłownie, zbyt wprost, zbyt nieudolnie — musiał się odciąć. Nie dlatego, że poczuł się niegodny. Lecz dlatego, że obraz powiedział za dużo. Odsłonił mechanizm, który działa najlepiej, gdy pozostaje w sferze aluzji i niedopowiedzenia.
    Propaganda mesjańska funkcjonuje jako komunikat, dopóki nie zostanie wypowiedziana zbyt głośno. Gdy AI wygenerowała ją zbyt dosłownie — bez niedomówień, bez estetycznego dystansu, z podwójnymi orłami i podwójnym światłem — stała się ciężarem nie do udźwignięcia.
    Zbawiciel wolał zdjąć własny wizerunek. I to mówi o dynamice tej komunikacji więcej niż cały obraz.

  • Bosowie nowych technologii i projekty cywilizacyjne, które umierają po cichu

    Bosowie nowych technologii i projekty cywilizacyjne, które umierają po cichu

    Jeff Bezos zwalniając pracowników The Washington Post, osłabił nie tylko markę, ale zniszczył istotę czwartą władzę jako filar demokracji. Zamiast inwestować w społeczną instytucję, przekierowuje zasoby na projekty o niskiej wartości poznawczej, co prowadzi do erozji dziennikarstwa jako niezależnego stróżu władzy.

    Jeff Bezos zwalniając niedawno 300 osób z redakcji The Washington Post, nie zabił marki. To byłoby zbyt banalne. Marki umierają codziennie, znikają jak start-upy z prezentacji w PowerPoincie. Bezos zrobił coś znacznie poważniejszego: doprowadził do erozji instytucji społecznej, która przez dekady pełniła funkcję jednego z filarów demokracji liberalnej.

    POZNAN, POLSKA – 15 MARCA 2021: Laptop wyświetlający logo The Washington Post, amerykańskiej gazety codziennej wydawanej w Waszyngtonie (lic. Depositphotos)

    Nie chodzi tu o sentyment do papierowej gazety. Chodzi o to, co kiedyś nazywano „Czwartą władzą”.

    Czwarta władza, czyli coś więcej niż content

    Kiedy myślimy o aferze Watergate, nie myślimy o „brand awareness” [świadomości marki]. Myślimy o The Washington Post jako o instytucji, która potrafiła przeciwstawić się realnej władzy politycznej. O redakcji, która miała zasoby, cierpliwość i etos, by miesiącami drążyć lokalną historię, aż doprowadziła do upadku prezydenta USA. Watergate nie było viralem. Było procesem.

    Symbolicznie utrwalił to film Wszyscy ludzie prezydenta Alana Pakuli (1976) czy Czwarta władza Stevena Spielberga (2017): redakcja jako organizm zbiorowy, a nie zbiór „osobowości medialnych”; dziennikarstwo jako infrastruktura poznawcza demokracji, a nie produkt.

    To właśnie taką instytucję w 2013 roku kupował Jeff Bezos. I właśnie taką instytucję – krok po kroku – dziś demontuje.

    Runway się skończył, ale nie pieniądze

    Zestawienie liczb jest tu bezlitosne i nie wymaga komentarza ideologicznego:

    Washington Post:

    strata: 77 mln dolarów (2023)

    strata: 100 mln dolarów (2024)

    odpowiedź właściciela: ponad 300 zwolnień, likwidacja całych działów, amputacja zagranicy, sportu, książek, podcastów, pluralizmu opinii.

    Film „Melania” (Amazon):

    zakup praw: 40 mln dolarów

    promocja: 35 mln dolarów

    razem: 75 mln dolarów na projekt o zerowej wartości poznawczej i jednoznacznej funkcji propagandowej.

    Te liczby nie mówią o kryzysie finansowym. One mówią o przesunięciu aksjologicznym. O tym, co właściciel uznaje dziś za „warte utrzymywania”.

    Od instytucji do eksperymentu

    Problem z bosami nowych technologii polega na tym, że myślą kategoriami produktów, nie instytucji. Produkt można „pivotować”, „odchudzić”, „zmonetyzować” albo zamknąć. Instytucji społecznej nie da się zredukować bez skutków ubocznych.Kiedy: zamyka się działy lokalne („a przecież Watergate zaczęło się lokalnie”), likwiduje się zagranicę w imię „efektywności”, usuwa się niewygodne głosy z działu opinii, a jednocześnie inwestuje dziesiątki milionów w narracyjne wygładzanie władzy, to nie mamy do czynienia z restrukturyzacją. To jest zmiana funkcji systemowej.

    Markę można odbudować kampanią. Instytucję – tylko czasem, i tylko wtedy, gdy nie zostanie pozbawiona ludzi, pamięci i sensu istnienia. Washington Post był kiedyś miejscem, do którego szło się pracować nie dlatego, że „skalował zasięgi”, lecz dlatego, że był częścią projektu cywilizacyjnego: kontroli władzy przez fakty.

    Dzisiejszy paradoks polega na tym, że człowiek, który dysponuje kapitałem pozwalającym utrzymywać gazetę przez stulecia, nie potrafi – albo nie chce – utrzymać jej przez jedną dekadę bez gwarancji politycznego komfortu.

    Jeśli Czwarta władza zamienia się w koszt, a propaganda w inwestycję, to nie jesteśmy świadkami kryzysu mediów.
    Jesteśmy świadkami zmiany właściciela cywilizacji narracyjnej – i to powinno nas niepokoić znacznie bardziej niż los jednej, nawet najsłynniejszej gazety.

    Źródła:

    Marcus, R. (2026, February 4). How Jeff Bezos brought down the Washington Post. The New Yorker.
    https://www.newyorker.com

    A także

    Baron, M. (2023). Collision of power: Trump, Bezos, and the Washington Post. New York, NY: Flatiron Books.

    Bernstein, C., & Woodward, B. (1974). All the President’s Men. New York, NY: Simon & Schuster.

    Cook, T. E. (2005). Governing with the news: The news media as a political institution (2nd ed.). Chicago, IL: University of Chicago Press.

    McChesney, R. W. (2015). Rich media, poor democracy: Communication politics in dubious times. New York, NY: The New Press.

    Schudson, M. (1995). The power of news. Cambridge, MA: Harvard University Press.

  • Polityka antynaukowa Trumpa: skutki dla badań w Europie

    Polityka antynaukowa Trumpa: skutki dla badań w Europie

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Francis Galton Autorstwa not stated – Scanned from Karl Pearson’s The Life, Letters, and Labors of Francis Galton., Domena publiczna,

    W 2020 roku redakcja „Scientific American” podjęła bezprecedensową decyzję, nawołując do niegłosowania na Donalda Trumpa – pierwszy raz w swojej 175-letniej historii opowiedziała się przeciwko konkretnemu kandydatowi na prezydenta. Argumentowano, że Trump stanowi zagrożenie dla nauki, zdrowia publicznego i środowiska. Negowanie przez Trumpa zmian klimatycznych, ataki na naukowców i promocja pseudonaukowych teorii wpisywały się w szerszy schemat jego polityki antynaukowej. Redakcja wskazywała na to, że Trump konsekwentnie podważał autorytet instytucji naukowych, promował pseudonaukowe narracje i podejmował decyzje na podstawie ideologii, a nie dowodów naukowych. SA powtórzyła ten gest w 2024. Tak jak the Economist. Pisałem o tym tutaj.

    Dziś, w 2025 roku, ta polityka kontynuuje się i eskaluje – z destrukcyjnymi konsekwencjami, które odczuwa już nie tylko amerykańska nauka, ale także europejskie instytucje badawcze, takie jak Karolinska Institutet (KI) i Luleå tekniska universitet (LTU) w Szwecji. W artykule opublikowanym w „Svenska Dagbladet” opisano, jak Trumpowskie cięcia budżetowe dotknęły szwedzkich badaczy, zamykając dwa projekty finansowane przez National Institutes of Health (NIH) – jeden dotyczący korekty płci, drugi bezpieczeństwa drogowego w Angoli.

    Martin Bergö, prorektor KI, zauważa, że decyzje te mają wymiar nie tylko finansowy, ale również symboliczny. O ile amerykańskie instytucje akademickie, takie jak Harvard, Trump oskarża o promowanie „antyamerykańskich” i „antysemickich” idei, o tyle szwedzkie ośrodki badawcze stają się ofiarami tej samej ideologicznej walki, w której pod przykrywką obrony „prawdziwej nauki” Trump de facto karze projekty związane z różnorodnością, inkluzją i badaniami społecznymi.

    Podczas gdy Harvard został oskarżony przez Trumpa o tolerowanie antysemityzmu i deprecjonowanie wartości amerykańskich, KI straciło finansowanie projektu badań nad korektą płci – tematu, który Trump otwarcie uznaje za „ideologiczny” i „lewacki”. W obu przypadkach mamy do czynienia z zastosowaniem tej samej logiki – mianowicie selektywnego wspierania lub marginalizowania nauki w zależności od jej zgodności z ideologią rządu.

    Amanda Hess w swoim artykule w „The New York Times” zauważa, że Trump, promując Elon Muska jako „geniusza” o „wysokim IQ”, odwołuje się do XIX-wiecznych teorii eugenicznych Francisa Galtona, które łączyły inteligencję z pochodzeniem i bogactwem. W tej wizji inteligencja jest arbitralnie definiowana jako cecha genetyczna, którą można „hodować” podobnie jak konie wyścigowe – a kto ma wysoki status finansowy, automatycznie staje się „geniuszem”. W ten sposób Dolina Krzemowa, z Muskami, Thielami i Altmanami na czele, zostaje ogłoszona nową arystokracją IQ – elitą, która ma prawo decydować o tym, co jest „prawdziwą nauką”, a co nie.

    Ta narracja znajduje swoje odbicie w Szwecji. Birgitta Bergvall-Kåreborn z LTU zauważa, że projekty badawcze związane z różnorodnością i inkluzją są szczególnie narażone na cięcia. Projekty rozwojowe w Afryce, które wcześniej były współfinansowane przez USA, teraz tracą finansowanie, a naukowcy są zmuszeni szukać alternatywnych źródeł wsparcia. W kontekście nowej polityki Trumpa finansowanie badań zależy od tego, czy wpisują się one w ideologiczne ramy „nowej arystokracji IQ”, w której sukces, a nie dowody naukowe, decyduje o wartości projektu.

    W rezultacie Europa – i Szwecja – stają przed pytaniem, czy mogą pozwolić sobie na autonomię w definiowaniu wartości nauki i badań, czy też będą musiały dostosować się do amerykańskich standardów, w których to miliarderzy z Doliny Krzemowej, wspierani przez Trumpa, decydują o tym, co jest nauką wartą finansowania, a co „antyamerykańską ideologią”. To pytanie staje się jeszcze bardziej palące, gdy amerykańska polityka antynaukowa zaczyna przynosić realne straty dla europejskich instytucji akademickich, które do tej pory mogły liczyć na wsparcie amerykańskich funduszy badawczych.

  • Obserwatorium nordyckie: Polska i Donald Tusk oczami Szwedów

    Obserwatorium nordyckie: Polska i Donald Tusk oczami Szwedów

    W Svenska Dagbladet Fredrik Johansson 25.01.2025 stały komentator działu opinii oraz ekspert think tanku o nazwie „Wolny świat” (Frivärld), opisuje Donalda Tuska jako symbol nowego, pragmatycznego i optymistycznego przywództwa w Europie. Jest chyba pod wrażeniem jego wystąpienia w Parlamencie Europejskim. To wyjątkowy moment – Polska nigdy wcześniej nie miała tak pozytywnego odbioru w szwedzkiej prasie. Johansson, znany ze swoich pragmatycznych i reformistycznych poglądów, przedstawia Polskę jako kraj wyznaczający kierunek dla Europy w czasie, gdy wielu liderów z zachodnich państw boryka się z kryzysami wewnętrznymi.

    Polska jako wzór dla Europy

    Historia Polski, pełna determinacji i oporu wobec przeciwności losu, staje się inspiracją dla całej Europy. Johansson podkreśla, że Polska jako jedna z nielicznych dostrzegła rzeczywiste zagrożenia ze strony Rosji i odpowiedziała na nie wzmacnianiem obronności. Inwestycje na poziomie 4,7% PKB sprawiły, że Polska stała się trzecią co do wielkości siłą militarną NATO, po USA i Turcji. W czasach, gdy Niemcy, Francja i Wielka Brytania zajmują się głównie swoimi wewnętrznymi problemami, Polska wraz z krajami nordyckimi i bałtyckimi przejmuje rolę stabilnego i przewidywalnego lidera w regionie.

    Nowe przywództwo Tuska

    Donald Tusk w Strasburgu odwołał się do polskiej historii i ducha narodowego, przypominając, że Europa – podobnie jak Polska – nigdy nie jest stracona, dopóki żyje wiara w przyszłość. Jego słowa wygłoszone w Parlamencie Europejskim „Europa zawsze będzie wielka” stanowią odpowiedź na retorykę Donalda Trumpa. Polskie przewodnictwo w UE stawia na priorytety takie jak bezpieczeństwo militarne, kontrola granic, niezależność energetyczna i konkurencyjność gospodarcza. Tusk apeluje o to, by Europa wzięła odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, a USA traktowała jako partnera, a nie wybawiciela.

    Polska w szwedzkiej perspektywie

    Johansson zwraca uwagę, że relacje Polski i Szwecji mają głęboko zakorzenioną historię. Bywały one burzliwe, ale współcześnie łączy je wspólna wizja Europy. W Szwecji mieszka ponad 140 tysięcy osób o polskich korzeniach, które przyczyniły się do rozwoju tamtejszego społeczeństwa. Polska, z szybko rozwijającą się gospodarką, jest obecnie jednym z kluczowych partnerów Szwecji.

    Polska jako nadzieja Europy

    Fredrik Johansson wprost stwierdza, że Polska oferuje dziś Europie model przywództwa, którego brak w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Pragmatyzm, determinacja i optymizm reprezentowane przez Tuska oraz polskie przewodnictwo w UE pokazują, że w obliczu kryzysów Europa ma szansę nie tylko przetrwać, ale także odrodzić się silniejsza.

    „Jeszcze Europa nie zginęła” – słowa Johanssona nawiązują do polskiej historii, ale też wskazują na możliwość odrodzenia się europejskiej jedności i siły, opartej na współpracy krajów takich jak Polska i jej sąsiedzi.

  • Usta prawdy: odwaga w czasach niepewności

    Usta prawdy: odwaga w czasach niepewności

    Kiedyś w 2019 napisałem i wydałem książkę „Odwaga poetyki”. Przyznaję, że wtedy nie znałem książki biskupy Budde, bo wyszła cztery lata po mojej. (Budde M.E., How we learn to be brave: decisive moments in life and faith, New York 2023) (po polsku ten tytuł to „Jak uczymy się odwagi: decydujące momenty w życiu i wierze”). Ale po dzisiejszym poranku, szybko nadrobiłem niedopatrzenie. Kolega i koleżanka przysłali mi niezależnie od siebie link do YouTube z fragmentem jej kazania z wczoraj, kazania wygłoszonego w obliczu „władcy świata” Donalda Trumpa. To był bardzo dobry poranek, mimo wszystko.

    Mouth of Truth, Rome
    Antique statue Mouth of Truth in Rome in Italy (depositphotos)

    Odwaga w decydujących momentach: Refleksje na podstawie książki Mariann Edgar Budde „How We Learn to Be Brave”

    Książka Mariann Edgar Budde How We Learn to Be Brave to bardzo zajmująca i inspirująca podróż przez opowieści o ludziach, którzy w obliczu trudnych wyborów zdobyli się na odwagę, by działać. Biskupka Budde przywołuje postacie rozmaite, od biblijnych bohaterów, przez ikony XX wieku, po osobiście znanych mentorów i współczesnych liderów. Każda z tych historii niesie uniwersalne przesłanie o tym, że prawdziwa odwaga często wymaga działania mimo lęku i niepewności (odwaga nie jest głupotą, czyli brakiem strachu w obliczu niebezpieczeństwa)). Wśród licznych przykładów opisanych w książce, szczególnie wyróżniają się historie Abrahama i Sary, Eleanor Roosevelt oraz Dietricha Bonhoeffera, które warto przybliżyć.

    Abraham i Sara: Odwaga wiary w nieznane

    Abraham i Sara, centralne postacie biblijnej narracji, pokazują, jak wielkiej odwagi wymaga zaufanie w odniesieniu do nieznanego. Kiedy Abraham usłyszał wezwanie Boga, by opuścić wszystko, co znał, i udać się do ziemi obiecanej, nie otrzymał szczegółowego planu ani gwarancji sukcesu. Sara, jako jego towarzyszka, dzieliła ten trud, stawiając czoła społecznym wyzwaniom i osobistym dramatom, takim jak walka z bezpłodnością. Ich historia przypomina, że odwaga często oznacza podjęcie działania wbrew logice i obawom, z wiarą w siłę wyższą niż my sami.

    Eleanor Roosevelt: Odwaga w obronie sprawiedliwości

    Eleanor Roosevelt to postać, która redefiniowała rolę Pierwszej Damy w Stanach Zjednoczonych. Pomimo osobistych trudności i nieśmiałości, stała się głosem tych, którzy nie mieli możliwości mówić sami za siebie. Jej zaangażowanie w prawa człowieka, równość rasową i prawa kobiet wymagało odwagi w obliczu krytyki i oporu. Współtworzenie Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka to jedno z jej najważniejszych osiągnięć, które do dziś inspiruje pokolenia.

    Dietrich Bonhoeffer: Odwaga w obliczu zła

    Historia Dietricha Bonhoeffera, niemieckiego pastora i teologa, jest przykładem odwagi w najtrudniejszych czasach. Wiele razy o nim pisałem, także w Odwadze poetyki z 2018 r. Bonhoeffer inspirował opozycję w PRL, takie postaci jak Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń czy Stanisław Barańczak oraz Stanisław Różewicz. W latach 30. i 40. XX wieku, kiedy większość niemieckich liderów chrześcijańskich popierała ruch nazistowski Hitlera (Deutsche Evangelische Kirche), Bonhoeffer wstąpił do opozycyjnego Kościoła Wyznającego (Bekennende Kirche). Chociaż mógł pozostać na emigracji w USA, powrócił do Niemiec, wierny swojemu przekonaniu, że „nie ma prawa uczestniczyć w odbudowie chrześcijańskiego życia w Niemczech po wojnie, jeśli nie dzieli prób tego czasu ze swoimi ludźmi.”

    Bonhoeffer świadomie podjął ryzyko i spiskował przeciwko Hitlerowi, co zakończyło się jego aresztowaniem w 1943 roku i egzekucją dwa lata później. Jego refleksje z więzienia są do dziś inspiracją dla tych, którzy chcą żyć odważnie: „Pozostaje bardzo wąska ścieżka, czasem ledwo widoczna, by każdy dzień przeżyć tak, jakby był ostatnim, a jednocześnie wiernością i odpowiedzialnością żyć tak, jakby miał jeszcze nadejść wielki przyszły czas.” (cytat z książki o Bonhoefferze, Strange Glory)

    Ostatnie wydarzenie: „Proszę pana o litość”

    Wracam do dzisiejszego poranka: usłyszałem ten koniec kazania biskupki, który przekonuje, że ma ona — Mariann Edgar Budde — odwagę cywilną mówienia prawdy. Jej publiczne wystąpienie podczas nabożeństwa w Katedrze Narodowej w Waszyngtonie, skierowane bezpośrednio do prezydenta Donalda Trumpa to między innymi modlitwa-apel o miłosierdzie wobec imigrantów i mniejszości seksualnych. „W imię naszego Boga, proszę pana o litość. Są ludzie w naszym kraju, którzy się boją. Są geje, lesbijki, dzieci transseksualne, rodziny demokratyczne, republikańskie, niezależne — niektórzy boją się o swoje życie” — powiedziała Budde, zwracając uwagę na sytuację uchodźców i nielegalnych imigrantów, którzy przyczyniają się do funkcjonowania gospodarki, a jednocześnie są marginalizowani.

    Trump, obecny na nabożeństwie, skomentował później, że to „nie było zbyt ekscytujące”. Jego reakcja kontrastowała z powagą i szczerością apelu Budde, który wpisuje się w jej konsekwentną postawę walki o sprawiedliwość i obrony najbardziej potrzebujących.

    Antje Jackelén, była arcybiskupka Kościoła Szwecji, (nota bene: będąca kiedyś w Łodzi, nie mogła wygłosić kazania w Katedrze łódzkiej, bo nie wpuścił jej na ambonę bp Jędraszewski) komentuje 23 stycznia w Dagens Nyheter kazanie biskupki Mariann Edgar Budde. Jackelén podkreśla, że Kościół chrześcijański powinien przeciwstawiać się każdej próbie „ubóstwienia” władzy i pełnić rolę krytycznej solidarności wobec społeczeństwa. Przeciwstawia się traktowaniu Kościoła jako fajnego tła dla zdjęć w mediach społecznościowych. Według niej, miłosierdzie jest kluczową cechą lidera, a słowa Jezusa   – choć czasami prowokujące – przypominają o potrzebie pokory i troski o innych (wszyscy jesteśmy przychodniami). Jackelén ostrzega także przed brutalizacją społeczeństwa, w której rasizm, seksizm i pogarda dla różnorodności stają się coraz bardziej akceptowane. W jej opinii kazanie Budde to wezwanie do odważnego przypominania fundamentalnych wartości – prawdy, sprawiedliwości, miłosierdzia i miłości – w czasach, gdy szerzą się dezinformacja i teorie spiskowe. W tej misji szwedzka teolożka i filozofka powołuje się na cytat z 2 Listu Tymoteusza, rozdz. 2. 

    Odwaga jako wybór

    Mariann Edgar Budde w swojej książce przypomina, że odwaga to nie brak strachu, lecz wybór działania pomimo niego. Zarówno Abraham i Sara, Eleanor Roosevelt, jak i Dietrich Bonhoeffer pokazują, że odwaga często wymaga wierności wartościom i odpowiedzialności za innych. W świecie pełnym wyzwań ich historie inspirują, by podejmować trudne decyzje z wiarą, nadzieją i determinacją.

    Budde w swojej refleksji nie unika osobistej perspektywy, co czyni jej książkę głębokim i uniwersalnym przesłaniem dla wszystkich, którzy pragną odnaleźć odwagę w decydujących momentach swojego życia. Jedyne co mnie osobiście trochę rozczarowało, to brak w książce Budde odniesienia do inspirującego mnie Paula Tillicha z jego książką, której tytuł po angielsku brzmi The Courage to Be, co można przetłumaczyć jako Odwaga bycia, ale zostało przetłumaczone przed laty w Polsce jako Męstwo bycia. Ta nieobecność nie przeszkadza mi bardzo. Mariann Budde pokazuje, zarówno w swojej książce, jak i w swoim słynnym już kazaniu, że odwaga to nie jest kwestia płci. Jakkolwiek rozumianej.

    EDIT: 23.01.25 dodano akapit o Antje Jackelen.

    PS. Zmieniony tekst ukazał się 24.01.25 w Gazeta Wyborcza

  • Słownik na dziś: kakistokracja

    Słownik na dziś: kakistokracja

    Karykatura na licencji z Depositphotos

    W ostatnich latach polityczne turbulencje w różnych częściach świata – od Stanów Zjednoczonych po Polskę – sprawiły, że dawne, nieco zapomniane pojęcia znów nabrały aktualności. Jednym z nich jest “kakistokracja”, czyli rządy najgorszych, najmniej kompetentnych, najbardziej nieetycznych jednostek. Pojęcie to, używane od XIX wieku przez autorów takich jak Thomas Love Peacock czy James Russell Lowell, pierwotnie stanowiło przeciwieństwo arystokracji – rządów “najlepszych”, tych o najwyższym statusie społecznym. Dziś jednak bardziej sensowne i przydatne jest porównanie kakistokracji do merytokracji, czyli rządów opartych na kompetencjach i kwalifikacjach.

    Po wyborach Trumpa w 2016 roku (co “The Economist” niedawno przypomniał, opisując słowa, które stały się przydatne w politycznych analizach ostatniej dekady), pojęcie kakistokracji zyskało nowy wymiar. Trump, choć nie jedyny, stał się symbolem polityki, która zdaniem wielu komentatorów nagradzała niekompetencję i promowała jednostki kierujące się własnym interesem, a nie dobrem publicznym. Słowo to przywrócono do dyskusji o polityce jako reakcję na obawy związane z erozją instytucji demokratycznych i nagradzaniem najgorszych, nie najlepszych.

    Współcześnie, w świecie, w którym kultura zarządzania wciąż podkreśla znaczenie kompetencji i doświadczenia – hasła kluczowe dla merytokracji – kakistokracja staje się swoistym memento. Przypomina o tym, jak łatwo polityka może wpaść w ręce tych, którzy – zamiast umiejętności i wiedzy – reprezentują arogancję, brak moralnych skrupułów, a nawet pogardę dla wartości wspólnego dobra. Kakistokracja to ustrój, w którym władza bardziej przypomina festiwal cynizmu niż odpowiedzialne zarządzanie zasobami i troskę o obywateli. Tym samym stanowi zagrożenie dla całych społeczeństw, które tracą na politycznych decyzjach podejmowanych bez wizji, etyki i wiedzy.

    Co ciekawe, w ostatnich latach termin kakistokracja przyjął się w licznych publicystycznych analizach także poza Stanami Zjednoczonymi. Od Polski po Brazylię, od Turcji po Wielką Brytanię – komentatorzy polityczni wracają do tego słowa, by oddać gorycz wobec świata, w którym ignorancja i egoizm mogą stać się wiodącymi cnotami władzy.

    W obliczu tych zagrożeń, warto zadać pytanie, czy istnieje sposób na powstrzymanie rozwoju kakistokracji. Odpowiedzią mogłoby być wzmocnienie mechanizmów promujących merytokrację, czyli system, w którym najważniejsze stanowiska obejmują osoby kierujące się kompetencją, odpowiedzialnością i moralnością. Kluczowa jest jednak świadomość obywatelska, zdolność do rozpoznawania wartościowych liderów i odrzucenia pokus retoryki, która zbyt często ignoruje kompetencję na rzecz haseł łatwych do akceptacji, ale w rzeczywistości szkodliwych.

    Pojęcie “kakistokracji” to więc jedno z tych słów, które w nowych czasach stało się niepokojąco przydatne. Być może słowem tym – jako symbolem ryzyka – warto ostrzegać przed systemami, które nagradzają najgorszych, nie najlepszych.

  • Storytelling a lingwistyczna analiza na przykładzie debaty Harris/Trump. Bryk dla studentów

    Storytelling a lingwistyczna analiza na przykładzie debaty Harris/Trump. Bryk dla studentów

    Storytelling to niezwykle istotna umiejętność w dzisiejszym świecie komunikacji. Sztuka opowiadania historii ma na celu nie tylko przekazywanie informacji, ale również angażowanie emocji i przekonywanie odbiorców. Dobry storytelling działa na wielu poziomach – łączy postaci, konflikty, zwroty akcji i zakończenia w spójną, logiczną całość, która łatwo rezonuje z widownią. Jest on powszechnie stosowany w literaturze, filmie, reklamie, a nawet w marketingu cyfrowym. Jego głównym celem jest stworzenie historii, która przyciągnie uwagę, wywoła emocjonalną reakcję oraz pozostanie w pamięci odbiorcy na długo po zakończeniu. Ważne jest, aby dostrzegać czasami całości długiego trwania. Np. debata wyborcza może trwać 90 minut, ale strategie komunikacyjne poszczególnych uczestników debaty widać w całości ich wystąpień.

    Każda opowieść składa się z kilku podstawowych elementów: postaci, które niosą fabułę i z którymi odbiorcy mogą się identyfikować; konfliktu, który jest rdzeniem każdej historii, napędzającym akcję i utrzymującym zainteresowanie widza; punktów zwrotnych, które stanowią momenty przełomowe w historii, budując napięcie i prowadząc do rozwiązania, oraz zakończenia, które pozostawia odbiorcę z poczuciem satysfakcji lub refleksji. Niezależnie od tego, czy tworzysz scenariusz filmowy, planujesz kampanię reklamową, czy piszesz powieść, storytelling pozostaje kluczem do skutecznej komunikacji, niezależnie od medium. Kiedyś jakiś polityk powiedział, że nieważne jak się zaczyna, ale jak się kończy. Ech, to tylko częściowa prawda. W storytellingu jak w każdym tekście artystycznym najczulsze elementy tekstu to zarówno początek, jak i koniec. Zatem ważne jest, jak się zaczyna (np. uściskiem dłoni interlokutora), ale też jak się kończy (np. zdecydowanym tonem).

    Narracja transmedialna, czyli transmedia storytelling, to zaawansowana forma storytellingu, która rozciąga historię na wiele platform medialnych. Kluczowe jest to, że każda z tych platform oferuje coś unikalnego – nie są to jedynie powtórzenia tego samego wątku, ale jego rozwinięcia i nowe konteksty, które uzupełniają główną narrację. Historia może być opowiedziana częściowo w filmie, kontynuowana w książce, a rozszerzona przez grę wideo czy komiks. Każda platforma wnosi nowe elementy do świata opowieści, co pozwala odbiorcom na jeszcze głębsze zaangażowanie. Transmedia storytelling zachęca widza do aktywnej interakcji z narracją – może on zgłębiać różne wątki, odkrywać nowe postacie i eksplorować świat opowieści na różne sposoby. Doskonałym przykładem narracji transmedialnej jest uniwersum „Gwiezdnych wojen”. Historia zaczęła się od filmów, ale z czasem rozwinęła się o dodatkowe wątki opowiadane w książkach, komiksach, grach wideo czy serialach telewizyjnych, tudzież zabawkach dołączanych do Happy Meala w McDonalds. Każde z tych mediów dodaje nowe informacje, wprowadza postacie i rozwija uniwersum, które dzięki temu staje się bogatsze i bardziej złożone.

    Dla studentów kursu Storytelling warto przyjrzeć się nie tylko fikcyjnym narracjom, ale również rzeczywistym przykładom komunikacji, jak np. polityczne debaty. Lingwistyczna analiza Marka Libermana (lingwista z Linguistic Data Consortium, University of Pennsylvania, Philadelphia, USA), opublikowana na łamach „The Economist” 11 września 2024r. (An alternative look at the Trump-Harris debate, in five charts), ukazuje, jak język i ton wypowiedzi mogą kształtować wizerunek polityka w oczach publiczności. Liberman przeanalizował debatę między Kamalą Harris a Donaldem Trumpem, pokazując różnice w ich stylach komunikacyjnych. Wyniki te można odnieść również do zasad storytellingu. Trump mówił szybciej (198 słów na minutę) i dłużej niż Harris, co mogło sugerować próbę dominacji i chęć zapanowania nad debatą. Harris mówiła wolniej (160 słów na minutę), ale używała więcej unikalnych słów, co pozwalało jej na bardziej precyzyjne formułowanie wypowiedzi. Harris używała bardziej zróżnicowanego języka – potrzebowała 4000 słów, aby osiągnąć 1000 unikalnych wyrazów, podczas gdy Trump potrzebował aż 6000 na 1000 unikalnych wyrazów. Bogatszy język może być postrzegany jako bardziej elokwentny, precyzyjny i przemyślany, co w storytellingu często przekłada się na wiarygodność postaci. Jednak samo to nie musi przekładać się na sukces komunikacyjny. Jeśli idzie o tempo mówienia, to szybsze tempo mówienia może być interpretowane jako przejaw pewności siebie lub chęci dominacji w debacie. Co więcej, Trump jest znany z tego, że potrafi, mówiąc niejako bardziej potocznie, mniej precyzyjnie, czasami mętnie, przykuwać długo uwagę, mimo „kręcenia się w kółko”, „wracania do tego, co już było”. Sugeruje to, że Harris była bardziej precyzyjna i świadoma w doborze języka, co mogło wpływać na jej postrzeganą elokwencję i skuteczność komunikacyjną. Jednak samo to nie musi przekładać się na większą wiarygodność, bo Trump powtarzając frazy: „oni jedzą koty, oni jedzą naszych milusińskich…” wbija się odbiorcy w pamięć, choćby było to nawet groteskowe.

    Warto też zwrócić uwagę na wybór słów, ponieważ Trump częściej używał zaimka „oni”, co sugeruje strategię „my kontra oni” – klasyczny sposób budowania konfliktu w narracji, który potrafi angażować emocje odbiorców. Harris natomiast stawiała na słowa takie jak „Ameryka” i „praca”, które budowały bardziej inkluzywny, pozytywny przekaz. Analiza tonacji ujawnia, że tonacja głosu kandydatów miała znaczenie w odbiorze emocjonalnym. Trump w miarę trwania debaty wykazywał większą zmienność tonacji, szczególnie podczas poruszania kontrowersyjnych tematów (atak na Kapitol) oraz pod koniec debaty. Harris natomiast zakończyła debatę w sposób opanowany, co mogło sugerować pewność siebie i kontrolę nad sytuacją. Harris zaczęła pewnie i zakończyła jak prokurator mowę oskarżycielską.

    Analiza Libermana pokazuje, że każda forma komunikacji – nawet polityczna debata – ma swoje zasady narracyjne. Od budowy zdań, przez tempo mówienia, po tonację głosu – wszystkie te elementy kształtują percepcję i emocje odbiorców. W storytellingu kluczowe jest zrozumienie, że każda decyzja językowa ma swoje konsekwencje dla odbioru opowieści. To właśnie te subtelne aspekty sprawiają, że historie mają moc oddziaływania i wpływu na ludzi. W polityce, podobnie jak w storytellingu, chodzi o wywoływanie emocji, przekonywanie do swoich racji i budowanie relacji z odbiorcami. Każdy z kandydatów zastosował odmienną strategię językową, co wpłynęło na ich postrzeganie przez opinię publiczną.

    Dla studentów Storytellingu, kluczowe jest zrozumienie, że niezależnie od medium – czy to debata, książka, film, czy kampania reklamowa – fundamenty opowiadania historii pozostają niezmienne. Kluczem do sukcesu jest świadome kreowanie narracji, która angażuje odbiorcę, niezależnie od platformy, na której jest prezentowana. Storytelling to sztuka, która rozwija się na różnych poziomach i przez różne media. Wykorzystanie transmedia storytellingu pozwala na stworzenie złożonych, wielowarstwowych historii, które angażują odbiorcę na wielu poziomach. Lingwistyczna analiza debaty politycznej również pokazuje, jak wybór słów i sposób mówienia wpływają na odbiór komunikatu.

    Ale też transmedialność ujawniła się natychmiast w tym, że krótko po debacie Taylor Swift umieściła wpis na Instagramie ilustrowany swoim wystudiowanym portretem z pięknym kotem i podpisem „Bezdzietna kociara”. Wpis był jednoznacznym opowiedzeniem się za Kamalą Harris, ale jednocześnie jest ciągiem dalszym fatalnie odebranej teorii spiskowej Trumpa na temat imigrantów zjadających koty i psy amerykańskich właścicieli. Tak to właśnie jesteśmy zanurzeni po uszy w transmedialnych opowieściach.

    PS. 14 września 2024 zmieniona wersja tego wpisu ukazała się w Gazeta Wyborcza

  • Karty, złote buty, „amerykańskie” Biblie i cyfrowe cuda. Jak Donald Trump robi disneyland z polityki

    Karty, złote buty, „amerykańskie” Biblie i cyfrowe cuda. Jak Donald Trump robi disneyland z polityki

    Karty atutowe, zwane po angielsku Trump cards. To także aluzja do gigantycznego biznesu hazardowego Trumpa, który jest właścicielem kasyn (lic. Depositphotos)

    Donald Trump nie tylko zna zasady gry politycznej i medialnej, ale wręcz je redefiniuje, wprowadzając do niej elementy rodem z tzw. kultury popularnej. W jego rękach każda kampania to starannie zaplanowany spektakl, w którym rzeczywistość zlewa się z fikcją, a granice między poważną polityką a komercyjnym show biznesem stają się coraz bardziej płynne. Przykłady? Oczywiście trzeba zacząć od słynnych ponownie od ubiegłego wtorku „trump cards”, ale warto również wspomnieć o złotych butach biegowych, tzw. Biblii Trumpa, cyfrowych tokenach oraz wykorzystaniu sztucznej inteligencji do tworzenia wizerunków Trumpa. To wszystko składa się na swoisty Disneyland polityki, w którym Trump jest nie tylko główną atrakcją, dosłownym bohaterem i atutową kartą, ale i reżyserem.

    Zacznijmy od „trump cards” – cyfrowych kart kolekcjonerskich, które można kupić za jedyne 99 dolarów. Fraza „trump cards” w języku angielskim oznacza karty atutowe, kluczowe dla wygranej w grze, ale w rękach Trumpa zyskuje nowy wymiar. Karty te stają się symbolem jego politycznej siły, ale również przedmiotem pożądania, którym można się pochwalić przed znajomymi. A jeśli kupisz wystarczająco dużo kart, dostaniesz kawałek garnituru Trumpa – dosłownie! Jakby sam Trump stawał się nowym świętym, którego relikwie można kolekcjonować.

    Trump wykorzystywał inne produkty popularne do wzmacniania finansowego i medialnego swojej kampanii. W pewnym momencie na rynku pojawiły się złote buty sygnowane jego nazwiskiem. Niby niewiele mają wspólnego z polityką poza tym, że doskonale wpisują się w narrację Trumpa jako człowieka sukcesu, który wszystko, czego dotknie, zamienia w złoto – dosłownie. To złote buty, które mówią: „Jestem bogaty, jestem potężny, i możesz być jak ja, jeśli tylko założysz te buty.” To esencja disneyizacji – uproszczenie skomplikowanej rzeczywistości do kilku łatwo przyswajalnych symboli, które można sprzedawać masom. Założę pidżamę z wizerunkiem batmana i stanę się superbohaterem…

    A co to jest Biblia Trumpa? W pewnym momencie pojawił się na rynku przedmiot, który nazwano „Amerykańską Biblią Trumpa”. Oczywiście, nie była to zwykła Biblia – była to Biblia, która rzekomo miała wspierać wartości, za które Trump rzekomo stoi. Tekstowi zwykłej Biblii w wersji Króla Jakuba towarzyszą także Konstytucja USA i Deklaracja Niepodległości US. Połączenie religii z polityką nie jest niczym nowym, ale Trump wzniósł to na nowy poziom, oferując swoim zwolennikom coś, co miało być święte, ale jednocześnie przesiąknięte amerykańskim duchem, jaki Trump stara się uosabiać. I duchem odwołującym się do najbardziej konserwatywnej części amerykańskiego społeczeństwa z tzw. pasie biblijnym. To nic innego jak sprzedaż wartości w komercyjnej formie – Biblia jako gadżet, symbol nowego rodzaju patriotyzmu, który można kupić i mieć na własność. Wszystko na sprzedaż.

    W kontekście rosnącej cyfryzacji i nowoczesnych technologii, Trump udowodnił, że potrafi dostosować swoje kampanie do najnowszych trendów. Nie tylko w pierwszej kampanii świetnie wykorzystał Twittera, był wręcz nazywany pierwszym Twitterowym prezydentem, choć początki jego kariery wiązały się z medium telewizyjnym. Jednak wprowadzenie cyfrowych kart kolekcjonerskich, które w rzeczywistości są tokenami NFT, pokazuje, jak zręcznie Trump wykorzystuje kryptowaluty i nowoczesne technologie, by jeszcze bardziej wzmocnić swoją markę. To już nie tylko sprzedaż fizycznych produktów, ale także cyfrowych aktywów, które mogą być przechowywane, handlowane i eksponowane w wirtualnych portfelach. Jego zwolennicy mogą teraz kupować „część Trumpa” w postaci tokenów, które – jak się sugeruje – mają wartość nie tylko finansową, ale i symboliczną. To kolejny krok w disneyizacji – uproszczenie i komercjalizacja w erze cyfrowej.

    Dodatkowo, Trump sięga po najnowsze technologie, takie jak sztuczna inteligencja, aby tworzyć wizerunki siebie samego jako bohatera narodowego, a nawet superbohatera. Jego cyfrowe karty kolekcjonerskie przedstawiają go w fantastycznych, wręcz nadprzyrodzonych pozach, co jeszcze bardziej podsyca narrację o Trumpie jako o kimś więcej niż zwykłym człowieku. Dzięki AI, Trump może przedstawiać siebie w dowolny sposób – jako wojownika, lidera, bohatera – i sprzedawać te obrazy jako symbol jego siły i wyjątkowości. Cuda na kiju.

    Ta strategia nie jest przypadkowa. Trump doskonale rozumie, że w dzisiejszym świecie polityka i kultura masowa są nierozłączne. Wykorzystuje disneyizację kultury amerykańskiej, aby uprościć swoje przesłanie do poziomu, który jest łatwo zrozumiały i atrakcyjny dla jego bazy wyborców. Wprowadza elementy komercji do polityki, zamieniając kampanie wyborcze w spektakle, a samego siebie w produkt, który można sprzedać. Jego „trump cards”, złote sneakersy, „amerykańska” Biblia, cyfrowe tokeny i obrazy generowane przez AI to nic innego jak polityczne gadżety, które oferują jego zwolennikom nie tylko możliwość wsparcia swojego idola, ale także uczestnictwa w czymś większym, bardziej znaczącym.

    Co więcej, Trump bawi się językiem, tworząc wieloznaczne frazy, które przyciągają uwagę i dodają jego kampaniom element tajemniczości. „Krypto-prezydent” to doskonały przykład takiej gry słów. Z jednej strony odnosi się do kryptowalut, z drugiej sugeruje, że Trump ma jakieś ukryte moce, które czynią go wyjątkowym. To czysta disneyizacja – przekształcenie polityki w bajkę, w której Trump jest superbohaterem, a jego zwolennicy są częścią jego magicznego świata.

    Jednak pod tą warstwą błyszczącego marketingu kryje się coś głębszego. Trump, podobnie jak Disney, rozumie, że ludzie potrzebują prostych narracji, które dają im poczucie bezpieczeństwa i przynależności. W świecie, w którym rzeczywistość staje się coraz bardziej złożona i nieprzewidywalna, oferuje im jasne, proste przesłanie: „Jestem waszym atutem, waszym przewodnikiem przez ten chaos. Kupcie moją kartę, moje buty, moją Biblię, a staniecie się częścią mojej wizji Ameryki”. Ludzie szukający odpowiedzi w teoriach spiskowych potrzebują prostych narracji. Ludzie wybierający Trumpa to ci sami często wyborcy, co zwolennicy spiskowych teorii. Wystarczy wspomnieć, że po zamachu na Kapitol po przegranych wyborach prezydenckich pojawiła się spiskowa teoria Q, oraz postać samego zamachu Q-Szamana.

    Ostatecznie, sukces tej strategii pokazuje, jak głęboko disneyizacja przeniknęła amerykańską kulturę. Trump nie tylko sprzedaje produkty – sprzedaje ideę, marzenie, które jego zwolennicy mogą dosłownie kupić i trzymać w swoich rękach. To amerykański sen w nowoczesnej, skomercjalizowanej formie – i jak się okazuje, sen ten nadal ma wielu chętnych nabywców. W świecie, w którym polityka i popkultura zlewają się w jedno, Donald Trump staje się symbolem tej nowej, cyfrowej ery – ery, w której można kupić kawałek historii za pomocą jednego kliknięcia.

    Ps. Oczywiste jest, że za tymi gadżetami kryją się niecne intencje Trumpa. Gdyby wygrał wybory, byłoby fatalnie dla świata i dla demokracji amerykańskiej.

  • Kwestia smaku. Estetyka i polityka

    Kwestia smaku. Estetyka i polityka

    Na zdjęciu widać dwóch uśmiechniętych mężczyzn stojących przed bogato zdobionymi, złotymi drzwiami. Obydwaj są ubrani w eleganckie garnitury – jeden z nich w ciemnoniebieski, a drugi w granatowy – i dają wyraźne gesty kciukiem w górę. Atmosfera wydaje się radosna i swobodna, a ich szerokie uśmiechy sugerują pozytywną wymianę lub spotkanie, które właśnie miało miejsce. Zdobienia na drzwiach są szczegółowe i okazałe, co może wskazywać na wystawne lub luksusowe otoczenie, w którym się znajdują.

    To jest neutralny, bezbarwny opis zdjęcia Donalda Trumpa ze spotkania z Nigelem Faragem z 2018 roku. Przypomnę, że Nigel Farage jest liderem Partii Brexit, którą wspomagała rosyjska propaganda na Wyspach Brytyjskich podczas referendum zakończonego wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

    Zdjęcie powyżej pochodzi z artykułu z Daily Mail z 2018

    A teraz inny opis:

    Na tym zdjęciu widać dwóch mężczyzn stojących przed bogato zdobionymi drzwiami, które mogą wskazywać na prestiżowe lub luksusowe otoczenie. Obaj mężczyźni są ubrani w formalne, ciemne garnitury i trzymają coś, co wygląda na wyróżnienia lub prezenty. Pierwszy mężczyzna trzyma dużą, ozdobną tacę, podczas gdy drugi trzyma jakiś rodzaj zdobionego przedmiotu, który może być ceremonialnym mieczem lub laską. Obydwaj uśmiechają się i patrzą w kamerę, co sugeruje przyjazną atmosferę i może wskazywać na wydarzenie specjalne lub ceremonię, w której uczestniczyli lub byli honorowani.

    To jest opis wczorajszego spotkania w prywatnym apartamencie Donalda Trumpa na najwyższym pietrze wieżowca Trump Tower urzędującego prezydenta RP, Andrzeja Dudy z kandydatem na prezydenta USA, który właśnie rozpoczął maraton przesłuchań w sądzie amerykańskim.

    Zdjęcie zaczerpnąłem z portalu X.

    Wiele jest tu szczegółów, które zasługują na uwagę. Zestawiając te dwa obrazki nie chcę niczego sugerować, jednak nie mogę nie pamiętać o słynnym niegdyś wierszu Zbigniewa Herberta pt. Potęga smaku.

    To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
    nasza odmowa niezgoda i upór
    mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
    lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
    Tak smaku
    w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia (fragment wiersza z tomu Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze)

    Wiersz „Potęga smaku” Zbigniewa Herberta zastanawia się nad powodami, dla których jednostki mogą opierać się dostosowaniu się do opresyjnych i/lub niesmacznych reżimów. Sugeruje, że odrzucenie tych systemów niekoniecznie wynika z wielkiego charakteru czy odwagi, ale raczej ze względu na gust estetyczny – gdzie gust jest głęboko spleciony z duszą i sumieniem. Wiersz dowodzi, że gdyby pokusa dostosowania się była bardziej kusząca, trudniej byłoby się jej oprzeć. Jednak nieatrakcyjny i prymitywny charakter ofert reżimu – nieatrakcyjne propozycje i parszywa retoryka – ułatwiały odmowę, ponieważ obrażały zmysły i wrażliwość. Zatem wiersz zakłada, że uznanie dla piękna i estetyki może służyć jako obrona przed uleganiem niemoralnym naciskom i że decyzja o przeciwstawieniu się może wynikać w równym stopniu z pogardy dla brzydoty przymusu, jak i z hartu moralnego.

    W PRL ten wiersz był protestem elitarnego, klasycznego gustu przeciwko przaśności rzeczywistości totalitaryzmu komunistycznego, biednego, choć bywały też wysepki relatywnego bogactwa. Wydaje mi się jednak, że dzisiejszy populizm także posługuje się „parcianą retoryką” i podobnymi kuszeniami.

    Jednak „smak” trampowych złotych drzwi jest tak zawstydzająco bizantyjski, że nie mogę nie pokusić się o zestawienie tych drzwi z kremlowskimi. Ten sam blichtr, to samo zachłyśnięcie się bogactwem i złotem.

    Ron Keller, CC BY-SA 3.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0, via Wikimedia Commons

    Nie ukrywam, że jestem skromnego pochodzenia, moja mama — pielęgniarka — jest z mazowieckich chłopów polskich, natomiast mój protestancki gust niewątpliwie był także kształtowany przez postulaty „biednego kościoła” oraz ascezy wewnątrzświatowej, o której przekonująco pisał Max Weber.

    Nie twierdzę, że mój smak musi obowiązywać wszystkich. Jednak tak jak klasycznie kształcony Herbert wyraźnie pogardzał „szmaciarzami PRL-u” z baraków sprawiedliwości, tak ja nie mogę się oprzeć fatalnym skojarzeniom, kiedy widzę polskiego prezydenta z Donaldem Trumpem na tle jego okazałych drzwi prywatnych apartamentów. [Na dodatek Trump pewnie trzyma polską buławę, jeśli się nie mylę.] Donald Trump reprezentuje wszystko co najgorsze w amerykańskiej kulturze, ostatnio nie tylko pokazuje się prawie codziennie jako oskarżony w procesie sądowych, wcześniej reklamował sprzedawane przez siebie złote buty, ale zaraz potem także „amerykańska Biblię” (choć nie ma czegoś takiego jak „amerykańska Biblia”, to jest wyłącznie chwyt marketingowy, aby zebrać pieniądze na przegrywane procesy, zob. opis tego w niedawnym New York Timesie).

    Zatem nie ma czegoś takiego, jak prywatne mieszkanie Trumpa, jak mówi o tej wizycie PAD, jest rezydencja Trumpa w jego wieży ze złota. To bogactwo pochodzi między innymi z kasyn Las Vegas.

    To wcale nie wymagało odwagi, to jest po prostu kwestia smaku.

  • Frajerzy w nauce i kariera Donalda Trumpa. Na pożegnanie z Trumpem przewodnik dla cynicznych naukowców

    Frajerzy w nauce i kariera Donalda Trumpa. Na pożegnanie z Trumpem przewodnik dla cynicznych naukowców

    UNIVERSAL CITY, CA – marzec 2006, the Universal Studios Hollywood, USA 10 marca2006 (fot. Depositphotos)

    Dwóch socjologów brytyjskich Robert de Vries (University of Kent) i John Jerrim (University College London) zadało sobie pytanie, jakie wnioski płyną z drogi kariery Donalda Trumpa, którego USA żegnają dzisiaj. I oto krótki przewodnik, jak awansować w nauce, (opublikowane jako opinia 21 stycznia 2021 w Times Higher Education) które to dziełko zaczyna się dość kontrowersyjnie od zdania: „Tylko frajerzy koncentrują się na doskonałości w nauce. Lepiej jest podrasować kreatywnie swoje wyniki, rozkręcić ruletkę i zawierzyć znajomkom”.

    1) Pierwsza rada jest bardzo krytyczna (ironicznie) względem zasad tzw. reformy Gowina:

    Bądź sprytniejszy od klienta, przechytrz go.

    Termometr pomiaru satysfakcji klienta (fot. Depositphotos)

    Ponieważ nikt nie czyta tego, co piszesz i nikt nie zwraca uwagi na jakość Twoich publikacji naukowych, najważniejsze jest, gdzie opublikowałeś swoje badania. Najważniejsze, żeby w czasopiśmie z listy uznanej przez mainstream: np. zob. Lista czasopism Ministerstwa Nauki albo porównaj to z listą tutaj i zrozumiesz, że ocena jakości zależy od listy, a nie od tego coś napisał tu i ówdzie, ważne żeby tu, gdzie chcą oceniający. Rygory naukowe nie są najważniejsze, najważniejsze miejsce publikacji.

    Niemniej istotna i powiązana z pierwszą jest rada druga, która wykorzystuje angielski idiom „cook the books”, który można w wolnym tłumaczeniu przełożyć jako

    2) Księguj kreatywnie, podrasuj wyniki („przygotuj księgi rachunkowe”)

    Man Calculating Past Due Statement Using Calculator

    Jeśli wyniki nie potwierdzają Twojej hipotezy, tym gorzej dla wyników. Po co to eksponować. Zatem schowaj jak najgłębiej w swojej publikacji negatywne przypadki, eksponuj pozytywną narrację a będziesz cytowany, bo cytuje się pozytywy, a nie negatywy. Jak piszą autorzy (jeden jest naprawdę wziętym socjologiem), „podczas pracy z danymi prawie zawsze istnieje wiele uzasadnionych podejść, które możesz zastosować – na przykład w wybranych miarach, sposobie kodowania zmiennych i wyborze analizy statystycznej.”
    Kreatywna księgowość cieszy się fatalną sławą w nauce o inwestowaniu w finansach, ale jeśli udało się Trumpowi, to dlaczego miałoby się nie udać Tobie? Co prawda autorzy instruktażu na portalu dla inwestorów ostrzegają przed konsekwencjami takiego podrasowania zapisów wyników badań, ale cóż „no risk, no fun”, jak mówią starożytni Indianie… (ostrzeżenie zob. tutaj)

    Jasny przekaz (fot. Depositphotos)

    3. Kontroluj medialne przesłanie

    Nawet jeśli w podrozdziale na temat wyników skrupulatnie sprawozdajesz wszystkie swoje ustalenia, twój tytuł, streszczenie oraz wnioski lepiej się sprzedadzą, jeśli zignorujesz te niewygodne negatywne wyniki.
    Zagwarantuj sobie dobre spopularyzowanie Twoich wyników.
    „Relacje w prasie poprawią profil Twojej pracy i pomogą zwiększyć liczbę cytowań, ale główne media preferują jasne, pozytywne wyniki nawet bardziej niż czasopisma akademickie.

    4. Aplikuj, aplikuj, aplikuj o granty

    ruletka w kasynie to dobra metafora dla systemu aplikacyjnego w nauce

    Najważniejszy wskaźnik Twojej wartości poza publikacjami w ważnych miejscach jest ilość wyrwanych systemowi pieniędzy.

    Nie marnuj czasu na podwyższenie jakości swoich badań, wysyłaj swoje aplikacje, gdzie popadnie, byle więcej. Większość z tych aplikacji zostanie zmarnowana na bank. Autorzy wskazują na słabe skorelowanie ocen recenzenckich w przebadanych 4000 aplikacji o granty w badaniach społecznych. Wniosek: „Twoje szanse na sukces zależą więc w dużej mierze od tego, kto sprawdzi Twoją propozycję”. Badania w innych krajach potwierdzają te wyniki. Wnioski i konkursy to loteria, daj sobie szansę, graj jak najczęściej!

    5. Ufaj rodzinie, ziomkom i spółdzielcom

    koledzy, rodzina…

    Sugeruj recenzentów sprawdzonych. Co prawda niektóre reguły antynepotystyczne mogą uniemożliwić Ci wprost wskazanie żony, męża, syna, córki, dziadka, wnuka, ojca, matki, jednak kumpel z konferencji, z którym przypadkowo zaciąłeś się w windzie może się przydać. Podobnie jak współautor sprzed lat.

    Capitol Hill Building, Washington DC. (fot. Depositphotos)

    Trump odchodzi w niesławie, ale czy na pewno znika? Śmiem wątpić. Polscy zwolennicy reformy Gowina na pewno mogą pomóc mu wrócić, tak jak ten pan ze znakiem Polski Walczącej na Kapitolu.

    Make yourself great again, mr Trump! Or whoever….