Tag: otwarte zasoby edukacyjne

  • Otwarty dostęp, komercjalizacja i konieczność publikacji w czasopismach

    Otwarty dostęp, komercjalizacja i konieczność publikacji w czasopismach

    Analiza lic. Depositphotos

    Publikacje naukowe w prestiżowych czasopismach to według wielu naukowców nieetyczne drenowanie świata akademickiego

    Artykuł autorstwa Arasha Abizadeha, opublikowany w dzisiejszym (14.08.24) „The Guardian”, krytykuje komercyjne wydawnictwa akademickie za ich olbrzymie zyski osiągane kosztem uniwersytetów i naukowców. Pięć największych wydawnictw, takich jak Elsevier i Wiley, generuje miliardowe przychody i zyski, sięgające nawet 40%. Dzieje się tak mimo faktu, że to naukowcy wykonują większość pracy związanej z produkcją artykułów – prowadzą badania, piszą artykuły, recenzują je i redagują, często bez żadnego wynagrodzenia.

    Uniwersytety, które finansują badania i płacą naukowcom, muszą następnie wydawać ogromne sumy, aby uzyskać dostęp do wyników tych badań, co prowadzi do trudności finansowych wielu instytucji. Tymczasem wielu badaczy i ogół społeczeństwa nie ma dostępu do kluczowych badań, ponieważ są one ukryte za płatnymi ścianami.

    Abizadeh, jako redaktor czasopisma „Philosophy & Public Affairs”, wraz z innymi redaktorami zdecydował się na rezygnację z dotychczasowej współpracy z komercyjnymi wydawcami, by stworzyć nowy, otwarty na wszystkich i darmowy model publikacji w ramach Open Library of Humanities. Nowe czasopismo będzie funkcjonować na zasadach „diamentowego” dostępu otwartego, co oznacza brak opłat zarówno dla autorów, jak i czytelników.

    Abizadeh podkreśla, że chociaż istnieje możliwość stworzenia bardziej sprawiedliwego systemu publikacji, to akademicy są często zmuszeni do publikowania w uznanych, komercyjnych czasopismach z powodu presji związanej z rozwojem kariery. Wzywa on do kolektywnej zmiany i wsparcia dla nowych modeli publikacji, które będą bardziej dostępne i etyczne, co przyczyni się do walki z dezinformacją i propagandą w przestrzeni publicznej.

  • Uwolnić Myszkę Miki. Polska fika 3

    Uwolnić Myszkę Miki. Polska fika 3

    Rozmowa z Beatą Gamrowską z Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego na temat domeny publicznej i wolnego dostępu do twórczości

    Podcast tutaj
  • Szkiełko i oko

    Szkiełko i oko

    Miary, liczby, parametry w nauce są ważne, ale nie najważniejsze. Jeszcze bardziej jest to widoczne w świecie kryzysów. Pandemia a jakość i rzetelność badań naukowych i otwarty dostęp to są ważne tematy.

    Fot. szkiełka i oka (z zasobów licencji Depositphotos)

    Wczoraj 16 lipca 2020 ukazała się bardzo ważna praca dotycząca oceny pracy naukowców „Zasady oceny naukowców z Hongkongu: wspieranie rzetelności badań naukowych”. Głównym autorem jest David Moher, irlandzki epidemiolog i badacz w Ottawa Hospital Research Institute (OHRI), gdzie jest także dyrektorem Centre for Journalology oraz kanadyjskiego Centrum EQUATOR. Jest także profesorem nadzwyczajnym i szefem badań uniwersyteckich na Uniwersytecie w Ottawie. Jest nadzwyczajnie często cytowany.

    Konto na Twiterze Davida Mohera, autora omawianego artykułu

    Moher, David, Lex Bouter, Sabine Kleinert, Paul Glasziou, Mai Har Sham, Virginia Barbour, Anne-Marie Coriat, Nicole Foeger, i Ulrich Dirnagl. „The Hong Kong Principles for Assessing Researchers: Fostering Research Integrity”. PLOS Biology 18, nr 7 (16 lipiec 2020): e3000737.

    Opublikowane zasady oceny naukowców są istotne także dla Polski między innymi dlatego, że nie tylko w Polsce dominuje pogląd, iż najważniejsze są parametry oceny takie jak cytowalność i obecność w wysoko punktowanych czasopismach. A równie ważna jest rzetelność naukowa mierzone właśnie tymi zasadami, których formułowanie zajęło zespołowi Davida Mohera kilka lat. Ale owe zasady wieńczą długi proces otwierania nauki, który najpierw był domeną fascynatów, teraz jednak w świetle przyjętych przez przeważającą liczbę grantodawców zasad, dotyczy już każdego naukowca, a nie jest tylko sprawą dodatkowego hobby, polegającego na dzieleniu się własnymi dokonaniami za darmo z całym światem. Zasady z Hongkongu ewoluowały z projektów rozesłanych do 700 uczestników WCRI (VI Światowa Konferencja o Rzetelności Badań). Późniejsza wersja, przesłana po konferencji w czerwcu 2019 r., przyciągnęła uwagi ponad 100 osób. Konferencja organizowana była przez CODE (Code of Conduct for Editors), stowarzyszenie założone przez Mike’a Farthinga (Gut), Richarda Smitha (BMJ) i Richarda Hortoan (The Lancet) w kwietniu 1997 r.

    Tabela ze wskaźnikami odpowiedzialnych praktyk badawczych z cytowanego artykułu zespołu Mohera

    Jak pisze o tej publikacji John Ross w Times Higher Education (https://www.timeshighereducation.com/news/key-role-institutions-new-research-integrity-guidelines), od czasu pandemii Covid-19 rośnie świadomość, że otwartość ma kolosalne znaczenie dla ludzkości, badacze SARS-CoV-2 oraz choroby z z wirusem tym związanej COVID-19 czerpali ze wszystkich dostępnych zasobów dla naukowców w wielu krajach. Jednak to uwydatniło potrzebę podwojenia rzetelności badań, bo udostępniane artykuły i materiały badawcze mogą wpływać na los ludzkości w sensie bardzo konkretnym, nierzetelność i nieuczciwość w tych publikacjach może powodować tragedie i katastrofy. David Moher powiedział THE, że pandemia rzuciła światło na niektóre „bardzo niefortunne praktyki badawcze”, które doprowadziły do ​​wycofania artykułów. Wyniki badań dotyczące Covid-19 były utrzymywane w tajemnicy, mimo że zobowiązanie do udostępniania danych zostało podpisane przez Wellcome Trust i ponad 150 innych organizacji.


    Na tym tle właśnie trzeba spojrzeć na zaangażowanie w otwarty dostęp publikacji i materiałów badawczych widoczne w przyjętych na konferencji „Zasadach z Hongkongu”, które mogą zostać zatwierdzone i wdrożone we wszystkich instytucjach, niezależnie od ich kondycji finansowej. To dotyczy zarówno grantodawców, jak redakcji i wydawców książek i czasopism, czy uczelni na całym świecie.

    Jak pisze Jim McCluskey 17 lipca 2020: „Haydn napisał 107 symfonii, a Beethoven stworzył tylko dziewięć – chociaż większość z nas potrafi nucić co najmniej jeden z utworów Beethovena, niewielu może sobie przypomnieć którykolwiek z utworów Haydna. Na tym zasadniczo polega problem z wykorzystaniem liczb do pomiaru unikalnej wartości czegoś tak złożonego, jak to, co wyłania się z ludzkiej wyobraźni.”

    Stąd poparcie takich inicjatyw jak DORA San Francisco Declaration on Research Assessment z 2012 r.

    Opublikowane przez zespół Mohera zasady (jest ich pięć) zwracają uwagę na czynniki zbyt często pomijane w ocenach pracy naukowców opartych na miarach i parametrach takich jak punktowane publikacje, indeksy cytowań, czy wysokość grantów badawczych. Moher stwierdza, że „kryteria ilościowe są łatwe do zmierzenia, nie dają pełnego obrazu rygoru pracy naukowców ani ich wkładu w badania i społeczeństwo”.

    Zasada 1: Oceniaj badaczy pod kątem odpowiedzialnych praktyk od koncepcji do realizacji, w tym opracowanie pomysłu badawczego, projekt badań, metodologia, wykonanie i skuteczne rozpowszechnianie.
    Zasada 2: Doceniaj dokładne i przejrzyste raportowanie wszystkich badań, niezależnie od ich wyników.
    Zasada 3: Doceniaj praktyki otwartej nauki (otwarte badania) – takie jak otwarte metody, materiały i dane.
    Zasada 4: Doceniaj szeroki zakres badań i stypendiów, takich jak replikacja, innowacje, tłumaczenie, synteza i meta-dane.
    Zasada 5: Doceniaj szereg innych wkładów w odpowiedzialne badania i działalność naukową, takich jak wzajemna ocena dotacji i publikacji, mentoring, pomoc i wymiana wiedzy

    Zasady z Hong Kongu podkreślają wartość otwartego dostępu – do metod, materiałów i danych, a także publikacji – oraz różnych form badań, w tym replikacji, innowacji, tłumaczenia, syntezy i metadanych. Podkreślają również znaczenie wzajemnej oceny, mentoringu, pomocy i wymiany wiedzy.

    W tym kontekście jest dla mnie dużym wyzwaniem pytanie, czym są dane badawcze dla humanistyki. Wydaje mi się, że potrzebna jest nad tym szeroka dyskusja. Jako naukowiec zajmujący się ostatnio także badaniem jakościowym nie mogę nie zauważyć, że rzetelność w tym względzie nakazałaby np. Bronisławowi Malinowskiemu opublikować jego „Argonautów”, ale nie wystarczyłoby załączenie wspaniałych zdjęć terenowych Malinowskiego w otoczeniu tubylców, potrzebne byłoby także opublikowanie jego skrywanego przez długi czas dziennika… To jest prawdziwe wyzwanie. No i pytanie, czy faktycznie repozytoria nasze instytucjonalne są gotowe na przyjęcie tej masy danych w postaci notatek, zdjęć, filmów, dźwięków…

    Fotografia Bronisława Malinowskiego w otoczeniu tubylców, przykład łączenia w działalności naukowej publikacji nie tylko wyników badań, ale także dokumentacji fotograficznej badań w terenie (zdjęcie na prawach CC, wikipedia. Picture of Bronislaw Malinowski with natives on Trobriand Islands. Między 10.1917 a 10.1918. Źródło London School of Economics Library Collections. Autor nieznany, prawdopodobnie Billy Hancock, poławiacz pereł na wyspach Triobrianda)

    Właśnie dzisiaj też prof. Monika opublikowała apel na Facebooku do młodych naukowców, żeby za bardzo nie ufali miarom ilościowym.

    Napisała:

    „Niektórzy polscy uczeni, szczególnie młodzi, oczekują, że parametryzacja w jakiś sposób zobiektywizuje pracę na uczelni, że ich wysiłek zostanie dostrzeżony i doceniony dzięki zaistnieniu obiektywnych miar. Niedługo dowiedzą się, że są to nadzieje wybitnie płonne. Być może dowiadują się o tym w tej właśnie chwili.
    Parametry zostały stworzone dla zarządów (i dla administracji). Trudno się dziwić, że zarządy wykorzystują je dla swoich własnych celów, na swój sposób. Normalną praktyką jest więc „wysysanie punktów” – zatrudnia się naukowca z duża ilością punktów, wpisuje takowe w odpowiednie zestawienia, po czym pracownika się marginalizuje, zniechęca czy wręcz mobbinguje (by nie zyskał zbyt wiele władzy środowiskowej i nie zagroził ich pozycji). Dodać należy, że zarządy nic nie tracą w ten sposób, bo publikacje niemal zawsze przychodzą falami, czyli na „punkciki” uzyskane w jednym roku pracuje się ok 5 lat (lub więcej, jeśli badania jakościowe). Fazy są mniej więcej takie badania (gdy pisze się mniej), pisanie, przerabianie, wysyłanie do pism, odrzucenia, zmiany, wreszcie akceptacje. Więc takie przechwycenie pracownika skonsumowanie go i wydalenie nic nie kosztuje pracodawcę ,to jest dla zarządu czysty zysk (po pięciu latach i tak ich już na uczelni nie będzie – menedżerowie akademiccy z „największymi sukcesami” dbają o to, by po max 5 latach przenieść się dalej). (na fazy publikacyjne jest jeden sprawdzony sposób samoobrony – zmiennofazowe współautorstwo, ale w Polsce system silnie o tego zniechęca). Polskie zarządy akademii wiedzą to wszystko równie dobrze, jak zarządy z innych krajów. Owszem, mamy na wielu uczelniach władze zainteresowane budowaniem środowiska raczej, niż „osiąganiem sukcesów” – i przepowiadam, że już pod koniec roku kalendarzowego będziemy widzieli bardzo wyraźnie którzy to rektorzy, dziekani, dyrektorzy instytutów. Jeśli zachowamy przytomność umysłów, powinniśmy tę wiedzę natychmiast wykorzystać dla wzmocnienia prawomocności tych osób/ kolegiów. I zmniejszenia prawomocności pozostałych. Mamy nadal taką możliwość i powinniśmy spędzić najbliższe pół roku zdobywając więcej wiedzy na jej temat.
    Przerażonym tymi wieściami niosę dobrą radę – uczcie się koniecznie zarządzania, a będziecie wiedzieć takie rzeczy, zanim zniszczą Wam CV, zdrowie i szacunek do siebie!
    I tak, istnieją lepsze, bardziej dostosowane do formy organizacyjnej jaką jest uniwersytet, sposoby zarządzania. Koniecznie, koniecznie uczmy się zarządzania.”

    Zasady z Hong Kongu mogą zostać podpisane przez indywidualnych naukowców, jak i instytucje: https://wcrif.org/guidance/hong-kong-principles

    Ja podpisałem deklarację jako 112 osoba TUTAJ

  • Absurdy zasady „publish or perish” w dobie kultury cyfrowej

    Wyznania bardzo płodnej Pani profesor. Jeszcze jeden argument za otwartym dostępem do nauki

    Kathryn M. Rudy opublikowała ostatnio (29.08.19) opinię w Times Higher Education pt. The true costs of research and publishing, a jest profesorem historii sztuki na University of St Andrews. Jej najnowsza książka to Image, Knife i Gluepot: Early Assemblage in Manuscript and Print (2019). (Twitter autorki to https://twitter.com/katerudy1)

    Kathlyn Rudy podczas wykładu TED w 2013 r. (zrzut ekranu)

    Opisując detalicznie, czym się zajmuje, trzeba wskazać, że jest historykiem rękopisów i że ceni się ją za niezwykle „śledcze” podejście do średniowiecznych książek, jest w tym obszarze pionierem wykorzystania najnowszych technik, w postaci densytometru do pomiaru brudu, jaki pierwotni czytelnicy zdeponowali w widzianych przez siebie książkach.

    Medical imaging center in Paris, France. Badanie densytometryczne kości kobiety

    Jest członkiem Royal Society of Edinburgh. Opublikowała pięć książek (szóstka w drodze) i regularnie publikuje w najlepszych czasopismach naukowych. W 2013 roku wygłosiła mowę na TED na temat tajnego życia rękopisów (na przykład o zanieczyszczaniu rękopisów poprzez całowanie ich przez mnichów).

    Zaczyna swój artykuł o tego, że „im bardziej jej działania kończą się sukcesem, tym biedniejsza się staje”. A to wszystko przez koszty badania oraz publikowania:

    1) Podróżowanie do archiwalnych, unikalnych zasobów w celu podjęcia oryginalnych badań średniowiecznych rękopisów. Tutaj podaje choćby jeden przykład – w jednej ze swoich książek z 2017 publikuje dużo kopii rękopisów, zaś musiała odbyć ponad 550 podróży do 163 pojedynczych repozytoriów średniowiecznych rękopisów.

    2) Kupowanie fotografii wysokiej jakości.

    Tutaj ciekawostka i polonicum: „Na przykład w bibliotece diecezjalnej we Wrocławiu w Polsce musiałam zapłacić za przywilej korzystania z aparatu dużą gotówkę i wręczyć ją księdzu odpowiedzialnemu za archiwum.”

    3) Uiszczenie opłaty rejestracyjnej, koszty zakwaterowania i podróży w celu udostępniania badań na konferencjach. Autorka pisze o 2 konferencjach w roku bardzo istotnych dla jej badań, podkreśla, że uczestnictwo w żywej debacie naukowej jest nieocenione i nie można tych kosztów zredukować.

    4) Kupowanie obrazów w wysokiej rozdzielczości do publikacji.

    5) Płacenie za przechowywanie (archiwizację) danych.

    6) Płacenie opłat za prawa autorskie.

    7) Dostarczenie bezpłatnych egzemplarzy książek dla lepszej dystrybucji i promocji (autorka wspomina o siedemdziesięciu kilku egzemplarzach, które musiała w celach promocyjnych zakupić sama).

    8) Płacenie za opłaty produkcyjne. (Wydawanie książek)

    Kathryn Rudy wykazuje, że wsparcie państwowej instytucji, w której jest zatrudniona pokrywa jej koszty w niewielkim procencie. Resztę musi pokryć z własnej pensji.

    Autorka kończy odpowiedzią na pytania, co można zrobić…

    „Jeśli uniwersytety rzeczywiście chcą promować badania humanistyczne, muszą dostosować finansowanie do kosztów. Instytucje amerykańskie zapewniają swoim profesorom znacznie więcej funduszy na badania. Jeśli chcemy dotrzymać im kroku na arenie światowej, potrzebujemy większego dostępu do zasobów.” Pisze to szkocka profesorka, która na pewno nie jest wynagradzana w Polsce.

    „Instytucje będące w posiadaniu zbiorów ikonograficznych powinny przemyśleć swój cel. Nigdy nie mogą mieć wystarczającej wiedzy specjalistycznej, aby w pełni zbadać wszystkie swoje zasoby. Powinni być wdzięczni uczonym, którzy wykorzystują swoją wiedzę, aby propagować ich zbiory.” Wniosek: pozwolić publikować w otwartym dostępie za darmo. Te instytucje „powinny również umożliwiać naukowcom tworzenie fotografii do badań i tworzenie obrazów o wysokiej rozdzielczości do publikacji po niskich kosztach.”

    „Publikacja cyfrowa jest po prostu najbardziej wydajnym i opłacalnym sposobem na rozpowszechnianie pomysłów na świecie. Musimy w pełni uzasadnić publikację cyfrową, internetową i recenzowaną oraz wprowadzić w życie normę. Musimy stworzyć świat, w którym młodzi ludzie będą publikować w Internecie, bez obawy, że zaszkodzi to ich karierze.” Nie mogę się nie zgodzić z takim wnioskiem. Otwarty dostęp jest jedyną przyszłością nauki. Świadczy o tym fakt, że duże firmy inwestują olbrzymie sumy w badania naukowe, w których głównym punktem jest wymóg publikacji  wyników badań z pominięciem najważniejszych czasopism z subskrypcjami. No i pojawia się wymóg publikacji materiałów badawczych. W sytuacji specjalistycznej dyscypliny Kathryn M. Rudy publikacja zasobów archiwalnych jest priorytetem. Oczywiście, wszyscy badacze przeszłości muszą tym samym pożegnać się ze szczególnym romantyzmem autopsji:

    „a przecież kupowałem w salonach sztuki

    pudry mikstury maście

    szminki na szlachetność

    przykładałem do oczu marmur zieleń Veronesa

    Mozartem nacierałem uszy

    doskonaliłem nozdrza wonią starych książek” (Pan Cogito obserwuje swoją twarz, Pan Cogito 1974)

    W momencie zaistnienia kultury cyfrowej, kultura analogowa musi się coraz bardziej wycofywać. Na razie nie ma powszechnej świadomości, że kultura cyfrowa może także przyczyniać się do ocieplania klimatu (potrzeba olbrzymiej masy energii). Na razie chyba jednak koszty lotów na konferencje, pobytów w archiwach znacznie przewyższają ślad węglowy publikacji online. Tylko jeszcze potrzeba przemyślenia, jak utrzymać wysoką kulturę konferencji naukowych, bo autentyczna debata sympozjonów jest nie do zastąpienia wideokonferencjami. Tak czy owak, uważam, iż ostatnia publikacja z THE z opinią Kathryn Rudy jest świetnym argumentem za otwieraniem nauki na oścież, łącznie z materiałami badawczymi także w humanistyce.  

    Warto zauważyć, że nowa zmiana w szkolnictwie wyższym nijak nie odpowiada na wyzwania współczesności, nijak nie odpowiada na pytania zawarte w tej publikacji wybitnej profesorki historii sztuki.

  • BUM! Baza otwartych sylabusów świata. Może nowy parametr oceny?

    Open Education
    Open education concept. Getting education online. Study in the internet. Idea of e-learning. People sitting on the pile of books. Flat vector illustration

    Właśnie ukazał się artykuł w Times Higher Education na temat arcyciekawego projektu amerykańskiego nazwanego Open Sylabus Project (OSP)

    The Open Syllabus Project

    prowadzonego na jednym z najbardziej prestiżowym uniwersytecie amerykańskim Columbia University w Nowym Jorku. (8 miejsce na liście Szanghajskiej w 2019 r.)

    Projekt polega na zgromadzeniu milionów sylabusów kursów, aby przekonać się, które pozycje bibliograficzne są najbardziej popularne w ponad 80 krajach.

    W projekcie używa się nie tylko olbrzymich baz danych otwartych zasobów uniwersyteckich (przeszukiwanych przez roboty), ale także indywidualnych zgłoszeń samych akademików. Projekt jest zarządzany przez organizację pożytku publicznego The American Assembly, która jest afiliowana przy Columbia University. Wyniki badania sztucznej inteligencji oraz ekspertów są widoczne i dostępne do eksploracji w narzędziu udostępnionym zupełnie za darmo Open Syllabus Explorer. https://blog.opensyllabus.org/about-the-open-syllabus-project/

    Na razie, niestety, źródło nie analizuje nieanglojęzycznych zasobów, choć autorzy projektu na stronach internetowych wyraźnie wskazują, że jest to ich ostatecznym celem, ale kiedy to będzie, nie określili.

    W wyszukiwarce można znaleźć daną pozycję po autorze, tytule, obszarze wiedzy, uczelni, kraju czy wydawcy.

    Świetnym, pouczającym narzędziem, także graficznym jest Galaktyka, to wizualizacja pokazująca aktualnie 164,720 najczęściej polecanych tekstów do czytania w korpusie Open Syllabus, bazie danych obejmującej 6 059 459 programów nauczania.

    Zarządzający projektem mają duże ambicje: w przyszłości dane mogłyby wedle nich nawet zostać wykorzystane do zmierzenia wpływu pracy naukowców na salach wykładowych na całym świecie – tak jak zwykło się mierzyć wpływ na naukę, poprzez cytaty i inne wskaźniki. „Wersja 2.0” Open Syllabus Project przypisuje wynik od 1 do 100 każdemu tekstowi, aby przedstawić jego „wpływ” w salach wykładowych i seminaryjnych.

    W celach projektu jest także doprowadzenie do swoistej dekolonizacji edukacji (na przykład widać dzisiaj oczywistą dominację białych mężczyzn wśród najczęstszych autorów).

    Największe hity na liście OPS są związane z nauką pisania i liczenia na uniwersytecie. Nie dziwi to. W końcu esej akademicki i arkusz kalkulacyjny wymagają opanowania narzędzie metod.

    Wydaje się, że najważniejszą w tej chwili kwestią dla tego projektu jest dekolonizacja swojej perspektywy przez uwzględnienie innych niż angielski języków. Na razie należy przywitać z zadowoleniem uwzględnienie wpływu nauki na edukację uniwersytecką. Czy przyjmie się jako jeszcze jeden parametr oceny pracowników naukowych? Śmiem wątpić.

    Najbardziej smutną wiadomością, że istnieje oficjalna lista krajów, z których nie pobiera się danych dotyczących sylabusów, aby nie zdradzać ewentualnych uczonych, czego oni też uczą na tych uniwersytetach. Cieszy, że wśród tych krajów nie znalazła się Polska.

    Na liście znajdują się, Afghanistan, Algieria, Angola, Azerbejdżan, Bahrajn, Bangladesz, Benin, Brazylia, Burundi, Kamerun, Czad, Chiny, Kolumbia, Kongo, Wybrzeże Kości Słoniowej, Kuba, Ekwador, Egipt, Etiopia, Gwatemala, Honduras, Hongkong, Węgry, Indonezja, Iran , Irak, Jordania, Kenia, Kuwejt, Liban, Liberia, Libia, Makao, Madagaskar, Malawi, Malezja, Mali, Mauretania, Meksyk, Maroko, Mozambik, Myanmar, Nepal, Niger, Nigeria, Oman, Pakistan, Palestyna (OPT), Papua Nowa Gwinea, Paragwaj, Filipiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Senegal, Sierra Leone, Singapur, Sri Lanka, Sudan, Suazi, Syria, Tadżykistan, Tanzania, Tajlandia, Togo, Tunezja, Turcja, Uganda, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wenezuela, Wietnam, Jemen, Zambia i Zimbabwe.

    Z samej Polski w bazie póki co znalazło się ponad 100 000 sylabusów z 57 różnych uczelni i z rangą cytowania wielkości ponad 36 000. W Polsce dominują w sylabusach dyscypliny takie jak historia, biologia, ekonomia i literatura angielska, jeśli zaś zajrzeć do najczęstszych cytowań z pierwszej pięćdziesiątki, uderza dominacja translatoryki.

    Na tym przykładzie widać, jak bardzo chaotyczne są Big Data agregowane przez roboty z otwartych zasobów edukacyjnych. I jak wiele zmienia się, kiedy uwzględnić dominację języka angielskiego, bądź kiedy promuje się inne języki.

    Ciekawy jest także blog prowadzony na stronach. Autorzy zapraszają do dzielenia się sylabusami i zapewniają o zachowaniu prawa do prywatności.

    Personalnie projekt firmowany jest przez:

    Joe Karaganis, Director
    David McClure, Research Director
    Snakedev, Data Engineering
    Jody Leonard, Software Engineer
    Genosha, Front-End Development

    Życzę powodzenia, choć pewnie jako nowy parametr oceny się nie przyjmie. Jako pomoc w codziennej pracy dydaktyka uczelnianego – jak najbardziej, wypada podziękować, życzyć powodzenia i namawiać do współpracy…