Tag: język polski

  • Demokracja i autonomia uniwersytetów w obliczu testów na obywatelstwo (przypadek testów w Szwecji i Polsce)

    Demokracja i autonomia uniwersytetów w obliczu testów na obywatelstwo (przypadek testów w Szwecji i Polsce)

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    W Szwecji trwa spór dotyczący testu na obywatelstwo, który budzi kontrowersje w akademickich kręgach. Krytycy argumentują, że może on służyć do selekcji, a nie integracji. Dyskusja wskazuje na fundamentalne pytania o tożsamość obywatela oraz granice współczesnej demokracji, widoczne także w innych krajach.

    W Szwecji trwa spór, który na pierwszy rzut oka wydaje się techniczny, ale w istocie dotyka jednego z najważniejszych pytań współczesnej demokracji: kto i na jakich zasadach staje się obywatelem. Rząd w Sztokholmie zlecił dwóm prestiżowym uczelniom – Uniwersytetowi w Sztokholmie oraz Uniwersytetowi w Göteborgu – opracowanie testu dla osób ubiegających się o obywatelstwo szwedzkie. Inicjatywa ta, opisana niedawno przez Dagens Nyheter (link tutaj), wywołała jednak gwałtowną krytykę środowisk akademickich. Uniwersytety nie tylko wskazują na trudności praktyczne i administracyjne, ale podkreślają również, że ich rola nie polega na byciu instrumentem polityki tożsamościowej państwa. Ich rolą jest badanie i edukacja. W tle sporu widać zatem pytanie zasadnicze: czy test obywatelski jest narzędziem inkluzji i wspólnotowego uczenia się, czy raczej formą selekcji, która ma wyznaczać granice „prawdziwej” szwedzkości.

    Dyskusja ta nie jest odosobniona. W wielu krajach, w tym w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Danii, wprowadzono już testy sprawdzające znajomość języka, wiedzę o społeczeństwie i podstawowe fakty historyczne. Zwolennicy podkreślają, że daje to jednolite kryteria i motywuje do nauki języka oraz zrozumienia instytucji państwa. Krytycy odpowiadają, że obywatelstwo zostaje w ten sposób zredukowane do formalnego egzaminu, który może bardziej wykluczać niż integrować. Szczególnie mocno wybrzmiewa zarzut, że „test na szwedzkość” ma wymiar polityczny – nie tylko język, lecz także zestaw wartości, tradycji czy kulturowych symboli zostaje zdefiniowany przez władzę jako miara „prawdziwego” obywatela.

    Co więc miałoby znaleźć się w takim teście? Z pewnością język szwedzki na poziomie umożliwiającym codzienną komunikację. Dalej – wiedza o społeczeństwie, czyli znajomość podstawowych praw i obowiązków, struktury państwa i zasad demokracji. Do tego dochodzą elementy historii, tradycji i kultury, od najważniejszych wydarzeń dziejowych po takie drobiazgi jak rola swoistej instytucji społecznej, jaką jest np. „fika” w codziennym życiu. Takie imponderabilia symbolizują wartości wspólnotowe. Wreszcie, coraz częściej pojawiają się postulaty sprawdzania lojalności wobec wartości demokratycznych i zasad równości – choć te budzą największe kontrowersje, bo trudno je mierzyć obiektywnym testem. A przecież dla wielu jest to absolutnie kluczowe.

    Przenosząc tę debatę na grunt polski, łatwo sobie wyobrazić podobny dylemat. Jak wyglądałby test „na polskość”? Z pewnością obejmowałby znajomość języka polskiego, w mowie i piśmie. Tu jednak pojawia się poważny problem: czy można stworzyć jeden test dla wszystkich kandydatów, niezależnie od ich językowego zaplecza? Choć znajomość języka wydaje się mierzalna, to sprawność komunikacyjna wygląda odmiennie w zależności od tego, jaki jest język ojczysty imigranta. Inne trudności napotyka natywny użytkownik języka chińskiego, gdzie system tonalny i brak fleksji tworzą barierę na poziomie wymowy i gramatyki; inaczej radzi sobie Fin, którego język ojczysty jest bliski strukturze aglutynacyjnej, a jeszcze inaczej Niemiec, który ma doświadczenie z językiem fleksyjnym i podobnym alfabetem. Poprawność wymowy, akcentu czy fleksji w polszczyźnie nie będzie więc rozkładać się równomiernie – dla jednych barierą będą końcówki deklinacyjne, dla innych głoski szeleszczące i zbitki spółgłoskowe. Wymaga to namysłu, czy jeden uniwersalny test rzeczywiście oddaje kompetencje językowe w sposób sprawiedliwy i czy nie prowadzi do niezamierzonych nierówności.

    Polski test powinien zawierać także elementy wiedzy o ustroju państwa: jak funkcjonuje parlament, samorząd, system prawny. Nie mogłoby zabraknąć historii – od Konstytucji 3 maja, przez rozbiory i walkę o niepodległość, po doświadczenia XX wieku. Do tego podstawowe tradycje kulturowe i symbole narodowe: hymn, flaga, święta państwowe, ale także te codzienne, jak wigilia czy zwyczaje regionalne. Wreszcie, równie ważne jak wiedza byłoby rozumienie wartości – wolności, tolerancji, solidarności – które konstytuują demokratyczne państwo.

    Sednem problemu jest jednak nie sam zakres materiału, lecz pytanie o sens takich testów. Czy mają one pomagać w integracji, czy raczej służą do selekcji? Konflikt w Szwecji między rządem a światem akademickim pokazuje, że uniwersytety obawiają się instrumentalizacji swojej misji: zamiast być miejscem dialogu i edukacji, mogłyby stać się narzędziem władzy, ustalającym, kto zasługuje na miano obywatela. I tu właśnie ujawnia się największa stawka: obywatelstwo nie jest jedynie paszportem czy formalnym dokumentem. To przede wszystkim wspólnota polityczna, która decyduje, kto jest „wewnątrz”, a kto pozostaje „na zewnątrz”. Dlatego spór o testy obywatelskie jest w gruncie rzeczy sporem o granice demokracji. Jak takie testy odnoszą się do pojęcia zaangażowania politycznego według np. Hannah Arendt?

  • Chochole referendum

    Chochole referendum

    Wizualizacja wydrążonego człowieka (lic. Depositphotos)

     

     

    Partia Jarosława Kaczyńskiego doprowadziła język polski do stanu, który śmiało można określić chocholim. „Chocholi język polski” to nie jest styl mówienia, to nie jest symbol, tak jak symbolem jest chochoł w „Weselu” Wyspiańskiego. „Chocholi język polski” to jest estetyczno-moralna jakość publicznego języka w Polsce. Najbliżej chocholemu językowi do nowomowy Orwella i to podobieństwo było już zauważane zwłaszcza przez recenzentów i komentatorów wspaniałego opracowania zacnych autorów „Dobrej zmiany” Katarzynę Kłosińską i Michała Rusinka (Dobra zmiana, czyli jak się rządzi światem za pomocą słów, Znak, Kraków 2019). No bo faktycznie ten język jest — tak jak u Orwella — językiem manipulacji. Różnicą jednak zasadniczą jest to, że totalitarna władza nowomowy Orwellowskiej rozwija się w warunkach monopolu publikacyjnego, zaś „chocholi język” istnieje jeszcze w kontekście wielogłosowości i polifonii nadawców kodów. Jednak najważniejszą cechą charakterystyczną jest odwracanie znaczeń i ich wydrążenie.

     

    [Wiem, że filozoficznie, zwolennicy dekonstrukcji mogą powiedzieć, że stałość znaczeń jest fikcją. Ale filozoficznie nie zgadzam się z tezą nieskończoności kontekstu Derridy. Bliżej jest mi do Hannah Arendt czy Paula Ricoeura, którzy jednak konteksty ograniczali.]

     

    Moją próbę charakterystyki języka formacji mentalnej „chocholego języka” opieram na inspiracji tekstem przekładu Czesława Miłosza świetnego i wizyjnego poematu T. S. Eliota:

     

    WYDRĄŻENI LUDZIE

     

    Pan Kurtz —  on umrzeć

     

    A penny for the Old Guy

     

    I

    My, wydrążeni ludzie

    My, chochołowi ludzie

    Razem się kołyszemy

    Głowy napełnia nam słoma

    Nie znaczy nic nasza mowa

    Kiedy do siebie szepczemy

    Głos nasz jak suchej trawy

    Przez którą wiatr dmie

    Jak chrobot szczurzej łapy

    Na rozbitym szkle

    W suchej naszej piwnicy

     

    Kształty bez formy, cienie bez barwy

    Siła odjęta, gesty bez ruchu.

    (Eliot, Wybór poezji, Wrocław i in., Ossolineum, 1990, s. 157)

     

    Uważam ten przekład autorstwa Miłosza, Eliotowego „The Hollow men” z 1925 roku za bardziej poetycki od przekładu może wierniejszego pt. „Próżni ludzie” Andrzeja Piotrowskiego.

     

    „Nie znaczy nic nasza mowa”. Fake mowa to chochola mowa. Tak jak fake-referendum. W przypadku właśnie uchwalonego głosami PiS et consortes, referendum wyborczego zgadzam się z profesorem Radosławem Markowskim, który nazywa to referendum, referendum wstydu. (https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/polska/rados%C5%82aw-markowski-referendum-wstydu/ar-AA1fmYB4)

     

    Markowski podaje przekonujące argumenty politologiczne i socjologiczne za Maxem Weberem. Ale mnie głównie interesuje język. Bo pytania zadawane w uchwale o referendum są pseudopytaniami, bowiem za dużo sugerują swoim układem i nacechowaniem. Te pytania są wielką manipulacją.

     

    Neutralne pytanie w referendum powinno być sformułowane tak, aby nie wywierało wpływu na odpowiedź wyborcy poprzez język czy ton. Wyrażenia takie jak „nielegalni imigranci” czy „przymusowy mechanizm relokacji” mogą prowokować określone emocje. Podobnie jak „wyprzedaż majątku”, czy niesławna „biurokracja europejska”.

     

    Bardziej zneutralizowane sformułowanie, — jeśli merytorycznie byłoby to zasadne —choć wiadomo powszechnie, że to fałszywa przesłanka — brzmiałoby na przykład tak:

     

    „Czy zgadzasz się na przyjęcie określonej liczby uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki w ramach proponowanego planu relokacji Unii Europejskiej?”

     

    Takie sformułowanie nie zawiera emocjonalnie obarczonych

     słów ani fraz, które mogłyby wpłynąć na decyzję wyborcy. Oczywiście, może być konieczne dostarczenie dodatkowego kontekstu lub informacji, aby wyborcy mieli pełne zrozumienie tego, na co głosują. Dlatego potrzebna byłyby liczne debaty, akcje edukacyjne, dostarczające kontekstów i wiedzy. Referendum to nie jest tylko pytanie o opinię, to w założeniu narzędzie demokracji bezpośredniej.

     

    Miłosz przekłada poemat Eliota, który stał się moją inspiracją dalej:

     

    Więc okrążajmy kaktus nasz

    Kaktus nasz kaktus nasz

    Więc okrążajmy kaktus nasz

    O piątej godzinie rano

     

    Pomiędzy ideę

    I rzeczywistość

    Pomiędzy zamiar

    I dokonanie

     

    Pada Cień

     

    Nie chcę brzmieć apokaliptycznie, a taka była intencja poematu Eliota-Miłosza. Mam nadzieję, że ten absurdalny chocholi język zostanie powstrzymany, nie można marzyć o tym, żeby zniknął, ale jego wpływ na polską rzeczywistość jest przemożny teraz i niszczący: wydrążona została konstytucja, wydrążona sprawiedliwość, wydrążone prawo, wydrążone sądy. Wydrążono referendum… jedynym sensownym zachowaniem wobec chocholego tańca tych wydrążonych ludzi jest zignorowanie go i śmiech… przecież to nie jest żaden symbol, to nie jest żadna świętość. Śmiejmy się pełną piersią. Bo to chocholi miś Stanisława Barei z 1980.

    PS. 20 sierpnia 2023 artykuł pod zmienionym tytułem ukazał się w Gazeta Wyborcza Prof. Płuciennik o „referendum wstydu”: Język PiS jest językiem manipulacji

  • Styl debaty publicznej ministra oświecenia publicznego (edukacji i nauki)

    Styl debaty publicznej ministra oświecenia publicznego (edukacji i nauki)

    Rysunek szubienicy ze znakiem zapytania (fot. lic. Depositphotos)

    Głośna ostatnio stała się sprawa doradcy społecznego pana Przemysława Czarnka, panującego nam niemiłościwie Ministra Edukacji i Nauki. Ów doradca społeczny, zamieścił na swoim aktywnym koncie Twitterowym grafikę z szubienicą autorstwa sygnowanego jako „Dolny Mokotów”, na tej grafice jest żółtawo-szara szubienica i napis na niebieskim tle „Pamiętaj”(większymi wersalikami) „jak skończył Emil Czeczko” (mniejszymi wersalikami). Nad tą grafiką jest odautorski tekst samego doradcy ministra: „Przesłanie dla wszystkich zdrajców Polski” [potem dużo tzw. światła, jakby nowy akapit, a następnie małymi literami] „tusków, lisów, giertychów, budków, lasków, matczaków, kohutów itp.”

    Pikanterii dodaje sprawie fakt, że Marek Kuna jest rzecznikiem prasowym Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Lublinie. Inkryminowny ćwierk po jakimś czasie zniknął, a pojawił się nowy: „Z prywatnego konta usunąłem wpis, w którym na przykładzie wskazałem, co robią obce służby z zrekrutowanymi i wykorzystanymi agentami. Tyle! Reszta to nadinterpretacja i manipulacja. Urażonych przepraszam”. Według informacji ministra Czarnka, doradca podał się do dymisji (doradca społeczny???). I sprawy dla ministra nie ma, co więcej zapowiada procedowanie ponowne tzw. lex Czarnek, prawa zawetowanego przez PAD. „Ta ustawa jest ogromnie potrzebna, żeby chronić polskie dzieci w wielkich miastach przed demoralizacją i deprawacją. I tyle.”

    Poza aspektami czysto językowo-semiotycznymi zastanawia mnie także przyczyna „dymisji” doradcy: bo ćwierk wyjaśniający Kuny świadczy o tym, że mógł np. zdradzić jakąś tajemnicę państwową, a teraz odwraca kota ogonem twierdząc, że wieszają agentów „obce służby”, „bo przecież nie nasi…”

    Zastanawia mnie także podobieństwo prowadzenia tzw. debaty zarówno przez doradców, jak i samego ministra. O tym świadczy podobieństwo stylistyczne, kończenia wypowiedzi „kategoryczną kropką: „I tyle.”” Szafowanie słowami takimi jak „agent”, czy „zdrajca” (a także przez lepiej ale ciągle źle wykształconych: „zaprzaniec”) w odniesieniu do publicznie znanych osób jest tak samo niedopuszczalne w cywilizowanej przestrzeni publicznej, jak i mówienie o tym, że ludzie nazywani skrótem LGBT to nie są ludzie. Porównanie tych niby mnogich tusków i budków do ewidentnego zdrajcy i renegata, tudzież dezertera jest zniesławiające, ale szubienica z grafiki to już przecież groźba karalna w wykonaniu (prawie?) urzędnika państwowego, taka sama, jak odmawianie równego traktowania „nieludziom” przez Czarnka. Jeśli Minister nie akceptuje takiego prowadzenia debaty publicznej w wykonaniu Kuny, jak sam twierdzi, to przecież dotyczy to stylu prowadzenia tej debaty przez niego samego. Ustawa ma wedle niego „chronić polskie dzieci w wielkich miastach przed demoralizacją i deprawacją. I tyle.” Jaki doradca taki minister. Co jest demoralizacją i deprawacją? Dla mnie raczej pozbawianie cnót obywatelskich polskich uczniów i rodziców, którzy nie będą mięli nic do powiedzenia, bo o wszystkim mają decydować kuratorzy „z carskiego nadania”. Deprawacją dla mnie jest tępa propaganda w postaci przedmiotu o nazwie HiT, Historia i Teraźniejszość. Minister „rozumowi bluźni”, powinien już dawno podać się do dymisji, a nie jego doradca, którego przecież mianuje minister.

    Parafrazując starca z ballady Mickiewicza:

    „Doradca społeczny duby smalone bredzi,
    A Czarnek rozumowi bluźni”.

    Czy ktoś tak nieracjonalny może zajmować się edukacją i nauką?

    I tyle… tylko tyle…reszta jest milczeniem

  • Zmarł obrońca żarliwości

    Zmarł obrońca żarliwości

    W niedzielę 21 marca 2021 odszedł Adam Zagajewski.

    Adam Zagajewski w Kulturhuset w Sztokholmie 25 lutego 2014 w związku z wręczeniem nagrody Tucholsky’ego, zdjęcie Frankie Fouganthin (Frankie Fouganthin, CC BY-SA 4.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0, via Wikimedia Commons)

    Adama Zagajewskiego spotkałem osobiście tylko raz — niestety także w okolicznościach śmierci — na pogrzebie Karla Dedeciusa we Frankfurcie 8 marca 2016 r., na którym zmarły wczoraj poeta wygłosił mowę pożegnalną. Potem mignęliśmy sobie jakoś, kiedyś, w ogródku jego inteligenckiej kawiarenki krakowskiej i chyba gdzieś na jakiejś manifestacji ulicznej mignął mi przez chwilę…

    Profesjonalnie mam dwa skojarzenia: manifesty Nowej Fali, której był członkiem, wpłynęły na moje postrzeganie zaangażowania poezji. Poezja musi ocalać. Także przez miłość języka. Przez filologię. Paradoksalnie ta miłość języka była umiłowaniem prawdy.

    Potem po obronie swojego doktoratu na temat kategorii wzniosłości przeczytałem wydaną w 2002 r. „Obronę żarliwości” Zagajewskiego. Nie rozumiałem — już jako doktor nauk humanistycznych — jego rozważań, bo do nich trzeba dorosnąć, trza nam zapragnąć realnych wymiarów „Chleba i wina” z elegii Hölderlina. Dzisiaj nadal pewnie będę medytował nad jego teorią żarliwości-wzniosłości, jako nad tym, co upewnia nas w pozostawaniu „pomiędzy”, w obszarze metaxu, pomiędzy „naszym (jak sądzimy) dobrze znanym, konkretnym, materialnym otoczeniem — a transcendencją, tajemnicą.” (Obrona 15) „Jesteśmy zawsze »pomiędzy» i w pewnym sensie w naszym ciągłym ruchu zawsze zdradzamy drugą stronę.” (15)

    Pod koniec tego tytułowego eseju „Obrona żarliwości” pisze on o Czesławie Miłoszu i jego nadzwyczajnej zdolności i energii poetyckiej, biorących się z „tego, że kondycję metaxu potrafił […] przekształcić w życiodajne pielgrzymowanie, w zajęcie dla pisarza-długodystansowca.” W ostatniej książce, opartej w dużej mierze na swoich tzw. wykładach łódzkich, Olga Tokarczuk rozwija pięknie pisarską teorię „metaxu”. I jest bardzo w tym przekonująca.

    W końcowym eseju tomu „Obrona żarliwości” pt. „Pisać po polsku” Zagajewski odnosi się do tego podstawowego swojego wyboru pozostania na gruncie polskiego języka i polskiej kultury. Wskazuje w nim zarówno doświadczenia pokolenia swoich rodziców — tych, co to przeżywali wojnę i musieli uciekać ze zniszczonych albo utraconych inaczej miast i miasteczek — jak również odnosi się do indywidualnego doświadczenia pisarza, który jest sam… „Świadkiem jego poszukiwań nie są ani urzędy paszportowe. Ani uniwersyteccy specjaliści od gramatyki, tylko słońce i śmierć, dwie potęgi, którym, jak powiedział La Rochefoucauld, nie możemy patrzeć w twarz.” Nie mogę teraz patrzeć na Ciebie Adamie Zagajewski, choć mogę Cię czytać. Jeśli Ty żegnałeś Gigantów języka polskiego, to kim Ty byłeś? Czytałem Cię w dzieciństwie, a raczej wsłuchiwałem się w Twoją dykcję, bo przecież nie chciałeś tworzyć wielkich metafor. Byłeś za prawdą i życiodajnym pielgrzymowaniem… Słońcem i… życiem.

    Pióro Feniksa, mityczny, święty ptak ognisty – symboliczny w mitologii egipskiej i religii chrześcijańskiej (fot. Depositphotos)

    PS. 22 marca 2021 pożegnanie to ukazało się w Gazeta Wyborcza

  • Patriotyczne wychowanie a kompetencje przyszłości

    Patriotyczne wychowanie a kompetencje przyszłości

    Odbyło się posiedzenie podkomisji jakości kształcenia Komisji Edukacji i Nauki Sejmu. Patriotyczne wychowanie a kompetencje przyszłości

    Drabina edukacji

    6 lutego 2021 r. (piątek) o g. 10.00. odbyło się w Sejmie RP posiedzenie Podkomisji stałej do spraw jakości kształcenia i wychowania Komisji Edukacji i Nauki. Posiedzenie prowadzone było hybrydowo, z wykorzystaniem środków komunikacji elektronicznej umożliwiających porozumiewanie się na odległość.

    W porządku dziennym były tylko 2 punkty:

    Porządek dzienny:

    I. Rozpatrzenie Informacji Ministra Edukacji i Nauki na temat kształtowania postaw patriotycznych i obywatelskich w podstawach programowych, ze szczególnym uwzględnieniem nauczania historii i wiedzy o społeczeństwie.

    II. Rozpatrzenie Informacji Ministra Edukacji i Nauki na temat działań w zakresie rozwoju kompetencji uczniów.

    W posiedzeniu uczestniczyli nie tylko posłowie Katarzyna Lubnauer (bardzo aktywna przewodnicząca komisji), Piotr Borys, Barbara Nowacka i Krystyna Szumilas, ale także strona obywatelsko-ekspercka:

    Marek Gumkowski, Otwarta Rzeczpospolita – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii, 

    Finka Heynemann, Grupa Ponton,

    Iga Kazimierczyk, Fundacja Przestrzeń dla Edukacji,

    Antonina Lewandowska, Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, federa@astra.org.pl

    Mirosław Michalski, Stowarzyszenie KOD,

    Alicja Pacewicz, Fundacja Szkoła z Klasą,

    Elżbieta Piotrowska-Albin, Fundacja Edukacji Prawnej „Iustitia”,

    Magdalena Plewowska-Semik, Fundacja im. Bronisława Geremka,

    Elżbieta Czyż, Helsińska Fundacja Praw Człowieka,

    Jarosław Płuciennik, Uniwersytet Łódzki,

    Róża Rzeplińska, Stowarzyszenie 61

    Piotr Szafraniec, Stowarzyszenie KOD,

    Jędrzej Witkowski, Centrum Edukacji Obywatelskiej,

    Mateusz Wojcieszak, Fundacja Pole Dialogu,

    Damian Wutke, Otwarta Rzeczpospolita – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii.

    Kilka słów należy poświęcić kuriozalnym elementów przesłanych wcześniej informacji:

    Na przykład jako innowacyjne są przedstawiane takie projekty:

    „W 2020 w r. uzupełniono projekt edukacyjny Ministra Edukacji Narodowej „Godność, wolność, niepodległość” na lata 2018-2020 o zadanie związane z dziedzictwem kulturowym Jana Pawła II.

    Pomnik Jana Pawła II

    Na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej, w ramach uzupełnienia projektu edukacyjnego Ministra Edukacji Narodowej „Godność, wolność, niepodległość” na lata 2018-2020, Ośrodek Rozwoju Edukacji opracował i zaimplementował na Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej dodatkowy moduł gry edukacyjnej “Godność, wolność i niepodległość” pn. ”Dziedzictwo kulturowe Jana Pawła II”, powstały w związku z 100. rocznicą urodzin Jana Pawła II. Istotą gry są zawarte w niej misje powstałe w oparciu o biografię Wielkiego Polaka Jana Pawła II. Konstrukcja gry, podobnie jak w pierwszym module, podzielona jest na trzy etapy edukacyjne i składa się z 18 misji 1) Klasy I-III Szkoły podstawowej, misje:

    − “Dziedziństwo Karola”

    − “Szkolne lata Karola”

    − “Rodzinne spotkania”

    − “Zainteresowania Jana Pawła II”

    − Habemus Papam”

    − “Polska Jana Pawła II”

    2) Klasy IV -VIII Szkoły podstawowej, misje:

    − “Karol Wojtyła -aktor i orator”

    − “Droga Karola Wojtyły z Wadowic do Watykanu”

    − “Miasta Papieża Jana Pawła “

    − “ Pontyfikat Jana Pawła II”

    − “ Papież świadkiem historii”

    − “Papież w anegdocie”

    3) Szkoły ponadpodstawowe, misje:

    − “Papież a Polacy pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny do 1989 r”

    − “Papież a Polacy pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny po 1989 r”

    − “Przyjaźnie Jana Pawła II. Wizyty w Watykanie i Castel Gandolfo”

    − “Duchowe filary polskiego Kościoła w XX w.”

    − “Papież a młodzi – Światowe Dni Młodzieży”

    − “Biblioteka Jana Pawła II. Spotkanie z twórczością Papieża.”

    W drugim dokumencie kuriozalne jest na przykład zawężanie innowacyjności do informatyki:

    „Zmiany, które zapewniły uznanie Polski przez edukacyjne środowisko międzynarodowe za lidera w zakresie innowacyjnego podejścia do nauczania są szczególnie widoczne w przypadku informatyki. Od roku szkolnego 2017/2018:

    • nauka szeroko rozumianego programowania jest obowiązkowa od klasy I szkoły podstawowej;

    • zwiększona została liczba godzin informatyki (o 70 godzin w całym okresie kształcenia);

    • zajęcia informatyki, realizowane w szkołach wg nowych programów nauczania, służą rozwijaniu myślenia komputacyjnego* (ang. computational thinking), czyli przygotowaniu uczniów do rozwiązywania problemów z różnych dziedzin życia/gospodarki/nauki przy świadomym i bezpiecznym wykorzystaniu metod i narzędzi, w jakie wyposaża informatyka;

    • w myśl nowej podstawy programowej informatyka ma być przedmiotem pomocnym wszystkim przedmiotom i całej szkole w kształtowaniu umiejętności rozumowania, analizowania i rozwiazywaniu problemów.”

    Kreatywność i krytyczne myślenie to trudne pojęcia

    To są tylko przykłady dwóch cytatów, ale takich kwiatków jest więcej. Uderza w tym wszystkim brak całościowej wizji, w której wychowanie patriotyczne i historyczne łączyłyby się z jednej strony z kompetencjami społecznymi ważnymi dla współczesności, europejskiej i światowej, jak i brak wizji integrującej, jak te kluczowe kompetencje mają się do kompetencji ważnych dla szkolnictwa wyższego. A przecież złączono niedawno ministerstwo Edukacji i Nauki i coś z tego wynikać powinno. Innymi słowy: w jaki sposób rocznicowe akademie oraz wycieczki patriotyczne na kresy mają kształtować kluczowe kompetencje przyszłości potrzebne na uczelniach wyższych? Chodziłoby o takie kompetencje jak kreatywne myślenie, krytycyzm jako podstawa postawy obywatelskiej, umiejętność kooperacji w grupie wielokulturowej, przyjmowania w grupie różnych funkcji.

    W odpowiedzi ministerstwo zawęziło ponownie krytyczne myślenie do kontekstu korzystania z informacji na informatyce. Zagadnienia tak istotne dla współczesności jak fake newsy czy post-prawda zostały zmarginalizowane do zagadnień informatycznych, jak korzystać z przeszukiwania w internecie.

    A co z historią? Z WOŚP? Z językiem polskim? Czy tam to można mówić: „Słowacki wielkim poetą był?”, a „Dmowski i Piłsudski byli wielkimi postaciami historycznymi” i nic więcej?

    Koncepcja krytycznego myślenia – bardzo skomplikowana

    Umiejętność pracy w grupie, różnych grupach, nowych grupach była kiedyś wspierana przez gimnazja, przez które także wspierano mobilność nie tylko przestrzenną, ale także mobilność społeczną, z awansem społecznym. Eksperci społeczni wskazywali na braki w projektach ministerialnych elementów wychowania obywatelskiego, nauki tolerancji, empatii, pracy w grupie w różnych rolach społecznych. Dużą troską napawały braki ministerialnej refleksji nad wykluczeniem społecznym (także cyfrowym), agresją czy nierównością.

    Praca zespołowa też jest trudna

    Spośród ekspertów społecznych z Łodzi głos zabierali Jarosław Płuciennik i Mirek Michalski.

    Jarosław Płuciennik i Mirosław Michalski

    Autorzy podczas posiedzenia komisji – zrzuty ekranu
  • Nowe słowo ‚ekobójstwo’ a polskie prawo i sprawiedliwość

    Nowe słowo ‚ekobójstwo’ a polskie prawo i sprawiedliwość

    Jakoś nie dziwi mnie, że w polskim piekiełku pewne sprawy umykają i przechodzą bez echa, w końcu dzieje się w Polsce dużo spraw lokalnych, ale ważnych ogólnoludzko, bo demokracja i służba zdrowia, bo prawa kobiet i prawa obywateli w ogólności to są sprawy ważne, zarówno lokalnie jak i globalnie. Ale moją uwagę ostatnio zwróciła publikacja europejska pt. List otwarty pt. „Stawcie czoło kryzysowi klimatycznymi” , który już podpisało prawie 130 000 osób, w tym 320 naukowców, w sumie z 50 krajów. List jest firmowany przez młode i bardzo młode (ok. dwudziestoletnie, ale także jeszcze nastolatki) aktywistki klimatyczne, liderki tzw. szkolnego strajku dla klimatu Luisę Neubauer, Gretę Thunberg, Anunę de Wever van der Heyden, oraz Adélaïde Charlier (Belgijki, Niemka i Szwedka).

    Jestem sygnatariuszem tego listu otwartego, zdjęcie można właśnie otagować #facethecimateemergency na stronach listu, tam też można go podpisać. Zdjęcie JP.

    List jest adresowany do światowych przywódców i dotyczy w bardzo istotny sposób języka. Język kształtuje naszą rzeczywistość, bo rzeźbi naszą percepcję, decyduje o tym, co postrzegamy za naturalne, co rzuca nam się w oczy. Język decyduje także o tym, jak się zachowujemy i jak działamy.

    W pierwszym zdaniu tego listu znajdziemy właśnie apel o zmianę języka i percepcji:

    Musisz [musicie] przestać udawać, że możemy rozwiązać kryzys klimatyczny i ekologiczny, nie traktując go jako kryzysu”.

    Najpierw więc trzeba zobaczyć to, do czego język odnosi: kryzys, przesilenie, punkt krytyczny. W drugim akapicie jest postulat podnoszony już od lat 70-tych: „Stań się rzecznikiem uczynienia ekobójstwa zbrodnią międzynarodową przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym (w Hadze, Niderlandy).”

    Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze fot. Hypergio, CC BY-SA 4.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0, via Wikimedia

    Słowo ekobójstwo jest stosunkowo nowym słowem zbudowanym na wzór angielskiego genocide, czyli ludobójstwa (na podst. gr. genos γένος ‚lud, rasa, ludzie’ oraz łac. caedere ‚zabić’). Konwencja o ludobójstwie istnieje od 1948 r. przyjęta przez ONZ. Ludobójstwo jest międzynarodową zbrodnią ściganą przez międzynarodowy Trybunał: ludobójstwo Rosji na Ukrainie (hodomor), ludobójstwo Żydów (Holokaust), czy ludobójstwo Ormian.

    Czy słowo ekobójstwo czeka podobny los do ludobójstwa? Jak można to słowo krótko zdefiniować? „Ekobójstwo to kryminalizowana działalność człowieka, która narusza zasady sprawiedliwości środowiskowej, np. poprzez znaczne niszczenie lub zniszczenie ekosystemów lub szkodzenie zdrowiu i dobrostanowi gatunków naturalnych (w tym ludzi). Ekobójstwo nie zostało jeszcze zaakceptowane przez ONZ jako przestępstwo podlegające karze międzynarodowej. (Podaję za White & Heckenberg. Green Criminology: An Introduction to the Study of Environmental Harm, Routledge, 2014, pp 45-59. zob. Wikipedia)

    Co ciekawe, koncepcja ekobójstwa jako międzynarodowej zbrodni powstała w latach 70-tych XX wieku po użyciu tzw. „czynnika pomarańczowego” przez Stany Zjednoczone podczas wojny w Wietnamie: jego użycie zdewastowało miejscową ludność i przyrodę.

    Helikopter amerykański atakuje wietnamską roślinność tzw. czynnikiem pomarańczowym. Zdjęcie w domenie publicznej: US Army – https://www.vietnam.ttu.edu/virtualarchive/items.php?item=VA042084 Item Number: VA042084

    Jak podaje Miron Kądziela, „obecnie istnieją już przepisy dotyczące ekobójstwa, lecz jedynie na poziomie lokalnym. Przestępstwo to uznaje np. Gruzja, Ukraina, Ekwador, Wietnam czy Rosja. Trwają prace nad uznaniem ekobójstwa także we Francji. […] Idea ekobójstwa rozprzestrzenia się więc po świecie i traktowana jest poważnie przez szereg rządów.

    Profesor z Uniwersytetu w Liverpoolu i autor książki „Ekobójstwo: zabij korporację, zanim ona nas zabije” (Manchester University Press 2020), Richard Whyte mówi: – Naprawdę ważna jest zmiana naszego języka i sposobu, w jaki myślimy o tym, co szkodzi planecie – powinniśmy przeforsować tę zbrodnię ekobójstwa – ale to niczego nie zmieni, chyba że jednocześnie zmienimy model kapitalizmu korporacyjnego.

    okładka książki Davida Whyte’a pt. Ecocide (2020)

    Od wystąpienia papieża Franciszka po liczne apele Grety Thunberg tworzy się dobra atmosfera dla uznania przestępstwa „ekobójstwa” w międzynarodowym prawie karnym, ale czy takie prawo mogłoby kiedykolwiek zadziałać?

    W grudniu 2019 r. Przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze ambasador Vanuatu przy Unii Europejskiej złożył właśnie taką radykalną propozycję: „uczyńcie niszczenie środowiska przestępstwem”. Trzeba go zrozumieć, Vanuatu to małe państwo wyspiarskie na południowym Pacyfiku, państwo poważnie zagrożone podnoszącym się poziomem mórz. Zmiana klimatu to nieuchronny i egzystencjalny kryzys w tym kraju, ale działania, które spowodowały wzrost temperatur, takie jak spalanie paliw kopalnych, prawie w całości miały miejsce gdzie indziej, aby służyć innym narodom.

    Warto zwrócić uwagę, że Gretą Thunberg sygnując omawiany List otwarty do wielkich tego świata kontynuuje tym samym szwedzką kilkudziesięcioletnia tradycję: w 1972 r. na konferencji ONZ w Sztokholmie w sprawie środowiska człowieka, (wtedy powstała Deklaracja Sztokholmska), premier Szwecji Olof Palme w swoim przemówieniu otwierającym konferencję mówił o wojnie w Wietnamie jako ekobójstwie. Jego wystąpienie poparła także Indira Gandhi.

    W Polsce politycy nie rozumieją słowo ludobójstwo, bardzo często go nadużywając, traktując jako metaforę. Tak właśnie traktuję uchwałę polskiego Sejmu z 2009 r. o tzw. rzezi wołyńskiej.

    Czy słowo ‚ekobójstwo’ ma w Polsce lepsze szanse?

    Jak podaje Gazeta Wyborcza dzisiaj (3 lutego 2020): „Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry ogłosiła, że nie poparła przyjętej we wtorek rządowej uchwały o polityce energetycznej do 2040 r. Zakłada ona przyspieszoną eliminację węgla i rozwój OZE oraz energetyki jądrowej.

    Oczywiście, żadna siła opozycyjna jakoś nie odnosi się do tego, a przecież o ekobójstwie nie tylko mówią i piszą młodzi (przyszłość świata i Polski, jak świadczy o tym tzw. Strajk kobiet), ale także „starzy”, tacy jak papież Franciszek. Nowe słowa w Polsce to także katastrofa klimatyczna, coraz częściej używana przez Polaków. Czy ekobójstwo ma szansę zmienić nasz język, naszą percepcję i nasze działanie?

    TORONTO, CANADA – 7 września, 2019: globalny strajk dla klimatu i marsz dla sprawiedliwości klimatycznej (fot. lic. Deposithotos)

    Jednym z haseł, które znalazłem w omawianym liście młodych aktywistek klimatycznych jest „Strzeż i chroń demokrację.” Demokracja to także dbałość o środowisko naturalne, ludzie muszą wziąć te sprawy w swoje ręce. Nadzieja jest w młodych, ale czy polscy politycy nie powinni się od nich czegoś uczyć? Nie powinni się wsłuchiwać w ich głos? To idzie przyszłość, albo jej brak. Osiem gwiazdek na razie dotyczy PiS i akolitów, potem może być także odniesione do innych…

    PS. 4 lutego w trochę innej formie ten wpis ukazał się jako artykuł w Gazecie Wyborczej. [tutaj]

  • Filozofia i kultura „wypierdalać”

    Filozofia i kultura „wypierdalać”

    Wulgaryzmy i życie społeczne, wulgaryzmy i kultura.

    Może ktoś mało zorientowany potraktowałby mój tytuł jako jakiś bardzo na czasie tekst publicystyczny. Ja jednak dzisiaj zamierzam całkiem serio potraktować ten temat. Skłania mnie ku temu sporo kulturoznawczych przesłanek, tudzież przyczynków z filozofii etyki, filozofii języka i filozofii manipulacji umysłowej.

    Ilustracji złożoności ludzkiego umysłu… (fot. Depositphotos)

    Słowo „wypierdalać” jest oczywiście wulgaryzmem i jako takie nie ma prawa znaleźć się na salonach wykształconych elit, jak i w przestrzeni publicznej, to znaczy np. w mediach publicznych. W tych dyskursach z dawien dawna wulgaryzmy kropkowano, pozostawiając je domysłom odbiorców. Ale czy na pewno? Czy na pewno elity umysłowe nie używają wulgaryzmów? A czy na pewno elity władzy nie używają wulgaryzmów?

    Mam wrażenie, iż arystokraci umysłu i krwi, tacy jak Stanisław Ignacy Witkiewicz czy Witold Gombrowicz mogliby stać się patronami filozofii „wypierdalać”. Ale nie to będzie głównym tematem mojego wpisu dzisiaj.

    Stanisław Ignacy Witkiewicz, autoportret z 1938 r. Domena publiczna przez Wikimedia Commons

    Przy okazji bardzo ciekawej książki „Mindf*ck”, autorstwa Christophera Wyliego, natknąłem się na filozofa, etyka i krytyka społecznego Colina McGinna, który kilkanaście lat temu pisał na temat krytyki umysłowej manipulacji, czyli „mindfuckingu”. [Colin McGinn. Mindfucking : A Critique of Mental Manipulation. Stocksfield [U.K.]: Routledge, 2008.]

    W internecie znaleźć można definicję tego nieładnego słowa jako „wulg. stan wyprowadzenia z równowagi, zmylenia lub manipulacji umysłem innej osoby” etymologia z ang. mind + fuck — to drugie oczywiście jest wprost wulgaryzmem, zastępowanym często przez polskich tłumaczy amerykańskich filmów jako „wypieprzać, wysuwać, wynosić się” itp.

    Jednak „mindfucking” jako modne ostatnio słowo miało swój odpowiednik także u filozofa etyki Harry’ego Frankfurta, który napisał rozprawkę na temat filozofii bździn mentalnych, czyli „bullshit”. Co prawda na ks. Tischnera autor się nie powołuje, ale jest on tutaj jak najbardziej relewantny ze swoim powiedzeniem, że „są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”. (Historia filozofii po góralsku)

    Mindfucking wedle amerykańskiego filozofa etyki, Collina McGinna, to nie jest kłamanie, raczej należałoby wulgarnie powiedzieć: mentalne wypieprzenie, albo jeszcze lepiej „wyruchanie mentalne” i w tym samym sensie, mogłoby istnieć mentalne „wyjebanie”, jak i „mentalny jebaka”. Jako przykład takich „wyprowadzeń z równowagi” albo „szoków” są przywoływane takie fundamentalne filozofie nauki jak „zwrot paradygmatu” Thomasa Kuhna, czy teoria względności Eistneina. To są właśnie takie „szokowe terapie” umysłu. Z niedawnych teorii autor wymienia także memetykę Dawkinsa jako taki zwrot od genetyki do kultury, czyli przejście paradygmatyczne od „fucking” do „mindfucking”, oraz do “sztuki mindfuckingu” (tudzież nauki mindfuckingu)

    Albert Einstein swobodny portret (lic. Depositphotos)

    Zasadnicze jądro skojarzeń wokół tego „szoku mentalnego” to: „zaufanie, oszustwo, emocje, manipulacja, fałszywe przekonanie i wrażliwość”. Klasyczny przykład dla autora książeczki to Szekspirowski „Otello”, w którym występuje oszust Jagon i zniszczenie „szlachetnego Maura”. To przykład indywidualny takiego „szokowania”, jednak istnieją także odpowiedniki wsparte instytucjonalnie:  „indoktrynacja”, „pranie mózgu”, „propaganda”. Autor pisze: „Rząd lub sekta religijna mogą stosować metody zbliżone do wariackich: wpajają zestaw przekonań, na ogół fałszywych, czasem szalonych, wraz z towarzyszącymi im emocjami, metodami innymi niż racjonalna perswazja: zazwyczaj poprzez odwołanie się do strachu i niepokoju. Doskonałym przykładem musi być średniowieczna koncepcja piekła: strach przed tym, co stanie się po śmierci, był używany do wymuszania i kontrolowania ludzi zgodnie z nakazami kościoła, a podtrzymywaniu iluzji poświęcono skomplikowany system. Faszyzm i sowiecki komunizm również dostarczają oczywistych przykładów: oba odwoływały się do ukrytych uprzedzeń, uraz i lęków, by manipulować ludzkimi umysłami […]. Systematyczne oszustwo, sprzężone z emocjami strachu i nienawiści, wywiera piętno zbiorowego pieprzenia umysłów, a działające w ten sposób systemy polityczne nie są trudne do wyliczenia, chociaż ludzie będą się różnić, w zależności od swoich ideologicznych preferencji, co do tego, jak opisać daną osobę.”

    Dla obu filozofów „bździn mentalnych” i „pieprzenia umysłów” tematy były bardzo poważne, których zarys obaj znajdowali u filozofa z Cambridge Ludwika Wittgensteina.

    Collin McGill pisze: „Czy mówiłem poważnie, czy to tylko wyszukany żart? Tak, mówiłem poważnie, chociaż trudno oprzeć się werbalnemu humorowi związanemu z tak nazwanym tematem. Więc nie, nalegam, to nie jest bzdura: to esej o pieprzeniu umysłów. Jest to traktat o jednym aspekcie natury ludzkiej, aspekcie niosącym znaczenie osobiste i polityczne. Spełni swoje zadanie, jeśli zaalarmuje czytelnika na temat zjawiska, którego należy się wyraźnie uchwycić.”

    Jeśli współcześnie pisze się często o tym zjawisku w całkiem poważnych raportach, takich jak przesłuchiwanego przez wiele godzin przez Kongres USA, Christophera Wylliego, to należy zadać pytanie, jak się to ma do filozofii „wypierdalać”? Wyllie pracował najpierw w Cambridge Analitica, przestał w nim pracować, żeby zaalarmować społeczeństwo. Otóż w ostatnio przetłumaczonej na polski jego książce możemy przeczytać:

    „Steve Bannon, mało znany redaktor naczelny prawicowego portalu Breitbart News, jako jeden z pierwszych dostrzegł możliwość wykorzystania tej nowej rzeczywistości do realizacji swoich politycznych celów. Misja portalu Breitbart News polegała na przeobrażeniu współczesnej amerykańskiej kultury i dostosowaniu jej do nacjonalistycznej wizji publicysty Andrew Breitbarta. Bannon uważał, że jedyną drogą do realizacji tego celu jest ni mniej, ni więcej, tylko wojna kulturowa. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, zdawał sobie sprawę, że nie posiada odpowiedniej broni do wygrania takiej wojny. O ile szykujący się do bitwy generał musi przede wszystkim zapewnić sobie artyleryjską siłę rażenia i dominację powietrzną, o tyle Bannon potrzebował kulturowej siły rażenia i dominacji informacyjnej – zasilanego danymi arsenału, za pomocą którego mógłby podbić serca i umysły Amerykanów. I takiego właśnie arsenału dostarczyła mu nowo powstała firma Cambridge Analytica. Stosując udoskonalone techniki rodem z wojskowych operacji psychologicznych (tak zwane PSYOPS), Cambridge Analytica zapewniła strategiczną przewagę wznieconej przez Steve’a Bannona alt-prawicowej rewolucji. W tej nowej wojnie amerykański wyborca stał się obiektem manipulacji, oszustw i dezinformacji. Prawda została wyparta przez alternatywne narracje i wirtualną rzeczywistość.” [Mindf*ck, Christopher Wylie].

    Christopher Wylie w wywiadzie dla CBSN

    Filozofia ulicy oparta na słowie „wypierdalać” oraz ***** *** jest filozofią nowego pokolenia, które jest już dla PiS i jego akolitów stracone. Widziałem dziesiątki tysięcy młodych ludzi, którzy nie mają problemu z wulgaryzmami w przestrzeni publicznej z dwóch co najmniej powodów: ich definiuje Internet, YouTube oraz seriale Netflixa, w których sporo jest wulgaryzmów, oraz ich definiują „wojny gwiezdne”, „wiedźmin” oraz „matrix”, zaś tam walka o umysł jest chlebem codziennym.

    To pokolenie (mojego starszego syna, licealisty) dzisiaj na ulicach niegdyś wydawało mi się stracone społecznie, bo nie za bardzo im się chciało chodzić na manifestacje KOD-u. Ale po części już w 2016 wskazywałem w różnych wypowiedziach, że poetyka „Murów” Kaczmarskiego, to nie jest poetyka młodych, wychowanych m.in. na hip hopie itp. A „styl”, jeśli tutaj można o czymś podobnym mówić, proponowany przez Kaczyńskiego, Brudzińskiego, Terleckiego, Pawłowicz to jest estetyka na antypodach tego pokolenia. Dlatego ich manify mają zupełnie inną oprawę od KOD-owych i tych przed sądami.

    Strajk kobiet w Łodzi 28.10.20 (fot. JP)

    „Wypieradalać” daje do myślenia. To nie jest banał i zamach. To prawda życia w opozycji do instytucjonalnego „pieprzenia umysłów” przez propagandę, zarówno w mediach rządowych, jak i w rządowym modelu nauczania (vide: obecny Minister Edukacji i Nauki).

    Wypada mi tutaj zacytować wpis na Facebooku akademiczki i pisarki Ingi Iwasiów:

    „Czy wulgarne hasło uderza w godność Uniwersytetu,  nadszarpuje wizerunek uczonej, gorszy społeczeństwo? To śmieszne, absurdalne twierdzenie wynika z traktowania społeczeństwa jako maluczkich, sterownych i łatwych do zmanipulowania. Jest oczywiste, że prawdziwe zgorszenie sieją ci, którzy nie bacząc na stan zdrowia publicznego wypychają nas na ulice – mają te swoje okryte sławą wielce zaawansowanych grupy eksperckie, czyżby nie wiedzieli, że odporność na plucie w twarz się skończyła? Prawdziwym zgorszeniem jest powołanie na Ministra Edukacji i Nauki mizogina i homofoba  z mikroskopijnym dorobkiem. Tak się zrywa komunikację. Nie bójmy się języka tego protestu, sami uczyliśmy, że słowa powinny być adekwatne, że mają moc sprawczą. Uprzejmie zapraszamy na debatę – nie podziała. Pamiętacie retorykę wokół Ustawy 2,0? Podobno poddanej szerokiej ocenie środowiskowej. Jeśli słowa działają, mówmy, piszmy. Bez wulgaryzmów, dowolnym stylem, bo po wietrzeniu będzie za późno.”

    Inga Iwasiów czyta swoją powieść na YouTube

    Z jednej strony: „pieprzenie umysłu” a z drugiej, co? Grzeczne, ależ tak nie można? To nie wypada? Może powinniśmy po francusku. Korci mnie, żeby użyć innego kręgu kulturowego, mianowicie skandynawskiego. Szwedzi w odróżnieniu od  większości europejskich nacji, także Polaków, nie mają w swoim języku najsilniejszych przekleństw odnoszących się do sfery stosunków płciowych. U Szwedów najsilniejsze przekleństwa odwołują się do sfery sakralnej: „Fan ta dig!” Niech Cię diabli! Fy fan!

    witamy w piekle (lic. Depositphotos)

    [Tekst wysłałem 28.10.20 do „Gazety Wyborczej”. Został opublikowany 1 listopada 2020 tutaj]

  • Nowe słowo w Polsce i w angielszczyźnie: plandemia i skamdemia

    Nowe słowo w Polsce i w angielszczyźnie: plandemia i skamdemia

    Nowe słowo w Polsce i w angielszczyźnie: plandemia i skamdemia

    Według Słownika Języka Polskiego

    pandemia to

    1. «epidemia obejmująca swym zasięgiem bardzo duże obszary», inaczej: „nazwa epidemii o szczególnie dużych rozmiarach, obejmującej kraje, a nawet kontynenty.”

    Z greckiego pandemia oznacza „cały lud”, jak podaje „Słownik wyrazów obcych”, pochodzi to słowo od od ‚pandemos’ „powszechny, należący do całego ludu”.

    I to użycie spotykamy najczęściej, ale jest też drugie:

    2. «idealny sojusz wszystkich narodów, żyjących w pokoju i wzajemnej zgodzie»

    To jest zaskakujące użycie, niemal paradoksalne, bo jest też trzecie, bardzo od tego drugiego inne skojarzenie:

    3. pandemonium: piekło, kompletne zamieszanie, chaos, anarchia, sądny dzień, istny koniec świata, ogłuszający zgiełk, tumult.

    Jeden z przydomków Afrodyty to Pandemos jako opiekunki kobiet upadłych, oznaczała także nierządnicę. W „Raju utraconym” Johna Miltona „pandemonium” to stolica piekieł występująca na końcu Księgi I Raju utraconego (1667). Architektem Pandemonium był Mulciber. Demony zbudowały go w około godzinę, ale znacznie przewyższał wszystkie ludzkie pałace i siedziby. Był złoty.

    Upadły anioł, symbol pandemonium (lic. Depositphotos)

    Na stronach „Tajemnice świata” jednak pandemia widziana jest jako fałszywa pandemia, i nazywana jest czasem w sieci „plandemią”: CZARNE CHMURY NAD SIECIĄ 5G PRZYKRYTE FAŁSZYWĄ „PANDEMIĄ” KORONAWIRUSA https://www.tajemnice-swiata.pl/falszywa-pandemia/

    Podobne teorie spotkać można na różnym forach blogerów youtubowych.

    Od II połowy kwietnia 2020 coraz więcej ludzi szuka w sieci Internet wyjaśnienia, co znaczy słowo „plandemia” albo angielskie „plandemic”. Wcześniej oba wyrażenia nie istniały.

    Pisze ostatnio o tym nowym zjawisku The Economist w artykule odredakcyjnych: „Anti-lockdown protests have been hijacked by conspiracy theorists”. The Economist, 6 wrzesień 2020. https://www.economist.com/international/2020/09/06/anti-lockdown-protests-have-been-hijacked-by-conspiracy-theorists.

    Strona The Economist, ilustracja do artykułu o pandemii, zrzut ekranu JP

    Pisze się o plan- i skamdemii, bo zwolennicy spiskowych teorii przejmują rząd dusz nad tymi, którym z jakichś powodów nie podoba(ło) się totalne zamknięcie całego niemal świata w okresie od marca do końca maja 2020 r.  Jak pisze redakcja międzynarodowa The Economist, poglądy tych protestujących są często śmieszne; ale konsekwencje bywają poważne”.

    Zamknięcie (ang. lockdown) stało się poważnym problemem dla całych społeczeństw. Nie ma co z tym dyskutować. W wielu miejscach na świecie stosowano metody na pograniczu prawa, bądź całkiem bezprawne. Przypomnę, jakoś o tym się zapomina, że w Polsce jedne z najdrastyczniejszych ograniczeń wolności obywatelskich (takie jak domowe kwarantanny niemal całego społeczeństwa, zakaz wchodzenia do lasów, zakaz przemieszczania się) wprowadzono z pogwałceniem Konstytucji RP, która wymagałaby w takich sytuacjach wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, konkretnie klęski żywiołowej. Bezprawne były wybory w maju, które się odbyła, a jednak nie odbyły… Dlatego nie dziwi ani trochę opór niektórych obywateli. Choć motywacja tego oporu bywa, niestety, dziwna. I groźna.

    Po wprowadzeniu złagodzenia restrykcji, objawił się opór także na ulicach.

    Jednak faktycznie zaskakuje treść tych protestów na całym świecie: w Rzymie, w brytyjskich miastach, w tym w Edynburgu i Sheffield, w Australii, w tym w Melbourne. Także dziesiątki tysięcy Niemców w Berlinie. W Polsce przeciwko zamknięciu gospodarki protestowali w swoim czasie przedsiębiorcy. Jak wskazuje the Economist w protestach nie ma jednolitości, można powiedzieć, to istne pandemonium: „antyszczepionkowcy”, aktywiści anty-5G protestujący przeciwko inwigilacyjnemu, policyjnemu państwu, antymaseczkowcy, ale także skrajna prawica z flagą dawnego imperium niemieckiego sprzed 1918 r.

    Zgromadzenia naruszały prawo przeciwko zgromadzeniom, bo było na nich np. w Londynie ponad 30 osób.

    Temu wszystkiemu towarzyszy przekonanie, że wirus „„nie jest chorobą zakaźną o dużych konsekwencjach”, ale został wykorzystany w „operacji psychologicznej” mającej na celu zamknięcie gospodarki w interesie wielkich korporacji, takich jak firmy farmaceutyczne i telekomunikacyjne. I w tym kontekście pojawia się właśnie nowe słowo: „plandemiczna epidemia”, pandemia to jest realny i niebezpieczny, ale umyślny spisek niektórych złych ludzi lub rządów, mających na celu zarobienie ogromnych pieniędzy albo narzucenie lub rozszerzenie dyktatury. (Taka opcja będzie też prawdopodobnie w Polsce.)

    To, że niektórzy celebryci i naukowcy przewidywali wystąpienie pandemii (m.in. cytowany przeze mnie Nassim NicholasTaleb, autor bestselerowego „Czarnego łabędzia”), powoduje, że postrzega się ich jako wiedzących więcej, a nawet jako inspiratorów całego zamieszania. Spotkało to Billa Gatesa, współzałożyciela firmy Microsoft i czołowego filantropa. „Według ankiety przeprowadzonej przez YouGov i Yahoo News, ponad jedna czwarta Amerykanów i 44% Republikanów uważa, że Gates chce użyć szczepionki Covid-19 do wszczepienia mikroczipów pod skórę ludzi. Przemówienie, które wygłosił w 2015 roku, w którym argumentował, że „jeśli cokolwiek zabije ponad 10 milionów ludzi w ciągu następnych kilku dziesięcioleci, prawdopodobnie będzie to wysoce zaraźliwy wirus, a nie wojna”, było oglądane na YouTube ponad 30 milionów razy. Dla wielu jest to dowód winy.”

    Symbol spisku ponadpaństwa Q (lic. Depositphotos)

    Również dziwaczna teoria spiskowa wspierająca Donalda Trumpa „QAnon”, jest przywoływana w tym kontekście. Zgodnie z nią prezydent Donald Trump prowadzi tajną wojnę z elitą czczących diabła pedofilów. (Kiedyś naczelną burdelmamą pedofilów miała być Hillary Clinton, która w kampanii wyborczej była oskarżana o prowadzenie pizzerii pod przykrywką).

    Bardzo charakterystyczne, że o Polsce ta legendarna postać Q, która jest źródłem różnych spiskowych teorii, wypowiedziała się chyba tylko raz, jak podaje Wikipedia: „Według Q Narodowy Bank Polski jest rzekomo kontrolowany przez rodzinę Rotschildów, która w świetle całej teorii konspiracyjnej propagowanej przez Q stanowi jeden z kilku głównych rodów sterujących organizacją przestępczą z którą walczy administracja Donalda Trumpa.” Nic dziwnego, że tutaj, w kraju takim jak Polska, mamy antyżydowski spisek w tle. 

    The Economist wskazuje na niebezpieczeństwo takich marginalnych, ale głośnych grup: „mogą być wykorzystywane przez inne siły polityczne, ” (skrajna prawica), żywią się innymi podziałami „wojny kulturowej”, „pozostawiając społeczeństwo bardziej podzielone w czasie, gdy wspólne zagrożenie mogło je połączyć. Noszenie maski powinno być środkiem ostrożności dla zdrowia publicznego, a nie polityczną odznaką.”

    Po trzecie, kompromitują często właściwy krytycyzm względem państwa, wykorzystującego „kryzysy”, „wstrząsy” dla własnych celów i własnej agendy.

    Można wskazać, że w Polsce np. część radykalna Kościoła Katolickiego wykorzystuje ten koncept „plandemii”, do walki z przeciwnikami Kościoła.  Zob. np. Opis tego zjawiska w Gazecie Wyborczej: Duchowy lider Wojowników Maryi: Pandemia to narzędzie szatana, które ma zniszczyć eucharystię (https://bydgoszcz.wyborcza.pl/bydgoszcz/7,48722,26278880,duchowy-lider-wojownikow-maryi-pandemia-to-narzedzie-szatana.html)

    „Ks. Dominik Chmielewski jest twórcą i duchowym przywódcą istniejącej od kilku lat formacji Wojowników Maryi, w której mogą działać wyłącznie mężczyźni. Jej członkowie mówią o sobie, że są armią Boga.”

    Zatem nowe słowa czasami są niewinne, ale mogą być także niebezpieczne, tak jak skrajnie niebezpieczni są antyszczepionkowcy, choć płaskoziemcy już mniej, bo ich teorie nie wpływają tak bardzo na praktykę społeczną, jak antyszczepionkowców. Jednak w powszechnym pandemonium wywołanym pandemią, te radykalne grupy stają się bardzo widoczne, zaś hasła coraz głośniejsze. Dlatego uważajmy na słowa.

    Jarosław Płuciennik

    PS. Artykuł zmieniony nieco ukazał się 11 września 2020 w Tygodniku Łódź, Gazety Wyborczej, w wydaniu papierowym.

    PS2. Artykuł ukazał się także na stronach internetowych Gazety Wyborczej 12 września. W dniu, w którym w Warszawie odbyła się manifestacja antymaseczkowców.

  • Słucham i wierzyć mi się nie chce, że słucham polskiego inteligenta

    Słucham i wierzyć mi się nie chce, że słucham polskiego inteligenta

    Mam filologiczne ucho, niestety, filologiczny słuch. (Fot. Lic. Depositphotos)

    Mam ucho filologiczne i naprawdę mi przeszkadza, kiedy niby przecież polski inteligent mówi:” Głowom państwa”, „Obywatele wiedzom”. Przeszkadza mi, kiedy „polski demokrata” mówi „standarty”, albo „Chcem być prezydentem polskich spraw”, „Polske uratowało”, a także „Polacy mnie znają i wiedzom”, tudzież „Som polskie sprawy”, „przed pandemiom”. Przecież to jest dr UJ, nie? To nie robotnik i mąż stanu, Lech Wałęsa… o nie…

    Poza wszystkim wolałbym jednak, żeby prezydent był wszystkich Polaków a nie polskich spraw, ale to inna historia… choć też z gatunku językowych uwag…

  • Uć….

    Moja mała prośba, a propos niektórych wystąpień publicznych…

    Prośba od kulturoznawcy i filologa, a także użytkownika języka polskiego i łodzianina

    Ta fraza jest ulubioną frazą albo Gomułki albo Moczara…