Tag: nowoczesność

  • „Nikt” wraca do domu. O „Odysei” Christophera Nolana

    „Nikt” wraca do domu. O „Odysei” Christophera Nolana

    JAROSŁAW PŁUCIENNIK

    Dnia 20.07.2026

    kulturoznawcza recenzja widza Odysei Christophera Nolana

    Christopher Nolan by BrokenSphere – Own work, CC BY-SA 3.0,

    Kamera IMAX 70mm w dźwiękoszczelnej obudowie, skonstruowana i używana w filmie Odyseja z 2026 roku Christophera Nolana (lic. Skywalker Eccleston) CC 4.0 Uznanie Autorstwa

    Tutaj wersja audio

    wersja na YouTube

    Na „Odyseję” szedłem z podwójną tożsamością: kulturoznawcy, który na hollywoodzkie adaptacje klasyki patrzy zawodowo podejrzliwie, i zwykłego widza, który chce, żeby kino go porwało. Wyszedłem z sali pogodzony w obu rolach. Nolan nakręcił film ogromny — blisko trzy godziny, kamery IMAX 70 mm, plenery od Maroka po Islandię — a jednak najciekawsze w tym widowisku nie jest to, co wielkie, lecz to, co bardzo stare: pytanie o prawa, które czynią nas ludźmi.

    Wbrew pozorom osią tego filmu nie są potwory. Wątkiem dominującym — i znakomicie uzasadnionym — jest pogwałcenie prawa gościnności, greckiej ksenii, nad którą czuwał sam Zeus Xenios, Zeus Gościnny. Nolan rozumie, że cała „Odyseja” jest w istocie traktatem o gościnności zdradzonej i wynagrodzonej. Bo przecież Helenę porwano z pogwałceniem tego prawa, co stało się motywem przewodnim wojny trojańskiej. Zalotnicy okupujący dom Odysa to goście, którzy przestali być gośćmi: jedzą cudzy majątek, osaczają cudzą żonę, czyhają na życie cudzego syna. Polifem komplikuje ten schemat w sposób, który zrobił na mnie duże wrażenie: to potworny gospodarz, owszem, ale Nolan pokazuje zarazem, że towarzysze Odysa, uciekając z jaskini, niosą ze sobą wyrzuty sumienia — weszli przecież nieproszeni w dom syna Posejdona i wzięli to, co do nich nie należało. Prawo gościnności obowiązuje obie strony, a wina bywa rozdzielona; to jedna z subtelniejszych decyzji tego scenariusza. Świetnie zagrany przez Roberta Pattinsona Antinous jest w tym układzie nie tyle rywalem w konkurach, ile bluźniercą: człowiekiem, który łamie prawo boskie, udając, że korzysta z ludzkiego obyczaju.

    To prawo nie jest zresztą wyłącznie greckie. Tora nakazuje: przybysza, który się osiedlił wśród was, będziecie traktować jak tubylca, bo i wy byliście przybyszami w ziemi egipskiej (Kpł 19, 33–34). Polszczyzna zna swoją wersję tej samej intuicji: „gość w dom, Bóg w dom”. W obu tradycjach — i w greckiej ksenii — obcy jest figurą graniczną: może być bogiem w przebraniu, więc sposób, w jaki go traktujemy, jest testem naszego człowieczeństwa. Grecy mieli zresztą na tę możliwość osobne słowo: theoksenia, ugoszczenie boga zjawiającego się w ludzkiej postaci — termin, który nieprzypadkowo powraca we współczesnych filozoficznych rozważaniach o gościnności, od Levinasa po Derridę, bo czyni z każdego przybysza potencjalne objawienie. Trudno o wątek bardziej współczesny. Nolan nie wygłasza publicystycznych kazań o migracji, ale widz roku 2026, patrząc na żebraka w łachmanach, którego pogardliwie odtrącają panowie świata, nie musi być filologiem klasycznym, żeby zrozumieć, o czym jest ta scena.

    Druga rzecz, która mnie w tym filmie ujęła: Nolan — świadomie czy nie — sfilmował Odysa takiego, jakiego opisali Adorno i Horkheimer. W „Dialektyce oświecenia”, najważniejszej dwudziestowiecznej krytyce nowoczesności, „Odyseja” jest początkiem końca: pierwszą nowoczesną powieścią z pierwszym nowoczesnym człowiekiem w roli głównej. Susan Neiman, referując tę diagnozę w „Moral Clarity”, ujmuje to tak: Odyseusz jest prototypem oświecenia — wykorzeniony, chłodny, beznamiętny, gnany przez świat, w którym znajduje wszystko oprócz własnej duszy. Jego fortele (technika…) zawsze działają, ale ich koszt jest ogromny. Przednowocześni herosi próbowali panować nad światem przez stosunkowo niewinny rytualny ubój byków i kóz; heros nowoczesny składa w ofierze samego siebie. Oślepiając cyklopa i nazywając się Nikt, Odys neguje nie tylko swoje imię, lecz swoją istotę. A Odys-kapitan, który zatyka uszy wioślarzom i każe przywiązać się do masztu, by przetrwać śpiew syren, zapowiada — pisali frankfurtczycy — nowoczesnego kapitalistę, pędzącego siebie i swoich robotników przez odczarowany świat.

    Matt Damon gra dokładnie tę figurę. Jego Odys jest zimnym profesjonalistą przetrwania, człowiekiem wyrachowanym i samoudręczonym, który wygrywa każdy podstęp i przegrywa samego siebie. Scena z syrenami — u Nolana pełna niesamowitej, upiornej poezji — jest niemal ilustracją do Adorna: rozkosz dostępna tylko temu, kto kazał się związać, praca dostępna tylko tym, którym zatkano uszy. To jest właśnie owo uwewnętrznione wyparcie, o którym pisali autorzy „Dialektyki”: Odys nie musi już być ujarzmiany przez bogów, bo sam sobie zbudował maszt.

    U Nolana ta interpretacja nie bierze się znikąd. „Odyseja” wygląda na drugie skrzydło dyptyku, który otworzył „Oppenheimer” — przecież tamten film także był krytyką techniki i nauki, opowieścią o człowieku nowoczesnym par excellence, którego instrumentalny rozum wygrywa wszystko i niszczy własnego nosiciela. Nieprzypadkowo biografia, na której go oparto, nosiła tytuł „Amerykański Prometeusz”, i nieprzypadkowo sam Oppenheimer, chcąc nazwać to, co uczynił, sięgnął po epos — hinduską „Bhagawadgitę”: „Teraz stałem się śmiercią, niszczycielem światów”. Odys i Oppenheimer to ta sama figura w dwóch kostiumach: mistrzowie fortelu, ludzie techne, którzy sprytem i wiedzą pokonują świat, a rachunek płacą samymi sobą. Krytyka instrumentalnego rozumu, którą frankfurtczycy wyczytali z Homera, okazuje się więc u Nolana tematem konsekwentnym — reżyser największych blockbusterów jest, o ironio, jednym z uważniejszych krytyków nowoczesności we współczesnym kinie popularnym.

    Z tym wiąże się trzecia siła filmu: narracja. Nolan od „Memento” jest reżyserem pamięci pokiereszowanej i tu znalazł materiał idealny. Opowieść biegnie niechronologicznie, retrospekcje są dawkowane jak zeznania człowieka, który nie chce pamiętać. Zapomnienie — u Homera rozpisane na lotofagów, Kirke i Kalipso — staje się u Nolana kliniczną figurą traumy wojennej. Jego Odys cierpi na coś, co dziś nazwalibyśmy PTSD: wraca myślami pod Troję wbrew sobie, a zarazem ucieka w niepamięć, bo pamięć jest nie do udźwignięcia. Senne, narkotyczne sekwencje na wyspie Kalipso to nie ozdobniki fantasy, lecz obrazy pracy żałoby — po utraconych towarzyszach, po dwudziestu straconych latach, po sobie samym sprzed wojny. Rzadko które kino popularne tak precyzyjnie pokazało, że powrót weterana do domu jest podróżą dłuższą niż sama wojna.

    Formalnie jest to amalgamat gatunków hollywoodzkich — i dobrze. Trochę westernu: powrót rewolwerowca do miasteczka opanowanego przez bandytów, z finałową rozprawą w zamkniętej przestrzeni dworu, którą Nolan inscenizuje po mistrzowsku. Trochę eposu wojennego — już otwierająca sekwencja konia trojańskiego ma ciężar „Szeregowca Ryana”. Trochę fantasy i horroru: epizod z Polifemem to czyste kino grozy. Puryście może się to wydać eklektyzmem, ale przecież sam epos Homerowy jest zszywką pieśni, wątków i konwencji, krążących przez wieki w ustnym obiegu. Mieszanka gatunków nie jest zdradą eposu — jest jego najwierniejszym współczesnym odpowiednikiem. W trzy godziny udało się Nolanowi pokazać naprawdę ciekawą twarz antycznej tradycji: nie muzealną, lecz żywą.

    Osobne zdanie o warstwie audiowizualnej, bo to ona spina całość. Ludwig Göransson napisał partyturę, w której — podobno na wyraźne życzenie Nolana — nie ma orkiestry symfonicznej, bo orkiestr w antycznej Grecji nie było: są za to aulos, lira, brązowe gongi i ludzki głos. To muzyka, która antyku nie ilustruje, lecz go dotyka; nawiązanie do ustnego, śpiewanego rodowodu eposu słychać tu w każdej frazie. Podobnie działa strona wizualna. Mimo całego wielkiego sztafażu — morza, sztormów, potworów — estetyka filmu jest zaskakująco minimalistyczna: Nolan po staremu ufa temu, co da się sfotografować, realnym plenerom, światłu i taśmie, a cyfrowej tapety jest tu tyle co nic. Paradoksalnie właśnie ta oszczędność daje efekt bardziej mityczny niż jakikolwiek komputerowy przepych — mit dzieje się w realnym, dotykalnym świecie i dlatego robi wrażenie prawdy.

    I tu dochodzimy do sprawy, o którą toczy się wojna kulturowa. Nolan deklarował, że inspirował się przekładem Emily Wilson — pierwszym angielskim tłumaczeniem „Odysei” pióra kobiety, które odświeżyło epos tak, jak u nas robiły to kolejne polskie przekłady. Otóż film Nolana trzeba czytać dokładnie tak: jako tłumaczenie. Każdy przekład, każdy retelling i każda adaptacja jest interpretacją z ducha swojego czasu — Homer Jana Parandowskiego nie jest Homerem Wilson, a żaden z nich nie jest „oryginałem”, bo oryginałem była żywa, zmienna pieśń. W tym świetle awantura o to, że „nie Grecy grają Greków” i że Helenę gra czarnoskóra Lupita Nyong’o, jest sporem kompletnie drugorzędnym — a w wydaniu Elona Muska po prostu rasistowskim. Musk miesiącami prowadził przeciw filmowi kampanię, oskarżając Nolana o „rasizm wobec Greków” i „profanację Homera” i podbijając fałszywki o parytetach obsadowych. Trudno o lepszy przykład tego, że tak zwany antywokizm bywa zwykłym rasizmem w todze obrońcy klasyki. Bohaterowie Homera nie byli „Grekami” w nowożytnym, narodowym sensie; Helena jest figurą mitycznego piękna, nie paszportem. Ekran nie jest muzeum etnograficznym — a swoją drogą krytycy, którzy film w końcu obejrzeli (w przeciwieństwie do Muska), odpowiedzieli mu rekordowymi w karierze Nolana recenzjami.

    Osobne brawa należą się Penelopie. Anne Hathaway nie gra płaczącej westalki małżeńskiej wierności, jaką zrobiła z Penelopy sentymentalna, także katolicka wyobraźnia — gra polityczkę oblężonego domu, kobietę o stalowej inteligencji, której podstęp z tkaniną jest dokładnym odpowiednikiem podstępów męża. To zresztą jest w samym Homerze: Penelopa od zawsze była przechytrzającą wszystkich strateżką, tylko tradycja odbioru wolała jej nie widzieć. Sfeminizowana Penelopa Nolana nie jest ustępstwem wobec współczesności — jest odzyskaniem tego, co w tekście było od początku. Pokazanie jej według obrazka z żywotów świętych byłoby dopiero anachronizmem, i to śmiesznym.

    Czy to film bez wad? Nie. Dialogi bywają zgrzytliwie współczesne, Telemach chwilami zbyt chłopięcy, a rytm środkowej części nierówny. Ale to zastrzeżenia, które nie zmieniają bilansu. Nolan potraktował antyczną tradycję tak, jak ona sama każe traktować przybysza: przyjął ją pod własny dach i na własnych warunkach — po swojemu, w swoim języku, dla swojej publiczności. Więcej od adaptacji wymagać się nie da; mniej — nie warto.

    Bellum Trojanum — mapa podróży Odyseusza po Morzu Śródziemnym… (Wikipedia, domena publiczna).

  • Manifest technooptymistyczny i historia nowoczesności

    Manifest technooptymistyczny i historia nowoczesności

    Wizja futurystyczna przyszłości (lic. Depositphotos)

    Podcast z komentarzami poniżej

    Na Spotify

    Podcast na YouTube

    Prowadzę wykłady z kulturowej historii nowoczesności na wielu kierunkach humanistycznych Uniwersytetu Łódzkiego i innych uczelni. Kluczowym zagadnieniem, które omawiam podczas tych zajęć, jest interpretacja Zygmunta Baumana przedstawiona w „Nowoczesności i Zagładzie”. Bauman argumentuje, że problem Holokaustu nie dotyczy wyłącznie nazistowskich Niemiec, ale jest wyzwaniem całej cywilizacji – naszej cywilizacji. Nowoczesność, która nabrała tempa w XVIII wieku podczas Oświecenia, stała się nie tylko siłą postępu, lecz także mechanizmem, który umożliwił masową eksterminację.

    Wydawało się, że ludzkość wyciągnęła wnioski z historii, ale obawiam się, że jest inaczej. Historia nie powtarza się dosłownie, ale pewne schematy pojawiają się w nowych kontekstach, napędzane tymi samymi ludzkimi motywacjami i dążeniami.

    Chciałbym zastrzec, że w poniższych uwagach nie potępiam Oświecenia i jego spuścizny w całości. Przeciwnie – to właśnie z tej epoki wywodzi się bliski demokratom humanizm, prawa człowieka, sfera publiczna, rządy prawa oraz to, co można nazwać nowoczesną komunikacją demokratyczną. O nauce i nowoczesnych uniwersytetach nawet nie wspominam. Wielokrotnie przywoływałem wartościowe, choć nieco jednostronne, książki Stevena Pinkera na temat dobrodziejstw cywilizacji oświeceniowej. Osiągnięcia te są zagrożone przez koncentrację kapitału i technologii, co może podważyć demokrację. Tak jak bywały te wartości zagrożone w latach 30-tych i 40-tych w Europie… także na „skrwawionych ziemiach” Europy Środkowo-Wschodniej.

    Od wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA widać wyraźnie, że do władzy doszli również miliarderzy z Doliny Krzemowej – technologiczni giganci, których kariery często przypominają klasyczne opowieści o amerykańskim śnie: od garażowego startupu do globalnej korporacji. Nie zdawałem sobie sprawy, jak głębokie są związki między Trumpem a światem technologii, dopóki nie przeczytałem opowieści Marca Andreessena i jego manifestu.

    Marc Andreessen (ur. 1971) to jeden z najbardziej wpływowych informatyków z wykształcenia, którzy stali się przedsiębiorcami i inwestorami w Dolinie Krzemowej. Był współtwórcą Mosaic, pierwszej popularnej przeglądarki internetowej, która otworzyła drogę do masowego dostępu do internetu. Następnie współzałożył Netscape – firmę, która miała kluczowe znaczenie dla rozwoju sieci WWW w latach 90.

    Po sukcesach w branży oprogramowania Andreessen zaangażował się w inwestycje venture capital. W 2009 roku założył Andreessen Horowitz (a16z) – jeden z najbardziej wpływowych funduszy technologicznych, który wspierał rozwój takich firm jak Facebook, Twitter, Airbnb czy Coinbase.

    W 2023 roku Andreessen opublikował „Manifest Technooptymistyczny”, w którym przedstawił swoją wizję społeczeństwa opartego na nieograniczonym postępie technologicznym. Jego manifest sprzeciwia się pesymistycznemu podejściu do nowych technologii oraz regulacjom, które mogą ograniczać rozwój sztucznej inteligencji i innych innowacji.

    Manifest głosi, że technologia jest nie tylko siłą napędową cywilizacyjnego postępu, ale wręcz moralnym obowiązkiem ludzkości. Autorzy dokumentu uznają obawy przed negatywnymi skutkami technologii za irracjonalne i hamujące rozwój. W ich ujęciu innowacje technologiczne prowadzą do poprawy jakości życia, wydłużenia ludzkiego życia i rozwiązania globalnych problemów, takich jak zmiany klimatyczne czy ubóstwo.

    Głównymi założeniami manifestu jest kilka sloganów. Technologia jako siła dobra – od wynalezienia koła po sztuczną inteligencję, innowacje zawsze sprzyjały rozwojowi społeczeństwa; sprzeciw wobec regulacji i pesymizmu – autorzy manifestu krytykują biurokratyczne ograniczenia jako czynnik hamujący rozwój; postęp wymaga odwagi – innowacje są możliwe tylko dzięki podejmowaniu ryzyka i przełamywaniu barier; technologia jako klucz do rozwiązania globalnych problemów – restrykcje nie przyniosą lepszego świata, ale innowacje mogą to zrobić; moralność postępu – rozwój technologii to etyczny obowiązek, prowadzący do większej wolności i lepszych warunków życia.

    Manifest Andreessena Horowitza wpisuje się w charakterystyczną narrację o historii nowoczesności, którą można określić mianem technologicznego progresywizmu. Jego autorzy postrzegają rozwój cywilizacyjny jako proces nieprzerwanego wzrostu, napędzanego przez innowacje technologiczne, które nieustannie poprawiają jakość życia i zwiększają ludzką autonomię. Manifest przełożył się na bardzo praktyczne wspieranie kampanii wyborczej Donalda Trumpa.

    Postęp niewątpliwie może być korzystny – jako ludzkość żyjemy coraz dłużej i w coraz lepszych warunkach. Jednak musimy również pamiętać o kosztach tego postępu. Planeta daje nam już teraz wyraźne sygnały, że te koszty są zbyt wysokie.

    Anne Applebaum w swojej książce Koncern Autokracja. Dyktatorzy, którzy chcą rządzić światem(2024) (zob. moja recenzja w Rzeczpospolitej 09.09.2024) analizuje współczesne autokracje jako złożone sieci kleptokratyczne, które współpracują zarówno wewnętrznie, jak i z innymi reżimami autokratycznymi oraz demokracjami. Autorka wprowadza pojęcie „Koncernu Autokracji”  które odnosi się do współczesnych reżimów autokratycznych działających jak korporacje, dążące do zachowania osobistego bogactwa i władzy. Applebaum zauważa, że autokracje wykorzystują globalizację na swoją korzyść, rozprzestrzeniając nieliberalne idee na demokratyczny świat, co podważa przekonanie o nieuchronności rozwoju demokracji. Książka jest przestrogą przed rosnącym wpływem autokratów oraz wezwaniem do współpracy demokratów na całym świecie, aby chronić i rozwijać wartości demokratyczne.

    Kilka dni temu pożegnaliśmy Mariana Turskiego, który przypominał nam o XI przykazaniu: „Nie bądź obojętny”. To jest właśnie ten moment – nie możemy być obojętni. Za nowymi technologiami mogą stać ludzie dobrej woli, ale również całe orkiestry makiawelicznych szaleńców (szaleńców niekoniecznie medycznych, ale strategicznych, z wyboru,  takich jak Nixon czy Trump), którzy dla zysku będą gotowi poświęcać innych. Jeśli nie wprost eksterminować. Najpierw na scenie będą pokazywać wywodząca się z horrorów piłę mechaniczną.

    Zgadzam się z Hararim, który w Nexusie argumentuje, że sztuczna inteligencja nie może podejmować decyzji zamiast człowieka, zamiast demokratycznie wybranych parlamentów. Obawiam się, że działania Elona Muska, które w USA są już uznawane za nielegalne, to dopiero początek nowej rzeczywistości. W świecie, gdzie liczy się wyłącznie kapitał i technologia, przesiedlenia ludzi w Gazie czy porwania dzieci ukraińskich mogą stać się jedynie „kosztem operacyjnym”. Tymczasem prawdziwym problemem pozostają surowce, nieruchomości i interesy gigantów technologicznych, którzy chcą czerpać zyski z nowej rzeczywistości bez żadnych ograniczeń.

  • Po co czytać Ulissesa Jamesa Joyce’a

    Po co czytać Ulissesa Jamesa Joyce’a

    Ulisses Jamesa Joyce’a jest uznany za arcydzieło modernizmu. Jednocześnie krążą legendy o trudności tego dzieła. Po co je czytać? Wyjaśnia największy tłumacz w Polsce Maciej Świerkocki… Posłuchajcie też Kate Bush #jamesjoyce #ulisses #ulysses #tłumaczenie #modernizm #powieść #arcydziełamodernizmu

    Podcast z udziałem tłumacza Macieja Świerkockiego na Spotify
    Podcast na YouTube
    Kate Bush wykonuje swoje The Sensual World inspirowane monologiem Molly Bloom z Ulissesa Joyce’a
  • Ciemnogród i eugenika. Rozważania filologiczne

    Ciemnogród i eugenika. Rozważania filologiczne

    Ciemnogród i eugenika. Rozważania filologiczne

    Ciemnogród jako słowo zawdzięczamy oświeceniowemu myślicielowi polskiemu Stanisławowi Kostce Potockiemu i jego „Podróży do Ciemnogrodu”. Jednak równie ważny, śmiem twierdzić, jest poemat Gałczyńskiego….

    Obwoluta wydania II z 2019 r. z ilustracjami Daniela Mroza (Wrocław, Wydawnictwo Warstwy) (zdjęcie własne JP)

    „Pan mnie znieważa!
    Pani mnie potrąca!
    Ciemnogród to rzecz
    nieistniejąca.” (8)

    Taką wspaniałą frazę słyszą najpierw Chryzostom Bulwieć z czytelnikiem poematu Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu”, kiedy nazbyt jednoznacznie chcą oni przypisać istnienie Ciemnogrodu określonej przestrzeni geograficznej… Watykanowi. Jest jesień. I święte oburzenie jest tutaj znaczące. Święte oburzenie i obraza uczuć.


    W tym poemacie „gęby perfidne walczą z postępem”, epidemia „szeptokoków” wywołuje panikę, bo koniec świata nadchodzi i kolejki są „jak stąd do Zgierza” (dziś już wiem, skąd to powiedzenie łódzkie… z poematu Gałczyńskiego). Ale „Okey i Amen…”… alleluja i do przodu. „Okey i Amen”.

    Propagandowy film z lat 60-tych pt. „Ciemnogród” w reż. Konrada Nałęckiego, inspirowany poematem o Chryzostomie Bulwieciu i jego przygodach w poszukiwaniu Ciemnogrodu, trwa kwadrans, ale jest bardzo wymowną krytyką ciemnoty, która wierzy znachorom, pozwala na istnienie uzdrawiaczy leczących wszystko octem, oczekującej plag egipskich i — koniecznie — wodza na białym koniu.

    „Ciemnogrodzianie
    stali na lodzie,
    w zwykłym ordynku:
    łotr przy idiocie,

    pętak ze szpiegiem,
    mętniak z faszystą,
    a okultysta
    z surrealistą,

    kociak przy bubku,
    koło chłoptasia.
    A cisza była,
    jak makiem zasiał. (50)

    Na końcu poematu wszyscy giną pod lodem w rzece Ciemnawce, bo rzucają się z entuzjazmem w stronę wskazaną przez wodza na białym koniu.

    Jedna ze stron z ilustracją wielkiego wodza… (zdjęcie własne JP)

    To prawda, że nowoczesność w Polsce, tak jak w Turcji, została przyniesiona bagnetami i czołgami. Wielokrotnie to stwierdzałem zwłaszcza przy omawianiu wspaniałej prozy Orhana Pamuka. Ci żołnierze z polskiej propagandowej noweli filmowej „Ciemnogród” są bardzo charakterystyczni, ale i świetnie obsadzeni, bo jedną z ról gra bardzo sympatyczny i seksowny aktor, później znany ze słynnego serialu „Janosik” — Marek Perepeczko.

    Film Ciemnogrów z 1964 r. na kanale YouTube

    Jednak ciemnogród dzisiaj także posługuje się machiną policyjną i medialną.

    Najlepiej widać to w słynnym i często dzisiaj powtarzanym wyrażeniu „przesłanki eugeniczne” w odniesieniu do prawa kobiet do aborcji w przypadku stwierdzenia wad genetycznych płodu. Uważam je za typowo propagandowe wyrażenie.

    Eugenika jest powszechnie definiowana dzisiaj jako system światopoglądowy zakładający możliwość doskonalenia cech dziedzicznych gatunku, żeby tworzyć warunki pozwalające na rozwój dodatnich cech i ograniczenie cech ujemnych. Eugenika to inżynieria społeczna mająca na celu produkcję rasy pozbawionej wad genetycznych.

    Manipulacja DNA to także eugenika (Il. na licencji Depositphotos)

    Eugenika (z greckiego εὐ- „dobry” i γενής „powstaje, rośnie”) to zbiór przekonań i praktyk, które mają na celu poprawę jakości genetycznej populacji ludzkiej, historycznie oznaczało to wykluczanie osób i grup uznanych za gorsze lub promowanie tych, których uznano za wyżej stojące. Dlatego ginęli Żydzi i psychicznie chorzy w komorach gazowych (najpierw Ci drudzy).

    Czy z takim przypadkiem mamy do czynienia, kiedy matka dowiaduje się, że dziecko w jej łonie po urodzeniu nie będzie miało szans na przeżycie nawet kilku dni, albo że na pewno obumrze w jej łonie? To jest przesłanka eugeniczna? KŁAMSTWO i perfidia.

    „Ciemnogrodzianie
    stali na lodzie,
    w zwykłym ordynku:
    łotr przy idiocie,

    pętak ze szpiegiem,
    mętniak z faszystą,
    a okultysta
    z surrealistą,

    kociak przy bubku,
    koło chłoptasia.
    A cisza była,
    jak makiem zasiał. (50)

    W poszukiwaniu mózgu… (Il. na licencji Depositphotos)

  • Kognitywista Steven Pinker, Oświecenie i postęp ludzi

    Kognitywista Steven Pinker, Oświecenie i postęp ludzi

    Steven Pinker w 2005 r. (źródło Wikipedia)

    Wczoraj 23 września 2020 odbył się wykład słynnego Stevena Pinkera na kanadyjskim, anglojęzycznym Uniwersytecie McGill w Montrealu pt. Postęp i oświecenie w XXI wieku. Wykład był na platformie internetowej i jest dostępny na YouTube.

    Wykład dostępny i otwarty na platformie YouTube

    To był 66 wykład w serii Beattie Lectures. Pinker zaczynał w McGill swoją karierę na licencjacie z psychologii. Urodził się w Montrealu. Dał się poznać wielokrotnie nie tylko jako kognitywista, ale także jako psycholingwista, językoznawca, oraz popularyzator nauki, zwłaszcza historyk idei i cywilizacji. Wiele razy przywoływałem jego idee, które są świetnie zawsze wygłaszane, znakomicie napisane.

    Budynek Uniwersytetu McGill w Montrealu, Kanada (fot. lic. Depositphotos)

    Uwagi wstępne do wykładu wygłaszał Sean Henry, dziennikarz z CBC Montreal. On też prowadził dyskusję z wykładowcą po wygłoszeniu prezentacji. Słowa powitania miała Suzanne Fortier, rektorka Uniwersytetu McGill, zaś uwagi końcowe, właściwie laudację absolwenta swojego uniwersytetu, wygłosiła Inez Jabalpurwala, prezes Stowarzyszenia Absolwentów McGill.

    Ostatnio odnosiłem się do idei Stevena Pinkera krytycznie w swoim poprzednim wpisie o krytyce nowoczesności autorstwa Kaczyńskiego, terrorysty. „Kaczyński — wizjoner i terrorysta tudzież krytyk absurdów nowoczesności”.

    Pierwsza część wykładu Pinkera przybliża pojęcie postępu poprzez zdefiniowanie go jako „polepszenie ludzkiego dobrobytu” (rozkwitu, ang. flourishing). W szeregu infografik Pinker streszcza swoją argumentację ze moich dwóch ostatnich książek: Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury, 2015, oraz Nowe Oświecenie: argumenty za rozumem, nauką, humanizmem i postępem 2018.

    Ilustracja idei postępu (doskonalenie inwencji koła) (fot. lic. Depositphotos)

    Twierdząc, że postęp daje się udowodnić pokazując dane o śmiertelności, długości życia, zdrowiu, szczęśliwości ludzi na ziemi, itp., naciska jednocześnie na fakt, że postęp nie jest cudem i że nie jest on nieunikniony.

    Jednym z ciekawszych, nowych wątków pod koniec jego wykładu jest część zatytułowana „Covid-19 and Progress”. Pinker wprost wskazuje, że zaraźliwe choroby to nie jest wyjątek od reguły, a raczej zasada życia, patogeny i pasożyty są uniwersalne. Przy okazji pandemii wyraźnie widać także oświeceniowe elementy, które zagrały znakomicie: patogen został zidentyfikowany niemal natychmiast, nikt dzisiaj nie wierzy w jakieś miazmaty wydobywające się z bagien, wszyscy wiedzą, co to wirus i dlatego szybko też, znacznie szybciej niż na początki XX wieku, dojdzie do znalezienia szczepionek. Coraz mniej czasu trwa przygotowanie szczepionki.Postęp to realne zjawisko i nie kwestia optymizmu
    Widać postęp w danych. Żyjemy dłużej, zdrowiej, bogaciej, bezpieczniej, szczęśliwiej, inteligentniej, z większą swobodą. Na jednym ze slajdów wyraźnie widać, jak poprzednie pandemie pochłaniały coraz to mniej ofiar ludzkich. Humanizujemy nasz świat poprzez walkę z pandemiami, coraz efektywniejszą. Problemy jednak pozostają, postęp to nie doskonałość, jednak problemy były kiedyś znacznie gorsze, postęp nie jest naturalny, postęp będzie „postępował”, jeśli będziemy przekonani do rozumności, nauki and humanizmowi.

    Fragment wykładu i prezentacji Stevena Pinkera pokazującego postęp, jeśli idzie o malejącą liczbę pandemii w historii ludzkości (fot. Jarosław Płuciennik)

    W dyskusji wskazuje, że w zakresie emisji gazów cieplarnianych nie ma postępu, jak również w redukcji zagrożenia konfliktem jądrowym, ilość broni jądrowej, pomimo redukcji jest jednak zbyt duża. Mówi także o realnym zagrożenie wyginięcia gatunków, zaniku różnorodności biologicznej na naszej planecie.

    Powodzie i tsunami spowodowane trzęsieniem ziemi i zmianami klimatycznymi zagrażają ludzkości. (fot. lic. Depositphotos)

    W dyskusji pojawiły się także wątki polityczne, bo Donald Trump według Pinkera to antyoświeceniowy prezydent, podobnie jak inne populizmy, także we wschodniej Europie, także są antyoświeceniowe.

    Rezzato (Brescia, Lombardia,Włochy): Villa Fenaroli, klasycystyczny pałace (XVI-XVIII wiek, fot. lic. Depositphotos)

    Kanada, Nowa Zelandia, oraz Zachodnia Europa ciągle wedle Pinkera będą swoistą awangardą postępu, nawet w USA, dzięki systemowi wzajemnej kontroli i równowagi politycznej (słynne „checks and balances”) oraz aktywności obywatelskiej możliwe jest odwrócenie krótkotrwałego wahnięcia, kiedy zaczyna dominować „śmieszna polityka, która nie patrzy na dane i fakty, tylko agendę partyjną”. Istnienie fake newsów jest dla niego właśnie takim krótkotrwałym zawirowaniem.

    Wydaje mi się, że nadal Pinkerowi pomimo jego autentycznej genialności, można zarzucić pewnego rodzaju krótkowzroczność: katastrofa klimatyczna jest w oczywisty sposób związana z kryzysem pandemicznym Covid-19, bo oba są warunkowane globalizacją, podobnie jak z globalizacją związane są te fakty wspominane przez Pinkera: emisja gazów cieplarnianych, redukcja bioróżnorodności oraz populizm i autorytaryzm w polityce. Niedostrzeganie medialnych uwarunkowań zmian mentalnościowych, brak refleksji nad grozą zalgorytmizowania wszystkiego i wszystkich skojarzone jest u Pinkera z oczywistym antropocentryzmem. Postęp mierzony szczęśliwością człowieka pomija ten jakże katastrofalny rozmiar cierpienia i śmierci świata zwierzęcego.

    Hegemonia człowieka jest dzisiaj coraz częściej kwestionowana (fot. lic. Depositphotos)

    Pomimo tych zastrzeżeń z wielką ciekawością i przyjemnością intelektualną wysłuchałem wykładu i dyskusji Stevena Pinkera na McGill University. Niewielu jest profesorów na świecie takiego formatu i w tak dobrym stylu. Z takim wpływem na naukę i świat uniwersytecki. Szkoda, że nie przekłada się to na wpływ na świat w ogólności, zwłaszcza świat polityczny.

    Ostrzeżenie, czasu jest mało
  • Egzamin z kulturowej historii nowoczesności

    Niemiecki faszystowski obóz koncentracyjny w Auschwitz

    Jutro (28.01.20) na kulturoznawstwie Uniwersytetu Łódzkiego przeprowadzę egzamin z „Kulturowej historii nowoczesności”. Jedną z ważnych książek do przeczytania przez studentów jest esej Georgesa Didi-Hubermana

    Georges Didi Huberman By MACBA – https://www.flickr.com/photos/macba/15673481262/in/set-72157631418756248, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=36736103

    pt. Obrazy mimo wszystko. (Didi-Huberman, Georges. Obrazy mimo wszystko. Przetłumaczone przez Mai Kubiak Ho-Chi, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych Universitas, 2008.)

    A dzisiaj jest smutna 75. ROCZNICA WYZWOLENIA NIEMIECKIEGO NAZISTOWSKIEGO OBOZU KONCENTRACYJNEGO I ZAGŁADY AUSCHWITZ . Przypomniało mi się, że na moich wykładach ta przejmująca i niezwykła książka Didi-Hubermana nie znalazła odpowiedniego miejsca, pomimo uwzględnienia na liście lektur obowiązkowych, bo było zbyt dużo innych pozycji do omówienia, np. „Nowoczesność i Zagłada” Baumana. (Bauman, Zygmunt. Nowoczesność i Zagłada. Przetłumaczone przez Tomasz Kunz, Wydawnictwo Literackie, 2012.)

    Zygmunt Bauman Forumlitfest [CC BY (https://creativecommons.org/licenses/by/3.0)%5D

    Odnosiłem się także do zmysłów i fotografii jako sztuki modernistycznej przy okazji Baudelaire’a i jego portretu Nadara a także pierwotnego selfika jakby w 3D autorstwa Felixa Nadara. („Photographs of the Famous by Felix Nadar”. The Public Domain Review. Udostępniono 27 styczeń 2020.) A przecież tyle jest tutaj do opowiedzenia przy okazji tych czterech fotografii świadectw omawianych przez Didi-Hubermana.

    Leni Riefenstahl By nieznany – https://utkgermancinema.files.wordpress.com/2014/01/113308-050-674a1883.jpg, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=76014214

    Mam przed sobą zachwyty Susan Sontag nad propagandowymi filmami Leni Riefenstahl (bardzo dobre obrazy sztuki filmowej) z jednej strony, oraz przejmujące opisy i interpretacje Georgesa Didi-Hubermana czterech fotografii wykradzionych rzeczywistości Zagłady w Auschwitz-Birkenau. Z jednej strony niemiecka reżyserka, autor-filmowiec, z drugiej — amator, więzień, członek Sonderkommando, który musi się śpieszyć, ukrywać i wykradać rzeczywistości zdjęcia — zapis światła. I mroku. I dymu. I wytapiającego się z palonych ciał tłuszczu. Z jednej strony mamy seksownych oficerów Waffen-SS ubieranych przez Hugo Bossa, z drugiej przerażające, dantejskie sceny wychudzonych kobiet zapędzanych na rzeź albo wyobrażone dźwięki wyrywania zwłokom złotych zębów.

    Susan Sontag portret z 1979 r. By Lynn Gilbert, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=63818412

    Na wykładzie mówiłem także o tezie Baumana z Nowoczesności i Zagłady, że problem Holokaustu nie jest problemem wyłącznie niemieckim, czy/i Żydowskim, ale jest to problem nowoczesnej cywilizacji i nowoczesnej kultury. O elementach tej nowoczesnej organizacji pisze także Didi-Huberman.

    Jednak Susan Sontag pytana o te swoje fragmenty książek, w których fascynuje się elementami sztuki faszystowskiej, odnajduje wrażliwość faszystowską w sobie samej i w otaczającej ją rzeczywistości społecznej:

    „Czy twoim zdaniem istnieje coś takiego jak wrażliwość nazistowska?” — pyta Jonathan Cott.

    SS: „Tak, sądzę, że taka wrażliwość istnieje i przenika wiele zjawisk. Dość wcześnie w życiu uświadomiłam sobie, że występuje nawet w wielu działaniach nowej lewicy. Bardzo mnie to zaniepokoiło. Było to coś, o czym nie mówiło się zbyt głośno pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych, kiedy skupiano się przede wszystkim na doprowadzeniu do zakończenia amerykańskiej wojny w Wietnamie. Było jednak zupełnie jasne, że wiele działań nowej lewicy nie ma nic wspólnego z socjaldemokracją. Przenikał je antyintelektualizm, który, jak sądzę, był jedną z cech składających się na ów faszystowski klimat – antykulturalny, brutalny, przeniknięty pewnym rodzajem nihilizmu. Niektóre elementy retoryki faszystowskiej brzmią jak hasła nowej lewicy. Nie chcę bynajmniej postawić znaku równości między nową lewicą a faszyzmem, jak to chętnie czynią różni konserwatyści czy inni reakcjoniści, ale trzeba sobie wyraźnie uświadomić, że nie rozmawiamy tu o przedmiotach, lecz o procesach, i znajdujemy się w bardzo skomplikowanej sytuacji, bo ludzki wymiar wszystkich spraw jest zawsze złożony. W każdym nurcie istnieją sprzeczne impulsy – należy nieustannie wypatrywać sprzeczności i próbować je rozwiązywać, usuwać.” (Susan Sontag, Jonathan Cott. Myśl to forma odczuwania (Kindle Location 708-719).)

    To ważne rozpoznanie. Zobaczyć faszystę w sobie. Może zrobić sobie test autorytaryzmu propagowany w 1947 r. przez Theodora Adorno? (F-scale personalisty test, opisany w jego książce z 1950 r. The Authoritarian Personality).

    Kryteria tego testu to konwencjonalizm (albo konformizm): zgodność z tradycyjnymi normami społecznymi i wartościami klasy średniej; autorytarne podporządkowanie (czyli inaczej ślepe posłuszeństwo): pasywna koncepcja przestrzegania konwencjonalnych norm i wartości;
    autorytarna agresja: karanie i potępianie osób, które nie przestrzegają konwencjonalnych wartości, które są mi podporządkowane; zabobonność i przesądy; kult siły i „bycia twardym”; odrzucenie życia wewnętrznego tj. „Odrzucenie wszelkiej wewnętrzności, subiektywności, wyobraźni, czułości i samokrytyki”.

    Dlaczego zestawiam te fakty? Wydaje mi się, że trzeba zgodzić się z Adorno, Sontag i Baumanem, że namysł nad nowoczesnością to również namysł nad sobą samym i to także w wymiarach zbiorowości. (Pisałem o tym gdzie indziej: (2019) Religion, Enlightenment, Pluralism in Present Europe. W: Nach Der Reformation Deutsch-Polnische Beiträge Im Europäischen Kontext, zredagowane przez Michael Meyer-Blanck, 1. wyd., Evangelische Verlagsanstalt, Leipzig, s. 65–73.)

    Dzisiaj ukazał się w Svenska Dagbladet felieton okolicznościowy autorstwa Esther Pollack o relacjach z holokaustu w Szwecji oparty na jej oryginalnych badaniach opublikowanych w Social Semiotics. Tytuł tego felietonu jest znamienny: „Fakty o Holokauście to „propaganda okrucieństwa””…

    „Badanie relacji obecnych w Dagens Nyheter, największej szwedzkiej gazecie porannej, pokazuje, że media, które mogły przekazać społeczeństwu lepszą wiedzę o Zagładzie, zostały zniekształcone przez kapryśną politykę prasową rządu.” pisze felietonistka SvD.

    Esther Pollack jest profesorem dziennikarstwa na Wydziale Mediów Uniwersytetu Sztokholmskiego. Indywidualnie i wspólnie z kolegami ze Skandynawii, opublikowała kilka antologii i artykułów naukowych na temat badań porównawczych medialnych skandali w krajach nordyckich. Prowadziła również badania dotyczące procesów moskiewskich w prasie szwedzkiej, raportów szwedzkich gazet na temat Holokaustu w okresie drugiej wojny światowej oraz opisu Romów w prasie szwedzkiej. Kolejne prace dotyczyły także kwestii związanych z rolą dziennikarstwa w demokracji.

    Według jej dzisiejszego felietonu w latach po kryształowej nocy w 1938 r. liczba artykułów o obozach koncentracyjnych maleje i utrzymuje się na stosunkowo niskim poziomie do 1943–44, kiedy znów liczba artykułów się zwiększa.

    Opinia publiczna wedle Esther Pollack została wprowadzona w błąd przez radio i podporządkowaną rządowi prasę, które nie wspominały o niemieckich okrucieństwach. A przecież można znaleźć ślady, iż wiedza o tym była już dostępna w 1942 r. I to dzięki Polakom, bo ważnym, dostępnym w języki angielskim (a zatem międzynarodowym) źródłem o eksterminacji Żydów i innych ofiarach w obozach koncentracyjnych był raport „Nowy niemiecki porządek w Polsce”, opublikowany w Anglii w 1942 r. (New German Order in Poland) przez polski rząd emigracyjny. W Szwecji o raporcie wspomniały niektóre gazety, jedna z nich to publikacja w antynazistowskim tygodniku Trots Alt! („Mimo wszystko”). Magazyn opublikował również niewielki fragment raportu polskiego rządu na uchodźstwie – ówczesne szwedzkie władze szybko skonfiskowały nakład gazety. Redaktor Tura Nerman odpowiedział bardzo odważnie, tłumacząc i publikując cały raport w listopadzie 1942 r., pod tytułem Polens martyrium („Polskie męczeństwo”).

    O tym, że fakty z Holokaustu miały miejsce wiedziano, bo od 1944 r. w Szwecji właśnie planowano akcję tamtejszego Czerwonego Krzyża (pod kieronictwem hrabiego Bernadotte) tzw. Białych autobusów, którymi wywieziono z terenów polskich przetrwałych Żydów skandynawskich do Szwecji i Danii. Artykuł z 4 kwietnia 1945 r. szwedzkiego historyka antysemityzmu Hugo Valentina w Dagens Nyheter właśnie wskazuje na niedoinformowanie społeczeństwa szwedzkiego.

    W Szwecji od tamtej pory wiele się zmieniło. Dzisiaj także przypomina prasa szwedzka nową definicję antysemityzmu z wieloma konkretnymi przykładami.

    antysemityzm
    W 2016 r. Szwecja przyjęła definicję za Międzynarodowym Sojuszem Pamięci o Holokauście:

    „Antysemityzm to pewien pogląd na Żydów, który można wyrazić jako nienawiść do Żydów. Retoryczne i fizyczne przejawy antysemityzmu są skierowane przeciwko Żydom lub nie-Żydom i / lub ich własności, a także instytucjom społeczności żydowskich i przestrzeniom przeznaczenia religijnego”

    W tym roku w Sztokholmie miały miejsce uroczystości upamiętniające na placu Raoula Wallenberga, Wielkiej Synagogi i w kościele św. Jakuba.

    Podczas uroczystości na placu Raoula Wallenberga, zorganizowanej przez Forum Żywej Historii, przemawiał minister spraw wewnętrznych Mikael Damberg.

    Specjalne uroczystości miały miejsce również w kilku innych miastach, w tym w Malmö i Göteborgu.

    Premier Stefan Löfven i księżniczka Wiktoria wzięli udział w ceremonii upamiętniającej w poniedziałek w Oświęcimiu, a zakończyli ceremonią ze świecami w Birkenau. Około 300 osób, które przeżyły Holokaust, uczestniczyło w różnych ceremoniach i kilku światowych przywódców było obecnych.

    Szwedzcy licealiści korzystają ze specjalnego programu wyjazdów szkolnych do Auschwitz, aby zapoznawać się z tą historią i żeby nie zapominać.

    Ważne w tym wszystkim jest doświadczenie. Nie ma myślenia bez doświadczenia. To jest kluczowe, aby zrozumieć ucieleśnienie myślenia.

    Susan Sontag pisze: „Jedyna metafora zdolna oddać, czym jest życie umysłu – pisze badaczka polityczna Hannah Arendt – musi się odwoływać do doznania życia. Bez oddechu życia ludzkie ciało jest trupem, bez myślenia umysł ludzki jest martwy” (Hannah Arendt, Myślenie , przeł. Hanna Buczyńska-Garewicz, Warszawa 1991, s. 179.). Susan Sontag zgadzała się z tym poglądem. W drugim tomie swych dzienników ( Jak świadomość związana jest z ciałem ) napisała: „Jako osoba inteligentna nie uważam, że robię coś »lepiej«. To jedyna forma mojego istnienia. […] Wiem, że boję się bierności (i zależności). Gdy używam umysłu, mam wrażenie, że jestem aktywna (niezależna). To dobrze” (Susan Sontag, Jak świadomość związana jest z ciałem , przeł. Dariusz Żukowski, Kraków 2013, s. 336, 403). (Susan Sontag, Jonathan Cott. Myśl to forma odczuwania (Kindle Locations 2145-2146).)

    Cytowana Hannah Arendt jest autorką słynnej formuły „banalności zła”.

    „Zło jest skrajne i nie posiada żadnej głębi ani jakiegokolwiek demonicznego wymiaru. Może ono wypełnić i spustoszyć cały świat, bo rozprzestrzenia się jak grzyb porastający powierzchnię. Urąga myśli (…)” – pisze Hannah Arendt, autorka „Korzeni totalitaryzmu”.

    Ludzie pragną widzieć zło w demonicznej formie, najlepiej w potworach, zbrodniarzach znaleźć bestię… Jednak ci zbrodniarze okazują się po prostu zwykłymi ludźmi, którzy zwyczajnie, codziennie wykonywali swoje obowiązki, byli posłuszni. Myślenie to cielesne nieposłuszeństwo.

    posłuszeństwo
    Trailer filmu biograficznego Hannah Arendt (2012) w reż. Margarethe von Trotta

    Dobre świadectwo – czytajcie koniecznie

    (więcej…)