Ilustracja napięcia między danymi a humanistyczną kontemplacją (fot. lic. Depositphotos)
Czy możemy przekazać pracodawcy dane o zaangażowaniu studenta podczas studiów w innym sposób niż list polecający?
W THE 17 sierpnia ukazała się opinia Chrisa Moore’a, starszego wykładowcy anatomii na University of West England na temat studenckiego zaangażowania w dobie powszechnej cyfryzacji. Dawniej w kontakcie bezpośrednim ze studentami poznanie niuansów „zaangażowania” studenta było bardzo osobiste. Do dzisiaj wielu uważa, iż jedynie kontakt bezpośredni umożliwia właściwe studiowanie. Studiowanie niegdyś było niemal tożsame z gorliwością analizy, pieczołowitością obserwacji i koncentracji uwagi.
Żyjemy jednak w czasach kapitalizmu uwagi, w którym wszystko walczy o nią, zwłaszcza w ucyfrowionym świecie różnych narzędzi społecznościowych. I nie mam na myśli jedynie Facebooka i Twittera, bo przecież np. profesjonalne narzędzia takiej jak Slack czy Teams to także platformy społecznościowe. Tych narzędzi mamy teraz naprawdę mnóstwo.
I dlatego Chris Moore argumentuje, żeby zlikwidować praktykę wystawiania studentom listów polecających, czyli opinii. Głównym argumentem jest to, że współcześnie prowadzący zajęcia ze studentem dysponuje dostępem do danych, o których niegdyś nie śniło się profesorom: ilość wejść na platformy, sposób i wielkość użycia zasobów cyfrowych bibliotek, daty złożenia gotowych prac zaliczeniowych itd. itp. Według Moore’a „umożliwienie dostępu do danych dotyczących zaangażowania w naukę zapewniłoby pracodawcom bardziej przydatny wgląd w charakter absolwenta”.
Faktycznie powszechne niegdyś listy z opiniami stają się w świecie akademii coraz rzadsze. Wyższe wykształcenie coraz bardziej staje się formalnym zdobywaniem dyplomu. Wnioski jednak z tego, że dzisiaj dysponujemy wielką ilością danych na temat studenckiej „uwagi” i jego „zaangażowania” można wyciągnąć różne, wcale nie takie, że pisana indywidualnie opinia profesorska powinna zostać zastąpiona dostępem do danych.
Pomijam już niebagatelny fakt, że regulacje prawne dotyczące danych osobowych uniemożliwiają uczelniom udostępnianie danych z witryn, nawet półotwartych. To co dzieje się w trakcie studiowania — nawet oceny cyfrowe — pozostają w dwustronnej relacji „student – uczelnia”.
Jednak niebagatelne jest także i to, że profesorskie opinie na temat studenta są relatywizowane w odniesieniu do jego doświadczenia, mogę np. napisać studentowi w opinii, że należy on do 5% najlepszych studentów poznanych przeze mnie w trakcie 30 lat pracy na uczelni, co ewidentnie umożliwia — relatywną — ocenę także mojej oceny.
Publikacja — nawet ograniczona do potencjalnego pracodawcy — surowych danych o studencie nie ułatwi wcale — jeśli byłaby prawnie wykonalna — oceny zaangażowania studenta w trakcie studiów. Pozostaje jeszcze pragmatyczny aspekt analizy danych — albo oddanej w ręce bezdusznych algorytmów, — albo wymuszającej poświęcenia czasu i uwagi przez pracodawców.
Zatem mój wniosek jest taki, że duża ilość danych o studencie może w przyszłości ułatwić pisanie rekomendacji i opinii, mogą one stać się bardziej obiektywne, mniej „na nosa” wystawiane. Jednak dane nie zastąpią oceny i interpretacji. Kontakt bezpośredni może wzmacniać kontakt cyfrowy (zakładam, że pandemiczne ograniczenia kiedyś miną). Dlatego właśnie MOOCs nie zastąpiły uniwersytetów rezydencjalnych, takich jak te określane słowem Cambridge czy Harvard. Koledż, w którym przebywamy 24h 7 dni w tygodniu umożliwia znacznie więcej od najlepszej nawet platformy od kapitalizowania naszej i studenta uwagi.
Co nie ma cienia, istnieć nie ma siły… pisał Czesław Miłosz.
Istnienie czystej informacji bez życia w postaci RNA wirusów zadało kłam tej ładnej, ale tradycyjnej tezie, która wspierana jest przez tzw. zdroworozsądkowy punkt widzenia. To jest coś w rodzaju przesądu obecnego w naszym mówieniu o „wschodzie i zachodzie słońca”. Skądinąd przecież znamy i uznajemy zwrot kopernikański, a ciągle mówimy tak, jakby to słońce miało obiegać ziemię.
Teraz trzeba jednak zmodyfikować Miłoszowe poetyckie twierdzenie i ująć inaczej: czego nie można ukraść, to nie ma wartości….
The Economist dzisiaj donosi:
Zdecentralizowana sieć finansowa twierdzi, że hakerzy włamali się na jej platformę. Uważa się, że ponad 600 milionów dolarów w kryptowalucie zostało skradzione z Poly Network, która pozwala ludziom wymieniać się tokenami cyfrowymi zbudowanymi na różnych blockchainach. To sprawiłoby, że kradzież byłaby jedną z największych w historii w krypto-krainie. Przewodniczący amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, regulatora finansowego, powiedział niedawno, że takie platformy DeFi powinny lepiej chronić inwestorów.
PS. Wiara Miłosza
Wiara jest wtedy, kiedy ktoś zobaczy Listek na wodzie albo kroplę rosy I wie, że one są – bo są konieczne. Choćby się oczy zamknęło, marzyło, Na świecie będzie tylko to, co było, A liść uniosą dalej wody rzeczne.
Wiara jest także, jeżeli ktoś zrani Nogę kamieniem i wie, że kamienie Są po to, żeby nogi nam raniły. Patrzcie, jak drzewo rzuca długie cienie, I nasz, i kwiatów cień pada na ziemię: Co nie ma cienia, istnieć nie ma siły.
Matrioszka i idealna rozdzielczość języka. O trudnej sztuce pisania abstraktów. Najnowsze badania abstraktologiczne mają praktyczne zastosowania
Metafora rosyjskich lalek, tzw. matrioszek dobrze oddaje atrakcyjność żargonu specjalistycznego (il. Depositphotos)
Humaniści często lekceważą abstrakty, nazywając je streszczeniami. Zdarzają się abstrakty bardzo krótkie, niedbałe, bez właściwego oznaczenia tzw. słów kluczowych. Konieczność publikacji w czasopismach indeksowanych w międzynarodowych bazach danych — wprowadzona ostatnimi zmianami w prawie o nauce w Polsce — wymusza jednak zapoznanie się z podstawami „abstraktologii”.
Całkiem niedawno ukazał się artykuł dwóch młodych biologów włoskich dotyczący sztuki pisania abstraktów. Alejandro Martínez to biolog ewolucyjny a Stefano Mammola to ekolog, obaj pracują w National Research Council w Pallanza we Włoszech. (Martínez, Alejandro, i Stefano Mammola. „Specialized terminology reduces the number of citations of scientific papers”. Proceedings of the Royal Society B: Biological Sciences 288, nr 1948 (14 kwiecień 2021): 20202581. https://doi.org/10.1098/rspb.2020.2581.) Korzystając z Web of Science, platformy internetowej, która umożliwia subskrybentom dostęp do baz danych publikacji naukowych, zebrali i przebadali 21486 artykułów poświęconych badaniu jaskiń. Speleologia (łac. spelaeum z gr. σπήλαιον „jaskinia” i -λογία od λόγος „mowa, nauka”) to nauka o jaskiniach. Speleolodzy badają takie sprawy jak geneza i rozwój jaskiń, mikroklimat, stosunki wodne, przyroda ożywiona – flora i fauna itp., zagadnienia ochrony środowiska. Jaskinie badane są też w ramach geologii, hydrogeologii, paleontologii, archeologii, turyzmu. Speleolog może także uprawiać sport, rodzaj alpinizmu podziemnego. Ale to inna historia. Ostatnio jaskinie stały się także miejscem badań na nietoperzami, które — jak wiadomo — są niezwykle ważne w wirusologii i epidemiologii.
Zdjęcie własne autora w jednej z jaskiń Czeskiego Raju (2019 r.)
A teraz małe doświadczenie mentalne. Przeczytajcie państwo zdanie:
Odwiedziłem dziś dwa ciemne miejsca pod ziemią, w których żyje wiele zwierząt.
Zrozumieliście Państwo?
To jest zdanie wyprodukowane przeze mnie przy użyciu 1000 najczęściej używanych słów w języku angielskim, potem przetłumaczone na język polski.
Chciałem napisać: Byłem dzisiaj w dwóch jaskiniach znanych ze swojej bioróżnorodności! Ale takie zdanie nie jest akceptowane przez program sprawdzający, czy używamy tych właściwych, najczęstszych słów. Program jest dostępny za darmo publicznie w Internecie: TUTAJ.
Tak wyglądał abstrakt mojego ostatniego artykułu opublikowanego w międzynarodowym punktowanym czasopiśmie wrzucony do programu:
Sądzicie państwo, że to jest zabawne? To jest bardzo poważny problem naukowy i społeczny. To jakim językiem się posługujemy wyraźnie decyduje o wielu sprawach w naszym życiu. W życiu naukowym także. Raczej powszechne jest przekonanie, że im bogatsze słownictwo, tym bogatsze poznanie świata. Słynny przykład z nazwami kolorów bywa często używany, aby wyjaśnić magię słownika: zwykły użytkownik języka, ktoś amatorski używa na co dzień maksymalnie do 20 nazw kolorów, natomiast plastyk ciągle grzebiący w obszarach widzialności dysponuje prawie setką nazw kolorów.
Wydawałoby się, że im bardziej szczegółowy ogląd świata, tym bardziej szczegółowy język jest nam potrzebny. Jednak sprawa nie jest tak prosta. Bo im bardziej szczegółowego języka używamy, tym mniej komunikatywni się stajemy. I zamykamy się w swoich wieżach z kości słoniowej.
Wydaje się, że można byłoby posłużyć się tutaj metaforą dotyczącą rozdzielczości: możliwość zrozumienia i ogarnięcia mentalnego także jest zdeterminowana właściwą rozdzielczością, jeśli jest ona za mała, lekceważymy wiadomość jako mało ekspercką, jeśli zaś jest ona za duża — tekst przeładowany jest żargonem i ekspercką terminologią – odpadamy mentalnie, jeśli poszukujemy czegoś konkretnego, giniemy w gąszczu.
Sprawa w rozwoju indywidualnym jest fascynująca, ale jeszcze więcej problemów niesie społeczne życie naukowe, wiadomo, że im bardziej rozwinięta gałąź wiedzy, tym większy zasób terminologii specjalistycznej, słów, pojęć i terminów, które dla większości użytkowników stają się niezrozumiałe. Aparatura pojęciowa już w 1934 roku przez Ajdukiewicza była określana jako rodzaj podstawowego narzędzia decydującego o naszym obrazie świata. (zob. Ajdukiewicz Kazimierz, Obraz świata i aparatura pojęciowa, w orginale niem. Das Weltbild und die Begriffsapparatur”, „Erkenntnis” IV, 1934, 259-287) Jednak ta sama aparatura, która bywa wielkim odkryciem, dla większości użytkowników jest nic nie mówiącym żargonem. Jak piszą ostatnio wspomniani na wstępie biolodzy zajmujący się językiem „jaskiniowców”, tzn. inter- i multidyscyplinarnego grona badającego życie jaskiń, „w dobie interdyscyplinarności stosowanie żargonu może utrudniać skuteczną komunikację między naukowcami, którzy nie mają wspólnego zaplecza naukowego.” Ci włoscy badacze nawiązywali do wcześniejszych szwedzkich badań nad „czytelnością” tekstów naukowych (Plavén-Sigray, Pontus, Granville James Matheson, Björn Christian Schiffler, i William Hedley Thompson. „The readability of scientific texts is decreasing over time”.) Kult żargonu był już krytykowany wielokrotnie, ale najbardziej przez artykuł Scotta z 1989 r. (Montgomery, Scott L. „The cult of Jargon: Reflections on language in science”. Science as Culture 1, nr 6 (1 styczeń 1989): 42–77.)
Włoscy badacze, ewolucyjny biolog i ekolog, wykorzystali 21486 artykułów „jaskiniowców”, czy lepiej: „jaskiniologów” — ta multidyscyplina szczególnie dobrze się nadaje, bo często występują w niej różnice językowe między badaczami i to nie tylko u tych, którzy reprezentują inne dyscypliny naukowe. Martinez i Mammola wykazali w konkluzji „istotny negatywny związek między proporcją żargonowych słów w tytule i streszczeniu a liczbą cytowań, jakie otrzymuje artykuł”. Jeśli pamiętać, że algorytmy przeszukujące bazy danych oraz realni czytelnicy traktują streszczenia i słowa klucze jako „atraktory” zrozumiałe staje się wezwanie naukowców do delegowania żargonu do tych fragmentów artykułów, w których jego użycie jest nieuniknione, natomiast wyzbycie się nadmiaru – na ile możliwe jest ocenienie tego — terminologii specjalistycznej z abstraktu i słów kluczy.
Autorzy przyznają, że żargon, choć początkowo trudny, skupia lata wiedzy w precyzyjnym obrazie w umyśle, jest esencją dawniejszych badań naukowych, jest skrótem dorobku naukowego poprzedników. Włosi posługują się tutaj metaforą rosyjskiej „matrioszki” — każdy nowy termin wzbogaca początkową wiadomość o informacje, porządkując i systematyzując koncepcje w korpusie naukowym. W podsumowaniu autorzy omawianego badania stwierdzają, że żargon może co prawda mocno pomagać w przekazywaniu idei, ale może częściej przyczyniać się do podziału na sztucznie zdefiniowanych „znawców” oraz „amatorów”, wzmacniając izolację naukowców w ich znanych z literatury krytyków świata akademickiego — wieżach z kości słoniowej.
Chociaż można było wyciągnąć wniosek, że żargonu zasadniczo należy unikać, to byłby to wniosek błędny: w abstrakcie, który nie jest zwykłym streszczeniem, trzeba osiągnąć odpowiednią rozdzielczość percepcyjną wirtualnego czytelnika. Błędnie brzmi część definicji z Wikipedii:
„Abstrakt – **streszczenie** publikacji naukowej lub książki, w którym w formie **maksymalnie** skondensowanej **z jak największą liczbą słów kluczowych**, zawarte są podstawowe informacje o tezie artykułu, metodyce przeprowadzonych badań, najważniejszych wynikach oraz wnioskach.”
W tym kontekście abstrakt to ani nie po prostu streszczenie, ani nie maksymalna kondensacja z jak największą liczbą słów. Co więcej, według wspomnianych Włochów pojawia się także inny wniosek: w abstraktach osiągnąć należy odpowiednią rozdzielczość percepcyjną terminologii specjalistycznej, jeśli piszemy artykuł, który potem indeksowany jest w bazach. Natomiast jeśli aplikujemy o granty, lepiej jest być jak najbardziej eksperckim: najwięcej sukcesów miały aplikacje grantowe, które były najeżone żargonem. Można zauważyć, że w przypadku publicznie dostępnych abstraktów, czytają je jedynie chętni do czytania, natomiast abstrakty grantowe są oceniane przez wąską grupę specjalistów, którzy oceniają projekty, umieszczając je w szerszej perspektywie wiedzy wąsko specjalistycznej.
Idealna rozdzielczość w naukowych artykułach nie może być tą samą rozdzielczością, która byłaby wymagana przez popularyzację nauki: w takich kontekstach 1000 najczęściej używanych słów byłoby bardzo przydatne, żeby potencjalnie każdy człowiek „z ulicy” mógł zrozumieć, o co chodzi w naszych badaniach.
Zatem – podsumowując — kilka wniosków:
Nie pisz streszczenia, napisz abstrakt;
Pisząc abstrakt artykułu indeksowanego w otwartym dostępie, zastanów się nad nasyceniem terminologią, ogranicz ją do niezbędnego minimum;
Pisząc artykuł nie unikaj specjalistycznego żargonu, ale ogranicz go do miejsc niezbędnych;
Aplikując o granty, pisz projekt i abstrakty bardzo specjalistyczne, nie mówisz do ludzi z ulicy, tylko piszesz dla wysoko ocenianych przez środowisko specjalistów;
Jeśli mówisz do ludzi, mów ich językiem, najlepiej najprostszym, najczęściej używanym.
Obraz Benjamina Franklina w niskiej rozdzielczości…
PS. 22 września 2021 r. opublikowałem artykuł z Anną Zatorą, w którym wykorzystałem część myśli tego wpisu. Płuciennik, Jarosław, i Anna Zatora. „Matryoshka and Perfect Language Resolution. On the Complex Art of Writing Abstracts”. Zagadnienia Rodzajów Literackich LXIV, nr 1 (22 wrzesień 2021): 185–93. https://doi.org/10.26485/ZRL/2021/64.1/1.
„Matrioszka i idealna rozdzielczość języka. O trudnej sztuce pisania abstraktów”. Zagadnienia Rodzajów Literackich 64, nr 1 (2021). https://doi.org/10.26485/ZRL/2021/64.1/12.
Problem czarnych ekranów. Czy to jest właściwy problem? A może problem nierówności dostępu?
Faktycznie nie ma o co kruszyć kopii? Jeśli większość Twoich studentów ma czarny ekran zamiast transmisji ze swojego miejsca aktualnego pobytu podczas Twojego wykładu, czy powinieneś domagać się za wszelką cenę włączenia kamerki?
Wideokonferencja (il. Depositphotos)
Uwielbiam kontakt wzrokowy. Jestem wzrokowcem. No i jest reguła w kulturze Zachodu, że jak człowiek nie patrzy w oczy, to pewnie jest nieszczery, oszukuje itp.
Cyfrowe uczenie się i nauczanie ma to do siebie, że reguły zwykłej komunikacji zniknęły albo się przeobraziły. Podobnie jest z patrzeniem w oczy. Kontakt wzrokowy na sali wykładowej jest bardzo ważny. Staram się o tym pamiętać i niekoniecznie tylko w ten sposób, żeby wybierać wdzięcznego słuchacza i mówić do niego, staram się adresować jak największą liczbę osób, żeby w miarę każdy miał wrażenie, że mówię właśnie do niego. Staram się zazwyczaj także aktywizować słuchaczy przez zadawanie pytań, zagadywanie półoficjalne, ale także poprzez sondowanie opinii, robię to zazwyczaj albo tradycyjnie usta-usta („ile osób tutaj w tej sali ma przy sobie jednorazowe chusteczki higieniczne?”), albo sondami opinii na Slido. To powoduje, że wykład staje się bardziej interaktywną formą.
Symboliczne przedstawienie przeglądania się w lusterku (fot. lic. Depositphotos)
A jak to wygląda w pandemii? Też się staram. Patrzę w kamerę i wyobrażam sobie, że to jest jakbym patrzył w oczy słuchaczy. Staram się także aktywizować sondażami, tym razem w formie elektronicznej, oczywiście. (niektóre komunikatory edukacyjne mają możliwość testowania wbudowaną w system).
No ale część moich studentów ma czarne ekrany, albo ze znakami (np. Strajku Kobiet) bez wizerunku. Czy powinienem wymuszać na nich włączenie kamerki? Według regulacji uniwersyteckich, tak.
Kobieta przeglądająca się w lustrze (fot. lic. Depositphotos)
No ale oni mogą mieć problem, bo łączą się np. przez smartfon. Jakość kamerek w laptopach jest różna, część ze studentów może wstydzić się ośmieszenia przez rówieśników albo z powodu marnej jakości sprzętu, albo dziwnego otoczenia — warunki mieszkaniowe są także różne, a nie każdy sprzęt umożliwia rozmycie tła, czy ustawienie sztucznego tła. Nie każdy dobrze wygląda w mediach, a przecież transmisje Zoom, czy Teamsów to rodzaj wystąpienia w mediach.
Istnieją oczywiście regulacje na wielu uniwersytetach wymuszające włączanie kamer. Absolutnie obowiązkowej jest to podczas egzaminowania. I to jest słuszne, aczkolwiek wiosną bieżącego roku zdarzały się w Niderlandach strajki studentów przeciwko temu ze względu na ochronę prywatności. Uważam to za przesadę. Ale problem nierówności dostępu ciągle istnieje. Nierówny jest dostęp do: dobrej sieci Internet, dobrego sprzętu komputerowego, dobrych warunków mieszkaniowych, dobrego fryzjera (fryzjera w ogólności w warunkach pandemicznych), makijażu itd. itp.
Dlatego nie będę wymuszał transmisji non-stop. Może na początek wykładu na chwilę dla przywitania się.
No i postaram się aktywizować studentów na wykładach sondażami cyfrowymi, wymuszającymi aktywność, ale niekoniecznie „medialną”, żeby odpowiadali „paszczą”, albo „kciukiem” — tekstem pisanym…
Przed kamerą (fot. lic. Depositphotos)
Problem jest i trzeba go zauważyć. Kontakt wzrokowy nie jest w cyfrowym świecie najważniejszy. Ale kontakt ciągle jest ważny, interakcja ważna. Komunikacja.
O takim wniosku świadczy też opinia wyrażona dzisiaj w Times Higher Education Marka Heatona z Sheffield pt. Academics must not rage against ‘death by blank screen’ (Akademicy nie powinni wściekać się na tzw. „Uśmiercenie przez czarny ekran”) (THE 14.12.20) Zgadzam się, że kamerka u studenta nie jest najważniejsza. Najważniejsza jest komunikacja między ludźmi. Aktywność i zaangażowanie. Nie ma nic gorszego, jak nauczyciel zadający wyłącznie prace domowe i wykładający „ex cathedra”… Nawet jeśli ta katedra to teraz pulpit komputerowy.
Rozmowa z prof. dr hab. Moniką Marcinkowską, dyrektorką Instytutu Finansów na Uniwersytecie Łódzkim (Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny) na temat ostatniej wypowiedzi Prezesa NBP o wspieraniu transakcji gotówkowych (01.12.2020). Rozmowę przeprowadził prof. Jarosław Płuciennik
„Stacja działa od 1962 roku. W czasach komunizmu grała muzykę rockową skierowaną do młodzieży i miała trochę swobody, żeby być bardziej niezależna niż inne cenzurowane media.”
Tak pamiętam, że stacja jest o cztery lata starsza ode mnie, pamiętam że była od zawsze synonimem tego co cywilizowane, autentyczne, dobrej jakości, choć niekoniecznie najwyższej, tak jak w nudnawej, bo klasycznej i akademickiej dwójce. A lata siedemdziesiąte to były lata kontrkultury. NYT: „Minister kultury Piotr Gliński powiedział, że nie pochwala piosenki, ale także jej usunięcia [z anteny]. Jednak Gliński powiedział także, że wierzy, że cały skandal może być „prowokacją”, co sugeruje, że ludzie przeciwko rządowi ustawili to tak, żeby wyglądało to źle.”
Cóż to jest prowokacja?
WIKIPEDIA: „Prowokacja – podstępne i celowe działanie osoby trzeciej mające na celu spowodowanie reakcji ofiary prowokacji, zazwyczaj szkodliwej dla niej i często dla osób z nią związanych lub organizacji, jak np. uzyskanie odpowiedzi, informacji, wywołanie silnych emocji, niekontrolowanego zachowania, złamanie prawa.
W psychologii prowokacja jest świadomym wymuszeniem określonych zachowań, reakcji lub działań, często agresywnych i nagłych, poprzez oddziaływanie na psychikę, niekoniecznie zgodne z obranymi przez daną osobę zasadami i wyznawaną ideologią.
…
W pewnych sytuacjach prowokacja może być akceptowalnym narzędziem dochodzeń dziennikarskich lub policyjnych.”
Ja natomiast muszę dodać, że na prowokację powołują się często bandyci, żeby uzasadnić np. gwałt albo pobicie. Zgwałcił, bo „ona nosiła krótkie mini, a i uśmiechała się wyzywająco”.
Panie Gliński, pan był kiedyś socjologiem, to Pan wie, co to jest spiskowa teoria? Jest to spiskowa teoria dziania się. Spiskowa teoria to pojęcie używane m. in . przez Karla Poppera, który widzi w tym mechanizmie pewien automat społeczeństwa zamkniętego. Społeczeństwo otwarte zmienia się ciągle i naturalnie, ale katastrofa wizerunkowa nie może się zdarzyć. To musi być wrogie działanie. Zapewne żydów, cyklistów i całej tej nędznej inteligencji. Po co komu ta Trójka??? Jakiejś garstce wykształciuchów? Ostatnio szeroko opisuje teorie spiskowe także konserwatywny historyk Niall Ferguson opisując dżumę. U Poppera spiski węszy się tam, gdzie trzeba wymyślić wroga, żeby mu przyłożyć i tym samym uzasadnić swoją agresję. Wedle Poppera „Spiskowa teoria społeczeństwa jest tylko wersją tego teizmu, wiary w bogów, których rządzą kaprysy i wola panowania nad wszystkim. Najpierw porzucamy ideę Boga, a następnie zadajemy pytanie: „Kto jest na jego miejscu?” Jego miejsce jest następnie wypełnione różnymi potężnymi ludźmi i grupami – złowrogimi grupami nacisku, które obarczamy winą za epidemię, kryzys itd.” W tym kontekście pada przykład Hitlera, który przecież w Main Kampf uzasadnia antysemityzm wielkim spiskiem Żydów, w tym kontekście to Hitler jest Chrystusem, zbawcą narodów.
Otwarte społeczeństwo to takie, w którym jednostki mogą swobodnie oddychać, swobodnie myśleć i każda jednostka ma swoją wartość.
Zamknięte społeczeństwa bazują na olbrzymiej roli przywódców partii politycznych.
O spiskach głośno stało się w związku z Umberto Eco „Wahadłem Foucaulta” z 1988 r. Potem Lara Croft: Tomb Raider 2001, i Dan Brown: Anioły i demony 2009 (2000, książka), tam wprost działają illuminaci, chcący zawładnąć światem. To są reprezentacje kulturowe, rozpowszechniane jak wirusy, takie mają wzięcie. To wirale.
Wczoraj sprawdziłem polski YouTube:
•Kazik „Twój ból” – 6,5 mln (w kilka dni) •Zabawa w chowanego Sekielskiego – 5 mln (kilka dni) •Tylko nie mów nikomu – 23 mln (1 rok) •Big Cyc Makumba prawie 10 mln (7 lat) •Zenek Martyniuk – Przez twe oczy zielone – 182 mln (5 lat) •Sławomir – Miłość w Zakopanem 220 mln (3 lata)
Widać wyraźnie, że daleko Kazikowi do popularności takiego Sławomira czy Zenka, ale kto wie, co to może być za dwa trzy lata…
A na dodatek produkcja jest wyjątkowo udana, postpunkowy protest song podobny w idei do protestu powojennego rozsławionego przez Woody Guthriego: This Land Is Your Land (1944), który funkcjonuje jako jeden z ważniejszych protest songów powojennego świata. Aż do 1967 roku wydawcy nie chcieli wydawać tej piosenki, wydawała się za gorąca. Sam Guthrie nazwał tę piosenkę „God Blessed America”, ale to była formalnie opozycja względem niej.
Bruce Springsteen
This land is your land, this land is my land
From California, to the New York Island
From the redwood forest, to the gulf stream waters
This land was made for you and me
Ale kluczem do tego songu jest końcówka:
As I went walkin’, I saw a sign there
And on the sign said no trespassin’
But on the other side, it didn’t say nothin’
That side was made for you and me
Kiedy szedłem, zobaczyłem tam znak A na znaku był zakaz wstępu Ale z drugiej strony nic nie pisało (sic!) Ta strona została stworzona dla ciebie i dla mnie. (Przeł. JP)
Guthrie i Kazik protestują przeciwko prywatyzacji przestrzeni. I pamięci. Guthrie i Kazik to niewątpliwi patrioci, ale dalecy od złotych i srebrnych biznesów…
Widać wyraźnie, jak bardzo musiało to zaboleć zwolenników religii smoleńskiej z bożkiem JK i kapłanem Macierewiczem. Ta religia jest z gruntu antyinteligencka, rozumowi bluźni; i ona symbolicznie właśnie unicestwiła inteligencki bastion ze smooth jazzem i listą przebojów – Trójkę, jeden z najlepszych polskich wytworów kultury współczesnej w ostatnim półwieczu. Religia smoleńska zabiła Trójkę, tak jak zachłanność i nieuctwo dobrej zmiany zabiło hodowlę koni w Janowie. Antyinteligencka i antypolska polityka.
Ostatnie The Economist z 22.02.2020 publikuje specjalny raport na temat „Zalewu danych, który powoduje powstanie nowej gospodarki”, gospodarki danych. Już nie znajdujemy się, jak głosiło słynne wyrażenie, w „społeczeństwie opartym na wiedzy”, nie ma już GOW, czyli gospodarki opartej na wiedzy. Według języka OECD, w takim starym paradygmacie myślenia, wiedza jest objęta ofertą (niezależnym bytem), który napędza rozwój. Powstają także rachunki kompetencji konkurencyjnych i finansowych kapitału intelektualnego. Redaktor amerykański do spraw techniki w The Economist, Ludwig Siegele, we wstępniaku „Lustrzane światy” pisze niezwykle interesująca analizę. A zaczyna tak:
„Armia sobowtórów atakuje świat. Najpierw pojawiły się cyfrowe kopie silników lotniczych, turbin wiatrowych i innego ciężkiego sprzętu. Następnie elektroniczne duchy mniejszych i większych rzeczy dołączają do nich w wirtualnym królestwie, od szczoteczek do zębów i sygnalizacji świetlnej po całe sklepy i fabryki. Nawet ludzie zaczęli rozwijać te alter ego. W Ameryce National Football League planuje zaprojektować elektronicznego awatara dla każdego gracza.
Ci „bliźniacy cyfrowi”, jak je nazywają geekowie, to znacznie więcej niż repliki oryginału. Pomyśl o nich bardziej jak o cieniach, które dzięki licznym czujnikom i łączności bezprzewodowej są ściśle powiązane z ich fizyczną jaźnią i wytwarzają oceany danych. Jeśli coś dzieje się w prawdziwym świecie, jest to szybko odzwierciedlane w tej sferze cienia. Niektóre cyfrowe bliźnięta już mają zaprogramowane prawa natury. Podwojone jako baza danych wszystkiego, co kiedykolwiek wydarzyło się w oryginale. To pozwala spojrzeć w ich przyszłość. Na przykład trenerzy sportowi będą mogli przeprowadzać symulacje, przewidywać, kiedy sportowiec dozna kontuzji i dostosowywać procedury treningowe, aby uniknąć problemów.”
Język autora analizy jest niezwykle sugestywny i czyta się to jak początek fascynującej powieści science-fiction.
Gospodarka danych to jest spełnienie przepowiedni ekscentrycznego informatyka Davida Gelerntera z Yale University, który już dawno przewidywał World Wide Web jako „lustrzane światy”, jako nowy wymiar życia ludzkiego opartego na danych i napędzany przez nie. Krok po kroku, coraz więcej części świata fizycznego ma być reprezentowanych i symulowanych w świecie wirtualnym.
Sun light in a cave Khaoluang attractions. Phetchaburi Thailand (Depositphotos)
Tutaj pojawia się metafora platońskiej jaskini, a właściwie jej odwrócenie, bo Platon twierdził, że rzeczywiste obiekty są niedoskonałymi kopiami ich prawdziwej istoty, którą człowiek może kontemplować jedynie w świecie idealnym. Natomiast teraz powstaje lustrzane odbicie tej niedoskonałe kopii platońskiej idei, odbicie, które może wytworzyć i napędzać całkiem realny świat ekonomii i twardego pieniądza. A jednocześnie to odbicie staje się jakby światem idealnym, sterylnym, czysto cyfrowym, niewidzialnym. Mimo że The Economist zajmuje się tym problemem ze względu na realną gospodarkę, to z punktu widzenia kulturoznawczego i filozoficznego proces ten jest także niezwykle ciekawy. Odbity świat jest odbity nie tylko tak jak ten platoński niedoskonale, ale także nierówno.
Pamiętam, kiedy w pierwszej dekadzie XXI wieku podczas nieoficjalnego spotkania Marka Turnera, kognitywisty z Kalifornii, słuchałem jego opowieści o tym, jak to jego Uniwersytet rekrutuje w Second Life, czyli darmowym, wirtualnym świecie gry, udostępnionym publicznie w 2003 roku przez firmę Linden Research, Inc., z San Francisco. W szczycie popularności gra ta miała zarejestrowanych ponad 9 mln graczy. Second Life ma nawet swoją wirtualną walutę. Wiele firm i uniwersytetów nie tylko rekrutuje, ale także np. posiada wirtualne sale wykładowe, czy laboratoria do nauki języków obcych.
Na marginesie zostawiam także problem rekrutacji do armii amerykańskiej poprzez gry walki (np. America’s Army).
Jednak ten świat, o którym pisze The Economist, w którym dołączają się także dane przesyłane przez Internet Rzeczy (Internet of Things IOT) jest coraz większy i można powiedzieć, że na naszych oczach powstaje nowy byt.
Jak zauważają autorzy The Economist, dane mają po angielsku jedynie formę liczby mnogiej. Istotnym pytaniem jest dlaczego? Jaka metaforyzacja leży u źródeł takiego faktu lingwistycznego? Mówimy na przykład: „przepływ danych”, co sugeruje, że dane to jakaś płynna substancja. Na pewno jest to substancja niepoliczalna, jak woda czy piasek w języku angielskim. O tym metaforach w języku pisałem w swoim czasie z Kennethem Holmqvistem w „Infinity in Language”.
Dane to może być „paliwo przyszłości” (czyli benzyna czy olej napędowy), jednak dane mogą być wszędzie, jak „światło słoneczne”, mogą tworzyć „cyfrową infrastrukturę”. Co więcej, z jednej strony są one nierywalizujące, (dane mogą być używane przez wielość użytkowników), z drugiej zaś strony, mamy też nierówny do nich dostęp.
„W zależności od tego, gdzie ustawiono suwak kryptograficzny, dane mogą rzeczywiście być dobrami prywatnymi, takimi jak ropa naftowa lub dobrami publicznymi, takimi jak światło słoneczne, lub czymś pośrednim, znanym jako „dobro klubowe”.”
Kliki są kupowalne i kupowane, dlatego metafora paliwa przyszłości jest najbardziej istotna dla ekonomii. Szkopuł w tym, że nie ma jednej prawdziwej wartości danych.
Światła słonecznego się nie opadatkowuje, światłem się nie handluje i podobnie powinno być z danymi, powinny być otwarte. A nie są. Niektórzy postulują wymianę danych na zasadzie „fair play”. Handel i ekonomia na zasadach fair play powinien mieć miejsce w przypadku danych także.
A tymczasem nierówności rosną wraz z ilością użytkowników. Jak można przeczytać w numerze The Economist, w ciągu ostatniej dekady liczba osób korzystających z Internetu wzrosła z 1,8 miliarda, czyli jednej czwartej świata, do 4,1 miliarda, czyli o ponad połowę. Coraz więcej nas chodzących w chmurach. I coraz więcej ludzi bezwolnych, rządzonych algorytmami.
Gdzie się podziała idea pierwszych pionierów rewolucji cyfrowej o powstaniu olbrzymiej biblioteki cyfrowej, w której wszystko będzie za darmo dla wszystkich?
Dane i informacja to nie jest wiedza. Wiedza musi mieć ludzi z opowieściami. Dlatego zakończę opowieścią z życia. Podczas ostatniego egzaminu z kulturowej historii nowoczesności na kulturoznawstwie Uniwersytetu Łódzkiego na pytanie, które treści wykładu najbardziej zmieniły twój sposób myślenia, najczęściej padały dwie odpowiedzi: Foucoultowska analiza panoptikonu, oraz Baumanowska analiza Zagłady.
Dlatego warto wspomnieć, że to właśnie Michel Foucault przypominał, że wiedza to władza. Dziennikarstwo jeszcze Carlyle uznawał za bohatera swoich czasów i często nazywane one było czwartą władzą. Czasami świat akademicki także nazywany jest czwartą władzą. Czy na naszych oczach rośnie jaskinia filozofów w chmurach, nowa piąta władza?
I jeśli Hannah Arendt w kontekście Zagłady mówi i pisze o banalności zła administratorów Holocaustu wykonujących bezwolnie rozkazy, to czy dziś mamy do czynienie ze spotęgowaniem zła niewyobrażalnych rozmiarów, kiedy rozproszeni przez świat cyfrowy ludzie wykonują rozkazy algorytmów „jaskini filozofów w chmurach”? Matrix.
silhouette businessman who is appeared through the matrix background
Mem o opowieściach dla wnuków o udziale w wojnach memowych w 2014, 2015 i 2016 roku
Ministerstwa nie powinny wspierać farm trolli i wojen memów
Nie chcę spłaszczać bardzo głębokiego i niezwykle wielowątkowego, oddającego świetnie złożoność współczesnego świata, wykładu noblowskiego Olgi Tokarczuk. Ale jeden wątek bardzo mnie poruszył. A właściwie dwa.
Nie dziwi narratologiczny punkt widzenia u opowiadaczki, powieściopisarki i psycholożki. Nie dziwi koncepcja „czułego narratora”, czyli dawniejszej duszy jako nadziei dla skażonego, okaleczonego świata. Jednak w wielu miejscach refleksja naszej Noblistki wykracza poza literaturę i jest narratologiczno-kulturoznawcza:
„Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.”
Porażką utopijnych wizji epoki druku, charakteryzowanej przez wspaniałą ideę „Pansofii” Jana Amosa Komensky’ego, protestanckiego lesznianina stała się kakofonia hejterska i wojny memów charakterystyczne dla zjawisk związanych z aferą Cambridge Analitica. Tokarczuk wspomina ten skandal w kontekstach bardzo kulturoznawczych.
„Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się na naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia – kina, fotografii, virtual reality i augmented reality – stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji.”
Olga Tokarczuk swoją nadzieję lokuje w czułym narratorze.
„Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć i któremu pragniemy się przeciwstawić, ratując świat, nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji ekonomicznych, społecznych i światopoglądowych (w tym religijnych). Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności sprowadziły świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.
Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią.”
Na pewno nie służą tej całości farmy hejterskie i wspomniane przez Tokarczuk wcześniej fake-newsy.
„Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu.
Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący i od siebie współzależny.”
Wydaje mi się, że powinniśmy zgodzić się z tym nawoływaniem. Choćby wydawało się to utopijne dziś. Algorytmy Twittera i Facebooka oraz innych platform społecznościowych nie mogą decydować o losach świata, a wspomniany przez Tokarczuk „efekt motyla” może być jednak przestrogą. Charakterystyczne dla afery z Cambridge Analitica było posłużenie się przez zleceniodawców tej firmy pozyskanymi danymi, aby sterować wojnami memowymi i ściśle adresowanymi reklamami politycznymi.
„Wojny memowe” to wyrażenie często odnoszące się do rywalizacji online, w której przeciwne frakcje wykorzystują internetowe memy do walki ze sobą. W 2006 r. powstał bezpłatny magazyn „Memewar” jako wielodyscyplinarne czasopismo publikujące prace wielogatunkowe, w tym poezję, prozę, sztukę, fotografię, eseje i komiksy. Nazwa została oparta na połączeniu „pamiętnika”, zapisu historii i „wojny memów”, rozumianych jako zderzenie pomysłów. Najbardziej przerażające jest to, że rządy i armie inwestują całkiem poważne pieniądze w „wojny memów”. (Donovan, Joan. „Drafted unto the Meme Wars”. MIT Technology Review, t. 122, nr 6, grudzień 2019, s. 48–51.) Trzeba zgodzić się z autorką artykułu w ostatnim „MIT TR”, że „Lepiej byłoby, gdyby rządy, politycy, poważne instytucje zamiast angażować się w wojny memowe, wzmacniały te instytucje, które tworzą i rozpowszechniają rzetelne informacje: media, akademię, oraz bezstronne agencje rządowe”. (tłum. moje JP, s. 51) Autorka ta szczegółowo opisuje inicjatywy rządowe wykorzystujące prymitywne i niby niewinnie żartobliwe „wojny memów”.
Dlatego twierdzę po wysłuchaniu w wielkim skupieniu wykładu Olgi Tokarczuk, że rządy powinny wspierać „czułego narratora” oraz narratorów uważnych, wystudiowanych. Oznacza to ni mniej ni więcej, tylko wsparcie dla idei uniwersytetu i wielkiej roli humanistyki w społeczeństwie. Rządy nie powinny marnować publicznych pieniędzy na propagandę rządową i militarną, na farmy hejterskie i wojny memów. Powinny dbać o to, żeby widzieć więcej, czuć więcej i myśleć więcej, nieschematycznie. To mogą zapewnić zarówno literatura, jak i uniwersytety z prawdziwego zdarzenia. Nie zapewnią tego przedsiębiorstwa do produkcji punktów. Dziś brzmi to fantastycznie, ale musimy żądać niemożliwego, bo wydaje się, że doszliśmy do katastroficznej ściany.
PS. Miłośników Olgi Tokarczuk z Łodzi i okolic zapraszam we wtorek 10 grudnia o godz. 19:00, w dniu odbierania przez nią Nagrody Nobla, do Teatru Nowego im. Dejmka. Będziemy tam uczestniczyć w performatywnej lekturze utworów noblistki.
Czy Internet i media społecznościowe zabijają nasze mózgi?
Narzekania na nowe media są stare jak europejska cywilizacja, wystarczy przypomnieć niechęć Sokratesa i Platona do pisma jako zabójcy pamięci. (np. w dialogu „Ion”) Kiedy iPhone pojawił się na świecie w 2007, historia wydawała się powtarzać. W 2010 ukazała się książka Williama Powersa, przetłumaczona na język polski w 2014 jako „Wyloguj się do życia”. W 2011 pojawiła się książka Nicolasa Carra (Carr, Nicholas. The Shallows: What the Internet Is Doing to Our Brains. New York, W. W. Norton & Company 2011.) William Powers był gościem Uniwersytetu Łódzkiego, Wydziału Filologicznego, Instytutu Kultury Współczesnej w 2014 r. Wtedy William Powers i inni publikowali humanistyczną refleksję alarmującą społeczność światową, że tracimy pamięć, a przez to także tożsamość i podmiotowość. Częściowo te konstatacje można podtrzymać i dzisiaj.
Jednak dziś mamy już statyczne dane. Możliwa jest ich analiza. Kulturoznawcza analiza nie może abstrahować od rozważań psychologów badających problemy współczesności. Choć nie może także być z nimi tożsama. Nauka o mediach społecznościowych może ustanawiać, jak argumentuje Lydia Denworth w ostatnim Scientific American (Denworth, Lydia. „Social Media Has Not Destroyed a Generation”. Scientific American, t. 321, nr 5, listopad 2019), wyższe standardy analizy statystycznej i uniknąć dzięki temu niedorzecznych roszczeń i przebadać ludzi w dłuższym okresie. Autorka Powołuje się przy tym na na najnowsze badania Twenge (Twenge, Jean M. „HAS THE SMARTPHONE DESTROYED A GENERATION?” Atlantic, t. Vol. 320, nr 2, wrzesień 2017, s. 58–65.), Orben i Przybylskiego (Orben, Amy, i Andrew K. Przybylski. „Screens, Teens, and Psychological Well-Being: Evidence From Three Time-Use-Diary Studies”. Psychological Science, t. 30, nr 5, maj 2019, s. 682–96).
Te badania ukazują bardziej zniuansowany obraz. Istnieje pewna korelacja np. między użyciem mediów społecznościowych a depresją , czy użyciem mediów a mniejszą ilością relacji seksualnych, ale także między aktywnym ich używaniem a dobrym samopoczuciem. Nie ma jednoznacznych dowodów, że to użycie tych mediów wywołuje depresję. Może być zupełnie odwrotnie, zaś Ci, co aktywnie używają internetu i mediów społecznościowych mogą czuć się lepiej. W latach 80-tych ludzie załamywali ręce, jak pisze Lydia Denworth, nad biernymi godzinami marnowanymi przed ekranami telewizorów (obowiązkowych w każdym domu): z tego punktu widzenia, gdyby ludzie wtedy wyobrażali sobie aktywne wymienianie się obrazami, refleksją, przeczytanymi artykułami i książkami… byliby zachwyceni…
Wydaje się zatem, że statystyczne dane nie potwierdzają alarmujących głosów. Chociaż na pewno żyjemy w rewolucyjnym czasie, w którym być może dochodzi do zmiany paradygmatu uczestnictwa w kulturze. Galaktyka Gutenberga na pewno odchodzi już do lamusa. Chociaż ludzie ciągle będą czytać książki, także papierowe (jeśli będzie ich stać), ale współczesny rozproszony człowiek musi znaleźć swój sposób radzenia sobie z nadmiarem informacji i danych w świecie cyfrowym, aby znaleźć sens i znaczenie, czasami zamieniając informacje i dane w prawdziwą wiedzę. I na tym musi się skupić nasza edukacja.
Zapis planu wystąpienia (15 minut) na uroczystej Inauguracji roku akademickiego 2019/2020 dnia 27.09.2019; Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny, Uniwersytet Łódzki.
Punkt
Prawda i
wolność. Prawda i wolność. Prawda, wolność, ciało. Prawda, wolność, ciało…
Pra-wda-wol-ność-cia-ło…
prawdawolnośćciało
To jest Moja
niewyczerpana oda do Radości
Koniec
wykładu. Możecie iść. Idźcie i głoście światu. Żartuję.
Dzień Dobry! Witam wszystkich studentów na jednym z najlepszych polskich uniwersytetów, na jednym z najlepszych wydziałów Uniwersytetu Łódzkiego. W pewnym sensie, w podwójnym sensie, jest to mój powrót tutaj. Kiedyś także i tutaj studiowałem. Dziękuję za zaproszenie Panu Dziekanowi prof. Rafałowi Materze. Wielki zaszczyt i przyjemność.
Nie bez
przyczyny Prawda i Wolność są wypisane na naszych, uniwersyteckich sztandarach.
To jest jak „wolność, równość, braterstwo” z rewolucji francuskiej. Albo
uliczne „wolność, równość, demokracja”… To jest sztandar jak znak gwarancji
jakości ISO.
Prawda i
wolność – bardzo wzniośle, podniośle, a po łacinie Veritas et Libertas wręcz
pompatycznie, jeśli nie bombastycznie. Dlatego kusiło mnie, kusi mnie nadal,
uległem tej pokusie, aby dodać – ciało…. Ciało – działanie.
Ciało to waga,
ciało to ból, ciało to empatia, ciało to działanie. Prawda, wolność, ciało. Veritas,
Libertas, et Corpus.
Zgodnie z tym
hasłem mam dla Was trzy opowieści z życia wzięte.
Opowieść pierwsza – Pielęgniarstwo i gitara
basowa
Czym dla mnie
jest uniwersytet? Był dla mnie oknem na świat, wyjściem spod kurateli rodziców,
zwieńczeniem marzeń wywiedzionych z mnóstwa przeczytanych książek. Moja rodzina
była prosta, jestem synem pielęgniarki i spawacza z kolejarskiego niegdyś
miasta Ostrowa Wielkopolskiego, 100 km stąd; książki, teatr i muzyka to był dla
mnie cały świat, od dzieciństwa uciekałem do wirtualnego świata książek, teatru
i muzyki, grałem w kółkach teatralnych, grałem na flecie i gitarze basowej,
czytałem, czytałem; to był świat wirtualny i rzeczywisty zarazem, spotykałem
mnóstwo fajnych ludzi, nauczycieli, którzy podsuwali mi lektury, napotkani
ludzie zawsze stawali się jakoś ważni; moi rodzice bardzo się starali; żebym
mógł studiować, ojciec musiał brać nadgodziny, żeby jego syn mógł studiować w
odległej, ale jednak bliskiej Łodzi. Gdyby uniwersytet był tylko w Warszawie i
Krakowie, to wtedy pewnie nie studiowałbym w ogóle. Łódź wtedy znana była m.in.
z socjolingwistyki, badań nad kulturą masową (prof. Kłoskowska). Okno na świat.
Ale
zanim poszedłem na studia, chciałem być pielęgniarzem. W czasach mojej młodości
istniały licea medyczne, kształcące pielęgniarki, dzisiaj trzeba już skończyć
studia. Ukończyłem takie liceum, którego istotą była praktyka pielęgniarska w
szpitalach. Pracowałem w trakcie nauki w liceum medycznym oraz rok po niej jako
pielęgniarz w szpitalach. Pamiętam wiele historii z tym związanych, prośby o
jakąś truciznę, bo chory nie mógł wytrzymać bólu, uciążliwych nieprzytomnych
chorych domagających się zachowania standardów higieny osobistej, (potrzebowali
umycia lub ogolenia), pamiętam też ciepłe prześcieradło tyle co zmarłej osoby,
ten ślad obecności, która staje się coraz to zimniejsza. Ta praca pielęgniarza,
to dla mnie doświadczenie formujące.
Ta wczesna moja konfrontacja ze śmiercią, bólem, z empatią i znieczulicą, także własną znieczulicą, z decyzjami w sytuacjach granicznych uczyniła mnie bardziej otwartym na prawdę. Jeśli prawda jest życiem, to śmierć jest nią tym bardziej, ona zwielokrotnia prawdę życia. W liceum nie skończyłem swoich doświadczeń z muzyką i sztuką, grałem na gitarze basowej w zespole szkolnym i grałem spektakle wzorowane na amerykańskich protest songach. Można powiedzieć, że muzyka łagodziła mi obyczaje i chwile, kiedy rzeczywistość cuchnie. Kiedy prawdą było to, co wymagało pielęgnacji, obmycia, wyniesienia odchodów. Prawda nie zawsze pachnie. Prawda jest wyzwaniem.
Historia
2. Wygnanie z komfortu – bycie obcym
Kiedy dostałem się na studia, a wtedy studiowało jakieś 7-8 procent każdego rocznika (co 13-15 rówieśnik), studia były elitarne, poczułem, że złapałem Pana Boga za nogi. VIP. Działałem w budującym się wtedy samorządzie, teatrze studenckim…
Uniwersytet
Łódzki stał się dla mnie oknem na świat całkiem dosłownie i dzisiaj jest on tym
samym dla Was. Ojczyzną uczonych jest cały świat. Wtedy skorzystałem z europejskiego
programu wymiany Tempus (dzisiaj macie inne programy) i wyjechałem do Szwecji. To
był przełom. To było wyjście ze strefy komfortu. W Łodzi na studiach wszyscy
mnie znali, wiedzieli kim jestem, nie musiałem się przedstawiać, w Lund w
Szwecji musiałem zaczynać od zera, każdemu napotkanemu człowiekowi trzeba było
przedstawić wiarygodną historię, kim jestem, czym się zajmuję, po co jestem…. Byłem
nikim. Człowiekiem znikąd, w oczach tubylców – potencjalnym imigrantem. To było
doświadczenie wyzwalające, doświadczenie wolności. Właśnie w tym doznaniu swojej
znikomości. Miałem nawet myśli (mój pobyt w Szwecji na różnych programach się
przedłużał do prawie dwóch lat) o stałej emigracji. Nie wybrałem jej. Ale
najważniejsze w tym doświadczeniu było doświadczenie wolności: jesteś tym, kim
wybierasz, że jesteś, kiedy potrafisz wyjść ze swojej strefy komfortu. Porzucić
na chwilę myśli w języki polskim i postarać się przełożyć siebie na inny język,
na inną kulturę, na język angielski, lingua franca współczesności, czy też na
język szwedzki, nikomu przecież dzisiaj niepotrzebnym. To było doświadczenie
wspaniałe, ale jednocześnie trudne, bo trzeba zacząć od zera, zniweczyć siebie,
anihilować, zrujnować. Uczyło pokory. Zostałem wrzucony na głębokie wody. Udało
mi się nie utonąć. Tzw. republika uczonych stała się moją ojczyzną. Uniwersytet
jest oknem na świat w dosłownych tego słowa sensie.
Drugim
doświadczeniem formującym w czasie pobytów zagranicznych na innych uniwersytetach
i w naszym uniwersytecie to doświadczenie wspólnoty. „College”, inaczej
kolegium, to wspólnota. To nie jest fabryka. Jeśli ktoś widział kiedyś taniec
szkocki, to wie o czym mówię. To nie jest taniec w parach, to nie jest bezładny
taniec disco, to są figury z ciał, wymagające koordynacji, współpracy. Albo
może ktoś widział piramidę z ludzi w katalońskiej i hiszpańskiej Barcelonie
(Castell)? Wiecie Państwo jak to wygląda, każdy musi znać swoje miejsce, ci co
są barczyści, silni, wytrzymali mogą stać się podstawą piramidy, ci, co zwinni
i śmiali i lżejsi, mogą wspinać się na szczyt tej piramidy. Piramida z ludzi
jest metaforą wspaniałej zespołowej roboty.
Takiej
zespołowej roboty wymaga też sztafeta w biegu; ostatnio uczestniczyłem jako
jeden z 50 biegaczy z Uniwersytetu Łódzkiego w biegu charytatywnym Business Run
Poland. Wiecie co jest najbardziej stresujące? Pierwszy raz miałem biec w
sztafecie, wiecie, wolę dłuższe dystanse, samotność długodystansowca, a tutaj
miałem przekazać pałeczkę następnej osobie, tamta następnej itd. Pięć osób
uzależnionych od siebie nie tylko tempem biegu, ale i sprawnością przekazania
pałeczki. Nie mogłem spać przed biegiem, bo nie mogłem dokładnie uświadomić
sobie, jak będzie przebiegać to przekazywanie. Śmieszne, nie? Odpowiedzialność
wspólnoty. To nie są syreny fabryk.
Wspólnota
zatem to nie tylko szkocki taniec, piramida z Barcelony, czy bieg w sztafecie,
dla mnie to także strajk studencki w 1989 r. i na tym wydziale strajk
akademicki w 2018 r. Wiecie co to uniwersytet, wiecie skąd słowo universitas?
Dzisiaj wielu pewnie powie o kosmicznym wymiarze uniwersytetu, który musi swoją
wiedzą ogarnąć Uniwersum, cały świat, od geologii, fizjologii po filologię
klasyczną, socjologię, czy fizykę jądrową. Jednak u zarania nowożytnej idei
uniwersytetu jest nade wszystko „universitas” pojmowana jako społeczność,
wspólnota uczonych i studentów (albo jak w Bolonii na początek samych
studentów, którzy stowarzyszali się, bo chcieli mieć tańsze mieszkania). Ta
wspólnota była także obecna u zarania akademii w antyku w idei Sympozjonu,
uczty wspólnej, w trakcie której można było rozmawiać, dialogować, dyskutować.
Choć wtedy także dużo się przechadzano i w trakcie tego chodzenia, dyskutowano.
Czy tym można zarządzać jak korporacją? Sympozjonem? Uniwersytetem. Alma mater?
Zatem ta
wolność, której doświadczyłem „na wygnaniu”, „w ziemi obcej”, to doświadczenie
stresujące, niekomfortowe, ale jednocześnie doświadczenie wielu wspólnot.
Dzisiaj sporo mówi się też o tym, że uniwersytet nie może być wieżą z kości
słoniowej, luksusowym miejsce izolacji od świata zewnętrznego. Stąd najważniejszymi
celami edukacji w wielu najlepszych uniwersytetach świata są zaangażowanie
społeczne, umiejętność współpracy, kreatywne myślenie, krytycyzm. Uniwersytety
mają być podobnie jak świat dziennikarstwa, czwartą władzą, rodzajem równowagi
dla świata biznesu i polityki. Nie mogą nią pozostać, jeśli kultura
uniwersytetu będzie kulturą wielkich korporacji. Produktywność jest ważna, ale
umiejętności ogólnoludzkie i postawy są jeszcze ważniejsze.
Opowieść
trzecia. Ciało. Zombie. Automat
Przechodzę do
trzeciej historii. Świat cyfrowy.
Łolaboga
łolaboga, ludzie śpią ze smartfonami…
Wolą smartfony
od żon, mężów i kochanków… ludzie śpią ze smartfonami, niedługo będą zupełnie
odcięci od rzeczywistości analogowej; będę sobie wszczepiać różne implanty, i
coraz częściej przypominać będą zombie. Albo automaty. Jesteśmy zanurzeni w
cyfrowym świecie. Wiedza jest dzisiaj wszędzie. Po co komu uniwersytet? Po to
żeby mieć dyplom?
W 2012 roku
The Economist ogłosił MOOCs naważniejszym zdarzeniem edukacyjnym, najbardziej
rewolucyjną innowacją, która zniszczy tradycyjne uniwersytety. I co? Nadal uniwersytety
są i mają się dobrze? Dlaczego? Czy MOOCs (massive open online courses, czyli
masowe szkolenia online) mogą zastąpić kształcenie uniwersyteckie? Przecież
lepiej jest wysłuchać wykładu gwiazdy z Harvardu, aniżeli jakiegoś lokalnego
nudziarza… No ale nie ma się żadnego dyplomu… Tym, co zostaje na uniwersytecie
już na pewno nie jest tradycyjny wykład (1,5 godziny i tyle zamierzam dzisiaj
mówić… nie żartuję, zmierzam już do końca…),
Tym, co
wyróżnia Uniwersytet to tradycyjne międzyludzkie relacje komunikacyjne,
najlepiej widoczne z jednej strony w kolegialności decyzji oraz w relacji
mistrz – uczeń. We wspólnocie realnie uprawianego sportu np. w AZS.
Automatyczne samochody bez kierowcy są niewątpliwą przyszłością, roboty przenoszące i przewożące towary w magazynach są już oczywistością, tu i teraz, tak jak BIG DATA, czy crowdsourcing, wszyscy korzystają z tłumacza Google, który jeszcze całkiem niedawno był śmiesznie idiotyczny, a teraz jest już naprawdę niesamowicie skuteczny. Po co komu nauka języków, jeśli mamy automatycznego translatora w naszej komórce? Nawigacja komputerowa zupełnie wyparła papierowe mapy. Dzwonimy na Biuro Obsługi Klienta w banku czy do Narodowego Funduszu Zdrowia i rozmawiamy z awatarami, którzy przekierowują nas na właściwe rozwiązania problemów. Po co więc uniwersytet? Wiedza jest wszędzie. Nie potrzeba wyższego wykształcenia, żeby wiedzieć dużo. Zresztą, jeśli wiedza jest wszędzie, to po co w ogóle cokolwiek wiedzieć?
Ano właśnie.
Żyjemy w czasach, które zostały także nazwane czasami post-prawdy (The
Economist bodaj w 2016 r. ogłosił to dziwne wyrażenie słowem roku). Żeby
dzisiaj funkcjonować potrzebujemy rozróżnienia prawdy od fake-newsów, prawdy od
zmyślenia i zwykłego kłamstwa. Nie jest to łatwe, ostatnio mówi się o takich
przepracowanych kłamstwach, które nazywają się „deep fake-news”, super
fake-newsami. Widzimy na ekranie Donalda Trumpa, który wypowiada wojnę Korei
Północnej, a potem okazuje się, że to wcale nie jest Gabinet Owalny i nie jest
Donald Trump, tylko jego komputerowy awatar. Fake news już poszedł w świat i
żyje własnym życiem.
Dlatego
uniwersytety są potrzebne, żeby nauczyć, jak korzystać z wiedzy, jak rozróżnić
wiedzę prawdziwą od nonsensu. Organizację dobrze zarządzaną od złej,
odczłowieczającej fabryki czy zniewalającej korporacji. Do tego potrzeba
umiejętności i postaw, które odróżniają nas od robotów i zombie. Tylko bycie
niezastępowalnym przez automaty może dać nam przyszłość: to jest kreatywność,
wyobraźnia, krytycyzm, intuicja, odwaga. To nas wyróżnia od automatów. Stąd też
kolosalne znaczenie nauk humanistycznych i społecznych. No bo co z tego, że
nauki przyrodnicze będą udowadniać, że powszechne szczepienia ograniczą naszą
umieralność? Jeśli nie będzie odpowiedniej ilość przekonujących dziennikarzy,
wykształconych ekspertów z miękkimi umiejętnościami, popularność w społeczeństwie
zyskają szarlatani, udowadniający szkodliwość szczepień. Co z tego, że
klimatolodzy stwierdzą ewidentny wpływ człowieka na zmiany klimatyczne, jeśli
część polityków z odpowiednim oprzyrządowaniem powtarzać będzie, że to wszystko
bajki i wymysły? I wyślą egzorcystów na „rozhisteryzowane dziecko…”
Uniwersytet
musi kontynuować swoją oświeceniową misję: prawda, wolność, ciało. Świat
cyfrowy jest wszechobecny i wszechmocny, trzeba z niego korzystać, ale nauczyć
się także kwestionować.
Dlatego, jeśli
miałbym zakończyć jakimś przesłaniem, to mogę je streścić w dwóch słowach:
Nienasycenie i
nieskończoność.
Trzeba być jak
swobodnie bawiące się dziecko, nienasycone w pragnieniach, pożądaniach, ale
także pragnieniu wiedzy, ale i wolne aż do nieskończoności, potrafiące mówić
nie. Kończyłem kiedyś każdy wykład ze studentami mottem: „Ty sam jesteś
nieskończonym oceanem”.
Czesław Miłosz
napisał kiedyś:
Tak samo było
kiedy miałem dwadzieścia lat.
Ale wtedy nadzieja że będę wszystkim,
Może nawet motylem i kosem, przez zaklęcie.