Tag: konstytucja

  • Sensus communis po szwedzku, albo co my, Polacy, podpisaliśmy w 1997 roku

    Sensus communis po szwedzku, albo co my, Polacy, podpisaliśmy w 1997 roku

    Z cyklu Obserwatorium Nordyckie.

    Jarosław Płuciennik

    15 sierpnia 2026

    Szwedzka publicystka przestała definiować „szwedzkie wartości” i zamiast tego napisała kontrakt: siedem punktów do podpisania przy wjeździe, każdy zbudowany na tej samej symetrii — masz prawo, ale identyczne prawo ma ten, kto myśli inaczej. Zazdrościć trzeba nie tych siedmiu punktów, tylko tego, że w Szwecji są nudne.

    Hanne Kjöller należała do tych, którzy dziesięć lat temu domagali się definicji „szwedzkich wartości”. Definicji nie dostała, tymczasem sama fraza zdążyła się zadomowić — używana, jak pisze w sobotniej „Svenska Dagbladet”, z tą samą oczywistością co inne mgławicowe terminy krążące po debacie politycznej. Kjöller nadal nie wie, czym szwedzkie wartości różnią się od duńskich albo niemieckich. Zamiast więc definiować, proponuje coś innego: umowę. Siedem punktów, list powitalny do podpisania przy wjeździe.

    Pretekstem jest raport, który Bi Puranen z World Values Survey przekazała w piątek ministrze edukacji i integracji Simonie Mohamsson: pięćset stron o tym, z jakimi przekonaniami przyjeżdża się do Szwecji i co z nimi robi czas. Wnioski są mniej sensacyjne, niż chciałaby prawica, i mniej kojące, niż chciałaby lewica: wartości zmieniają się stopniowo, jedne siedzą płycej, inne głębiej, a sam upływ lat niczego nie załatwia — liczą się wykształcenie, praca, kontakty, wiek i tryb migracji. Połowa uczestników kursów SFI uważa homoseksualność za nieakceptowalną. Co piąty migrant mieszkający w Szwecji ponad dwadzieścia lat nigdy nie pracował.

    Najmocniejszy moment felietonu nie jest jednak statystyczny, lecz historyczny. Kjöller zauważa ironię tkwiącą w haśle Szwedzkich Demokratów przed wrześniowymi wyborami — „Vi gör Sverige till Sverige igen” — bo wartości, które przywożą dziś niektórzy nowo przybyli, są uderzająco podobne do szwedzkich wartości, ale tych – nazwijmy to tak – wczorajszych. Gdy się urodziła dawna Szwecja, homoseksualność była chorobą, gwałt w małżeństwie legalny, dzieci z niepełnosprawnościami chowano w zakładach, czasami sterylizowano, a Szwedki jeździły na aborcję do Polski. Ten ostatni szczegół warto dla polskiego czytelnika podkreślić: kierunek podróży się odwrócił, i to nie dlatego, że coś się stało ze Szwecją.

    Siedem punktów jest w gruncie rzeczy banalnych i właśnie w tym rzecz. Wolność wyznania, w tym wolność od wyznania. Wolność słowa z granicą przy zniesławieniu i mowie nienawiści — poza tym nic nie jest zbyt święte, by nie można było z tego kpić, łącznie z Bogiem. Prawo dorosłych do dowolnych wzajemnych związków: bez dzieci, bez bliskich krewnych, bez bigamii. Jednostka, nie rodzina i nie klan, jako najmniejszy element społeczeństwa, a stąd zgoda jako warunek także w małżeństwie. Zakaz bicia dzieci, przy zachowanym prawie rodziców do wymagania odrobionych lekcji. Państwo prawa, czyli monopol sądu na karanie, a policji i prokuratury na ściganie. I swoboda ubioru w obie strony — zakrywać się wolno tak samo jak odsłaniać (nagość nie jest tolerowana w miejscach publicznych).

    Każdy z tych punktów ma tę samą konstrukcję: masz prawo, ale identyczne prawo ma ten, kto myśli inaczej. To symetria, nie treść, jest tu naprawdę szwedzka. Choć nazwa dla niej jest starsza i wcale nie szwedzka: sensus communis. I dlatego lista, choć wyszła spod pióra publicystki pisma konserwatywno-liberalnego, przeszłaby bez poprawek u czytelników „Dagens Nyheter”. Bo tak naprawdę nie jest to katalog wartości, lecz streszczenie obowiązującego prawa — konstytucji, ustawy o wolności druku, kodeksu karnego. Pisałem tu na blogu w Obserwatorium Nordyckim wcześniej o kanonie kulturowym, który rząd Szwecji przekazał minister Liljestrand i który od kwietnia trafia do szkół. Kanon wylicza dzieła, kontrakt wylicza reguły. A reguły przekazać łatwiej niż listy lektur.

    Słabszy jest finał. „Jeśli masz problem z którymś z punktów, może Szwecja nie jest krajem dla ciebie” — to zdanie psuje symetrię, którą autorka sama zbudowała, bo testu nie stosuje się do gospodarzy. Umowa, którą podpisuje tylko jedna strona, nie jest umową, tylko regulaminem.

    Na placu przy katedrze w Lund stoi wystawa portretów ludzi, którzy bronili praw człowieka. Na planszy Amosa Oza wydrukowano zdanie, które mogłoby być mottem kontraktu Kjöller: „Kompromissen är aldrig en populär lösning, vare sig i privatlivet eller i internationella konflikter, men den är lösningen” — kompromis nigdy nie jest popularnym rozwiązaniem, ani w życiu prywatnym, ani w konfliktach międzynarodowych, ale jest rozwiązaniem. Na innej planszy Dalajlama: „Kärlek, medkänsla och tolerans är nödvändigheter, inte lyxartiklar”, miłość, współczucie i tolerancja są koniecznością, nie luksusem. Obaj mówią to, co siedem punktów mówi językiem paragrafów: reguła, którą podpisują obie strony, choć żadnej się nie podoba, jest warta więcej niż zwycięstwo jednej z nich.

    Fragment wystawy na placu przy Domkyrkan w Lund. Wiele postaci broniących praw człowieka: Dalajlama, Greta Thunberg i Amos Oz to tylko trzy najbardziej wyraziste . Fot. Jarosław Płuciennik (sierpień 2026)

    Dlaczego u nas takiej listy nie ma

    Zazdrościć trzeba nie siedmiu punktów, tylko tego, że w Szwecji są nudne. Spór toczy się o egzekwowanie, nie o treść. Polska lista rozpadłaby się przy punkcie trzecim i czwartym — bo równość małżeńska i prymat jednostki nad rodziną to u nas linie frontu, nie truizmy. Rozpadłaby się przy prawie kobiety do decyzji o ciąży. A co gorsza, rozpadłaby się przy punkcie szóstym: przy państwie prawa, o które toczymy wojnę od kilkunastu lat i którego kolejne rozstrzygnięcia jedna strona z góry uznaje za nieważne.

    Czytelnicy „Rzeczpospolitej” i „Gazety Wyborczej” nie podpiszą wspólnie siedmiu zdań o konstytucji. Podpiszą najwyżej listę tego, czego nie chcą — i to każdy inną. Nasz konsens jest negatywny, więc nie da się z niego zrobić listu powitalnego.

    Rzecz jednak sięga głębiej niż spór o treść siedmiu punktów. Zanika sama przestrzeń, w której taką umowę dałoby się w ogóle zawrzeć. Artykuł pierwszy naszej konstytucji mówi, że Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli — dziś to zdanie brzmi jak cytat z obcego języka, bo „dobro wspólne” zostało rozebrane na partyjne hasła i każda strona trzyma swój kawałek. Oświeceniowy common sense, sensus communis — u Kanta zdolność sądzenia z pozycji kogoś innego, u Arendt warunek myślenia politycznego w ogóle — to przecież dokładnie ta symetria, na której trzyma się szwedzka lista. Bez niej zostaje upartyjnienie wszystkiego, co publiczne, i skrajna prywatyzacja całej reszty: instytucje jako łup, media jako okop, nauka jako zakładnik, a resztę życia zwija się do mieszkania i rodziny. Sfera publiczna w sensie Habermasa wymaga miejsca, które nie należy do nikogo właśnie dlatego, że należy do wszystkich. Tam, gdzie każdy skrawek ma już właściciela albo barwy klubowe, nie ma gdzie położyć takiego listu do podpisu.

    Zanim napiszemy taki list dla przyjezdnych, musielibyśmy się dogadać, co sami właściwie podpisaliśmy w 1997 roku.

  • Prezydenci mówią inaczej. Szwedzka lektura amerykańskiej retoryki

    Prezydenci mówią inaczej. Szwedzka lektura amerykańskiej retoryki

    Martin Luther King w kamieniu (lic. Depositphotos)

    Jarosław Płuciennik. Z cyklu „Obserwatorium Retoryki i Komunikacji”

    13 sierpnia 2026

    W dzisiejszym „Under strecket” — legendarnej rubryce felietonowej „Svenska Dagbladet”, ukazującej się nieprzerwanie od 1918 roku — Hans Ingvar Roth, profesor praw człowieka na Uniwersytecie Sztokholmskim, omawia nową książkę Bena Rhodesa „All we say: The battle for American identity — a history in 15 speeches” (Bodley Head). Rhodes, przez osiem lat współtwórca mów Baracka Obamy (to on współtworzył kairskie przemówienie „A new beginning” z 2009 roku), analizuje piętnaście mów, które ukształtowały amerykańską tożsamość — od rewolucji po prezydenturę Donalda Trumpa.

    Teza Rotha i Rhodesa jest prosta: amerykańska polityka od początku krąży wokół jednej rany — przepaści między ideałem a rzeczywistością. Konstytucja obiecuje równość, praktyka ją łamie. Wielkie przemówienia amerykańskie to kolejne próby zszywania tej rany słowem. Lincoln pod Gettysburgiem (1863) — dwie minuty wzorowane na mowie pogrzebowej Peryklesa — definiuje Amerykę jako projekt moralny „poczęty w wolności”. Martin Luther King w 1963 roku porzuca przygotowany konspekt, gdy Mahalia Jackson woła zza sceny: „Opowiedz im o swoim śnie, Martin” — i improwizując tworzy „I have a dream”. „Mam marzenie”… Tytuł książki Rhodesa pochodzi z ostatniej mowy Kinga, wygłoszonej w Memphis dzień przed zamachem: wszystko, co mówimy Ameryce, to — bądź wierna temu, co obiecałaś na papierze.

    Najciekawszy w eseju Rotha jest jednak wątek medioznawczo-kulturoznawczy. Mowy z XVIII i XIX wieku docierały do obywateli pośrednio: przez pamflety i relacje dziennikarzy, często podretuszowane. Radio dało Rooseveltowi mowę o czterech wolnościach (1941), telewizja dała Kennedy’emu zwycięstwo nad spoconym Nixonem (1960). A internet? Zdaniem Rhodesa media społecznościowe wyjałowiły i sfragmentaryzowały mowę polityczną: format TikToka nie mieści dłuższej narracji, wokół której obywatele mogliby się zgromadzić. To diagnoza bliska Habermasowi — rozpad przestrzeni deliberacji na strumień bodźców.

    I tu wchodzi Trump — jak pisze Roth, z improwizowanymi hugskott (pomysłami rzucanymi ad hoc) zamiast ustrukturyzowanych tekstów poprzedników. Trump zresztą sam nazwał swój styl: „the weave”. Słowniki podpowiadają tłumaczenie jako „splot” albo „tkanie”, ale to przekłady zbyt nobilitujące — tekst pochodzi wszak od łacińskiego textum, tkanina, więc mówiąc „splot”, przyznawalibyśmy Trumpowi status tkacza tekstu, dokładnie ten, który sam sobie nadaje. Uczciwszym przekładem jest „dzierganie”: drobne oczka, luźna włóczka, coś się pruje, coś zwisa — zapamiętała krzątliwość bez wzoru. Trump twierdzi, że mówi o dziewięciu rzeczach naraz, a wszystkie „genialnie schodzą się razem” — i że zaprzyjaźnieni profesorowie angielskiego uważają to za rzecz najświetniejszą, jaką widzieli. Lingwiści i komentatorzy nazywają to samo zjawisko mniej uprzejmie: rambling, ględzenie, słowna sałatka, niezdolność doprowadzenia myśli do końca.

    Warto tu przypomnieć powiedzenie Woodrowa Wilsona, zapisane we wspomnieniach jego sekretarza marynarki Josephusa Danielsa (anegdota wędrowna, przypisywana wcześniej i innym mówcom, ale u Wilsona kanoniczna): jeśli mam mówić dziesięć minut, potrzebuję tygodnia przygotowań; jeśli piętnaście — trzech dni; jeśli pół godziny — dwóch dni; jeśli godzinę — jestem gotów od razu. To cała ekonomia retoryki w czterech taktach: krótkość kosztuje, gadanie jest darmowe. Lincoln mówił pod Gettysburgiem dwie minuty — licząc po wilsonowsku, przygotowywał się do nich całe życie. Trump dzierga półtorej godziny i dłużej — rachunek każdy zrobi sam. Rhodes nie kryje nostalgii za dawną sztuką oratorską — w jego narracji Obama staje się niemal ostatnim wielkim mówcą klasycznej tradycji.

    Polski czytelnik ma tu jednak prawo do pewnej podejrzliwości wobec zbyt łatwej opozycji: piękna mowa — bełkot. Pamiętamy przecież fenomen retoryki Lecha Wałęsy. O tym powstawały całe tomy, pamiętam numer tematyczny Tekstów Drugich w 1990. Wałęsa mówił niepoprawnie, łamał składnię, mieszał wątki — „nie chcem, ale muszem” — a jednak był mówcą skuteczniejszym niż wszyscy poprawni sekretarze razem wzięci. Różnica między nim a Trumpem nie leży więc w formie, bo forma jest u obu chaotyczna. Leży w pokryciu. Retoryka klasyczna nazywała to etosem: wiarygodnością mówcy poprzedzającą każde jego słowo. Etos Wałęsy był pokryty biografią — stocznią, strajkiem, internowaniem — i wspólnym doświadczeniem milionów słuchaczy. Jego chaos był mimowolny, dlatego brzmiał jak prawda wydobywająca się spod języka. Grecy mieli na to słowo: parrhesia, mowa szczera, mówienie prawdy mimo ryzyka. Trump odwraca ten układ: chaos performuje, brandinguje go i sprzedaje jako geniusz. Tam, gdzie u Wałęsy niepoprawność była ceną prawdy, u Trumpa jest produktem — dzierganym publicznie, oczko po oczku, bez wzoru i bez końca.

    Roth kończy swój esej trzeźwo: przepaść między ideałem a rzeczywistością pozostanie osią amerykańskiej polityki. Można dodać: o tym, czy mowa polityczna tę przepaść zszywa, czy tylko ją zakrzykuje, nie decyduje poprawność składni. Decyduje to, czy za słowami stoi ktoś, kto za nie zapłacił.

     

    Źródło: Hans Ingvar Roth, „Presidentens tal låter väldigt annorlunda nu”, Svenska Dagbladet, „Under strecket”, 13 sierpnia 2026; Ben Rhodes, „All we say: The battle for American identity — a history in 15 speeches”, Bodley Head 2026; Jerzy Bralczyk, „O języku Wałęsy”, „Teksty Drugie” 1990, nr 4, s. 60–81; Marek Czyżewski, Sergiusz Kowalski, „Retoryka Wałęsy”, „Teksty Drugie” 1990, nr 4, s. 82–92.

  • Wokół dwunastu gniewnych ludzi

    Wokół dwunastu gniewnych ludzi

    Ilustracja 12 ławników w USA (lic. Depositphotos)

    Ostatnio w przestrzeni publicznej pojawiły się dyskusje prawne, prawnicze oraz okołoprawne związane z liczbą osób zasiadających w różnych składach sądowych.

    Wiem, że to zagadnienie, które może wyglądać na eksperckie, dla wąskich specjalistów, zarezerwowane dla prawników. Jednak przychodzi mi do głowy także bliski mi zawodowo kontekst historii kultury i historii idei. Obejrzałem ostatnio ponownie 12 gniewnych ludzi Sidneya Lumeta. Tam właśnie widać wyraźnie znaczenie liczby ludzi uczestniczących w jakimś procesie — niekoniecznie sądowym — znaczenie niebagatelne dla innych procesów takich jak demokratyzacja, demokracja, działania moralne.

    Zanim podejmę ten uniwersalny i zarazem amerykański temat chciałbym wskazać na nasze polskie podwórko.

    Ostatnio w Polsce mniej więcej w jednym czasie zapadł wyrok w Sądzie Najwyższym w składzie siedmiu legalnych sędziów Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (26 kwietnia 2023 roku) oraz — niemal w tym samym czasie — wysunięto projekt uchwały Sejmu mającej ograniczyć tzw. pełny skład Trybunału Konstytucyjnego. W obu sprawach idzie niby o ten sam problem liczby sędziów, jednak w pierwszej 7-osobowy skład sędziowski wydał wyrok o za małych składach (jednoosobowych), w drugiej propozycji idzie o coś odwrotnego: w intencji pomysłodawcy sędziów w pełnym składzie konstytucyjnie ustanowionego organu o nazwie Trybunał Konstytucyjny jest za dużo. Wyraźnie widać więc zatem, iż tendencją obecnej władzy jest ograniczanie ilości podmiotów w procesach decyzyjnych, a w tym konkretnym przypadku w procesach sądowych.

    Można sobie wyobrazić kilka argumentów pozytywnych za zmniejszeniem ilości podmiotów decyzyjnych w jakiś procesach, którymi chce się zarządzać. Po pierwsze, efektywność. W miarę jak liczba podwładnych rośnie, menedżer musi poświęcić więcej czasu na koordynację pracy, rozwiązywanie problemów i zarządzanie konfliktami. W rezultacie menedżer może mieć mniej czasu na strategiczne myślenie i inne kluczowe zadania.Po drugie, jakość komunikacji: Większa liczba zarządzanych może prowadzić do słabszej komunikacji i nieporozumień, ponieważ menedżer musi przekazać informacje większej liczbie osób. W rezultacie może być trudniej utrzymać spójność informacji oraz monitorować, czy wszystkie osoby zrozumiały przekaz.Po trzecie, duża liczba zarządzanych może prowadzić do przeciążenia menedżera, co z kolei może prowadzić do wypalenia zawodowego, zmniejszenia efektywności i problemów z podejmowaniem decyzji.Czwartym argumentem może być poziom zaangażowania: W mniejszych zespołach menedżer może poświęcić więcej czasu na indywidualne rozmowy z podwładnymi, co sprzyja zrozumieniu ich potrzeb, motywacji i problemów. W większych zespołach takie podejście jest trudniejsze do utrzymania, co może prowadzić do spadku zaangażowania pracowników. Po piąte, w zespołach z mniejszą liczbą zarządzanych decyzje mogą być podejmowane szybciej, ponieważ komunikacja jest prostsza, a lider ma lepszy przegląd sytuacji. W większych zespołach podejmowanie decyzji może być opóźnione z powodu złożoności procesu komunikacji i konieczności konsultacji z większą liczbą osób. Po szóste, w mniejszych zespołach menedżer może poświęcić więcej czasu na rozwój zawodowy podwładnych, podczas gdy w większych zespołach może być trudniej znaleźć czas na indywidualne wsparcie.
    Wszystko to prawda w zespołach, którymi się zarządza bądź którymi chce się kierować. No ale przecież sądy są niezawisłe i niezależne od polityków. Przynajmniej takie powinny być według nauk wywodzących się z Monteskiusza. I wedle naszej Konstytucji…

    I na tym tle właśnie pojawia się film Sidneya Lumeta 12 gniewnych ludzi (1957), to klasyczny amerykański dramat sądowy. Od ponad półwiecza jest przedmiotem licznych refleksji, analiz, interpretacji. Do dzisiaj ogląda się go świetnie. Na podstawie tego filmu można oczywiście pokazać amerykański system prawny: film przedstawia porywający obraz procesu obrad ławy przysięgłych i stawia ważne pytania dotyczące roli ławy przysięgłych, domniemania niewinności oraz znaczenia uzasadnionych wątpliwości w amerykańskim systemie prawnym. Lumet dotyka tutaj także problemu zasadności kary śmierci. Film ten też świetnie pokazuje dynamikę grupy i złożoną psychologię podejmowania decyzji: „12 gniewnych ludzi” to doskonałe studium dynamiki relacji grupowych, pokazujące, jak indywidualne uprzedzenia i osobiste doświadczenia mogą wpływać na zbiorowy proces podejmowania decyzji. Bada również dynamikę władzy między przysięgłymi i wpływ pojedynczego głosu sprzeciwu na ostateczny werdykt grupy.W filmie występuje 12 różnych postaci, z których każda ma własną, niepowtarzalną osobowość i pochodzenie. Lumet po mistrzowsku rozwija te postacie, używając ich jako archetypów do badania ludzkiej natury, uprzedzeń i walki o obiektywne osądy. Dość istotne jest to, że w amerykańskim systemie prawnym ławnicy muszą osiągnąć jednomyślność i że zamyka się ich w pomieszczeniu i nie wypuszcza aż wydadzą werdykt.

    Lumet w tym filmie pokazuje także siłę perswazji i krytycznego myślenia: główny bohater filmu, juror nr 8 (w tej roli Henry Fonda), wykorzystuje logikę, rozum i empatię, aby stopniowo przekonać innych ławników do ponownego rozważenia ich pierwotnego wyroku skazującego. W ten sposób „12 gniewnych ludzi” podkreśla znaczenie krytycznego myślenia, otwartości i skutecznej komunikacji w osiąganiu sprawiedliwego wyniku.

    Ławnicy to osoby wywodzące się ze społeczeństwa, to jego emanacja, uczestniczą w procesach sądowych zwykle w roli sędziów wspólnie z zawodowymi sędziami. Choć różne kraje mają różne systemy ławnicze, istnieją pewne argumenty za stosowaniem większej liczby ławników w procesach:

    1. Reprezentatywność: Więcej ławników oznacza większe prawdopodobieństwo, że skład sądu będzie reprezentatywny dla społeczeństwa. Dzięki temu orzekanie będzie uwzględniać różne perspektywy, doświadczenia i wartości obywateli.
    2. Legitymacja społeczna: Duża liczba ławników może wzmacniać zaufanie społeczne do systemu sądownictwa, ponieważ osoby uczestniczące w procesie sądowym mogą widzieć, że wynik sprawy jest oparty na opinii większej liczby swoich rówieśników.
    3. Równowaga władzy: Duża liczba ławników może zapewnić lepszą równowagę władzy między sędziami zawodowymi a obywatelami, zapobiegając potencjalnemu nadużyciu władzy przez zawodowych sędziów.
    4. Zrozumienie społeczne: Ławnicy, jako osoby spoza środowiska prawniczego, mogą wnosić do procesów sądowych „zdroworozsądkowe” podejście, które może pomóc lepiej zrozumieć kontekst społeczny danej sprawy. Większa liczba ławników może wzbogacić to zrozumienie.
    5. Edukacja obywatelska: Uczestnictwo w procesach sądowych jako ławnik daje obywatelom możliwość poznania prawa i funkcjonowania sądownictwa. Większa liczba ławników oznacza, że więcej osób zdobywa takie doświadczenia, co może przyczynić się do wzrostu świadomości obywatelskiej.
    6. Sprawiedliwość proceduralna: Duża liczba ławników może wpłynąć na poczucie sprawiedliwości proceduralnej stron procesu, gdyż sprawy są rozpatrywane przez większą grupę osób, co może ograniczać wpływ osobistych uprzedzeń czy preferencji jednostek.

    Nie chcę tych podręcznikowych argumentów stosować, aby sugerować wprowadzenie ławników do TK… Jednak jeśli takie argumenty można zastosować w odniesieniu do ławników (świeckich, niezawodowych sędziów), to tym bardziej są one do zastosowania w odniesieniu do sędziów profesjonalnych wywodzących się z zawodów prawniczych.

    Wszystko to oczywiście kosztuje. Mniej ludzi to mniejszy koszt. Ale może jednak warto zainwestować więcej, po to, żeby mieć lepsze prawo, lepsze procedury, lepsze społeczeństwo.

    Mam niestety dojmujące uczucie przenikające mnie grozą, że rządzącym obecnie nie zależy na jakości, procedurach i społeczeństwie.

    PS. Po zmianach artykuł ukazał się jako „Dwunastu gniewnych ludzi”. Sądowy dramat a Trybunał Konstytucyjny w Gazecie Wyborczej 11 maja 2023

  • 5 stycznia 2023 r. Kolejny dzień bezprawia w Polsce

    5 stycznia 2023 r. Kolejny dzień bezprawia w Polsce

    5 stycznia 2023 r. to niestety kolejny dzień bezprawia w Polsce.

    Symboliczny obraz bezprawia w Polsce (fot. lic. Depositphotos)

    Kadencja ławników Sądu Najwyższego wybranych zgodnie z prawem ustanowionym głosami PiS powinna zacząć się 1 stycznia 2023 roku i trwać do końca 2026 r. Niezaprzysiężenie części ławników Sądu Najwyższego (26 legalnie wybranych osób) do dzisiaj jest deliktem prawnym, to znaczy, że pełniąca obowiązki Pierwszej Prezeski Pani Manowska łamie po raz kolejny prawo, tym razem jednak prawo ustawione przez Prezydenta i Parlament, na których olbrzymi wpływ mają ludzie PiS. Wniosek z tego, że nawet własnego prawa niepraworządna władza nie jest w stanie przestrzegać.

    5 stycznia dowiedzieliśmy się z mediów rządowych, że Pani Manowska skierowała list do Marszałka Senatu pana prof. Tomasza Grodzkiego o „reasumpcję głosowania” wybierającego ławników w Senacie RP.

    Reasumpcja wg. WSJP od niem. Reasumption, praw, „w procedurze parlamentarnej: zarządzane z ważnych powodów ponowne poddanie pod głosowanie podjętej już uchwały”. (t. 4, s. 41)

    W słowniku języka polskiego reasumpcja oznacza ponowne rozpatrzenie lub ocenę czegoś na nowo, zazwyczaj w oparciu o nowe informacje lub dowody. Może to obejmować zmianę lub modyfikację przekonań, poglądów lub decyzji w oparciu o nowe informacje lub doświadczenia. Reasumpcja w kulturze myślowej cywilizacji Zachodu jest ważnym elementem procesu myślowego i krytycznego myślenia, ponieważ pozwala nam na ciągłe doskonalenie naszych przekonań i poglądów na podstawie nowych informacji i doświadczeń. To jest podstawa społeczeństwa otwartego i wolności słowa i myśli.

    W Parlamencie RP reasumpcja głosowania oznaczałaby ponowne rozważenie decyzji o głosowaniu lub zmianę głosu w oparciu o nowe informacje lub argumenty. W przypadku głosowań w Parlamencie RP, reasumpcja mogłaby obejmować ponowne przeprowadzenie głosowania lub zmianę głosu posła lub grupy posłów na podstawie nowych dowodów lub argumentów zgłoszonych podczas debaty lub dyskusji na temat danej kwestii. Warto jednak pamiętać, że w Parlamencie RP istnieją pewne procedury i zasady dotyczące głosowań, więc reasumpcja głosowania mogłaby być możliwa tylko w określonych okolicznościach.

    Jakież nowe okoliczności zaszły po tylu tygodniach od głosowania? Jakie nowe fakty ujrzały światło dzienne? Czy może fakty medialne stworzone przez podporządkowane władzy media? Jak można wnioskować o reasumpcję z pozycji pozaparlamentarnej?

    Kolejny dzień bezprawia w Polsce.

    PS. 5. stycznia Gazeta Wyborcza opublikowała relacje o tym, zawierającą wypowiedź autora wpisu. Autorem jest Tomasz Matusiak.

    PS. 2. 5 stycznia także ukazało się w mediach społecznościowych oświadczenie KOD, które cytuję poniżej.

    Według doniesień medialnych pani Małgorzata Manowska skierowała do marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego pismo wzywające do przeprowadzenia reasumpcji głosowania nad uchwałą ws. ławników ze względu na ich „daleko idące zaangażowanie polityczne, które nie daje gwarancji bezstronności”.
    Jednocześnie te same źródła podają, że pani Manowska „przyjęła ślubowanie jedynie od czworga ławników II kadencji, którzy wcześniej pełnili służbę”.

    Komitet Obrony Demokracji, do którego celów należą między innymi: rozwijanie i propagowanie postaw i działań sprzyjających zachowaniu i rozwojowi demokratycznego państwa prawnego oraz przeciwdziałanie łamaniu zasad demokracji i praworządności, w tym m.in. nadużyciom władz państwowych i samorządowych, przekraczaniu uprawnień i kompetencji,
    jako organizacja, która zgłosiła na podstawie art. 62.§2 Ustawy z dnia 8 grudnia 2017 r. o Sądzie Najwyższym (Dz. U. 2018 poz. 5) kandydatów na ławników, z których 26 zostało zgodnie z art. 61.§2 powyższej ustawy wybranych na funkcję ławnika Sądu Najwyższego przez Senat RP stanowczo protestuje przeciwko łamaniu Ustawy o Sądzie Najwyższym przez panią Małgorzatę Manowską.

    Zgodnie z obowiązującą Ustawą art.59.§3. i art.60. określa wymagania, jakie spełniać mają kandydaci, a art. 61.§2 mówi, że ocena tych kompetencji oraz wybór ławników SN leży w wyłącznej gestii Senatu RP.

    Zgodnie z obowiązującą Ustawą na podstawie art.63.§2. i §5. „Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego wręcza ławnikom Sądu Najwyższego zawiadomienie o wyborze i odbiera od nich ślubowanie(…)” oraz (…) „wpisuje ławnika Sądu Najwyższego na listę ławników Sądu Najwyższego, którzy mogą być wyznaczani do orzekania, i wydaje mu legitymację.”

    Jeżeli doniesienia medialne o przyjęciu ślubowania tylko od wybranych przez siebie ławników Sądu Najwyższego okażą się prawdą, oznaczać to będzie, że pani Małgorzata Manowska w sposób rażący naruszyła ustawę o Sądzie Najwyższym, w związku z czym Komitet Obrony Demokracji – jako organizacja zgłaszająca kandydatów – będzie reagował adekwatnie w ramach obowiązujących przepisów prawa.

    Zarząd Główny Komitetu Obrony Demokracji
    05.01.2023

    PS. 3 7 stycznia wieczorne Fakty w TVN były poświęcone tej sprawie

    PS. 4 8 stycznia o sprawie pisze Onet.

  • Idioci, czyli kto może mówić o praworządności

    Idioci, czyli kto może mówić o praworządności

    Model wierzącego w spiskowe teorie dziejów… (fot. lic. Depositphotos)

    Faktem niezaprzeczalnym dla mnie jest, że zasadniczo tzw. praworządność (ang. rule of law) pochodzi z idei oświeceniowych. Podobnie jak utrwalenie tzw. trójpodziału władzy Monteskiusza.

    Jak można przeczytać na stronach poświęconych rządom prawa w USA: „Praworządność to zasada, zgodnie z którą wszystkie osoby, instytucje i podmioty podlegają przepisom prawa. Te przepisy muszą być: ogłoszone publicznie, równo egzekwowane, niezależnie orzekane i zgodne z międzynarodowymi zasadami praw człowieka.”

    Ponad 200 lat temu Alexander Hamilton, James Madison i John Jay opublikowali serię prac promujących ratyfikację Konstytucji Stanów Zjednoczonych, obecnie znanych jako „Federalist Papers”. Wedle tych artykułów sprawa właśnie tak wygląda, jak napisałem wyżej. Zatem idea praworządności to jest idea oświeceniowa, tak samo jak idea Konstytucji. Pierwsza Konstytucja na świecie to przecież Konstytucja USA. 

    Ale wiele Konstytucji państw nowoczesnych (czytaj: pooświeceniowych) ma w swoich prawach zasadę praworządności. Również polska obowiązująca ciągle Konstytucja RP.

    Także np. Konstytucja Szwecji, która jednak w opracowaniach odwołuje się do szacunku wobec prawa zapisanego już w prawach regionalnych Upplandu z końca XIII wieku (szw. Upplandslagen).

    Inne prawo Jutlandzkie zaczyna się w XIII wieku od słów szwedzkich: Med Log skal Land bygges („państwo buduje się na prawie” „państwo jest zbudowane na prawie”). Z tego sformułowania korzysta się przy budowie różnych praw. 

    Jednak najważniejsze w tych prawach z XIII wieku jest sformułowanie, które jest po tym zdaniu:

    „Państwo buduje się na prawie, leczy gdyby każdy zadowolił się tym, co ma, i pozwolił innym cieszyć się takim samym przywilejem, żadne prawo nie byłoby potrzebne.” (opieram się na tłumaczeniu w Åsbrink, Elisabeth. Made in Sweden: 60 słów, które stworzyły naród, przekł. Natalia Kołaczek, Warszawa: Wielka Litera, 2019, s. 29) 

    Idioci, tudzież rzezimieszki różnej maści, nie rozumieją takich reguł i zasad. Definicja antyczna słowa idiota pasuje tutaj jak ulał. Idiota według Słownika Etymologicznego już w 14 wieku oznacza, „osobę tak upośledzoną umysłowo, że nie jest zdolna do zwykłego rozumowania”; także w średnioangielskim „prosty człowiek, niewykształcona osoba, laik” (koniec XIV w.), od starofrancuskiego ‚idiote’ „niewykształcony lub ignorant” (12 w.), z łac. idiota „zwykły człowiek, laik; outsider”, po łacinie „osoba niewykształcona lub nieświadoma”, od greckich idiotów „laik, osoba bez umiejętności zawodowych” (w przeciwieństwie do pisarza, żołnierza, wykwalifikowanego robotnika), dosłownie „osoba prywatna” (w przeciwieństwie do osoby biorącej udział w sprawach publicznych), używana protekcjonalnie dla „ignoranta osoba” z idios „własne” (patrz idiom).

    Takie właśnie znaczenie idioty, jako człowieka izolowanego od życia publicznego, idioty jako człowieka „samotnej wyspy” pasuje jak ulał do tych Polaków, którzy nie rozumieją słowa praworządność. Co więcej Ci Polacy prawdopodobnie nie rozumieją tego, co jest także po stwierdzeniu rządów prawa w Upplandslagen: „gdyby każdy zadowolił się tym, co ma, i pozwolił innym cieszyć się takim samym przywilejem, żadne prawo nie byłoby potrzebne.”

    Ostatnio na temat historii Belgii wypowiedział się konstytucyjny Minister Michał Wójcik, wedle którego w ogóle Polska państwowość trwa nieprzerwanie od tysiącleci, w związku z tym, nie będzie tu nam jakiś Belg, którego państwowość trwa ledwie lat 200, prawił morałów na temat praworządności. Dobrze wyśmiewa go w „Gazecie Wyborczej” Bartosz T. Wieliński.  Kuriozum tej wypowiedzi można jedynie porównać do słynnej wypowiedzi wiceministra obrony Kownackiego o uczeniu się Francuzów jedzenia widelcami od Polaków. Chciałbym dodać jedynie, że ta swoista ignorancja i arogancja pana ministra trochę mnie dziwi, boż przecie tenże minister ma wykształcenie prawnicze. Ba! Doktorat napisał, choć co prawda w dziedzinie nauk o polityce. Nie wiem, na jaki temat, i to też trochę dziwne, bo tutaj jest brak danych w oficjalnym serwisie Nauka Polska, a i na stronach ministerstwa jakoś nie ma zbyt wiele danych, sama niemal propaganda dokonań ministra. (nie znalazłem też żadnych publikacji naukowych dra Wójcika, a szkoda… mógłbym się lepiej zapoznać, zapewniam, że dołożyłem starań w to, żeby te publikacje znaleźć…)

    Zrzut ekranu z Nauka Polska, 19 listopada 2021, godz. 14:20 (fot. autor JP)

    Ja protestuję przeciwko ukazywaniu Polaków jako idiotów, którzy nie tylko w swojej pyszałkowatości nie znają miary, ale jeszcze na dodatek okazują się ignorantami i arogantami, którzy chcą być idiotami, to jest zerwać wszelkie możliwe relacje i zostać jak ta samotna wyspa (zgodnie definicją etymologiczną demokratycznych Greków).

    Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;

    Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu,

    To się wzbija, to w głąb wali;

    Nie lgnie do niego fala, ani on do fali;

    A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu.

    Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby:

    To samoluby! (A. Mickiewicz, Oda do młodości)

    I tak to właśnie wygląda z punktu widzenia historii idei w relacji z „idiotami” jako pojęciem. 

    PS. Koleżanka już po publikacji podesłała mi dane, które jednak znalazła w innym miejscu. Temat doktoratu ministra brzmi: Znaczenie samorządu gospodarczego w Polsce w zakresie realizacji zadań rynku pracy. Praca skończona w 2015 i obroniona w 2017.

    PS2. Szczegółowa edycja 22 listopada 2021.

  • Rozmowy o równości

    Rozmowy o równości

    RÓWNOŚĆ

    Terminy „równość” (Gr. Isotes, Lat. Aequitas, aequalitas, ks. Égalité, Ger. Gleichheit), „równe” i „jednakowo” oznaczają — jak wskazuje encyklopedia filozoficzna Stanforda — relację jakościową. „Równość” oznacza zgodność między grupą różnych przedmiotów, osób, procesów lub okoliczności, które mają te same cechy pod co najmniej jednym względem, ale nie pod każdym względem, tj. W odniesieniu do jednej konkretnej cechy, z różnicami w innych funkcjach. „Równość” należy zatem odróżnić od „tożsamości” – koncepcja ta oznacza, że ​​ten sam obiekt odpowiada sobie we wszystkich jego cechach: obiekt, do którego można się odwoływać za pomocą różnych indywidualnych terminów, nazw własnych lub opisów. Z tego samego powodu należy odróżnić go od „podobieństwa” – pojęcia jedynie przybliżonej korespondencji (Dann 1975, s. 997; Menne 1962, s. 44 i nast .; Westen 1990, s. 39, 120). Tak więc, powiedzmy np. że ludzie są równi, to nie znaczy, że są identyczni. Równość oznacza raczej podobieństwo, a nie „tożsamość”.

    W moim wirtualnym studiu dzisiaj 18.06.2020 r.:

    Dr hab. Anna Rakowska-Trela, prawniczka, adwokatka, była samorządowiec, doktor habilitowana nauk prawnych, profesor Uniwersytetu Łódzkiego, konstytucjonalistka, badaczka prawa wyborczego.

    prof. dr hab. Paweł Łuków – filozof i etyk, profesor nauk humanistycznych, Uniwersytet Warszawski, specjalizuje się w etyce (zwłaszcza Immanuela Kanta), neokantyzmie, bioetyce, filozofii medycyny, redaktor naczelny czasopisma naukowego „Etyka”.

    Dr Andrzej Kompa, bizantynista, starożytnik, genealog. Prodziekan Wydziału Filozoficzno-Historycznego UŁ ds. jakości kształcenia w kadencji 2016-2020. Prywatnie także aktywista ruchów emancypacyjnych.

    Rozmowy akademickie o równości, reakcja na politycznie motywowane kampanijne ataki na ludzi LGBT.
  • Zaraźliwe wybory

    Zaraźliwe wybory

    Wywiad z dr hab. Anną Rakowską-Trelą, profesor prawa konstytucyjnego na Uniwersytecie Łódzkim, z dnia 7 kwietnia 2020 na temat ostatnich zmianach w prawie wyborczym w Polsce.

  • Kaganiec dla polskiej nauki

    Ministerstwo Nauki i Szkolnictwo Wyższego ogłosiło 30 stycznia 2019 ustami swego Ministra, że zamierza zgłosić nowelizację do Ustawy o z dnia 20 lipca 2018 r. „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce” zwanej w nowomowie ministerialnej Konstytucją dla Nauki.

    Czytamy na stronach ministerialnych:

    „Projekt nowelizacji Konstytucji dla Nauki dotyczy nie tylko uczelni, ale całego systemu szkolnictwa wyższego i nauki.” Dotyczy zatem, jak można wnioskować, np. Polskiej Akademii Nauk.

    „W projekcie noweli Konstytucji dla Nauki wprowadzono sformułowanie „wolność wyrażania poglądów”. W związku z tym art. 3 ust. 1 ustawy po zmianach brzmi: „Podstawą systemu szkolnictwa wyższego i nauki jest wolność nauczania, wyrażania poglądów, twórczości artystycznej, badań naukowych i ogłaszania ich wyników oraz autonomia uczelni”.”

    Zatem taki zapis ma zastąpić dotychczasowy: Art. 3. 1. Podstawą systemu szkolnictwa wyższego i nauki jest wolność nauczania, twórczości artystycznej, badań naukowych i ogłaszania ich wyników oraz autonomia uczelni.

    Czy uczelnie i instytucje naukowe mają teraz zajmować się poglądami, czyli opiniami poszczególnych osób? W wolności poglądów nie ma nic złego, nie może być nic złego, art. 54 Konstytucji RP z 1997 r. gwarantuje wolność głoszenia poglądów „Art. 54. Zasada wolności poglądów. 1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. 2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej.”

    Zmiana proponowana przez Ministerstwo jest zmianą powielającą Konstytucję RP? I dlatego Ustawę nazywa się Konstytucją dla Nauki? Nie sądzę. Chodzi tutaj o coś innego.

    Uczelnie i instytucje naukowe muszą od czasów co najmniej myśli Immanuela Kanta (zwłaszcza w pracy pt. Co to jest oświecenie?) charakteryzować się wolnością badań naukowych i słowa, jest to wg myśliciela z Królewca podstawa oświecenia, aby wyjść z niepełnoletności, niedojrzałości, musimy zacząć myśleć zupełnie samodzielnie, bez władzy nadrzędnej, odważyć się być mądrym (Sapere aude!, jak głosiło to hasło oświeceniowe jeszcze po łacinie). Autonomia uczelni realizowana na uniwersytetach w Polsce dawała świetne owoce po 1989 r. Autonomia polskich uniwersytetów stała się wzorem dla świata. W tym sensie realizowaliśmy podstawowe zasady wolności badań naukowych i wolności słowa. 

    O co zatem idzie w zmianie zaproponowanej przez ministerstwo? O to, żeby poglądy wynikające z badań naukowych zastąpić poglądami z ulicy…

    „W projekcie nowelizacji Konstytucji dla Nauki dodano przepis, zgodnie z którym „nikt nie może ponosić negatywnych konsekwencji zgodnego z prawem” korzystania z wolności.” Brzmi dobrze. Ale nie do końca, bo kluczem jest pozostawienie po prostu „korzystania z wolności”.

    Jak wielokrotnie argumentował Stanley Fish: nie ma czegoś takiego jak wolność słowa (Fish, Stanley. There’s No Such Thing as Free Speech: And It’s a Good Thing Too. Oxford University Press, 1994). I dobrze. A wolność poglądów oraz wolność ich głoszenia mogą mieć i mają różne ograniczenia. Nikt nie zaprzeczy np. groźbom karalnym, że nie mogą one mieć miejsca w przestrzeni publicznej. Wszyscy zgodzimy się przecież, że istnieją także ograniczenia dotyczące np. tajemnicy lekarskiej czy adwokackiej.  Poza tym — i tutaj jest chyba największy ból Ministra Gowina — istnieją ograniczenia dotyczące wolności głoszenia poglądów w przestrzeni publicznej wynikające na przykład z zasad grzeczności, czy z powszechnie obowiązujących zobowiązań międzynarodowych, mamy np. Powszechną deklarację praw człowieka, czy z Konwencję ONZ (Unesco) z 2005: O ochronie i promowaniu różnorodności w ekspresjach kulturowych. Wszystko to powoduje, że w przestrzeni publicznej (np. w tzw. publicznych mediach) nie powinny być tolerowane poglądy jawnie dyskryminujące jakieś podmioty i nietolerancyjne wobec jakichkolwiek obywateli. Sęk jednak w tym, że obecna władza uczyniła regułą gwałcenie praw mniejszości różnorakich w tym względzie.

    I teraz chodzi o to, żeby standardy pasków TVP Info i takich pewnie programów jak „Studio Polska”, czy niesławnego „Warto rozmawiać” przenieść na uczelnie w Polsce… Być może w centralnej Polsce na niektórych uczelniach takie standardy już obowiązują. Chodzi o to, żebyśmy wszyscy na uczelniach i w nauce w ogólności nie zajmowali się badaniami naukowymi, tylko wymianą poglądów. Przecież to absurdalne!

    „Autorzy projektowanych zmian nakładają na organ kierujący podmiotem systemu szkolnictwa wyższego i nauki, m.in. rektorów, obowiązek zapewnienia ochrony wolności.”

    Rozumiem, że rektorzy mają strzec nie tylko wolności i prawdy, ale także wolności poglądów. Między innymi osoby ostatnio oskarżonej o homofobię.

    To jest świetna droga, żeby z sal wykładowych uczynić ambonę dla poglądów zwolenników płaskoziemstwa, antyszczepionkowców (parlament już otworzył im kiedyś swoje drzwi), negacjonistów klimatycznych (przecież takich w tym rządzie bez liku!), czy np. ekofaszystów, którzy argumentując za zagrożeniem „białej rasy” będą postulować może to, co postulował i postuluje z więzienia – posiłkując się różnymi przemyśleniami – Anders Breivik, oczyszczenie polskiego domu np. z rasy żółtej, dlaczego nie? Przecież mamy „koronawirus” w Azji… to naukowo dowiedzione, nie?

    Komitet Krysysowy Humanistyki Polskiej w stanowisku z 23 stycznia odniósł się już jednoznacznie do wcześniejszej wersji tej nowelizacji autorstwa Ordo Iuris. To nic, że Ministerstwo zmieniło niektóre szczegóły tego projektu fanatycznej organizacji powołującej się na ultrakatolickie zasady życia społecznego.  Najbardziej znaną inicjatywą tego „instytutu na rzecz kultury prawnej” było opracowanie i promowanie projektu ustawy chroniącej życie od poczęcia do naturalnej śmierci „Stop aborcji” (całkowity zakaz aborcji). Postulowano wtedy bezwzględny zakaz przerywania ciąży i odpowiedzialność karną dla każdego, kto powoduje śmierć dziecka poczętego, włącznie z matką. Niemal cztery lata temu 6 października 2016 roku Sejm większością głosów odrzucił projekt przewidujący całkowity zakaz aborcji w Polsce. Czy tym razem kaganiec dla uniwersytetów przejdzie?

    Ministerialny projekt Gowina nie różni się w istocie od projektu Ordo Iuris. Różnice dotyczą szczegółów egzekucji tej „wolności poglądów”.

    Przypomnę może Panu Ministrowi składane przez niego słowa ślubowania doktorskiego, które m. in. mówi:

    „Nadto zobowiązani jesteście przyrzec, iż rozwijać będziecie badania naukowe nie z żądzy zysku i nie dla próżnej chwały, ale w celu odkrywania i upowszechnienia prawdy – największego skarbu ludzkości.” Ta przysięga mówi o prawdzie, nie o poglądach.

    Nie sądzę, żeby prawda nie mogła istnieć poza murami uczelni, na pewno jest jej dużo. Ale w uczelni może być miejsce jedynie dla prawdy naukowej. Falsyfikowalnej i poddanej procedurom, ale naukowej, nie mniemanologicznej. Różnie też prawda wygląda w różnych dyscyplinach i jej metody pozyskiwania. Ale nauka to nie mniemanologia stosowana, to nie jest wymiana poglądów.

    Dlatego apeluję do wszystkich ludzi akademii: nie możemy teraz siedzieć cicho, bo nowelizacja Ustawy szykowana przez Ministerstwo to kaganiec dla nas. Nie dość, że płaskoziemcy i negacjoniści klimatyczni zdobędą pole do popisu (a to tylko wierzchołek góry lodowej), to racjonalni naukowcy opierający swoje badania na uzasadnionych metodologiach będą musieli tracić czas na jałowe spory z „poglądami”… A potem może tracić pracę…

    A swoją drogą: czy „Konstytucja dla Nauki” nie powinno się znaleźć w następnym wydaniu słownika nowomowy „dobrej zmiany” autorstwa Katarzyny Kłosińskiej i Michała Rusinka? No bo przecież to jest dokładne zaprzeczenie Konstytucji, jeśli już po   kilkunastu miesiącach trzeba ją zmieniać w tak fundamentalnym miejscu jak artykuł 3? O nowomowie w przypadku dyskursu politycznego dotyczącego Ustawy Gowina pisał już zresztą specjalista językoznawca. Tutaj (Włoskowicz, Wojciech. „NOWOMOWA PSEUDOMETANAUKOWA? O JĘZYKU POLSKIEJ POLITYKI NAUKOWEJ”. Poradnik Językowy, t. 10, nr 769, 2019, s. 35–47, doi:10.33896/PorJ.2019.10.3.

    Ten artykuł ukazał się w innej nieco wersji 1 lutego 2020 r. w Gazecie Wyborczej, link tutaj.