Zastanawiasz się, czy wybrać się do kina na najnowszy film Agnieszki Holland? Z powodu propagandy PiS sugerującej, czy mówiącej wprost, że „tylko świnie siedzą w kinie”? (O tym pisałem tutaj) Wczoraj byłem z żoną na seansie. Sala była wypełniona w trzech czwartych, a po zakończeniu filmu panowała niemal namacalna cisza, tak głęboka, że można ją było usłyszeć.
Jeśli więc zastanawiasz się nad „Zieloną granicą”, nie licz na lekką rozrywkę. Film nie jest oczywisty od A do Z, choć pewne sceny są jednoznaczne. Białoruscy pogranicznicy są przedstawieni w bardzo negatywnym świetle, ale pozostałe postacie, w tym także ta grana przez młodego Stuhra, są pełne głębi, trójwymiarowe i realistyczne. Ta jedna scena często pokazywana jest jako propagandowa, ale ona taka nie jest. Bo kontekst jest raczej satyryczny.
Nie oczekuj, że opuścisz salę kinową z lekkim sercem. Tak samo, jak po doskonałym wykonaniu Requiem Amadeusza Mozarta możesz czuć się niepocieszony. Możesz poczuć zadumę. Uważam, że porównanie tego filmu do Requiem dla 30 000 uchodźców jest trafione (tyle osób zginęło w ostatnich latach u granic Europy). Dzieło Holland jest jak msza, ale taka, w której zarówno ludzie, jak i bóstwa umierają nie tylko raz, ale setki razy. Jedna z finałowych scen ukazuje grupkę młodych z różnych kultur śpiewającą hip-hopowy utwór, nasycony przeszywającym przekazem.
Ten film jest jak rapowa msza, gdzie słowa stają się modlitwą i bólem jednocześnie. To rapowany dramat w czarno-białej tonacji, ale nie w czarno-białych ocenach ludzi, osób dramatu. Jest jak współczesne requiem dla tych, którzy przekraczali granice w poszukiwaniu lepszego życia. Jeśli pragniesz doświadczyć misterium w swoim życiu, idź na ten film. Oddziałuje on na ciebie fizycznie, wstrząsając każdą częścią twojego ciała. Niektórzy płaczą, ale to nie są łzy sentymentalności, to łzy prawdy.
To jest moja rekomendacja, nie recenzja. Na taką jeszcze mnie nie stać dzisiaj.
Ps. Tekst ukazał się pod zmienionym tytułem w Gazeta Wyborcza
złota pszenica i niebieskie niebo (fot. lic. Depositphotos)
Jeśli chcesz, możesz wysłuchać tego tekstu jako podcast TUTAJ.
Historia to nie jest jedno pieprzone wydarzenie po drugim. Bardzo chcielibyśmy ogarnąć świat i rozwijającą się historię w jakąś logiczną całość. Stąd silna tendencja w naszych umysłach, żeby wiązać sieci różnych skojarzeń we wszechlogiczne modele i struktury. To pierwsze zdanie otwierające mój tekst („Historia to nie jest…”) stanowi przytoczenie wniosków z jednej z książek konserwatywnego historyka kultury Niala Fergusona. Wydaje mi się, że takie spojrzenie na historię nie jest dla nas już po doświadczeniu koronawirusa od marca 2020 r. żadnym odkryciem. Inny badacz, ale i jednocześnie uchodźca, Nassim Taleb, piszący o fenomenie czarnego łabędzia, i przewidujący 12 lat temu pandemię także upominał, na podstawie swoich własnych uchodźczych doświadczeń z Palestyny, że historia wcale nie rozwija się linearnie, tylko skokowo, także przez katastrofy i kryzysy. Chcielibyśmy mieć linearny wykres chronologii, poukładać w naszych katalogach wydarzenia, ale one się tak nie dają układać. Życie nie chce się zmieścić w katalogi.
Duch wieje kędy chce…
Te pół miliona ciał uciekających z Ukrainy zmienia oblicze naszej Ziemi, tej ziemi. Nagle jesteśmy niezwykle otwarci i wręcz troskliwi, choć jeszcze niedawno, budowaliśmy mury i stosowaliśmy barbarzyńskie „push backi”, czyli wypychania.
Z tamtego czasu pochodzi znaleziony przeze mnie anonimowy tekst:
chodzimy do lasu zbierać ludzi zbieramy ich także w parku narodowym nie oburzaj się że to zabronione czytałem regulamin ludzie nie są pod ochroną
M. 24.12.2021 (cyt. za Zwiastun Ewangelicki 5/2022)
Dzisiaj Polacy zdają pięknie egzamin z dojrzałości. Jesteśmy solidarni i troskliwi. I otwarci. Podziw i solidarność płyną z całego cywilizowanego świata. Doświadczam tego z różnych stron, bo utrzymuję kontakty międzynarodowe w tej globalnej wiosce.
Nasze własne doświadczenie czteroosobowej rodziny od soboty też jest inne. Przyjęliśmy dwie gościnie z Ukrainy. Dzisiaj miałem trochę czasu, żeby odkryć ich historię, która jest jak zwykle, nieliniowa i nieoczywista. Hanna (matka) i Krystyna (córka) przyjechały ze Lwowa, ale Hanna rodziła się na Syberii, jej ojciec był Polakiem, matka Ukrainką. Mąż starszej Hanny i ojciec młodszej Krystyny też jest Polakiem. Mówią po ukraińsku i rosyjsku. Nie mówią po polsku. Dogadujemy się jakoś… Hanna jeszcze się wstydzi śpiewać dumki ukraińskie, ale na pewno kiedyś zacznie… obiecała…
Sąsiedzi i znajomi chcą pomagać, na razie oferują drobne prace.
W Wilnie rok temu spotkaliśmy Polaka, mówiącego śpiewnym polskim Mickiewicza. Tego Mickiewicza z Białorusi, z Żydowskiej matki.
Wojna trojańska opisywana przez epos Homerowy pt. Iliada wynikała z naruszenia praw gościnności, Parys porwał Helenę będąc w gościnie u Menelaosa. Gościnność w Polsce zawsze przejawiała się mitologiczno-religijnie przez opowieść o dodatkowym wigilijnym nakryciu, ale także przez starodawne, staropolskie powiedzenie „Gość w dom, Bóg w dom.” Jakoś gorzko to powiedzenie smakowało jeszcze w grudniu 2021 r. w puszczy. Smakowało paląco obłudnie.
Ci ludzie — na razie te niecałe pół miliona — już odmienili oblicze tej ziemi. Jesteśmy ponownie narodem gościnnym, z czego czasami byliśmy słynni. Przyjmujemy gości i gościnie zza wschodniej granicy, uciekających przed wojną, nazywaną „operacją wojskową”. Mam nadzieję, że wytrwamy w tych postawach jako społeczeństwo, mimo że przecież potrzebne jest długofalowe nastawienie, nie chwilowe uniesienie entuzjazmu. Ale na razie nastąpił cud. „Gość w dom, Bóg w dom”.
Także w Starym Testamencie mamy wyobrażenie o gościnności: wędrowiec może okazać się Aniołem. Dlatego nie wolno robić mu krzywdy. Na tym polega sprawiedliwość.
Historia to nie jest jedno pieprzone wydarzenie za drugim. Historia to skoki, czasami w nieznane. Nie w pijanym zwidzie. Choć czasami trzeba „iść jak w dym”…
Potem się jakoś wszystko poukłada. Ludzie zaczną uczyć się historii, także własnej, polskiej historii. Tzw. Pierwsza Rzeczpospolita była krainą wielonarodową i wielokulturową. Ojcami naszego języka są wywodzący się z niej Mikołaj Rej i Jan Kochanowski. Ale też późniejsi Mickiewicz (ten z Nowogródka na Białorusi) i Słowacki (ten z Krzemieńca na Ukrainie). Przypominam to, bo czasami otwierając się na innych możemy otwierać się także na siebie. Bo najważniejsza sprawa dla jednostkowych filozofii: odkryć że obcy jest w nas. My sami jesteśmy wiecznymi pielgrzymami.
Sylwetki uchodźców na horyzoncie (fot. lic. Depositphotos)
Co z Polską w trakcie wojny rosyjsko-ukraińskiej? Czy Polska może jedynie się zbroić? Czy także może pomagać?
Jeśli chcesz posłuchać, to link do podcastu znajdziesz tutaj
A także tutaj
Świat uniwersytecki to świat refleksji. Doprawdy? Przecież już dawno nauka odpowiada na potrzeby społeczne próbując rozwiązywać różne problemy. Medycyna, teologia i prawo w średniowieczu też były praktyczną odpowiedzią, zaangażowaną społecznie, na problemy ówczesnego świata.
Potem, w Oświeceniu, uniwersytet Humboldtowski zradykalizował ten zaangażowany paradygmat, czyniąc z badania i eksperymentów zasadę działania.
W przypadku nauk przyrodniczych ich zaangażowanie przekuwa się na ilość patentów, wynalazków, leków i szczepionek.
W przypadku nauk humanistycznych i społecznych wspomaganie zmiany społecznej, rozwoju społeczeństwa jest zaangażowaniem porównywalnym do wynalazków, leków i szczepionek.
Społeczeństwo we współczesnym świecie są coraz bardziej połączone.
Trudno jest zachować spokój, kiedy pokój światowy przestał być oczywistością. Brak paniki nie oznacza udawania, że wszystko będzie jak zwykle. Pandemia koronawirusa wyrzuciła świat z kolein przyzwyczajenia, katastrofa klimatyczna z jej pogodowymi „anomaliami” coraz bardziej każe pytać, co dalej z naszym światem. A teraz jeszcze groźba wojny światowej?
Niedawno uczestniczyłem w Łodzi w społecznym i medialnym wsparciu filozofa białoruskiego, który chcąc przerwać ciągnący się już pół roku areszt wydobywczy, rozpoczął głodówkę i zapowiadał odmowę płynów. Dopiął swego dzięki międzynarodowo nagłośnionej petycji, sprawa została skierowana do sądu. Choć to nadal jest sąd białoruski i nikt nie gwarantuje sprawiedliwości.
Jednak ta sprawa każe mi zapytać: co będzie, jeśli listy Ukraińców do likwidacji, które wedle Amerykanów, przygotowali na wypadek inwazji Rosjanie, okażą się prawdziwe? Tak jak prawdziwe okazały się twierdzenia Amerykanów o szykowaniu się Rosji do wojny. Wojna już się toczy, car Rosji, zbawca swego narodu coraz bardziej się puszy w złotym otoczeniu.
W tej sytuacji zastanawiam się, jak Polska może się przygotować na tę nową w skali światowej, ale jakże bliską nam sytuację… niektórzy mówią, że Polska stanie się krajem frontowym, ale póki co, mimo poważnego dryftu w stronę autorytaryzmu, jesteśmy ciągle częścią NATO i UE.
W tym kontekście chciałbym zapytać, jak może świat uniwersytecki pomóc rozwiązać problemy naszego, jakże bliskiego i dolegliwego świata?
Już od dawna świat uniwersytecki w Polsce przyjmuje na studia Białorusinów i Ukraińców, to jest już poważny wkład w lepszy świat. Ale teraz w obliczu możliwej fali uchodźców należy zapytać: czy polskie uniwersytety są gotowe na ukraińskich Miłoszów, Baumanów i Kołakowskich?
W swoim czasie Brytyjczycy, Amerykanie, Szwedzi bardzo pomagali Polakom uciekającym przed prześladowaniami w Polsce (z różnych powodów). Czy nasze uniwersytety są gotowe na otwarcie się na uczonych i twórców z Ukrainy? Czy stać nas w tej nowej sytuacji na rozwiązywanie prawdziwych problemów ludzkości? Kiedy po reformie Gowina, uniwersytety mają być fabrykami idiotycznie liczonych punktów w idiotycznie podzielonych dyscyplinarnych przegródkach, trudno będzie pewnie rektorom polskim zgodzić się na wielkie otwarcie w obliczu kryzysu za wschodnią granicą.
Ale pomimo tej trudności, może powinniśmy stworzyć jakieś porozumienie, konsorcjum uniwersytetów nie tylko badawczych, ale zaangażowanych w poważne problemy tego świata? Zaprosić zagrożonych uczonych do siebie? Ich studenci już tu są… Mamy już milion Ukraińców w Polsce.
Jak bardzo potrzebujemy języka polskiego, aby znów stał się słodyczą. A nie push-backiem i ujadającym policyjnym psem.
Kiedy słuchałem relacji bezpośredniej ze Sztokholmu sprzed drzwi Komitetu Noblowskiego, włączyłem oryginalny dźwięk, bo chciałem sprawdzić, jak dobrze będę rozumiał nowego sekretarza tego 18-osobowego gremium prof. Matsa Malma z Uniwersytetu w Göteborgu, ciekawy byłem jego głosu. Kiedy padło nazwisko tegorocznego laureata, myślałem, że nie rozumiem, bo niedobrze słyszę, pogłośniłem, ale nadal nie rozumiałem. W tym roku noblistą z literatury został pisarz oraz profesor literatury i postkolonializmu Abdulrazak Gurnah. Nie znałem jego twórczości, jego nazwisko kiedyś przemknęło mi może jako nazwisko redaktora naukowego wielkiego tomiszcza pt. Cambridge Companion to Salman Rushdie, ważnego opracowania dla kogoś, kogo interesuje wolność słowa i wolność literatury. Muszę się przyznać, że w czwartek parę minut po 13:20 już wiedziałem, że w Polsce nie będę jedynym, który słabo twórczość uchodźcy z Zanzibaru i krytyka postkolonialnego zna i kojarzy — stwierdziłem z głupią satysfakcją, że nie przetłumaczono na polski ani jednej z jego 10 powieści.
Poszedłem na łatwiznę i sięgnąłem po jego krótkie anglojęzyczne opowiadanie pt. „Opowieść przybysza” opublikowane w zbiorowym tomie, pt. „Opowieści uchodźcze”. Tom ten został wydany 23 czerwca 2016 r. nakładem niezależnego wydawcy z Manchesteru „Comma Press”. „Refugee Tales” zawiera takie historie, jak: „Opowieść kierowcy ciężarówki” Cleave’a, „Opowieść o zatrzymanym” Ali Smith i „Opowieść cierpliwości” Patience Agbabi. Początek tego tomu bierze się z powstałej przed kilkoma laty organizacji charytatywnej dla uchodźców „Gatwick Detainees Welfare Group”, która wysyła wolontariuszy do dwóch „ośrodków detencyjnych” (obozów niezdefiniowanego aresztu) na lotnisku Gatwick, aby rozmawiać z setkami przetrzymywanych tam osób. I pomagać im.
Czytam opowiadanie Noblisty:
„Przyleciałem samolotem. Może to zabrzmieć dziwnie – w jaki inny sposób? Niektórzy szli. Wielu utonęło. Byli zdesperowani. Nie byłem zdesperowany, ale bardzo się bałem, bo bardzo rozgniewałam niektórych ludzi. Moim przestępstwem było powiedzenie dziewczynom, które uczęszczały do mojej szkółki niedzielnej, że nie powinny zgadzać się na obrzezanie. Moja niedzielna szkoła miała być lekcją czytania i pisania, ale w każdy możliwy sposób przemycałem dobrą nowinę. Powiedziałem im, że obrzezanie to okaleczenie narządów płciowych oraz barbarzyńska i zacofana praktyka. Mężczyźni zmuszali do tego kobiety, żeby wiedziały, że są śmieciami. Prawdziwym zamiarem było zranienie ich, sparaliżowanie i kontrolowanie. Kiedy nadszedł dzień, w którym dziewczęta zgodziły się na cięcie, sześć z nich odmówiło. Nie było mnie tam, ale odkryłem, co wydarzyło się tej samej nocy, kiedy usłyszałem gniewne głosy na zewnątrz mojego domu, wzywające mnie, abym wyszedł i chcieli mi wlać za relacje z ich córkami. Była to wioska muzułmańska w kraju muzułmańskim i chociaż jestem ich rodakiem, jestem też chrześcijaninem, który został oskarżony o utrzymywanie relacji z ich córkami. Możesz sobie wyobrazić moje przerażenie.”
Nie, nie zamierzam przekładać całości tego krótkiego opowiadania. Chciałem tylko dać posmak tego, czym są te akurat opowieści Guraha, choć temat uchodźctwa, pielgrzymowania powraca na kartach jego powieści wielokrotnie. (Tyle zdążyłem się zorientować)
Cały tom opowiadań otwiera coś na kształt poematu:
„Ten prolog nie jest wierszem / Jest aktem powitania / Zapowiada on / Że ludzie, którzy są tu i teraz / Odrzucają warunki / Debaty kryminalizującej / Przemieszczanie się ludzi” – to jest fragment wiersza Davida Herda. „Aby zrobić z języka angielskiego słodycz… / Dlatego Chaucer opowiadał swoje historie. / Jak bardzo potrzebujemy angielskiego / Aby znów stać się słodkością.”
Podczas tego specjalnego wydarzenia, po tym tomie wydano jeszcze trzy następny, choć podobne, bo wydarzenie powtarza się co roku: znani w United Kingdom pisarze czytają swoje opowieści na imprezach publicznych każdego wieczoru, w szczelnie zapełnionych salach, z opowieściami zebranymi przez Comma Press, o których mówi się, że oferują „rzadkie, intymne przebłyski niewypowiedzianego cierpienia”.
Jednak ciekawa jest ta obecność tegorocznego Noblisty w tym tomie. No bo jakby temat uchodźctwa był niezwykle nabrzmiały w Europie w 2015, ale dzisiaj stał się też taki na wschodnich jej granicach, na granicach Unii Europejskiej z Białorusią i — pośrednio — Rosją.
Nauczyłem się dzięki Noblowi w tym roku, że istnieje luka w polskich słownikach terminów literackich, zapowiadam, że pracuję nad hasłem „tale”. J. A. Cuddon w „The Penguin Dictionary of Literary Terms and Literary Theory” (na mojej półce stoi trzecie wydanie Penguin Books z 1992.) pisze na s. 954, że „tale” to
„Narracja pisana (prozą lub wierszem) lub mówiona, w prozie prawie nie do odróżnienia od opowiadania (…). Jeśli jest różnica, to opowieść może sugeruje, że coś jest napisane zgodnie z brzmieniem kogoś mówiącego. Zazwyczaj temat opowieści jest dość prosty, ale sposób powiązania go może być złożony i kunsztowny. Wiele zależy od punktu widzenia pisarza. Można by chyba powiedzieć, że to rodzaj narracji, które R.L. Stevenson, Rudyard Kipling, W.W. Jacobs. Joseph Conrad, Somerset Maugham i William Faulkner lubili pisać i celowali w takich opowieściach, podczas gdy preferowane przez Henry’ego Jamesa. E.M. Forster, Aldous Huxley, Katherin Mansfield i Elizabeth Bowen to opowiadania. Jednak wszelkie takie klasyfikacje mogą być całkowicie mylące, a taki podział nie byłby użyteczny przy klasyfikowaniu krótszych dzieł Poego, Sakiego, Czechowa, Maupassanta i D.H. Lawrence’a czy kilkunastu innych pisarzy.”
No więc wiem teraz, dzięki Abdulrazakowi Gurnahowi, że brakuje w języki polskim opracowania łączącego staroangielskie „tale” z innymi wręcz prasłowami takimi jak saga, skaz czy gawęda. Ale dzięki temu — sławnemu teraz — uchodźcy moi studenci ze storytellingu dowiedzą się także o tym, że podobne historie były w swahili, pierwszym, matczynym języku tegorocznego Laureata. Ten kontekst jest istotny dla opowiadań i powieści naszego Conrada.
Ale dowiedziałem się także, iż istnieje zbitka językowa „zatrzymanie na czas nieokreślony” (ang. indefinite detention). W Wielkiej Brytanii wspomniana już organizacja charytatywna, która wydała omawiany zbiór opowiadań: „Gatwick Detainees Welfare Group” walczy od 2015 r. z nielegalnym, łamiącym prawa człowieka zjawiskiem przetrzymywania w „miejscach zatrzymania” bez określenia czasu, a niekiedy trwa takie zatrzymanie przez wiele wiele długich lat, bez wyroku, bez procesu. Właściwie to taki nieustający proces…
Pamiętajmy takie słowa: „opowieść”, to nie jest opowiadanie, „zatrzymanie na czas nieokreślony”, to nie jest zwykły areszt, to tortura, zaś „wypychanie” [ang. push-back, znane z polsko-białoruskiej granicy w 2021] to nie jest obrona granic i to nie jest patriotyzm. Bo wypychanie, to wpychanie do ciemnego lasu i na bagna. I szczucie psem policyjnym to nie jest obraz tolerancyjnego znanego z gościnności i publicznego rozmodlenia kraju.
I tak doszedłem do sedna: nagrody noblowskie pełnią niesamowicie cenną rolę edukacyjną i cywilizacyjną.
Jak bardzo potrzebujemy języka polskiego, aby znów stał się słodyczą. A nie push-backiem i ujadającym policyjnym psem.
PS. Wpis zmieniony ukazał się 20 października 2021 w Więzi
Interior of the Stockholm City Hall, the Golden Hall where the dancing takes place at the nobel prize banquet
SKOPJE, MACEDONIA – MAY 18: Mother Teresa monument in Skopje on May 18, 2013. Mother Teresa monument Humanitarian Worker and Nobel Prize Winner in Skopje, Macedonia.
Sztokholm i Skopje… Matka Teresa była Albanką z pochodzenia, jej pomnik jest w Macedonii, jeden z nielicznych kobiecych pomników w centrum stolicy… zdjęcia na lic. Depositphotos i Jarosław Płuciennik
„Wyobraź sobie, że ona kupiła cmentarz…” „za własne pieniądze”.
„Normalnie, wariatka”.
„To w Polsce można kupić cmentarz?”
„Gmina wystawiła cmentarz za 2,5 tyś. zł. Pojawił się pewien inwestor spoza okolicy, który chciał rozebrać wszystkie pozostałe jeszcze szczątki pomników i sprzedać zagranicą z zyskiem materiał.”
Wtedy przyszła ona, mieszkanka z okolic, polska Antygona, którą przyrzekła sobie, że nie odpuści. No i wygrała licytację, i kupiła cmentarz.
Nie, nie po to, żeby pogrzebać tam kogoś, tam już pogrzebanych było wielu. Tylko po to, żeby przez długie następne lata restaurować to miejsce za własne pieniądze, przy pomocy wolontariuszy, przy pomocy zrzutek i patronów.
Dzisiaj 10 września 2021 uczestniczyłem w uroczystości wręczenia Nagrody Kościoła im. Anny Wazówny, która została przyznana „Fundacji Anna” w Gostkowie przez Kościół Ewangelicko-Augsburski w Polsce. (po raz pierwszy tę prestiżową Nagrodę odbierała prymaska Szwecji Antje Jackelén w 2017 r. w jubileusz 500 lat Reformacji)
Spotkanie odbyło się w Centrum Luterańskim w Warszawie na Miodowej.
Wspaniale, że przy tej uroczystej okazji prof. Bodnar pięknie mówił o Preambule polskiej Konstytucji, o kulturze, dziedzictwie narodowym, pojęciu narodu inkluzywnego, niewykluczającego oraz o edukacji. Wspomniał także pojęcie społeczeństwa obywatelskiego i tour de Konstytucja. Wykład był naprawdę niezwykle wciągający.
Na zakończenie całego spotkania zabrał głos zwierzchnik luteran w Polsce bp Jerzy Samiec. Niewątpliwą zaletą jego wystąpienia było, oprócz szczerych podziękowań i gratulacji, nakreślenie szerszego historycznego kontekstu: uchodźstwa, wychodźstwa, wygnania, wojen i kryzysów także klimatycznego. Mnie nasunęła się myśl od dawna we mnie obecna, że „wszyscy jesteśmy pielgrzymami i możemy być uchodźcami”. To jest tylko kwestia perspektywy.
Polska Antygona nie sprzeciwiła się królowi. Polska Antygona sprzeciwiła się wszechogarniającej chciwości, ale także po to, żeby podarować światu swoją energię, swoje pieniądze, swój czas i swoje umiejętności (jest księgową). Polska Antygona nie grzebała umarłych, ona o tych umarłych zadbała, dbając o miejsce pamięci. Tylko w ten sposób, oddolny i lokalny, buduje się społeczeństwo obywatelskie. Polska Antygona nie krzyczała: „powinno się zadbać o tych umarłych”, ona wzięła i zadbała.
Ale takich polskich Antygon jest więcej, jak o tym świadczy dyskusja panelowa na uroczystości moderowana przez dra hab. prof. ChAT Tadeusza Zielińskiego. Panelistami byli:
– Angelika Babula, Fundacja Anna w Gostkowie
– dr Olga Kich-Masłej, Katedra Ukrainoznawstwa Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ
– Maciej Lipiński, Fundacja Kamienie Niepamięci
– Agnieszka Nieradko, Komisja Rabiniczna ds. Cmentarzy
W trakcie dyskusji głos zabierali m.in. Grażyna Staniszewska, była europosłanka, ale także działaczka opozycji solidarnościowej.
Spotkanie zatem było hołdem dla wszystkich, którzy dbają o to, co czasami niewidoczne dla oka, a co ma olbrzymi wpływ na kulturę. Polskie Antygony mówią nie, ale potrafią także tworzyć piękno: wystarczy odwiedzić Gostków (pow. wałbrzyski) i zobaczyć ich dzieło.
W Łodzi mamy Stary Cmentarz i restaurowaną wiele lat Kaplicę Scheiblera, jak i wiele innych pomników przeszłości, nekropolia żydowska jest bodaj największa w Europie. W Łodzi także dbamy o przeszłych budowniczych tego miasta. Poznając cmentarze może poznawać naród nie tylko ten ginący w wojnach, ale także ten żyjący i umierający na co dzień.
Dlatego wielki sprzeciw moralny czeka tych, którzy np. wbrew woli rodziny dokonują z powodów gry politycznej ekshumacji ofiary katastrofy lotniczej, jak miało to miejsce na Starym Cmentarzu w Łodzi 24 kwietnia 2018.
Wiwat polskie Antygony!
Pireaus, Greece, ANTIGONE municipal theater of Piraeus presented at the museum (fot. lic. Depositphotos)
W Galerii obrazów z uroczystości: Łukasz Ostruszka oraz Agnieszka Godfrejów-Tarnogórska otwierają uroczystość, bp. Jerzy Samiec (bp Kościoła), ks dr Adam Malina (Prezes Synodu Kościoła), dyskusja panelowa, odbieranie nagrody, przemówienie prof. dra Adama Bodnara, dyskusja na sali obrad.
Przerwa świąteczna. Ten wpis jest o szafranie w literaturze i kulturze. Dostałem dzisiaj życzenia na Boże Narodzenie. Na tych życzeniach dość standardowych zespół „życzliwych ludzi” oprawionych w „antyczną” złotą ramą, wszystko osadzone w czerwieni.
tak może wyglądać złota rama, symbol kultury mieszczańskiej, dzisiaj raczej bezguścia i tandety (lic. Depositphotos)
Zwykliśmy myśleć o Bożym Narodzeniu w tych kategoriach właśnie bardzo konsumpcyjnych: wszystko ma ociekać złotem, czerwienią. Coca cola dopełnia reszty słodyczą. Natomiast chrześcijański przekaz jest raczej jasny: świętują chrześcijanie na całym świecie urodziny biednego uchodźcy do Egiptu, który nie miał od początku łatwego życia, bo najsilniejsi na niego czyhali (despota Herod), zaś on sam urodził się w grocie, czyli w ciemnie i zimnie.
Syryjska uchodźcza dziewczynka. Uciekła z Kobane przed atakami państwa islamskiego (3.04.2015, Suruc, Turcja) (fot. Depositphotos) To takich między innymi uchodźców Polska nie zgodziła się przyjąć razem z Węgrami
Na północy Europy Święta Bożego Narodzenia nakładają się na pradawne świętowanie przesilenia zimowego, czyli zwycięstwa światła nad ciemnością. Dlatego w Polsce i wschodniej środkowej Europie mowa jest o pogańskich „szczodrych godach”, „kolędzie”.
Ekskluzywność Świąt Bożego Narodzenia
Trochę banalnie, ale trzeba powtarzać: Boże Narodzenie to święto miłości, empatii, ciepła. I dawania. A jednocześnie niewątpliwie światła właśnie, bo na Północy w tym czasie światło jest upragnione niczym kobieta:
Marcel Proust pisał: „Otóż, to pragnienie kobiety o której się marzyło, nie jest bynajmniej uwarunkowane określoną pięknością. Te pragnienia są jedynie pragnieniem danej istoty; lekkie jak zapachy, jak storaks był pragnieniem Prothyrai, jak szafran pragnieniem eterycznem, korzenie pragnieniem Hery, mirra zapachem magów, manna pragnieniem Nike, kadzidło zapachem morza. Ale te zapachy, opiewane przez Hymny orfickie, są o wiele mniej liczne niż drogie im bóstwa. ” (Marcel Proust. „W poszukiwaniu straconego czasu.” „Sodoma i Gomora, część druga, tom drugi”.)
Szafran na drewnioanej desce (fot. Depositphotos)
Dzisiaj właśnie szafran zawitał do nas, bo chcąc powrócić na chwilę do swojej dawno nie widzianej Szwecji, upiekłem po raz pierwszy szafranowe bułeczki, które od Świętej Łucji (13 grudnia) w Szwecji funkcjonują jako tradycyjne ciasteczko przy kawie (fika). Ciasteczka-bułeczki nazywają się czasami Lyssekatter albo Lyssebuller i ich etymologia kojarzy rdzeń „lysse” ze światłem.
Bułeczki szafranowe z rodzynkami (fot. JP)
Najważniejsze jednak, że temu światłu (korona ze świec w korowodach świętej Łucji) towarzyszą śpiewy wspaniałych chórów. No ale krążą także opowieści o pogańskich korzeniach lyssekatter i śladem tutaj jest także szafran, bo wikingowie prawdopodobnie dostęp do niego mięli, gdyż nawiązali kontakt ze światem arabskim w trakcie podboju Sycylii.
Koncert św. Łucji 6 grudnia 2019 r. w Łodzi, chór z Uppsali
No i dzisiaj mojej rodzina skosztowała tego szafranowego smaku. To że zdecydowałem się na ten luksus (1 gram szafranu kosztował mnie 23 zł, zatem 1 kg kosztuje 23 tysiące złotych) wynikało z czystego sentymentu za drogą moim wspomnieniom Szwecją i jej kulturą, pełną tolerancji, otwartości i skromności. A także miłości do natury.
Ten szafran jako symbol luksusu może być symbolem tych złoceń i czerwieni konsumpcji Świąt. Już u Rabelaise’go w Gargantui i Pantagruelu szafran funkcjonuje jako synonim silnej przyprawy, która w dużych ilościach może nawet pozbawić życia, ale także jako synonim wzniosłości, przeciwieństwa tego, co niskie:
Hej! Cóż to takiego, u diabła? Wy to nazywacie łajnem, g…nem, nawozem, bobkiem, gnojem, bździnami? A ja twierdzę, że to jest szafran hibernijski. Ho, ho, hi, hi. To szafran hibernijski. Hej, ha! Pijmy. (Gargantua i Pantagruel, ks. IV)
Podobne przeciwstawienie funkcjonuje u naszego nieocenionego Brunona Schulza: „Matka Tłui wynajmuje się gospodyniom do szorowania podłóg. Jest to mała, żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia też podłogi, jodłowe stoły, ławy i szlabany, które w izbach ubogich zmywa. ” (Fragmenty opowiadania Bruno Schulz. „Sierpień”.)
Marc Chagall, Moma w Nowym Jorku (fot. Depositphotos)
W opowiadaniach chasydzkich znalazłem jeszcze lepszy przykład przeciwstawienia wzniosłości szafranu i przyziemności:
„Są dusze prymitywne, rzekłbym gruboskórne, takie jak na przykład dusza Zurecha Knejpa albo tego heretyka, twojego nauczyciela. On ma duszę nie najwyższej próby. Jak zwykła, nieoczyszczona mąka. Są też dusze wielkie i szczytne. Niektóre wywodzą się wprost z przybytku, który znajduje się pod Tronem Najwyższego. Istnieją również jeszcze większe i szczytniejsze dusze. Najwyższej próby czystości. Czystości najlepszej, pszenicznej, białej ofiarnej mąki. Mało co zrozumiałem z tych „prób czystości”. Jeszcze mniej z tego „przybytku pod Tronem Najwyższego”. Wiedziałem tylko, co to jest czysta mąka pszeniczna i wyobrażałem sobie, że różnica zachodząca między duszami jest taka sama, jak między mąką razową, żytnią i najczystszą mąką pszeniczną, z której wypieka się chałę na szabat. Najpiękniejsze i największe dusze, pomyślałem sobie, powinny składać się z szafranu i rodzynek…” (Fragmenty z książki: Icchok Lejb Perec. „Opowiadania chasydzkie i ludowe”.)
Człowiek u wrót pieczary (fot. Depositphotos)
I faktycznie szafran i rodzynki znajdują się w tym cieście, który dzisiaj lepiłem w „świetlistych bułeczkach”. Cały czas pamiętałem, że światło, szafran i rodzynki czasami musimy znaleźć w tym, co nagie, ciemne, brzydkie, opuszczone, niemyte. I śmierdzące… Ten uchodźca z Egiptu naprawdę nie miał tej złoconej ramy… Myrra, złoto i kadzidło pojawiły się jako dary później… Ta grota jest jak tytułowe „To” z wiersza Czesława Miłosza. Gniecie, mierzi, odpycha, pali i świerzbi… To jest twarda prawda a nie luksusy władzy…
Bethlehem, Palestine – January 28, 2020: A silver star marks the traditional site of the birth of Jesus in Bethlehem’s Church of the Nativity, Bethlehem, Palestine on January 28, 2020. (fot. Depositphotos)