Tag: reforma Gowina

  • Uniwersytety w Szwecji, Polsce i Ameryce — prestiż czy polityka

    Uniwersytety w Szwecji, Polsce i Ameryce — prestiż czy polityka

    Obserwatorium Nordyckie | 6 maja 2026

    Jarosław Płuciennik


    Poniedziałkowy numer Svenska Dagbladet przynosi felieton, który inspiruje. Johannes Lindvall, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie w Göteborgu, stawia w rubryce Under strecket pytanie, które coraz trudniej ignorować: dlaczego Szwedzi wciąż ufają swoim uniwersytetom, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii szkolnictwo wyższe stało się polem otwartej wojny kulturowej?

    Odpowiedź, jaką Lindvall konstruuje, jest precyzyjna i niepokojąca zarazem — bo pokazuje, że ów nordycki spokój nie jest stanem naturalnym, lecz kruchą równowagą, wymagającą nieustannej troski.

    Życie uniwersyteckie (lic. Depositphotos)

    Ameryka jako lustro

    Punktem wyjścia jest diagnoza sytuacji w USA. Od stycznia 2025 roku, gdy Donald Trump po raz drugi objął urząd prezydenta, kampania jego administracji przeciwko uczelniom nabrała cech systematycznej ofensywy, o czym Obserwatorium Nordyckie już pisało: groźby cofnięcia finansowania badań, kosztowne procesy sądowe, naciski na zmianę polityki kadrowej i programowej. W lutym 2026 roku rząd federalny złożył przeciwko Harvardowi pozew opiewający na miliard dolarów. Nie jest to tylko spór o pieniądze — to próba zmiany tego, czym w ogóle jest uniwersytet.

    Lindvall wskazuje, że w tle konfliktu leżą dwa fundamentalne pytania. Pierwsze dotyczy ekonomii: czy uczelnie są demokratycznym narzędziem awansu społecznego, czy też — jak twierdzą krytycy — głównie maszyną do reprodukowania uprzywilejowanych elit? Drugie dotyczy wartości: czego i w jakim duchu uczą? Odpowiedzi na oba pytania stały się w USA kwestią identyfikacji partyjnej. I to właśnie jest, zdaniem Lindvalla, scenariusz, którego Szwecja powinna za wszelką cenę uniknąć.

    Badania Gingrich: mapa poparcia

    Centralnym punktem odniesienia w felietonie są wyniki dużego badania porównawczego, opisanego w artykule naukowym Who backs universities? Public attitudes and contemporary backlash (Jane Gingrich, „Comparative Education”). Badanie — przeprowadzone jesienią 2024 roku na próbie około 1500 respondentów w każdym z pięciu tylko krajów: USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Szwecji — miało na celu zmierzenie nie tylko ogólnego poziomu zaufania do uczelni, ale przede wszystkim mechanizmów, które za nim stoją lub które go podkopują.

    Gingrich, profesorka polityki społecznej w Oksfordzie, od lat bada politykę edukacyjną w perspektywie porównawczej, ze szczególnym uwzględnieniem tego, jak reformy rynkowe zmieniają postawy obywateli wobec instytucji publicznych. Jej projekt obejmował trzy eksperymenty osadzone w ankiecie: analizę conjoint dotyczącą postrzegania jakości edukacji, test gotowości wyborców do karania rządzących za słabe wyniki systemu edukacji, oraz — najważniejszy dla interesującej nas kwestii — badanie mechanizmów odpowiedzialnych za rosnący backlash wobec szkolnictwa wyższego wśród określonych grup społecznych.

    Wyniki są jednoznaczne: Szwecja wyróżnia się pozytywnie na tle wszystkich pozostałych krajów. Podziały ideologiczne wokół szkolnictwa wyższego są tu znacznie mniejsze niż w krajach pozostających pod wpływem anglo-amerykańskiego modelu; uczelnie są postrzegane jako instytucje użyteczne dla całego społeczeństwa, a nie tylko dla jednej jego klasy czy orientacji politycznej. Przeciętny wynik zaufania w Szwecji jest wyraźnie wyższy niż w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie polaryzacja osiągnęła poziom alarmujący.

    Trzy wyjaśnienia nordyckiej odporności

    Lindvall proponuje trzy wzajemnie uzupełniające się wyjaśnienia.

    Pierwsze: struktura ekonomiczna. W Szwecji różnica płac między osobami z wyższym i bez wyższego wykształcenia jest relatywnie niewielka — mniejsza niż w USA, Wielkiej Brytanii czy Polsce. System finansowania studiów oparty jest na państwowych pożyczkach studenckich, a nie na prywatnym zadłużeniu, co radykalnie obniża ekonomiczne ryzyko podjęcia studiów. W efekcie dostęp do uczelni jest powszechny, a resentyment wobec “wykształconych elit” — znacznie słabszy. Gdy dyplom nie jest wyrocznią klasową, trudniej go demonizować.

    Drugie: mniejsza intensywność konfliktów kulturowych. W Szwecji o programach nauczania, wykładowcach gościnnych czy polityce rekrutacyjnej toczy się mniej ostrych batalii niż w USA i Wielkiej Brytanii. Uczelnie są traktowane — i same się traktują — bardziej jako miejsca pracy i badań niż jako sceny dramatów ideologicznych. Kontrowersje wokół kursów czy języka akademickiego zdarzają się, ale mają znacznie mniejszy ładunek symboliczny i polityczny.

    Trzecie: reprezentatywność polityczna kadry. Powołując się na badania ekonomistów Niclas Berggren i Henrik Jordahl oraz socjolożki Charlotty Stern, Lindvall zauważa, że szwedzcy wykładowcy akademiccy są politycznie bliżsi ogółowi społeczeństwa niż ich odpowiednicy w USA czy Wielkiej Brytanii. To ogranicza wiarygodność narracji o “lewicowej bańce kampusowej” — bo gdy kadra jest mniej jednorodna politycznie, trudniej ją przedstawiać jako ideologiczną enklawę.

    Polska: między Stokholmem a Waszyngtonem

    Kiedy przykładamy ten analityczny szkielet do polskich realiów, obraz jest mniej optymistyczny — choć nie beznadziejny.

    Pod względem zaufania instytucjonalnego Polska plasuje się znacznie bliżej modelu anglo-amerykańskiego niż nordyckiego. Polacy generalnie są bardziej nieufni wobec instytucji publicznych (co potwierdzają systematycznie dane Eurobarometru i CBOS), a uczelnie nie są tu wyjątkiem. Towarzyszą temu trzy narracje, które wzajemnie się wzmacniają: uczelnie jako środowisko oderwane od rynku pracy i produkujące “bezużyteczne dyplomy” (słynna teza prezesa PZU Klesyka o fabrykach bezrobotnych); uczelnie jako bastion liberalno-lewicowej ideologii; uczelnie jako środowisko nepotyczne i zamknięte na zewnętrzną krytykę.

    Lata 2015–2023 były pod tym względem szczególnie napięte. Reforma Gowina (ustawa 2.0) zmieniła strukturę zarządzania uczelniami w sposób budzący uzasadnione obawy o ich autonomię. Atak na gender studies i “ideologię gender” stał się elementem szerszej polityki kulturowej państwa PiS. Ustawa o IPN z 2018 roku usiłowała ograniczyć swobodę badań historycznych a finansowanie tej instytucji odebrało nikłe finansowanie badań historycznych (gdyby te pieniądze trafiły do instytutów PAN…) W odpowiedzi środowisko akademickie — słusznie — zaangażowało się w obronę praworządności, aktywizując m.in. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, który organizował strajki okupacyjne w całej Polsce.

    Ale tu pojawia się paradoks, który Lindvall — choć nie pisze o Polsce — diagnozuje precyzyjnie: zaangażowanie polityczne środowiska akademickiego w obronie wartości demokratycznych jest uzasadnione i potrzebne, ale niesie ze sobą ryzyko trwałego utożsamienia uczelni z jedną stroną podziału politycznego. Jeśli uniwersytet zaczyna być postrzegany nie jako instytucja “nad barykadą”, lecz “po jednej stronie barykady” — traci część swojej społecznej bazy zaufania.

    Polska ma ponadto jeden z wyższych w Europie współczynników premii płacowej za dyplom. Dyplom wciąż wyraźnie oddziela klasy społeczne, co tworzy podatny grunt dla populistycznej narracji obencnej wśród tradycyjnego elektoratu prawicowego o “wykształciuchach”. To głęboka różnica strukturalna w stosunku do Szwecji — i prawdopodobnie jeden z ważniejszych powodów, dla których polski backlash wobec uczelni ma większy potencjał mobilizacyjny niż szwedzki.

    Co można zachować, co zbudować

    Polska dysponuje jednak zasobami, których nie wolno lekceważyć. Tradycja inteligencji — pojęcie nieprzetłumaczalne na szwedzki ani angielski — oznaczała historycznie społeczną odpowiedzialność wykształconej warstwy za całą wspólnotę, nie tylko za własne interesy korporacyjne. To dziedzictwo nie zniknęło. Polskie uczelnie mają też, pomimo wszystkich kryzysów, stosunkowo wysoką pozycję w systemie wartości społecznych — dyplom wciąż jest ceniony, nawet gdy konkretne uczelnie są krytykowane.

    Lindvall w swoim felietonie formułuje trzy filary, na których opiera się szwedzki model: wolność badań, dydaktyka i zaangażowanie w życie społeczne — bez ostentacyjnego demonstrowania politycznych preferencji. To nie jest postulat apolityczności, bo apolityczność jest iluzją. To postulat wiarygodności: instytucja jest wiarygodna wtedy, gdy jej działania publiczne wynikają z racji epistemicznych i etycznych, a nie z lojalności partyjnej.

    Paradoks polega na tym, że w Polsce lat 2015–2023 demonstrowanie politycznych preferencji przez środowisko akademickie było moralnie konieczne — bo zagrożona była sama substancja instytucji. Ale w Polsce lat 2025 i kolejnych wyzwaniem jest coś innego: odbudowanie zaufania tych grup społecznych, które postrzegają uniwersytet jako instytucję obcą. A to wymaga czegoś więcej niż poprawności politycznej po właściwej stronie — wymaga odwagi intelektualnej, gotowości do stawiania pytań niewygodnych dla własnego środowiska i obecności w debacie publicznej, która nie ogranicza się do mediów jednej opcji.

    Addendum (6 maja 2026): Humanistyka i totalobronność

    Dwa dni po felietonie Lindvalla ta sama rubryka Under strecket przynosi tekst równie niepokojący, tyle że z innej strony. Susanne Dodillet — historyczka edukacji i dydaktyk pedagogiki na Uniwersytecie Sztokholmskim, autorka książki Historien om det moderna universitetet — stawia pytanie, które na pierwszy rzut oka brzmi zaskakująco: co ma wspólnego humanistyka z obronnością państwa?

    Więcej niż mogłoby się wydawać. I właśnie to “więcej” jest problematyczne.

    Kampus na usługach totalobronności

    Od jesieni 2025 roku totalförsvaret — szwedzki system obrony totalnej, łączący wojsko z cywilną odpornością społeczeństwa — powrócił do programów szkół średnich. Rekruci uczą uczniów podstaw wojskowych. Szkoła ma “kształtować wartości” i “wzmacniać demokratyczną odporność”. Na poziomie wyższym działa projekt “Campus totalförsvar” — strategiczna współpraca między akademią, władzami, biznesem i społeczeństwem obywatelskim, w której uczestniczy ponad 30 uczelni. Jego strona internetowa deklaruje, że celem jest wyposażenie społeczeństwa w wiedzę i kompetencje potrzebne do stawienia czoła wyzwaniom “jutra”.

    “Humaniora ma w tej inicjatywie naturalne miejsce” — pisze Dodillet, cytując głos środowiska. Historycy i badacze idei mają wzmacniać “humanistyczną sprawność duchową” i budować “demokratyczną odporność”. Brzmi szlachetnie. Ale Dodillet drąży głębiej.

    Torsten Husén i paradoks demokratycznej propagandy

    Centralną postacią jej analizy jest Torsten Husén (1916–2009) — psycholog szkolny i wieloletni grand old man szwedzkiej polityki oświatowej. Husén badał propagandę pierwszej wojny światowej i zauważył, że zawołanie “Make the world safe for democracy” — z którym USA i Wielka Brytania weszły do konfliktu — było przez wojujące strony odczytywane jako ideologiczne uzasadnienie, nie zaś jako cel sam w sobie. Motywy geopolityczne zepchnęły ideały na drugi plan.

    Po wojnie Husén kontynuował badania jako psycholog wojskowy i trafił na paradoks, który go nie opuszczał: propaganda może być skuteczna jako wsparcie demokratycznego państwa, ale jeśli jest zbyt nachalna, staje się moralnie wątpliwa — i odwrotnie: naprawdę demokratyczne wychowanie zakłada krytyczne myślenie i autonomię jednostki, co jest złą podstawą do masowej mobilizacji. Długie wojny niszczą morale ludu; propaganda musi je uzupełniać — ale propaganda jest sprzeczna z tym, co demokracja głosi o samej sobie.

    Husén zaangażował się w prace komisji szkolnej z 1946 roku, która ustanowiła fundamenty “demokratycznej szkoły” w powojennej Szwecji. Komisja kładła nacisk na kształcenie “samodzielnych i krytycznych obywateli”, zdolnych do własnych ocen i odpornych na demagogię. Ale w tle zawsze była ta sama obsesja: jak wychować ludzi, którzy będą dobrowolnie bronić wspólnoty, nie tracąc przy tym wolności myślenia?

    Czym jest “demokratyczna odporność”?

    Dodillet dostrzega ciągłość tej debaty aż po dzień dzisiejszy. Rządowa strategia demokratyzacji z 2018 roku mówi o “wzmacnianiu odporności obywateli”. “Campus totalförsvar” obiecuje, że szkoła da uczniom “poczucie sprawczości i przynależności” oraz “wychowa ich do misji demokratycznej”. To — jak zauważa Dodillet — jest niemal dosłownie język Huséna sprzed siedemdziesięciu lat.

    I tu pojawia się pytanie, które czyni ten felieton tak intelektualnie drapieżnym: czy wysoki poziom zaufania Szwedów do swoich uczelni — ten sam, który Lindvall opisuje z podziwem — nie jest po części efektem osiemdziesięciu lat spokojnej, konsekwentnej “totalizacji” społeczeństwa przez system edukacji? Czy uczelnie cieszą się zaufaniem dlatego, że są instytucjami wolności — czy dlatego, że skutecznie wytworzyły wspólnotę wartości, która jest zarazem wspólnotą obronną?

    Co to znaczy dla roli humanistyki?

    To pytanie ma bezpośrednie implikacje dla humanistyki. Jeśli humanistyka jest “naturalnie” powołana do budowania demokratycznej odporności — kto definiuje jej treść? Kto decyduje, które narracje historyczne wzmacniają tę odporność, a które ją osłabiają? Kto ocenia, czy “krytyczne myślenie” jest właściwie wyważone między autonomią jednostki a lojalnością wobec wspólnoty?

    Dodillet nie odpowiada wprost — i słusznie. Stawia raczej diagnozę: przez całą powojenną historię Szwecji granica między “wolną humanistyką” a “humanistyką użyteczną dla państwa” była rozmyta. Uczelnie kształciły “demokratycznych obywateli” — co brzmiało jak projekt emancypacyjny, ale miało też zawsze wymiar mobilizacyjny. W czasach pokoju napięcie to pozostawało uśpione. W czasach zagrożenia — jak teraz, gdy Szwecja jest w NATO i realna obawa przed konfliktem z Rosją kształtuje debatę publiczną — napięcie to się ujawnia.

    Polskie echo

    Dla polskiego czytelnika te rozważania mają gorzki smak rozpoznania. Polska humanistyka przez dziesięciolecia była narzędziem “kształtowania świadomości narodowej” — w wersji komunistycznej i nacjonalistycznej, zależnie od okresu. Emancypacja od tej instrumentalizacji była jednym z głównych projektów środowiska humanistycznego po 1989 roku. Tymczasem felieton Dodillet przypomina, że nawet w liberalnej demokracji humanistyka nie istnieje w próżni — zawsze jest zakorzeniona w jakimś projekcie wspólnotowym.

    Pytanie nie brzmi więc: czy humanistyka ma służyć społeczeństwu? — bo oczywiście ma. Pytanie brzmi: jakiemu społeczeństwu, jakim wartościom i w jaki sposób? I kto ma prawo to rozstrzygnąć?

    Jeśli zestawimy oba felietony — Lindvalla i Dodillet — otrzymujemy obraz bardziej złożony niż prosty kontrast “dobrego nordyckiego modelu” wobec “złego modelu anglo-amerykańskiego”. Szwecja wypracowała instytucjonalne zaufanie do uczelni przez dekady — ale wypracowała je częściowo dlatego, że konsekwentnie integrowała edukację wyższą z projektem demokratycznej wspólnoty obronnej. To nie jest bezkosztowe. I to nie jest model, który można po prostu skopiować.

    Prawdziwa autonomia uczelni — ta, o którą warto walczyć — nie polega ani na izolacji od społeczeństwa, ani na bezrefleksyjnym służeniu jego doraźnym celom. Polega na zdolności do podtrzymywania namysłu, który jest jednocześnie głęboko zakorzeniony i nieustępliwie wolny. Humanistyka, która potrafi to pogodzić, jest wartością publiczną. Humanistyka, która wybiera tylko jedno z tych dwóch — albo staje się wieżą z kości słoniowej, albo maszyną ideologiczną.


    Felieton Johannesa Lindvalla „Därför litar vi ännu på våra universitet” ukazał się w Svenska Dagbladet 4 maja 2026 r. Felieton Susanne Dodillet „Demokratisk fostran – för totalförsvaret?” ukazał się w tym samym dzienniku 6 maja 2026 r. Badania Gingrich cytowane przez Lindvalla opisane są w artykule „Who backs universities? Public attitudes and contemporary backlash”,w: „Comparative Education”. Wcześniej Gingrich, Schools and Attitudes Toward Economic Equality,”Policy Studies Journal” 47, 2, 2019.

  • Uniwersytet a głos różnorodności

    Uniwersytet a głos różnorodności

    Sala audytoryjna (zdjęcie ilustracyjne lic. Depositphotos)

    Wczoraj (28.07.25) w „Svenska Dagbladet” ukazał się ważny felieton autorstwa Moa Lindqvist pt. „Universitetets många röster har tystnat” („Wiele głosów uniwersytetu zamilkło”). Autorka, młoda badaczka z dziedziny socjologii wiedzy i środowiska akademickiego, zarysowuje w nim proces postępującej uniformizacji głosu szwedzkich uniwersytetów, które – jak pisze – mówią dziś jednym językiem. To nie tylko język pozbawiony różnorodności, ale przede wszystkim język biurokratyczny, zarządczy, strategiczny. Tym samym uniwersytety tracą zdolność do bycia przestrzenią dla swobodnej, pluralistycznej debaty intelektualnej.

    Lindqvist pokazuje, jak w Szwecji na przestrzeni dekad, a zwłaszcza od reform z lat 90. i początku XXI wieku, uczelnie coraz to tracą swoją autonomię intelektualną (jak również tradycyjną symbolikę) na rzecz języka „organizacyjnej misji”, „ram strategii”, „zarządzania jakością” i „efektywności komunikacji”. W tym klimacie różnorodne głosy dyscyplin naukowych i indywidualnych badaczy coraz trudniej się przebijają. Zamiast wielogłosu – mamy głos „systemowy”, gładki i przewidywalny. Słowem – jak pisze autorka – „akademicki język został podporządkowany logice politycznej”.

    Trudno czytać ten tekst bez skojarzeń z sytuacją w Polsce – szczególnie po tzw. reformie Gowina z 2018 roku, która przekształciła uczelnie w centralnie zarządzane instytucje, z silnie zhierarchizowaną strukturą władzy, ograniczoną rolą wydziałów, a także podporządkowaniem strategii naukowej logice parametryzacji i punktacji. Rektorzy zyskali nowe uprawnienia, a język uniwersytetów – w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej – coraz bardziej przypomina język korporacyjny: wskaźniki, produktywność, efektywność, międzynarodowa konkurencyjność.

    To, co Lindqvist diagnozuje w Szwecji, jest więc prawdopodobnie częścią szerszego zjawiska: globalnego modelu zarządzania wiedzą, który kładzie nacisk na jednolitość, przejrzystość, „mierzalność” i kontrolę, a jednocześnie spycha na margines nieprzewidywalność, kontrowersję, debatę i różnicę – czyli wszystko to, co przez wieki było siłą uniwersytetu jako instytucji.

    Tekst Lindqvist jest godny uwagi, zwłaszcza, że sytuacja szkolnictwa wyższego w Skandynawii nie jest jakaś wyjątkowa. To także ważne lustro dla naszej polskiej rzeczywistości akademickiej. Coraz mniej jest w różnorodności głosów, istoty bycia kreatywnym.

    Oczywiście, w tym ujednoliceniu głosów odgrywają także pewną rolę instytucje europejskie, w których przecież panuje tzw. proces boloński, oznaczający także porównywalność dyplomów. Za tym jednak idą pewne mody dyskursywne np. skupienie się na doskonałości. Choć od dekad już w zarządzaniu jakością wiadomo, że mamy raczej proces doskonalenia się, poprawiania, a nie doskonałości. Zobaczcie choćby w sieci, ile jest centrów doskonałości i komitetów oraz instytutów. (np. NATO CCD COE, Hybrid CoE, CoE‑Civ, Jean Monnet Centres of Excellence, EULAR Centres of Excellence). Teraz w dobie AI można się spodziewać procesów dalszej unifikacji głosów.

    Wielogłos jest jednak skarbem, który ma także znaczenie społeczne. Tam, gdzie słychać wiele głosów – z różnych dyscyplin, z różnych tradycji akademickich, ale też z różnych pozycji społecznych – łatwiej o krytyczną refleksję, innowację i autentyczny dialog. Uniwersytet nie powinien przypominać korporacji z jedną strategią komunikacyjną i zunifikowanym przekazem, lecz raczej wielogłosowy chór, w którym napięcia i różnice nie są zagrożeniem, lecz źródłem energii intelektualnej. Milknące głosy to nie tylko strata dla nauki – to także osłabienie społecznej roli uniwersytetu jako miejsca namysłu, sporu i publicznego dobra.

  • Debata o przyszłości uniwersytetu na Uniwersytecie Łódzkim

    Debata o przyszłości uniwersytetu na Uniwersytecie Łódzkim

    Jaką rolę powinna pełnić Akademia w zmieniającym się dynamicznie świecie; jaka będzie przyszłość uniwersytetów i jak zmienią się ich podstawowe zadania, biorąc pod uwagę wyzwania współczesności; jak kształcić, by nadążać za postępem technologicznym, oczekiwaniami studentów i otoczenia (pracodawców, biznesu), a jednocześnie by niezmiennie budzić u młodych ludzi ciekawość świata i pasję naukowców docierania do prawdy – to zagadnienia, nad którymi zastanawia się dziś cały świat akademicki. Debata na ten temat z inicjatywy prorektora ds. popularyzacji nauki i kształcenia dr hab. Krzysztofa Pabisa odbyła się również na Uniwersytecie Łódzkim, obchodzącym 80-lecie swego istnienia.

    Uczestnicy debaty: dr hab. Agnieszka Kurczewska, prof. UŁ, z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego UŁ; dr Joanna Miksa, adiunktka w Katedrze Etyki UŁ; prof. dr hab. Jarosław Płuciennik, kulturoznawca, literaturoznawca i kognitywista, profesor nauk humanistycznych na UŁ, dr hab. Krzysztof Pabis, prof. UŁ, zoolog, entomolog, i Jarosław Brodecki, student biologii na Wydziale Biologii i Ochrony Środowiska UŁ, młody naukowiec i przyrodnik, odpowiadali na pytania prowadzących debatę doktorantki Oleny Dubchak (SDNH UŁ) i Sebastiana Piskorskiego (SDNŚiP UŁ).

    Link do YouTube UŁ
  • Gaming with Science: recenzja książki Emanuela Kulczyckiego z 2023 r.

    Gaming with Science: recenzja książki Emanuela Kulczyckiego z 2023 r.

    Oto moja nowa publikacja, była gotowa w 2023 roku. Ale cykl publikacyjny trwa niestety…

    J. Płuciennik, A. Zatora, Gaming with Science? Review: Kulczycki, E. (2023). Evaluation Game. How Publication Metrics Shape Scholarly Communication. Cambridge: Cambridge University Press, viii+228 pp. w: Perspektywy Kultury nr 48, 2025/1, ss. 371-378, DOI: 10.35765/pk.2025.4801.22.

    Plik znajdziesz tutaj

  • Z kim Cię widzą, tak Cię piszą? Niewola bibliometryczna a wolność badań naukowych

    Z kim Cię widzą, tak Cię piszą? Niewola bibliometryczna a wolność badań naukowych

    Symboliczna reprezentacja ekonomii prestiżu (lic. Depositphotos)

    Dzisiaj krótki komentarz wakacyjny na temat publikacji Jacka Grove w Times Higher Education o „niewoli bibliometrycznej”.

    Dwa cytaty:

    „Kiedy w zeszłym miesiącu 350 organizacji z ponad 40 krajów podpisało nowe porozumienie zobowiązujące do oceny badań w oparciu o miary jakościowe, mogli mieć nadzieję, że zamykają rozdział epoki, w której prestiż czasopism, w których publikowani są naukowcy, był postrzegany jako główny arbiter sukcesu. Ale wydaje się, że „ciężko pozbyć się starych nawyków”, jak ujął to Mark Tweddle, starszy konsultant ds. Szkolnictwa wyższego w zespole konsultingowym THEs. Ankieta przeprowadzona wśród 10 000 naukowców wykazała, że większość z nich nadal ocenia się nawzajem na podstawie postrzeganej jakości ich cytowania, […]. Rzeczywiście, jest to najbardziej wpływowy czynnik poza osobistymi interakcjami z danym uczonym, przy czym prawie połowa respondentów twierdzi, że jest to ważne. Wyniki mogą zaskoczyć tych, którzy stoją za ciągłymi wysiłkami na rzecz zmniejszenia tak zwanej „ekonomii prestiżu” w publikacjach akademickich. Ale Tweddle mówi, że może to po prostu pokazywać, że potrzeba więcej czasu, zanim zmiany zaczną przynosić efekty. Na razie, jeśli chodzi o jakość akademicką, pozornie liczy się to, z kim jesteś widziany, a nie to, co robisz.”

    „Reputacja poszczególnych badaczy została wymieniona jako główny czynnik przez 11 procent naukowców, podczas gdy 2 procent wspomniało o ogólnej reputacji uniwersytetu badacza, chociaż odpowiednio 51 procent i 11 procent wymienia te czynniki jako jakoś ważne.”

    Trzeba mieć świadomość, że to badanie zamówiło THE, które stoi też za corocznym rankingiem uczelni wg THE.

    Trudno oczekiwać zmian w świadomości badaczy, jeśli większość naukowców w Europie pewnie nie słyszało o a-bibliometrycznym porozumieniu uczelni .

    Czy władze polskiej edukacji słyszały? Czy wyciągają jakieś wnioski? Póki co opublikowano niewiele znaczące dane z ewaluacji, które będą mieć kolosalne znaczenie dla wielu uczelni i instytutów, jeśli idzie o finanse. I co?

    Na temat ewaluacji polskiej nauki pisałem już tutaj

  • Zgiń, przepadnij… Na marginesie ewaluacji badań o ekonomii prestiżu i ekonomii drapieżców

    Zgiń, przepadnij… Na marginesie ewaluacji badań o ekonomii prestiżu i ekonomii drapieżców

    Publikuj albo giń? Czy w Polsce obowiązuje taka zasada? Jak ona jest stosowana w ewaluacji nauki? Jaka jest jej przyszłość?

    symboliczny obraz drapieżcy (lic. Depositphotos)

    Na marginesie ewaluacji badań o ekonomii prestiżu i ekonomii drapieżców…

    Świat akademicki w Polsce oczekuje z niecierpliwością na wyniki tak zwanej ewaluacji jednostek. Furorę robi nowe słowo nowomowy urzędniczej mianowicie „podmiotodyscyplina” (zob. Wywiad z min. Bernackim w DGP 19 lipca 2022). Ale dzisiaj chciałbym zwrócić uwagę na jeden podstawowy problem naszej polskiej swoistości organizacyjnej.

    Zasada „publikuj albo giń” (z ang. „publish or perish”) była mi znana od początku mojej drogi akademickiej w 1991 roku, choć wtedy wyrażano tę zasadę raczej w ograniczonej formie: „opublikuj dwa artykuły rocznie i zrób doktorat w ciągu 8 lat, a na pewno nic Ci się złego nie stanie”.

    Potem wszystko jednak przyśpieszyło i zasada była tak konsekwentnie stosowana, że faktycznie pojawiły się patologie: konferencje, coraz liczebniejsze, realizowały zasadę, że publikują wszystko, jak leci, mimo, że istniały, oczywiście, recenzje.

    Poza tym problemem był nepotyzm na uczelniach sprawiający, że ciągle istniały jednostki nie do ruszenia.

    Z czasem jednak „nieproduktywni” profesorowie także żegnali się z uczelniami.

    Tzw. reforma Gowina, zwana przez niego szumnie „Konstytucją dla Nauki” (w ostatnim momencie przechodziła w wakacje 2018 r. przez parlament z setkami poprawek wrzucanych na chybił-trafił) miała rzecz uporządkować, ale przez radykalną centralizację, pozbawienie autonomii uczelni poprzez pozorną wszechwładzę rektorów, którzy słuchać się muszą jednak wszechwładnego ministerstwa. Jeśli idzie o zasadę „publikuj albo giń”, zastąpiono ją „publikuj w odpowiednim miejscu albo giń”. Wprowadzono prestiż niektórych czasopism czasami oparty na prestiżu międzynarodowym, czasami jednak na „widzimisię” kolegiów oceniających. W oficjalnym obowiązującym przez rozporządzenie ministra zestawie czasopism i wydawnictw pojawiły się także nieuznawane przez ogólnoświatowe organizacje naukowe „czasopisma drapieżne”, „wydawnictwa drapieżne”, każące sobie słono płacić za publikacje. Podatnik polski zatem płaci dwa razy: za badania, a potem za publikacje. Część z tych pieniędzy idzie do „prestiżowych” (uznawanych przez międzynarodowe gremia) wydawnictw prywatnych, część do „drapieżnych” mających kapitał chiński mimo, że ich siedziba oficjalnie jest np. w Szwajcarii.

    Istnienie takiego pomieszania „ekonomii prestiżu” i „ekonomii drapieżców (oszustów)” było możliwe w Polsce dzięki zaistnieniu centralizacji gowinowskiej, która był owiana nimbem dostosowywania polskiej akademii do świata zachodniego, miały w Polsce funkcjonować „wreszcie zasady ogólnoświatowe”.

    Ciekawe, że kilka dni temu Unia Europejska, tak bardzo oskarżana o centralne i bezduszne reguły, podpisała porozumienie „Zgoda na zreformowanie oceny badań naukowych”

    Dokument ma 23 strony i jego sygnatariusze będą zastanawiać się jak sprawić, by ta ocena badań była sprawiedliwsza i wreszcie odesłała kulturę „publikuj lub zgiń” do lamusa. 22 lipca 2022 r napisał o tym także w Times Higher Education Ben Upton.

    „Sygnatariusze zgadzają się uznawać różnorodność wkładu w badania, opierać ocenę głównie na miarach jakościowych, rezygnować ze wskaźników opartych na czasopismach, unikać rankingów i inwestować w reformy. Oczekuje się, że każdy z nich przedłoży plan działania z kamieniami milowymi do końca 2023 r. lub w ciągu roku od podpisania umowy.”

    Ważne według Uptona jest to, że dokument nie jest czczą deklaracją, ma powstać koalicja zdeterminowana do działania. Dokument został przyjęty z mieszanymi reakcjami.

    Jak podkreślają sygnatariusze celem nie jest absolutyzacja jakiegoś innego systemu oceny, raczej powstanie wielu modeli, które odejdą od centralizacji.

    Jakieś zasady są konieczne, żeby naukowcy mogli się jednak spotykać na równych zasadach i podróżować, przemieszczać się także zawodowo bez większych problemów.

    W tym kontekście niektórzy sygnatariusze wprost zauważyli problemy Polski, cytuję THE: „Inne wyzwania będą miały charakter krajowy. Ismael Ràfols, badacz z University of Sussex, który był autorem również Manifestu Leiden, powiedział, że krajom, które polegają na scentralizowanej ocenie, takim jak Włochy, Hiszpania czy Polska, będzie szczególnie trudno odzwyczaić się od skalowalnych wskaźników publikacji.”

    I dalej jest fragment szczególnie istotny dla prestiżu Polski: „Debata dotyczy tego, czy rządy mają chęć lub zdolność do decentralizacji, ponieważ nie ma zaufania do organizacji z powodu nepotyzmu, który był powszechny 30 lat temu przed wdrożeniem scentralizowanych systemów”.

    No właśnie: centralizacja wprowadzona 30 lat temu? Ona wtedy się skończyła, a o ile pamiętam. Centralizację wprowadził Gowin, minister Czarnek ją tylko pogłębił. A na dodatek ręcznie manipulował przy punktacji czasopism i dlatego np. polska teologia na KUL dostała wedle przecieków ministra Bernackiego w DGP kategorię najwyższą z możliwych A+, zaś wiele dyscyplin humanistycznych i społecznych nie dostało takiej kategorii w ogóle.

    Zapewne ta ewaluacja ministerialna zadowoli większość, bo ręcznie uratowano największych takich jak jednostki SGH, UJ, czy SGGW (o czym także pisałem komentując konferencję min. Czarna). Zob. Ręcznie też uratowano, czy wręcz wywindowano prestiż KUL. Większość będzie zadowolona, bo dostanie B+ i zachowane zostaną uprawnienia.

    Decyzje administracyjne mają zostać wysłane do uczelni najpóźniej do końca lipca. To jest okres wakacyjny na uczelniach, większość pracowników i studentów jest na urlopach i wakacjach (niekoniecznie wyjazdowych). Ta ewaluacja przejdzie bez echa. A nie powinna. Jest skandalem z kilku względów. Teraz dochodzi do tego pozorne podporządkowanie „ekonomii prestiżu”, zaś faktyczna „wszechwładza centrali”, która może powoływać do swojego grona doradców wyłącznie zaufanych ministerialnych (zob. skład Komitetu Polityki Naukowej). Mamy stan faktyczny cofnięcia niektórych standardów do stanu z czasów PRL. Zaś sytuacja z młodymi chcącymi zostawać na uczelni i poświęcić się karierze naukowej jest coraz gorsza. Zasady zmieniają się co rusz, za pieniądze zjadane są przez inflację bez podwyżek od wielu wielu lat. „Publikuj albo giń”? Zgiń przepadnij, nie jesteś nam potrzebny… Ekonomia prestiżu? Ekonomia drapieżców…

  • Jaka piękna katastrofa! Wodzowie, praworządność a konstytucja

    Jaka piękna katastrofa! Wodzowie, praworządność a konstytucja

    Wodzowie, praworządność a konstytucja (oczywiście dla nauki)

    Podcast poniżej. Tekst niżej.

    Nikt wraca do domu: o Odysei Nolana Polska fika

    Krótka recenzja kulturoznawcza filmu Nolana
    1. Nikt wraca do domu: o Odysei Nolana
    2. Cud zwykłości
    3. Entuzjastyczny wybór dobra! Godny, uczciwy i samodzielny
    4. Ciemniejsze strony Muminków Tove Jansson
    5. Znaczenie językowej tożsamości w dyplomacji. Hasło: imponderabilia i Pete Hegseth

    Bieżący komentarz na tema ewaluacji naukowej po wystąpieniu Ministra Edukacji i Nauki 9.05.22 r.

    #konstytucjadlanauki #ewaluacjanauki #KEN #przemysławczarnek

    Od początku tak zwanych konsultacji społecznych prowadzonych przez ministra Gowina na niby z tak zwanym środowiskiem śmieszyła mnie nazwa „konstytucja dla nauki”. Wydaje mi się że po słynnej już konferencji prasowej ministerstwa nauki sprzed dwóch dni słowo „konstytucja” w Polsce osiągnęło prawdziwe dno. I to nie tylko dlatego, że jedynowładztwo Kaczyńskiego i jego dworu na Nowogrodzkiej za nic ma Ustawę zasadniczą. Ustawa Prawo o Szkolnictwie Wyższym niby obowiązuje, nadal jest nazywana „Konstytucją dla Nauki”, ale to co się dzieje w obszarze zarządzania nauki i szkolnictwem to jest pełen chaos i improwizacja. Oraz kazuistyka.

    Obejrzyjcie, proszę, tę konferencję, link pod spodem. (https://youtu.be/fcbj7JU50H8)

    Wodzowie nauki lubią posługiwać się barwnym językiem. I dobrze. Tendencja retoryczna jest taka, że w trakcie panowania obecnego ministra „wszystko było zaplanowane i wszystko było jak należy”, zaś cała krytyka działań ministerstwa jest określona mianem hałasu. Krytyk to krzykacz…

    Natomiast działania ministra zmierzają w stronę większego porządku oraz działań charytatywnych właściwie (bo przecież to siły i zasoby osobiste ministra i jego urok osobisty…), wszystko jest pod kontrolą, zaś to, co teraz proponują panowie z ministerstwa edukacji i nauki to wyłącznie skorygowanie działań komisji ewaluacji naukowej, to wsparcie, to ratowanie to unikanie wielu szkód i to — w końcu — dostarczanie warunków zrównoważonego rozwoju. Jakże piękne i umiarkowane metafory: wsparcie, ratowanie, unikanie szkód, zrównoważony rozwój.

    Dlatego należy ratować — uwaga — okręty flagowe, czyli giganty polskich uczelni — tak właśnie przedstawia się ta praworządność wodzów, której przeciwstawia się „konstytucja dla nauki”. „Konstytucja dla nauki” — bo przecież nie pada nazwisko poprzedniego ministra nauk, Jarosława Gowina — ten jest kompletnie wymazany z pamięci — postrzegana jest jako ta odpowiedzialna od początku za „pokrętną ścieżkę ewaluacji”. Owa „pokrętna ścieżka ewaluacji” prowadziła do „absurdów i szkód” oraz „skandali” i „rozwiązań czysto ilościowych” — takie słowa właśnie podają podczas tej konferencji.

    Pragnę zwrócić uwagę, że w trakcie tej konferencji pada także sformułowanie „kazuistyka” w towarzystwie „rozwiązań czysto ilościowych”: otóż jeśli idzie o słowo „kazuistyka” to idealnie ono pasuje do tego, co panowie ministrowie uprawiają — to jest właśnie kazuistyka, rodem ze średniowiecznych praktyk językowo-teologicznych, bo według Słownika Języka Polskiego jest to pokrętna argumentacja, naciąganie argumentów i przykładów w celu uzasadnienia jakieś tezy, albo też drobiazgowe rozstrzyganie szczegółowych problemów, zwłaszcza moralnych lub prawnych przez stosowanie do nich odpowiednio dobranych zasad ogólnych, albo też formułowanie przepisów prawnych opartych na analizie konkretnych przypadków, albo też obserwację i analizę rzadkich przypadków chorobowych, dokumentowanie przypadków rzadkich schorzeń.

    Immanuel Kant nazywał kazuistykę „dialektyką moralności”.
    Wydaje mi się że panowie w ministerstwie bardzo mocno się starają, żeby ich działanie było postrzegane jako działanie dobre, jako moralne właśnie, jako działanie ratujące, korygujące, wspierające, unikające szkód, zapewniające zrównoważony rozwój itd. itd. ale środki którymi to robią to jest właśnie ta pseudomoralna kazuistyka. Bo jeśli można było wyobrazić sobie, iż ratowanie tak zwanych mniejszych ośrodków np. w Zielonej Górze, czy w Lublinie (czy chodzi o rodzimą uczelnię ministra tj. KUL?) poprzez manipulację ewaluacją i punktacją czasopism oraz wydawnictw to było ratowanie mniejszych ośrodków i zrównoważony rozwój dla Polski i polskiej nauki, no to jednak ratowanie tak zwanych — i tutaj się pojawia metafora niezwykle istotna — okrętów flagowych polskiej nauki (tzn. np. SGH, SGGW czy UJ z naukami medycznymi), no to jest dopiero właśnie kazuistyka. Okręty flagowe to częsta metafora Gowina. Mówi się tutaj jednocześnie o tym że kazuistyka to są rozwiązania czysto ilościowe, zaś faktycznie kazuistyka to jest przeciwieństwo praworządności, przeciwieństwo rządów prawa, przeciwieństwo konstytucji. Ja nawet jestem zwolennikiem kazuistyki prawdziwej, niezakłamanej, czyli tzw. studiów przypadku w metodologii nauk. Ale jako średniowieczna praktyka teologiczno-prawnicza jest symbolem zakłamania i obłudy.

    Wydaje mi się, że właśnie słowo konstytucja dla nauki osiągnęła dno właśnie w trakcie tej konferencji. Wielokrotnie krytykowałem „Konstytucję dla nauki”, czyli Ustawę Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce za to, że daje zbyt wiele spraw, zbyt wiele praw ministerstwu i rektorom, za centralizację i wydaje mi się, że po tej spektakularnej katastrofie ewaluacji jedyną ścieżką do wyjścia z zapaści jest totalna decentralizacja Szkolnictwa Wyższego. Zresztą jest to jedyny ratunek również dla Polski jako takiej: decentralizacja władzy, bo takie właśnie rozstrzyganie arbitralne, manipulowanie przy przy ewaluacji, która miała być ewaluacją z regułami, miała być ewaluacją praworządną, manipulowanie takie musi prowadzić donikąd.

    Nie jest tak, że ta ewaluacja była dobrze ustawiona od samego początku i że wszystko jest pod kontrolą. Nic nie jest pod kontrolą, bo tego rodzaju odgórne próby narzucenia jakiegokolwiek porządku, jakim była Ustawa Prawo o Szkolnictwie autorstwa Gowina, odgórne, arbitralne, wodzowskie nie mają żadnej racji bytu w świecie rzeczywistym. Lekceważą tradycje lokalne i zrównoważony przyrost zbiorowej mądrości.

    Na zakończenie nie chciałbym być populistyczny, i pytać, które uniwersytety odczuły podwyżkę po łaskawym „podarowaniu” przez ministra, jakże wspaniałomyślnie, przez „wodza edukacji i nauki” Przemysława Czarnka 1 mlda zł na uczelnie pod koniec ubiegłego roku. Jednak naprawdę szkoda mi tych wszystkich, którzy byli przejęci procesem ewaluacji, którzy napracowali się przy tym bardzo. Komisja Ewaluacji teraz ma poprawić swoje wnioski tak, żeby nie wywoływać skandalu i zgorszenia, czyli w myśl wskazań ministra, wtedy on, wódz nauki, wyda decyzję. Ciekaw jestem ile podmiotów będzie miało podstawę do odwołań…

    Wodzowie i kazuiści. Szkoda że tacy przaśni…

    Bieżący komentarz na tema ewaluacji naukowej po wystąpieniu Ministra Edukacji i Nauki 9.05.22 r. #konstytucjadlanauki #ewaluacjanauki #KEN #przemysławczarnek
    Jaka piękna katastrofa! Wodzowie i konstytucja

    PS. 18 maja 2022 wpis ukazał się zmieniony w Gazeta Wyborcza

  • Z listą czasopism zostaliśmy jak ten Himilsbach z angielskim?

    Z listą czasopism zostaliśmy jak ten Himilsbach z angielskim?

    Jan Hilmilsbach (1931-1988) (fot. Renata Pajchel – scanned from „ty i ja” monthly, January 1972, Warsaw, Poland), dom. publiczna.

    Z listą czasopism zostaliśmy jak ten Himilsbach z angielskim…

    Posłuchaj podcastu tutaj albo tutaj na YouTube

    Marzec 1665. Połowa XVII wieku. Narodziny nowożytności… porównywalne z narodzinami sfery publicznej, o której pisał niemiecki filozof Jurgen Habermas.

    „Philosophical Transactions” to pierwsze i najdłużej wydawane czasopismo naukowe na świecie. Zapoczątkował je w marcu 1665 Henryk Oldenburg (ok. 1619-1677), pierwszy sekretarz Królewskiego Towarzystwa Naukowego, który pełnił funkcję wydawcy i redaktora.

    Jestem redaktorem czasopisma naukowego już od kilkunastu lat, jestem też redaktorem naczelnym. Zaszczytna i prestiżowa funkcja. Zwłaszcza jeśli zestawić z ten fakt z tym legendarnym początkiem czasopiśmiennictwa naukowego.

    Czasopisma były wytworem mediów. Tym konkretnym medium stwarzającym je był druk na papierze. Nawet praca naukowa opublikowana w czasopiśmie w języku angielskim nosi nazwę taką samą jak nośnik medium: „paper”. „A paper on paper”.

    Od czasu „Struktury rewolucji naukowej” Thomasa Kuhna wiemy, że naukach przyrodniczych najważniejsze sprawy dzieją się w artykułach, nie książkach. Artykuły te w niektórych dyscyplinach miewają bardzo krótki format np. 4-7 stron.

    W naukach przyrodniczych publikacje książkowe są albo dla emerytowanych profesorów, albo dla popularyzatorów. Inaczej dla humanistów: format książki umożliwia i wymaga kompletnie różnych kompetencji i umiejętności, które mogą się ujawnić właśnie w formacie książki.

    Od długiego czasu naukowcy korzystają z dobrodziejstw publikacji online, w Internecie. Mało tego, coraz większym wzięciem cieszy się idea otwartości, co za tym idzie, żeby zapoznać się z pracą naukową wystarczy odnaleźć w otwartym dostępie artykuł w formie elektronicznej, o który idzie. Czasami od lat 80-tych XX jeszcze wieku niektórzy autorzy publikowali w otwartym dostępie swoje artykuły w wersji, które wysyłali do czasopism. Wersja opublikowana często różniła się od takiej wersji, ale jeśli ktoś miał szczęście, niekoniecznie różnice musiały być duże. Dobra nauka za darmo w zasięgu ręki dla każdego.

    Wraz z rozwojem idei otwartości i wraz z rosnącymi rozmiarami wielkiego magazynu danych, jakim jest między innymi Internet, pojawiła się idea publikacji danych badawczych. I tutaj zarysowuje się jednocześnie wielka perspektywa rozwojowa i zarazem problem. Wiele artykułów naukowych mogłoby być lepiej ocenionych, gdyby zarówno recenzenci, jak i konkurenci mięli dostęp do danych badawczych. (Wielu oszustw także można byłoby uniknąć.)

    Dlatego między innymi pojawiła się dzisiaj na stronach brytyjskiego „Guardiana” propozycja młodego psychologa z Londynu, aby „odesłać na emeryturę” pojęcie artykułu naukowego i zastąpić go pojęciem „internetowej strony z notatnikiem, łączącej dane, kod i interpretację. (Ritchie, S. (2022, kwiecień 11). The big idea: Should we get rid of the scientific paper?

    Stuart Ritchie argumentuje, że „osiągnęliśmy zdumiewający postęp w tak wielu dziedzinach nauki, a mimo to nadal grzęźniemy w starym, wadliwym modelu badań publikacyjnych.” Dodaje, że niektóre dziedziny nauki już zmierzają w kierunku, który tu opisał: używania katalogów (repozytoriów) internetowych zamiast czasopism – „żywych dokumentów zamiast żywych skamieniałości.”

    Autor wystąpienia kończy wezwaniem: „Czas, aby reszta nauki poszła w ich ślady.” Stuart Ritchie jest psychologiem i wykładowcą w Centrum Psychiatrii Społecznej, Genetycznej i Rozwojowej w King’s College London.

    Problemów jest wiele, najważniejsze widzę trzy: 1) dane badawcze np. w medycynie to kompletnie różna sprawa od danych badawczych np. w archeologii czy — nie przymierzając — badaniach nad kulturą; to generuje inne problemy, także metodologiczne, istnieją metody ilościowe i jakościowe np.; 2) dane badawcze różnych rozmiarów muszą być składowane na serwerach, których utrzymanie nie jest darmowe, potrzeba też rosnących lawinowo hipergigagodzin energii do utrzymania i chłodzenia tych serwerowni; to z kolei nasuwa pytania o źródła finansowania takich „publikacji”; 3) format artykułu wykuwany przez stulecia to pewna kultura myślenia i argumentacji; wiedzą o tym świetnie użytkownicy języka angielskiego, przyzwyczajeni do dyscypliny komponowania. Każda dyscyplina ma tutaj nieco inne standardy.

    Propozycja Stuarta Ritchiego– tyleż rewolucyjna, co oczywista i stwierdzająca pewien stan rzeczy w wybranym wycinku rzeczywistości — wysłania na emeryturę artykułu naukowego — stawia polską reformę Gowina jakby w dziwnym świetle: ta polska punktoza, ocena dorobku naukowego i jakości pracy naukowej jednostek na podstawie opublikowanych głównie artykułów we wskazanych przez ministerstwo czasopismach to jakby „Himilsbach z angielskim, jak ten…”

    Lista czasopism została kompletnie skompromitowana przez ręczne „korekty” Czarnka. Nie dość, że już lista Gowina była wadliwa, to na dodatek jej podstawa ideowa okazuje się anachroniczna… nijak manipulacje Czarnka tego nie niwelują. Wrażenie Himilsbacha pozostaje w mocy.

  • Indeks świętości? Porównanie h-index Scopus i Google Scholar

    Indeks świętości? Porównanie h-index Scopus i Google Scholar

    Co zamiast deformy Gowina? Czy indeks świętości? Jedno i drugie jest głupie.

    Pojęcie indeksu jest abstrakcyjne i cyfrowe (fot. lic. Depositphotos)

    Wpadł mi w oko ostatnio artykuł sprzed dwóch lat prof. Adriana Furnhama z Oslo i Londynu, który jest bardzo pouczający, jeśli idzie o ocenę standardów naukowych obowiązujących w Polsce po reformie gowinowskiej. Przypomnę, że wedle tych wprowadzonych w 2019 roku standardów naukowcy wszystkich dyscyplin powinni publikować w wysoko punktowanych czasopismach wskazanych przez ministerstwo oraz przypisać się — w praktyce najlepiej do jednej — do kilku wybranych dyscyplin naukowych. Dyscypliny skatalogowano i niektóre — np. kulturoznawstwo — inaczej nazwano. Najważniejszy dla humanistów był cios w monografie naukowe, choć są po dyskusji środowiskowej w końcu bardziej dowartościowane, ale jednak nie wyżej, tylko na równi z najlepszymi publikacjami w czasopismach.

    Adrian F. Furnham to brytyjskiego pochodzenia, profesor psychologii z Oslo, który — według tych wskazanych przez ministerstwo Gowina kryteriów — ma osiągnięcia z najwyższej półki: 1117 dokumentów wykazuje Scopus, 40508 cytacji na dzień 2. lutego 2022 r., tzw. h-index: 91. Dotychczas największą gwiazdą dla mnie osobiście był niesamowity Steven Pinker, kognitywista amerykański, ale on ma h-index ledwie 48, zaś wykazanych dokumentów w Scopusie tylko 142, cytacji ledwo ćwiartkę Furnhama: 12425.

    Bardzo mnie zainteresował dorobek tego uczonego, który nie tylko jest bardzo interdyscyplinarny, ale także wielodyscyplinarny. Opublikował wiele książek i wiele artykułów — bardzo różnych — publikuje w bardzo wielu miejscach, jest niezwykle kooperujący i międzynarodowy. Można powiedzieć: niedościgły wzór do naśladowania.

    Kiedy jednak sięgnąć do jego profilu na Google Scholar, to okaże się, że jego osiągnięcia tam są jeszcze lepsze, wprost niewyobrażalne: cytowań prawie cztery razy więcej 140102, h-index dwukrotnie większy 176.

    Byłem w szoku.

    No i napisał o tym szoku profesor Furnham artykuł pt. „Czego się nauczyłem z mojego profilu na Google Scholar z h-index”, opublikowany w prestiżowym czasopiśmie specjalizującym się w naukometrii. (Furnham, A. (2020). What I have learned from my Google Scholar and H index. Scientometrics, 122(2), 1249–1254.)

    Najbardziej zaskakujące jest przede wszystkim to, że najczęściej jest cytowana jego książka pt. „Psychologia szoku kulturowego”, która w Scopusie w ogóle nie istnieje, wedle Google Scholar ma prawie 3800 cytowań. Jedna książka.

    W artykule można wprost znaleźć 8 lekcji wyprowadzonych z analizy danych Google Scholar:
    Lekcja 1: Czasopisma o dużym wpływie nie gwarantują wysokich osobistych cytowań (w ogóle).
    Lekcja 2: Innowacyjne badania są trudniejsze do opublikowania, ale (często) najczęściej cytowane.
    Lekcja 3: Publikuj dobre recenzje tak często, jak dobre artykuły, aby uzyskać jak największy wpływ.
    Lekcja 4: Książki są istotne, ale rozdziały w książkach pod redakcją są mniej cytowane.
    Lekcja 5: Artykuły, niezależnie od tego, jak dobre, pod koniec mody lub trendu, są z biegiem czasu rzadziej cytowane.
    Lekcja 6: Wybierz czasopisma ogólne z lepiej cytowanych dyscyplin, aby uzyskać jak największy wpływ.
    Lekcja 7: Nie wkładaj wszystkich jajek (artykułów) do jednego koszyka (czasopisma), jakkolwiek by on nie był dobry. Rozgłaszaj dobrą nowinę w wielu miejscach
    Lekcja 8: Jeśli chcesz mieć maksymalną liczbę cytowań, włóż wysiłek w konstruowanie poprawnych testów/miar w nowym obszarze.

    I jeszcze we wnioskach artykułu można wyczytać:

    „Niektórzy twierdzą, że nie ma znaczenia, gdzie publikujesz, jeśli artykuł jest interesujący i ważny. Ten pomysł denerwuje zbyt wielu ludzi, aby się z nim zgodzić, ale dane mogą takie sądy potwierdzać. Ten artykuł opiera się na N = 1. Ponadto jest introspektywny.” Wielu powiedziałoby, że to „stronnicza praca na absurdalnie niereprezentatywnym i maleńkim zbiorze danych”.

    Autor zachęca innych do sprawdzenia swoich danych. Co i ja czynię.

    Dodam, że w naukach humanistycznych i społecznych badanie jakościowe często polega na opisie pojedynczych przypadków, tzw. case studies, bądź wprost wywiadach z pojedynczymi ludźmi. O autoetnografii nie wspomnę. Kognitywiści także korzystają z introspekcji.

    Wydaje mi się naprawdę żenujące, że otwieranie się na świat Polski musiało mieć taki idiotyczny wymiar, jak miało to miejsce w gowinowskiej deformie, jednoznacznie jednostronny i szkodliwy dla nauk społecznych i humanistycznych. Co nie znaczy, że zmiany wprowadzone przez niejakiego Przemysława Czarnka są sensowne, w większości prowadzą one do takich absurdów, jak te ujawnione ostatnio w ocenie prorektora KUL, który proponuje jakby „indeks świętości”. Wedle profesora Sitarza KUL to najlepszy na świecie uniwersytet, bo ma najwięcej katolickich świętych, zaś inne kryteria oceny, takie jak liczka noblistów, to czysty przypadek. (zob. Ks. prof. M. Sitarz: w kategorii świętość nasza uczelnia znajduje się na czołowych miejscach listy światowej https://www.kul.pl/art_97845.html).
    Kpina z jednostronności parametrycznej oceny jest uzasadniona, niestety. Zgadzam się w tym punkcie z ks. Profesorem Sitarzem. Należy kpić z idiotyzmów. Ale w takim wydaniu, jak ostatnio na KUL, w propozycji „indeksu świętości” — doprowadza do ośmieszenia świata akademickiego i świata nauki. O tym, że chrześcijaństwu to nie pomaga, nie wspomnę. Jednak taka reakcja Czarnkowo-Sitarzowa, to jest konsekwencja wprowadzenia idiotyzmów gowinowskich — reakcja była do przewidzenia, bo świat nie znosi nierealistycznych regulacji, nieliczących się z ludźmi, praktykami, tradycjami i opiniami środowiskowymi. Odpowiedzią nie powinny być idiotyzmy jeszcze większe, tylko w drugą stronę.

    Polska miszczem Polski. No…

  • O godności nauczyciela akademickiego

    O godności nauczyciela akademickiego

    Kazimierz Twardowski 1866-1938 (fot. public domain) zjęcie prawd. ok. 1933 r

    Smutno mi, Boże…

    Wielokrotnie krytykowałem w różnych publikacjach obowiązującą w Polsce Ustawę pt. Prawo o Szkolnictwie Wyższym i Nauce z 20 lipca 2018 r. r. Jednak ostatnie okoliczności w Polsce skłaniają mnie do jeszcze jednej krytyki. Dotyczyć ona powinna artykułu 275 ust. 1 ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, który brzmi: „Nauczyciel akademicki podlega odpowiedzialności dyscyplinarnej za przewinienie dyscyplinarne stanowiące czyn uchybiający obowiązkom nauczyciela akademickiego lub godności zawodu nauczyciela akademickiego”. Dlaczego uważam ten artykuł za zasługujący na krytykę? Przede wszystkim dlatego, że jeśli obowiązki nauczyciela akademickiego mogą być i często są spisane w różnych dokumentach, np. w karcie pracy, to pojęcie godności zawodu nauczyciela akademickiego jest niezwykle złożone i musi podlegać jakiemuś uściśleniu. Problemem jest to, że Polska nie posiada nawet kodeksu nauczyciela w ogólności. Taki kodeks wedle danych UNESCO wypracowało już prawie 80 krajów na świecie. Jeśli w Polsce nie ma określonego Kodeksu postępowania etycznego nauczyciela, to problemem jest jeszcze bardziej szczegółowe dookreślenie Kodeksu postępowania etycznego nauczyciela akademickiego. Jeżeli założyć, iż nauczyciel akademicki powinien charakteryzować się czymś szczególnym na tle ogółu nauczycieli, to czym miałoby to być?

    Stwierdziłem z przykrością, że Polska nie posiada kodeksu nauczyciela, ale jednocześnie skonstatowałem ze zdziwieniem, że np. Finlandia także nie ma ogólnego kodeksu nauczyciela. Więc może Polska nie potrzebuje takiego kodeksu? Wydaje mi się jednak, że Finlandia dysponuje przysięgą Comeniusa, która jest odpowiednikiem lekarskiej przysięgi Hipokratesa oraz inżynierskiej przysięgi Archimedesa. W Polsce znam przysięgę doktorską, która obowiązuje w polskich uczelniach. Jednak ta przysięga jest zbyt krótko i zdawkowo, żeby traktować ją z pieczołowitością, na którą zasługuje np. fińska przysięga Comeniusa oraz inne kodeksy narodowe. Kodeksy wszelkiego typu powinny być dość precyzyjne i jasne oraz stanowić wytwór konsensu wielu środowisk.

    Na dodatek opisywany artykuł naszej nieszczęsnej ustawy używa bardzo nacechowanego emocjonalnie terminu godność. Filozofia jest bardzo rozpisana na temat godności człowieka jako takiego. Wiele nurtów myślenia w chrześcijaństwie także traktuje o godności człowieka. Również w prawie, także w polskim prawie, w naszej Konstytucji znajdują się passusy traktujące o godności człowieka i obywatela. Mogę z całą odpowiedzialnością zobaczyć związek pomiędzy tymi ogólnymi zapisami a np. godnością pracownika. Godność nauczyciela musiałaby być określona przez bardziej szczegółowe opracowania, bo przecież wprowadzałaby pewną dyskryminację: nauczyciel miałby godności w pewnym sensie więcej niż zwykły obywatel, zwykły pracownik. Tym bardziej jest istotne określenie, czym jest godność nauczyciela akademickiego.

    W tym kontekście przychodzi mi jedynie do głowy sięgnięcie do klasycznego opracowania, który jest wykładem doktora honoris causa uniwersytetu Adama Mickiewicza prof. Kazimierza Twardowskiego zatytułowanego „O dostojeństwie Uniwersytetu”. Wykład ten wygłoszono w auli  Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie w 1932 r.

    Warto przypomnieć, że podstawowymi wartościami stanowiącymi o dostojeństwie  uniwersytetu, o godności uniwersytetu, są autonomia, niezależność finansowa, oraz swobodne poszukiwanie prawdy. Na marginesie dodać można, że swoistością nauczycieli akademickich będących jednocześnie badaczami, poszukiwaczami obiektywnej prawdy, jest także, wspominane przez Twardowskiego pod koniec swego wykładu członkostwo w międzynarodowej, ponadnarodowej wspólnocie o nazwie Rzeczpospolita uczonych.

    Na tym tle doprawdy nie rozumiem zarzutów postawionych przez władze KUL w postępowaniu dyscyplinarnym księdzu doktorowi habilitowanemu Alfredowi Wierzbickiemu. Nie dostrzegam uchybienia obowiązkiem pracowniczym nauczyciela akademickiego, chyba że KUL ma jakieś karty pracy, w których zapisane jest np. zakaz polemiki merytorycznej z kolegami i innymi profesorami. Z etyki naukowca taka polemika jest wręcz nakazana, choć kodeksu spisanego nie mamy. A może władze KUL zapisały w jakieś karcie pracy, że żaden pracownik uniwersytecki nie powinien ujmować się za prześladowanymi w społeczeństwie? Może w karcie pracy profesora Wierzbickiego znalazł się jakiś zapis zakazujący krytyki zagmatwania wywodów i niejasności? Bardzo by mnie to zdziwiło, bo wydaje mi się, iż krytycyzm względem mętniactwa jest wręcz misją naukowca. A może nawoływanie do debaty jest zakazane? Serio? W świecie uniwersytetów?

    Cały czas pamiętać trzeba, że obszarem badawczym ks.d dra hab. Wierzbickiego jest etyka, ma on obowiązek zawodowy wypowiadania się publicznego na tematy związane z obszarem jego badań.

    Smutno mi, Boże…    

    PS. 26 listopada moja refleksja w zmienionej wersji została opublikowana w „Więzi” (kliknij)