Tag: demokracja

  • Duża zmiana w Szwedzkiej Akademii

    Duża zmiana w Szwedzkiej Akademii

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Nowa era w Szwedzkiej Akademii: Ingrid Carlberg jako nowa stała sekretarzyni

    W grudniu 2025 r. Szwedzka Akademia stanęła u progu nowego rozdziału w swojej historii — po siedmiu latach na stanowisku przewodniczącego — formalnie „ständiga sekreterare (stałego sekretarza) z funkcją pożegnał się Mats Malm, a jego następczynią została Ingrid Carlberg — ceniona dziennikarka i autorka książek non-fiction. W Polsce znana jest jej książka-biogram Alfreda Nobla. (Nobel. Wybuchowy pacyfista, tłum. E. Ptaszyńska-Sadowska, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2022)

    Ingrid Carlson w 2012 r. (Fot. Bengt Oberger, za Wikipedią, CC Uznanie Autorstwa)

    Koniec jednego etapu — początek nowego kierunku

    Malm zyskał szerokie uznanie za swoją rolę w stabilizowaniu Akademii po głębokim kryzysie instytucjonalnym, który wstrząsnął szwedzką sceną kulturalną kilka lat temu. Ofiarą tego kryzysu była nie tylko sekretarzyni przed Malmem — Sara Danius, ale i Olga Tokarczuk, której Nagroda Nobla była opóźniona o rok. Jego (Malma) kadencja pomogła odbudować wewnętrzne zaufanie i przywrócić Akademii reputację poważnej instytucji. 

    Jednak jak zauważają komentatorzy, dziś Akademia stoi przed innym wyzwaniem — bardziej publicznym i politycznym: konfliktem wokół zagrożeń dla demokracji, dezinformacji i narastającej presji na wolność słowa. 

    Ingrid Carlberg – nowa przewodnicząca za sterami Akademii

    Carlberg — 64-letnia dziennikarka m. in. Dagens Nyheter (do 2010 roku) oraz autorka książek popularnonaukowych i publicystycznych — objęła stanowisko jako druga kobieta w historii Akademii, po słynnej Sarze Danius (nota bene: m. In. Teoretyczce literatury), co samo w sobie jest odczytywane jako sygnał zmian i postępu w instytucji. 

    W opiniach ekspertów i kulturoznawców jej nominacja odczytywana jest jako znak, że Akademia chce kontynuować — a nawet rozszerzyć — swoje zaangażowanie w obronę wolności prasy i demokracji. Björn Wiman, dyrektor działu kultury Dagens Nyheter, wskazuje, że wybór Carlberg może być zapowiedzią „nowocześniejszej” Akademii, która aktywniej zabiera głos w ważnych debatach społecznych i kulturowych. 

    Rola Carlberg ma być kluczowa szczególnie w kontekście obrony publicznej debaty i prawdy — obszarów, które w ostatnich latach Akademia coraz silniej starała się promować, m.in. poprzez konferencje i inicjatywy poświęcone wolności myśli i wypowiedzi. 

    Akademia wobec wyzwań współczesności

    Zmiana na stanowisku ständiga sekreterare przypomina, jak dynamiczne potrafią być instytucje kultury w regionie nordyckim, kiedy stoją wobec nowych globalnych wyzwań. Dla Szwedzkiej Akademii — instytucji znanej przede wszystkim jako opiekun literatury i języka, ale też strażnik wartości demokratycznych — wybór nowej przewodniczącej jest sygnałem, że debata publiczna, prawda i odporność demokratyczna pozostają w centrum jej misji. 

  • Demokracja i autonomia uniwersytetów w obliczu testów na obywatelstwo (przypadek testów w Szwecji i Polsce)

    Demokracja i autonomia uniwersytetów w obliczu testów na obywatelstwo (przypadek testów w Szwecji i Polsce)

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    W Szwecji trwa spór dotyczący testu na obywatelstwo, który budzi kontrowersje w akademickich kręgach. Krytycy argumentują, że może on służyć do selekcji, a nie integracji. Dyskusja wskazuje na fundamentalne pytania o tożsamość obywatela oraz granice współczesnej demokracji, widoczne także w innych krajach.

    W Szwecji trwa spór, który na pierwszy rzut oka wydaje się techniczny, ale w istocie dotyka jednego z najważniejszych pytań współczesnej demokracji: kto i na jakich zasadach staje się obywatelem. Rząd w Sztokholmie zlecił dwóm prestiżowym uczelniom – Uniwersytetowi w Sztokholmie oraz Uniwersytetowi w Göteborgu – opracowanie testu dla osób ubiegających się o obywatelstwo szwedzkie. Inicjatywa ta, opisana niedawno przez Dagens Nyheter (link tutaj), wywołała jednak gwałtowną krytykę środowisk akademickich. Uniwersytety nie tylko wskazują na trudności praktyczne i administracyjne, ale podkreślają również, że ich rola nie polega na byciu instrumentem polityki tożsamościowej państwa. Ich rolą jest badanie i edukacja. W tle sporu widać zatem pytanie zasadnicze: czy test obywatelski jest narzędziem inkluzji i wspólnotowego uczenia się, czy raczej formą selekcji, która ma wyznaczać granice „prawdziwej” szwedzkości.

    Dyskusja ta nie jest odosobniona. W wielu krajach, w tym w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Danii, wprowadzono już testy sprawdzające znajomość języka, wiedzę o społeczeństwie i podstawowe fakty historyczne. Zwolennicy podkreślają, że daje to jednolite kryteria i motywuje do nauki języka oraz zrozumienia instytucji państwa. Krytycy odpowiadają, że obywatelstwo zostaje w ten sposób zredukowane do formalnego egzaminu, który może bardziej wykluczać niż integrować. Szczególnie mocno wybrzmiewa zarzut, że „test na szwedzkość” ma wymiar polityczny – nie tylko język, lecz także zestaw wartości, tradycji czy kulturowych symboli zostaje zdefiniowany przez władzę jako miara „prawdziwego” obywatela.

    Co więc miałoby znaleźć się w takim teście? Z pewnością język szwedzki na poziomie umożliwiającym codzienną komunikację. Dalej – wiedza o społeczeństwie, czyli znajomość podstawowych praw i obowiązków, struktury państwa i zasad demokracji. Do tego dochodzą elementy historii, tradycji i kultury, od najważniejszych wydarzeń dziejowych po takie drobiazgi jak rola swoistej instytucji społecznej, jaką jest np. „fika” w codziennym życiu. Takie imponderabilia symbolizują wartości wspólnotowe. Wreszcie, coraz częściej pojawiają się postulaty sprawdzania lojalności wobec wartości demokratycznych i zasad równości – choć te budzą największe kontrowersje, bo trudno je mierzyć obiektywnym testem. A przecież dla wielu jest to absolutnie kluczowe.

    Przenosząc tę debatę na grunt polski, łatwo sobie wyobrazić podobny dylemat. Jak wyglądałby test „na polskość”? Z pewnością obejmowałby znajomość języka polskiego, w mowie i piśmie. Tu jednak pojawia się poważny problem: czy można stworzyć jeden test dla wszystkich kandydatów, niezależnie od ich językowego zaplecza? Choć znajomość języka wydaje się mierzalna, to sprawność komunikacyjna wygląda odmiennie w zależności od tego, jaki jest język ojczysty imigranta. Inne trudności napotyka natywny użytkownik języka chińskiego, gdzie system tonalny i brak fleksji tworzą barierę na poziomie wymowy i gramatyki; inaczej radzi sobie Fin, którego język ojczysty jest bliski strukturze aglutynacyjnej, a jeszcze inaczej Niemiec, który ma doświadczenie z językiem fleksyjnym i podobnym alfabetem. Poprawność wymowy, akcentu czy fleksji w polszczyźnie nie będzie więc rozkładać się równomiernie – dla jednych barierą będą końcówki deklinacyjne, dla innych głoski szeleszczące i zbitki spółgłoskowe. Wymaga to namysłu, czy jeden uniwersalny test rzeczywiście oddaje kompetencje językowe w sposób sprawiedliwy i czy nie prowadzi do niezamierzonych nierówności.

    Polski test powinien zawierać także elementy wiedzy o ustroju państwa: jak funkcjonuje parlament, samorząd, system prawny. Nie mogłoby zabraknąć historii – od Konstytucji 3 maja, przez rozbiory i walkę o niepodległość, po doświadczenia XX wieku. Do tego podstawowe tradycje kulturowe i symbole narodowe: hymn, flaga, święta państwowe, ale także te codzienne, jak wigilia czy zwyczaje regionalne. Wreszcie, równie ważne jak wiedza byłoby rozumienie wartości – wolności, tolerancji, solidarności – które konstytuują demokratyczne państwo.

    Sednem problemu jest jednak nie sam zakres materiału, lecz pytanie o sens takich testów. Czy mają one pomagać w integracji, czy raczej służą do selekcji? Konflikt w Szwecji między rządem a światem akademickim pokazuje, że uniwersytety obawiają się instrumentalizacji swojej misji: zamiast być miejscem dialogu i edukacji, mogłyby stać się narzędziem władzy, ustalającym, kto zasługuje na miano obywatela. I tu właśnie ujawnia się największa stawka: obywatelstwo nie jest jedynie paszportem czy formalnym dokumentem. To przede wszystkim wspólnota polityczna, która decyduje, kto jest „wewnątrz”, a kto pozostaje „na zewnątrz”. Dlatego spór o testy obywatelskie jest w gruncie rzeczy sporem o granice demokracji. Jak takie testy odnoszą się do pojęcia zaangażowania politycznego według np. Hannah Arendt?

  • Solidarność demokratów zglobalizowanego świata

    Solidarność demokratów zglobalizowanego świata

    Recenzja książki „Autocracy, Inc.: The Dictators Who Want to Run the World” Anne Applebaum

    Anne Applebaum, uznana dziennikarka i autorka licznych książek historycznych, której nie trzeba szerzej polskiemu czytelnikowi przedstawiać, wydała w USA nową książkę pt. „Autocracy, Inc.: The Dictators Who Want to Run the World”. Pozycja ta, licząca 207 stron, ukazała się nakładem wydawnictwa Doubleday w lipcu 2024 roku. W polskim przekładzie Michała Rogalskiego, książka nosi tytuł „Koncern Autokracja. Dyktatorzy, którzy chcą rządzić światem” i premierę zapowiedziano na 11 września 2024 roku.

    Globalna perspektywa i komparatystyczne, dziennikarskie studia międzykulturowe

    Jednym z kluczowych aspektów książki jest jej globalna perspektywa, która w dużej mierze tłumaczy, dlaczego zaliczono ją do studiów międzykulturowych. Dodałbym, że komparatystycznych studiów dziennikarskich. Applebaum zwraca uwagę na to, że współczesne autokracje nie są zarządzane przez jednego „złego” człowieka (na to wskazuje także tytułowa liczba mnoga dyktatorów), ale przez złożone sieci, które opierają się na kleptokratycznych strukturach finansowych, kompleksie służb bezpieczeństwa (wojsko, policja, służby paramilitarne) oraz ekspertach technologicznych odpowiedzialnych za nadzór, propagandę i dezinformację (na ten aspekt zwraca uwagę ten tytułowy skrót „Inc.”). Członkowie tych sieci są połączeni nie tylko wewnątrz danego reżimu autokratycznego, ale także z innymi autokratycznymi krajami, a czasem nawet z demokracjami (s. 1). Kategoria sieci co prawda wprost jakoś nie jest nadużywana, ale też nie ma charakteru spiskowości. Opiera się na faktach, datach, liczbach, co sprawia, że dyskurs Autorki ma charakter racjonalny i daleki od paniki aktywistycznej, czy słynnych i uznanych manifestów demokratycznych w rodzaju „O tyranii” świetnego, mówiącego także po polsku, historyka Timothy Snydera. Książkę Anne Applebaum czyta się świetnie. 

    Applebaum odchodzi od klasycznego historycznego indywidualizmu metodologicznego, podkreślając, że współczesne autokracje działają raczej w formie sieciowej niż indywidualnej. Nie skupia się na tzw. „silnych jednostkach” czy „wodzach”, lecz na złożonych strukturach, które wspólnie dążą do zachowania swojej władzy i bogactwa. A zatem podtytuł nie zapowiada omówienia samych postaci dyktatorów, jak w książce Archie Browna „The Myth of the Stron Leader. Political Leadership in the Modern Age” z 2014. Znacznie bliżej Autorce książki do prac innego historyka i wpływowego intelektualisty – Nialla Fergusona, choć bez jego wszechogarniających syntetycznych ambicji naukowych. (autor m.in. Cywilizacji. Zachód i reszta świata, 2012) 

    Krytyka demokracji i globalizacja

    Applebaum wprowadza również koncepcję „Autocracy, Inc.”, która odnosi się do współczesnych reżimów autokratycznych działających jak korporacje, związane nie ideologią, ale bezwzględnym dążeniem do zachowania osobistego bogactwa i władzy członków tej korporacji (s. 2). Jak zauważa nagradzana Pulitzerem dziennikarka, autokracje różnią się od siebie pod względem historycznym, ideologicznym i estetycznym, jednak łączy je wspólny wróg – demokratyczny świat, „Zachód”, NATO, Unia Europejska oraz liberalne (wolnościowe) idee, które je inspirują (s. 10). Samo pojęcie demokracji jest wykrzywiane przez autokratów (o tym świadczy choćby twierdzenie Mussoliniego o demokratycznych, faszystowskich Włoszech, s. 7), zaś wrogiem głównym tyranów są wolności obywatelskie (niepotrzebne np. wg Hitlera).

    Jednym z kluczowych argumentów książki jest to, że autokracje wykorzystują globalizację na swoją korzyść. Podczas gdy wielu zakładało, że otwarty, zintegrowany świat będzie sprzyjać rozprzestrzenianiu się demokracji i liberalnych idei, autorka zauważa, że autokratyczne i nieliberalne idee również rozprzestrzeniły się na demokratyczny świat (s. 27). Autorka krytykuje pogląd o nieuchronności historycznego rozwoju w którąkolwiek stronę, także silne niegdyś przekonanie, że samym wolnym handlem można zmieniać autokracje. Taki handel może także zmieniać demokracje współczesne. Świadczy o tym choćby układ handlowy z Rosją powojenną dotyczący „rur przyjaźni” (handel gazem ziemnym), jak i obecny na kartach książki układ po przemianach 1989 r. w postaci „Nordstream”.

    Współczesne autokracje i sieci kleptokratyczne

    Książka przedstawia współczesne autokracje jako sieci kleptokratyczne, które wspierają się nawzajem poprzez różnorodne transakcje – wymianę technologii nadzoru, broni, minerałów oraz pranie brudnych pieniędzy. Applebaum opisuje, jak reżimy te współpracują, aby wspierać swoje systemy władzy i niszczyć demokracje (s. 3).

    Autorka przytacza liczne przykłady współpracy między autokratami, w tym pomoc w ochronie dyktatorów, ataki na ich politycznych wrogów, kampanie propagandowe oraz kleptokratyczne kontakty umożliwiające ukrywanie pieniędzy (s. 120-121). Jednym z ważnym wartości autorytaryzmu jest termin „immunitet”. Ciekawa opinia dotycząca także idei i języka znajduje się na stronie 12: „To jest sedno problemu: przywódcy Autocracy, Inc. wiedzą, że język przejrzystości, odpowiedzialności, sprawiedliwości i demokracji zawsze będzie przemawiał do niektórych ich własnych obywateli. Aby utrzymać się przy władzy, muszą podważać te idee, gdziekolwiek się pojawią.” Taka opinia wydaje się świadczyć o uznaniu relacji: kategorie językowe opisu a światopogląd. 

    Perspektywa polskiego czytelnika

    Jako polski czytelnik, odczuwam pewien niedosyt komentarzy dotyczących sytuacji Polski. Choć Polska nie jest autokracją ani pół-autokracją jak Węgry czy Turcja, kategorie opisowe mogłyby być bardziej rozbudowane, aby adekwatnie opisać polską rzeczywistość polityczną. Tym bardziej, że przecież polska sytuacja jest bardzo dobrze znana Autorce z pierwszej ręki. Autorka przytacza pojęcie „nieliberalnych demokracji” (w odniesieniu do Turcji, Węgier, Singapuru, Indii, Filipin), ale szkoda też, że nie przywołuje po drodze np. Ellen Hinsey z jej Mastering the Past: Contemporary Central and Eastern Europe and the Rise of Illiberalism (Telos Press, 2017), która odnosi się od naszej części Europy z troską analizując nieliberalne procesy.

    Recenzje omawianej książki Anne Applebaum w „New York Times” i „Washington Post” zwracają uwagę na ekonomiczne aspekty współczesnych autokracji i jej aspekty kooperacyjne. Autorka wskazuje, że globalne finanse i międzynarodowe transakcje odgrywają kluczową rolę w utrzymaniu autokratycznych reżimów. Applebaum podkreśla, że autokracje dzisiaj nie działają w ideologicznych blokach, ale raczej w sieciach transakcyjnych, które zmieniają się i adaptują w zależności od sytuacji politycznej i ekonomicznej. Dlatego trudno się nie zgodzić z Autorką, że nie ma mowy o Zimnej Wojnie, ani też o Zimnej Wojnie 2.0. Po prostu świat jest już zupełnie inny, wymieniono mu system operacyjny.

    Czytać, nie czytać? Czytać

    „Autocracy, Inc.” to książka o wielkiej wartości dla zrozumienia współczesnych wyzwań demokratycznych i autokratycznych systemów. Applebaum pokazuje, jak autokraci współpracują, aby utrzymać swoją władzę oraz jak demokracje mogą przeciwdziałać ich wpływom. Książka jest nie tylko przestrogą przed rosnącym wpływem autokratów, ale także wezwaniem do współpracy demokratów na całym świecie, aby chronić i rozwijać wartości demokratyczne. Świat jest w procesie i takie książki mogą ewidentnie wpływać na nie. Wezwanie ma postać językowo-stylistyczną bardzo racjonalną. Anne Applebaum stąpa mocno po ziemi. I świetnie pisze.

    PS. Rzeczpospolita opublikowała nieco zmienioną wersję tej recenzji

  • Bez demokracji nie ma akademii

    Bez demokracji nie ma akademii

    JEROZOLIMA, IZRAEL – 20 lutego 2023 r.: Izraelczycy protestują w pobliżu Knesetu przeciwko planom nowego rządu premiera Benjamina Netanjahu, aby zniszczyć praworządność — Zdjęcie od elenarostunova (lic. Depositphotos)

    Nie tylko w Polsce politycy zagrażają uniwersytetom i nauce. Podobnie teraz protestują w Izraelu. Ale w Polsce protesty w akademii były dawno temu, czy ktoś jeszcze je pamięta? W ostatnim Science z 18 sierpnia 2023 r (Vol. 381/6659, s. 715) ukazał się dramatyczny Editorial autorstwa pięciu reprezentantów nauki Izraela. Tymi autorami są: Einat Albin (Hebrew University, Jerozolima), Shikma Bressler (Weizmann Institute of Science), Asya Rolls (Israel Institute of Technology), Michał Schwartz (Weizmann IS), Ehud Shapiro (też Weizmann IS).

    Autorzy zwracają uwagę, że Izrael ostatnio doświadczył kryzysu, gdy rząd zaatakował instytucje demokratyczne oraz akademickie wartości zarazem. Ten atak na niezawisłość sądownictwa, media, wolność religijną i środowisko akademickie stanowi bezpośrednie zagrożenie. Uniwersytety i naukowcy protestują przeciwko temu. To naukowcy stali się liderami protestów ulicznych. Współzależność między demokracją a akademią dla autorów tego manifestu-apelu jest oczywista, a ograniczenia wolności naukowej budzą nie tylko obawy, ale prawdziwy strach. Akademia musi działać niezależnie, by zachować swą doskonałość. Rządowe działania ograniczające wolność akademicką wywołują sprzeciw i stanowią zagrożenie dla pozycji Izraela w nauce światowej. Aby temu przeciwdziałać, społeczność naukowa musi się solidaryzować i działać wspólnie, by chronić wolność nauki.

    Hasłem protestów ulicznych w Izraelu było między innymi zdanie: „Bez demokracji nie ma akademii”.

    Warto przytoczyć zdanie, w którym pojawia się polonicum:

    „Relacja między środowiskiem akademickim a demokracją działa w obie strony. Większość cenionych instytucji akademickich funkcjonuje głównie w ramach demokracji liberalnych. Kraje doświadczające regresji demokratycznych, takie jak Turcja, Polska i Węgry, doświadczają spadku osiągnięć akademickich. Jednocześnie solidna demokracja opiera się na wolności środowiska akademickiego, które promuje nowe, liberalne, swobodne i krytyczne myślenie w społeczeństwie. Zanik tej dwustronnej relacji budzi poważne obawy w Izraelu.”

    Eksperci są potrzebni demokracji.

    Autorzy wspominają także, że na początku sierpnia rektorzy większości izraelskich uniwersytetów wystosowali otwarty list do przywódców rządu, wyrażając zaniepokojenie destrukcyjnymi procesami, które mogą osłabić potencjał naukowy Izraela. 

    Apel kończy się dramatycznie, aby zapobiec upadkowi, „globalna społeczność akademicka musi jednoczyć się i aktywnie współpracować, aby przeciwdziałać izraelskim próbom ograniczenia wolności akademickiej. Petycje naukowców z całego świata, organizacje akademickie oraz inne pokojowe środki są niezbędne, aby podnieść świadomość sytuacji i chronić wolność nauki na całym świecie.”

    Robimy coś z tym?

  • „Wolne media”, znów krzyk…

    „Wolne media”, znów krzyk…

    Trzeba znów krzyczeć „wolne media”! Tym razem doniesienia mówią o zakulisowych działaniach władzy, nie w świetle kamer i jupiterów. Tym bardziej dobrze jest widzieć solidarność wolnych jeszcze mediów, które dzisiaj opublikowały wspólną deklarację o obronie wolności tzw. czwartej władzy, która musi patrzeć innym władzom na ręce…

    Fot. Lic. Depositphotos

    „Będziemy bronić niezależności polskiego dziennikarstwa”. Deklaracja redaktorek i redaktorów naczelnych

    Ale kontrola władzy to nie jest jedyna funkcja wolnych mediów w demokracji, one gwarantują obywatelom prawo człowieka — prawo do informacji. Zapewniają promocję dialogu i debaty. Krytyczne wobec władzy media to procesy, które prowadzą do niełatwych porozumień, do wykreowania konsensusu. Wolne media wspierają, czasami zastępują edukację. Bez wolnych mediów mamy jedynie propagandę i algorytmy manipulacji i kontroli.

    Krzyczeć: wolne media!

    Manifestacja wolne media na fot. Depositphotos

  • Apel

    Apel

    Krótko — apel
  • Trzy prawdy o Ukrainie plus jedna

    Trzy prawdy o Ukrainie plus jedna

    Obejrzałem wywiad Ann Applebaum z Timothy Snynerem i Yuvalem Harari. To jest 4 minutowa recenzja. Poniżej link do filmiku na YouTube. Jeśli wolisz sam dźwięk, to podcast jest TUTAJ.

    U góry jest zrzut ekranu wywiadu. Wywiad jest tutaj
  • Czy demokraci mówią innym językiem?

    Czy demokraci mówią innym językiem?

    Mamy wojnę Rosji Putinowskiej z Ukrainą. Jest 24 lutego 2022 r. W nocy Putin zaatakował niepodległą Ukrainę. Co to ma wspólnego z językiem i demokracją?

    Putin, grzeczny facet… (fot. lic. Depositphotos)

    Jeśli chcesz wysłuchać podcastu, to kliknij tutaj.

    Nie znam się na sprawach rosyjskich. Ale zawsze interesował mnie język i retoryka. Pewnego typu sposób mówienia. Uderza mnie dzisiaj, że wedle Putina to, co robią wojska rosyjskie w Ukrainie, jest procesem denazyfikacji Ukrainy.

    Kłamliwość takiej propagandy jest oczywista, jednak wydaje mi się, że warto zauważyć towarzyszenie temu wszystkiemu antyzachodniej retoryki. Antyzachodniej. Przeciwko NATO, UE i Polsce, Litwie, Szwecji, Finlandii… Bo to jest wszystko podszyte retoryką wojny kulturowej, choć przecież idzie o pieniądze i wpływy. Jednak retoryka antyzachodnia kreuje obraz wojny kultur… Dlatego ustawia się w mediach na tle imperialnych, carskich, ociekających złotem budynków i pomieszczeń…

    Narzuca mi się konstatacja, że ta antyzachodnia retoryka jest także obecna, niestety, w Polsce. W tym kontekście warto naprawdę zastanowić się, czemu służy dzielenie społeczeństwa polskiego przez ekipę Kaczyńskiego i wskazywanie ukrytej opcji niemieckiej czy też wskazywanie np. jakiegoś niemieckiego pochodzenia przeciwników politycznych, ten proces demonizowania Tuska, tego wcielenia diabła, przeciwnika par excellence, to jest fascynująca sprawa, ale jednocześnie bardzo przerażająco. Nie sądziłem, że taka retoryka będzie miała miejsce w realnej przestrzeni świata bardzo blisko nas. To się dzieje naprawdę. Putin mówi, że musi bronić Ukrainy, „jego Ukrainy” przed nazistami.

    I, niestety, warto powiedzieć, że nasz związek z Ukrainą to nie jest wyłącznie bliskość przestrzenna i dawno minione już Mistrzostwa Euro w Piłce Nożnej, choć ta bliskość jest niezwykle, niezwykle istotna. Ale ta bliskość polega między innymi na tym, że istnieją pewne naczynia połączone, a żyjemy coraz bardziej w globalnej wiosce. I retoryka Kaczyńskiego, mimo że nie można porównać na razie ich czynów, może być zestawiona z retoryką Putina, są one bardzo, bardzo podobne. Niedawno jak wczoraj Donald Trump, znany fan paliw kopalnych, mówił o Putinie jako geniuszu pokoju… podejrzewam niestety, że zmiana w polityce Putina motywowana przecież interesami gospodarczymi i jego osobistą chciwością może mieć związek z odchodzeniem świata od paliw kopalnych. Jak sprawić, żeby ludzie zobaczyli cyniczną grę pod narzucaną retoryką wojny kulturowej? Wszystkiemu winna UE i LGBT? Wolne żarty… choć do śmiechu mi wcale nie jest… ta wojna Rosji z Ukrainą jest wojną o interesy Putinowskiej Rosji. Ale faktycznie w krajach, w których demokracja jest słabsza, tam, gdzie nietolerancja staje się łatwiejsza, retoryka wojny kulturowej będzie możliwa do zaakceptowania, bo przecież „mocni mężczyźni” uwielbiają wojenkę i pogardzają „zniewieściałymi” brukselczykami…

    Słuchajmy, proszę, uważnie języka, on sporo ujawnia…

    Danie szansy pokojowi, to także uważność, jeśli idzie o język, bo za językiem stoją faktycznie wartości, pragnienia i potrzeby ludzi. Stojąc po stronie Ukrainy, będąc dzisiaj Ukraińcem, jednocześnie deklaruję: stoimy razem z NATO i Unią Europejską. Demokratyczny ład w Europie dawał pokój światu od półwiecza. Demokracja i praworządność to jest nadal bardzo ważna codzienna agenda. Codziennie coś mówimy, demokratyczny język jest różny od języka agresora.

    PS. Artykuł ukazał się także 25 lutego 2022 r. w Gazeta Wyborcza.

  • Kultura i zmiana

    Kultura i zmiana

    Zmiana? (lic. Depositphotos)

    Jeśli chcesz posłuchać tego tekstu w formie podcastu, to link jest TUTAJ.

    Albo na YouTube:

    Zmiana jest możliwa. Niewyobrażalne może stać się realne. To są lekcje które można wynieść z ostatnich wydarzeń w świecie i w Polsce.

    Zmiana jednak nie jest postrzegana jednoznacznie przez ludzi. Zmiany bardzo często wywołują niepokój. Ale zmiana dla wielu ludzi innych może oznaczać nadzieję.

    Wymyślono nawet zarządzanie zmianą jako obszar wiedzy specjalistycznej, która potrafi przekształcać rzeczywistość wielkich instytucji i całych biznesów.

    W rozwoju personalnym także przywiązuje się dużą uwagę do pojęcia zmiany i do konieczności akceptacji tej zmiany w swoim życiu osobistym. Można nawet powiedzieć, że przekaz wielu religii, w tym także religii chrześcijańskiej, jest przekazem z gruntu rewolucyjnym, nawołującym do zobaczenia tu i teraz jako sposobności do zmiany. „Nawrócenie” niegdysiejsze oznaczało po grecku „metanoia”, czyli właśnie zwykłe zawrócenie z drogi. Metanoia to po łacinie konwersja. Punkt zwrotny, zwrot, przemiana, zmiana, W końcu, „last but not least”, kryzys.

    W wielu obszarach życia zarówno społecznego jak indywidualnego można zauważyć — nie tylko od 2020 r. — istnienie wielkiego kryzysu. Napisano już o tym bardzo wiele. Jednak to, co uderza, to przede wszystkim konstatacja, że żyjemy w czasach, pełnych zmian i rozwoju nowych dziedzin rzeczywistości.

    Dawno dawno temu powstała teza o końcu historii niejakiego Fukuyamy. Wielokrotnie przekonaliśmy się, że ten koniec historii był wielką złudą, choć teza Fukuyamy była źle zrozumiana. Wtedy chodziło o rozwój cywilizacji zachodniej i o demokrację liberalną. Dzisiaj jednak chodzi faktycznie o pewną zmianę cywilizacyjną, której świadkami możemy być.

    Kilka dni temu ukazało się w internetowym wydaniu The Economist wystąpienie Yuvala Harariego, słynnego filozofa izraelskiego, w którym argumentuje on, że właściwie w obliczu rozwoju wypadków wokół Ukrainy stajemy przed niesamowitym przełomem, w którym dojdzie do ruchu albo w jedną, albo w drugą stronę, bo od 1945 r. wyobrażenie wojny jest wyobrażeniem niewyobrażalnego u wielu ludzi. Optymiści tacy jak np. Steven Pinker argumentowaliby, że natura ludzka doprowadziła do postępu cywilizacyjnego, ludzkość staje się coraz lepsza. No i jesteśmy zasadniczo jako ludzkość racjonalni. Kryzys pandemiczny oraz katastrofa klimatyczna uświadamiają, że cena za ten postęp cywilizacyjny, za to że coraz dłużej żyliśmy, za to że coraz lepsza jest opieka zdrowotna itd., jest bardzo wysoka, musimy płacić olbrzymią cenę za to wszystko.

    Wydawałoby się, że decyzja Putina o wojnie z Ukrainą, a właściwie o zaostrzeniu tej wojny, która toczy się już od dawna, to jest sprawa stricte polityczna i nie ma żadnego związku z kulturą, czy cywilizacją. Harari argumentuje, że mamy tutaj do czynienia jednak z wielkim dylematem naszej cywilizacji. Akceptacja posunięcia Putina, to jest akceptacja autentycznego barbarzyństwa, autentycznych dzikości w naszej naturze.

    To nie jest wcale przecież tak, że wojen od 1945 r. nie było. Były, a jakże, ale nikt nie akceptował ich w skali globalnej jako właściwego rozwiązania, nikt też nie dziwi się, że granice w Ameryce Południowej są nadal stabilne, podobnie w Ameryce Północnej, podobnie w Europie. Po doświadczeniu Holocaustu, po doświadczeniu drugiej wojny światowej, po tych milionach ofiar w ludziach, między innymi podczas Hołodomoru (wielkiego głodu) w Ukrainie, ciągle tkwi jednak przekonanie, że tamte doświadczenia były tragiczne i że nigdy więcej nie powinny się zdarzyć.

    Dlatego tak ważne jest, żebyśmy nie lekceważyli tego, co się odbywa za naszymi wschodnimi granicami, czy to w Ukrainie czy na Białorusi. I nie lekceważyli obecnego także lokalnie, domowo barbarzyństwa. To barbarzyństwo objawia się pogardą instytucji społecznych takich jak np. praworządność i prawa człowieka. Musimy pamiętać o powiązaniu tych dwóch spraw: demokratycznych reguł i pokoju na świecie. Szaleństwo depcze jedno i drugie.

    Niepokój (lic. Depositphotos)
  • Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Pegaz na niebie (lic.. Depositphotos)

    Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Kulturoznawstwo, badania nad kulturą, czy też nauki o kulturze i religii mogą wielu kojarzyć się z pięknoduchostwem, chodzeniem do teatru czy też badaniem aktywności kulturalnych, utożsamianych z rozrywką. Kultura i kultura cyfrowa mają bezpośrednie przełożenie na nasze życie całkiem realnie, niekoniecznie rozrywkowo. Zwłaszcza we współczesnym zdigitalizowanym świecie. Dlatego coraz częściej potrzebne są badania interdyscyplinarne, które łączą wiele refleksji i obszarów. I potrzebna jest też taka wielodyscyplinarna edukacja na wielu poziomach. 

    Świetnie to widać w ostatnich historiach związanych z symbolem Pegaza. Kiedyś był on w starożytnej Grecji skrzydlatym koniem, jego imię czasami wywodzono nawet od „boga pioruna”. Kojarzył on się poza tym z mitem mówiącym, iż tam gdzie kopyto Pegaza uderzy, tam powstaje źródło. Potem przez wieki był to synonim natchnienia poetyckiego. Kiedyś w Polsce kultowego charakteru nabrał telewizyjny magazyn kulturalny, program publicystyczny w dawnej TVP pt. Pegaz (powstał w 1959 r.). Dzisiaj Pegasos przywołuje na myśl przede wszystkim system szpiegujący, Pegasus, który faktycznie kojarzy się z otwieraniem źródeł, jednak nie wody, ani natchnienia, tylko informacji. Bo Pegasus jest bardzo niebezpiecznym narzędziem pozwalającym inwigilować urządzenia mobilne głównie korzystające z systemów iOS oraz Android (inwigilacja, to nie to samo co podsłuch). Zainfekowane smartfony stają się uszami i oczami szpiegującymi wszystko co naokoło. A my mamy go przy sobie 24 godzin 7 dni w tygodniu. Bo ludzie śpią ze smartfonami. Nie tylko z żonami, mężami, kochankami, parter(k)ami. 

    „Citizen Lab”, czyli w wolnym tłumaczeniu „laboratorium obywatelskie” zostało założone na Uniwersytecie w Toronto, aby badać zagrożenia wynikające z dominacji kultury cyfrowej dla demokracji. Można powiedzieć, że współczesna kultura cyfrowa umożliwia rażące naruszenia praw człowieka: wystarczy tutaj na przykład przypomnieć, że przed koszmarną egzekucją Dżamala Chaszukdżi, m.in. dziennikarza the Washington Post, był on wedle ustaleń Business Insider szpiegowany przy użyciu Pegasusa przez saudyjskie służby, te same, które go potem bestialsko zamordowały. (Perper, R.  Edward Snowden: Israeli spyware was used to track and eventually kill Jamal Khashoggi. Business Insider 9.11.2018)

    Citizen Lab, które teraz jest często cytowane jako źródło informacji o inwigilacji polskiej opozycji (Sławomir Nowak, adwokat Roman Giertych, senator Krzysztof Brejza) oraz polskich funkcjonariuszy publicznych (prokurator Ewa Wrzosek) zostało założone przez profesora Ronalda Deiberta przy Szkole Spraw Globalnych i Polityki Publicznej Munka na Uniwersytecie w Toronto. Profesor Deibert jest autorem kilku książek m.in. „Black Code: Surveillance, Privacy and the Dark Side of Cyberspace”; „Parchment, Printing, and Hypermedia” czy „Reset: Reclaiming the Internet for Civil Society”. Jego wpływ na badanie kultury cyfrowej i demokracji jest spory, jeśli liczyć ilość cytowań i występowanie w mediach. Zasiada także w radach redakcyjnych wielu czasopism naukowych. Był nagradzany m.in. za rozpoznanie i łagodzenie „rosnących zagrożeń dla praw do komunikacji, otwartości i bezpieczeństwa na całym świecie”. 

    Z jego badań i publikacji wynika, że kultura cyfrowa łączy zwykłego obywatela z dziennikarstwem. Deibert zajmuje się kulturami dziennikarstwa i kulturą informacji. 

    Profesor Deibert pisze: 

    „Aby przywrócić liberalną demokrację, będziemy potrzebować całkowitej zmiany naszego stylu życia. To oczywiście nie będzie łatwe i nie stanie się z dnia na dzień. Będą się temu przeciwstawiać ogromne siły społeczne, gospodarcze i polityczne. Potrzebna jest zatem kompleksowa strategia długofalowych reform, rozciągająca się od tego, co osobiste do politycznego, od lokalnego do globalnego. Musimy nauczyć się traktować nasze środowisko informacyjne w taki sam sposób, w jaki mamy nadzieję traktować nasze środowisko naturalne — jako coś, nad czym sprawujemy zarząd i wobec czego zachowujemy się w duchu ostrożności i powściągliwości. Jeśli oszczędzanie energii jest rozsądne, oszczędzanie danych może być również rozsądne. Jednocześnie musimy rozwijać systemy edukacji publicznej, w których podstawą jest umiejętność korzystania z mediów, etyka, etykieta i tolerancja.

    W sferze politycznej i prawnej obywatele muszą uzyskać prawo do wiedzy, co firmy i rządy robią ze wszystkimi danymi osobowymi, które tak wytrwale gromadzą.” (Deibert, R. J. (2019). Three Painful Truths About Social Media. Journal of Democracy, 30(1), 25–39.)

    Proponuję, aby minister Czarnek zamiast wprowadzania przedoświeceniowych form wiedzy do szkół (tzn. zabobonów i spiskowych teorii dziejów w nauczaniu historii, np. oświecenia) zaczął intensywnie pracować nad edukacją cyfrową na wszystkich poziomach: od przedszkola po szkoły wyższe. Potrzebne nam są kultury cyfrowe, także kultura bezpieczeństwa cyfrowego. Naukowcy uznają kulturę bezpieczeństwa za jeden z najważniejszych czynników wpływających na zachowanie jednostek w dzisiejszym cyfrowym świecie. Kultura bezpieczeństwa „składa się ze wspólnego wzorca wartości, modeli mentalnych i działań, które są przedmiotem wymiany między pracownikami jakiejś organizacji wpływając na bezpieczeństwo informacji.” Jednak, jak pisze prof. Deibert, kultura bezpieczeństwa może również wykraczać poza organizacje, a różnice w kulturze można zaobserwować między zawodami. Autor podjął kilka badań na przykład nad zawodem dziennikarza i kulturami dziennikarskimi. 

    Nawet jeśli sporo pisano na temat kultur dziennikarskich, czy też na temat kultury w dziennikarstwie, to nie zastanawiano się nad wpływem tych kultur na bezpieczeństwo, kulturę bezpieczeństwa. Z badań Kanadyjczyka wynika, że podstawową rolę także w przyszłości będzie pełniło jakościowe dziennikarstwo, nie media społecznościowe i dziennikarstwo obywatelskie. Na pewno one nie przestaną istnieć, jednak żeby przeciwstawić się „drodze do zniewolenia” powszechnego przez autorytaryzmy, potrzebna jest silna edukacja oraz silne, dobrze opłacane dziennikarstwo jakościowe. „Jak odróżniać dobre dziennikarstwo od teorii spiskowych”, to powinien być jeden z celów nowoczesnej edukacji.

    Obawiam się jednak, że minister Czarnek nie tylko nie posłucha moich rad. On jeszcze bardziej się utwierdzi w tym, że kaganek oświaty jest jego wrogiem. Dlaczego taki wstecznik, zabobonnik i nienawistnik jest tak wysoko postawionym konstytucyjnym ministrem? Ano dlatego, że ten rząd jest antydemokratyczny i antywolnościowy. Temu rządowi nie zależy na edukacji Polaków. Afera z inwigilacją (nie tylko podsłuchami) opozycji politycznej w Polsce nie jest wypadkiem przy pracy. Udało się ujawnić tę aferę, dzięki międzynarodowej współpracy świata akademickiego ze społeczeństwami obywatelskimi.

    Nie mam złudzeń: atak na TVN nie jest przypadkowy, nie miał niczego przykrywać, był prawdziwym zamachem na niezależne dziennikarstwo. Ataki nie ustaną. Zaś Minister Czarnek nie wprowadzi naszej edukacji na salony współczesności — on nas cofnie do średniowiecznego krużganka… Świadczy o tym jego flagowy projekt wciskania kitu, czyli propagandy, który marketingowo został nazwany HiT (Historia i Teraźniejszość). Jest on w istocie uczeniem prawd objawionych PiS i IPN po to, żeby wyrugować wychowanie obywatelskie w postaci WoS. Teraźniejszości tam tyle, ile kot napłakał. Tylko moich synów jakoś mi żal, bo ich ten projekt także dotknie… i w tym momencie mój żal zamienia się w gniew…

    PS. 1 stycznia 2022 artykuł zmieniony ukazał się w Gazeta Wyborcza