Tag: cywilizacja

  • Ruina polskiej edukacji to nie jest tylko wina Czarnka, ale co, jeśli on tańczy w transie na jej gruzach?

    Ruina polskiej edukacji to nie jest tylko wina Czarnka, ale co, jeśli on tańczy w transie na jej gruzach?

    Ruina polskiej edukacji to nie jest tylko zasługa Czarnka, ale on tańczy w transie na tych ruinach (rys. Depositphotos)

    Najnowsze wieści ze świata edukacji i nauki, ze świata i Polski. Edukacja cyfrowa w Polsce? Zapomnijmy…

    Chcesz posłuchać tego artykułu, kliknij tutaj podcast pt. Polska fika na Anchor.fm.

    Jeśli chcesz obejrzeć materiał wizualny to możesz to zrobić tutaj

    Ekstatyczny taniec (fot. lic. Deposithotos)

    Mamy do czynienia z cywilizacyjną rewolucją informatyczną, która prędzej czy później dotrze także do świata edukacji. Jak donosi The Economist (29.01.2022), niedługo do kodowania informatycznego nie będzie trzeba informatyków, to już się dzieje, wszyscy możemy stać się koderami, awangardą cyfryzacji stają się obywatelscy programiści. Już wiele lat temu w 2017 r., Chris Wanstrath, współzałożyciel witryny GitHub, zadeklarował, że „przyszłością kodowania jest brak kodowania”. Nowoczesne narzędzia pozwalają każdemu na pisanie oprogramowania przy użyciu samych interfejsów wizualnych typu „przeciągnij i upuść” (bez kodu) z odrobiną kodu (niski kod). Kod jest generowany automatycznie bez wiedzy użytkownika.

    Marzenie o kodowaniu bez kodu ujawniło się już w latach 60. XX wieku. Rewolucją jednak jest teraz crowdsourcing (ilość zaangażowanych w pracę w sieci przechodzi w jakość) i możliwość pracy w chmurze. Programiści nie znikną, ale oprócz nich wyłania się zupełnie nowy obszar pracy i nowych zawodów, które będą cyfrowe, a jakże, ale niezwiązane z tradycyjną informatyką i tradycyjnym programowaniem.

    Jednak w Polsce mamy cywilizacyjne tąpnięcie, nie ma w szkołach edukacji cyfrowej, także przez złą politykę w pandemii. Jak donosi dzisiaj dziennik „Rzeczpospolita” (Anita Błaszczak): „Zdalna nauka szkodzi naszym dzieciom”.

    Oczywistością dla rodziców dzisiaj jest, że młodsze dzieci przegrywają nieudolną politykę edukacyjną zwłaszcza w pandemii ze względu na to, że uczenie się stacjonarne w klasach wzmacnia relacje między dziećmi, w związku z tym dzieci pandemii skazane są z jednej strony na osamotnienie, z drugiej na wpływy świata cyfrowego, na które polska szkoła nie uodparnia, bo nie uczy wcale poruszania się po świecie cyfrowym, edukacja cyfrowa w Polsce leży, nie są nią obecne w polskich szkolnych klasach anachroniczne elementy informatyki.

    Dominacja zdalnego nauczania wywołała duże straty edukacyjne także wśród polskich uczniów. Na świecie miało to także złe skutki (choćby w USA), jednak w Polsce sprawa wyglądać będzie jeszcze gorzej, bo dokłada się do pandemii anachroniczny system oświaty wprowadzany przez min. Zalewską i min. Czarnka: zamiast edukacji cyfrowej dzieci w szkołach zmuszane są do lektury „Chłopców z placu broni”, bo Jarosław Kaczyński pamięta ze szkoły, że taka lektura kiedyś była. Przypomnę, że politykę w Polsce przez ostatnie niemal 7 lat dyktuje cyfrowy analfabeta.

    Można przypuszczać, że dzieci poradzą sobie wielorako z tym problemem, skutkiem mogą być nie tylko niższe zarobki i wzrost nierówności. To co robi PiS z edukacją jednoznacznie prowadzi nas do prywatyzacji przestrzeni publicznej: rodzice bogaci będą posyłać do lepszych w tych okolicznościach szkół prywatnych, w których edukacja będzie wyglądać lepiej (choć też nie do końca dobrze ze względu na idiotyczne tzw. minima programowe i całą filozofię edukacji reprezentowaną przez „przedmiotowy” kierunek kształcenia).

    Ale jak wynika z badań ekspertów Fundacji Naukowej Evidence Institute (badali uczniów i tak elitarnych, bo warszawskich szkół), które cytuje Rzeczpospolita, to także uczniowie II i III klas szkół średnich, których objęło zdalne nauczanie w czasie pandemii, gorzej sobie radzą z matematyką, rozumowaniem w naukach przyrodniczych i w czytaniu ze zrozumieniem niż ich poprzednicy, którzy uczyli się stacjonarnie. Na negatywny wpływ pandemii nakłada się przygnębiająca likwidacja gimnazjów. Wiem, co to oznacza, bo mój starszy syn to przechodził. Kończy teraz ostatnią klasę licealną utworzoną specjalnie dla tych z likwidowanych gimnazjów.

    Minister Czarnek, niestety, nie ma żadnego remedium na polską edukację, jego pseudo reformy prowadzą tylko do pogłębiania cywilizacyjnych zaległości Polski. Jedyną ofertą PiS są zmiany kadrowe, usuwanie jednych i zastępowania ich drugimi, zazwyczaj mniej kompetentnymi i zaczadzonymi ultrakatolicką ideologią (vide tzw. lex czarnek w odniesieniu do kuratorów). Czas z tym skończyć, minister Czarnek musi przestać szkodzić polskim uczniom, po prostu cywilizacyjnej przyszłości Polski.

    Dalsze trwanie Czarnka na stanowisku ministra edukacji to nie tylko sprawa dzieci w szkołach, ale także studentów na uczelniach. Obyśmy nie szli drogą Turcji, w której studenci i pracownicy jednego z większych uniwersytetów w Turcji (Boğaziçi) obawiają się represji po zwolnieniu dziekanów. Jak pisze 31 stycznia 2022 r. Times Higher Education, to zwolnienie trzech wybranych dziekanów z Uniwersytetu Boğaziçi, może oznaczać ponowny atak na autonomię instytucjonalną i wolność słowa na tureckich uniwersytetach. Dymisje dziekanów mają bowiem związek ze studenckimi protestami w czasie objęcia funkcji rektora lojalisty wobec prezydenta kraju, Recepa Tayyipa Erdoğana w styczniu 2021 r.

    Jeśli nadal minister Czarnek będzie naszym ministrem od wszelkiej edukacji (na wszystkich poziomach), to edukacyjny polexit będzie się dokonywał dalej. I w końcu znajdziemy się w sytuacji takiej jak Wielka Brytania, choć kilkakrotnie gorzej, bo my nie mamy postkolonialnych zysków z USA i Commonwealth.

    John Morgan 31 stycznia 2022 pisze w Times Higher Education, że Wielka Brytania ostrzegła przed „exodusem” talentów badawczych. Unijne uniwersytety starają się przyciągnąć naukowców z Wielkiej Brytanii, ponieważ spory między Brukselą a Westminsterem opóźniają porozumienie badawcze. W tle sporu jest Protokół z Irlandii Północnej.

    Gdyby Wielka Brytania znalazła się poza Horizon Europe, jedną z głównych strat byłoby to, że naukowcy pracujący na etatach w Wielkiej Brytanii nie byliby już uprawnieni do grantów ERC – prestiżowego systemu czasami określanego jako „Liga Mistrzów badań” lub „mini -Nagrody Nobla”.

    Rządowi specjaliści UK argumentują, żeby UE szybko znalazła kompromis, ale ja nie wiem, dlaczego UE miałoby na tym zależeć: z jednej strony jest mi oczywiście przykro za moich przyjaciół w Wielkiej Brytanii, którzy nie głosowali za Brexitem, a oni mają być przez to karani brakiem grantów. Z drugiej jednak strony, wyłom w polityce względem kraju, który opuścił wspólnotę może oznaczać osłabienie jej samej. Bruksela nie powinna ustępować.

    Czy chcemy iść drogą Turcji? Czy chcemy wypaść z obiegu finansowania nauki UE? Czarnek to cywilizacyjna zapaść i bieda dla naszych dzieci.

    PS. 4 lutego Gazeta Wyborcza opublikowała zmieniony artykuł, w wydaniu elektronicznym 6 lutego.

  • Dzień Pamięci Holokaustu i tradycja

    Dzień Pamięci Holokaustu i tradycja

    Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu

  • Brexit uderza w uniwersytety brytyjskie

    Brexit uderza w uniwersytety brytyjskie

    Miś Paddington mówi do widzenia…

    LONDYN, WIELKA BRYTANIA – 4 LISTOPADA 2014: Rzeźba fikcyjnej dziecięcej postaci Misia Paddingtona autorstwa Michaela Bonda – znajdująca się na stacji Paddington w Londynie. Jest to jeden z 50 projektów rozmieszczonych w całym tym mieście przez dwa końcowe miesiące z okazji premiery filmu „Paddington”.

    Jak donosi Times Higher Education 6 stycznia 2022, brytyjskie uniwersytety zaczynają wołać: „tęsknię za Tobą Polaku”… To wynik „Brexitu”, czyli wyjścia UK z Unii Europejskiej i wypadnięcia Zjednoczonego Królestwa z międzynarodowej wymiany studentów w Europie. Teraz, żeby studiować w UK, trzeba zapłacić takie same opłaty, jak dawniej płacili kandydaci spoza wspólnoty (dawniej studenci polscy płacili obniżone czesne dla członków UE, jak również mogli starać się o zdobycie stypendium).

    Charakterystyczne, że komentator THE, Simon Baker akcentuje, że teraz trzeba być naprawdę bogatym, żeby tam studiować. Innym czynnikiem zmniejszającym ilość studentów z Polski jest procedura wizowa. Kandydatów z Polski obowiązuje normalna procedura wizowa, bo UK wypadło ze strefy Schengen. Oczywiście, obniżenie ilości studentów z Unii w UK nie dotyczy wyłącznie Polaków, ale łącznie podaje się dwie grupy: Polaków i Rumunów.

    THE podaje statystyki wskazujące na mniejszą ilość wiz z UE, zaś statystyki z organizacji zajmującej się rekrutacją na studia w UK UCAS*, pokazujące studentów przyjętych na kursy, mówią podobną historię: w tym roku wzięło udział prawie 1100 studentów z Polski i Rumunii, w porównaniu z blisko 6000 w 2020 roku.

    W przeciwieństwie do tego, zatwierdzone wizy dla studentów z krajów zachodnioeuropejskich, takich jak Francja, Niemcy i Hiszpania, sugerują, że liczby są lepsze w porównaniu z zapisami przed Brexitem: prawie 10 000 wiz zostało przyznanych tylko obywatelom tych trzech krajów.

    Bogatych ciągle stać na studia w UK. Biedniejsi będą musieli pewnie znaleźć sobie inne kraje, może także anglojęzyczne, albo dostarczające kursów w języku angielskim (Irlandia, Skandynawia, Niderlandy). Ciekawe, że w UK panuje przekonanie, że jeśli ktoś z Polski czy Rumunii studiuje w UK, to jest niezwykle utalentowany, ale na pewno biedny. To nie musi odpowiadać rzeczywistości, bo na pewno są to przedsiębiorczy ludzie, ale pewnie także z przedsiębiorczymi rodzicami i chyba jednak nie najbiedniejszych rodzin w Polsce.

    Widać jednak nostalgię za talentami z Polski, sam tytuł opracowania jest alarmujący: W Wielkiej Brytanii „brakuje talentu” w związku z gwałtownym spadkiem rekrutacji w Europie Wschodniej. Podtytuł dodaje: Dane sugerują, że tylko jedna dziesiąta poprzednich uczestników z niektórych krajów otrzymała wizę na studia.

    Teraz jeszcze brakuje, żeby polskie uniwersytety zerwały relacje z krajami Unii Europejskiej i jesteśmy w trzecim świecie. Choć i tak w nim będziemy, kiedy minister Czarnek wprowadzi #lexczarnek oraz HiT, czyli uderzenie w wolne społeczeństwo obywatelskie, bo zlikwiduje on praktycznie przedmiot „Wiedza o Społeczeństwie”…

    I tak to Polska w trybie przyśpieszonym (kilka lat to nie jest dużo) degraduje się cywilizacyjnie… Standardy coraz bardziej będą przypominać te z dawnej „żelaznej kurtyny”, czy też „zza Łaby”, „po drugiej stronie muru”… Bolesne.

    *The Universities and Colleges Admissions Service to organizacja z siedzibą w Wielkiej Brytanii, której głównym zadaniem jest obsługa procesu aplikacyjnego na brytyjskie uniwersytety. Działa jako niezależna organizacja charytatywna, finansowana z opłat pobieranych od kandydatów i uniwersytetów, plus dochody z reklam, i została utworzona w 1992 roku z połączenia byłego systemu przyjęć na uniwersytety UCCA i poprzedniego systemu przyjęć na politechniki PCAS.

    PS. 7 stycznia 2022 Gazeta Wyborcza opublikowała zmieniony artykuł pt. Polska w trybie przyśpieszonym degraduje się cywilizacyjnie

  • „Wielki Piątek”, kultura surykatek szarych i nieistnienie cywilizacji chrześcijańskiej

    „Wielki Piątek”, kultura surykatek szarych i nieistnienie cywilizacji chrześcijańskiej

    „Wielki Piątek”, kultura surykatek szarych i nieistnienie cywilizacji chrześcijańskiej

    Elementy tradycji chrześcijańskiej są obecne w wielu wytworach kultury popularnej. Nie wszystkie mają związek z kulturą chrześcijan (fot. Depositphotos)

    Kiedy to piszę jest właśnie Wielki Piątek, zwany w krajach anglojęzycznych „Dobrym Piątkiem”, zaś w Szwecji „Długim Piątkiem”. Można powiedzieć: co kraj to obyczaj, ale to nie jest przecież takie proste. Zwyczaje, obyczaje, rytuały, nazewnictwo to wszystko są elementy kultury, które mają tendencje do różnicowania się lokalnego, choć globalizacja poczyniła w tym zakresie także sporo zmian. Jednak polscy ewangelicy, zwłaszcza ci ze Śląska Cieszyńskiego są bardzo zadziwieni, kiedy stwierdzają, że w Wielki Piątek w „Polsce kontynentalnej” w ten dzień zwyczajowo sprząta się, pierze, gotuje i trzepie dywany… Ewangelicy w diasporze też czują się nieswojo, choć ci są przecież nawykli.

    Dowiedziałem się właśnie dzisiaj w piątek z prestiżowego tygodnika naukowego „Science”, że różnicowanie się lokalne kultur to nie jest domena wyłącznie społeczeństw ludzkich [zob. „The Burgeoning Reach of Animal Culture”. Science 372, nr 6537 (2 kwiecień 2021). tutaj]. Główną tezą artykułu psychologa i neuronaukowca ze szkockiego St. Andrews było to, iż nie jesteśmy sami w budowaniu kultur, że kulturą charakteryzują się także zwierzęta. Przed połową XX wieku powszechnie zakładano, że kultura — polegająca nade wszystko na naśladownictwie zachowań, na uczeniu się ich od innych — jest swoista ludziom. „Dziś nie ma wątpliwości, że kultura jest szeroko rozpowszechniona wśród różnych gatunków zwierząt, zarówno kręgowców, jak i bezkręgowców, zarówno morskich, jak i lądowych. Whiten analizuje dowody potwierdzające kulturę zwierząt i omawia szeroki wachlarz form, jakie przybiera taka kultura.” Przykładów tego autor omawia z konieczności kilka, ale odnosi się przy tym do wielu bardzo rozbudowanych przykładów badań. Przykładem pięknym i kojarzącym się z wiosną są lokalne dialekty śpiewu ptaków. Albo nauka młodszych surykatek przez starsze surykatki, jak obchodzić się ze zdobyczą, która przypomina „szkoły łowieckie”. Najpierw młoda surykatka dostaje martwego skorpiona, a następnie żywego, ale nieuzbrojonego osobnika. Dopiero na końcu młoda surykatka może — nauczywszy się już podstaw — zostać postawiona w prawdziwym laboratorium przed prawdziwym przeciwnikiem.

    Surykatki (wedle Science i wcześniejszych już badań, mają szczególnego typu „szkołę łowiecką” dla młodych) (fot. Depositphotos)

    Kultura, definiowana jako dziedziczenie szeregu tradycji behawioralnych poprzez społeczne uczenie się od innych, była kiedyś uważana za specyficzną dla ludzi. Dzisiaj wiemy, że kultura jest czymś, czego nie wolno wręcz przeciwstawiać naturze. Nie ma w społecznościach ludzkich wielu rzeczy naturalnych, niemal wszystko jest kulturą, przebiera różne kulturowe formy i wzorce.

    Wielki Piątek jest świętem niewątpliwie chrześcijańskim, ale jakże różnie świętowanym, od czego wyszedłem w tych rozważaniach. A jeszcze na dodatek dochodzi do tego różnicowania zwyczajowe napięcie między chrześcijaństwem, akcentującym tzw. Nowy Testament, a judaizmem, dla którego jedyne są słowa Tory i tradycja komentarzy. Niewielu współczesnych chrześcijan pamięta, że Wielkanoc obchodzimy w tym samym czasie, w którym kończy się żydowskie święto Paschy. Choć czasami nazywamy tak — paschą — przepyszny sernik wielkanocny.

    Złapałem się niedawno na swoistym odruchu kulturowym, można powiedzieć „wrodzonego antysemityzmu”. Otóż, kiedy zacząłem się zastanawiać, dlaczego maca żydowska jedzona podczas Święta Paschy powinna być z niekwaszonej mąki, pomyślałem sobie — półprzytomnie, nieświadomie, niejako w pierwszej — głupiej — intuicji — że niekwaszone jest czczone przez Żydów, bo Polacy uwielbiają kiszone ogórki, no i żeby się odróżnić od nich…. Oczywiście zaraz przyszła już świadoma i racjonalna refleksja, że jednak tekst Tory jest znacznie wcześniejszy od ewentualnych kontaktów z Polakami, ale przez moment — tego stereotypowego zaćmienia umysłu — byłem jakby Wincentym Kadłubkiem, który widział jasno pochodzenie Polaków od starożytnych rzymian.

    Starożytny cesarz rzymski (Depositphotos)

    Sięgnąłem do podstawy tekstowej, księgi Wyjścia, albo Drugiej Księgi Mojżeszowej (bo tak się nazywa ta księga u protestantów), w mojej ulubionej staropolskiej wersji Biblii tzw. Brzeskiej, przepięknej językowo:

    „Tedy rzekł Mojżesz do ludu: Pamiętajcież na ten dzień, w któryście wyszli z Egiptu, z domu niewólstwa, abowiem was Pan stamtąd wybawił możnością ręki swojej, a przetoż chleba zakwaszonego jeść nie będziecie.”

    W innych kontekstach czasami mówi się wprost w języku angielskim o chlebie bez drożdży. Ale wcześniej jest wyjaśnione, że maca była pamiątką pośpiesznego zbierania się Żydów z Egiptu, kiedy mieli „wychodzić” z Mojżeszem, nie mieli czasu czekać na zakwaszenie się chleba.

    Fragment Drugiej Księgi Mojżeszowej Biblii tzw. Brzeskiej, jednej z najstarszych Biblii w języku polskim (1563 r) (fot. JP)

    Ostatnio piekę w domu chleb dla rodziny. Smakuje przepysznie, staropolsko, piekę go wedle starego przepisu, w którym zakwas (drożdże) musi popracować nad mąką przez całą noc. Wiem więc, co to jest przaśność, przeciwieństwo czasu kultury, czasu drożdży. „Przaśny” to nie tylko «zrobiony z niezakwaszonego ciasta», ale «prosty, surowy, naturalny» oraz — last but not least «świadczący o zacofaniu cywilizacyjnym, o kulturalnym i umysłowym ubóstwie». Podając etymologię, niezastąpiony Aleksander Brückner pisze o „prześnym chlebie”, „macy”, oraz „o potrawie bez smaku”. Chleb drożdżowy może być widziany jako symbol działania kultury, potrzeba mu czasu, żeby wyrosnąć, zaś maca, przaśnik, był kulturowym dziedzictwem ortodoksyjnych Żydów, bo chcieli upamiętnić swój pośpiech — bo w pośpiechu opuszczali miejsce swojej niewoli, Egipt. Dlatego przykazanie to „Słuchaj Izraelu” ortodoksyjni Żydzi przywieszają jako filakterie na czole i ramieniu. Wersja tego przaśnika jest teraz także stosowana w kościołach katolickich podczas mszy, zaś większość Polaków dzieli się przaśnikiem, to znaczy opłatkiem podczas świąt Bożego Narodzenia…

    Technologia wypieku chleba w starożytnym Egipcie wedle malunków nagrobka Ramzesa III w Dolinie Królów (fot. reprodukcja z Olive Tree Bible Study)

    Napisałem to wszystko, bo zajmuje mnie kultura i cywilizacja. I wiem, że ludzi i zwierzęta miewają różnorakie lokalne kultury. Jeden śpiewa tak, inny inaczej. W Łodzi wiemy o tym bardzo dobrze, Łódź to miasto wielu kultur od samego początku tego miasta. Inne śpiewy intonuje się w Katedrze, inne u św. Mateusza, choć oba kościoły stoją kilkaset metrów od siebie na Pietrynie. I ich proboszczowie niekoniecznie są wrogo teraz nastawieni do siebie, zaś Katedrę pomagali też budować nie tylko protestanci, ale i Żydzi.

    Ostatnio słychać coraz głośniej co prawda o jakiejś cywilizacji  chrześcijańskiej, ale ja nie wiem, co to takiego. Istnieje niewątpliwie cywilizacja Zachodu, ale utożsamianie jej, jak zdarza się na niektórych łamach dzienników w Polsce w szeregu „cywilizacji zachodniej, czyli łacińskiej, czyli chrześcijańskiej” jest z punktu widzenia kulturoznawczego olbrzymim nadużyciem. Nie ma cywilizacji chrześcijańskiej, choć są wartości wskazywane przez Chrystusa: „sprawiedliwość, miłosierdzie i wierność” (Mt 23,23, Biblia Ekumeniczna). 

    Patrzę za okno i ciągle jest Wielki Piątek. A ja rozmyślam nad stereotypami wokół chleba i macy. Bo nie chciałbym, żeby wrócił błąd także chrześcijan dotyczący pasji Chrystusa, żeby widzieć ją jako faktu „przeciwko” Żydom, przeciwko judaizmowi. Chrystus jest przeciwko obłudnikom, przeciwko zakłamaniu wszelkiego typu. „O ślepi przewodnicy, odcedzacie komara, a połykacie wielbłąda!” (Mt 23,24) I kultura to także coś więcej niż to wskazuje dzisiejszy artykuł z „Science”: kultura to „uprawa umysłu”, jak ujmuje to Cyceron, a niekoniecznie naśladownictwo  i tradycja. Tradycje się zmieniają. Czy jajeczko wielkanocne jest na pewno chrześcijańską tradycją? Choć zgadza się w wymowie z tradycjami chrześcijańskimi, z nadzieją odrodzenia życia…

    Kultury w znaczeniu wąskim — cywilizacyjnym — różnicują się lokalnie, jak ptasie śpiewy, czy rytuały łowieckie surykatek. Kultura w znaczeniu krytycznej autorefleksji — jest domeną filozofii kultury Zachodu. W tym kontekście przesłanie Jezusa wcale nie jest dalekie od przesłania Sokratesa.

    Dobrego Piątku, Radości na Święta! Czymkolwiek państwu one się wydają. Ale pamiętajcie państwo: nie ma cywilizacji chrześcijańskiej. Kultura Żydów sefardyjskich mocno różni się od kultury żydów aszkenazyjskich. Czy to źle? A może to jest właśnie zaleta, jak bioróżnorodność drzew w lesie?

    Króliczek wielkanocny (fot. własna JP, Wydział Filologiczny UŁ)
  • Dzień Nauki Polskiej i problem zagubionej cywilizacji…

    Dzień Nauki Polskiej i problem zagubionej cywilizacji…

    Już drugi rok świętujemy 19 lutego. Czy powinniśmy świętować Dzień Nauki Polskiej?
    Problemy z niedoszacowaniem polskich czasopism i polskiej tradycji naukowej są w Polsce obecne, trudno nie zgodzić się z obecnym ministerstwem, sam mógłbym omówić mnóstwo przykładów niesprawiedliwej oceny wynikającej z zawierzenia wyłącznie algorytmom i tzw. alt-metrics (alternatywne, komputerowe badanie parametryczne tzw. wpływu publikacji). Istnieją także problemy z językiem i kulturą polską, z niedoszacowaniem innych języków niż angielski. Mamy sporo nieporozumień wynikających z niezrozumienia, że humanistyka to także obszar refleksji naukowej, a nie wymiany poglądów.

    Różne wymiary hegemonii kulturowo-cywilizacyjnej

    Jednak do naprawy takiego stanu rzeczy nie wystarczy, tyleż dobroduszne, co cyniczne „przecież nikomu nie zaszkodzi” z ostatniego oświadczenia ministerialnego, kiedy się podniesie punkty tu i ówdzie, „sypnie się punktów”, jak to ujmuje wiceminister Włodzimierz Bernacki.

    Ratunek dla polskiej nauki to nie jest zasada TKM, czyli perfidna i ręczna manipulacja, ratunkiem dla polskiej nauki jest: więcej wolności, autonomia uniwersytetów i badań naukowych, samorządność uniwersytecka,  uniwersytecka demokracja, samorządność w ogóle oraz decentralizacja.

    Innowacja bierze się z inteligencji rozproszonej

    Na łamach Forum Akademickiego doradca ministra Czarnka, dr Paweł Skrzydlewski, (profesor wyższej szkoły zawodowej w Lublinie), dr KUL, główny odpowiedzialny za „wyręczenie” Komisji Ewaluacji Nauki w trudnym i żmudnym trudzie oceny czasopism i konferencji naukowych, pisze na łamach Forum Akademickiego „Nowa lista nikogo nie krzywdzi”. „za to dowartościowuje tytuły ważne z punktu widzenia polskiej kultury”. Jaka szkoda, że KEN nie poczuł ulgi z tego wyręczenia w trudzie.

    „Lista nikomu niczego nie odbiera, a daje nowe możliwości, dowartościowuje działalność wielu polskich naukowców przez co wzmacnia ich podmiotowość i buduje poczucie wolności działalności naukowej. Widać to w wielu bardzo pozytywnych reakcjach na zaproponowane zmiany.”

    No i jak tam naukowcy i naukowczynie? Czy zbudowano wasze poczucie wolności działalności naukowej” Wzmocniono podmiotowość?

    A może jakieś racjonalne i poparte badaniami argumenty i tok rozumowania oraz przekonywania zamiast raczenia czytelników „przekonaniami” i „przeświadczeniami”?. „Nie, bo nie. Tak, bo tak” to nie jest dyskurs godny naukowca. „Nie, bo nie” to może dobre w kampanii prezydenckiej, ale na salonach nauki nie uchodzi. Nauka to nie są opinie, nauka to poszukiwanie prawdy. Humanistyka to także poszukiwanie i debatowanie prawdy. Nie opinii. Rozpychanie się łokciami i zasada „teraz k… my” (cyt. Jarosława Kaczyńskiego sprzed lat) nikogo nie krzywdzi? Daje poczucie podmiotowości beneficjentom? No tak… Życzę słodkości w kontemplowaniu się własną podmiotowością! To już nawet nie jest skandal, to jest jakiś surrealistyczny koszmar…. Jak tłumaczyć młodemu pokoleniu, że warto być naukowcem? To jest zaoranie nauki i oświecenia publicznego w Polsce. Prymitywna manipulacja, „dosypywanie punktów” „swoim”, „sobie”… TKM, na chama: to są zasady przyświecające dzisiejszym idealistom i patriotom boboojczyźnianym z ministerstwa Nauki.

    Symboliczne przedstawienie „Bóg z nami”… (fot. Depositohotos)

    Poza tym bardzo chciałbym wskazać dzisiaj, że stabilność to także wartość, przypomnę, że w Polsce naukowcom zmienia się reguły gry niemal z każdą zmianą na stanowisku ministra, natomiast nauka to są procesy długofalowe, nie można zmieniać reguł co drugi rok. Nauka i jej autorytet oraz metody wypracowywane są latami i dekadami. Nauka to nie ideologia, nauka to wartości, ale nauka to nie są opinie tego, czy innego człowieka, tego czy innego ministra, wiceministra czy doradcy ministra. Nauka to dyskusja, dialogi, debata, deliberacja w przestrzeniach publicznych a nie w tajnych kuluarach. Można wskazać na długi proces wyłaniania się oświeceniowej nauki od czasów tzw. renesansu arabskiego w XIII wieku, zanim Izaak Newton uregulował nam jednolicie i naukowo przestrzeń, musiało minąć wiele, wiele stuleci. Patron dnia polskiej nauki Mikołaj Kopernik, mimo że nazwał swoje główne dzieło rewolucyjnie (po łacinie „O obrotach ciał niebieskich” zaczyna się „De revolutionibus…”,) przyjmował się kilkaset lat, został na początku wieku XIX zdjęty z indeksu ksiąg zakazanych (na którym widniał od 1616 r.), Galileusza zrehabilitowano całkiem niedawno. W 1757 r. papież Benedykt XIV usunął z indeksu inne dzieła o heliocentryzmie, zaś same „De revolutionibus orbium coelestium” Mikołaja Kopernika były tam do 1819 r. Procedura usunięcia dzieła Kopernika z indeksu trwała aż do 1828 r. Dopiero w 1993 papież oficjalnie przyznał, że potępiając Galileusza, Kościół popełnił błąd.

    Pomnik Mikołaja Kopernika w Toruniu, Polska
    Autor wpisu w 2015 roku na uroczystościach rocznicowych Uniwersytetu w Toruniu (drugi od lewej)

    Ministerstwo brnie w zaparte publikując uzasadnienie: „Troska o rozwój i jakość polskiej nauki – zmiany w punktacji czasopism”.

    Chociaż właściwie ministerstwo się uczy, bo kiedy jeden z naukowców zrobił korektę językowo-stylistyczną pierwotnego oświadczenia Ministerstwa Edukacji i Nauki (sic!), pojawiła się nowa wersja. Tam czytamy najpierw:

    „Uwzględniono także siłę oddziaływania czasopism we właściwych dla nich dziedzinach badań, a także ich związek z kulturą narodową oraz rolę w umacnianiu tożsamości cywilizacyjnej kultury polskiej.” Zastąpiono ten passus: „Uwzględniano także siłę oddziaływania czasopism we właściwych dla nich dziedzinach badań, a także ich związek z kulturą narodową oraz ich rolę w umacnianiu kultury polskiej.” W tej autokorekcie, powstałej pod wpływem, jak wolno sądzić, korekty naukowca z portali społecznościowych, widać jak w soczewce wycofanie poglądu, jakoby polska kultura miała tożsamość cywilizacyjną. Ciśnie się pytanie, dlaczego?

    Czy zaistniało jednak jakieś wahanie w głowach piszących w ministerstwie, że to nie Polacy dali Francuzom wynalazki takie jak widelce i „wychodki”? Słynna teza o cywilizacji polskiej nie znajduje posłuchu w żadnym znanym mi opracowaniu o zderzeniu cywilizacji czy o wojnach kultur. A prowadzę zajęcia między innymi z komunikacji międzykulturowej, filozofii kultury i historii kultury. Polska kultura miała okres świetności, wtedy kiedy była tolerancyjną Rzeczpospolitą wielu narodów (nazywała się Rzeczpospolitą Obojga Narodów) za czasów Zygmunta Augusta, jednak nie wykształciła na tyle silnych i trwałych wzorów, aby nazwać ją „cywilizacją polską”. No ale przecież „myśl” narodowo-katolicka nie może znieść tej kalumni, że Polacy gęsi, mimo iż swój język mają. Ano właśnie, gęsi, bo nie posłuchali Reja i Kochanowskiego, którzy byli gorącymi zwolennikami ruchów reformacyjnych. Nikt nie posłuchał Andrzeja Frycza Modrzewskiego, tam był zaczyn polskiej cywilizacji opartej na polskim republikanizmie.

    Mikołaj Rej, ojciec języka polskiego, protestant, tłumacz psalmów

    No i tak. Nie mamy polskiej cywilizacji, nawet w oświadczeniu polskiego ministerstwa Edukacji i Nauki. Ale mamy Dzień Polskiej Nauki. Nauka albo jest międzynarodowa, albo nie ma jej w ogóle. Nie oznacza to, że wszystko musimy publikować po angielsku i zagranicą, wcale nie!, ale ideał „rzeczpospolitej uczonych” nigdzie nie został zastąpiony „rzeczpospolitą plemienną”. A taki ideał rysuje się z „myśli” niedowarzonych szerokiego grona doradców obecnego ministerstwa. Będziemy plemiennym skansenem jeśli nie zaprotestujemy przeciwko temu dobrodusznemu i niby ratowniczemu gestowi „szczodrego”, „dobrego pana”, który dosypuje niektórym punktów, a co za tym idzie pieniędzy. Kiedyś naprawdę trzeba powiedzieć: dość!

    Dobrego dnia Polskiej Nauki!!!

    PS. Dzisiaj zorganizowaliśmy razem z Krzysztofem Piątkowskim, posłem na Sejm RP konferencję naukową poświęconą protestowi z okazji Dnia Nauki Polskiej.

    Zdjęcia AG.

    PS. W sobotę 20 lutego 2021 wpis ukazał się w zmienionej nieco formie w Gazeta Wyborcza

  • Zaangażowanie obywatelskie, katastrofa i ocalenie…

    Zaangażowanie obywatelskie, katastrofa i ocalenie…

    Dostałem wczoraj we wtorek 16 lutego 2021 świeżutką premierową książkę Billa Gatesa pod jakże znamiennym tytułem: Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej. Rozwiązania, które już mamy, zmiany, jakich potrzebujemy, w przekładzie Michała Rogalskiego (Agora, Warszawa 2021).

    Okładka książki Billa Gatesa

    Już w samym tytule zawiera się dużo doza optymizmu autora: takie słowa jak „ocalić” oraz „rozwiązania” i „zmiany” brzmią niezwykle optymistycznie. Ukłonem w stronę faktów i realizmu jest nazwa „katastrofa klimatycznej”.

    Optymistyczna jest także dedykacja książki wyrażająca szacunek dla nauki, techniki i zaangażowania społecznego, książka dedykowana jest bowiem „naukowczyniom i naukowcom, innowatorkom i innowatorom, aktywistkom i aktywistom”. Główny cel zasygnalizowany już we wstępie 51 000 000 000 ton do zera ton (emisji gazów cieplarnianych rocznie) wydaje się celem niezwykle ambitnym i optymistycznym.

    Najbardziej jednak optymistycznie brzmią rozdziały końcowe: rozdział 12. pt. „Co mogę zrobić ja”, oraz część „posłowie” o zmianach klimatu w kontekście Covid-19.

    Bill Gates wydaje się wierzyć bezgranicznie w obywatelstwo, obywatelkę i obywatela. Jest zatem przekonanym demokratą. Namawia nas wszystkich do tego, żeby się angażować społecznie, żeby dzwonić, pisać listy, wychodzić do urzędów i na ulicę, żeby spoglądać na kwestie klimatyczne z perspektywy lokalnej, krajowej i samorządowej. Każe nam angażować się także poprzez startowania w wyborach niekoniecznie tych najwyżej cenionych, również tych niżej notowanych, w wyborach lokalnych. Zwraca uwagę na niezwykle ważną rolę jaką obywatelstwo pełni, kiedy zamienia się w konsumentów. Można sparafrazować tutaj wizjonerskiego Mickiewicza: „Konsumencie gdybyś wiedział, jaka twoja władza.” Kiedy będziemy kupować rzeczy z mniejszym śladem Węglowym oraz z mniejszym śladem gazów cieplarnianych, wtedy będziemy pomagali ocalić planetę. Kiedy kupimy energooszczędną lodówkę, wpłyniemy na losy świata, bo dajemy tym samym sygnał, że sprawa ekologii jest dla nas ważna i warta naszych pieniędzy.

    Bill Gates (fot. Chinalmages, Depositphotos)

    To wszystko Gates pisze w oparciu o fakty: bardzo charakterystyczne jest to, że autor książki powołuje się na swojego przyjaciela, Szweda Hansa Roslinga i jego książkę „Factfullness”. To właśnie dzieło miało także duży wpływ na Stevena Pinkera jeszcze jednego optymisty antropologicznego, o którym kilkakrotnie już pisałem, także w publikacjach naukowych.

    Końcówka też jest odwołaniem do optymistycznych wątków w nauce: kooperacja naukowa między ludźmi w kryzysie pandemicznym spowodowała szybkie powstanie szczepionek. Taka jest siła zaangażowania i kooperacji międzyludzkiej.

    Bill Gates poprzez pokazanie zmiany we własnym życiu także ustanawia optymistyczne wzory, pokazuje swoją podróż z dzieciństwa pełnego cheeseburgerów do później dorosłości, ograniczającej mięso i satysfakcjonującej się cheeseburgerami bezmięsnymi.

    Typowa reprezentacja łapczywości w kontekście śmieciowego jedzenia (symbolicznie: na kanapie) (fot. Depositphotos). Wielu ludzi w Polsce w ogóle nie zauważa związku kwestii ekologicznych z zagadnieniami żywienia, a jest on kluczowy, jeśli idzie o wyciek „gazów cieplarnianych”.

    Pozytywnie ocenia postawę i sylwetkę Billa Gatesa zaprezentowaną w jego książce także tygodnik the Economist, który porównuje Gatesa do Elona Muska: na jego tle Gates wydaje się nietchórzliwy, to Elon Musk skonfrontowany z kryzysem klimatycznym raczej zaczyna szukać, jak wiele planet nadaje się do zasiedlenia, a zatem planuje, jakby tutaj ziemię opuścić i ocalić przede wszystkim siebie.

    Poza zaangażowaniem obywatelskim Bill Gates pisze o prywatnym biznesie, ale także o współpracy z rządami i współpracy międzyrządowej. I na tle wydaje się także w jakimś sensie umiarkowany, rozsądny i w miarę pokorny, jeśli ta kategoria może tutaj znaleźć swoje zastosowanie.

    Pewnym osobistym rozczarowaniem dla mnie jest brak odniesienia do młodzieży i perspektywy młodych, nie ma w ogóle śladu Grety Thunberg i jej szkolnego strajku. Przy kwestii mięsa i hodowli Bill Gates jest w miarę realistyczny, choć pewnie nie każdemu będzie się to podobać. Uznaje np. że odejście w zupełności od mięsa jest nierealistyczne. Ale już częściowe zastąpienie mięsa i hodowli smakiem tak zwanego mięsa pochodzenia roślinnego wydaje mu się jak najbardziej osiągalne i rynkowo także atrakcyjne.

    Dlatego wydaje mi się że będę jeszcze wracał do tej książki, cieszę się, że mam ją w ręku.

    Autor wpisu czytający książkę Gatesa, Łódź, 16 lutego 2021 (fot. MRP)
  • Kaczyński — wizjoner i terrorysta tudzież krytyk absurdów nowoczesności

    Kaczyński — wizjoner i terrorysta tudzież krytyk absurdów nowoczesności

    Nie, nie propaguję wizjonera, terrorysty i krytyka społeczeństwa technologicznego — Kaczyńskiego

    Ted Kaczyński 1 kwietnia 1996 r. wg zdjęcia FBI na stronach Wikipedii

    Nie jest to moją intencją. Miał on niewątpliwie wiele ciekawych spostrzeżeń na temat szalonych elementów naszej współczesnej cywilizacji technologicznej, wykorzystującej naturę i zwierzęta w sposób bezwzględny, krytykował społeczeństwo na prawo i lewo, jego atak miał uderzać przede wszystkim w tzw. lewactwo, ale dostawało się także tzw. konserwatystom za wspieranie postępu technologicznego i wzrostu gospodarczego za wszelką cenę. Kaczyński jednak uderzał w świat nauki i technologii całkiem realnie, bombami. Teodor Kaczyński był nazywany UNABOMBEREM, bo atakował świat uniwersytecki, z którego się wywodził.

    Jeśli spojrzeć na jego manifest opublikowany pod wpływem terroru w Washington Post przed dokładnie ćwierćwieczem (sic!) 22 września 1995 r., (oryginał tutaj na stronach the Washington Post, po polsku opublikował rzecz Krzysztof Kłopotowski tutaj) to niektóre sformułowania muszą zabrzmieć proroczo. Dlatego niektórzy widzą w nim patrona radykalnych ekologów. I zrównują jego twórczość z takimi tuzami myśli jak George Orwell.

    Jak zauważyła ostatnio młoda szwedzka kulturo- i literaturoznawczyni z Cambridge Josefin Holmström na łamach Svenska Dagbladet sprawa postępu cywilizacyjnego w okresie pandemii i katastrofy klimatycznej jest co najmniej wątpliwa, jeśli nie jest wprost po prostu fałszywą utopią. Już w 1932 roku brytyjski psychoanalityk David Eder w eseju „Mit postępu” pisał, że wedle tego mitu nasza cywilizacja zawsze będzie podążać w pożądanym kierunku. Jak dobrze to wiedział Leszek Kołakowski w pracy pt. „Obecność mitu”, mit jest konieczny ludzkości, ale jest on także ostatecznie koncepcją religijną.

    Zrzut z konta Twitterowego Josefin Holmström, szwedzkiej kulturo- i literaturoznawczyni, publicystki m.in. Svenska Dagbladet (Jarosław Płuciennik, 22 września 2020)

    Josefin Holmström pisze przekonująco, że „mit postępu to mit ludzkiej niezależności i samowystarczalności, kojarzony w naszych czasach być może szczególnie ściśle z triumfalizmem lat 90.”

    Idea postępu jest znacznie starsza, wywodzi się z końca XVII wieku, a nazwana została przez historyka z Cambridge Herberta Butterfielda w książce „The Whig Interpretation of History” z 1931 r.

    Oczywiście, Steven Pinker pokazuje, że postęp medycyny i innych naukowych odkryć związanych z jakością życia jest całkiem realny. Ale faktycznie jedną z pięt Achillesowych jego koncepcji jest niewielkie odniesienie do katastrofy klimatycznej oraz ciągłe jednak pozytywne waloryzowanie humanizmu. Jakby nie zauważał zupełnie rysującego się post-antropocenu. Tylko, co się wyłoni po panowaniu człowieka? Czy tak, jak chce Ted Kaczyński: technologiczny system, który zapanuje nad światem zupełnie?

    Steven Pinker w 2005 r. wg Wikipedii

    Holmström pisze: „Dziś mamy penicylinę i wiemy, że lekarze powinni myć ręce […]. W krajach rozwijających się spada ubóstwo i umieralność dzieci; więcej może się nasycić; więcej dzieci chodzi do szkoły; mniejszości, które wcześniej były prześladowane, mają teraz prawa. [Kaczyński nie byłby zadowolony, dop. JP] […] Korzyści materialne to nie wszystko. Kapitalizm i liberalizm mogły uczynić życie lepszym pod kilkoma względami, ale miały również konsekwencje w postaci zwiększonego indywidualizmu i samotności, duchowego ubóstwa i zepsucia kulturowego, a także utowarowionego spojrzenia na człowieka.”

    Nie tylko „Unabomber” miał zastrzeżenia do społeczeństwa technologicznego. Wśród bardziej znanych dysydentów jest także znacznie bardziej czysty fiński filozof Georg Henrik von Wright, który przez długi czas kwestionował wiarę w postęp technologiczny. W wywiadzie prasowym fińska badaczka-filozofka Nora Hämäläinen urodzona w 1978 r., badaczka etyki w Centrum Etyki o nazwie Studium Wartości Ludzkiej na Uniwersytecie w Pardubicach w Czechach oraz profesorka nadzwyczajna filozofii na Uniwersytecie w Helsinkach komentuje, że to przesąd wierzyć, że „technologia rozwiąże wszystkie nasze problemy, abyśmy nie musieli przygotowywać się do zmiany naszego stylu życia”. Jak wskazuje Holmström taki przesąd może powodować, że „woli się czekać na nowe paliwo lotnicze, nowe rozwiązania w zakresie energetyki jądrowej, coś, co nadejdzie, nie wiadomo kiedy.” Nie robić nic, żeby nie musieć się zmieniać.

    Książka Nory Hämäläinen, Literature and Moral Theory z 2015

    Nie jest także żadnym rozwiązaniem powrót do średniowiecza, kiedy także wierzono w postęp, tyle że objawienia chrześcijańskiego. I to pomimo to, iż w istocie ewangelicznego przesłania jest „również zrozumienie, że jako istoty ludzkie możemy łatwo cofnąć się i popaść w destrukcyjne zachowania. To, co nowe, niekoniecznie jest lepsze.”

    Holmström kończy swoje rozważania ciekawą refleksją: „Nikt tak naprawdę nie wie, co będzie dalej, ale rok 2020, rok pandemii, dyktatur i kryzysu klimatycznego, daje nam powód, by poważnie zastanowić się, jak myślimy o świecie, o sobie i o sobie nawzajem – i co naprawdę oznacza postęp.”

    Jedną z najbardziej wpływowych idei XX wieku była edukacja progresywna. Część z niej wywodzi się z idei pragmatystycznego filozofa amerykańskiego Johna Deweya, który w książce „Demokracja i edukacja. Wprowadzenie do filozofii edukacji” z 1916 r. dał wyraz swoim ideałom edukacyjnym. W jakiejś mierze miał oczywiście słuszność, że dzieci powinny się uczyć w szkole poprzez działanie, perfomatywność i cielesność znajdują dzisiaj wielkie wsparcie w naukach kognitywnych. Dlatego jego idee, żeby np. uczyć się poprzez np. uprawianie ogrodu, co stanowiło pewną drogę w postępie ludzkości do cywilizacji, wydają się dzisiaj także słuszne.

    Jednak rację mają także i Ci twierdzący, jak Polito, (Polito, Thodora. „Educational Theory as Theory of Culture: A Vichian Perspective on the Educational Theories of John Dewey and Kieran Egan”. Educational Philosophy and Theory 37, nr 4 (2005).), że te idee nie doceniają np. wykształcenia klasycznego, np. nauki języków, retoryki itd. A tutaj powinno się znaleźć balans. Bo w kulturze oralności, kulturze klasycznej, opartej w dużej mierze na metaforze i estetyce jest olbrzymi potencjał także. Dlatego potrzebna jest równowaga. Nie można po prostu negować całej kultury oświecenia, nowoczesności wspierających technologię i wyzysk. Negujmy absurdy nowoczesności prowadzące nas do katastrofy, ale też zobaczmy, że dobre strony i zastanówmy się nad poważniejszą korektą w naszym projekcie antropocenu: zapędziliśmy się. Choć wizjoner-terrorysta Kaczyński też się zapędził w metodach rozgłaszania swoich, skądinąd, czasami słusznych idei. Nie odrzucajmy nauki, bo prowadzi często do zbrodni oraz nie odrzucajmy humanistyki i języków, bo mogą też być wykorzystywane do niecnych celów. Racjonalność i dobro potrzebują obu.

  • Wojna kultur?

    Wojna kultur?

    Kilka rozważań o modnym ostatnio terminie „wojna kultur”. Artykuł został dzisiaj (18.08.2020) przesłany do redakcji Gazety Wyborczej. Wydrukowano go 23.08.20 w nieco skróconej wersji tutaj.

    Twarz wojny?

    Pisze się ostatnio sporo o wojnie kulturowej. To jest pojęcie, które zostało wręcz zawłaszczone przez niektórych polityków. W polskim kontekstach często kojarzy się taki termin „wojna kulturowa” z polskimi historycznymi zjawiskami i konfrontacją z tzw. „Kulturkampf”, „walką o kulturę”, Bismarckowską polityką walki z Kościołem Katolickim w Niemczech i ziemiach podporządkowanych Niemcom z XIX wieku. Dla większości Polaków kojarzy się to pojęcie z nasileniem procesów germanizacji.  Zatem jest to pojęcie bliskie słynnemu w swoim czasie „dziadkowi z Wermahtu”, choć tutaj jest to bardziej zakamuflowane, wyrafinowane, bo abstrakcyjne.

    Na takie skojarzenia symboliczne nakłada się jeszcze historia walki o wolność i demokrację w XX wieku, bo o wojnie kulturowej mówił także sprzymierzeniec wolnej Polski, Ronald Reagan. Jak wspomina prof. Wojciech Burszta w jednym z ostatnich wywiadów (plus.gazetalubuska.pl. „Prof. Burszta: Nie da się wygrać wojny kulturowej, ani Ziemkiewiczem zastąpić Tokarczuk”, 25 lipiec 2020. https://plus.gazetalubuska.pl/prof-burszta-nie-da-sie-wygrac-wojny-kulturowej-ani-ziemkiewiczem-zastapic-tokarczuk/ar/c15-15095735.), Reagan właśnie rzucił hasło budowy nowych elit i wymiany elit w różnych instytucjach państwa, także kultury, aby tzw. konserwatywne wartości stały się dominujące. Prawica w Polsce wydaje się zawłaszczać takie właśnie symetryczne rozumienie kultury.

    SIMI VALLEY, CA/USA – 23 stycznia 2016 plakat Ronald Reaganaw the Ronald Reagan Presidential Library and Museum (fot. na lic. Depositphotos)

    Moja teza brzmi: nie powinno się wchodzić w ten model kognitywno-pojęciowy („wojny kultur”), bo sugeruje on, po pierwsze, mocną polaryzację przynajmniej (najlepiej) dwóch kultur; pod drugie, narzuca myślową konkretyzację bytową, czegoś co, jest raczej procesem, a nie bytem; i po trzecie, presuponuje równowartość owych mnogich, ale jednak przeciwstawnych „kultur”. Mimo że bliżej mi do Wojciecha Maziarskiego, który polemizuje na tych samych łamach z Witoldem Gadomskim „Wojna kulturowa to nie moja wojna” (GW 16 sierpnia). Otóż chciałbym polemizować z oboma, także z bliższym mi Maziarskim, którego wypowiedź nosi tytuł „Demokrata nie może powiedzieć: to nie moja wojna”. Jestem demokratą i nie jest to moja wojna. Ale z innym przyczyń niż wskazane przez Gadomskiego.

    Mikrofotografia ziaren piasku w świetle spolaryzowanym, jak w kalejdoskopie. Ale tutaj widać przeciwstawienie dwóch podobnych struktur, symetrycznych (fot. Depositphotos)

    Jeśli natomiast przyjąć za takimi myślicielami jak Norbert Elias, że cywilizacja i kultura to procesy ludzkie oraz, powiedzmy to magiczne słowo, sieci relacji międzyludzkich i międzywartościowych, to w żadnym wypadku nie możemy mówić o wojnach kultur, bo z jednej strony mamy kulturę jako proces uprawy, kształcenia, opanowania, samokontroli, z drugiej zaś brak wykształcenia, nieopanowanie, gwałtowność i zwykłe grubiaństwo.

    Ilustracja przedstawiająca różne typy ludzi połączonych na różne sposoby. Kultura to relacje i proces… (fot. Depositphotos)

    Jak podaje Słownik etymologiczny w języku polskim mamy do czynienia z dziwnym skojarzeniem „grzeczności” z byciem „do rzeczy”, „sensownym”.

    Natomiast angielska etymologia słowa (według Słownika etymologicznego https://www.etymonline.com/ „polite” (adj.) oraz politeness (nom.) pochodzi z późnego XIV w., a oznacza „polerowany, oksydowany”, od łacińskiego „politus” „wyrafinowany, elegancki, dopracowany; dosłownie ”polerowany”,„wypolerowany”,  „wygładzony”. Po angielsku „polite”, to także „polish”, czyli wypolerowany. W Polsce kojarzy się to z tym „Polish” z dużej litery. Ale nie ma to żadnego związku z naszą narodowością.

    Od XIX wieku „polite” odnosi się często do ogładzonego obywatelstwa, to nie tylko bycie obywatelem, ale na dodatek obywatelem z manierami, delikatnością, wyrafinowaniem.

    W językoznawstwie są także propozycje, aby zamiast grzeczności używać innych terminów, takich jak „emocjonalna komunikacja”, czy „takt”.  Różne asocjacje każą także przywołać tutaj grecki odpowiednik grzeczności: eugenia, szlachetnie urodzona, dobrze urodzona.

    Dobre maniery nic nie kosztują, ale żeby je mieć, trzeba się kształcić, doskonalić, polerować (fot. Depositphotos)

    Jak podają językoznawcy  „angielskie konceptualizacje grzeczności w jednym rozumieniu są zwykle szersze niż te od greckich informatorów. Podkreśla się troskę o innych, ale formalność, dyskretne zachowanie dystansu, chęć nienarzucania adresatom i wyrażanie „altruizmu, hojności, moralności i samozaprzecenia” są ważniejsze dla angielskich informatorów. (zob. Watts, Richard J . Grzeczność. Kluczowe zagadnienia socjolingwistyki (s. 14). Cambridge University Press. Wersja Kindle. 2009.)

    W wywiadzie dla Rzeczpospolitej (18 sierpnia 2020) Zbigniew Ziobry używa pojęcia „wojny kulturowej” tłumacząc postępowanie swojej prokuratury wobec aktywistki LGBT+,  Margot. „W Warszawie nie mięliśmy do czynienia z demokratyczną, przewidzianą przez konstytucję formą demonstrowania poglądów, tylko z przemocą, używaną także przez tego pana, który jest nazywany w kategoriach żeńskich”.  Ta wojna to jest wedle Ziobry „wojna o polskie dusze”. 

    Zbigniew Ziobro według Wikipedii — https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/64/Zbigniew_Ziobro_-2019%2848085697621%29_%28cropped%29.jpg

    Zostawiam na boku, czy kultura i wojna pasują do siebie symbolicznie, moim zdaniem nie, ale trzeba byłoby to szerzej wyjaśnić. Natomiast ta konceptualizacja, w której wojna o polską duszę ma być „wojną kultur”, jakichś dwóch tylko — polska, tradycyjna, katolicka, zaś z drugiej strony niepolska, „jakaś nowoczesna”, niekatolicka, wydaje mi się zwykłym drańskim nadużyciem. Polska tradycja to także Jan Kochanowski i Mikołaj Rej, bracia polscy i Andrzej Frycz Modrzewski oraz Bogumił Linde czy Aleksander Bruckner, wszyscy bliscy Reformacji zasłużeni niezwykle dla polskiej kultury i tradycji.

    Widziałem na jakimś nagraniu człowieka, który zrywał flagę z tęczą z jednego z pomników. To nie był ani kulturalny, ani cywilizowany człowiek. Ktoś kto neguje prawo człowieka do samorefleksyjnego określenia swojej tożsamości, ktoś kto neguje prawa człowieka, nie powinien stać na straży sprawiedliwości. Sprawiedliwość nie jest przyzwoleniem na chamstwo, brutalizację i barbaryzację obyczajów. Proces cywilizacji, o której pisał Norbert Elias to samoopanowanie. Upamiętanie. W ramach demokratycznego porządku tolerancja jest podstawą współistnienia. Solidarność zaś jest krokiem dalej w relacjach z innym człowiekiem. Solidarność jest moralnością opartą na empatii i uznaniu intersubiektywności. Tolerancja to prawne fundamenty współistnienia społeczeństwa, a nie plemion.

    Dusza to metafora, która zrobiła bardzo wiele złego w chrześcijańskiej teologii. Duchowość nie musi się kojarzyć z anachronicznym wyobrażeniem substancjalnej duszy (pisała o tym m.in Nancey Murphy, która była zapraszana do Watykanu do Jana Pawła II) (fot. Depositphotos)

    Nie dość, że nie ma czegoś takiego jak dusza (to szkodliwe pojęcie dla całej teologii chrześcijańskiej o czym pisała Nancey Murphy), to na dodatek nie ma czegoś takiego jak polska dusza, to są straszne nadużycia semantyczno-symboliczne. To jest po prostu cofanie procesu cywilizacji do czasów kontrreformacji, zaprzeczenie fundamentów demokratycznego ustroju opartego na tolerancji. To przerażające, że taki człowiek stoi na czele polskiego państwa. To państwo legalizuje barbarzyńców. Bez uśmiechu na twarzy. Ta twarz to twarz barbarzyństwa. Żadna wojna kultur. Kultura to proces opanowania i budowania relacji, budowania społeczności poprzez żmudny proces negocjacji i uzgodnień.

    A tęcza to biblijny symbol łaskawego przymierza między Bogiem a ziemią, która już nigdy nie ma być nękana potopem (Genesis 9:13). Nikogo nie powinna obrażać, zwłaszcza ludu chrześcijańskiego. Tęcza jest symbolem tolerancji, tej tolerancji wpisanej do polskiej, obowiązującej jeszcze Konstytucji, w której pisze się o przestrzeganiu wolności i praw człowieka. Ta wojna to nie moja wojna, bo nie ma czegoś takiego, jak dwie kultury. Jest złożony proces cywilizacyjny i kulturowy. Z drugiej strony mamy barbarzyństwo i ciemnotę, niestety.

    Tęczowa flaga na ścianie z cegły w tle (fot. Depositphotos)
  • Jestem przeciw zdziczeniu obyczajów

    Jestem przeciw zdziczeniu obyczajów

    Mój wpis dotyczy kultury, cywilizacji, wyborów i obyczajów. To rodzaj apelu obserwatora sytuacji pandemicznej.

    Fot. lic. Depoistphotos

    Tutaj wersja w Gazecie Wyborczej

    Jak uczy historia, łatwo zaiste zaakceptować najdziwniejsze okoliczności. Ale też w dziwnych okolicznościach ujawniają się czasami nieoczekiwane oblicza. Za mojej młodości była słynna grupa Dead Can Dance, „umarli mogą tańczyć”. 

    Dead Can Dance podczas koncertu w Holandii (fot. Depositphotos) 2020 Tivoli Vredenburg Utrecht, The Netherlands. Brendan Perry @benhoudijk

    Z kolei „Zdziczenie obyczajów pośmiertnych” to bardzo obszerny dramat poetycki młodopolskiego Bolesława Leśmiana. Rzecz dotyczy spraw obyczajowych, a jakże, „trójkąt miłosny”, „zbrodnia w tle”, subtelne relacje między niejednoznacznymi bohaterami, których status ontologiczny jest niedookreślony, jak to u Leśmiana, to niby duchy na cmentarzu, a jednak bardzo ludzkie cielesne odruchy. „Dead Can Dance.”

    Dead Can Dance w Holandii. 2020 Tivoli Vredenburg Utrecht, The Netherlands. Brendan Perry @benhoudijk

    Wszyscy jesteśmy teraz trochę jak te duchy: żyjemy pod ziemią jak bohaterowie „Maszyna staje” E. M. Forstera, wypełzając z rzadka na zewnątrz, żeby natychmiast wrócić do ekranów, na następny wykład online. Wykład, który właśnie przekazujemy online, albo którego słuchamy. Jesteśmy istną czystą ideą. Zebranie rady instytutu na Teamsach, konferencja międzynarodowa na Zoomie… Idealny uniwersytet przyszłości? Nie sądzę.

    Licencja Depositphotos.

    Bo jednak bohater Forstera odkrywa, że jest przechadzającym się ciałem, musi się uczyć odległości fizycznych i doświadczania świata w autopsji, własnym badaniu. Ciałem. [więcej o tym tutaj]

    Zastanawia mnie skąd się to bierze, że jesteśmy jako społeczeństwo zdolni akceptować absolutną nienormalność. Sytuacja pandemii jest klęską żywiołową i od dawna powinien zostać ogłoszony stan nadzwyczajny w Polsce, zawieszający naturalnie wszystkie toczące się normalnie procesy, takie jak procesy wyborcze. Wszystkie, podkreślam, nie tylko wybory prezydenckie.

    Zaakceptowaliśmy pozakonstytucyjne ograniczenie praw obywatelskich, zarządzanie nimi jakimiś dziwnymi ustawami i rozporządzeniami, zakazujące wchodzenia na przykład do lasu. Zaakceptowaliśmy wzrost znaczenia byłego ministra Jarosława Gowina, bo zaszachował, albo udawał, że szachuje, Jarosława Kaczyńskiego. Teraz zastanawiamy się nad absurdalnymi dowolnymi terminami pseudoprawnymi „koniec czerwca”, „początek lipca”. I jakoś nie dziwi Minister Nauki po Gowinie nie mający stopnia naukowego i doświadczenia ze szkolnictwem wyższym. Jak ten minister właściwie się nazywa? …

    Szczegół z fresku dans macabra, Simone Baschenis 1539. Ancient church of San Vigilio (1515) in Pinzolo, Trento Italy (licencja Depositphotos)

    Pierwszym mottem do ostatniego tomiku wierszy „Wiek bezprawia” Ellen Hinsey jest cytat z Hannah Arendt o zabiciu osoby prawnej w człowieku. Cytat pochodzi z jej „Korzeni totalitaryzmu”:

    „Pierwszym niezbędnym krokiem na drodze do całkowitej dominacji jest zabicie osoby prawnej w człowieku.”

    Ellen Hinsey i Tomas Venclova (fot. własna autorki)

    Musimy przestać o sobie myśleć jako o obywatelach posiadających prawo do praw. Praworządność jest podstawą cywilizacji zachodu, o czym pisze np. Niall Ferguson w książce z 2011 r. Cywilizacja. Zachód i reszta świata. Przeciwieństwem cywilizacji jest barbarzyństwo, zdziczenie. Praworządność jest mocno powiązana w społeczeństwach tzw. zachodu z prawami własności i ochroną tych praw. Praworządność to prawo i sprawiedliwość. Ale te pisane z małej litery, codzienne, a nie te na sztandarach. Prawo i sprawiedliwość.

    Niall Ferguson, autor Cywilizacji (2011) fot. Wikipedia

    Piszę jako człowiek, który na początku pandemii zrezygnował z ubiegania się o stanowisko Rektora Uniwersytetu Łódzkiego. Uważam, że wybory powinny być zawieszone, głosowanie, czy to online czy fizyczne to jest jedynie niewielki fragment procesu wyborczego, to jest święto demokracji, przygotowywane przez mozolną robotę demokratyczną, spotkania ludzi, zaplanowane i przypadkowe, uściski rąk (sic!), uśmiechy, patrzenie w oczy wyborcom…

    Głosowanie to zwieńczenie całego procesu, a tych innych elementów procesu ani widać, ani słychać. Zdziczenie obyczajów pośmiertnych, wątpliwy status ontologiczny…

    Pół biedy, jeśli kandydatami jest ktoś, kto aktualnie współzarządza uniwersytetem. Ale jak ma w tych warunkach zaistnieć nowy kandydat? To tak jak ze zbieraniem podpisów w warunkach pandemii.

    W moich Kościele Ewangelickim wszystkie urzędy pochodzą z wyboru: proboszcza wybiera zgromadzenie parafialne, biskupa diecezjalnego synod diecezjalny (z reprezentantami świeckich), biskupa Kościoła wybiera Synod Kościoła (też ze świeckimi). Jestem we władzach tego Kościoła jako świecki członek pięcioosobowej Rady Synodalnej. Mój Kościół bardzo sprawnie przeniósł wszystkie decyzyjne ciał decyzyjnych w świat cyfrowy. Jednak wszystkie procesy wyborcze zostały zawieszone do odwołania: wybory proboszczów, wybory biskupów… No bo zbór to ciało. Jestem dumny z demokratycznych zasad funkcjonujących w tej instytucji, z przejrzystości sprawozdań, także finansowych.

    Uniwersytety w średniowieczu miały służyć m.in. Kościołowi, stąd na przykład ten malowniczy sztafaż średniowieczny pozostał do dzisiaj: pedel na czele a potem parada tóg, biretów, hymn „Gaude Mater Polonia” oraz „O dostojeństwie uniwersytetu” Twardowskiego.

    Współczesny uniwersytet to nie jest Kościół, ale wspólnota tak, Universitas to społeczność, tak jak zbór, jak najbardziej realna. Dlatego nie mogę znieść tego zdziczenia obyczajów i akceptacji dla „dzikiego akademizmu”, wprowadzonego także przez reformę Gowina.

    symbol sieci społecznościowych (fot. Depositphotos)

    Trzeba zdawać sobie sprawę, że następuje przebudzenie w twardej nauce na świecie. Twarde nauki biologiczne na świecie zaczynają dostrzegać ludzkie wartości. Czy w Polsce takie problemy też się przebijają? Uważam, że powinniśmy przemyśleć na nowo „reformę” nauki Gowina, a nie udawać, że wszystko jest dobrze, tylko „wirusa” nie przewidzieliśmy (tak wydaje się twierdzić jedna z kandydatek na Rektora). Times Higher Education opublikował 1 maja 2020 opinię Mony Nasrallah, profesorki nadzwyczajnej, specjalistki medycyny klinicznej, endokrynologii i metabolizmu na American University of Beirut. Jest to zatem osoba bardzo mocno związana z naukami tzw. twardymi.

    Teza główna Mony Nasrallah: Po kryzysie nie ma powrotu do „dzikiego akademizmu”. Trzeba kryzys potraktować jako pozytywne wyzwanie do zmiany.

    Dzisiaj w kryzysie COVID-19 naukowcy lepiej współpracują w zakresie działania, które nie przyczyni się bezpośrednio do rozwoju ich kariery – na tym właśnie powinna realizować się idea uniwersytetu.

    Bardzo ciekawie brzmi definicja dzikiego akademizmu w 10 punktach, przytoczę tylko 1, 8 i 10:

    1) zasada dominująca: „coraz więcej, coraz więcej”. Ale po co? Ale dlaczego? Koledzy zaczynają być postrzegani jako przydatni, bądź zbędni, nieistotni. Tracimy życzliwość i empatię. Nie produkujesz punktów? To po coś Ty?

    8) kryzys pandemii łączy się z konsumeryzmem i globalizacją prowadzącą także do kryzysu klimatycznego. Nie powinniśmy wracać do stanu sprzed pandemii.

    10) człowiek powinien być celem działań. „Odkryjemy na nowo prawdziwą misję uniwersytetów.”

    Fot. Depositphotos

    Czy możemy o tym porozmawiać? Ci co wspierali reformę Gowina i ci co są, i byli jej przeciwni? Ale stanowisko musi być jasne, jestem za, czy przeciw. Bo ja jestem przeciw zdziczeniu obyczajów.

    Umarli nie tańczą.

    Łódź, 13 maja 2020                                                                 Jarosław Płuciennik