Tag: propaganda

  • Król Szwecji we Lwowie. Historia, symbolika i rosyjska propaganda wobec Bernadotte’ów

    Król Szwecji we Lwowie. Historia, symbolika i rosyjska propaganda wobec Bernadotte’ów

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie. 19.04.26

    17 kwietnia 2026 roku Karol XVI Gustaw, król Szwecji, wylądował we Lwowie. Był pierwszym panującym monarchą na świecie, który odwiedził Ukrainę od czasu rosyjskiej pełnoskalowej inwazji, rozpoczętej w lutym 2022 roku. To zdanie brzmiące jak sucha notka prasowa kryje w sobie coś znacznie głębszego, o czym warto pisać zarówno z perspektywy nordyckiej, jak i z perspektywy toczącej się informacyjnej wojny, retoryki i propagandy.

    Wizyta, która ma wagę historyczną

    Szwedzka minister spraw zagranicznych Maria Malmer Stenergård powiedziała, że król jest „jedynym monarchą, który odwiedził Ukrainę od czasu uzyskania przez ten kraj niepodległości”, i podkreśliła, że jest to „bardzo silny sygnał wsparcia ze strony narodu szwedzkiego, który jestem przekonana, wywarł silne wrażenie na Ukrainie w czasie, gdy kraj ten naprawdę tego potrzebuje, ponieważ widzimy, jak uwaga świata przesuwa się w inne rejony, nie tylko na Bliski Wschód.” (cyt. za Sweden Herald)

    Wizyta niemal 80-letniego (kończy je 30 kwietnia 2026) szwedzkiego monarchy w strefie aktywnego konfliktu zbrojnego stanowi historyczne naruszenie tradycyjnych protokołów królewskich — monarchowie konstytucyjni zazwyczaj unikają odwiedzania aktywnych stref wojennych. Można oczywiście przypomnieć za the Odessa Journal, że król Szwecji odwiedził Ukrainę po raz ostatni w 2008 roku — zatem przerwa wynosi osiemnaście lat, a wizyta w czasie wojny nadaje jej wymiar bez precedensu w całej nowożytnej historii stosunków szwedzko-ukraińskich.

    Program wizyty był przemyślany i nasycony symboliką. Król spotkał się z Zełenskim podczas ceremonii upamiętniającej poległych, składając wieniec na cmentarzu wojskowym we Lwowie. Był wyraźnie wzruszony wizytą — wieniec złożył przy grobie wybranym przez siebie osobiście. W Pałacu Potockich, przed rozmową z prezydentem, Karol XVI Gustaw powiedział krótko: „Macie nasze pełne wsparcie. W Szwecji z całego serca wspieramy dzielny naród Ukrainy, jej żołnierzy i weteranów.” Monarchy nie zobaczymy w takich chwilach często.

    Król określił Zełenskiego mianem „wielkiego przywódcy” kraju „bardzo ważnego” dla Europy, wyrażając, że mu bardzo imponuje. Zełenski odwzajemnił się, przypominając, że Szwecja należy do pięciu największych darczyńców wspierających siły zbrojne i ludność Ukrainy. Nie są to słowa na wyrost: w lutym Szwecja ogłosiła pakiet pomocy wojskowej o wartości blisko 12,9 miliarda koron (około 1,42 miliarda dolarów), jeden z największych w historii szwedzkiego wsparcia dla Ukrainy. (cyt. za The Kyiv Independent)

    Propaganda i paradoks szacunku

    Niemal natychmiast po publikacji pierwszych zdjęć ze spotkania rosyjska machina propagandowa przeszła do ataku — a sam sposób ataku jest godny analizy.

    RT opublikował na platformie X wpis o treści: „Zelensky handshake REFUSED by GLARING King of Sweden ‚Would PALM King’s Watch’” — krzyczącym tytułem sugerując, że król Szwecji ostentacyjnie odmówił podania ręki Zełenskiemu, patrząc na niego z pogardą, a żart o zegarku miał sugerować, że monarcha obawiał się kradzieży. Rosyjskojęzyczne media ironizowały, że „najbardziej niezadowolone, wręcz zniesmaczone spojrzenie króla na Zełenskiego rozśmieszyło użytkowników mediów społecznościowych.” Prorosyjski portal EADaily opublikował nagłówek: „Król Szwecji wyzywająco odmówił podania ręki Zełenskiemu we Lwowie.”

    Zdjęcie z oficjalnego profilu Prezydenta Żełeńskiego (https://www.president.gov.ua/en/news/u-lvovi-prezident-ukrayini-j-korol-shveciyi-vshanuvali-pamya-103941)

    To typowy zabieg dezinformacyjny: wybierz ułamek sekundy z nagrania wideo, zmontuj go z sensacyjnym komentarzem, a następnie puść w obieg jako „dowód” upokorzenia ukraińskiego prezydenta. Niezależni obserwatorzy od razu pytali publicznie: czy to rzeczywisty gest odmowy, czy raczej propaganda RT?

    Wystarczyło zresztą obejrzeć wieczorne wydanie Rapport w Sveriges Television, żeby zobaczyć, jak wyglądało spotkanie w rzeczywistości. W obszernych relacjach szwedzkiej telewizji publicznej zarejestrowano wielokrotne, serdeczne uściski dłoni między królem a prezydentem Ukrainy — bez żadnego cienia wyczuwalnego w propagandowych klipach „pogardy” czy „odmowy”. Karol XVI Gustaw witał się z Zełenskim z oczywistym ciepłem i zaangażowaniem. Rapport— jedno z najbardziej wiarygodnych i oglądanych wieczornych programów informacyjnych w Europie Północnej — nie zostawia tu żadnych wątpliwości. Rosyjski montaż był dokładnie tym, czym jest zawsze: wyrwaniem z kontekstu jednego ułamka sekundy, który w całości nagrania nie istnieje jako żaden gest odmowy.

    Ale jest w tym coś, co uderza głębiej niż sam fałsz. Rosyjska propaganda, sięgając po wizerunek Karola XVI Gustawa jako narzędzie storytellingowe, bezwiednie ujawnia coś, czego wolałaby nie ujawniać: głęboki respekt wobec instytucji szwedzkiej monarchii. Gdyby wizyta była bez znaczenia, gdyby Bernadotte’owie byli dla Kremla obojętni — nikt nie trudziłby się montować fejkowych dowodów na ich „pogardę” dla Kijowa. Tymczasem rosyjscy propagandyści poświęcili czas i zasoby, żeby przy użyciu wizerunku króla Szwecji próbować zaszkodzić ukraińskiej narracji.

    To osobliwy hołd. Moskwa doskonale rozumie, ile waży symbol monarchy — zwłaszcza monarchy europejskiego państwa o wielowiekowej tradycji, które dopiero co dołączyło do NATO, i którego przodkowie kształtowali mapę Europy w stuleciach, gdy Rosja mierzyła się ze Szwecją i Polską o hegemonię nad Bałtykiem. Dynastia Bernadotte, rządząca Szwecją od czasów napoleońskich, jest dla rosyjskiej wyobraźni geopolitycznej czymś więcej niż tylko protokolarną dekoracją. Stąd właśnie desperacka i uporczywa próba jej kompromitacji.

    Na koniec — Lwów i Łyczaków

    Warto odnotować, gdzie dokładnie odbyła się wizyta. Karol XVI Gustaw odwiedził szkoły i szpitale we Lwowie, by osobiście wysłuchać opowieści ludzi o wojennej codzienności. Cmentarz Łyczakowski — gdzie od kwietnia 2022 roku chowani są ukraińscy obrońcy — to miejsce o szczególnym ciężarze: polskie, ukraińskie, habsburskie, sowieckie warstwy historii złożone jedna na drugiej w ziemi Galicji. Złożenie tam kwiatów przez szwedzkiego króla ma wymowę, która wykracza daleko poza dyplomatyczny protokół.

    Lwowianka Olga, która dostrzegła monarchę w starym centrum miasta, powiedziała: „Cieszę się, że król nas odwiedza w tak trudnym czasie, że nie przestraszyły go wszystkie groźby.” Tego zdania żadna propaganda nie jest w stanie zmontować inaczej.

    Jarosław Płuciennik / Obserwatorium Nordyckie

  • Propaganda mesjańska czy mocarny władca? O obrazku, który Trump wolał usunąć

    Propaganda mesjańska czy mocarny władca? O obrazku, który Trump wolał usunąć


    Z cyklu: Obserwatorium retoryki i komunikacji


    Kilka dni temu Donald Trump zamieścił na swojej platformie Truth Social obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję. (Moja sztuczna asystencja mówi, że mógł to być program o nazwie Midjourney)

    Wpis Donalda Trumpa na Truth Social

    Przedstawiał ten obrazek wymłodniałego jego samego — Donalda Trumpa w białej szacie i „kardynalskiej” czerwonej pelerynie — kiedy dokonuje cudownego uzdrowienia mężczyzny leżącego na łożu boleści. Wokół: orzeł bielik (właściwie dwa), flaga USA, Statua Wolności, pomnik Lincolna, myśliwce, fajerwerki, żołnierze unoszący się ku niebu niczym aniołowie, albo schodzący z nieba, pielęgniarka i modląca się… Obraz szybko zniknął — Trump go usunął po fali oburzenia. Krytyk sztuki Philip Kennicott pisał o nim na łamach Washington Post dwa dni temu jako o dziele pełnym „niedbałej symboliki” (sloppy symbolism). Niedbałej — ale czy niewinnej?
    Ten epizod jest interesujący nie tylko jako zjawisko kulturowe (użycie „sztuki malarskiej” przez prezydenta USA), lecz przede wszystkim jako akt retoryczny i komunikacyjny: ktoś stworzył komunikat wizualny, ktoś go rozesłał, ktoś go odebrał i zareagował, a nadawca ostatecznie go wycofał. Każdy z tych momentów mówi coś ważnego o tym, jak działa polityczna komunikacja obrazem w epoce AI, czyli tzw. sztucznej inteligencji.


    Jezus i władza: ewangeliczne nie
    Zacznijmy od tezy, którą obraz głosi, i od tezy, którą ewangelie głoszą jakby w odpowiedzi.
    Centralny motyw ikonograficzny jest jednoznaczny: tzw. taumaturgiczny dotyk — uzdrowienie przez nałożenie rąk — od wieków przypisywano Chrystusowi, a w tradycji średniowiecznej także królom Francji i Anglii, którzy wywodzili z niego swoje boskie prawo rządzenia (divine right to rule). Na obrazie Trump stoi w miejscu Chrystusa. To nie aluzja. To dosłowne przejęcie schematu ikonograficznego — świadomy lub nieświadomy cytat z dwóch tysięcy lat tradycji wizualnej.
    Tymczasem ewangeliczny Jezus konsekwentnie ucieka od władzy politycznej. Gdy tłum chce go obwołać królem po rozmnożeniu chleba — oddala się na górę sam (J 6,15). [w tłumaczeniu Ekumenicznym: „Gdy więc Jezus poznał, że zamierzają przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, usunął się znów na górę, sam jeden”] Na pytanie Piłata odpowiada: „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18,36). Kuszenie na pustyni to właśnie propozycja władzy nad wszystkimi królestwami ziemi — i jej odrzucenie. Ewangeliczny Jezus uzdrawia poza systemem władzy, często na jego marginesach: dotyka trędowatych, rozmawia z „obcą” Samarytanką, staje po stronie „grzesznej” kobiety złapanej na cudzołóstwie. Jego uzdrawianie jest aktem solidarności i empatii, nie demonstracją siły.
    Na omawianym obrazie mamy coś dokładnie przeciwnego: pełny sojusz „świętości” z władzą. Do blasku boskiego przylatują samoloty bojowe i dodają fajerwerki zwycięstwa. Uzdrowiciel jest jednocześnie wodzem naczelnym. Niczym Mojżesz wiodący lud przez morze. Sacrum i imperium zlały się w jedną postać. To nie jest chrześcijaństwo tego ewangelicznego Chrystusa. To jest jego dokładne odwrócenie — i jako taki komunikat właśnie został przez wielu wiernych odczytany.


    Civil religion i jej nadmiar
    Robert Bellah opisał civil religion w książce z 1967 r. jako specyficznie amerykańską syntezę symboliki narodowej i protestanckiej eschatologii. Flaga, orzeł, ojcowie założyciele — to quasi-sakralny panteon, który funkcjonuje obok, a często zamiast, kościelnego wyznania wiary. Obraz Trumpa jest podręcznikowym przykładem tej tradycji komunikacyjnej, tyle że doprowadzonej do granic absurdu.
    Kennicott w Washington Post słusznie porównuje go do malarstwa Jona McNaughtona — propagandowego artysty, który od lat produkuje akademicko-patriotyczne płótna z Trumpem w centrum. Krytycy piszą o nim jako o współczesnej kontynuacji amerykańskiego „socrealizmu”…

    Screen ze strony oficjalnej malarza będącego prawdopodobną inspiracją tego obrazka Trumpa (zob. https://jonmcnaughton.com/politically-incorrect/)

    Ale McNaughton wybiera i redukuje — to jest właśnie warsztat propagandysty, który rozumie, że komunikat musi być czytelny. Tu, przeciwnie, nie ma żadnej zasady selekcji: są dwa orły, bo jeden nie wystarczył, są trzy myśliwce, bo dwa to za mało. Kompozycja nie redukuje — akumuluje, piętrzy, duplikuje. Rozplenia się. Komunikat zagłusza sam siebie.
    Właśnie w tej akumulacji tkwi kicz. Większy niż u McNaughtona.


    Kicz jako struktura estetyczna i moralna
    Hermann Broch pisał w 1950 w „Kilku uwagach o kiczu”, że kicz to nie zła sztuka — to złe nastawienie, Kitschmensch, który zamiast mierzyć się z rzeczywistością, szuka gotowej emocji, pewnego efektu, potwierdzonego wzruszenia. Milan Kundera dodał, że kicz polityczny jest najbardziej niebezpieczny, bo narzuca z góry jak mamy się czuć wobec Narodu, Ojczyzny, Historii, Boga i odrzuca to co realistycznie ludzkie.
    Ten obraz Trumpa wspieranego sztuczną asystencją jest kiczem w obu sensach. Estetycznie — bo nie potrafi wybrać, tylko akumuluje symbole jak na wyprzedaży wszystkiego po 5 złotych. Moralnie — bo nie pyta, tylko ogłasza: oto zbawiciel, klęknij.
    Co więcej, kicz ten jest podwójnie skompromitowany przez własną niekonsekwencję komunikacyjną. Kennicott w Washington Post zwraca na to uwagę z ironią godną najlepszego krytyka: żeby pokazać uzdrowienie, trzeba pokazać chorego. I chory na tym obrazie — zmęczony, posiwiały robotnik z sękatymi rękami — to przecież elektorat Trumpa. Jego baza. Jego wierni. Oni są chorymi, którzy potrzebują uzdrowienia. Przesłanie mimowolne, ale czytelne — i destrukcyjne dla zamierzonego komunikatu.
    A dwa źródła światła — jedno z dłoni Trumpa, drugie emanujące zza głowy leżącego — tworzą paradoks wizualny: kto tu kogo zasila? Kto jest źródłem mocy? Czy to Trump uzdrawia swoich wyborców, czy wyborcy podtrzymują przy życiu Trumpa? Relacja jest — jak pisze Kennicott — współzależna. I wizualnie groteskowa.

    Dlaczego Trump to usunął? Komunikacyjna klęska nadawcy
    Powód oficjalny: oburzenie wiernych, którzy uznali obraz za bluźnierstwo. Trump, który rzadko cokolwiek odwołuje, tym razem się wycofał — tłumacząc, że myślał, że chodzi o Czerwony Krzyż. Trudno o bardziej wymowne podsumowanie.
    Ale właśnie ten moment jest komunikacyjnie najbardziej pouczający. Człowiek, który od lat karmi się mesjanistycznym kultem własnej osoby, który pozwolił nazywać się „wybranym” i „pomazańcem”, który nadaje swoje imię wielu instytucjom publicznym i który na siłę rozwija projekt „sali balowej” przy białym domu, nagle — gdy ktoś zrobił to zbyt dosłownie, zbyt wprost, zbyt nieudolnie — musiał się odciąć. Nie dlatego, że poczuł się niegodny. Lecz dlatego, że obraz powiedział za dużo. Odsłonił mechanizm, który działa najlepiej, gdy pozostaje w sferze aluzji i niedopowiedzenia.
    Propaganda mesjańska funkcjonuje jako komunikat, dopóki nie zostanie wypowiedziana zbyt głośno. Gdy AI wygenerowała ją zbyt dosłownie — bez niedomówień, bez estetycznego dystansu, z podwójnymi orłami i podwójnym światłem — stała się ciężarem nie do udźwignięcia.
    Zbawiciel wolał zdjąć własny wizerunek. I to mówi o dynamice tej komunikacji więcej niż cały obraz.

  • Propaganda historyczna Rosji wobec Szwecji, Finlandii i Europy Środkowo-Wschodniej

    Propaganda historyczna Rosji wobec Szwecji, Finlandii i Europy Środkowo-Wschodniej

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Ilustracja propagandy (lic. Depositphotos)


    W felietonie opublikowanym 12 marca 2026 r. w szwedzkim dzienniku „Svenska Dagbladet” rosyjska dziennikarka Liza Alexandrowa-Zorina opisuje, w jaki sposób rosyjska propaganda historyczna stopniowo przygotowuje społeczeństwo na możliwość konfliktu z krajami Europy Północnej, w tym ze Szwecją. Według autorki podobny mechanizm zastosowano wcześniej wobec Ukrainy.
    Kluczową rolę w rosyjskim dyskursie odgrywa pamięć o II wojnie światowej. Narracja o „walce z nazizmem” służy jako uniwersalne narzędzie propagandowe: przeciwnicy polityczni Rosji przedstawiani są jako spadkobiercy lub sympatycy nazizmu. W publikacjach historycznych i działaniach instytucji państwowych pojawiają się interpretacje ukazujące Szwecję jako kraj współpracujący z III Rzeszą – na przykład poprzez eksport rudy żelaza do Niemiec w czasie wojny.
    Autorka wskazuje również na podobne działania wobec Finlandii. W rosyjskiej przestrzeni publicznej pojawiają się inicjatywy badawcze i publikacje dotyczące rzekomych fińskich zbrodni wobec ludności cywilnej podczas II wojny światowej, zwłaszcza w Karelii. Instrumentalne wykorzystywanie historii ma – zdaniem analityków – legitymizować presję polityczną i destabilizować region.
    warto zauważyć, że analogiczne narracje od lat kierowane są także pod adresem Polski i państw bałtyckich. W rosyjskiej propagandzie kraje te są często przedstawiane jako „rusofobiczne” lub wręcz „neonazistowskie”, a ich polityka historyczna jako próba fałszowania dziejów II wojny światowej i umniejszania roli Armii Czerwonej. W przypadku państw bałtyckich propaganda oskarża je ponadto o gloryfikowanie kolaborantów nazistowskich oraz prześladowanie rosyjskiej mniejszości.
    Zdaniem autorki tego rodzaju narracje niekoniecznie zwiastują bezpośredni plan agresji na Szwecję czy inne kraje regionu. Stanowią jednak element długofalowej strategii propagandowej, która normalizuje myślenie o konflikcie i utrwala wizerunek Rosji jako państwa nieustannie zagrożonego przez Zachód.

    Eco miał rację: wymyślanie wroga to jedno z ulubionych zajęć polityków — pozwala spajać społeczeństwo, legitymizować władzę i odwracać uwagę od problemów wewnętrznych.

  • Tylko świnie siedzą w kinie

    Tylko świnie siedzą w kinie

    Filologiczny Obserwator Wyborczy

    Ilustracja dwóch miłych świnek w kinie (lic. Depositphotos)

    Artykuł o tytule „Tylko świnie siedzą w kinie” ukazał się 5 marca 1942 roku w „Biuletynie Informacyjnym” – konspiracyjnym piśmie będącym do stycznia 1945 roku centralnym organem prasowym Armii Krajowej. To powiedzenie oraz znak „Polski Walczącej” malowany na murach stały się częścią polskiej historii. Historii II wojny światowej na nieludzkiej ziemi.

    Leksykon polskich powiedzeń historycznych, autorstwa Macieja Wilamowskiego, Konrada Wnęka i Lidii A. Zyblikiewicz (Wydawnictwo Znak, Kraków 1998), podaje, że autorem tego hasła prawdopodobnie był Aleksander Kamiński, redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego”. Był on także twórcą koncepcji oraz założycielem i komendantem głównym Organizacji Małego Sabotażu „Wawer”.

    Hasło to, podobnie jak inne działania Organizacji, nawoływało Polaków do aktów sabotażu, bądź przynajmniej bojkotu, w stosunku do osób, które uczęszczały do kina, oglądając propagandę nazistowskiej Trzeciej Rzeszy.

    Posiadam dwa bilety na film Agnieszki Holland pt. „Zielona granica”. Jutro idę z żoną na premierę. Czy Prezydent chce przekazać mi jakieś przesłanie? A może dąży do zniechęcenia swoich zwolenników do kinowej kultury? Upadek kultury w państwie PiS jest zatrważający.

    Słowa mają moc. Używanie słów powszechnie odbieranych jako obelżywe w stosunku do pewnych grup społecznych może prowadzić do tragedii. Tak samo jak określenie kogoś mianem „pytona” czy „ryżego”.

    O demonizowaniu i odczłowieczaniu w retoryce wojennej wroga pisał filolog romański i badacz oświecenia, Viktor Klemperer, w dziele Lingua Tertii Imperii.

    PiS, jak się dowiadujemy, planuje wykorzystać panujące zamieszanie, by wymusić emisję swojej 30-sekundowej agitki o „bezpiecznej Polsce” w kinach przed projekcjami filmu Holland, niezwiązanej z oficjalnym finansowaniem kampanii wyborczej.

    Nie zamierzam oceniać filmu, którego nie widziałem. Zasady etyczne nakazują wstrzymanie się od komentowania spraw, które nie są mi dokładnie znane.

    Wiadomo mi jednak, że naziści nazywali Polaków „polskimi świniami”. Echa tego było słychać wśród narodowców, gdy ukazał się komiks „Maus”, w którym Żydzi byli przedstawieni jako myszy, a Polacy jako świnie.

    Panie Prezydencie, po raz kolejny, po kampanii prezydenckiej, sięgnął Pan po argumenty odwołujące się do najgorszych instynktów polskiego społeczeństwa. Wtedy było hasło „nie będą nam w obcych językach mówić, jak mamy żyć”. O tym pisałem tutaj. Dialog z dziełami sztuki może nas uwrażliwiać, otwierać na innych i uczynić bardziej empatycznymi. Podobnie nauka języków to stwarzanie relacji. Jednak trzeba się na nie otworzyć.

    Ps. Ten tekst zmieniony ukazał się w „Tylko świnie siedzą w kinie”. Zatrważający upadek kultury w państwie PiS

  • Dezinformacja — jak na nas wpływa i czym jest?

    Dezinformacja — jak na nas wpływa i czym jest?

    Seminarium magisterskie z dziennikarstwa i komunikacji społecznej na UŁ pod kierunkiem prof. dr hab. Jarosława Płuciennika. Tym razem z udziałem Anny Mierzyńskiej, autorki niedawno wydanej książki pt. Efekt niszczący. Jak dezinformacji wpływa na nasze życie, 2022.

    Zapis albo na YouTube albo w formie podcastu na Spotify (linki poniżej)

  • Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Pegaz na niebie (lic.. Depositphotos)

    Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Kulturoznawstwo, badania nad kulturą, czy też nauki o kulturze i religii mogą wielu kojarzyć się z pięknoduchostwem, chodzeniem do teatru czy też badaniem aktywności kulturalnych, utożsamianych z rozrywką. Kultura i kultura cyfrowa mają bezpośrednie przełożenie na nasze życie całkiem realnie, niekoniecznie rozrywkowo. Zwłaszcza we współczesnym zdigitalizowanym świecie. Dlatego coraz częściej potrzebne są badania interdyscyplinarne, które łączą wiele refleksji i obszarów. I potrzebna jest też taka wielodyscyplinarna edukacja na wielu poziomach. 

    Świetnie to widać w ostatnich historiach związanych z symbolem Pegaza. Kiedyś był on w starożytnej Grecji skrzydlatym koniem, jego imię czasami wywodzono nawet od „boga pioruna”. Kojarzył on się poza tym z mitem mówiącym, iż tam gdzie kopyto Pegaza uderzy, tam powstaje źródło. Potem przez wieki był to synonim natchnienia poetyckiego. Kiedyś w Polsce kultowego charakteru nabrał telewizyjny magazyn kulturalny, program publicystyczny w dawnej TVP pt. Pegaz (powstał w 1959 r.). Dzisiaj Pegasos przywołuje na myśl przede wszystkim system szpiegujący, Pegasus, który faktycznie kojarzy się z otwieraniem źródeł, jednak nie wody, ani natchnienia, tylko informacji. Bo Pegasus jest bardzo niebezpiecznym narzędziem pozwalającym inwigilować urządzenia mobilne głównie korzystające z systemów iOS oraz Android (inwigilacja, to nie to samo co podsłuch). Zainfekowane smartfony stają się uszami i oczami szpiegującymi wszystko co naokoło. A my mamy go przy sobie 24 godzin 7 dni w tygodniu. Bo ludzie śpią ze smartfonami. Nie tylko z żonami, mężami, kochankami, parter(k)ami. 

    „Citizen Lab”, czyli w wolnym tłumaczeniu „laboratorium obywatelskie” zostało założone na Uniwersytecie w Toronto, aby badać zagrożenia wynikające z dominacji kultury cyfrowej dla demokracji. Można powiedzieć, że współczesna kultura cyfrowa umożliwia rażące naruszenia praw człowieka: wystarczy tutaj na przykład przypomnieć, że przed koszmarną egzekucją Dżamala Chaszukdżi, m.in. dziennikarza the Washington Post, był on wedle ustaleń Business Insider szpiegowany przy użyciu Pegasusa przez saudyjskie służby, te same, które go potem bestialsko zamordowały. (Perper, R.  Edward Snowden: Israeli spyware was used to track and eventually kill Jamal Khashoggi. Business Insider 9.11.2018)

    Citizen Lab, które teraz jest często cytowane jako źródło informacji o inwigilacji polskiej opozycji (Sławomir Nowak, adwokat Roman Giertych, senator Krzysztof Brejza) oraz polskich funkcjonariuszy publicznych (prokurator Ewa Wrzosek) zostało założone przez profesora Ronalda Deiberta przy Szkole Spraw Globalnych i Polityki Publicznej Munka na Uniwersytecie w Toronto. Profesor Deibert jest autorem kilku książek m.in. „Black Code: Surveillance, Privacy and the Dark Side of Cyberspace”; „Parchment, Printing, and Hypermedia” czy „Reset: Reclaiming the Internet for Civil Society”. Jego wpływ na badanie kultury cyfrowej i demokracji jest spory, jeśli liczyć ilość cytowań i występowanie w mediach. Zasiada także w radach redakcyjnych wielu czasopism naukowych. Był nagradzany m.in. za rozpoznanie i łagodzenie „rosnących zagrożeń dla praw do komunikacji, otwartości i bezpieczeństwa na całym świecie”. 

    Z jego badań i publikacji wynika, że kultura cyfrowa łączy zwykłego obywatela z dziennikarstwem. Deibert zajmuje się kulturami dziennikarstwa i kulturą informacji. 

    Profesor Deibert pisze: 

    „Aby przywrócić liberalną demokrację, będziemy potrzebować całkowitej zmiany naszego stylu życia. To oczywiście nie będzie łatwe i nie stanie się z dnia na dzień. Będą się temu przeciwstawiać ogromne siły społeczne, gospodarcze i polityczne. Potrzebna jest zatem kompleksowa strategia długofalowych reform, rozciągająca się od tego, co osobiste do politycznego, od lokalnego do globalnego. Musimy nauczyć się traktować nasze środowisko informacyjne w taki sam sposób, w jaki mamy nadzieję traktować nasze środowisko naturalne — jako coś, nad czym sprawujemy zarząd i wobec czego zachowujemy się w duchu ostrożności i powściągliwości. Jeśli oszczędzanie energii jest rozsądne, oszczędzanie danych może być również rozsądne. Jednocześnie musimy rozwijać systemy edukacji publicznej, w których podstawą jest umiejętność korzystania z mediów, etyka, etykieta i tolerancja.

    W sferze politycznej i prawnej obywatele muszą uzyskać prawo do wiedzy, co firmy i rządy robią ze wszystkimi danymi osobowymi, które tak wytrwale gromadzą.” (Deibert, R. J. (2019). Three Painful Truths About Social Media. Journal of Democracy, 30(1), 25–39.)

    Proponuję, aby minister Czarnek zamiast wprowadzania przedoświeceniowych form wiedzy do szkół (tzn. zabobonów i spiskowych teorii dziejów w nauczaniu historii, np. oświecenia) zaczął intensywnie pracować nad edukacją cyfrową na wszystkich poziomach: od przedszkola po szkoły wyższe. Potrzebne nam są kultury cyfrowe, także kultura bezpieczeństwa cyfrowego. Naukowcy uznają kulturę bezpieczeństwa za jeden z najważniejszych czynników wpływających na zachowanie jednostek w dzisiejszym cyfrowym świecie. Kultura bezpieczeństwa „składa się ze wspólnego wzorca wartości, modeli mentalnych i działań, które są przedmiotem wymiany między pracownikami jakiejś organizacji wpływając na bezpieczeństwo informacji.” Jednak, jak pisze prof. Deibert, kultura bezpieczeństwa może również wykraczać poza organizacje, a różnice w kulturze można zaobserwować między zawodami. Autor podjął kilka badań na przykład nad zawodem dziennikarza i kulturami dziennikarskimi. 

    Nawet jeśli sporo pisano na temat kultur dziennikarskich, czy też na temat kultury w dziennikarstwie, to nie zastanawiano się nad wpływem tych kultur na bezpieczeństwo, kulturę bezpieczeństwa. Z badań Kanadyjczyka wynika, że podstawową rolę także w przyszłości będzie pełniło jakościowe dziennikarstwo, nie media społecznościowe i dziennikarstwo obywatelskie. Na pewno one nie przestaną istnieć, jednak żeby przeciwstawić się „drodze do zniewolenia” powszechnego przez autorytaryzmy, potrzebna jest silna edukacja oraz silne, dobrze opłacane dziennikarstwo jakościowe. „Jak odróżniać dobre dziennikarstwo od teorii spiskowych”, to powinien być jeden z celów nowoczesnej edukacji.

    Obawiam się jednak, że minister Czarnek nie tylko nie posłucha moich rad. On jeszcze bardziej się utwierdzi w tym, że kaganek oświaty jest jego wrogiem. Dlaczego taki wstecznik, zabobonnik i nienawistnik jest tak wysoko postawionym konstytucyjnym ministrem? Ano dlatego, że ten rząd jest antydemokratyczny i antywolnościowy. Temu rządowi nie zależy na edukacji Polaków. Afera z inwigilacją (nie tylko podsłuchami) opozycji politycznej w Polsce nie jest wypadkiem przy pracy. Udało się ujawnić tę aferę, dzięki międzynarodowej współpracy świata akademickiego ze społeczeństwami obywatelskimi.

    Nie mam złudzeń: atak na TVN nie jest przypadkowy, nie miał niczego przykrywać, był prawdziwym zamachem na niezależne dziennikarstwo. Ataki nie ustaną. Zaś Minister Czarnek nie wprowadzi naszej edukacji na salony współczesności — on nas cofnie do średniowiecznego krużganka… Świadczy o tym jego flagowy projekt wciskania kitu, czyli propagandy, który marketingowo został nazwany HiT (Historia i Teraźniejszość). Jest on w istocie uczeniem prawd objawionych PiS i IPN po to, żeby wyrugować wychowanie obywatelskie w postaci WoS. Teraźniejszości tam tyle, ile kot napłakał. Tylko moich synów jakoś mi żal, bo ich ten projekt także dotknie… i w tym momencie mój żal zamienia się w gniew…

    PS. 1 stycznia 2022 artykuł zmieniony ukazał się w Gazeta Wyborcza

  • Sound of Silence. Dla śp. Pawła Adamowicza

    Sound of Silence. Dla śp. Pawła Adamowicza

    Simon and Garfunkel — konto Twitter poświęcone ich piosenkom
    Zdjęcie z oficjalnego konta Twitter śp. Pawła Adamowicza

    5 strof po mniej więcej 7 wersów. Dużo rymów częstochowskich (takich jak creeping/ sleeping, lamp/damp, speaking/ listening, light/ night), choć także bardziej złożonych: brain/ remains, share/ dared. Zatem niby żadna wielka pieśń, wielka poezja, raczej połączenie tradycji rocka i folku, ale siła tego utworu leży według mnie w przeciwstawieniu, w którym z jednej strony mamy pojedyńczość i czułość, z drugiej: wielość i krzykliwość reklam i propagandy. Z początku w październiku 1964 r. utwór był niepozorny, nie zwracał uwagi, aż nagle wystrzelił… w 1965. Remix elektroniczny na singlu został wypuszczony bez wiedzy wykonawców we wrześniu tego roku. A potem w styczniu 1966 numer 1 na listach przebojów!

    W 2012 roku Biblioteka Kongresu USA postanowiła chronić ten utwór jako „kulturowo, historycznie i estetycznie ważne” dziedzictwo narodowe.

    Co ciekawe, pierwotny tytuł tego utworu „Sounds of Silence” (w liczbie mnogiej) znajduje się na albumie zatytułowanym „Środa rano godz. 3:00” wydaje się wskazywać na pierwotny kontekst powstania piosenki, osobiste przeżycia Paula Simona, kompozytora i tekściarza. W pewnym sensie moment życiowego kalendarza określany jako „środa rano godz. 3:00” to przeciwieństwo „Gorączki sobotniej nocy” — środa to środek tygodnia, cicha noc, ciemne uliczki i neonowe światła w tle. Wybranie liczby pojedynczej było naturalnym uznaniem dla symboliczności owego „dźwięku ciszy”: który coś w sobie zawiera, który może być dotknięty, który można „naruszyć”, który jest głęboki jak studnie.

    Przeciwstawień jest więcej w tym krótkim utworze: ciemność – światło, ulotność wizji – trwałość [drzewa], rozmawianie – mówienie, słyszenie – słuchanie, pisanie piosenek – dzielenie się nimi, słowa prorockie – słowa neonowych reklam.

    O czym tak piosenka traktuje? Na pewno można pod jej motywy podstawić bunt przeciwko powszechnej komercjalizacji sztuki i kultury, na pewno jest to protest song przeciwko bezduszności i brakowi odwagi…

    Dlatego mógł być traktowany najpierw jako wielki głos na tle zmowy milczenia po zamordowaniu prezydenta Kennedy’ego w listopadzie 1963 r. Dlatego wszyscy dobrze rozumieli jego ładunek protestu i przerażenia podczas wiecu 14 stycznia 2019 r. w Gdańsku ku pamięci prezydenta Adamowicza (ekspresyjne wykonanie „Sound of Silence” zespołu „Disturbed”). Ten protest jest skierowany przeciwko oficjalnej krzyczącej propagandzie, która próbuje zagłuszyć głos protestu…

    Dzisiaj wykonałem razem z synem Mateuszem (harfa celtycka) „Sound of Silence” dla WOŚP 2021 i dla śp. Prezydenta Pawła Adamowicza. „And no one dared/ disturbed the sound of silence”.

    godz. 13:45 (zegar u dołu strony po lewej) wykonanie Jarosław Płuciennik (śpiew) i Mateusz Płuciennik (harfa celtycka)
  • Greta Thunberg, Margaret Atwood i Orlen?

    Greta Thunberg, Margaret Atwood i Orlen?

    Wizjonerki, zagłada ludzkości i… „Orlen-media”. Margaret Atwood i Greta Thunberg to aktywistki walczące o uznanie konieczności przeciwdziałania katastrofie klimatycznej. Ostatnio połączyła je publikacja w Dagens Nyheter

    Symboliczna Statua Wolności tonie w morzu (symboliczny obraz) (fot. lic. Depositphotos)

    Margaret Atwood, kanadyjska pisarka znana jest ostatnio przede wszystkim ze słynnych wizji „Opowieści podręcznej”, zekranizowanej w serialu HBO od 2017 roku. Atwood jest wizjonerką, bo wykreowała w swojej powieści antyutopię patriarchalizmu ucieleśniającą się właśnie w Polsce — o tym wydaje się świadczyć obecność tych postaci na protestach ulicznych strajku kobiet w Polsce. Kanadyjska powieściopisarka jest także wizjonerką, bo przewidziała w pewnym sensie pandemię jako sposób na eliminację ludzkości. Daleki jestem od spiskowych teorii dziejów, w której mamy „plandemię” zamiast „pandemii”, ale wizja zagłady ludzkości zawarta w Atwoodowej spekulatywnej, jakby antyutopijnej powieści z 2003 roku pt. „Oryx and Crake” jawi się jako prorocza w okresie dwóch kryzysów: klimatycznego i pandemicznego. Jeden z bohaterów powieści Atwood, zwolennik twardej nauki, niejaki Crake, doszedł do wniosku, że ludzkość jest nieodpowiedzialna, i że ziemia nie zasługuje na takiego gospodarza. Szkodników trzeba wyeliminować i najlepszym sposobem jest szybka akcja wywołania sztucznej zarazy, zaś ludzkość trzeba zastąpić genetycznie ulepszonymi wersjami. To jest wizja posthumanistyczna. W tej właśnie powieści występuje gra komputerowa o bardzo znaczącej nazwie Extinctathon. Doczekała się ona już naukowych opracowań, bo napięcie, które rysuje Margaret Atwood w swojej trylogii klimatycznej wynikające z podziału wiedzy na wiedzę stricte naukową oraz na tzw. humanistykę i sztuki prowadzi ludzkość prostą drogą do zagłady.

    Margaret Atwood 3 grudnia 2020, Los Angeles (lic. Jean Nelson, Depositphotos)

    W ten sposób Atwood umieszcza siebie w długiej tradycji, która w pewnym sensie rozpoczęła się na początku XIX wieku w osobie Mary Shelley, autorki „Frankensteina, czyli nowoczesnego Prometeusza.” Co ciekawe, ta niezwykle ważna romantyczna powieść powstała także pod wpływem katastrofy, mianowicie wybuchu wulkanu Tambora w Indonezji w kwietniu 1816 roku. Spowodował on niesamowicie gwałtowne burze w Europie podczas następnego lata w Genewie. Ten wybuch stał się już w popularnej kulturze okołonaukowej najpotężniejszym i najgłośniejszym wybuchem wulkanu w czasach historycznych („Crazy Nauka”). Jak się oblicza, zabił w konsekwencji ponad 70 tys. ludzi i wywołał zimę wulkaniczną na całym globie. To że latem 1816 r. w pewnym sensie nie było lata, nad jeziorem genewskim było mnóstwo deszczu i burz z błyskawicami, uznaje się za okoliczności powstania „Frankensteina” Mary Shelley i „Wampira” Lorda Byrona.

    Wybuch wulkanu (ten z 2016 miał kolosalne znaczenie dla krótkiego oziębienia ziemi)

    Piszę o Atwood, gdyż umieszczono z nią wywiad ostatnio 6 grudnia 2020 roku w Dagens Nyheter w bezprecedensowym numerze największego dziennika szwedzkiego, którego redaktorem naczelnym stała się na jeden dzień 17-letnia Greta Thunberg. Znacząca decyzja redakcji jest olbrzymim czynem medialnym wspierającym gigantyczną karierę szwedzkiej nastolatki. Widać, że za tą karierą idzie agenda wielu, wielu ludzi. W tym samym numerze DN znaleźć można wypowiedzi innego aktywisty reportera Davida Attenborough. Oczywiście, już kiedyś w mediach było podobne wydarzenie, kiedy brytyjski „The Independent” w 2006 zrobił gościnnym redaktorem Bono, no ale wtedy ten nie był już nastolatkiem, miał 66 lat. Damien Hirst artysta plastyk projektował pierwszą stronę tego numeru „No news today”. Sama Greta wcześniej w ubiegłym roku stała się redaktorką programu „Today” w brytyjskim radiu publicznym BBC4.

    Co łączy powieści Atwood z nastoletnią Gretą? Oczywiście aktywistyczne zaangażowanie w kryzys klimatyczny.

    Greta widnieje na okładce jako mała główka na tle zdjęcia z lotu ptaka tzw. „wrót piekła”, czyli krateru Batagaika w Jakucji, z którego wydobywa się od kilku lat pod wpływem ocieplenia klimatu znacznie więcej metanu, co pogarsza jeszcze bardziej sytuację klimatyczną. „Droga do piekła” to nazwa lokalsów, ale wydaje się, że ta ilustracja na okładce stanowi znaczący wybór redakcji z Gretą, która wcześniej apokaliptycznie i proroczo stwierdzała na szczycie ONZ, „świat stanął w ogniu”. (pisałem o tym w najnowszej publikacji po angielsku).

    Zarówno Greta jak i Margaret Atwood łączą tradycje naukowości i humanistyki, próbują łączyć to, co zostało z przez chciwość ludzkości rozdzielone. Na okładce numeru widnieje cytat z Grety:

    „To są fakty, a nie jakaś opinia: Świat się ociepla, wieczna zmarzlina topnieje, a ziemia pęka. 58 stron o kryzysie klimatycznym – i o tym, jak mało jest czasu, aby zmienić bieg zdarzeń”.

    Ale na drugiej stronie młoda aktywistka pisze: „Kryzys klimatyczny jest najtrudniejszym i najbardziej wymagającym wyzwaniem przed którym postawiono ludzkość. Nasza największa nadzieja leży w demokracji i powszechnej edukacji.” W tym kontekście trzeba widzieć rolę mediów. Media powinny pomagać w edukacji i demokracji, bo pozwalają na szybsze dotarcie z informacją. Szkoła już nie wystarczy, wolne i zaangażowane media są jedyną nadzieją.

    Pylony reklamowe ze znakami McDonald’s i Orlenu w Sieganowie, Polska, 20 maja 2020 (lic. Depositphotos)

    I w związku z tym właśnie chciałbym zauważyć, że w Polsce, niestety, ironicznie bardzo brzmi informacja, że media lokalne zostały przejęte przez koncern paliwowy, czyli przez przemysł oparty na paliwach kopalnych współodpowiedzialnych za globalny kryzys klimatyczny. Mariaż mediów i kopalin jest fatalną wiadomością nie tylko dlatego, że ma swój precedens w Gazprom-Media z putinowskiej, niedemokratycznej Rosji. Jest fatalną wiadomością, bo Orlen-Media to jest także Orwell. Jesteśmy już — wedle Reporterów bez granic — w czołówce krajów, w których — po ostatnich wyborach prezydenckich — mamy zagrożenie wolności mediów, bo manipuluje się tzw. mediami publicznymi realizującymi agendę jednej partii (jesteśmy na 68 miejscu na świecie pod względem wolności mediów). Ale jesteśmy też wedle listy Dagens Nyheter najbardziej zanieczyszczającym świat krajem.

    Najbardziej zanieczyszczające kraje świata od 1750 do 2019:

    USA

    Chiny

    Były ZSRR

    Niemcy

    Wielka Brytania

    Japonia

    Indie

    Francja

    Kanada

    Polska

    (Dagens Nyheter 06.12.20, s. 15)

    Dlatego to fatalna wiadomość, że będziemy mieli w Polsce media lokalne podporządkowane interesom lobby paliw kopalnych. Orlen-Orwell.

    PS. Nieco zmieniona wersja tego artykułu ukazała się 12 grudnia 2020 w Gazecie Wyborczej (tekst tutaj).

    Pomnik George’a Orwella przed siedzibą BBC Broadcasting House w Portland Place, Londyn, ok. września 2019 (fot. lic. Depositphotos)
  • Wrogowie wiedzy i wiedzoodporność

    Wrogowie wiedzy rozpowszechniają fałszywe wiadomości, powodują dezinformację i cieszy ich wiedzoodporność.

    Andy Borowitz 12 maja 2015 r. w New Yorkerze napisał, że ziemia jest według najnowszych badań zagrożona specjalnym rodzajem stworzeń: faktoodpornymi ludźmi. Badania przeprowadził zespół z Uniwersytetu Minnesota, a kierował nim Davis Logsdon. Trzeba od razu zaznaczyć, że doniesienie znalazło się na łamach New Yorkera, nie The New York Timesa oraz, że Andy Borowitz to znany amerykański komediant i humorysta, zaś Rektor Uniwersytetu Minnesota, dziękując Andy’emu Borowitzowi za wspomnienie jego uniwersytetu jednocześnie zaprzeczał, że Davis Logsdon istnieje i że prowadził w jego uczelni badania.

    Jednak sam koncept „faktoodporności” jest niezwykle ciekawy, bo wskazuje na zjawisko szersze: „wiedzoodporność”. Pisze o tym w znakomitym eseju książkowym Åsa Wikforss pt. Alternativa fakta. Om kunskapen och dess fiender (Fakty alternatywne. O wiedzy i jej wrogach, Fri Tanke, Stockolm 2019). Nie tutaj miejsce, aby opisywać, co jest wiedzą, a co nie, jednak interesujące dla mnie jest odniesienie nie tylko do „alternatywnych faktów” ekipy Donalda Trumpa, ale całościowe podejście do postmodernistycznego przekonania, że prawda jest całkowicie względna i uzależniona od punktu widzenia. W realnym świecie sprowadza się ten pogląd — wywodzący się nota bene z perspektywizmu Nietzscheańskiego — do przekonania, że istnieją jedynie poglądy, przekonania i opinie, oraz że faktom można przeciwstawić zawsze fakty alternatywne. Jako kognitywista często w przeszłości byłem konstruktywistą językowym i uważałem, że olbrzymią rolę odgrywają narracje o rzeczywistości, choć z drugiej strony zawsze byłem także zwolennikiem ucieleśnienia znaczenia, a co za tym idzie, ucieleśnienia prawdy i przekonania. Dlatego przekonuje mnie zarówno Steven Pinker, który namawia świat współczesny do porzucenia perspektywizmu Nietzscheańskiego i jego nihilizmu w książce „Nowe oświecenie” (pol. 2018), jak i Timothy Snyder, który przestrzega w książeczce „O tyranii” (2017) oraz „Drodze do niewolności” (2019)  przed kłamstwem autorytaryzmów wszelakich. Moim zdaniem, jako ludzie odpowiedzialni i myślący, powinniśmy wsłuchiwać się w to, co mają nam do powiedzenia badacze kłamstw tyranów tacy jak Hannah Arendt (Korzenie totalitaryzmu, prwd. 1951), George Orwell (1984, prwd. 1949), Viktor Klemperer (LTI, Lingua Tertii Imperii, prw. 1947), Michał Głowiński (o języku PRL), czy ostatnio u nas Katarzyna Kłosińska i Michał Rusinek.

    Åsa Wikforss, szwedzka filozofka i nowa członkini Akademii Szwedzkiej, fot. Jesper Sandström [CC BY 4.0]

    Åsa Wikforss niedawno została przyjęta do Akademii Szwedzkiej i zajęła fotel nr 7 wcześniej zajmowany przez przewcześnie zmarłą Sarę Danius (pierwszą damą tego fotela była Selma Lagerlöf od 1914 r.). Z tej okazji nowoprzyjęta członkini akademii — jak zwyczaj każe — wygłosiła przemowę (przedrukowaną zarówno przez Dagens Nyheter, jak Svenska Dagbladet 20 grudnia 2019 r.). W tej przemowie zwróciły w sposób szczególny moją uwagę dwa akapity:

    „Niezależnie od tego, jak zaawansowani jesteśmy pod względem poznawczym, wiemy, że samotne myślenie jest kruche: łatwo nas podniecają zakorzenione błędy w myśleniu, łatwo mylą emocje. Potrzebujemy siebie nawzajem do korygowania uprzedzeń i błędów, ale także do przestrzegania norm ludzkiego współistnienia i dążenia do lepszego świata. Łatwo jest się zniechęcić, kiedy dziś rozglądamy się po świecie, ale z czasem dostrzeżemy nasz rozwój moralny, na przykład w tym, jak traktujemy kobiety i dzieci, odnosimy się do ludzi z innych kultur lub patrzymy na przestępczość i kary. Musimy być wdzięczni za ten rozwój otwartego społeczeństwa i jego instytucji.

    Ważne jest, aby pamiętać o tym w czasach, gdy coraz częściej jego wrogowie kwestionują wiedzę. Rozpowszechniają oni nie tylko dezinformację, która zniekształca nasze myślenie, zniekształca nasze dziedzictwo kulturowe i sprawia, że ​​wierzymy, że pewne grupy ludzi są bardziej godne od innych. Dotyczy to także instytucji wspierających wiedzę i demokrację: wolność badań naukowych, niezależne media i sądownictwo, muzea i biblioteki. W wielu krajach na całym świecie, również w naszym pobliżu, demokracja jest demontowana przez stopniowy demontaż instytucji społeczeństwa demokratycznego. Mówi się w nowym języku i rozpowszechnia przekonanie, że wszyscy mają swobodę mówienia czegokolwiek, a jednocześnie celowo podważa się instytucje, które są nam niezbędne do prawdziwej wolności myślenia i działania.” (przekł. mój JP)

    Warto wskazać, że szwedzka akademiczka na pewno ma na myśli także i Polskę, w której trwa atak propagandowy na wszystkie wykształcone elity: gdziekolwiek one jeszcze są, w uczelniach, teatrach, muzeach, sądach, szpitalach, szkołach i mediach. Często gorzej wykształceni krytykują ekspertów i lekceważą np. opinie dziekanów wydziałów prawa uniwersytetów polskich, czy uchwały różnych rad wydziałów. Temu zjawisku — powszechnie pokazywanej przez świat polityki pogardy dla wiedzy — towarzyszy owa „wiedzoodporność” tzw. szerokich rzesz. No i specjalnie tworzony język, który nazywa te niewygodne elity właśnie „elitami”, „elementem animalnym”, „gorszym sortem”, „kastą”, „kolesiami”, „mordami zdradzieckimi”, „przemysłem pogardy”, „ubekami”, „kodomitami” itp. itd.

    dr hab. Katarzyna Kłosińska w 2019 r. By Adrian Tync – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=75821753
    dr hab. Michał Rusinek By Adrian Grycuk – Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=83069286

    O tym właśnie nowym języku traktuje u nas nowo wydana książka prof. Katarzyny Kłosińskiej, przewodniczącej Rady Języka Polskiego i prof. Michała Rusinka, członka Rady Języka Polskiego. Książka nosi tytuł „Dobra zmiana.*czyli jak się rządzi światem za pomocą słów”. (Znak, Kraków 2019). „Alternatywne fakty” jako zastępnik zwykłego kłamstwa propagandy ekipy Trumpa to jest wierzchołek góry lodowej w słowniku samego Trumpa, jednak demokracja amerykańska jeszcze nie jest tak zagrożona, bo MABENA jest w niej niemożliwa na taką skalę, na jaką jest możliwa w Polsce. MABENA to jest jedno ze słów ujętych w książce-słowniku wydanym przez Kłosińską i Rusinka. Słownik zawiera 200 słów „dobrozmianowej nowomowy”, ułożonych w 69 hasłach głównych. Językoznawczyni i badacz retoryki (w uproszczeniu takie są także tych autorów role społeczne) zajmują się współczesnym językiem polskim dyskursu publicznego w Polsce po 2015 r. MABENA, czyli „Maszyna Bezpieczeństwa Narracyjnego” miała być wedle prof. Andrzeja Zybertowicza takim oficjalnym specjalnie konstruowanym językiem do narracji o współczesnej Polsce — miał on służyć nade wszystko PR-owi zewnętrznemu, czyli pokazywać „zagranicy” właściwe znaczenie, tego, co się dzieje w Polsce. Sami autorzy książki „Dobra zmiana” piszą, że projektowana przez Zybertowicza i jego zwolenników w prorządowych mediach MABENA nie jest fikcją, że cała ich książka świadczy dobitnie o tym, iż MABENA już działa, to jest inaczej mówiąc machina propagandowa rządu „dobrej zmiany”, to właściwy „przemysł pogardy”. Polecam wszystkim tę książkę, nie tylko filologom wszelkiej maści, ale nade wszystko ludziom zatroskanym o prawdę. To prawda, że „język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie”, jak pisał kiedyś Adam Mickiewicz w „Wielkiej Improwizacji” w „Dziadach”, jednak na gruncie eksperckim słowo ciałem się staje, bo przecież wynalazki techniczne biorą się z odkryć naukowych, zaś wiedza medyczna leczy ludzi z chorób. Humanistyka jest konieczna, aby uczyć ludzi nie tylko krytycznego myślenia, ale także logiki i szacunku dla prawdy w dyskursie publicznym. Jeszcze nie ma u nas ludzi odciętych od bibliotek publicznych, jak za czasów Viktora Klemperera w III Rzeszy niemieckiej, kiedy Żydom nie wolno było pożyczać książek z bibliotek. Jeszcze nie ma książek wyłącznie dla Polaków, choć przecież noblistka Olga Tokarczuk jest już wyraźnie wedle MABENY (czyli „przemysłu pogardy dobrej zmiany”) antypolska, polakożercza i w ogóle — politycznie podejrzana. Jeszcze nie pali się książek przeciwników politycznych, jak miało to miejsce w III Rzeszy, choć incydent z urojonymi przeciwnikami religijnymi („Harry Potter”) już miał miejsce, ale Minister Kultury i wielu za nim, mogą z dumą podkreślać, że nie doczytali, albo że nie czytali w ogóle. Pogarda wiedzy i wiedzoodporność. Pogarda dla kultury (politycznej poprawności) i kulturoodporność. Pogarda dla uniwersytetu i wykształcenia. A nam pozostaje czułość i uważna lektura.

    Londyn Reklama Billboard Roberta Iceka i teatralnej adaptacji Ducan Macmillan z George Orwella 1984 w dniu 30 maja 2015 w Londynie, UK, fot. Depositphotos

    Jarosław Płuciennik