Publikacje naukowe w prestiżowych czasopismach to według wielu naukowców nieetyczne drenowanie świata akademickiego
Artykuł autorstwa Arasha Abizadeha, opublikowany w dzisiejszym (14.08.24) „The Guardian”, krytykuje komercyjne wydawnictwa akademickie za ich olbrzymie zyski osiągane kosztem uniwersytetów i naukowców. Pięć największych wydawnictw, takich jak Elsevier i Wiley, generuje miliardowe przychody i zyski, sięgające nawet 40%. Dzieje się tak mimo faktu, że to naukowcy wykonują większość pracy związanej z produkcją artykułów – prowadzą badania, piszą artykuły, recenzują je i redagują, często bez żadnego wynagrodzenia.
Uniwersytety, które finansują badania i płacą naukowcom, muszą następnie wydawać ogromne sumy, aby uzyskać dostęp do wyników tych badań, co prowadzi do trudności finansowych wielu instytucji. Tymczasem wielu badaczy i ogół społeczeństwa nie ma dostępu do kluczowych badań, ponieważ są one ukryte za płatnymi ścianami.
Abizadeh, jako redaktor czasopisma „Philosophy & Public Affairs”, wraz z innymi redaktorami zdecydował się na rezygnację z dotychczasowej współpracy z komercyjnymi wydawcami, by stworzyć nowy, otwarty na wszystkich i darmowy model publikacji w ramach Open Library of Humanities. Nowe czasopismo będzie funkcjonować na zasadach „diamentowego” dostępu otwartego, co oznacza brak opłat zarówno dla autorów, jak i czytelników.
Abizadeh podkreśla, że chociaż istnieje możliwość stworzenia bardziej sprawiedliwego systemu publikacji, to akademicy są często zmuszeni do publikowania w uznanych, komercyjnych czasopismach z powodu presji związanej z rozwojem kariery. Wzywa on do kolektywnej zmiany i wsparcia dla nowych modeli publikacji, które będą bardziej dostępne i etyczne, co przyczyni się do walki z dezinformacją i propagandą w przestrzeni publicznej.
Miary, liczby, parametry w nauce są ważne, ale nie najważniejsze. Jeszcze bardziej jest to widoczne w świecie kryzysów. Pandemia a jakość i rzetelność badań naukowych i otwarty dostęp to są ważne tematy.
Fot. szkiełka i oka (z zasobów licencji Depositphotos)
Wczoraj 16 lipca 2020 ukazała się bardzo ważna praca dotycząca oceny pracy naukowców „Zasady oceny naukowców z Hongkongu: wspieranie rzetelności badań naukowych”. Głównym autorem jest David Moher, irlandzki epidemiolog i badacz w Ottawa Hospital Research Institute (OHRI), gdzie jest także dyrektorem Centre for Journalology oraz kanadyjskiego Centrum EQUATOR. Jest także profesorem nadzwyczajnym i szefem badań uniwersyteckich na Uniwersytecie w Ottawie. Jest nadzwyczajnie często cytowany.
Konto na Twiterze Davida Mohera, autora omawianego artykułu
Opublikowane zasady oceny naukowców są istotne także dla Polski między innymi dlatego, że nie tylko w Polsce dominuje pogląd, iż najważniejsze są parametry oceny takie jak cytowalność i obecność w wysoko punktowanych czasopismach. A równie ważna jest rzetelność naukowa mierzone właśnie tymi zasadami, których formułowanie zajęło zespołowi Davida Mohera kilka lat. Ale owe zasady wieńczą długi proces otwierania nauki, który najpierw był domeną fascynatów, teraz jednak w świetle przyjętych przez przeważającą liczbę grantodawców zasad, dotyczy już każdego naukowca, a nie jest tylko sprawą dodatkowego hobby, polegającego na dzieleniu się własnymi dokonaniami za darmo z całym światem. Zasady z Hongkongu ewoluowały z projektów rozesłanych do 700 uczestników WCRI (VI Światowa Konferencja o Rzetelności Badań). Późniejsza wersja, przesłana po konferencji w czerwcu 2019 r., przyciągnęła uwagi ponad 100 osób. Konferencja organizowana była przez CODE (Code of Conduct for Editors), stowarzyszenie założone przez Mike’a Farthinga (Gut), Richarda Smitha (BMJ) i Richarda Hortoan (The Lancet) w kwietniu 1997 r.
Tabela ze wskaźnikami odpowiedzialnych praktyk badawczych z cytowanego artykułu zespołu Mohera
Jak pisze o tej publikacji John Ross w Times Higher Education (https://www.timeshighereducation.com/news/key-role-institutions-new-research-integrity-guidelines), od czasu pandemii Covid-19 rośnie świadomość, że otwartość ma kolosalne znaczenie dla ludzkości, badacze SARS-CoV-2 oraz choroby z z wirusem tym związanej COVID-19 czerpali ze wszystkich dostępnych zasobów dla naukowców w wielu krajach. Jednak to uwydatniło potrzebę podwojenia rzetelności badań, bo udostępniane artykuły i materiały badawcze mogą wpływać na los ludzkości w sensie bardzo konkretnym, nierzetelność i nieuczciwość w tych publikacjach może powodować tragedie i katastrofy. David Moher powiedział THE, że pandemia rzuciła światło na niektóre „bardzo niefortunne praktyki badawcze”, które doprowadziły do wycofania artykułów. Wyniki badań dotyczące Covid-19 były utrzymywane w tajemnicy, mimo że zobowiązanie do udostępniania danych zostało podpisane przez Wellcome Trust i ponad 150 innych organizacji.
Na tym tle właśnie trzeba spojrzeć na zaangażowanie w otwarty dostęp publikacji i materiałów badawczych widoczne w przyjętych na konferencji „Zasadach z Hongkongu”, które mogą zostać zatwierdzone i wdrożone we wszystkich instytucjach, niezależnie od ich kondycji finansowej. To dotyczy zarówno grantodawców, jak redakcji i wydawców książek i czasopism, czy uczelni na całym świecie.
Jak pisze Jim McCluskey 17 lipca 2020: „Haydn napisał 107 symfonii, a Beethoven stworzył tylko dziewięć – chociaż większość z nas potrafi nucić co najmniej jeden z utworów Beethovena, niewielu może sobie przypomnieć którykolwiek z utworów Haydna. Na tym zasadniczo polega problem z wykorzystaniem liczb do pomiaru unikalnej wartości czegoś tak złożonego, jak to, co wyłania się z ludzkiej wyobraźni.”
Stąd poparcie takich inicjatyw jak DORA San Francisco Declaration on Research Assessment z 2012 r.
Opublikowane przez zespół Mohera zasady (jest ich pięć) zwracają uwagę na czynniki zbyt często pomijane w ocenach pracy naukowców opartych na miarach i parametrach takich jak punktowane publikacje, indeksy cytowań, czy wysokość grantów badawczych. Moher stwierdza, że „kryteria ilościowe są łatwe do zmierzenia, nie dają pełnego obrazu rygoru pracy naukowców ani ich wkładu w badania i społeczeństwo”.
Zasada 1: Oceniaj badaczy pod kątem odpowiedzialnych praktyk od koncepcji do realizacji, w tym opracowanie pomysłu badawczego, projekt badań, metodologia, wykonanie i skuteczne rozpowszechnianie. Zasada 2: Doceniaj dokładne i przejrzyste raportowanie wszystkich badań, niezależnie od ich wyników. Zasada 3: Doceniaj praktyki otwartej nauki (otwarte badania) – takie jak otwarte metody, materiały i dane. Zasada 4: Doceniaj szeroki zakres badań i stypendiów, takich jak replikacja, innowacje, tłumaczenie, synteza i meta-dane. Zasada 5: Doceniaj szereg innych wkładów w odpowiedzialne badania i działalność naukową, takich jak wzajemna ocena dotacji i publikacji, mentoring, pomoc i wymiana wiedzy
Zasady z Hong Kongu podkreślają wartość otwartego dostępu – do metod, materiałów i danych, a także publikacji – oraz różnych form badań, w tym replikacji, innowacji, tłumaczenia, syntezy i metadanych. Podkreślają również znaczenie wzajemnej oceny, mentoringu, pomocy i wymiany wiedzy.
W tym kontekście jest dla mnie dużym wyzwaniem pytanie, czym są dane badawcze dla humanistyki. Wydaje mi się, że potrzebna jest nad tym szeroka dyskusja. Jako naukowiec zajmujący się ostatnio także badaniem jakościowym nie mogę nie zauważyć, że rzetelność w tym względzie nakazałaby np. Bronisławowi Malinowskiemu opublikować jego „Argonautów”, ale nie wystarczyłoby załączenie wspaniałych zdjęć terenowych Malinowskiego w otoczeniu tubylców, potrzebne byłoby także opublikowanie jego skrywanego przez długi czas dziennika… To jest prawdziwe wyzwanie. No i pytanie, czy faktycznie repozytoria nasze instytucjonalne są gotowe na przyjęcie tej masy danych w postaci notatek, zdjęć, filmów, dźwięków…
Fotografia Bronisława Malinowskiego w otoczeniu tubylców, przykład łączenia w działalności naukowej publikacji nie tylko wyników badań, ale także dokumentacji fotograficznej badań w terenie (zdjęcie na prawach CC, wikipedia. Picture of Bronislaw Malinowski with natives on Trobriand Islands. Między 10.1917 a 10.1918. Źródło London School of Economics Library Collections. Autor nieznany, prawdopodobnie Billy Hancock, poławiacz pereł na wyspach Triobrianda)
Właśnie dzisiaj też prof. Monika opublikowała apel na Facebooku do młodych naukowców, żeby za bardzo nie ufali miarom ilościowym.
Napisała:
„Niektórzy polscy uczeni, szczególnie młodzi, oczekują, że parametryzacja w jakiś sposób zobiektywizuje pracę na uczelni, że ich wysiłek zostanie dostrzeżony i doceniony dzięki zaistnieniu obiektywnych miar. Niedługo dowiedzą się, że są to nadzieje wybitnie płonne. Być może dowiadują się o tym w tej właśnie chwili. Parametry zostały stworzone dla zarządów (i dla administracji). Trudno się dziwić, że zarządy wykorzystują je dla swoich własnych celów, na swój sposób. Normalną praktyką jest więc „wysysanie punktów” – zatrudnia się naukowca z duża ilością punktów, wpisuje takowe w odpowiednie zestawienia, po czym pracownika się marginalizuje, zniechęca czy wręcz mobbinguje (by nie zyskał zbyt wiele władzy środowiskowej i nie zagroził ich pozycji). Dodać należy, że zarządy nic nie tracą w ten sposób, bo publikacje niemal zawsze przychodzą falami, czyli na „punkciki” uzyskane w jednym roku pracuje się ok 5 lat (lub więcej, jeśli badania jakościowe). Fazy są mniej więcej takie badania (gdy pisze się mniej), pisanie, przerabianie, wysyłanie do pism, odrzucenia, zmiany, wreszcie akceptacje. Więc takie przechwycenie pracownika skonsumowanie go i wydalenie nic nie kosztuje pracodawcę ,to jest dla zarządu czysty zysk (po pięciu latach i tak ich już na uczelni nie będzie – menedżerowie akademiccy z „największymi sukcesami” dbają o to, by po max 5 latach przenieść się dalej). (na fazy publikacyjne jest jeden sprawdzony sposób samoobrony – zmiennofazowe współautorstwo, ale w Polsce system silnie o tego zniechęca). Polskie zarządy akademii wiedzą to wszystko równie dobrze, jak zarządy z innych krajów. Owszem, mamy na wielu uczelniach władze zainteresowane budowaniem środowiska raczej, niż „osiąganiem sukcesów” – i przepowiadam, że już pod koniec roku kalendarzowego będziemy widzieli bardzo wyraźnie którzy to rektorzy, dziekani, dyrektorzy instytutów. Jeśli zachowamy przytomność umysłów, powinniśmy tę wiedzę natychmiast wykorzystać dla wzmocnienia prawomocności tych osób/ kolegiów. I zmniejszenia prawomocności pozostałych. Mamy nadal taką możliwość i powinniśmy spędzić najbliższe pół roku zdobywając więcej wiedzy na jej temat. Przerażonym tymi wieściami niosę dobrą radę – uczcie się koniecznie zarządzania, a będziecie wiedzieć takie rzeczy, zanim zniszczą Wam CV, zdrowie i szacunek do siebie! I tak, istnieją lepsze, bardziej dostosowane do formy organizacyjnej jaką jest uniwersytet, sposoby zarządzania. Koniecznie, koniecznie uczmy się zarządzania.”
Konferencje… dlaczego one są ważne w życiu naukowym?
MOSCOW – FEBRUARY 28: People on conference. Licencja Depositphotos
Konferencja naukowa, czasami zwana uczenie sympozjum, od dawien dawna stanowiła instytucję uzupełniającą uniwersytetu, a właściwie była stanowiła platformę umiędzynarodowienia i otwartości na to, co ponadlokalne. Wraz z czasopismami i sieciowymi miejscami wymiany tzw. pre-printów konferencje są niezwykle istotną platformą wymiany informacji między uczonymi.
Konferencje zmieniają swoją formułę. Pamiętam jeszcze zamierzchłe czasy, kiedy czas na prezentację referatu był rozciągliwy aż do godziny, dzisiaj format jest krótszy (20-30 minut), bardziej pilnuje się czasu wystąpienia, dominują prezentacje multimedialne (zazwyczaj w PowerPoincie), coraz mniej czasu pozostawia się uczonym na dyskusję. No ale ciągle mamy kuluary i obiady konferencyjne, w których można wciąż widzieć tradycje antycznych sympozjonów, podczas których prowadzi się ważne i pouczające dialogi, stanowiące jakościowy wymiar życia naukowego.
Współcześnie jednak coraz częściej organizacja konferencji naukowych o gigantycznych rozmiarach przekazywana jest wielkim firmom zarządzającym, które świetnie organizują, ale niewiele rozumieją z delikatnej tkanki życia naukowego. Efekt jest taki, że odbywają się wspaniałe, olbrzymie, bardzo medialne i głośne konferencje, na które stać jedynie nielicznych. (pomijam tutaj ewidentnie patologiczne zjawisko tzw. drapieżnych konferencji)
John Ross w THE, 12 listopada 2019 r. wskazuje na patologiczność tej sytuacji w rozmowie z profesorem Christopherem Pakarierem (Waseda University, Tokyo, Japonia): opłata rejestracyjna może nawet sięgać 1000 dolarów, co sprawia, że tylko bardzo bogate instytucje mogą wysyłać tam swoich reprezentantów zazwyczaj już mocno osadzonych w dyscyplinach i specjalnościach. Innymi słowy: młodzi i początkujący badacze nie mogą sobie pozwolić na takie konferencje, a tym samym wykluczani są oni z naturalnego obiegu naukowego. Nauka przy tym, śmiem twierdzić, traci nie tylko dlatego, że młodzi (np. doktoranci) nie mogą uczyć się od starych, ale że starsi tracą kontakt z najświeższym, nieszablonowym spojrzeniem młodych. Profesor Pokarier wskazuje na świetną organizację ostatniej konferencji, w której uczestniczył, ale jednocześnie opisuje, jak bardzo przypomina ta sytuacja rodzaj akademickiego apartheidu, opartego na biznesie i bogactwie finansowym.
W polskim kontekście nasuwa się jeszcze jeden wniosek: według standardów parametryzacyjnych przyjętym w Polsce przez „reformę Gowina” najważniejsze są publikacje naukowe w czasopismach wysokopunktowanych na liście ministerialnej. Nieistotne są konferencje i prokonferencyjne publikacje, bo tylko czasopisma się liczą. Jestem w stanie zrozumieć ten trend w sytuacji, kiedy konferencje są organizowane lub objęte patronatem przez czasopisma. To już się dzieje. Ale fakt przejmowania przez outsourcing zarządzający organizacje konferencji naukowych może mieć naprawdę fatalne skutki dla nauki. Zwłaszcza w badaniach jakościowych (humanistyka, nauki społeczne) swobodna wymiana myśli, kontakt z nestorami oraz gwiazdami dziedziny i dyscypliny ucierpią niezwykle na profesjonalizacji konferencji. Zgadzam się z wnioskiem Johna Rossa, który wspiera japońskiego profesora, że konferencje powinny raczej stać się elementem kultury otwartości nauki i uniwersytetu. Niestety, żaden z nich nie wskazuje, jak tego dokonać. Chyba jednak trzeba zorganizować konferencję, jak organizować konferencje… Otwórz swój umysł! Uwolnij swój umysł!
PS. Profesor Pokarier komentuje na swoim blogu próby profesjonalizacji życia naukowego przez filmik Monthy Pytona, załączam poniżej:
Wyznania bardzo płodnej Pani profesor. Jeszcze jeden argument za otwartym dostępem do nauki
Kathryn M. Rudy opublikowała ostatnio (29.08.19) opinię w Times Higher Education pt. The true costs of research and publishing, a jest profesorem historii sztuki na University of St Andrews. Jej najnowsza książka to Image, Knife i Gluepot: Early Assemblage in Manuscript and Print (2019). (Twitter autorki to https://twitter.com/katerudy1)
Kathlyn Rudy podczas wykładu TED w 2013 r. (zrzut ekranu)
Opisując detalicznie, czym się zajmuje, trzeba wskazać, że jest historykiem rękopisów i że ceni się ją za niezwykle „śledcze” podejście do średniowiecznych książek, jest w tym obszarze pionierem wykorzystania najnowszych technik, w postaci densytometru do pomiaru brudu, jaki pierwotni czytelnicy zdeponowali w widzianych przez siebie książkach.
Medical imaging center in Paris, France. Badanie densytometryczne kości kobiety
Jest członkiem Royal Society of Edinburgh. Opublikowała pięć
książek (szóstka w drodze) i regularnie publikuje w najlepszych czasopismach
naukowych. W 2013 roku wygłosiła mowę na TED na temat tajnego życia rękopisów
(na przykład o zanieczyszczaniu rękopisów poprzez całowanie ich przez mnichów).
Zaczyna swój artykuł o tego, że „im bardziej jej działania
kończą się sukcesem, tym biedniejsza się staje”. A to wszystko przez
koszty badania oraz publikowania:
1) Podróżowanie do archiwalnych, unikalnych zasobów w celu
podjęcia oryginalnych badań średniowiecznych rękopisów. Tutaj podaje choćby
jeden przykład – w jednej ze swoich książek z 2017 publikuje dużo kopii rękopisów,
zaś musiała odbyć ponad 550 podróży do 163 pojedynczych repozytoriów średniowiecznych
rękopisów.
2) Kupowanie fotografii wysokiej jakości.
Tutaj ciekawostka i polonicum: „Na przykład w
bibliotece diecezjalnej we Wrocławiu w Polsce musiałam zapłacić za przywilej
korzystania z aparatu dużą gotówkę i wręczyć ją księdzu odpowiedzialnemu za
archiwum.”
3) Uiszczenie opłaty rejestracyjnej, koszty zakwaterowania i
podróży w celu udostępniania badań na konferencjach. Autorka pisze o 2
konferencjach w roku bardzo istotnych dla jej badań, podkreśla, że uczestnictwo
w żywej debacie naukowej jest nieocenione i nie można tych kosztów zredukować.
4) Kupowanie obrazów w wysokiej rozdzielczości do
publikacji.
5) Płacenie za przechowywanie (archiwizację) danych.
6) Płacenie opłat za prawa autorskie.
7) Dostarczenie bezpłatnych egzemplarzy książek dla lepszej
dystrybucji i promocji (autorka wspomina o siedemdziesięciu kilku
egzemplarzach, które musiała w celach promocyjnych zakupić sama).
8) Płacenie za opłaty produkcyjne. (Wydawanie książek)
Kathryn Rudy wykazuje, że wsparcie państwowej instytucji, w
której jest zatrudniona pokrywa jej koszty w niewielkim procencie. Resztę musi
pokryć z własnej pensji.
Autorka kończy odpowiedzią na pytania, co można zrobić…
„Jeśli uniwersytety rzeczywiście chcą promować badania
humanistyczne, muszą dostosować finansowanie do kosztów. Instytucje amerykańskie
zapewniają swoim profesorom znacznie więcej funduszy na badania. Jeśli chcemy
dotrzymać im kroku na arenie światowej, potrzebujemy większego dostępu do
zasobów.” Pisze to szkocka profesorka, która na pewno nie jest
wynagradzana w Polsce.
„Instytucje będące w posiadaniu zbiorów
ikonograficznych powinny przemyśleć swój cel. Nigdy nie mogą mieć wystarczającej
wiedzy specjalistycznej, aby w pełni zbadać wszystkie swoje zasoby. Powinni być
wdzięczni uczonym, którzy wykorzystują swoją wiedzę, aby propagować ich
zbiory.” Wniosek: pozwolić publikować w otwartym dostępie za darmo. Te
instytucje „powinny również umożliwiać naukowcom tworzenie fotografii do
badań i tworzenie obrazów o wysokiej rozdzielczości do publikacji po niskich
kosztach.”
„Publikacja cyfrowa jest po prostu najbardziej wydajnym
i opłacalnym sposobem na rozpowszechnianie pomysłów na świecie. Musimy w pełni
uzasadnić publikację cyfrową, internetową i recenzowaną oraz wprowadzić w życie
normę. Musimy stworzyć świat, w którym młodzi ludzie będą publikować w
Internecie, bez obawy, że zaszkodzi to ich karierze.” Nie mogę się nie
zgodzić z takim wnioskiem. Otwarty dostęp jest jedyną przyszłością nauki. Świadczy
o tym fakt, że duże firmy inwestują olbrzymie sumy w badania naukowe, w których
głównym punktem jest wymóg publikacji
wyników badań z pominięciem najważniejszych czasopism z subskrypcjami.
No i pojawia się wymóg publikacji materiałów badawczych. W sytuacji
specjalistycznej dyscypliny Kathryn M. Rudy publikacja zasobów archiwalnych
jest priorytetem. Oczywiście, wszyscy badacze przeszłości muszą tym samym pożegnać
się ze szczególnym romantyzmem autopsji:
„a przecież kupowałem w salonach sztuki
pudry mikstury maście
szminki na szlachetność
przykładałem do oczu marmur zieleń Veronesa
Mozartem nacierałem uszy
doskonaliłem nozdrza wonią starych książek” (Pan Cogito
obserwuje swoją twarz, Pan Cogito 1974)
W momencie zaistnienia kultury cyfrowej, kultura analogowa musi się coraz bardziej wycofywać. Na razie nie ma powszechnej świadomości, że kultura cyfrowa może także przyczyniać się do ocieplania klimatu (potrzeba olbrzymiej masy energii). Na razie chyba jednak koszty lotów na konferencje, pobytów w archiwach znacznie przewyższają ślad węglowy publikacji online. Tylko jeszcze potrzeba przemyślenia, jak utrzymać wysoką kulturę konferencji naukowych, bo autentyczna debata sympozjonów jest nie do zastąpienia wideokonferencjami. Tak czy owak, uważam, iż ostatnia publikacja z THE z opinią Kathryn Rudy jest świetnym argumentem za otwieraniem nauki na oścież, łącznie z materiałami badawczymi także w humanistyce.
Warto zauważyć, że nowa zmiana w szkolnictwie wyższym nijak nie odpowiada na wyzwania współczesności, nijak nie odpowiada na pytania zawarte w tej publikacji wybitnej profesorki historii sztuki.
Open education concept. Getting education online. Study in the internet. Idea of e-learning. People sitting on the pile of books. Flat vector illustration
Właśnie ukazał się artykuł w Times Higher Education na temat arcyciekawego projektu amerykańskiego nazwanego Open Sylabus Project (OSP)
Projekt polega na zgromadzeniu milionów sylabusów kursów, aby przekonać się, które pozycje bibliograficzne są najbardziej popularne w ponad 80 krajach.
W projekcie używa się nie tylko olbrzymich baz danych otwartych zasobów uniwersyteckich (przeszukiwanych przez roboty), ale także indywidualnych zgłoszeń samych akademików. Projekt jest zarządzany przez organizację pożytku publicznego The American Assembly, która jest afiliowana przy Columbia University. Wyniki badania sztucznej inteligencji oraz ekspertów są widoczne i dostępne do eksploracji w narzędziu udostępnionym zupełnie za darmo Open Syllabus Explorer. https://blog.opensyllabus.org/about-the-open-syllabus-project/
Na razie, niestety, źródło nie analizuje nieanglojęzycznych zasobów, choć autorzy projektu na stronach internetowych wyraźnie wskazują, że jest to ich ostatecznym celem, ale kiedy to będzie, nie określili.
W wyszukiwarce można znaleźć daną pozycję po autorze, tytule, obszarze wiedzy, uczelni, kraju czy wydawcy.
Świetnym, pouczającym narzędziem, także graficznym jest Galaktyka, to wizualizacja pokazująca aktualnie 164,720 najczęściej polecanych tekstów do czytania w korpusie Open Syllabus, bazie danych obejmującej 6 059 459 programów nauczania.
Zarządzający projektem mają duże ambicje: w przyszłości dane mogłyby wedle nich nawet zostać wykorzystane do zmierzenia wpływu pracy naukowców na salach wykładowych na całym świecie – tak jak zwykło się mierzyć wpływ na naukę, poprzez cytaty i inne wskaźniki. „Wersja 2.0” Open Syllabus Project przypisuje wynik od 1 do 100 każdemu tekstowi, aby przedstawić jego „wpływ” w salach wykładowych i seminaryjnych.
W celach projektu jest także doprowadzenie do swoistej dekolonizacji edukacji (na przykład widać dzisiaj oczywistą dominację białych mężczyzn wśród najczęstszych autorów).
Największe hity na liście OPS są związane z nauką pisania i liczenia na uniwersytecie. Nie dziwi to. W końcu esej akademicki i arkusz kalkulacyjny wymagają opanowania narzędzie metod.
Wydaje się, że najważniejszą w tej chwili kwestią dla tego projektu jest dekolonizacja swojej perspektywy przez uwzględnienie innych niż angielski języków. Na razie należy przywitać z zadowoleniem uwzględnienie wpływu nauki na edukację uniwersytecką. Czy przyjmie się jako jeszcze jeden parametr oceny pracowników naukowych? Śmiem wątpić.
Najbardziej smutną wiadomością, że istnieje oficjalna lista krajów, z których nie pobiera się danych dotyczących sylabusów, aby nie zdradzać ewentualnych uczonych, czego oni też uczą na tych uniwersytetach. Cieszy, że wśród tych krajów nie znalazła się Polska.
Na liście znajdują się, Afghanistan, Algieria, Angola, Azerbejdżan, Bahrajn, Bangladesz, Benin, Brazylia, Burundi, Kamerun, Czad, Chiny, Kolumbia, Kongo, Wybrzeże Kości Słoniowej, Kuba, Ekwador, Egipt, Etiopia, Gwatemala, Honduras, Hongkong, Węgry, Indonezja, Iran , Irak, Jordania, Kenia, Kuwejt, Liban, Liberia, Libia, Makao, Madagaskar, Malawi, Malezja, Mali, Mauretania, Meksyk, Maroko, Mozambik, Myanmar, Nepal, Niger, Nigeria, Oman, Pakistan, Palestyna (OPT), Papua Nowa Gwinea, Paragwaj, Filipiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Senegal, Sierra Leone, Singapur, Sri Lanka, Sudan, Suazi, Syria, Tadżykistan, Tanzania, Tajlandia, Togo, Tunezja, Turcja, Uganda, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wenezuela, Wietnam, Jemen, Zambia i Zimbabwe.
Z samej Polski w bazie póki co znalazło się ponad 100 000 sylabusów z 57 różnych uczelni i z rangą cytowania wielkości ponad 36 000. W Polsce dominują w sylabusach dyscypliny takie jak historia, biologia, ekonomia i literatura angielska, jeśli zaś zajrzeć do najczęstszych cytowań z pierwszej pięćdziesiątki, uderza dominacja translatoryki.
Na tym przykładzie widać, jak bardzo chaotyczne są Big Data agregowane przez roboty z otwartych zasobów edukacyjnych. I jak wiele zmienia się, kiedy uwzględnić dominację języka angielskiego, bądź kiedy promuje się inne języki.
Ciekawy jest także blog prowadzony na stronach. Autorzy zapraszają do dzielenia się sylabusami i zapewniają o zachowaniu prawa do prywatności.
Personalnie projekt firmowany jest przez:
Joe Karaganis, Director David McClure, Research Director Snakedev, Data Engineering Jody Leonard, Software Engineer Genosha, Front-End Development
Życzę powodzenia, choć pewnie jako nowy parametr oceny się nie przyjmie. Jako pomoc w codziennej pracy dydaktyka uczelnianego – jak najbardziej, wypada podziękować, życzyć powodzenia i namawiać do współpracy…
Jak podaje „California Academics Quit Elsevier Journals in Open Access Row”. Times Higher Education (THE), 10 sierpień 2019, ponad 30 wykładowców z University of California zrezygnowało ze stanowisk redakcyjnych w Cell i innych wiodących czasopismach naukowych należących do Elseviera w zaogniającym się pojedynku z gigantem wydawniczym na temat otwartego dostępu. Wcześniej system kalifornijskich uniwersytetów, składający się z 10 kampusów odmówił (link) podpisania w styczniu tego roku odnowienia z Elsevier umowy, nalegając jednocześnie, aby wydawca podjął śmielsze kroki, aby zaoferować jego zawartość w formatach, które nie wymagają subskrypcji, czyli w otwartym dostępie. Jest to jeszcze jeden krok w rewolucji, która otwiera naukę i dostęp do niej szerokim kręgom naukowców, ale także społeczeństwu. Niestety, Elsevier, jako właściciel Scopus musi się cieszyć, że rząd PiS i ministra Gowina posłuchał rad lobby prywatnej firmy i uzależnił działalność naukowców polskich i jej ewaluację od punktacji, której głównym kryterium jest znalezienie się czasopisma w tej prywatnej, mocno płatnej bazie danych.
Czy listy zespołów eksperckich (na razie z nauk ekonomicznych oraz z literaturoznawstwa) otworzą oczy na podstawowy rys zmian w szkolnictwie wyższym w Polsce?
8 sierpnia rozesłano taki list
„Katowice-Kraków-Lublin-Poznań-Warszawa, 09.08.2019 r.
OŚWIADCZENIE
My, niżej wymienieni członkowie i członkinie byłego zespołu doradczego do spraw wykazów czasopism naukowych i recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych dla dyscypliny naukowej literaturoznawstwo stwierdzamy, że lista czasopism wraz z ich punktacją, opublikowana przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w dniu 31 lipca br., w znaczący sposób odbiega od przedstawionych przez nas Ministerstwu propozycji. W związku z tym zachęcamy wszystkich tych przedstawicieli środowiska literaturoznawczego, którzy uważają, że opublikowana lista nie jest zgodna z ich oczekiwaniami, by bezpośrednio zwrócili się do Komisji Ewaluacji Nauki (KEN) oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w celu otrzymania uzasadnień decyzji podjętych przez KEN oraz Ministerstwo.
Mirosława Hanusiewicz-Lavallee Maciej Junkiert Magdalena Latkowska Przemysław Marciniak Ryszard Nycz Piotr Śniedziewski Tadeusz Rachwał Paweł Zajas”
W artykule THE podkreśla się odwagę naukowców kalifornijskich, którzy otwarcie występują przeciwko monopolistycznym praktykom biznesowym Elseviera. Czy rząd Polski nie ma takiej odwagi, żeby przeciwstawić się temu lobby? Czy podatnik Polski musi płacić kilkakrotnie za to, za co płaci już dotacjami?
Aktualizacja: 13 sierpnia 2019
Jest kolejne oświadczenie zespołu ekspertów
Nauki o kulturze i religii:
My, niżej wymienieni członkowie byłego zespołu doradczego do spraw wykazów czasopism naukowych i recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych dla dyscypliny naukowej nauki o kulturze i religii stwierdzamy, że lista czasopism wraz z ich punktacją, opublikowana przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w dniu 31 lipca br., w znaczący sposób odbiega od przedstawionych przez nas Ministerstwu propozycji.
W związku z tym zachęcamy wszystkich tych przedstawicieli naszych środowisk, którzy uważają, że opublikowana lista nie jest zgodna z ich oczekiwaniami, by bezpośrednio zwrócili się do Komisji Ewaluacji Nauki (KEN) oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w celu otrzymania uzasadnień decyzji podjętych przez KEN oraz Ministerstwo.
Marek Dziekan, Leszek Kolankiewicz, Waldemar Kuligowski, Maciej Kurcz