Tag: uniwersytet Humboldtowski

  • Demokracja i autonomia uniwersytetów w obliczu testów na obywatelstwo (przypadek testów w Szwecji i Polsce)

    Demokracja i autonomia uniwersytetów w obliczu testów na obywatelstwo (przypadek testów w Szwecji i Polsce)

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    W Szwecji trwa spór dotyczący testu na obywatelstwo, który budzi kontrowersje w akademickich kręgach. Krytycy argumentują, że może on służyć do selekcji, a nie integracji. Dyskusja wskazuje na fundamentalne pytania o tożsamość obywatela oraz granice współczesnej demokracji, widoczne także w innych krajach.

    W Szwecji trwa spór, który na pierwszy rzut oka wydaje się techniczny, ale w istocie dotyka jednego z najważniejszych pytań współczesnej demokracji: kto i na jakich zasadach staje się obywatelem. Rząd w Sztokholmie zlecił dwóm prestiżowym uczelniom – Uniwersytetowi w Sztokholmie oraz Uniwersytetowi w Göteborgu – opracowanie testu dla osób ubiegających się o obywatelstwo szwedzkie. Inicjatywa ta, opisana niedawno przez Dagens Nyheter (link tutaj), wywołała jednak gwałtowną krytykę środowisk akademickich. Uniwersytety nie tylko wskazują na trudności praktyczne i administracyjne, ale podkreślają również, że ich rola nie polega na byciu instrumentem polityki tożsamościowej państwa. Ich rolą jest badanie i edukacja. W tle sporu widać zatem pytanie zasadnicze: czy test obywatelski jest narzędziem inkluzji i wspólnotowego uczenia się, czy raczej formą selekcji, która ma wyznaczać granice „prawdziwej” szwedzkości.

    Dyskusja ta nie jest odosobniona. W wielu krajach, w tym w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Danii, wprowadzono już testy sprawdzające znajomość języka, wiedzę o społeczeństwie i podstawowe fakty historyczne. Zwolennicy podkreślają, że daje to jednolite kryteria i motywuje do nauki języka oraz zrozumienia instytucji państwa. Krytycy odpowiadają, że obywatelstwo zostaje w ten sposób zredukowane do formalnego egzaminu, który może bardziej wykluczać niż integrować. Szczególnie mocno wybrzmiewa zarzut, że „test na szwedzkość” ma wymiar polityczny – nie tylko język, lecz także zestaw wartości, tradycji czy kulturowych symboli zostaje zdefiniowany przez władzę jako miara „prawdziwego” obywatela.

    Co więc miałoby znaleźć się w takim teście? Z pewnością język szwedzki na poziomie umożliwiającym codzienną komunikację. Dalej – wiedza o społeczeństwie, czyli znajomość podstawowych praw i obowiązków, struktury państwa i zasad demokracji. Do tego dochodzą elementy historii, tradycji i kultury, od najważniejszych wydarzeń dziejowych po takie drobiazgi jak rola swoistej instytucji społecznej, jaką jest np. „fika” w codziennym życiu. Takie imponderabilia symbolizują wartości wspólnotowe. Wreszcie, coraz częściej pojawiają się postulaty sprawdzania lojalności wobec wartości demokratycznych i zasad równości – choć te budzą największe kontrowersje, bo trudno je mierzyć obiektywnym testem. A przecież dla wielu jest to absolutnie kluczowe.

    Przenosząc tę debatę na grunt polski, łatwo sobie wyobrazić podobny dylemat. Jak wyglądałby test „na polskość”? Z pewnością obejmowałby znajomość języka polskiego, w mowie i piśmie. Tu jednak pojawia się poważny problem: czy można stworzyć jeden test dla wszystkich kandydatów, niezależnie od ich językowego zaplecza? Choć znajomość języka wydaje się mierzalna, to sprawność komunikacyjna wygląda odmiennie w zależności od tego, jaki jest język ojczysty imigranta. Inne trudności napotyka natywny użytkownik języka chińskiego, gdzie system tonalny i brak fleksji tworzą barierę na poziomie wymowy i gramatyki; inaczej radzi sobie Fin, którego język ojczysty jest bliski strukturze aglutynacyjnej, a jeszcze inaczej Niemiec, który ma doświadczenie z językiem fleksyjnym i podobnym alfabetem. Poprawność wymowy, akcentu czy fleksji w polszczyźnie nie będzie więc rozkładać się równomiernie – dla jednych barierą będą końcówki deklinacyjne, dla innych głoski szeleszczące i zbitki spółgłoskowe. Wymaga to namysłu, czy jeden uniwersalny test rzeczywiście oddaje kompetencje językowe w sposób sprawiedliwy i czy nie prowadzi do niezamierzonych nierówności.

    Polski test powinien zawierać także elementy wiedzy o ustroju państwa: jak funkcjonuje parlament, samorząd, system prawny. Nie mogłoby zabraknąć historii – od Konstytucji 3 maja, przez rozbiory i walkę o niepodległość, po doświadczenia XX wieku. Do tego podstawowe tradycje kulturowe i symbole narodowe: hymn, flaga, święta państwowe, ale także te codzienne, jak wigilia czy zwyczaje regionalne. Wreszcie, równie ważne jak wiedza byłoby rozumienie wartości – wolności, tolerancji, solidarności – które konstytuują demokratyczne państwo.

    Sednem problemu jest jednak nie sam zakres materiału, lecz pytanie o sens takich testów. Czy mają one pomagać w integracji, czy raczej służą do selekcji? Konflikt w Szwecji między rządem a światem akademickim pokazuje, że uniwersytety obawiają się instrumentalizacji swojej misji: zamiast być miejscem dialogu i edukacji, mogłyby stać się narzędziem władzy, ustalającym, kto zasługuje na miano obywatela. I tu właśnie ujawnia się największa stawka: obywatelstwo nie jest jedynie paszportem czy formalnym dokumentem. To przede wszystkim wspólnota polityczna, która decyduje, kto jest „wewnątrz”, a kto pozostaje „na zewnątrz”. Dlatego spór o testy obywatelskie jest w gruncie rzeczy sporem o granice demokracji. Jak takie testy odnoszą się do pojęcia zaangażowania politycznego według np. Hannah Arendt?

  • Uniwersytety polskie i wojna rosyjsko-ukraińska

    Uniwersytety polskie i wojna rosyjsko-ukraińska

    Sylwetki uchodźców na horyzoncie (fot. lic. Depositphotos)

    Co z Polską w trakcie wojny rosyjsko-ukraińskiej? Czy Polska może jedynie się zbroić? Czy także może pomagać?

    Jeśli chcesz posłuchać, to link do podcastu znajdziesz tutaj

    A także tutaj

    Świat uniwersytecki to świat refleksji. Doprawdy? Przecież już dawno nauka odpowiada na potrzeby społeczne próbując rozwiązywać różne problemy. Medycyna, teologia i prawo w średniowieczu też były praktyczną odpowiedzią, zaangażowaną społecznie, na problemy ówczesnego świata.

    Potem, w Oświeceniu, uniwersytet Humboldtowski zradykalizował ten zaangażowany paradygmat, czyniąc z badania i eksperymentów zasadę działania.

    W przypadku nauk przyrodniczych ich zaangażowanie przekuwa się na ilość patentów, wynalazków, leków i szczepionek.

    W przypadku nauk humanistycznych i społecznych wspomaganie zmiany społecznej, rozwoju społeczeństwa jest zaangażowaniem porównywalnym do wynalazków, leków i szczepionek.

    Społeczeństwo we współczesnym świecie są coraz bardziej połączone.

    Trudno jest zachować spokój, kiedy pokój światowy przestał być oczywistością. Brak paniki nie oznacza udawania, że wszystko będzie jak zwykle. Pandemia koronawirusa wyrzuciła świat z kolein przyzwyczajenia, katastrofa klimatyczna z jej pogodowymi „anomaliami” coraz bardziej każe pytać, co dalej z naszym światem. A teraz jeszcze groźba wojny światowej?

    Niedawno uczestniczyłem w Łodzi w społecznym i medialnym wsparciu filozofa białoruskiego, który chcąc przerwać ciągnący się już pół roku areszt wydobywczy, rozpoczął głodówkę i zapowiadał odmowę płynów. Dopiął swego dzięki międzynarodowo nagłośnionej petycji, sprawa została skierowana do sądu. Choć to nadal jest sąd białoruski i nikt nie gwarantuje sprawiedliwości.

    Jednak ta sprawa każe mi zapytać: co będzie, jeśli listy Ukraińców do likwidacji, które wedle Amerykanów, przygotowali na wypadek inwazji Rosjanie, okażą się prawdziwe? Tak jak prawdziwe okazały się twierdzenia Amerykanów o szykowaniu się Rosji do wojny. Wojna już się toczy, car Rosji, zbawca swego narodu coraz bardziej się puszy w złotym otoczeniu.

    W tej sytuacji zastanawiam się, jak Polska może się przygotować na tę nową w skali światowej, ale jakże bliską nam sytuację… niektórzy mówią, że Polska stanie się krajem frontowym, ale póki co, mimo poważnego dryftu w stronę autorytaryzmu, jesteśmy ciągle częścią NATO i UE.

    W tym kontekście chciałbym zapytać, jak może świat uniwersytecki pomóc rozwiązać problemy naszego, jakże bliskiego i dolegliwego świata?

    Już od dawna świat uniwersytecki w Polsce przyjmuje na studia Białorusinów i Ukraińców, to jest już poważny wkład w lepszy świat. Ale teraz w obliczu możliwej fali uchodźców należy zapytać: czy polskie uniwersytety są gotowe na ukraińskich Miłoszów, Baumanów i Kołakowskich?

    W swoim czasie Brytyjczycy, Amerykanie, Szwedzi bardzo pomagali Polakom uciekającym przed prześladowaniami w Polsce (z różnych powodów). Czy nasze uniwersytety są gotowe na otwarcie się na uczonych i twórców z Ukrainy? Czy stać nas w tej nowej sytuacji na rozwiązywanie prawdziwych problemów ludzkości? Kiedy po reformie Gowina, uniwersytety mają być fabrykami idiotycznie liczonych punktów w idiotycznie podzielonych dyscyplinarnych przegródkach, trudno będzie pewnie rektorom polskim zgodzić się na wielkie otwarcie w obliczu kryzysu za wschodnią granicą.

    Ale pomimo tej trudności, może powinniśmy stworzyć jakieś porozumienie, konsorcjum uniwersytetów nie tylko badawczych, ale zaangażowanych w poważne problemy tego świata? Zaprosić zagrożonych uczonych do siebie? Ich studenci już tu są… Mamy już milion Ukraińców w Polsce.

    PS. Skrócona wersja tego wpisu została opublikowana w Gazecie Wyborczej 23 lutego 2022: Pandemia wyrzuciła świat z kolein, teraz groźba wojny. Jak możemy pomóc Ukrainie?

  • „Bądźcie jak Harvard!” – „No cóż, nie mamy Harvarda, nie mamy kasy Harvarda, i co nam … zrobisz?”

    To jest symboliczny obrazek elitarnej postawy tzw. neoliberalizmu (zdjęcie na licencji Depositphotos)

    To jest krótkie omówienie idei niemieckiej strategii doskonałości i polskich tzw. „uniwersytetów badawczych”.

    „Nie mamy Harvarda, nie mamy budżetu Harvarda, i co nam Pan …  zrobisz?”

    Prof. Michael Hartmann mocno krytykuje niedawne zmiany w systemie wyższej edukacji w Niemczech i przyjęcie, bardzo podobnego do polskiego, „systemu doskonałości naukowej”, w którym wybrane uniwersytety będą dostawać większe sumy z publicznej kasy na rozwój badań naukowych, żeby mogły gonić elitę uczelni światowych, takich jak Harvard czy Cambridge. Po niemiecku upragniony tytuł brzmi „Exzellenzuniversität“. Po polsku „uczelnia badawcza”.

    Portret Michaela Hartmanna, wg zdjęcia autorstwa Hannes Röst [CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)%5D

    Według danych Johannesa Göbela (Göbel, Johannes. „Najbardziej renomowane uniwersytety”. deutschland.de, 30 wrzesień 2019, https://www.deutschland.de/pl/topic/wiedza/oto-niemieckie-uniwersytety-doskonalosci.) „uniwersytety doskonałości istnieją zarówno w milionowych niemieckich metropoliach, jak też w mniejszych miastach studenckich. Związek Uniwersytetów Berlińskich łączy Wolny Uniwersytet, Uniwersytet Humboldta, Uniwersytet Techniczny i Szpital Uniwersytecki Charité, tworząc sieć doskonałości. Ponadto istnieją następujące uniwersytety doskonałości: RWTH Aachen, Uniwersytet w Bonn, Uniwersytet Techniczny w Dreźnie, Uniwersytet w Hamburgu, Uniwersytet w Heidelbergu, Instytut technologii w Karlsruhe (KIT), Uniwersytet w Konstancji, Uniwersytet Ludwika i  Maxksymiliana (LMU) w Monachium i Politechnika w Monachium oraz Uniwersytet w Tybindze.”

    Niemiecka tzw. strategia doskonałości istnieje oficjalnie od 2016 r. Czy Polska poszła w ślady Niemiec?

    NIemcy ca 1998: znaczek drukowany w Niemczech pokazuje Max Planck Society for Advancement of Science. Zdjęcie na licencji Depositphotos

    Niemiecki socjolog Michael Hartman znany jest w Niemczech z krytyki systemów opartych na dogmatycznym neoliberalizmie, uderza w te systemy za tworzenie nieosiągalnych elit. Co więcej, argumentuje on, że takie kreowanie nierówności, pogłębianie ich, to główna przyczyna wzrostu populizmu na świecie. Przestrzega przed tym. O jego postawie i krytyce pisze David Matthews w THE 11 listopada 2019 r. w artykule „German excellence strategy ‘risks creating closed social elite’”. (Matthews, David. „German Excellence Strategy ‘Risks Creating Closed Social Elite’”. Times Higher Education (THE), 11 listopad 2019). Niemcy do tej pory były znane w zakresie wyższej edukacji z egalitaryzmu. Sam pamiętam, jak rozczytywałem się w analizach wykazujących, że okrzepłe uniwersytety tradycyjne, te najlepsze jak Heidelberg, wcale nie najlepiej wypadały w różnego typu parametryzacjach, że największą energię pokazują mniejsze i mniej elitarne ośrodki z dużymi pokładami ambicji. Co więcej kryteria doboru nie do końca są kompatybilne z różnymi innymi podejściami parametryzacyjnymi: w U-Multiranku przygotowanym na zlecenie Komisji Europejskiej nie tylko te Doskonałe są dobrze ocenianie, a liczyło się tam nauczanie i uczenie się, badania naukowe, transfer wiedzy, orientacja międzynarodowa i zaangażowanie regionalne — według tych kryteriów pięć niemieckich uczelni osiągnęło najlepsze wyniki, spośród tych, które nie zostały wybrane jako „uniwersytety doskonałości”.

    „Reformy” w Niemczech, które kopiuje u nas Minister Gowin, zapatrzone — paradoksalnie, bo te systemy nie są kompatybilne — w systemy amerykańskie i francuskie, w których nieliczne, elitarne instytucje naukowe funkcjonują jako główna baza kadr zarządzających w tych krajach (pierwsza liga w USA oraz centralna kuźnia kadr we Francji). Wszystkie niemieckie uniwersytety są do tej pory w pewnym sensie elitarne. System federalny — system oparty na ideach decentralizacji władzy i lokalnej samorządności — spowodował równomierne rozłożenie dofinansowania do uczelni w Niemczech. W lipcu tego roku 10 instytucji i jedno konsorcjum uzyskało status „doskonałości” i powiększą swoje budżety o prawie 150 milionów Euro ekstra (każdy doskonały uniwersytet jest wart 15 mln Euro więcej każdego roku!). W oczach studentów, absolwentów i potencjalnych studentów te instytucje już zyskały wymiar elitarności.

    Profesor Hartmann wskazuje, że w Stanach Zjednoczonych absurdalne sumy za uczenie się w elitarnych uczelniach powodują praktyczne ich zamknięcie dla społeczeństwa. Nie ma „równych szans” w Stanach Zjednoczonych, jest to amerykański mit. A na dodatek budżet Harvarda nie jest w żaden sposób porównywalny do żadnego, najbardziej elitarnego uniwersytetu niemieckiego. (jego majątek w 2015 r. to 37,6 mld dolarów, to jest prawie 146 mld złotych, zaś roczny budżet najbogatszego Uniwersytetu Warszawskiego to 1,5 mld zł)

    W Japonii i Francji dysproporcje nie są aż tak uderzające, jednak wszędzie elitarność jest krytykowana ze wszech stron. To jest zło powodujące destabilizację na świecie. Czy nie powinniśmy jako społeczeństwa uczyć się na lekcji „żółtych kamizelek”?

    Pojęcie nierówności społecznych i symbol uprzywilejowania lepiej sytuowanych finansowo Zdjęcie wg Depositphotos (licencja)

    Idąc w ślady Niemców, jeśli idzie o wprowadzania tzw. reformy Gowina, bo taki ma sens konkurs na tzw. uczelnie badawcze, czy nie ryzykujemy pogłębienia się różnic między Polską A, Polską B, Polską C? Czy studenci z biednych rodzin będą mogli dostać wysokiej jakości edukację? Sama nazwa „uczelnie badawcze” jest absurdalna z punktu widzenia jakości kształcenia, nie ma dobrej edukacji bez prowadzenia badań, podział na pracowników badawczych i edukacyjnych jest zerwaniem z oświeceniowym ideałem uniwersytetu Humboldtowskiego. Czy możliwy będzie za kilka lat awans społeczny w Polsce? Reforma Gowina nie zrobiła nic, aby wprowadzić mobilność naukową wewnątrz Polski i wydaje się na świetnej drodze, wręcz na autostradzie do piekła, do zabetonowania elit w Polsce, awans społeczny młodych będzie bardzo utrudniony, jeśli ktoś nie będzie miał szczęścia i urodzi się poza finansową elitą. Smutne… W tym nadchodzących latach wedle Ministra Gowina „jeszcze bardziej nie da się dać więcej, niż można było dać w ubiegłej kadencji” (choć wtedy także nie zwiększono finansowania wyższego szkolnictwa, cytuję z pamięci). Ten neoliberalizm nie ma nic wspólnego z humanistycznymi w genezie zasadami sprawiedliwości Johna Rawlsa. To prawo na pewno nie stoi po stronie sprawiedliwości.

    „Nie mamy Harvarda, nie mamy budżetu Harvarda, i co nam … zrobisz?”

    Polska w ruinie, Polska C?
  • Zatrudnialność Alberta Eisteina i śpiewu ptaków

    „Studia na kierunkach humanistycznych produkują bezrobotnych”. Takie jest ciągle przeświadczenie wielu ludzi w Polsce i na świecie. Jednak, kiedy przeanalizować dane z badań, nie jest to słuszne przeświadczenie. Studiowanie jakiegoś kierunku samo w sobie nie musi być kluczem do sukcesu, to raczej konkretne umiejętności i kompetencje, uzyskiwane na wielu tzw. kierunkach, mogą dać atut w zdobywaniu pracy. I te umiejętności i kompetencje wcale nie odbiegają od ideałów, które można zaczerpnąć z myśli geniusza fizyki Alberta Eisteina.

    Albert Einstein

    IDEAŁ EDUKACYJNY ALBERTA EISTEINA:
    „Niezależny, samodzielny człowiek, który pragnie uczynić ze służby innym najważniejsze życiowe zadanie.” (Einstein, Albert. On Education, w: Ideas and Opinions: Based on Mein Weltbild. Crown Publishers, New York 1954, s. 60., wszystkie cytaty i odniesienia później do tego wydania)

    Albert Eistein wiedział, że w edukacji nie są najważniejsze wykłady, ale praca i działanie: „Osobowość nie jest kształtowana przez to, co usłyszane albo przeczytane, osobowość kształtuje tylko praca i działanie.” (s. 60.). Prawda, wolność, ciało.

    Główny motor rozwoju to niekoniecznie naga ambicja i konkurencja z innymi, raczej kooperacja z innymi, współpraca.

    Co więcej, Eistein pisze także wprost o kształceniu plastycznego człowieka, powinniśmy dążyć do kształcenia harmonijnej osobowości, a nie wąskiego specjalisty.

    Nieoczekiwanie dla mnie natrafiłem także w pismach Eisteina fragment wspominający biblijne psalmy.

    „Ale tradycja żydowska zawiera także coś innego, coś, co znalazło wspaniałą ekspresję w wielu Psalmach, mianowicie rodzaj upojnej radości i zdumienia pięknem oraz wielkością tego świata, o którym człowiek może sobie wyrobić jedynie blade pojęcie. Radość ta jest odczuciem, z którego prawdziwe badania naukowe czerpią duchowe pożywienie, ale wydaje się, że to samo odnajdziemy w śpiewie ptaków. Przywiązanie tego uczucia do idei Boga wydaje się dziecinnym absurdem.” (s. 186).

    Childs watercolor painting of birds

    Pomijam ateizm Eisteina, bo w tym kontekście nie jest on tutaj istotny, ale to w tych jego pismach można znaleźć pochwałę liberalnej edukacji z jej ideałami: twórczym, samodzielnym człowiekiem, który będzie umiał kooperować z innymi, by osiągać dobre dla społeczności cele, rozwiązywać jej problemy.

    Na tzw. Zachodzie dawno już tzw. kolegia artystyczne obiecywały przyszłym studentom, że edukacja humanistyczna jest bardziej trwała w dłuższej perspektywie. Jest to szczególnie istotne z punktu widzenia plastyczności na rynku pracy. Humaniści lepiej dostosowują się do bardzo dynamicznego rynku pracy, bo są lepiej wykształceni, jeśli idzie o miękkie umiejętności, tzw. umiejętności komunikacyjne i społeczne.

    Jednak rządy często nie zwracają na to uwagi, promują propagandę, która ukazuje przyszłym studentom i ich rodzicom koszmarne perspektywy nadprodukcji nieefektywnych bezrobotnych. Stąd odnotowuje się spadek zainteresowania kierunkami huamanistycznymi.

    Jak podaje Paul Basken w ostatnim numerze Times Higher Education, jest instytucja, której „liczba absolwentów kierunków humanistycznych zatrudnionych przez firmy technologiczne wzrosła o 228 procent w ciągu 10 lat, a liczba zatrudnionych przez przemysł finansowy o 333 procent.” Trzeba podkreślić, iż idzie o kanadyjski Uniwersytet Waterloo notowany raczej stale w rankingu THE w trzeciej setce uczelni świata, czyli wcale nie ze złotej ligi. Wielcy gracze światowi z przemysłu IT oraz tzw. przemysłów kreatywnych, ale przenikniętych cyfryzacją, czerpią ze współpracy z tym uniwersytetem niezwykłe zyski, bo osiągają absolwentów świetnie wykształconych, choć nie wąskospecjalistycznie, ale z umiejętnościami, o które najwięcej idzie.

    THE wspomina także sukcesy absolwentów drugorzędnego koledżu w USA Connecticut College, który ma specjalny program o nazwie „Connections and Science Leaders”, dzięki któremu studenci są zachęcani do łączenia studiów humanistycznych z kursami w naukach przyrodniczych i technicznych. Staże i projekty społeczne oraz zawodowe, intensywny mentorski wysiłek skierowany do kobiet i innych niedostatecznie reprezentowanych studentów, spowodował sukces czegoś, co Rektor Connecticut College, Katherine Bergeron, co określiła jako „nowe sztuki wyzwolone dla naszego połączonego świata”.

    Speaker giving presentation in lecture hall at university. Students listening to lecture and making notes.

    Dodać można także sukces rodzimy z Łodzi, sukces kierunku ligwistyka dla biznesu na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego we współudziale Wydziału Zarzadzania: w trakcie tych studiów studenci zdobywają zarówno nieocenione umiejętności komunikacyjne w dwóch językach obcych, ale także „twardą”, specjalistyczną wiedzę, potrzebną konkretnej branży.

    Autor artykułu zauważa, że wielki przemysł IT (firmy takie jak np. Amazon, Google, Microsoft), wielcy pracodawcy już zmieniają swój stosunek do nauk humanistycznych. Ja bym dodał, że zmienić ten stosunek muszą także rządy, zwłaszcza te, które ręcznie pragną wszystkim sterować, aby porzucić beznadziejną propagandę przeciwko naukom humanistycznym i społecznym. Taka relacja do uczelni, w których one dominują, jest anachroniczna i nie odpowiada na wyzwania współczesnego digitalnego także świata. Zatrudnialność to nie jest problem wyłącznie nauk humanistycznych i społecznych, to jest przyszłościowy i teraźniejszy problem wszystkich. Jak o tym wiedział także Albert Eistein, żeby osiągnąć sukces, potrzeba w sobie pielęgnować ten „rodzaj upojnej radości i zdumienia pięknem oraz wielkością tego świata”, ta „radość jest odczuciem, z którego prawdziwe badania naukowe czerpią duchowe pożywienie”, to jest radość sztuk, radość śpiewu ptaków.

  • UWAŻNA NAUKA I DETOKS DLA NAUKI

    Czas na detoks nauki i świata akademickiego

    Dzisiaj 12 października 2019 r. Times Higher Education opublikował bardzo ważne oświadczenie 5 naukowców, założycieli „Academic Detox”, nieformalnej inicjatywy propagującej ruch „powolnej nauki” na wzór „wolnego czytania” i „wolnego jedzenia” (ang. slow food).
    Argumentują oni, że trzeba więcej działać, mniej dyskutować, aby zmierzyć się z zatruwaniem badań akademickich i pracy na uniwersytetach i akademiach. Detoksu wymaga atmosfera wstrząsana skandalami w akademii, mobingiem w wykonaniu starych „byków” akademii (full bull to żargonowa nazwa Profesorów) w odniesieniu do młodych adeptów nauki, listy publikacji, działanie tzw. drapieżnych czasopism, fałszowanie wyników badań pod publikę.

    Autorzy zwracają uwagę na znaczenie społeczne tych trucizn w świecie akademickim — atmosfera akademii zatruwa atmosferę wokół akademii — bo społeczeństwo prędzej czy później będzie postrzegało nasz światek przez te opary. A przecież, jak stwierdzają autorzy: „W rzeczywistości skandale, które trafiły na nagłówki gazet, to tylko wierzchołek góry lodowej.”

    Źródeł trucizn autorzy upatrują w hiperkonkurencji w środowisku akademickim z nieodłączną dominacją parametryzacji liczbowej. Ani nie ma z tego przyrostu wiedzy, zaś drapieżność odbija się na jakość badań. Fundusze akademii są te same, drapieżność wyrywa z ograniczonych źródeł fundusze na badania, odcinając wysokiej jakości, ale wolniejszej, dostęp do nich.

    Autorzy przywołują pojęcie, które pojawiło się w artykule w International Journal for Critical Geographics „wolnej nauki” (można byłoby mówić tutaj o „uważnych badaniach”, „uważnej nauce”) Inny przykład pochodzi z University of Aberdeen, w których naukowcy zaproponowali „odzyskanie swojego uniwersytetu”, aby nie wysługiwać się wyłącznie biznesowi.

    Autorzy apelują do starszych w akademii, do ludzi z tzw. pozycją, aby wzięli się za przewodnictwo tej inicjatywie na poziomie lokalnym: „uznani uczeni będą musieli działać o wiele bardziej odpowiedzialnie.”

    Jedną z możliwych odtrutek jest dowartościowanie dydaktyki uniwersyteckiej, czy zakładanie nowych czasopism z odtrutym sposobem recenzowania, żeby on był coraz bardziej jakościowy.

    Nagrody i stanowiska powinno się zdobywać po analizie jakościowej, nie ilościowej.

    Na koniec pojawia się ważna tradycja: „Powinniśmy ponownie dążyć do ideału holistycznej nauki Aleksandra von Humboldta. Jeśli nie, brutalne warunki ekonomiczne współczesnej nauki prędzej czy później zduszą akademicką wolność.”

    Nie wypada mi nic innego niż przytoczyć zawołanie Uniwersytetu Łódzkiego: Prawda i wolność. Dodałem kiedyś ciało. Ciało musi przeciwstawić się cyfrze, bo ona go zniewoli.

    Johannes Schöning jest profesorem interakcji człowiek-komputer na uniwersytecie w Bremie; Sophia Hoffmann jest politologiem i młodszym liderem grupy badawczej w Leibniz-Zentrum w Niemczech; Melissa Nolas jest starszym wykładowcą na wydziale socjologii na Goldsmiths, University of London; Christos Varvantakis jest pracownikiem naukowym na wydziale socjologii na Goldsmiths, University of London; a Hendrik Weimer jest młodszym naukowcem w Instytucie Fizyki Teoretycznej Uniwersytetu Leibniz.

    Uważność
  • Kultura uniwersytetu w erze cyfrowych rewolucji

    Zapis planu wystąpienia (15 minut) na uroczystej Inauguracji roku akademickiego 2019/2020 dnia 27.09.2019; Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny, Uniwersytet Łódzki.

    Punkt

    Prawda i wolność. Prawda i wolność. Prawda, wolność, ciało. Prawda, wolność, ciało…

    Pra-wda-wol-ność-cia-ło… prawdawolnośćciało

    To jest Moja niewyczerpana oda do Radości

    Koniec wykładu. Możecie iść. Idźcie i głoście światu. Żartuję.

    Dzień Dobry! Witam wszystkich studentów na jednym z najlepszych polskich uniwersytetów, na jednym z najlepszych wydziałów Uniwersytetu Łódzkiego. W pewnym sensie, w podwójnym sensie, jest to mój powrót tutaj. Kiedyś także i tutaj studiowałem. Dziękuję za zaproszenie Panu Dziekanowi prof. Rafałowi Materze. Wielki zaszczyt i przyjemność.

    Nie bez przyczyny Prawda i Wolność są wypisane na naszych, uniwersyteckich sztandarach. To jest jak „wolność, równość, braterstwo” z rewolucji francuskiej. Albo uliczne „wolność, równość, demokracja”… To jest sztandar jak znak gwarancji jakości ISO.

    Prawda i wolność – bardzo wzniośle, podniośle, a po łacinie Veritas et Libertas wręcz pompatycznie, jeśli nie bombastycznie. Dlatego kusiło mnie, kusi mnie nadal, uległem tej pokusie, aby dodać – ciało…. Ciało – działanie.

    Ciało to waga, ciało to ból, ciało to empatia, ciało to działanie. Prawda, wolność, ciało. Veritas, Libertas, et Corpus.

    Zgodnie z tym hasłem mam dla Was trzy opowieści z życia wzięte.

    Opowieść pierwsza – Pielęgniarstwo i gitara basowa

    Czym dla mnie jest uniwersytet? Był dla mnie oknem na świat, wyjściem spod kurateli rodziców, zwieńczeniem marzeń wywiedzionych z mnóstwa przeczytanych książek. Moja rodzina była prosta, jestem synem pielęgniarki i spawacza z kolejarskiego niegdyś miasta Ostrowa Wielkopolskiego, 100 km stąd; książki, teatr i muzyka to był dla mnie cały świat, od dzieciństwa uciekałem do wirtualnego świata książek, teatru i muzyki, grałem w kółkach teatralnych, grałem na flecie i gitarze basowej, czytałem, czytałem; to był świat wirtualny i rzeczywisty zarazem, spotykałem mnóstwo fajnych ludzi, nauczycieli, którzy podsuwali mi lektury, napotkani ludzie zawsze stawali się jakoś ważni; moi rodzice bardzo się starali; żebym mógł studiować, ojciec musiał brać nadgodziny, żeby jego syn mógł studiować w odległej, ale jednak bliskiej Łodzi. Gdyby uniwersytet był tylko w Warszawie i Krakowie, to wtedy pewnie nie studiowałbym w ogóle. Łódź wtedy znana była m.in. z socjolingwistyki, badań nad kulturą masową (prof. Kłoskowska). Okno na świat.

    Ale zanim poszedłem na studia, chciałem być pielęgniarzem. W czasach mojej młodości istniały licea medyczne, kształcące pielęgniarki, dzisiaj trzeba już skończyć studia. Ukończyłem takie liceum, którego istotą była praktyka pielęgniarska w szpitalach. Pracowałem w trakcie nauki w liceum medycznym oraz rok po niej jako pielęgniarz w szpitalach. Pamiętam wiele historii z tym związanych, prośby o jakąś truciznę, bo chory nie mógł wytrzymać bólu, uciążliwych nieprzytomnych chorych domagających się zachowania standardów higieny osobistej, (potrzebowali umycia lub ogolenia), pamiętam też ciepłe prześcieradło tyle co zmarłej osoby, ten ślad obecności, która staje się coraz to zimniejsza. Ta praca pielęgniarza, to dla mnie doświadczenie formujące.

    Ta wczesna moja konfrontacja ze śmiercią, bólem, z empatią i znieczulicą, także własną znieczulicą, z decyzjami w sytuacjach granicznych uczyniła mnie bardziej otwartym na prawdę. Jeśli prawda jest życiem, to śmierć jest nią tym bardziej, ona zwielokrotnia prawdę życia. W liceum nie skończyłem swoich doświadczeń z muzyką i sztuką, grałem na gitarze basowej w zespole szkolnym i grałem spektakle wzorowane na amerykańskich protest songach. Można powiedzieć, że muzyka łagodziła mi obyczaje i chwile, kiedy rzeczywistość cuchnie. Kiedy prawdą było to, co wymagało pielęgnacji, obmycia, wyniesienia odchodów. Prawda nie zawsze pachnie. Prawda jest wyzwaniem.

    Historia 2. Wygnanie z komfortu – bycie obcym

    Kiedy dostałem się na studia, a wtedy studiowało jakieś 7-8 procent każdego rocznika (co 13-15 rówieśnik), studia były elitarne, poczułem, że złapałem Pana Boga za nogi. VIP. Działałem w budującym się wtedy samorządzie, teatrze studenckim…

    Uniwersytet Łódzki stał się dla mnie oknem na świat całkiem dosłownie i dzisiaj jest on tym samym dla Was. Ojczyzną uczonych jest cały świat. Wtedy skorzystałem z europejskiego programu wymiany Tempus (dzisiaj macie inne programy) i wyjechałem do Szwecji. To był przełom. To było wyjście ze strefy komfortu. W Łodzi na studiach wszyscy mnie znali, wiedzieli kim jestem, nie musiałem się przedstawiać, w Lund w Szwecji musiałem zaczynać od zera, każdemu napotkanemu człowiekowi trzeba było przedstawić wiarygodną historię, kim jestem, czym się zajmuję, po co jestem…. Byłem nikim. Człowiekiem znikąd, w oczach tubylców – potencjalnym imigrantem. To było doświadczenie wyzwalające, doświadczenie wolności. Właśnie w tym doznaniu swojej znikomości. Miałem nawet myśli (mój pobyt w Szwecji na różnych programach się przedłużał do prawie dwóch lat) o stałej emigracji. Nie wybrałem jej. Ale najważniejsze w tym doświadczeniu było doświadczenie wolności: jesteś tym, kim wybierasz, że jesteś, kiedy potrafisz wyjść ze swojej strefy komfortu. Porzucić na chwilę myśli w języki polskim i postarać się przełożyć siebie na inny język, na inną kulturę, na język angielski, lingua franca współczesności, czy też na język szwedzki, nikomu przecież dzisiaj niepotrzebnym. To było doświadczenie wspaniałe, ale jednocześnie trudne, bo trzeba zacząć od zera, zniweczyć siebie, anihilować, zrujnować. Uczyło pokory. Zostałem wrzucony na głębokie wody. Udało mi się nie utonąć. Tzw. republika uczonych stała się moją ojczyzną. Uniwersytet jest oknem na świat w dosłownych tego słowa sensie.

    Drugim doświadczeniem formującym w czasie pobytów zagranicznych na innych uniwersytetach i w naszym uniwersytecie to doświadczenie wspólnoty. „College”, inaczej kolegium, to wspólnota. To nie jest fabryka. Jeśli ktoś widział kiedyś taniec szkocki, to wie o czym mówię. To nie jest taniec w parach, to nie jest bezładny taniec disco, to są figury z ciał, wymagające koordynacji, współpracy. Albo może ktoś widział piramidę z ludzi w katalońskiej i hiszpańskiej Barcelonie (Castell)? Wiecie Państwo jak to wygląda, każdy musi znać swoje miejsce, ci co są barczyści, silni, wytrzymali mogą stać się podstawą piramidy, ci, co zwinni i śmiali i lżejsi, mogą wspinać się na szczyt tej piramidy. Piramida z ludzi jest metaforą wspaniałej zespołowej roboty.

    Takiej zespołowej roboty wymaga też sztafeta w biegu; ostatnio uczestniczyłem jako jeden z 50 biegaczy z Uniwersytetu Łódzkiego w biegu charytatywnym Business Run Poland. Wiecie co jest najbardziej stresujące? Pierwszy raz miałem biec w sztafecie, wiecie, wolę dłuższe dystanse, samotność długodystansowca, a tutaj miałem przekazać pałeczkę następnej osobie, tamta następnej itd. Pięć osób uzależnionych od siebie nie tylko tempem biegu, ale i sprawnością przekazania pałeczki. Nie mogłem spać przed biegiem, bo nie mogłem dokładnie uświadomić sobie, jak będzie przebiegać to przekazywanie. Śmieszne, nie? Odpowiedzialność wspólnoty. To nie są syreny fabryk.

    Wspólnota zatem to nie tylko szkocki taniec, piramida z Barcelony, czy bieg w sztafecie, dla mnie to także strajk studencki w 1989 r. i na tym wydziale strajk akademicki w 2018 r. Wiecie co to uniwersytet, wiecie skąd słowo universitas? Dzisiaj wielu pewnie powie o kosmicznym wymiarze uniwersytetu, który musi swoją wiedzą ogarnąć Uniwersum, cały świat, od geologii, fizjologii po filologię klasyczną, socjologię, czy fizykę jądrową. Jednak u zarania nowożytnej idei uniwersytetu jest nade wszystko „universitas” pojmowana jako społeczność, wspólnota uczonych i studentów (albo jak w Bolonii na początek samych studentów, którzy stowarzyszali się, bo chcieli mieć tańsze mieszkania). Ta wspólnota była także obecna u zarania akademii w antyku w idei Sympozjonu, uczty wspólnej, w trakcie której można było rozmawiać, dialogować, dyskutować. Choć wtedy także dużo się przechadzano i w trakcie tego chodzenia, dyskutowano. Czy tym można zarządzać jak korporacją? Sympozjonem? Uniwersytetem. Alma mater?

    Zatem ta wolność, której doświadczyłem „na wygnaniu”, „w ziemi obcej”, to doświadczenie stresujące, niekomfortowe, ale jednocześnie doświadczenie wielu wspólnot. Dzisiaj sporo mówi się też o tym, że uniwersytet nie może być wieżą z kości słoniowej, luksusowym miejsce izolacji od świata zewnętrznego. Stąd najważniejszymi celami edukacji w wielu najlepszych uniwersytetach świata są zaangażowanie społeczne, umiejętność współpracy, kreatywne myślenie, krytycyzm. Uniwersytety mają być podobnie jak świat dziennikarstwa, czwartą władzą, rodzajem równowagi dla świata biznesu i polityki. Nie mogą nią pozostać, jeśli kultura uniwersytetu będzie kulturą wielkich korporacji. Produktywność jest ważna, ale umiejętności ogólnoludzkie i postawy są jeszcze ważniejsze.

    Opowieść trzecia. Ciało. Zombie. Automat

    Przechodzę do trzeciej historii. Świat cyfrowy.

    Łolaboga łolaboga, ludzie śpią ze smartfonami…

    Wolą smartfony od żon, mężów i kochanków… ludzie śpią ze smartfonami, niedługo będą zupełnie odcięci od rzeczywistości analogowej; będę sobie wszczepiać różne implanty, i coraz częściej przypominać będą zombie. Albo automaty. Jesteśmy zanurzeni w cyfrowym świecie. Wiedza jest dzisiaj wszędzie. Po co komu uniwersytet? Po to żeby mieć dyplom?

    W 2012 roku The Economist ogłosił MOOCs naważniejszym zdarzeniem edukacyjnym, najbardziej rewolucyjną innowacją, która zniszczy tradycyjne uniwersytety. I co? Nadal uniwersytety są i mają się dobrze? Dlaczego? Czy MOOCs (massive open online courses, czyli masowe szkolenia online) mogą zastąpić kształcenie uniwersyteckie? Przecież lepiej jest wysłuchać wykładu gwiazdy z Harvardu, aniżeli jakiegoś lokalnego nudziarza… No ale nie ma się żadnego dyplomu… Tym, co zostaje na uniwersytecie już na pewno nie jest tradycyjny wykład (1,5 godziny i tyle zamierzam dzisiaj mówić… nie żartuję, zmierzam już do końca…),

    Tym, co wyróżnia Uniwersytet to tradycyjne międzyludzkie relacje komunikacyjne, najlepiej widoczne z jednej strony w kolegialności decyzji oraz w relacji mistrz – uczeń. We wspólnocie realnie uprawianego sportu np. w AZS.

    Automatyczne samochody bez kierowcy są niewątpliwą przyszłością, roboty przenoszące i przewożące towary w magazynach są już oczywistością, tu i teraz, tak jak BIG DATA, czy crowdsourcing, wszyscy korzystają z tłumacza Google, który jeszcze całkiem niedawno był śmiesznie idiotyczny, a teraz jest już naprawdę niesamowicie skuteczny. Po co komu nauka języków, jeśli mamy automatycznego translatora w naszej komórce? Nawigacja komputerowa zupełnie wyparła papierowe mapy. Dzwonimy na Biuro Obsługi Klienta w banku czy do Narodowego Funduszu Zdrowia i rozmawiamy z awatarami, którzy przekierowują nas na właściwe rozwiązania problemów. Po co więc uniwersytet? Wiedza jest wszędzie. Nie potrzeba wyższego wykształcenia, żeby wiedzieć dużo. Zresztą, jeśli wiedza jest wszędzie, to po co w ogóle cokolwiek wiedzieć?

    Ano właśnie. Żyjemy w czasach, które zostały także nazwane czasami post-prawdy (The Economist bodaj w 2016 r. ogłosił to dziwne wyrażenie słowem roku). Żeby dzisiaj funkcjonować potrzebujemy rozróżnienia prawdy od fake-newsów, prawdy od zmyślenia i zwykłego kłamstwa. Nie jest to łatwe, ostatnio mówi się o takich przepracowanych kłamstwach, które nazywają się „deep fake-news”, super fake-newsami. Widzimy na ekranie Donalda Trumpa, który wypowiada wojnę Korei Północnej, a potem okazuje się, że to wcale nie jest Gabinet Owalny i nie jest Donald Trump, tylko jego komputerowy awatar. Fake news już poszedł w świat i żyje własnym życiem.

    Dlatego uniwersytety są potrzebne, żeby nauczyć, jak korzystać z wiedzy, jak rozróżnić wiedzę prawdziwą od nonsensu. Organizację dobrze zarządzaną od złej, odczłowieczającej fabryki czy zniewalającej korporacji. Do tego potrzeba umiejętności i postaw, które odróżniają nas od robotów i zombie. Tylko bycie niezastępowalnym przez automaty może dać nam przyszłość: to jest kreatywność, wyobraźnia, krytycyzm, intuicja, odwaga. To nas wyróżnia od automatów. Stąd też kolosalne znaczenie nauk humanistycznych i społecznych. No bo co z tego, że nauki przyrodnicze będą udowadniać, że powszechne szczepienia ograniczą naszą umieralność? Jeśli nie będzie odpowiedniej ilość przekonujących dziennikarzy, wykształconych ekspertów z miękkimi umiejętnościami, popularność w społeczeństwie zyskają szarlatani, udowadniający szkodliwość szczepień. Co z tego, że klimatolodzy stwierdzą ewidentny wpływ człowieka na zmiany klimatyczne, jeśli część polityków z odpowiednim oprzyrządowaniem powtarzać będzie, że to wszystko bajki i wymysły? I wyślą egzorcystów na „rozhisteryzowane dziecko…”  

    Uniwersytet musi kontynuować swoją oświeceniową misję: prawda, wolność, ciało. Świat cyfrowy jest wszechobecny i wszechmocny, trzeba z niego korzystać, ale nauczyć się także kwestionować.

    Dlatego, jeśli miałbym zakończyć jakimś przesłaniem, to mogę je streścić w dwóch słowach:

    Nienasycenie i nieskończoność.

    Trzeba być jak swobodnie bawiące się dziecko, nienasycone w pragnieniach, pożądaniach, ale także pragnieniu wiedzy, ale i wolne aż do nieskończoności, potrafiące mówić nie. Kończyłem kiedyś każdy wykład ze studentami mottem: „Ty sam jesteś nieskończonym oceanem”.

    Czesław Miłosz napisał kiedyś:

    Tak samo było kiedy miałem dwadzieścia lat.
    Ale wtedy nadzieja że będę wszystkim,
    Może nawet motylem i kosem, przez zaklęcie.

    Ja teraz daję Wam zaklęcie:

    NIENASYCENIE

    NIESKOŃCZONOŚĆ

    Prawda, wolność, ciało