Miałem ostatnio zaszczyt i przywilej przedstawienia swojej koncepcji twórczości Tove Jansson, fińsko-szwedzkiej pisarki, artystki i ilustratorki na konferencji w jej rodzimej Finlandii.
Zdjęcie autora podczas prezentacji w Salla, Laponia w Finlandii (zasoby własne)
Wszyscy chyba w Polsce wiedzą, że stworzyła świat Doliny Muminków. Mało kto zdaje sobie w Polsce sprawę, że Łódź ma szczególny tytuł do twierdzenia, że Tove Jansson jest fragmentem jej dziedzictwa kulturalnego. Tak, Łódź-Helsinki to Muminki… Łódź-Helsinki wspólna sprawa. W 1978 roku Tove Jansson odwiedziła nasze miasto, by zaakceptować produkcję polsko-austriacką Muminków animowanych w słynnym studiu filmowym Se-Ma-For. Dzieci polskie podarowały jej Order Uśmiechu.
Portret Tove Jansson na ścianie Helsinki Art Museum (HAM) fot. JP
Pytali mnie dlaczego zainteresowałem się twórczością Tove Jansson i Muminkami. Pytają mnie także w Polsce studenci.
A poza tymi łodzianami można wymienić bardzo dużo powodów zainteresowania nimi: Dolina Muminków przedstawia społeczność złożoną z rozmaitych osobowości, jednak Muminki akceptują wszystkich, nawet osoby teoretycznie straszne, jak Buka, Hatifnatowie, Paszczaki czy Czarnoksiężnik o czerwonych oczach i podróżujący na czarnej pumie… „w końcu ktoś kto jada naleśniki z dżemem nie może być taki zły…”
Świat Muminków nie tylko jest pełen magii, ale także swoistego humoru i autoironii. Jednocześnie świat ten nawiedzają katastrofy, takie jak powodzie czy komety… nie jest to świat sielanki… jesień Muminków niektórych przyprawia o autentyczny płacz…
A mimo to zło, to świat Muminków pełen jest dobra, miłości i nadziei. Niekoniecznie naiwnej.
Na konferencji w Finlandii o tym akurat nie mówiłem. Ale kiedy wróciłem z odległej Laponii, dowiedziałem się, że w Łodzi powstał projekt poszerzenia Szlaku Bajkowa Łódź (koty Filemon i Bonifacy, Reksio, Miś Uszatek itp.) o postać Muminka. Ma on stanąć przy Ogrodzie Botanicznym. Uważam, że jest to świetny pomysł!
Muminek jest łódzki, Muminek jest nasz… Tove Jansson będzie się uśmiechać ze swoim Orderem Uśmiechu od polskich dzieci! Zagłosujcie państwo na ten projekt! Wybierzcie tolerancyjny świat Muminków, niekoniecznie świat wojen kulturowych… Łódź—Helsinki to Muminki…
Ulotka z prośbą o zagłosowanie na projekt Dolina Muminków, projekt na podstawie materiałów własnych Muzeum Kinematografii w Łodzi
ABBA wydała nowy album a jej awatary ruszają w trasę koncertową. Jakie ma to konsekwencje dla kulturoznawcy?
Awatary jako pojęcie są już z nami od dawna (fot. lic. Depositphotos)
Rośnie popularność nowego słowa: abbatary (po angielsku mogą państwo spotkać „Abbatars). Jest to złożenie pochodzące od dwóch słów: ABBA i awatar. ABBA to akronim od imion członków legendarnego zespołu szwedzkiego, który po 40 latach pragnie nas ponownie zaczarować, tak ja udało im się już całkiem niedawno w 1999 r. musicalem filmowym „Mamma Mia” z Meryl Streep w roli głównej. Ze słowem awatar wszyscy wydają się już oswojeni, bo niemal każdy ma konto na portalach społecznościowych, na których funkcjonuje takie właśnie określenie na nasze wizerunki, choć technicznie rzecz biorąc to technika Apple stworzyła ruszające się awatary dla wszystkich w swoim iOS. Tak czy owak, to że ABBATARY robią karierę jako słowo, zaś jako ludzie wystartowali w piątek w podróż kosmiczną, nie ulega wątpliwości. Album promowany przez koncerty ABBATARÓW w Londynie nosi tytuł nieco egzotycznej podróży, z francuska Voyage. Na okładce albumu składającego się tylko z 10 krótkich utworów widnieją bohaterowie w stylu kosmicznych podróżników z czujnikami na ubraniach imitującymi realne czujniki, którymi posługiwała się nowa technologia odwzorowywania w 3D ruchów ludzkiego ciała. W Londynie oprócz realnych 10 akompaniatorów wystąpią ABBATARY wzorowane na realnych ludziach ze zdjęć i filmów 1979 r. oraz realnych ludziach ponad siedemdziesięcioletnich, którzy maja nawyki ruchowe swoiste dla siebie. ABBA była innowacyjna w przeszłości, ale przecież nie ona wymyśliła estetykę błyszczącego disco, ani nie ona wymyśliła technikę compact disc, choć to właśnie muzycy ABBA pierwszą taką komercyjną płytkę wypuścili w 1981 („The Visitors”). Wcześniej pierwsi stosowali krótkie filmiki promocyjne, które dzisiaj nazwalibyśmy wideoklipami muzycznymi. Teraz też nie jest ABBA pierwsza w stosowaniu techniki hologramu: jak pisze w Svenska Dagbladet stale współpracujący z redakcją szwajcarski kulturoznawca z Lucerny, Thomas Steinfeld, śpiewaczka operowa Maria Callas i piosenkarka Whitney Houston, obie już zmarły, koncertowały już jako hologramy. Ta druga śpiewa obecnie w Las Vegas. Roy Orbison i Buddy Holly, również nieżyjący od wielu lat, w przyszłym roku wyruszą w trasę „Dreams”. Można powiedzieć, że osiągamy nową rzeczywistość wirtualną, o której marzy Mark Zuckerberg i przed którą przestrzegał wielokrotnie Jaron Lanier, autor takich książek jak „Dziesięć powodów, dla których powinieneś natychmiast usunąć swoje konta z mediów społecznościowych” (2018, pol. wyd. 2021), czy „Nie jesteś jakimś gadżetem” (ang. You ara not a gadget 2011) . Zuckerberg chcąc uciec przed problemami Facebooka wymyślił pojęcie Metauniwersum, choć wzbogaconą rzeczywistość już dawniej znaliśmy. Pandemia i erupcja cyfrowych zastosowań w zamknięciu wzmocniły ruch w stronę ucyfrowienia wszystkiego i — jak się okazuje — wszystkich. Bo nie ma dla mnie wątpliwości, że technika zastosowana przez ABBAtary dzisiaj zdemokratyzuje się i że wszyscy będą kiedyś mogli z niej skorzystać. Oczywiście za jakąś opłatą, najlepiej w subskrypcji.
Awatar? (fot. lic. Depositphotos)
Można się rozmarzyć, niczym Hans Castorp w „Czarodziejskiej górze” Thomasa Manna, który wciela się w czarodzieja, DJ-a serwującego muzykę z magicznego gramofonu, „harmonię dźwięków”, „dźwięki duchów”, jak nazywa to ustami Castorpa Thomas Mann. „Nie widział śpiewaków ani śpiewaczek, którym się przysłuchiwał. Ich powłoka ludzka przebywała gdzieś w Ameryce, Mediolanie, Wiedniu. Petersburgu. A niechże sobie tam przebywają, bo dali mu najlepszą swą cząstkę, swój głos… […]”. Mann ustami narratora opowiada o wzniosłych doświadczeniach bohatera, który odkrywa pod powłoką pieśni jej podstawę: „śmierć”.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że dziewiąty album ABBA jest bardzo samoświadomy. Świadczy o tym nie tylko dialog między autorami cytowany w NYT: „Dla Anderssona wymyślanie nowego materiału Abby było mile widzianą zmianą. „Myślę, że praca tylko nad recyklingiem jest trochę nudna”, powiedział, nieumyślnie wywołując na powrót ich jedyną z Ulvaeusem niezgodność dnia – na temat jego doboru słów. Ty nazywasz to recyklingiem, ja nazywam to transcendentnym opowiadaniem historii – powiedział Ulvaeus. „Możesz się unieść, możesz robić rzeczy na innych platformach, czyli tym, czym jest „Voyage”: opowiada historię na innej platformie. Tym też jest „Mamma Mia!” – kontynuował, odnosząc się do musicalu. „To nie jest recykling”.
O samoświadomości świadczy także zakończenie albumu piękną balladą, „Odą do wolności”, muzycznie pobrzmiewającą Czajkowskim i „Jeziorem łabędzim”:
Jeśli kiedykolwiek napiszę moją Odę do wolności Będzie w prozie, która będzie ze mną dźwięczeć. To byłaby prosta Oda do wolności Nie pretensjonalna, ale z godnością Chciałbym myśleć, że wolność jest Czymś więcej niż tylko hasłem W wielkim i napuszonym języku Ody do wolności często pozostają nieusłyszane
Jeśli kiedykolwiek napisałbym moją Odę do wolności Będąc uprzywilejowanym i rozpieszczanym przez kaprysy Wtedy obawiam się, że Byłbyś podejrzliwy Względem sprawy, której użyczam głosu Jest nieuchwytna i trudna do uchwycenia To ulotna rzecz
Dlatego nie ma naprawdę wartej zapamiętania Ody do Wolności Chciałbym, żeby ktoś napisał Odę do wolności, którą wszyscy moglibyśmy zaśpiewać
Mam mieszane uczucia względem ABBA i jej awatarów: z jednej strony przypominają mi dzieciństwo, koncert z 1976 r. w Studiu 2 w reżimowej TVP. Z drugiej, świetną Meryl Streep w Mamma mia. Ale ta podróż, którą sobie fundują, to wyniesienie w kosmos muzeum przypomina niestety Muzeum Figur Woskowych, o których Artur Schopenhauer pisał, że są skrajnym przeciwieństwem wzniosłości prawdziwej sztuki. Znacznie bardziej chyba do mnie przemawia Muzeum Niewinności Orhana Pamuka niż Muzeum Abby w Sztokholmie, choć na pewno, kiedy bym się tam znalazł, chciałbym je obejrzeć. Nie mogę zapomnieć zakończenia Czarodziejskiej góry — wcielenia do wojska Hansa Castorpa i wysłania go na front I wojny światowej. Zachwyty Castorpa nad gramofonem stały się dla niego fatalnym zauroczeniem. Odkrył dzięki nim śmierć…. Taka nostalgia jest także widoczna w całym przedsięwzięciu ABBAtarów… Przykro jest i niezręcznie to napisać, ale oni jakby żegnali się przed odlotem w kosmos. Tak kończy się pewien świat. Czy zaczyna nowy?
Robot i planety (fot. lic. Depositphotos)
Artykuł w innej wersji ukazał się 12 listopada w Gazecie Wyborczej jako „ABBAtary lecą w kosmos. Tak kończy się pewien świat. Czy zaczyna nowy?”
Jak bardzo potrzebujemy języka polskiego, aby znów stał się słodyczą. A nie push-backiem i ujadającym policyjnym psem.
Kiedy słuchałem relacji bezpośredniej ze Sztokholmu sprzed drzwi Komitetu Noblowskiego, włączyłem oryginalny dźwięk, bo chciałem sprawdzić, jak dobrze będę rozumiał nowego sekretarza tego 18-osobowego gremium prof. Matsa Malma z Uniwersytetu w Göteborgu, ciekawy byłem jego głosu. Kiedy padło nazwisko tegorocznego laureata, myślałem, że nie rozumiem, bo niedobrze słyszę, pogłośniłem, ale nadal nie rozumiałem. W tym roku noblistą z literatury został pisarz oraz profesor literatury i postkolonializmu Abdulrazak Gurnah. Nie znałem jego twórczości, jego nazwisko kiedyś przemknęło mi może jako nazwisko redaktora naukowego wielkiego tomiszcza pt. Cambridge Companion to Salman Rushdie, ważnego opracowania dla kogoś, kogo interesuje wolność słowa i wolność literatury. Muszę się przyznać, że w czwartek parę minut po 13:20 już wiedziałem, że w Polsce nie będę jedynym, który słabo twórczość uchodźcy z Zanzibaru i krytyka postkolonialnego zna i kojarzy — stwierdziłem z głupią satysfakcją, że nie przetłumaczono na polski ani jednej z jego 10 powieści.
Poszedłem na łatwiznę i sięgnąłem po jego krótkie anglojęzyczne opowiadanie pt. „Opowieść przybysza” opublikowane w zbiorowym tomie, pt. „Opowieści uchodźcze”. Tom ten został wydany 23 czerwca 2016 r. nakładem niezależnego wydawcy z Manchesteru „Comma Press”. „Refugee Tales” zawiera takie historie, jak: „Opowieść kierowcy ciężarówki” Cleave’a, „Opowieść o zatrzymanym” Ali Smith i „Opowieść cierpliwości” Patience Agbabi. Początek tego tomu bierze się z powstałej przed kilkoma laty organizacji charytatywnej dla uchodźców „Gatwick Detainees Welfare Group”, która wysyła wolontariuszy do dwóch „ośrodków detencyjnych” (obozów niezdefiniowanego aresztu) na lotnisku Gatwick, aby rozmawiać z setkami przetrzymywanych tam osób. I pomagać im.
Czytam opowiadanie Noblisty:
„Przyleciałem samolotem. Może to zabrzmieć dziwnie – w jaki inny sposób? Niektórzy szli. Wielu utonęło. Byli zdesperowani. Nie byłem zdesperowany, ale bardzo się bałem, bo bardzo rozgniewałam niektórych ludzi. Moim przestępstwem było powiedzenie dziewczynom, które uczęszczały do mojej szkółki niedzielnej, że nie powinny zgadzać się na obrzezanie. Moja niedzielna szkoła miała być lekcją czytania i pisania, ale w każdy możliwy sposób przemycałem dobrą nowinę. Powiedziałem im, że obrzezanie to okaleczenie narządów płciowych oraz barbarzyńska i zacofana praktyka. Mężczyźni zmuszali do tego kobiety, żeby wiedziały, że są śmieciami. Prawdziwym zamiarem było zranienie ich, sparaliżowanie i kontrolowanie. Kiedy nadszedł dzień, w którym dziewczęta zgodziły się na cięcie, sześć z nich odmówiło. Nie było mnie tam, ale odkryłem, co wydarzyło się tej samej nocy, kiedy usłyszałem gniewne głosy na zewnątrz mojego domu, wzywające mnie, abym wyszedł i chcieli mi wlać za relacje z ich córkami. Była to wioska muzułmańska w kraju muzułmańskim i chociaż jestem ich rodakiem, jestem też chrześcijaninem, który został oskarżony o utrzymywanie relacji z ich córkami. Możesz sobie wyobrazić moje przerażenie.”
Nie, nie zamierzam przekładać całości tego krótkiego opowiadania. Chciałem tylko dać posmak tego, czym są te akurat opowieści Guraha, choć temat uchodźctwa, pielgrzymowania powraca na kartach jego powieści wielokrotnie. (Tyle zdążyłem się zorientować)
Cały tom opowiadań otwiera coś na kształt poematu:
„Ten prolog nie jest wierszem / Jest aktem powitania / Zapowiada on / Że ludzie, którzy są tu i teraz / Odrzucają warunki / Debaty kryminalizującej / Przemieszczanie się ludzi” – to jest fragment wiersza Davida Herda. „Aby zrobić z języka angielskiego słodycz… / Dlatego Chaucer opowiadał swoje historie. / Jak bardzo potrzebujemy angielskiego / Aby znów stać się słodkością.”
Podczas tego specjalnego wydarzenia, po tym tomie wydano jeszcze trzy następny, choć podobne, bo wydarzenie powtarza się co roku: znani w United Kingdom pisarze czytają swoje opowieści na imprezach publicznych każdego wieczoru, w szczelnie zapełnionych salach, z opowieściami zebranymi przez Comma Press, o których mówi się, że oferują „rzadkie, intymne przebłyski niewypowiedzianego cierpienia”.
Jednak ciekawa jest ta obecność tegorocznego Noblisty w tym tomie. No bo jakby temat uchodźctwa był niezwykle nabrzmiały w Europie w 2015, ale dzisiaj stał się też taki na wschodnich jej granicach, na granicach Unii Europejskiej z Białorusią i — pośrednio — Rosją.
Nauczyłem się dzięki Noblowi w tym roku, że istnieje luka w polskich słownikach terminów literackich, zapowiadam, że pracuję nad hasłem „tale”. J. A. Cuddon w „The Penguin Dictionary of Literary Terms and Literary Theory” (na mojej półce stoi trzecie wydanie Penguin Books z 1992.) pisze na s. 954, że „tale” to
„Narracja pisana (prozą lub wierszem) lub mówiona, w prozie prawie nie do odróżnienia od opowiadania (…). Jeśli jest różnica, to opowieść może sugeruje, że coś jest napisane zgodnie z brzmieniem kogoś mówiącego. Zazwyczaj temat opowieści jest dość prosty, ale sposób powiązania go może być złożony i kunsztowny. Wiele zależy od punktu widzenia pisarza. Można by chyba powiedzieć, że to rodzaj narracji, które R.L. Stevenson, Rudyard Kipling, W.W. Jacobs. Joseph Conrad, Somerset Maugham i William Faulkner lubili pisać i celowali w takich opowieściach, podczas gdy preferowane przez Henry’ego Jamesa. E.M. Forster, Aldous Huxley, Katherin Mansfield i Elizabeth Bowen to opowiadania. Jednak wszelkie takie klasyfikacje mogą być całkowicie mylące, a taki podział nie byłby użyteczny przy klasyfikowaniu krótszych dzieł Poego, Sakiego, Czechowa, Maupassanta i D.H. Lawrence’a czy kilkunastu innych pisarzy.”
No więc wiem teraz, dzięki Abdulrazakowi Gurnahowi, że brakuje w języki polskim opracowania łączącego staroangielskie „tale” z innymi wręcz prasłowami takimi jak saga, skaz czy gawęda. Ale dzięki temu — sławnemu teraz — uchodźcy moi studenci ze storytellingu dowiedzą się także o tym, że podobne historie były w swahili, pierwszym, matczynym języku tegorocznego Laureata. Ten kontekst jest istotny dla opowiadań i powieści naszego Conrada.
Ale dowiedziałem się także, iż istnieje zbitka językowa „zatrzymanie na czas nieokreślony” (ang. indefinite detention). W Wielkiej Brytanii wspomniana już organizacja charytatywna, która wydała omawiany zbiór opowiadań: „Gatwick Detainees Welfare Group” walczy od 2015 r. z nielegalnym, łamiącym prawa człowieka zjawiskiem przetrzymywania w „miejscach zatrzymania” bez określenia czasu, a niekiedy trwa takie zatrzymanie przez wiele wiele długich lat, bez wyroku, bez procesu. Właściwie to taki nieustający proces…
Pamiętajmy takie słowa: „opowieść”, to nie jest opowiadanie, „zatrzymanie na czas nieokreślony”, to nie jest zwykły areszt, to tortura, zaś „wypychanie” [ang. push-back, znane z polsko-białoruskiej granicy w 2021] to nie jest obrona granic i to nie jest patriotyzm. Bo wypychanie, to wpychanie do ciemnego lasu i na bagna. I szczucie psem policyjnym to nie jest obraz tolerancyjnego znanego z gościnności i publicznego rozmodlenia kraju.
I tak doszedłem do sedna: nagrody noblowskie pełnią niesamowicie cenną rolę edukacyjną i cywilizacyjną.
Jak bardzo potrzebujemy języka polskiego, aby znów stał się słodyczą. A nie push-backiem i ujadającym policyjnym psem.
PS. Wpis zmieniony ukazał się 20 października 2021 w Więzi
Interior of the Stockholm City Hall, the Golden Hall where the dancing takes place at the nobel prize banquet
SKOPJE, MACEDONIA – MAY 18: Mother Teresa monument in Skopje on May 18, 2013. Mother Teresa monument Humanitarian Worker and Nobel Prize Winner in Skopje, Macedonia.
Sztokholm i Skopje… Matka Teresa była Albanką z pochodzenia, jej pomnik jest w Macedonii, jeden z nielicznych kobiecych pomników w centrum stolicy… zdjęcia na lic. Depositphotos i Jarosław Płuciennik
Wizjonerki, zagłada ludzkości i… „Orlen-media”. Margaret Atwood i Greta Thunberg to aktywistki walczące o uznanie konieczności przeciwdziałania katastrofie klimatycznej. Ostatnio połączyła je publikacja w Dagens Nyheter
Symboliczna Statua Wolności tonie w morzu (symboliczny obraz) (fot. lic. Depositphotos)
Margaret Atwood, kanadyjska pisarka znana jest ostatnio przede wszystkim ze słynnych wizji „Opowieści podręcznej”, zekranizowanej w serialu HBO od 2017 roku. Atwood jest wizjonerką, bo wykreowała w swojej powieści antyutopię patriarchalizmu ucieleśniającą się właśnie w Polsce — o tym wydaje się świadczyć obecność tych postaci na protestach ulicznych strajku kobiet w Polsce. Kanadyjska powieściopisarka jest także wizjonerką, bo przewidziała w pewnym sensie pandemię jako sposób na eliminację ludzkości. Daleki jestem od spiskowych teorii dziejów, w której mamy „plandemię” zamiast „pandemii”, ale wizja zagłady ludzkości zawarta w Atwoodowej spekulatywnej, jakby antyutopijnej powieści z 2003 roku pt. „Oryx and Crake” jawi się jako prorocza w okresie dwóch kryzysów: klimatycznego i pandemicznego. Jeden z bohaterów powieści Atwood, zwolennik twardej nauki, niejaki Crake, doszedł do wniosku, że ludzkość jest nieodpowiedzialna, i że ziemia nie zasługuje na takiego gospodarza. Szkodników trzeba wyeliminować i najlepszym sposobem jest szybka akcja wywołania sztucznej zarazy, zaś ludzkość trzeba zastąpić genetycznie ulepszonymi wersjami. To jest wizja posthumanistyczna. W tej właśnie powieści występuje gra komputerowa o bardzo znaczącej nazwie Extinctathon. Doczekała się ona już naukowych opracowań, bo napięcie, które rysuje Margaret Atwood w swojej trylogii klimatycznej wynikające z podziału wiedzy na wiedzę stricte naukową oraz na tzw. humanistykę i sztuki prowadzi ludzkość prostą drogą do zagłady.
Margaret Atwood 3 grudnia 2020, Los Angeles (lic. Jean Nelson, Depositphotos)
W ten sposób Atwood umieszcza siebie w długiej tradycji, która w pewnym sensie rozpoczęła się na początku XIX wieku w osobie Mary Shelley, autorki „Frankensteina, czyli nowoczesnego Prometeusza.” Co ciekawe, ta niezwykle ważna romantyczna powieść powstała także pod wpływem katastrofy, mianowicie wybuchu wulkanu Tambora w Indonezji w kwietniu 1816 roku. Spowodował on niesamowicie gwałtowne burze w Europie podczas następnego lata w Genewie. Ten wybuch stał się już w popularnej kulturze okołonaukowej najpotężniejszym i najgłośniejszym wybuchem wulkanu w czasach historycznych („Crazy Nauka”). Jak się oblicza, zabił w konsekwencji ponad 70 tys. ludzi i wywołał zimę wulkaniczną na całym globie. To że latem 1816 r. w pewnym sensie nie było lata, nad jeziorem genewskim było mnóstwo deszczu i burz z błyskawicami, uznaje się za okoliczności powstania „Frankensteina” Mary Shelley i „Wampira” Lorda Byrona.
Wybuch wulkanu (ten z 2016 miał kolosalne znaczenie dla krótkiego oziębienia ziemi)
Piszę o Atwood, gdyż umieszczono z nią wywiad ostatnio 6 grudnia 2020 roku w Dagens Nyheter w bezprecedensowym numerze największego dziennika szwedzkiego, którego redaktorem naczelnym stała się na jeden dzień 17-letnia Greta Thunberg. Znacząca decyzja redakcji jest olbrzymim czynem medialnym wspierającym gigantyczną karierę szwedzkiej nastolatki. Widać, że za tą karierą idzie agenda wielu, wielu ludzi. W tym samym numerze DN znaleźć można wypowiedzi innego aktywisty reportera Davida Attenborough. Oczywiście, już kiedyś w mediach było podobne wydarzenie, kiedy brytyjski „The Independent” w 2006 zrobił gościnnym redaktorem Bono, no ale wtedy ten nie był już nastolatkiem, miał 66 lat. Damien Hirst artysta plastyk projektował pierwszą stronę tego numeru „No news today”. Sama Greta wcześniej w ubiegłym roku stała się redaktorką programu „Today” w brytyjskim radiu publicznym BBC4.
Co łączy powieści Atwood z nastoletnią Gretą? Oczywiście aktywistyczne zaangażowanie w kryzys klimatyczny.
Zrzuty z konta Twitterowego Grety Thunberg pokazujące okładkę Dagens Nyheter z 6 grudnia 2020, w wydaniu z gościnnym Redaktorem Naczelnym Gretą Thunberg (fot. JP)
Greta widnieje na okładce jako mała główka na tle zdjęcia z lotu ptaka tzw. „wrót piekła”, czyli krateru Batagaika w Jakucji, z którego wydobywa się od kilku lat pod wpływem ocieplenia klimatu znacznie więcej metanu, co pogarsza jeszcze bardziej sytuację klimatyczną. „Droga do piekła” to nazwa lokalsów, ale wydaje się, że ta ilustracja na okładce stanowi znaczący wybór redakcji z Gretą, która wcześniej apokaliptycznie i proroczo stwierdzała na szczycie ONZ, „świat stanął w ogniu”. (pisałem o tym w najnowszej publikacji po angielsku).
Zarówno Greta jak i Margaret Atwood łączą tradycje naukowości i humanistyki, próbują łączyć to, co zostało z przez chciwość ludzkości rozdzielone. Na okładce numeru widnieje cytat z Grety:
„To są fakty, a nie jakaś opinia: Świat się ociepla, wieczna zmarzlina topnieje, a ziemia pęka. 58 stron o kryzysie klimatycznym – i o tym, jak mało jest czasu, aby zmienić bieg zdarzeń”.
Ale na drugiej stronie młoda aktywistka pisze: „Kryzys klimatyczny jest najtrudniejszym i najbardziej wymagającym wyzwaniem przed którym postawiono ludzkość. Nasza największa nadzieja leży w demokracji i powszechnej edukacji.” W tym kontekście trzeba widzieć rolę mediów. Media powinny pomagać w edukacji i demokracji, bo pozwalają na szybsze dotarcie z informacją. Szkoła już nie wystarczy, wolne i zaangażowane media są jedyną nadzieją.
Pylony reklamowe ze znakami McDonald’s i Orlenu w Sieganowie, Polska, 20 maja 2020 (lic. Depositphotos)
I w związku z tym właśnie chciałbym zauważyć, że w Polsce, niestety, ironicznie bardzo brzmi informacja, że media lokalne zostały przejęte przez koncern paliwowy, czyli przez przemysł oparty na paliwach kopalnych współodpowiedzialnych za globalny kryzys klimatyczny. Mariaż mediów i kopalin jest fatalną wiadomością nie tylko dlatego, że ma swój precedens w Gazprom-Media z putinowskiej, niedemokratycznej Rosji. Jest fatalną wiadomością, bo Orlen-Media to jest także Orwell. Jesteśmy już — wedle Reporterów bez granic — w czołówce krajów, w których — po ostatnich wyborach prezydenckich — mamy zagrożenie wolności mediów, bo manipuluje się tzw. mediami publicznymi realizującymi agendę jednej partii (jesteśmy na 68 miejscu na świecie pod względem wolności mediów). Ale jesteśmy też wedle listy Dagens Nyheter najbardziej zanieczyszczającym świat krajem.
Najbardziej zanieczyszczające kraje świata od 1750 do 2019:
USA
Chiny
Były ZSRR
Niemcy
Wielka Brytania
Japonia
Indie
Francja
Kanada
Polska
(Dagens Nyheter 06.12.20, s. 15)
Dlatego to fatalna wiadomość, że będziemy mieli w Polsce media lokalne podporządkowane interesom lobby paliw kopalnych. Orlen-Orwell.
PS. Nieco zmieniona wersja tego artykułu ukazała się 12 grudnia 2020 w Gazecie Wyborczej (tekst tutaj).
Pomnik George’a Orwella przed siedzibą BBC Broadcasting House w Portland Place, Londyn, ok. września 2019 (fot. lic. Depositphotos)
Symboliczne pożegnanie śp. Jerzego Pilcha, pochowanego w Kielcach 4 czerwca 2020. Rozmowa z ks. Waldemarem Szajthauerem, proboszczem parafii ewangelickiej w Wiśle i wiceprezesem Synodu Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce. Wisła to rodzinne miasto Pilcha, obecne w jego twórczości…
Chynchy akademickie to nazwa blogu akademickiego Jarosława Płuciennika. „Chynchy” to jest słowo z gwary miejskiej łódzkiej, oznacza „gęste zarośla, krzaczory”. Ci, co są łódzkimi snobami mówią „chęchy”, żeby zaistniała nosówka: ęęęęęę…. Jednakautentyczniejsze są chynchy… w trakcie wypowiadania których powstaje unikalnie łódzka nosówka yyyyyyyy!, której zasadniczo nie spotyka się w języku polskim.
Chynchy, chynchy, chynchy — powtórzcie to piękne słowo kilkakrotnie, a stanie się dla Was mantrą prowadzącą Was do wnętrza samych siebie, na wyżyny samoświadomości…