Tag: antropologia kultury

  • Knäckebröd i kulturowy kanon. O rozszerzaniu pola szwedzkości

    Knäckebröd i kulturowy kanon. O rozszerzaniu pola szwedzkości

    Obserwatorium Nordyckie: Szwecja

    2 września pisałem, że w świeżo ogłoszonym szwedzkim kanonie znalazła się Pippi, a zabrakło Abby; że obecny jest „latający Jakub” (Flygande Jakob), a nie ma kwaśnego śledzia, klopsików ani – last but not least – fiki jako instytucji społecznej. Dziś wracam do tematu, bo felieton Christiana Dauna w Svenska Dagbladet, poświęcony pominięciu  knäckebröd (rodzaj kruchego pieczywa, u nas znane jako produkt firmy Wasa), znakomicie ogniskuje cały spór: kanon nie tylko włącza, ale i wyklucza, tworząc symboliczne hierarchie smaków, dźwięków i praktyk codzienności.

    Zgadzam się z felietonistą Daunem: chrupkie pieczywo to nie „ubogi kuzyn” gastronomii, lecz metafora szwedzkiej historii. Od chłopskiego pożywienia odpornego na kryzysy po współczesny minimalizm – knäckebröd jest nośnikiem wartości, które Szwecja lubi opowiadać o sobie: samowystarczalności, równości, pragmatyzmu. I może właśnie dlatego go nie widać – jest zbyt powszechne, by trafić do gablot. Tymczasem to właśnie takie „niewidzialne” praktyki spajają wspólnotę silniej niż najbardziej reprezentacyjne symbole.

    Kiedy pytałem „Szwedzki kanon – most czy mur?”, miałem na myśli dokładnie ten problem. Przewodniczący komitetu, prof. Lars Trägårdh, przedstawiał ideę „wspólnego rdzenia”, ale procesowi towarzyszyły napięcia: rezygnacja Marlen Eskander, dyskusja o nierównowadze płci w gronie ekspertów, chłodne wypowiedzi o grupach peryferyjnych, a nad tym wszystkim cień ideologicznych patronatów. W efekcie powstała lista, która łatwo promuje narracje eksportowalne (Pippi, allemansrätten, nawet kulinarny pastisz lat 70., jak Flygande Jakob), a z oporem przyjmuje mocne markery codzienności: fikę jako rytuał równości, köttbullar jako emblemat domowości, surströmming jako pamięć peryferii i tego, co wręcz niechciane, bo „nieładnie pachnące”… . Knäckebröd wpisuje się w tę samą lukę – łączy, ale rzadko bywa uhonorowane.

    Felieton Dauna przypomina też, że kanon nigdy nie jest neutralny. Historia fortuny Carla Lundströma i jej przepływów na rzecz skrajnej szwedzkiej prawicy pokazuje, jak przedmioty codzienności mogą zostać zawłaszczone przez ideologie. Ale są i kontr-narracje, które mnie przekonują mocniej: integracja przez smak i rzemiosło. Opowieść o Emadzie Bayoumy (Pyramidbageriet) czy metafora Ali al-Abdallaha – „Szwecja jak knäckebröd: twarda z wierzchu, zdrowa w środku” – to przykłady, w których kuchnia staje się językiem wspólnoty, a nie linią podziału. To właśnie taki materiał powinien budować kanon.

    Patrząc szerzej, nordycki kontekst podsuwa rozwiązania. Dania przeszła przez „twardą” kanonizację (2006) i dziś ją rewiduje m.in. pod kątem równości; Finlandia eksperymentuje z „kanonem emocjonalnym” (tunnekanoni), który przenosi akcent z listy dzieł na wspólne doświadczenia. Szwecja długo unikała kanonu, by nie wykluczać; gdy wreszcie go wprowadziła, wyszła na jaw podstawowa sprzeczność: czy lista będzie mostem między grupami, czy murem oddzielającym „reprezentacyjność” od życia?

    Moja odpowiedź jest prosta: kanon nie może być tylko gablotą. Musi być stołem. Jeśli w spisie mieści się Flygande Jakob, to logicznym dopełnieniem są: – fika jako instytucja społeczna (pauza równości i relacji), – köttbullar (klopsiki mięsne) jako pamięć kuchni domowej, – surströmming (kiszony śledź) jako pamięć peryferii i regionów, – Abba jako emocjonalny alfabet wspólnoty, – i wreszcie knäckebröd – chleb, który wszystko spina: kryzys i dobrobyt, chłopską spiżarnię i królewski stół, lokalność i globalny obieg.

    Tylko taki kanon – rozumiany jako żywy układ wartości i praktyk, nie zbiór eksponatów – może realnie łączyć. Dlatego podtrzymuję to, co napisałem 2 września: bez Abby, fiki i kuchennych emblematów codzienności komitet buduje estetyczną fasadę zamiast wspólnego domu. A przykład knäckebrödu pokazuje, jak łatwo przeoczyć to, co najważniejsze – bo leży na każdym szwedzkim stole. Także na tzw. szwedzkim bufecie… (szw. smörgåsbord).

  • Kondycja ludzka: Antropologia w storytellingu

    Kondycja ludzka: Antropologia w storytellingu

    I moja nowa publikacja ofiarowana Jubilatowi:

    J. Płuciennik, Kondycja ludzka, antropologia a opowiadanie historii (storytelling), w: Układ rozkwitania. Prace ofiarowane Profesorowi Grzegorzowi Godlewskiemu, red. Roman Chymkowski, Zuzanna Grębecka, Sara Herczyńska, Mikołaj Łątkowski, Marta Rakoczy, Justyna Schollenberger, Agnieszka Sobolewska-Alsberg, Jerzy Stachowicz, Wydawnictwo Campidoglio, Warszawa 2025.

    Artykuł dostępny w Repozytorium UŁ tutaj

    Całość dostępna pod adresem: Instytut Kultury Polskiej UW Układ rozkwitania.

  • Epidemiologia nieufności

    Epidemiologia nieufności

    Dan Sperber w 2012 by Jean-Luc Jucker / CC BY-SA (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0) https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Dan_Sperber_Paris_December_201

    Wiele mówi się dzisiaj o epidemii, jest mnóstwo teorii spiskowych, wiele także ekspertów od zakażeń. Nie jestem ekspertem od epidemiologii sensu stricto, kiedyś jednak poznałem Dana Sperbera, francuskiego antropologa kultury, kognitywisty i autora koncepcji epidemiologii reprezentacji. Pozostawałam przez jakiś czas pod wpływem jego teorii. Ta nazwa „epidemiologia reprezentacji” sugeruje po prostu, że namysł nad kulturą musi być multi- i inter-dyscyplinarny, tak jak multi- i inter-dyscyplinarna musi być epidemiologia. Żeby zwalczyć zarazy potrzeba współpracy wielu specjalistów, ekspertów. Teoria Sperbera różni się w sposób znaczący od memetyki Richarda Dawkinsa i Susan Blacmore, dla których rozprzestrzeniane memy są porównywalne do genów, przede wszystkim tym, że uwzględnia on intencjonalność znaczenia, udział ludzkiej świadomości. Dlatego Sperber odrzuca łatwe analogie między memami i genami. Kultura jest zawsze ludzka. I epidemiologia reprezentacji musi uwzględniać świat ludzkich znaczeń, intencjonalności i intersubiektywności.

    I właśnie ten udział ludzkiej świadomości w obszarze epidemiologii chciałbym chwilę opisać. Przeczytałem w Scientific American (Delviscio, Jeffery, and Karen M. Sughrue. 2020. ‘Larry Brilliant Helped to Eradicate Smallpox;and He Has Advice for COVID-19’. Scientific American. 20 March 2020.) fascynującą historię Larry’ego Brillianta, który pomagał niegdyś w ramach działań WHO zwalczyć epidemię ospy w Indiach. Ospa nie jest podobna do COVID-19, bo ten ostatni jest odzwierzęcym wirusem, zaś ospa — ludzkim. Ale pewne aspekty osobistych doświadczeń dr Brillianta wydają się godne uwagi, dlatego SA nakręciło z nim wywiad. Żeby zwalczyć zarazę używał niekonwencjonalnych metod badawczych.

    Mówi on pod koniec wywiadu, że zwycięstwo nad ospą (masowe szczepienia) oraz np. nad polio dało nam odczuć znaczenie słowa: publiczne w zbitce „zdrowie publiczne”, oraz ponownie odkryć wyrażenia takie jak „zaufanie społeczne”, „wartość społeczna” oraz „społeczna wola”. To są klucze do walki z epidemiami.

    Od kilku już tygodni jesteśmy w paradoksalnym stanie „samoizolacji” społecznej, w której dla siebie i społeczności powinniśmy okazywać sobie dystans. Samoizolacja jest teraz jedynym sposobem walki z epidemią. Ale wywołuje ona kolosalne zmiany psychospołeczne i boję się myśleć o ich konsekwencjach dalekosiężnych dla młodych pokoleń moich synów na przykład, dla których to doświadczenie jest pokoleniowym doświadczeniem formującym. Zapamiętają, że był czas, kiedy trzeba było unikać ludzi, bo mogą przynosić zło.

    Jednak wczorajsza noc w polskim Sejmie uświadamia mi jeszcze jedno: pandemię może pokonać jedynie międzynarodowa kooperacja i zaufanie społeczne dla władzy. Władza polska, polski parlament przyjmujący w nocy niekonstytucyjne zmiany w polskim prawie pogłębia olbrzymi brak zaufania i więzi społecznych w Polsce. O tym pisali już słynni polscy socjologowie jak Piotr Sztompka np. (zob. jego nagradzaną monografię „Zaufanie społeczne”). Władza rozpowszechnia reprezentacyjny wiral sprzeczności: jednocześnie nawołuje do samoizolacji oraz do lekceważenia jej. W jednym czasie mówi jakby: „nie wychodźcie z domu” i „idźcie tłumnie na wybory”. „Nie spotykajcie się” i „spotykajcie tłumy”.

    Epidemiologia sprzeczności, którą funduje nam polska władza, jest zabójcza nie dla wirusa, ale dla niezwykle wrażliwej tkanki społecznej, publicznego zaufania. Cyniczna władza kreuje cyniczne społeczeństwo. A mięliśmy być przerobieni w aniołów… A mięliśmy być zbawieni… przez emerytowanego zbawcę narodu.

  • Czy Internet i media społecznościowe zabijają nasze mózgi?

    Electronics and people

    Czy Internet i media społecznościowe zabijają nasze mózgi?

    Narzekania na nowe media są stare jak europejska cywilizacja, wystarczy przypomnieć niechęć Sokratesa i Platona do pisma jako zabójcy pamięci. (np. w dialogu „Ion”) Kiedy iPhone pojawił się na świecie w 2007, historia wydawała się powtarzać. W 2010 ukazała się książka Williama Powersa, przetłumaczona na język polski w 2014 jako „Wyloguj się do życia”. W 2011 pojawiła się książka Nicolasa Carra (Carr, Nicholas. The Shallows: What the Internet Is Doing to Our Brains. New York, W. W. Norton & Company 2011.) William Powers był gościem Uniwersytetu Łódzkiego, Wydziału Filologicznego, Instytutu Kultury Współczesnej w 2014 r. Wtedy William Powers i inni publikowali humanistyczną refleksję alarmującą społeczność światową, że tracimy pamięć, a przez to także tożsamość i podmiotowość. Częściowo te konstatacje można podtrzymać i dzisiaj.

    Jednak dziś mamy już statyczne dane. Możliwa jest ich analiza. Kulturoznawcza analiza nie może abstrahować od rozważań psychologów badających problemy współczesności. Choć nie może także być z nimi tożsama. Nauka o mediach społecznościowych może ustanawiać, jak argumentuje Lydia Denworth w ostatnim Scientific American (Denworth, Lydia. „Social Media Has Not Destroyed a Generation”. Scientific American, t. 321, nr 5, listopad 2019), wyższe standardy analizy statystycznej i uniknąć dzięki temu niedorzecznych roszczeń i przebadać ludzi w dłuższym okresie. Autorka Powołuje się przy tym na na najnowsze badania Twenge (Twenge, Jean M. „HAS THE SMARTPHONE DESTROYED A GENERATION?” Atlantic, t. Vol. 320, nr 2, wrzesień 2017, s. 58–65.), Orben i Przybylskiego (Orben, Amy, i Andrew K. Przybylski. „Screens, Teens, and Psychological Well-Being: Evidence From Three Time-Use-Diary Studies”. Psychological Science, t. 30, nr 5, maj 2019, s. 682–96).

    Te badania ukazują bardziej zniuansowany obraz. Istnieje pewna korelacja np. między użyciem mediów społecznościowych a depresją , czy użyciem mediów a mniejszą ilością relacji seksualnych, ale także między aktywnym ich używaniem a dobrym samopoczuciem. Nie ma jednoznacznych dowodów, że to użycie tych mediów wywołuje depresję. Może być zupełnie odwrotnie, zaś Ci, co aktywnie używają internetu i mediów społecznościowych mogą czuć się lepiej. W latach 80-tych ludzie załamywali ręce, jak pisze Lydia Denworth, nad biernymi godzinami marnowanymi przed ekranami telewizorów (obowiązkowych w każdym domu): z tego punktu widzenia, gdyby ludzie wtedy wyobrażali sobie aktywne wymienianie się obrazami, refleksją, przeczytanymi artykułami i książkami… byliby zachwyceni… 

    Wydaje się zatem, że statystyczne dane nie potwierdzają alarmujących głosów. Chociaż na pewno żyjemy w rewolucyjnym czasie, w którym być może dochodzi do zmiany paradygmatu uczestnictwa w kulturze. Galaktyka Gutenberga na pewno odchodzi już do lamusa. Chociaż ludzie ciągle będą czytać książki, także papierowe (jeśli będzie ich stać), ale współczesny rozproszony człowiek musi znaleźć swój sposób radzenia sobie z nadmiarem informacji i danych w świecie cyfrowym, aby znaleźć sens i znaczenie, czasami zamieniając informacje i dane w prawdziwą wiedzę. I na tym musi się skupić nasza edukacja.