UNIVERSAL CITY, CA – marzec 2006, the Universal Studios Hollywood, USA 10 marca2006 (fot. Depositphotos)
Dwóch socjologów brytyjskich Robert de Vries (University of Kent) i John Jerrim (University College London) zadało sobie pytanie, jakie wnioski płyną z drogi kariery Donalda Trumpa, którego USA żegnają dzisiaj. I oto krótki przewodnik, jak awansować w nauce, (opublikowane jako opinia 21 stycznia 2021 w Times Higher Education) które to dziełko zaczyna się dość kontrowersyjnie od zdania: „Tylko frajerzy koncentrują się na doskonałości w nauce. Lepiej jest podrasować kreatywnie swoje wyniki, rozkręcić ruletkę i zawierzyć znajomkom”.
1) Pierwsza rada jest bardzo krytyczna (ironicznie) względem zasad tzw. reformy Gowina:
Ponieważ nikt nie czyta tego, co piszesz i nikt nie zwraca uwagi na jakość Twoich publikacji naukowych, najważniejsze jest, gdzie opublikowałeś swoje badania. Najważniejsze, żeby w czasopiśmie z listy uznanej przez mainstream: np. zob. Lista czasopism Ministerstwa Nauki albo porównaj to z listą tutaj i zrozumiesz, że ocena jakości zależy od listy, a nie od tego coś napisał tu i ówdzie, ważne żeby tu, gdzie chcą oceniający. Rygory naukowe nie są najważniejsze, najważniejsze miejsce publikacji.
Niemniej istotna i powiązana z pierwszą jest rada druga, która wykorzystuje angielski idiom „cook the books”, który można w wolnym tłumaczeniu przełożyć jako
2) Księguj kreatywnie, podrasuj wyniki („przygotuj księgi rachunkowe”)
Man Calculating Past Due Statement Using Calculator
Jeśli wyniki nie potwierdzają Twojej hipotezy, tym gorzej dla wyników. Po co to eksponować. Zatem schowaj jak najgłębiej w swojej publikacji negatywne przypadki, eksponuj pozytywną narrację a będziesz cytowany, bo cytuje się pozytywy, a nie negatywy. Jak piszą autorzy (jeden jest naprawdę wziętym socjologiem), „podczas pracy z danymi prawie zawsze istnieje wiele uzasadnionych podejść, które możesz zastosować – na przykład w wybranych miarach, sposobie kodowania zmiennych i wyborze analizy statystycznej.” Kreatywna księgowość cieszy się fatalną sławą w nauce o inwestowaniu w finansach, ale jeśli udało się Trumpowi, to dlaczego miałoby się nie udać Tobie? Co prawda autorzy instruktażu na portalu dla inwestorów ostrzegają przed konsekwencjami takiego podrasowania zapisów wyników badań, ale cóż „no risk, no fun”, jak mówią starożytni Indianie… (ostrzeżenie zob. tutaj)
Jasny przekaz (fot. Depositphotos)
3. Kontroluj medialne przesłanie
Nawet jeśli w podrozdziale na temat wyników skrupulatnie sprawozdajesz wszystkie swoje ustalenia, twój tytuł, streszczenie oraz wnioski lepiej się sprzedadzą, jeśli zignorujesz te niewygodne negatywne wyniki. Zagwarantuj sobie dobre spopularyzowanie Twoich wyników. „Relacje w prasie poprawią profil Twojej pracy i pomogą zwiększyć liczbę cytowań, ale główne media preferują jasne, pozytywne wyniki nawet bardziej niż czasopisma akademickie.
4. Aplikuj, aplikuj, aplikuj o granty
ruletka w kasynie to dobra metafora dla systemu aplikacyjnego w nauce
Najważniejszy wskaźnik Twojej wartości poza publikacjami w ważnych miejscach jest ilość wyrwanych systemowi pieniędzy.
Nie marnuj czasu na podwyższenie jakości swoich badań, wysyłaj swoje aplikacje, gdzie popadnie, byle więcej. Większość z tych aplikacji zostanie zmarnowana na bank. Autorzy wskazują na słabe skorelowanie ocen recenzenckich w przebadanych 4000 aplikacji o granty w badaniach społecznych. Wniosek: „Twoje szanse na sukces zależą więc w dużej mierze od tego, kto sprawdzi Twoją propozycję”. Badania w innych krajach potwierdzają te wyniki. Wnioski i konkursy to loteria, daj sobie szansę, graj jak najczęściej!
5. Ufaj rodzinie, ziomkom i spółdzielcom
koledzy, rodzina…
Sugeruj recenzentów sprawdzonych. Co prawda niektóre reguły antynepotystyczne mogą uniemożliwić Ci wprost wskazanie żony, męża, syna, córki, dziadka, wnuka, ojca, matki, jednak kumpel z konferencji, z którym przypadkowo zaciąłeś się w windzie może się przydać. Podobnie jak współautor sprzed lat.
Capitol Hill Building, Washington DC. (fot. Depositphotos)
Trump odchodzi w niesławie, ale czy na pewno znika? Śmiem wątpić. Polscy zwolennicy reformy Gowina na pewno mogą pomóc mu wrócić, tak jak ten pan ze znakiem Polski Walczącej na Kapitolu.
Problem czarnych ekranów. Czy to jest właściwy problem? A może problem nierówności dostępu?
Faktycznie nie ma o co kruszyć kopii? Jeśli większość Twoich studentów ma czarny ekran zamiast transmisji ze swojego miejsca aktualnego pobytu podczas Twojego wykładu, czy powinieneś domagać się za wszelką cenę włączenia kamerki?
Wideokonferencja (il. Depositphotos)
Uwielbiam kontakt wzrokowy. Jestem wzrokowcem. No i jest reguła w kulturze Zachodu, że jak człowiek nie patrzy w oczy, to pewnie jest nieszczery, oszukuje itp.
Cyfrowe uczenie się i nauczanie ma to do siebie, że reguły zwykłej komunikacji zniknęły albo się przeobraziły. Podobnie jest z patrzeniem w oczy. Kontakt wzrokowy na sali wykładowej jest bardzo ważny. Staram się o tym pamiętać i niekoniecznie tylko w ten sposób, żeby wybierać wdzięcznego słuchacza i mówić do niego, staram się adresować jak największą liczbę osób, żeby w miarę każdy miał wrażenie, że mówię właśnie do niego. Staram się zazwyczaj także aktywizować słuchaczy przez zadawanie pytań, zagadywanie półoficjalne, ale także poprzez sondowanie opinii, robię to zazwyczaj albo tradycyjnie usta-usta („ile osób tutaj w tej sali ma przy sobie jednorazowe chusteczki higieniczne?”), albo sondami opinii na Slido. To powoduje, że wykład staje się bardziej interaktywną formą.
Symboliczne przedstawienie przeglądania się w lusterku (fot. lic. Depositphotos)
A jak to wygląda w pandemii? Też się staram. Patrzę w kamerę i wyobrażam sobie, że to jest jakbym patrzył w oczy słuchaczy. Staram się także aktywizować sondażami, tym razem w formie elektronicznej, oczywiście. (niektóre komunikatory edukacyjne mają możliwość testowania wbudowaną w system).
No ale część moich studentów ma czarne ekrany, albo ze znakami (np. Strajku Kobiet) bez wizerunku. Czy powinienem wymuszać na nich włączenie kamerki? Według regulacji uniwersyteckich, tak.
Kobieta przeglądająca się w lustrze (fot. lic. Depositphotos)
No ale oni mogą mieć problem, bo łączą się np. przez smartfon. Jakość kamerek w laptopach jest różna, część ze studentów może wstydzić się ośmieszenia przez rówieśników albo z powodu marnej jakości sprzętu, albo dziwnego otoczenia — warunki mieszkaniowe są także różne, a nie każdy sprzęt umożliwia rozmycie tła, czy ustawienie sztucznego tła. Nie każdy dobrze wygląda w mediach, a przecież transmisje Zoom, czy Teamsów to rodzaj wystąpienia w mediach.
Istnieją oczywiście regulacje na wielu uniwersytetach wymuszające włączanie kamer. Absolutnie obowiązkowej jest to podczas egzaminowania. I to jest słuszne, aczkolwiek wiosną bieżącego roku zdarzały się w Niderlandach strajki studentów przeciwko temu ze względu na ochronę prywatności. Uważam to za przesadę. Ale problem nierówności dostępu ciągle istnieje. Nierówny jest dostęp do: dobrej sieci Internet, dobrego sprzętu komputerowego, dobrych warunków mieszkaniowych, dobrego fryzjera (fryzjera w ogólności w warunkach pandemicznych), makijażu itd. itp.
Dlatego nie będę wymuszał transmisji non-stop. Może na początek wykładu na chwilę dla przywitania się.
No i postaram się aktywizować studentów na wykładach sondażami cyfrowymi, wymuszającymi aktywność, ale niekoniecznie „medialną”, żeby odpowiadali „paszczą”, albo „kciukiem” — tekstem pisanym…
Przed kamerą (fot. lic. Depositphotos)
Problem jest i trzeba go zauważyć. Kontakt wzrokowy nie jest w cyfrowym świecie najważniejszy. Ale kontakt ciągle jest ważny, interakcja ważna. Komunikacja.
O takim wniosku świadczy też opinia wyrażona dzisiaj w Times Higher Education Marka Heatona z Sheffield pt. Academics must not rage against ‘death by blank screen’ (Akademicy nie powinni wściekać się na tzw. „Uśmiercenie przez czarny ekran”) (THE 14.12.20) Zgadzam się, że kamerka u studenta nie jest najważniejsza. Najważniejsza jest komunikacja między ludźmi. Aktywność i zaangażowanie. Nie ma nic gorszego, jak nauczyciel zadający wyłącznie prace domowe i wykładający „ex cathedra”… Nawet jeśli ta katedra to teraz pulpit komputerowy.
Chiński rząd odchodzi od punktozy i dyktatu bibliometrii. Jak donosi Times Higher Education, Pekin burzy administracyjną mentalność „publikuj albo giń”.
Science Citation Index SCI służący parametryzacji akademickich działań na uniwersytetach na całym świecie a istniejący od 1964 nie będzie miał już w Chinach takiego znaczenia jak niegdyś. Opublikowano właśnie w ichniejszym ministerstwie nauki i techniki oraz ministerstwie edukacji specjalną dyrektywę, rodzaj zarządzenia w 10 punktach, które zniechęca instytucje od przyznawania jakiś nagród albo uznawania kwalifikacji (np. przyznawania doktoratów) na podstawie wartości w SCI. (indeks służący głównie bibliometrii jest obecnie we własności Clarivate Analitics, Thomson and Reuters). Jak rozumiem ruch ten może być efektem także działania np. sygnatariuszy deklaracji DORA, a przynajmniej ci, którzy zgadzają się z DORA (to znaczy wierzą w jakościowe badania jakości) na pewno takiej inicjatywie przyklasną. Bo parametryzacja działalności naukowej opartej na bibliometrycznych algorytmach platform różnego typu niestety prowadzi działalność naukową na manowce, niewiele ma wspólnego z wysoką jakością.
Chiński rząd w ten sposób pragnie zahamować nie tyle bum kreatywności naukowej, ale sztucznie napędzany pęd na publikacje indeksowane w nowym prywatnym narzędziu bibliometrycznym. Podkreśla się w analizach, że ostatnio wielu naukowców w Chinach uległo tej presji narzędzi biometrycznych.
Ostatnia decyzja rządu chińskiego będzie miała bardzo dalekosiężne efekty. Ta decyzja była długo przygotowywana, a poprzedziły ją wypowiedzi samych wodzów chińskich między innymi Prezydenta Chin z 2017 r.
Trzeba mieć świadomość, iż ruch ten administracyjnie wymierzony w punktowe szaleństwo w Chinach odbywa się w ramach społeczeństwa, którego nie można na pewno nazwać demokratycznym. Społeczeństwa w którym mentalność Foucaultowskiego panoptykonu powoduje niezwykłą podatność na wszelkie go rodzaju dyktaty i inwigilację oraz masowe odruchy. Ta cecha społeczeństwa chińskiego powoduje że jest ono bardzo zdyscyplinowane i lepiej nim zarządzać w sytuacjach kryzysowych takich jak np. wybuch pandemii koronawirusa. Nie przypadkiem Michel Foucault pisał o marzeniu o zdyscyplinowanym społeczeństwie w fenomenie kwarantanny. Każde społeczeństwo nowoczesnej ulega temu marzeniu. To jest bardzo znaczący fakty, że nawet w takim społeczeństwie, w którym rządowe aplikacje smartfonowe służą inwigilacji obywateli, a obywatele nie widzą w tym nic złego, odchodzi się od dyktatu administracyjnego Science Citation Indeks. Nauka bez prawdy i wolności jest niewiele warta. Tymczasem w Polsce wprowadza się właśnie dyktat Elseviera, właściciela platformy Scopus oraz właśnie osławionego SCI. Warto zdawać sobie sprawę z tego w którą stronę dryfujemy. Choć może jeszcze nie wszystko stracone?
„Pracuję 100 godzin w tygodniu, codziennie od 6 rano do 23.00”. Takie wyznanie może szokować. I słusznie. Dama angielska, Lady Marry Beard, zasłużona i bardzo utytułowana klasycystka z Uniwersytetu w Cambridge wywołała burzę medialną w listopadzie 2019, wyznając na Twitterze, że pracuje 100 h w tygodniu. Niby chciała innych zapytać, ale tak jakby trochę tym epatowała… A to przecież humanistka par excellance, klasycystka… Choć kropka niepotrzebna w jej ćwierku się wydarzyła…
wpis na Twitterze Mary Beard z 23 listopada 2019, z godz. 22:22
W trakcie owej burzliwej ćwierkowej dyskusji przyznała się w szczegółach, że zaczyna pracę o 6 i kończy o 23, bez przerwy na lunch, za to z przerwą na obiad. No i że jest taka szara przestrzeń podróżowania na konferencje i wykłady na przykład, którą także wlicza do pracy.
wpis z 24 listopada pod wpisem z 23 listopada w ciągu dyskusji
W swoim czasie, nie dawniej niż w sierpniu 2019 w okresie i atmosferze wakacji profesor Lee Cronin, chemik z Glasgow, napisał w Times Higher Education, że praca przez długie długie godziny nie powinna być demonizowana. I nie należy ulegać kultowi takiej „pracowitości”. (22 sierpnia 2019.)
zdjęcie w tle na Twitterze Chrisa Chambersa, Cardiff University
Najbardziej chyba istotnym głosem w dyskusji jest stanowisko Chrisa Chambersa, kognitywisty z Cardiff University, autora słynnej książki na temat grzechów psychologicznych w kulturze praktyk naukowych. (Chambers, Chris. The Seven Deadly Sins of Psychology: A Manifesto for Reforming the Culture of Scientific Practice. 1st Edition edition, Princeton University Press, 2017.) On właśnie przyznaje się, że jego postawa względem „przepracowania” zmieniała się: inaczej do niej podchodził, kiedy dobijał się do znaczenia w świecie akademii, a inaczej traktuje to w okresie swojego „senioratu”. I nie uważa tej zmiany za objaw swojej hipokryzji. Biurokraci mierzą nas przez osiągnięcie takie jak produktywność (u nas w Polsce to są owe słynne punkty „gowinówki”!!!). Ale produktywność tak rozumiana to tylko częściowo prawda o nas, bo dochodzą do tego jeszcze recenzje, przeglądanie prac studenckich i ich ocena, publiczne wypowiadanie się dla dziennikarzy i polityków. Zatem doświadczony psycholog przyznaję się, że na wcześniejszych etapach rozwoju zawodowego faktycznie był pracoholikiem, teraz jednak jego tydzień pracy to jest od 40 do 45 h, tylko od czasu do czasu pracuje wieczorami, nigdy zaś w weekendy. A jest to wyznanie jednak naukowca laboratoryjnego, neurokognitywisty. Nie humanisty, nie klasycysty…
family, child and happiness concept – happy mother with baby
Wśród głosów zamieszczonych w THE znajdzie się także głos quasi ekologiczny. Wykładowczyni australijska zapytuje, „czy moja histeryczna produktywność przyczynia się do utrzymywania środowiska przepracowania?” Hanna Forsyth, starsza wykładowczyni historii wizytująca aktualnie uniwersytet w Cambridge przyznaje, że po doktoracie jej budzik dzwonił o 04:30, na kampusie pojawiała się około piątej. Ale co drugi tydzień wychowywała jeszcze syna. I to komplikowało jej sytuację. Ostatnio trochę zwalnia choć nie jest jeszcze zwolenniczką ruchu „slow science, „wolnej nauki””. Jednocześnie, Australijka przyznaje, że nie można przesadzać i akademików porównywać do niewolników, bo przecież cieszymy się wieloma przywilejami. Mimo to jednak logika systemu nagradzania i karania współczesnego zarządzania jest bardzo niestety uciążliwa. I oczekuje więcej w tym względzie od pracy związków zawodowych.
Ciekawie wygląda opinia młodego pokolenia. Doktorantka literatury angielskiej w Queen Marry Uniwersity of London przyznaje, że starała się kiedyś pracować od dziewiątej do siedemnastej. Ale teraz przede wszystkim stara się nie sypiać w bibliotece, zdarza jej się także pójść w piątek na wystawę która właśnie się w Londynie odbywa. Nie pracuje w weekendy. Stara się także żyć.
Christopher Hendon, asystent chemii na Uniwersytecie w Oregon pisze: godziny pracy to nasz wybór, nie ma co narzekać.
Osobiście nie ma żadnych preferencji, czasami jego dzień jest bardzo zajęty, czasami mniej, wszystko zależy od dynamiki aktualnie wykonywanej roboty.
O różnorodności i elastyczności pisze Andrew Moore, dyrektor i profesor programu Wielkich Książek na St Thomas University w New Brunswick. Według niego jedną z największych zalet naszej pracy jest elastyczność, wiele rzeczy możemy np. zrobić w drodze do pracy (czytać o sprawdzać pracę na przykład). Nie należy za bardzo się przejmować wcześniejszym obciążeniem produktywnością.
Za bardzo też zwracamy uwagę na współzawodnictwo. Powinniśmy być bardziej samokrytyczni.
Zgadzam się z Diane Watt, prof. średniowiecznej literatury na University of Surrey, która zapytuje: Czy wliczamy jako godziny pracy te godziny które spędzamy na myśleniu i czytaniu, bo przecież jest to bardzo substancjalny składnik naszej działalności badawczej. A co z dyskusjami w gronie koleżeńskim nawet jeśli przy kawie czy lunchu? Co z zaangażowaniem zewnętrznym takim jak recenzje, egzaminy, konsultacje czy występy w mediach, o których już wspominałem?
Wniosek z tego jest banalny: nie ma jednego wzoru dla wszystkich. Bo czego innego będziemy oczekiwać od pracy w laboratoriach, czego innego od pracy terenowej badacza jakościowego, a czego innego od pracy uczonych, dla których głównym laboratorium jest biblioteka (dzisiaj także cyfrowa) i pisanie (nieważne medium tego pisania). Pisanie w naukach humanistycznych i częściowo społecznych to jest laboratorium najważniejsze dla myśli, inwencji i kreatywności naukowej. Czego innego będziemy oczekiwać w sytuacji, kiedy np. dajemy komuś stanowisko pracy (np. biurko, fotel i wyposażenie), a czego innego od pracowników akademii z małą ilością pomieszczeń gabinetowych. Najważniejsze, żeby nie wpadać w skrajności jednej miary dla wszystkich oraz w powierzchowne miareczkowanie, znany jest przecież efekt 4-dniowego tygodnia pracy, w wielu przedsięwzięciach to się sprawdza, pracownicy, którzy muszą wykonać robotę w 4 dni, stają się bardziej produktywni. Zatem to nie ilość godzin przepracowanych w miejscu pracy jest miarą wartości pracy człowieka. Nie są nimi też parametryzowane publikacje. Choć pamiętać należy, że żyjemy w społeczeństwie, które pragnie widzieć efekty swoich inwestycji. Nieustające wakacje nie przejdą.
Pine beach, Pakostane, Croatia, Europe – Calm scenery at the natural beach of Pakostane
Jak donosi Times Higher Education w osobie redaktora Johna Morgana, polscy naukowcy zaniepokojeni są wpływami na nowe prawo ultrakatolickiej grupy Ordo Iuris, która teraz interesuje się regulacjami w prawie dotyczącym „wolności słowa” na uczelniach. Zmiany wedle naukowców w Polsce zapewnią swobodę wypowiedzi w przestrzeni publicznej na uniwersytetach radykalnym antyaborcjonistom, czy zaprzeczającym katastrofie klimatycznej. Mogę to potwierdzić, takie obawy znam z bezpośredniej komunikacji, z oświadczenia Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej i z rozlicznej korespondencji, jak również z publikacji listu otwartego Przemysława Pietrzaka czy blogów Jana Hartmana.
Inspirator nowelizacji, fundacja Ordo Iuris, dumny jest także ze swojego niesławnego projektu, który w swoim czasie przepadł w zdominowanym przez PiS parlamencie, o całkowitym zakazie aborcji i karaniu zgwałconych matek.
Przypomnę, że wedle ministerstwa: „W projekcie noweli Konstytucji dla Nauki wprowadzono sformułowanie „wolność wyrażania poglądów”. W związku z tym art. 3 ust. 1 ustawy po zmianach brzmi: „Podstawą systemu szkolnictwa wyższego i nauki jest wolność nauczania, wyrażania poglądów, twórczości artystycznej, badań naukowych i ogłaszania ich wyników oraz autonomia uczelni”.”
Jarosław Płuciennik osobiście zadał na posiedzeniu Komisji EMiN pytanie ministrowi dotyczące planowanych zmian w Ustawie w art. 3. Pisałem o tym w poprzedniej publikacji w GW.
Pytania brzmiały: Czy uczelnie i instytucje naukowe mają teraz zajmować się poglądami, czyli opiniami poszczególnych osób? W wolności poglądów nie ma nic złego, nie może być nic złego, art. 54 Konstytucji RP z 1997 r. gwarantuje wolność głoszenia poglądów Art. 54. „Zasada wolności poglądów. 1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. 2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej.”
Zatem jakie jest uzasadnienie wprowadzenia tych ostatnio proponowanych przez Jarosława Gowina zapisów, skoro wolność poglądów jest gwarantowana konstytucyjnie? Dlaczego minister upolitycznia debaty akademickie?
W trakcie dyskusji poseł, którego nazwiska nie pamiętam, zadał pytanie Ministrowi, czy definicja małżeństwa będzie odwoływać się do innych niż genetyczne ustaleń dotyczących płci. Świadczyło to wymownie o próbie upolitycznienia tej sprawy.
Przypomniałem zatem, że ministerstwo powinno mieć świadomość, iż istnieją różne nauki poza uwielbianą przez Ministra bibliometrią (mierzącą wpływ i znaczenie publikacji naukowych wskaźnikami ilościowymi) oraz genetyką, że socjologia, kulturoznawstwo, czyli nauki o kulturze i religii, jak chce ministerstwo, to także równoprawne nauki, w których akurat płeć jest konstruktem kulturowym. Istnieją różne metodologie i różne wspólnoty eksperckie w wielości nauk.
Dlaczego zatem taka zmiana w prawie? Jakie jest uzasadnienie.
O co zatem idzie w zmianie zaproponowanej przez ministerstwo?
Odpowiedź ministra była bardzo arogancka: na argument o upolitycznieniu, zarzucił upolitycznianie mnie samego w tej kwestii. Rolą ministerstwa jest umożliwienie ścierania się poglądów, zaś przywołane przeze mnie jakoby „gender studies” to jak strzał kulą w płot (mówiłem o kulturowej konstrukcji płci, nie o gender studies, choć i one przecież są dziedziną wiedzy). Przy okazji Minister Gowin odniósł się do podobnych obaw wyrażonych przez posłankę Barbarę Nowacką (pytała o antyszczepionkowców i płaskoziemców i ich prawo do głoszenia poglądów na uczelniach): wg Jarosława Gowina nowelizacja jest niezbędna. Nie można zabronić głoszenia poglądów.
Według stronniczego streszczenia „debaty” w PAP nasza wymiana wyglądała tak: „Obecny na posiedzeniu komisji prof. Jarosław Płuciennik z Uniwersytetu Łódzkiego zgłosił obawę, że projekt ma na celu upolitycznienie sytuacji na uczelniach i że może on doprowadzić do sytuacji, iż trzeba będzie się tam liczyć z poglądami nienaukowymi. Komentując jego wypowiedź, Jarosław Gowin powiedział: „zachęcam do lektury przepisów w kontekście całej ustawy. Oraz bardzo bym apelował do przedstawicieli świata naukowego, by to oni nie upolityczniali uczelni, bo takie tony w wypowiedzi pana profesora zabrzmiały” – powiedział.”
Muszę skorygować, że ja właśnie pytałem o uzasadnienie w świetle istnienia w naszym prawie odpowiednich i wystarczających regulacji. Cytowałam także Konstytucję.
Mogę jedynie wnioskować zatem, że wedle ministra Gowina eliminowanie z przestrzeni akademickiej poglądów np. homofobicznych (a to jest w istocie casus skandalu z dr. Ewą Budzyńską, prof. z UŚ) to jest „powrót do czasów słusznie minionych.” Warto może przypomnieć, że ustawa umożliwiająca prześladowanie homoseksualistów i innych osób z grupy LGBTQ+ jest otwarcie popierana przez reżim Putina, który podpisał specjalną ustawę w 2013 r., mającą „chronić przed gejowską propagandą”. Nie sposób też nie pamiętać, że homoseksualiści ginęli także w Auschwitz, zaś w PRL byli prześladowani i rejestrowani przez tajną policję. Na marginesie, polecam zarówno Timothy Snydera Drogi do niewolności jak i klip na YouTube Hoziera, który odwołuje się do sytuacji homoseksualistów Rosji Putina.
Zatem stawiam pytanie: czy ministerstwo ulegając wpływom radykalnych i sekciarskich grup nacisku próbuje blokować standardy europejskie, jeśli idzie o regulacje mowy nienawiści i zasady tolerancji? Zastopować stosowanie europejskich standardów dotyczących uznania różnorodności ludzkiej oraz tolerancji dla różnych wyznań, ras oraz orientacji? Czy ministerstwo pragnie w tej sposób zamknąć możliwą krytykę przez naukowców mowy nienawiści? Czy nowelizacja Ustawy ma być ustanowieniem w uczelniach tzw. stref wolnych od LGBT?
Trzeba bić brawo, jeśli pragnie Pan minister przejść do historii jako ten, który wprowadza getto ławkowe dla osób LGBTQ+, proszę to otwarcie powiedzieć, Panie Ministrze. Ale potem proszę nie udawać europejczyka i nie prosić o unijne pieniądze wsparcia na projekty naukowe.
We wspomnianym materiale w Times Higher Education mgr Łukasz Bernaciński, członek Ordo Iuris, uczestnik studiów doktoranckich na Uniwersytecie Łódzkim, powiedział, że organizacja opublikowała w styczniu raport opisujący kluczowe „naruszenia” wolności słowa na polskich uczelniach w ostatnich latach. Ordo Iuris, dodawała, „sporządził projekt ustawy”, który przedstawił ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego Jarosławowi Gowinowi. Szukałem tego raportu w sieci i nie znalazłem. A może on pozostaje jedynie do użytku ministra? No bo projekt do użytku ministra został przekazany. Ale raport? Gdzie ten rzetelnie brzmiący w uszach „raport”? Proszę go upublicznić! [aktualizacja 17.02.2020, okazuje się, że faktycznie zestawienie na stronach Ordo Iuris można znaleźć tutaj, ale obejmuje ono luźne zestawienie dwudziestu siedmiu wydarzeń od 2008 r., których nie można uważać, za naruszenie wolności akademickiej, gdyż są to w swojej przeważającej większości np. odwołane wykłady na nienaukowe tematy, wcześniej zapowiadane jako współorganizowane przez jakiś instytut bądź wydział, albo odwołanie drastycznej wystawy propagandowej antyaborcjonistów].
„Projekt spotkał się z dużym zainteresowaniem, dlatego ministerstwo postanowiło rozpocząć prace nad zmianą prawa” – kontynuował wedle THE Bernaciński. „Obecnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego opracowało projekt ustawy oparty na projekcie przedłożonym przez Instytut Ordo Iuris.”
Członek Ordo Iuris powiedział też reporterowi THE, Johnowi Morganowi, że kontrowersje na Śląsku miały „bezpośredni wpływ” na zainteresowanie Ordo Iurisa tą kwestią. Powiedział kłamliwie, że studenci byli „oburzeni chrześcijańską koncepcją rodziny, nauczaną w oparciu o naukowe podstawy i badania”. Przecież w tych protestach i oburzeniu chodziło o coś innego: „Studenci postawili wykładowczyni kilka zarzutów: poglądy homofobiczne, dyskryminacja wyznaniowa, wypowiedzi krytyczne wobec wyborów życiowych kobiet dotyczących m.in. przerywania ciąży oraz przekazanie informacji niezgodnych ze współczesną wiedzą naukową.” (tutaj opis całej sprawy)
Ministerstwo wypiera się wpływu na nowe prawo fanatyków. Wedle THE: „Rzecznik ministerstwa powiedział, że Ordo Iuris „nie uczestniczył w przygotowaniu projektu”, ale był „jedną z wielu organizacji i instytucji… zaproszonych do udziału w fazie otwartych konsultacji publicznych”.
Pytam zatem publicznie, czy mogę prosić listę tych innych organizacji i instytucji publicznych zaproszonych — podkreślam tę datę — przed 30 stycznia 2020 — do udziału w konsultacjach publicznych? Czy może ta lista jest tak tajna, jak była do niedawna lista poparcia nowych członków neo-KRS?
W artykule w THE powiedziałem redaktorowi Johnowi Morganowi, że członkowie projektowanego przez nowelizację komitetu przy ministrze byliby „jak sędziowie dyscyplinarni, którzy wprowadzą duży nacisk na naukowców, którzy będą się bać radzenia sobie z wieloma problemami, ponieważ będą bali się utraty pracy ”, i dodałem także „Jest to filozofia, którą można opisać dwoma słowami: dyscyplina i karanie”. Faktycznie obawiam się, że proponowane prawo jest sposobem „dopuszczenia wyrażania poglądów w środowisku akademickim”, potencjalnie zapewniając platformę na uniwersytetach dla tych w Kościele katolickim, którzy walczą o całkowity zakaz aborcji lub zaprzeczają zmianom klimatu.
Jak wskazuje analiza projekt nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym wprowadza również wątpliwy i niebezpieczny system monitorowania swoiście rozumianej wolności wyrażania opinii. Ministerstwo chce utworzyć komisję specjalną: Komisję Wolności w Szkolnictwie Wyższym i Systemie Nauki. Komitet będzie się składał z 9 osób, z których 4 zostanie ogłoszone przez ministra. Resztę członków powołuje Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej oraz Krajowa Reprezentacja Doktorantów. Pytanie brzmi, czy taka instytucja jest potrzebna? Polska Konstytucja zapewnia wystarczające gwarancje wolności wyrażania opinii (podobnie jak w przypadku innych swobód konstytucyjnych). Mamy prawo do rzetelnego i publicznego wysłuchania każdej sprawy przed właściwym, bezstronnym i niezależnym sądem (art. 45). Zgodnie z wolnością wypowiedzi w Polsce mamy ochronę zapewnianą przez prawo cywilne (ochrona dóbr osobistych) i kodeks karny (przestępstwa zniewagi i zniesławienia). Konstytucja i ustawy gwarantują prawo do odwołania się od orzeczeń i decyzji wydanych w I instancji, a każdy ma prawo zwrócić się do Rzecznika Praw Obywatelskich o pomoc w ochronie jego wolności lub praw naruszonych przez organy władzy publicznej. Ta ochrona jest wystarczająca i odpowiednia, a wspomniane środki tworzą spójny system. Powołanie nowych komisji przez prawodawcę musi budzić wątpliwości co do jego zamiarów. Istotą wolności, w tym wolności wyrażania opinii, jej autonomii, jest jak najszerszy zakres swobów, a nie kontrola ze strony państwa. Nie ma potrzeby tworzenia takich organów jak Komisja Wolności w Szkolnictwie Wyższym i Systemie Nauki.
Komisja ds. Nauki obradowała 2,5 godziny, przy czym większość czasu zajęły wypowiedzi ministra i wiceministrów. Mieliśmy doprawdy bardzo mało czasu, żeby zaprezentować swoje pytania w odpowiedni, racjonalny i uzasadniony sposób. Taka Komisja powinna obradować kilkanaście godzin przy udziale wielu, wielu innych podmiotów. Nie powinna stanowić listka figowego dla Ministra, który pragnie ulegać wpływowi fanatycznej organizacji społecznej (to nawet nie stowarzyszenie, tylko Fundacja założona przez inną fundację, mająca Piotra Skargę jako patrona, ale nazwą alternatywną jest dumnie brzmiący Instytut Kultury Prawnej Ordo Iuris). Taka debata nie jest debatą, jest ceremonialnym utrwalaniem hegemonii ministerstwa nad nauką w Polsce. Ministerstwo Nauki wprowadza kaganiec dla nauki (przypominam, że nauką w Polsce nazywa się także nauki humanistyczne i społeczne) nazywając te swoje działania troską o wolność słowa (w istocie opinii). Szkoda, że nie wynikają one z troski o wolność badań naukowych. I troski o studentów.
PS. Nowomowa obecnego ministra jest przygnębiająca: ustawa, w której w ostatnim momencie wprowadzono kilkaset poprawek (w lipcu 2018 r.), nazywa się Konstytucją dla Nauki. Ustawa, która realizuje wizję sprzed 20 lat, to Ustawa 2.0. No i wszechobecna DOSKONAŁOŚĆ, które to słowo jest szczytem nowomowy w Public Relations. O tym także już powstały artykuły naukowe. (Włoskowicz, Wojciech. „NOWOMOWA PSEUDOMETANAUKOWA? O JĘZYKU POLSKIEJ POLITYKI NAUKOWEJ”. Poradnik Językowy, t. 10, nr 769, 2019, s. 35–47, doi:10.33896/PorJ.2019.10.3.)
PS.2. Właśnie trwa przerwa międzysemestralna na mojej uczelni. Na Komisji Nauki w polskim Sejmie byłem obecny jako zainteresowany nauką obywatel. Społecznie. Prywatnie, choć politycznie, bo interesują mnie sprawy publiczne.
14 lutego 2020
Jarosław Płuciennik (prof. nauk humanistycznych, kulturoznawca, literaturoznawca, kognitywista, historyk idei)
Anna Rakowska-Trela (dr hab. nauk prawnych, konstytucjonalistka)
Wiele mówiło się niegdyś o atrakcyjności pracy na uczelniach, że nienormowany rytm pracy, że długie wakacje, sporo przerw w dydaktyce, małe grupy studenckie… Wydaje się, że wszystko to należało już dawno między bajki włożyć.
John Ross, nomen omen, 1 stycznia 2020 (w święto Nowego Roku na całym świecie) w ostatnim Times Higher Education pisze o tym, że po przerwie świątecznej naukowcy prawdopodobnie nie wrócą na uczelnie wypoczęci. Powołuje się na publikacje australijskich badaczy zdrowia (Adrian Barnett, Inger Mewburn, Sara Schroter), którzy w grudniu ubiegłego roku opublikowali wyniki badań nad danymi dotyczącymi godzin (i pory dnia) składania do redakcji czasopism naukowych maszynopisów artykułów i recenzji naukowych. (Było ich odpowiednio prawie 50 tys. i 76 tys.). W konkluzji autorzy badania wskazują, że „kultura nadgodzin (przepracowywania się)” nie jest wcale metaforą w przypadku naukowców. Przebadano publikacje w latach 2012-2019, zatem jest to badanie z lat ostatnich, aktualne. Przy czym chodziło o czasopisma medyczne składane w otwartych systemach informatycznych ułatwiających redakcje czasopism. Metody badawcze były statystyczne.
Jednym z czynników ważnych dla tego badania jest rozwinięta na całym świecie kultura cyfrowa i jej możliwości: już dawno wiadomo, że w świecie korporacji problemem są e-maila od szefa, które przychodzą po godzinach, przed północą, domagające się działania na rzecz firmy. W świecie akademickim problemem wynikającym z rozwijającej się kultury cyfrowej mogą być też e-maile od studentów po północy z pracami zaliczeniowymi na już.
Tired aggressive unsatisfied angry mad crazy colleagues are having scandal at workstation and crumpling papers, they want to fight, women are trying to remain silence. Licencja Depositophotos
Dodatkowymi obciążeniami są także różne zadania administracyjne. Badacze australijscy wskazują na to, że te obciążenia nie są jakimś czynnikiem iluzorycznym, gdyż to one wskazywane są w różnych ankietach jako przyczyny rezygnacji z kariery naukowej przez młodszych pracowników i doktorantów.
Jednak naukowcy obciążeni dydaktyką i administracją (ankiety, sprawozdania, kwestionariusze, badania) muszą sobie radzić, no i pracują naukowo nad tekstami głównie po godzinach. Wyobrażam sobie, że w naukach medycznych same badania laboratoryjne lub/i kliniczne wykonywane są w trakcie pracy w miejscu pracy. Jednak robota nad tekstami, to co innego. Autorzy nie piszą o tym, jednak warto od razu zauważyć, że praca nad tekstem naukowym, to także praca humanistyczno-społeczna nad komunikowaniem swojego badania i wyników. Potrzebujemy skupienia w dłuższym czasie, aby napisać artykuł czy recenzję.
Miałem ostatnio rozmowę z ambitnym niegdyś doktorantem, który zmienił się w sceptyka, jeśli idzie o wartości akademickie. W trakcie tej rozmowy z nim usłyszałem pogardliwą opinię na temat wynagrodzenia za recenzje pracy doktorskiej: ile czasu zajmuje taka recenzja, kilka godzin? Skąd takie koszty przewodu doktorskiego? Trudno jest wyjaśnić ludziom spoza akademii, że ustawowo jest na to dwa miesiące przeznaczone, jednak ile to godzin, trudno jest określić. Potrzeba kilku dobrych wielogodzinnych sesji. 300 stron lektury doktoratu, to nie jest tylko te 300 stron, trzeba posprawdzać źródła, poszperać w notatkach, sięgnąć do literatury. Zatem praca nad recenzją i artykułem naukowym wymaga prawdziwych wielogodzinnych sesji skupienia. Prawdziwego maratonu skupienia.
Według wspomnianego badania nad publikacjami, naukowcy belgijscy, niemieccy i szwajcarscy okazali największą niechęć do wysyłania e-mailem artykułów i recenzji na święta. Skandynawowie byli jednymi z najmniej skłonnych do przedstawienia wyników swojej działalności poza godzinami pracy.
Były różnice kulturowe między krajami względem godziny przesyłania artykułów: naukowcy z Chin opublikowali wiele artykułów tuż po północy, a Brazylijczycy wysyłali swoje kontrybucje godzinę lub dwie później.
Skandynawowie i Amerykanie z Północy (USA i Kanada) preferowali poranne godziny pracy. Australijczycy, Nowozelandczycy, Brytyjczycy i Niemcy — wczesne popołudnie, podczas gdy Francuzi, Włosi i Hiszpanie robili wiele rzeczy na wieczór.
Warto zauważyć, że badanie to nie dotyczy innych dyscyplin niż medyczne oraz że nie uwzględniono także danych z Polski. Chociaż wyraźnie widać pewne tendencje różnic kulturowych, to autorzy jak i John Ross wskazują na uniwersalizm „pracy twórczej”, to jest pisania artykułu czy recenzji. Praca taka wymaga długiego skupienia. Dlatego kultura cyfrowa, można powiedzieć, daje duże możliwości wykorzystywania nienormatywnego rytmu pracy.
Pytanie tylko, czy taka praca jest higieniczna? I czy może jeszcze dzisiaj być atrakcyjna?
Multitasking businesswoman at work with a laptop Licencja Depositphotos
W tym kontekście warto przypomnieć jedną z dyskusji, które mięliśmy ostatnio na forach społecznościowych. Pierwsza szkoła doktorska na UAM zyskała sławę na tych forach szczególnym wykładem inauguracyjnym, pt. „Globalna nauka: dlaczego jej istotą jest nierówność i co z tego wynika dla młodych naukowców?” (http://cpp.amu.edu.pl/pl/new-amu-doctoral-school-for-600-phds-opened-inaugural-keynote-speech-by-marek-kwiek/?fbclid=IwAR1TaK1Lp_sz_Q6GXQz4GKIfo2gsyD-lDtX9aXcVYrKAHVvZh8nJnh14l1c) ,który wygłosił jeden z głównych inspiratorów reformy Gowina i jeden z jej entuzjastów prof. Marek Kwiek. Zastanawia mnie, jak nasza własna perspektywa badawcza może nas oślepić… Pochwała nierówności zaprezentowana przez prof. Kwieka i akceptacji (entuzjastyczna) nowych reguł gry „publish or perish” są szczególne…
Czy będziemy mieć jeszcze chętnych do pracy naukowej w takich warunkach? Czy będziemy mieć dobrych kandydatów na studia doktoranckie?
Jak wskazują badacze australijscy i John Ross praca po godzinach na uczelniach jest koniecznością. Jeśli praca twórcza ma być w centrum uwagi naukowców i doktorantów, to jakie warunki trzeba im stworzyć? Na pewno odpowiedzią nie jest zasada „publish or perish”, ani też odpowiedzialność zbiorowa nałożona na członków dyscyplin naukowych na uczelniach przez algorytmy finansowania uczelni. Kreatywność ludzka i inwencja, a także innowacja nie biorą się z wyścigu szczurów. Kreatywność wymaga indywidualności, czasu, wieloetapowego procesu. Jest jak produkcja wina, albo gotowanie dobrej potrawy.
Właśnie przedwczoraj 14 września 2019 r. ukazał się kolejny artykuł w Times Higher Education na temat negatywnych zmian społecznych przymusu publikacji w języku angielskim, tym współczesnym lingua franca.
David Matthews pisze, że zdaniem eksperta, nomen omen, bibliometrii, który monitorował to przejście w Norwegii, uczeni z nauk humanistycznych i społecznych w Europie kontynentalnej ryzykują utratę znaczenia społecznego, jeśli nadal będą się przestawiać na angielski jako główny język publikacji profesjonalnej.
Utrata znaczenia humanistyki i nauk społecznych w społeczeństwie to także degeneracja dla kultur narodowych i niwelacja spraw lokalnych na rzecz spraw obchodzących wyłącznie anglojęzycznych naukowców. No bo żeby napisać z sensem po angielsku, angielskie muszą być także materiały egzemplifikujące oraz konteksty eksplikacji.
Zgodnie z badaniami przedstawionymi uczestnikom konferencji przez profesora Sivertsena, w Norwegii odsetek artykułów humanistycznych opublikowanych w języku norweskim spadł z około 65 procent w 2005 r. Do mniej niż 40 procent do 2014 r. W naukach społecznych z 55 do 30 procent.
Warto wskazać, że wyniki badań dotyczą społeczeństwa skandynawskiego, które świetnie rozumie angielski i bardzo dobrze się nim posługuje. Ale rzecz w materiale badawczym i kontekstach eksplikacji – społeczeństwo przestaje rozumieć akademików, bo piszą o obcych im problemach i zagadnieniach.
Żeby zatrzymać dryfowanie w kierunku wyłącznego używania języka angielskiego. Profesor Sivertsen, wskazał na samorganizację środowisk naukowych np. Na Helsińską Inicjatywę na Rzecz Wielojęzyczności w Komunikacji Naukowej, kampanię mającą na celu utrzymanie publikowania w języku lokalnym.
Sam posługuję się w mowie i piśmie zarówno polskim, jak i angielskim i szwedzkim. Gorzej znam kilka innych języków. Ale wiem, że język ojczysty to żywa tkanka, którą trzeba chronić. Nie izolować, nie niszczyć ksenofobią i nacjonalizmami, ale język musi być rozwijany przez żywych ludzi, tych najbardziej wrażliwych i wykształconych także, aby Ci mniej wykształceni stawali się lepsi i bogatsi. Nauki społeczne i humanistyka to nie laboratoria i badania pod mikroskopem, tutaj olbrzymią rolę odgrywają czynniki kulturowe. Ja kocham język polski, a Pan Panie Ministrze Gowin?
Komentarz na temat najnowszej publikacji w THE o zmianach w
szkolnictwie wyższym w Polsce
David Matthews opublikował kilka dni temu analizę pt. Reformy szkolnictwa wyższego w Polsce: przejęcie władzy czy konieczna korekta? Publikacja ujrzała światło dzienne 15 sierpnia 2019 w prestiżowym brytyjskim tygodniku specjalistycznym poświęconym szkolnictwu wyższemu Times Higher Education. Obszerna i pogłębiona analiza, starająca się cytować zarówno zwolenników, jak i krytyków zmian w obszarze nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce, jest wynikiem autentycznych rozmów przeprowadzonych przez Davida Matthewsa m. in. po publikacji w kwietniu niepochlebnej opinii na temat tzw. Reformy Gowina.
Warto podkreślić, że Matthews stara się być bezstronny, a mimo to ostateczny wniosek z jego pogłębionej dziennikarskiej roboty jest pesymistyczny. Ostatecznie autor artykułu widzi groźbę sporej ideologizacji obszaru nauki i edukacji wyższej w Polsce.
Początkowo obraz nie wygląda źle, bo Matthews rozpoczyna od porównania sytuacji na Węgrzech z sytuacją w Polsce. Na tle oficjalnych węgierskich zakazów prowadzenia badań nad płcią (gender), zmuszenia środkowoeuropejskiego uniwersytetu George’a Sorosa do przeniesienia się do Wiednia i ręcznych mianowań rektorów Polska ma się jeszcze dobrze. Co więcej, autor porównuje swoje wrażenia z wizyty w Budapeszcie w 2017 r. do tych z Warszawy z lata 2019 i wychodzi mu, że atmosfera w Polsce jest jeszcze atmosferą wolności, bo naukowcy, z którymi rozmawiał nie rozglądają się niepewnie, kiedy się ich pyta o oceny i są zadowoleni, że dziennikarz rejestruje ich uwagi. Zupełnie inaczej było w Budapeszcie.
Warto także zobaczyć, że THE jako tygodnik związany z
coroczną publikacją rankingów uczelni świata wyraźnie preferuje mierzalne dane
i parametryzację funkcjonującą w świecie brytyjsko-amerykańskim. Stąd np. widać
ślad nadziei w tekście Dawida Matthews, kiedy zapytuje retorycznie, czy reforma
Gowina „stara się jedynie wzmocnić pozycję polskich rektorów w
skuteczniejszym zarządzaniu ich instytucjami i narzucić tak potrzebną dawkę
ambicji i merytokracji słabnącemu systemowi szkolnictwa wyższego”, który
przecież lokuje się na arenie międzynarodowej znacznie poniżej swoich możliwości.
Na poparcie tego przytaczane są twarde wyniki, których używa także polskie
ministerstwo, uzasadniając podjęcie reform: „z 4257 grantów początkowych
przyznawanych młodym naukowcom przez prestiżową Europejską Radę ds. Badań
Naukowych od 2007 r. akademicy z Polski zdobyli tylko 22. A spośród 2899
grantów zaawansowanych przyznawanych starszym naukowcom od 2008 r. Polska zdobyła
tylko cztery.” Dwa najwyżej ocenione polskie uniwersytety w światowym
rankingu uniwersytetów THE mieszczą się w przedziale 601–800.
Autor pomija fakt, że szkolnictwo wyższe w Polsce wykonało wielki wysiłek wielu zmian od 1989 roku i że od tego czasu z punktu widzenia tych właśnie wskaźników dokonał się i tak skok jakościowy. Co więcej, dziennikarz brytyjski wyraźnie zauważa, śledząc to, co powiedziała mu przy kawiarnianym stoliku prof. Monika Kostera, „że polskie uniwersytety tradycyjnie cieszyły się pewnym stopniem samorządu akademickiego od dawna wygaszonym w Europie Zachodniej.” Co więcej wydaje się, że Dawid Matthews ubolewa wraz ze swoją interlokutorką, że reformy Gowina zakończyły potencjalnie „chwalebne” eksperymenty w „demokracji kolegialnej”, zaś zmiany nie poparte większymi nakładami finansowymi nie przyczynią się do poprawy sytuacji. Autor cytuje także moją opinię o upadku mniejszych i młodszych uczelni w Polsce, które stracą uprawnienia i zostaną zdegradowane. Jest to szczególnie groźne na prowincji.
Najbardziej chyba istotne jest to, że autor dał także szansę
obszernego wypowiedzenia się ministrowi Jarosławowi Gowinowi, „architektowi
polskiego wstrząsu”, „wytwornemu, srebrnowłosemu filozofowi z eklektycznym CV”.
Minister ucieszył się, że THE pragnie z nim rozmawiać i uzasadnia swoje reformy
porównaniem uczelni polskich z Uniwersytetem Cambridge, bo rozmawiał z Sir
Leszkiem Borysiewiczem, byłym kanclerzem Uniwersytetu Cambridge, synem polskich
uchodźców wojennych i wyszło mu, że kanclerze w systemie brytyjskim mogą
znacznie więcej niż polscy Rektorzy.
Nie mogę zauważyć, że w takim zestawieniu Cambridge vs. cała Polska, zawsze będziemy wyglądać fatalnie. Nie tylko system brytyjski i polski są nieporównywalne, ale uczelnie masowe takie jak w Polsce nigdy nie będą uczelniami rezydencjalnymi, tak jak koledżowe Cambridge. Nie mogę też nie wspomnieć, że moje zdziwienie budzi także minister nauki, który rozmawia po angielsku z dziennikarzem THE w obecności kilku tłumaczy. (Sic!)
Autor analizy cytuje zarówno dra hab. Emmanuela Kulczyckiego, przedstawianego jako zwolennika i głównego doradcę ministerstwa, jak i doktorantkę Monikę Helak biorącą udział w czerwcowych protestach okupacyjnych 2018 r., inspirowanych m.in. przez KKHP. Stara się naprawdę sięgać na prawo i lewo, żeby zbalansować obraz.
Minister Gowin sam siebie w rozmowach ukazuje jako „tradycyjnego,
kochającego wolność i pluralistycznego konserwatystę”. Wydaje się zadowolony,
kiedy przeciwnicy zarzucają mu bycie neoliberalnym, ale to wszystko z tego, że „nie
podoba mu się państwo”. Uważa, że „państwo powinno być ograniczone i dać jak
najwięcej miejsca jednostkom, rodzinie i społeczności”. Jednak sam autor artykułu
zauważa, iż publiczna zapowiedź przez Gowina „repolonizacji” polskich mediów po
wygranych przez PiS wyborach w październiku nie wydaje się z ducha liberalnego.
I jego dziedzictwo, niezależnie od tego, czy zachowa swoje stanowisko ministra
po wyborach, jest oceniane przez autora negatywnie.
„Pod jego reformami teologia została wyniesiona z podsekcji
nauk humanistycznych do jednej z ośmiu ogólnych dyscyplin, stawiając ją na
równi z dziedzinami takimi jak ekonomia i nauki przyrodnicze. Daje to teologom
wielką moc w eksperckich radach doradczych, które decydują na przykład, które
czasopisma lub instytucje oficjalnie uznają.”
Nawet dr hab. Emmanuel Kulczycki, jeden z wielkich agentów zmian, jest sceptyczny, jeśli idzie o ten punkt programu Gowina.
Artykuł kończy się pesymistyczną wizją ideologizacji
polskiej nauki i szkolnictwa wyższego: „Polskie uniwersytety mogły jak dotąd
wymknąć się spod kontroli państwa, ale wpływ kościoła może być trudniejszy do
uniknięcia.”
Zasadniczo zatem należy odnotować, że ocena zmian wypada
negatywnie. Autor analizy sympatyzuje z intencjami zmian, ale wykonanie ocenia
fatalnie. Co więcej, jeśli miałbym wskazać najsłabszy punkt w jego analizie, to
trzeba byłoby zauważyć, iż nie uwzględnia on w większym stopniu tej rosnącej na
polskich uczelniach świadomości demokratycznych procedur. Co w kontekście
ograniczania demokracji w innych obszarach ma duże znaczenie. Za mało jest także
o tych ideach w najnowszej nauce o zarządzaniu, które wskazują na rolę
kreatywności i krytycznego myślenia w małych zespołach.
Odpowiadając na zadane przez autora artykułu pytanie, czy zmiany na uczelniach w Polsce to jest przejęcie władzy, czy też konieczna korekta, trzeba odpowiedzieć, że wnioski nasuwają się same: to jest przejęcie władzy, ale nie przez państwo, tylko przez ideologię dominującą dziś w Polsce. Co więcej, należałoby zaprosić autora, aby uważnie śledził sytuację w Polsce, bo tak, jak nie wszystko widać latem 2019 r. przed wyborami, tak pewne skutki reformy zaczną się pojawiać dopiero za kilkanaście miesięcy. Matthews np. nie mógł jeszcze odnieść się do sytuacji stworzonej przez nową listę czasopism, w których naukowcy polscy powinni publikować, choć wcześniej znaną już listę wydawnictw ocenił krytycznie.
Redaktorze David Matthews, pozostańmy w kontakcie.