Muminki, rolki i stare dobre opowiadanie — rozmowa z kołem Cognito
Studenci z koła naukowego Cognito zaprosili mnie do swojego podcastu i zapowiadają tę rozmowę tak:
„W dzisiejszym odcinku nasz zespół w rozmowie z profesorem Jarosławem Płuciennikiem spróbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego sztuka opowiadania historii nadal jest kluczowa w naszym życiu. Porozmawiamy również o tym, jak Muminki mają się do kognitywistyki. Nasz gość wyjaśni także, jak tzw. rolki w mediach społecznościowych kształtują współczesny obraz siebie oraz sposób, w jaki się komunikujemy. Nie zabraknie również stałego tematu naszego podcastu — sztucznej inteligencji. Zachęcamy do słuchania!”
Trudno o lepsze streszczenie, więc dodam tylko kilka słów od siebie — jako rozmówca i jako ktoś, kto od lat zajmuje się kognitywistyką literatury.
Teza, którą stawiam w tej rozmowie, jest prosta: opowiadanie historii nie jest ozdobnikiem kultury, lecz podstawową techniką poznawczą człowieka. Narracja to sposób, w jaki umysł porządkuje czas, przyczyny i cudze intencje — od Homera, przez sagi i baśnie, po serial oglądany wieczorem. Zmieniają się nośniki, nie zmienia się potrzeba. Grecy mieli aojdów, przednowocześni gawędziarzy przy ogniu, my mamy platformy streamingowe — a struktura doświadczenia pozostaje uparcie narracyjna.
Skąd w tym wszystkim Muminki? Tove Jansson była mistrzynią tego, co kognitywistyka nazywa symulacją cudzych umysłów: jej dolina to laboratorium emocji — lęku (Buka!), melancholii, gościnności, przywiązania do rzeczy i wolności od rzeczy. Rozmawiamy o tym, dlaczego te pozornie dziecięce opowieści tak dobrze modelują dorosłe życie psychiczne i co czytanie ich mówi o naszej zdolności do empatii.
Osobny wątek to rolki. Krótkie formy wideo także są opowieściami — tyle że skrajnie skompresowanymi, montowanymi pod kilkusekundową uwagę. Pytanie, które stawiają mi studenci, jest poważne: co się dzieje z obrazem siebie, gdy autonarracja — a więc to, jak opowiadamy sobie własne życie — zaczyna przypominać feed? Nie ma tu prostych odpowiedzi ani łatwego moralizowania; jest za to sporo do przemyślenia o uwadze, tożsamości i komunikacji.
I wreszcie sztuczna inteligencja — stały temat podcastu Cognito i, nie ukrywam, także mój. Maszyny nauczyły się generować narracje; tym ciekawsze staje się pytanie, co w opowiadaniu jest nieredukowalnie ludzkie — doświadczenie, ciało, stawka egzystencjalna — a co okazuje się techne, rzemiosłem, które można zautomatyzować.
Rozmowa ze studentami to zawsze test dla wykładowcy: pytają bez akademickiej kurtuazji i nie odpuszczają. Tak było i tym razem. Zachęcam do słuchania — link do odcinka poniżej.
W refleksjach nad ideą uniwersytetu zwykle skupiamy się na jego wewnętrznych funkcjach: dydaktyce, badaniach, produkcji i obiegu wiedzy. Rzadziej natomiast dostrzegamy, że o sile uczelni decydują także aktorzy stojący nieco z boku – absolwenci. To oni tworzą unikatowe sieci społeczne, które w niektórych systemach akademickich urastają do rangi strategicznej „tajnej broni”.
Na łamach Svenska Dagbladet Johan Östling, historyk wiedzy z Uniwersytetu w Lund, przywołał ostatnio przykład Harvardu. Uniwersytet ten dysponuje co roku nie tylko ogromnym kapitałem finansowym (ponad 53 miliardy dolarów), lecz także potężną siecią absolwencką. Harvard Alumni Association zrzesza obecnie ponad 420 tysięcy absolwentów – to liczba obejmująca wszystkich żyjących wychowanków uczelni na przestrzeni wielu dekad. Oczywiście nie wszyscy są równie aktywni: część angażuje się mocno w darowizny, mentoring i działania wizerunkowe, inni uczestniczą jedynie w spotkaniach rocznicowych, a wielu pozostaje bierna, po prostu widnieją „na liście”. Mimo to skala tej wspólnoty jest imponująca i stanowi o sile instytucji. Alumni działają jak globalna sieć prestiżu i wpływu – ambasadorzy, którzy przyciągają kolejnych studentów, wzmacniają wizerunek uniwersytetu i oddziałują na życie polityczne oraz kulturowe.
W Europie tradycja alumni sięga Cambridge i Oksfordu, ale przez długi czas miała głównie charakter towarzyski, klubowy, pozbawiony strategicznego wymiaru. Przełomowe w tym kontekście są badania Pii Widén z Uniwersytetu w Helsinkach. W swojej obszernej rozprawie doktorskiej Developers and Advocators – Strategic Alumni Engagement at Cambridge, Uppsala, Harvard, Helsinki, and Penn State Universities, 1840–2018 (2025) analizuje ona, jak różne uniwersytety angażowały absolwentów przez ostatnie dwa stulecia. Jej porównania pokazują, że alumni mogą być zarówno źródłem finansowego wsparcia, jak i kapitału symbolicznego oraz kulturowego. Mogą działać jako rzecznicy uczelni, wzmacniając jej głos w przestrzeni publicznej.
Pytanie, które wyłania się z tych badań, brzmi: w jakim stopniu europejskie uniwersytety powinny pójść śladem amerykańskim? Alumni to z pewnością ogromny potencjał. Ale też ryzyko: jeśli ich wpływ stanie się zbyt dominujący, priorytety uczelni mogą zacząć przesuwać się w stronę interesów donatorów i sieci, kosztem autonomii akademickiej.
Idea uniwersytetu w XXI wieku musi więc objąć także tę sferę – globalną wspólnotę absolwentów. Prawdziwe wyzwanie polega nie na tym, by kopiować amerykański model, lecz na tym, by znaleźć równowagę: jak wykorzystać energię i lojalność alumnów w taki sposób, aby wspierali oni misję uniwersytetu, a nie ją ograniczali.
Podręcznik UNIC o fizycznej i wirtualnej mobilności to kompleksowy przewodnik dla nauczycieli akademickich dotyczący projektowania nauczania w środowiskach międzykulturowych. Wynika także z przyśpieszonych przez pandemie procesów wymiany wirtualnej. Podręcznik jest podzielony na dwie części:
Pierwsza część skupia się na projektowaniu nauczania w międzynarodowym i zróżnicowanym środowisku. Omawia znaczenie internacjonalizacji w szkolnictwie wyższym i potrzebę projektowania nauczania w kontekstach międzykulturowych. Podkreśla również wartość różnorodności w tworzeniu nowych rutyn organizacyjnych i innowacyjnych praktyk w uczelniach.
Druga część obejmuje aspekty organizacyjne i finansowe wymiany i mobilności. Omawia różne usytuowania mobilności w szkolnictwie wyższym, w tym mobilność fizyczną, wirtualną i mieszaną. Zapewnia również informacje o programach finansowania i informacje specyficzne dla każdej uczelni UNIC dotyczące mobilności fizycznej i wirtualnej.
Podręcznik omawia również koncepcję wirtualnej wymiany, która jest formą mobilności wirtualnej charakteryzującą się intensywną interakcją między nauczycielami i studentami ponad granicami i mimo nich. Zapewnia praktyczne wskazówki dotyczące realizacji wirtualnej wymiany i 10-etapowy proces projektowania projektu wirtualnej wymiany.
Ten nowy podręcznik zawiera praktyczne przykłady i pytania do refleksji, które pomagają nauczycielom rozwinąć i podnieść jakość uczenia się międzykulturowego. Zawiera również listy kontrolne dla nauczycieli, aby mogli zastanowić się nad swoim nauczaniem i zaprojektować je w bardziej międzykulturowy sposób. Załącznik zawiera listy kontrolne dotyczące oczekiwań, ról i zasad; tematów i materiałów; kontaktu i interakcji; oraz oceny i ewaluacji.
Bibliografia zawiera różne źródła związane z internacjonalizacją w szkolnictwie wyższym, mobilnością wirtualną oraz nauczaniem i uczeniem się. Niektóre kluczowe źródła to Podręcznik UNIC o Mobilności Fizycznej i Wirtualnej, Przewodnik Programu Erasmus+ Komisji Europejskiej oraz artykuły naukowe na tematy takie jak kompetencje międzykulturowe, wirtualna wymiana i nauczanie kulturowo dostosowane.
Grzegorz Braun we wtorek, 30 maja 2023 r., w Warszawie przerwał wykład prof. Jana Grabowskiego, uniemożliwiając mu wygłoszenie referatu akademickiego. Jan Grabowski jest profesorem historii na Uniwersytecie w Ottawie i członkiem Royal Society of Canada. Jest ceniony na całym świecie za swoje naukowe badania nad Holokaustem.
W doniesieniach i komentarzach słusznie podkreśla się brutalność i agresję posła Brauna, jak również jego chamstwo i brak szacunku. Poseł nie tylko odmówił opuszczenia sali NIH, ale także zniszczył sprzęt nagłaśniający i wypraszał gości z instytutu naukowego. W tym kontekście pojawiają się także nieuchronne skojarzenia z działaniami faszystowskiej Falangi i ogólnie latami 30. XX wieku w Polsce.
Jednak warto zauważyć, że działania posła Brauna nastąpiły po głośnej sprawie dotyczącej groźby Ministra Nauki, Przemysława Czarnka. Minister Czarnek stwierdził: „Nie będę finansował badań mających na celu oczernianie państwa polskiego” podczas spotkania z przedstawicielami Komisji Kultury i Edukacji PE (20 maja 2023, https://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/8719518,przemyslaw-czarnek-finansowanie-badania.html). Faktycznie, Minister cofnął — nielegalnie — przyznane pieniądze dla Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.
Setki naukowców podpisało list w obronie prof. Barbary Engelking. Wyraziła swoje stanowisko także KRASP, choć indywidualni rektorzy raczej unikają jasnego stanowiska.
Minister Czarnek stwierdził: „W ramach środowiska akademickiego każdy może wyrazić swoje opinie, pod warunkiem, że są one poparte naukowymi argumentami. Nie mogą to być wypowiedzi publicystyczne ani polityczne, tak jak w przypadku Pani Engelking, która wypowiadała się w mediach, a nie w sposób naukowy.”
Prof. Barbara Engelking wyraża to, co wynika z jej własnych badań naukowych, zarówno w formie rzetelnych raportów, takich jak dwutomowe dzieło „Dalej jest noc”, którego współautorem jest Jan Grabowski, jak i w bardziej publicystycznych wypowiedziach w mediach, do których jest zapraszana jako ekspertka. Obowiązkiem każdego naukowca jest prowadzenie badań, wspieranie (samo)edukacji studentów oraz popularyzacja wiedzy i współpraca ze społeczeństwem. Takie są misje świata uniwersyteckiego. Obowiązkiem Ministra Nauki i Edukacji jest m.in. strzeżenie wolności badań naukowych i wolności słowa, a nie obrona konkretnych opinii. Nauka powinna być wolna od polityki, podążać za swoimi charakterystycznymi metodami. Można zrozumieć, że minister Czarnek rzadko występował jako ekspert naukowy, ponieważ od dawna jest głównie politykiem. Dlatego może on nie rozumieć świata naukowego.
Większym problemem jest jednak to, że incydent z udziałem Brauna był w dużej mierze spowodowany przez ministra Czarnka, który szkodził profesor Engelking. Jest to moja opinia jako komentatora życia akademickiego. Nie mam naukowych argumentów na potwierdzenie tego i nie zamierzam mieszać tych dwóch sfer. Jest to opinia publicystyczna, do której jako obywatel, a także obywatel nauki, mam prawo. Tylko osoba ślepa nie zauważy związku między faktami, które ostatnio są wyraźnie widoczne na scenie życia społeczno-politycznego w Polsce. Jeśli minister Nauki i Edukacji ogranicza wolność słowa, powołując się na nieznane nauce kryteria narodowościowe, a nawet narodowo-religijne, to nie ma się co dziwić, że inni politycy chcący zdobyć poparcie swojego elektoratu chętnie wykorzystują ten impuls, aby uciszyć profesora Jana Grabowskiego dosłownie, wyrywając mu mikrofon i niszcząc głośniki. Jeden knebel czyści pole dla drugiego. Rzeczywiście, godność instytucji demokratycznych w Polsce cierpi najbardziej w momencie, gdy minister i poseł przekształcają się w pałkarzy z kijami baseballowymi. Najbardziej przerażające jednak było to, że, jak powiedział dziekan Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, na twarzach obecnych na sali studentów można było dostrzec przerażenie, ponieważ przestraszyli się oni agresji ze strony Brauna (Norbert Frączak, Jolanta Zarembina „Polityka” 30 maja 2023). Czy to było intencją pana ministra Czarnka? Niestety, mam uzasadnione podejrzenie, że tak…
Dzisiaj (niedziela 12 czerwca) w wiadomościach słyszy się o marszach przeciwko powszechnemu dostępowi do broni w USA. Nie chcę pisać o broni, nie znam się na tym, chciałbym natomiast o randze nauki i argumentach naukowych.
Możesz posłuchać podcastu tutaj
W serwisie Spotify. Możesz także posłuchać na YOUTUBE:
Broń jest sexy? To zależy dla kogo (lic. Depositphotos)
Wiele w Polsce ostatnio jest głosów mających na celu zwiększenie ilości broni w posiadaniu obywateli. Jednym z ważnych, wydaje się, argumentów, jest wybuch wojny Rosji z Ukrainą. Ponoć mamy być bezpieczniejsi, jeśli broń będzie w każdym domu, gdyby Polskę najechali Rosjanie… takie argumenty przywodzą mi na myśl szarżę ułanów na czołgi przedstawioną w filmie „Lotna” Andrzeja Wajdy (legenda oparta na jednym fakcie historycznym: 10 września 1939 r. 4 szwadron 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich zaatakował niewielką niemiecką grupę pancerną nad Mrogą). Śmieszność takiego myślenia jest oczywista w epoce najbardziej cyfrowo wspomaganej i technologicznie zaawansowanej wojny w Ukrainie.
Jednak mnie uderza w tym wszystkim fakt pomijania w dyskusji naukowych argumentów, danych, którymi dysponujemy: w eksperckich wypowiedziach pojawia się na przykład twierdzenie oparte na takich danych – morderstwa i napady w Polsce z użyciem broni są dokonywane z bronią zakupioną nielegalnie, bez pozwolenia. Wnioskiem jest, że w Polsce legalny dostęp do broni jest dobrze regulowany.
Politycy rzadko odwołują się do takich argumentów, do danych i badań.
Najbardziej mnie jednak przekonuje sytuacja w USA. Ostatnio w Uvalde w stanie Texas 19 dzieci z podstawówki i dwoje nauczycieli straciło życie, bo jakiś młody człowiek zdecydował o strzelaninie ze strzelby… wcześniej w Buffalo 10 osób zostało zabitych w warzywniaku przez tzw. białego supremacystę, tj. zwolennika wyższości rasy białej nad innymi kolorami…
Wstępniak odredakcyjny z ostatniego pisma popularnonaukowego pt. Scientific American — dodajmy: pisany z bólem przez redaktorów — jest jednoznaczny. Więcej broni nie hamuje przestępczości, co więcej, „Broń zabija każdego roku więcej dzieci niż wypadki samochodowe. [w USA] W ciągu roku od strzałów ginie więcej dzieci niż dyżurnych policjantów i czynnych żołnierzy”.
„Do 2020 roku w wypadkach samochodowych zginęło około ośmiu na 100 000 osób. Około 10 na 100 000 osób zmarło z powodu obrażeń od broni.” I takie argumenty do mnie trafiają.
Podobnie zresztą z innymi dyskusjami: Greta Thunberg przekonuje mnie nie dlatego, że jest młodą Pipi Pończoszanką (choć to skojarzenie dodaje jej uroku), ale dlatego, że jej głównym artykułowanym pragnieniem jest potraktowanie poważnie argumentacji 97-98% naukowców, ekspertów klimatycznych, którzy wykazują, że nadchodzi katastrofa klimatyczna.
Nauka ma znaczenie polityczne. O czym najlepiej wiedzą młode Afganki, którym talibowie zakazują dostępu do niej. Nie dajmy wodzić się za nos rodzimym talibom fotografującym się z bronią. Takie argumenty to nie są argumenty, to propaganda.
Jeśli chcesz obejrzeć materiał wizualny to możesz to zrobić tutaj
Ekstatyczny taniec (fot. lic. Deposithotos)
Mamy do czynienia z cywilizacyjną rewolucją informatyczną, która prędzej czy później dotrze także do świata edukacji. Jak donosi The Economist (29.01.2022), niedługo do kodowania informatycznego nie będzie trzeba informatyków, to już się dzieje, wszyscy możemy stać się koderami, awangardą cyfryzacji stają się obywatelscy programiści. Już wiele lat temu w 2017 r., Chris Wanstrath, współzałożyciel witryny GitHub, zadeklarował, że „przyszłością kodowania jest brak kodowania”. Nowoczesne narzędzia pozwalają każdemu na pisanie oprogramowania przy użyciu samych interfejsów wizualnych typu „przeciągnij i upuść” (bez kodu) z odrobiną kodu (niski kod). Kod jest generowany automatycznie bez wiedzy użytkownika.
Marzenie o kodowaniu bez kodu ujawniło się już w latach 60. XX wieku. Rewolucją jednak jest teraz crowdsourcing (ilość zaangażowanych w pracę w sieci przechodzi w jakość) i możliwość pracy w chmurze. Programiści nie znikną, ale oprócz nich wyłania się zupełnie nowy obszar pracy i nowych zawodów, które będą cyfrowe, a jakże, ale niezwiązane z tradycyjną informatyką i tradycyjnym programowaniem.
Jednak w Polsce mamy cywilizacyjne tąpnięcie, nie ma w szkołach edukacji cyfrowej, także przez złą politykę w pandemii. Jak donosi dzisiaj dziennik „Rzeczpospolita” (Anita Błaszczak): „Zdalna nauka szkodzi naszym dzieciom”.
Oczywistością dla rodziców dzisiaj jest, że młodsze dzieci przegrywają nieudolną politykę edukacyjną zwłaszcza w pandemii ze względu na to, że uczenie się stacjonarne w klasach wzmacnia relacje między dziećmi, w związku z tym dzieci pandemii skazane są z jednej strony na osamotnienie, z drugiej na wpływy świata cyfrowego, na które polska szkoła nie uodparnia, bo nie uczy wcale poruszania się po świecie cyfrowym, edukacja cyfrowa w Polsce leży, nie są nią obecne w polskich szkolnych klasach anachroniczne elementy informatyki.
Dominacja zdalnego nauczania wywołała duże straty edukacyjne także wśród polskich uczniów. Na świecie miało to także złe skutki (choćby w USA), jednak w Polsce sprawa wyglądać będzie jeszcze gorzej, bo dokłada się do pandemii anachroniczny system oświaty wprowadzany przez min. Zalewską i min. Czarnka: zamiast edukacji cyfrowej dzieci w szkołach zmuszane są do lektury „Chłopców z placu broni”, bo Jarosław Kaczyński pamięta ze szkoły, że taka lektura kiedyś była. Przypomnę, że politykę w Polsce przez ostatnie niemal 7 lat dyktuje cyfrowy analfabeta.
Można przypuszczać, że dzieci poradzą sobie wielorako z tym problemem, skutkiem mogą być nie tylko niższe zarobki i wzrost nierówności. To co robi PiS z edukacją jednoznacznie prowadzi nas do prywatyzacji przestrzeni publicznej: rodzice bogaci będą posyłać do lepszych w tych okolicznościach szkół prywatnych, w których edukacja będzie wyglądać lepiej (choć też nie do końca dobrze ze względu na idiotyczne tzw. minima programowe i całą filozofię edukacji reprezentowaną przez „przedmiotowy” kierunek kształcenia).
Ale jak wynika z badań ekspertów Fundacji Naukowej Evidence Institute (badali uczniów i tak elitarnych, bo warszawskich szkół), które cytuje Rzeczpospolita, to także uczniowie II i III klas szkół średnich, których objęło zdalne nauczanie w czasie pandemii, gorzej sobie radzą z matematyką, rozumowaniem w naukach przyrodniczych i w czytaniu ze zrozumieniem niż ich poprzednicy, którzy uczyli się stacjonarnie. Na negatywny wpływ pandemii nakłada się przygnębiająca likwidacja gimnazjów. Wiem, co to oznacza, bo mój starszy syn to przechodził. Kończy teraz ostatnią klasę licealną utworzoną specjalnie dla tych z likwidowanych gimnazjów.
Minister Czarnek, niestety, nie ma żadnego remedium na polską edukację, jego pseudo reformy prowadzą tylko do pogłębiania cywilizacyjnych zaległości Polski. Jedyną ofertą PiS są zmiany kadrowe, usuwanie jednych i zastępowania ich drugimi, zazwyczaj mniej kompetentnymi i zaczadzonymi ultrakatolicką ideologią (vide tzw. lex czarnek w odniesieniu do kuratorów). Czas z tym skończyć, minister Czarnek musi przestać szkodzić polskim uczniom, po prostu cywilizacyjnej przyszłości Polski.
Dalsze trwanie Czarnka na stanowisku ministra edukacji to nie tylko sprawa dzieci w szkołach, ale także studentów na uczelniach. Obyśmy nie szli drogą Turcji, w której studenci i pracownicy jednego z większych uniwersytetów w Turcji (Boğaziçi) obawiają się represji po zwolnieniu dziekanów. Jak pisze 31 stycznia 2022 r. Times Higher Education, to zwolnienie trzech wybranych dziekanów z Uniwersytetu Boğaziçi, może oznaczać ponowny atak na autonomię instytucjonalną i wolność słowa na tureckich uniwersytetach. Dymisje dziekanów mają bowiem związek ze studenckimi protestami w czasie objęcia funkcji rektora lojalisty wobec prezydenta kraju, Recepa Tayyipa Erdoğana w styczniu 2021 r.
Jeśli nadal minister Czarnek będzie naszym ministrem od wszelkiej edukacji (na wszystkich poziomach), to edukacyjny polexit będzie się dokonywał dalej. I w końcu znajdziemy się w sytuacji takiej jak Wielka Brytania, choć kilkakrotnie gorzej, bo my nie mamy postkolonialnych zysków z USA i Commonwealth.
John Morgan 31 stycznia 2022 pisze w Times Higher Education, że Wielka Brytania ostrzegła przed „exodusem” talentów badawczych. Unijne uniwersytety starają się przyciągnąć naukowców z Wielkiej Brytanii, ponieważ spory między Brukselą a Westminsterem opóźniają porozumienie badawcze. W tle sporu jest Protokół z Irlandii Północnej.
Gdyby Wielka Brytania znalazła się poza Horizon Europe, jedną z głównych strat byłoby to, że naukowcy pracujący na etatach w Wielkiej Brytanii nie byliby już uprawnieni do grantów ERC – prestiżowego systemu czasami określanego jako „Liga Mistrzów badań” lub „mini -Nagrody Nobla”.
Rządowi specjaliści UK argumentują, żeby UE szybko znalazła kompromis, ale ja nie wiem, dlaczego UE miałoby na tym zależeć: z jednej strony jest mi oczywiście przykro za moich przyjaciół w Wielkiej Brytanii, którzy nie głosowali za Brexitem, a oni mają być przez to karani brakiem grantów. Z drugiej jednak strony, wyłom w polityce względem kraju, który opuścił wspólnotę może oznaczać osłabienie jej samej. Bruksela nie powinna ustępować.
Czy chcemy iść drogą Turcji? Czy chcemy wypaść z obiegu finansowania nauki UE? Czarnek to cywilizacyjna zapaść i bieda dla naszych dzieci.
PS. 4 lutego Gazeta Wyborcza opublikowała zmieniony artykuł, w wydaniu elektronicznym 6 lutego.
Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście
Kulturoznawstwo, badania nad kulturą, czy też nauki o kulturze i religii mogą wielu kojarzyć się z pięknoduchostwem, chodzeniem do teatru czy też badaniem aktywności kulturalnych, utożsamianych z rozrywką. Kultura i kultura cyfrowa mają bezpośrednie przełożenie na nasze życie całkiem realnie, niekoniecznie rozrywkowo. Zwłaszcza we współczesnym zdigitalizowanym świecie. Dlatego coraz częściej potrzebne są badania interdyscyplinarne, które łączą wiele refleksji i obszarów. I potrzebna jest też taka wielodyscyplinarna edukacja na wielu poziomach.
Świetnie to widać w ostatnich historiach związanych z symbolem Pegaza. Kiedyś był on w starożytnej Grecji skrzydlatym koniem, jego imię czasami wywodzono nawet od „boga pioruna”. Kojarzył on się poza tym z mitem mówiącym, iż tam gdzie kopyto Pegaza uderzy, tam powstaje źródło. Potem przez wieki był to synonim natchnienia poetyckiego. Kiedyś w Polsce kultowego charakteru nabrał telewizyjny magazyn kulturalny, program publicystyczny w dawnej TVP pt. Pegaz (powstał w 1959 r.). Dzisiaj Pegasos przywołuje na myśl przede wszystkim system szpiegujący, Pegasus, który faktycznie kojarzy się z otwieraniem źródeł, jednak nie wody, ani natchnienia, tylko informacji. Bo Pegasus jest bardzo niebezpiecznym narzędziem pozwalającym inwigilować urządzenia mobilne głównie korzystające z systemów iOS oraz Android (inwigilacja, to nie to samo co podsłuch). Zainfekowane smartfony stają się uszami i oczami szpiegującymi wszystko co naokoło. A my mamy go przy sobie 24 godzin 7 dni w tygodniu. Bo ludzie śpią ze smartfonami. Nie tylko z żonami, mężami, kochankami, parter(k)ami.
„Citizen Lab”, czyli w wolnym tłumaczeniu „laboratorium obywatelskie” zostało założone na Uniwersytecie w Toronto, aby badać zagrożenia wynikające z dominacji kultury cyfrowej dla demokracji. Można powiedzieć, że współczesna kultura cyfrowa umożliwia rażące naruszenia praw człowieka: wystarczy tutaj na przykład przypomnieć, że przed koszmarną egzekucją Dżamala Chaszukdżi, m.in. dziennikarza the Washington Post, był on wedle ustaleń Business Insider szpiegowany przy użyciu Pegasusa przez saudyjskie służby, te same, które go potem bestialsko zamordowały. (Perper, R. Edward Snowden: Israeli spyware was used to track and eventually kill Jamal Khashoggi. Business Insider 9.11.2018)
Citizen Lab, które teraz jest często cytowane jako źródło informacji o inwigilacji polskiej opozycji (Sławomir Nowak, adwokat Roman Giertych, senator Krzysztof Brejza) oraz polskich funkcjonariuszy publicznych (prokurator Ewa Wrzosek) zostało założone przez profesora Ronalda Deiberta przy Szkole Spraw Globalnych i Polityki Publicznej Munka na Uniwersytecie w Toronto. Profesor Deibert jest autorem kilku książek m.in. „Black Code: Surveillance, Privacy and the Dark Side of Cyberspace”; „Parchment, Printing, and Hypermedia” czy „Reset: Reclaiming the Internet for Civil Society”. Jego wpływ na badanie kultury cyfrowej i demokracji jest spory, jeśli liczyć ilość cytowań i występowanie w mediach. Zasiada także w radach redakcyjnych wielu czasopism naukowych. Był nagradzany m.in. za rozpoznanie i łagodzenie „rosnących zagrożeń dla praw do komunikacji, otwartości i bezpieczeństwa na całym świecie”.
Z jego badań i publikacji wynika, że kultura cyfrowa łączy zwykłego obywatela z dziennikarstwem. Deibert zajmuje się kulturami dziennikarstwa i kulturą informacji.
Profesor Deibert pisze:
„Aby przywrócić liberalną demokrację, będziemy potrzebować całkowitej zmiany naszego stylu życia. To oczywiście nie będzie łatwe i nie stanie się z dnia na dzień. Będą się temu przeciwstawiać ogromne siły społeczne, gospodarcze i polityczne. Potrzebna jest zatem kompleksowa strategia długofalowych reform, rozciągająca się od tego, co osobiste do politycznego, od lokalnego do globalnego. Musimy nauczyć się traktować nasze środowisko informacyjne w taki sam sposób, w jaki mamy nadzieję traktować nasze środowisko naturalne — jako coś, nad czym sprawujemy zarząd i wobec czego zachowujemy się w duchu ostrożności i powściągliwości. Jeśli oszczędzanie energii jest rozsądne, oszczędzanie danych może być również rozsądne. Jednocześnie musimy rozwijać systemy edukacji publicznej, w których podstawą jest umiejętność korzystania z mediów, etyka, etykieta i tolerancja.
W sferze politycznej i prawnej obywatele muszą uzyskać prawo do wiedzy, co firmy i rządy robią ze wszystkimi danymi osobowymi, które tak wytrwale gromadzą.” (Deibert, R. J. (2019). Three Painful Truths About Social Media. Journal of Democracy, 30(1), 25–39.)
Proponuję, aby minister Czarnek zamiast wprowadzania przedoświeceniowych form wiedzy do szkół (tzn. zabobonów i spiskowych teorii dziejów w nauczaniu historii, np. oświecenia) zaczął intensywnie pracować nad edukacją cyfrową na wszystkich poziomach: od przedszkola po szkoły wyższe. Potrzebne nam są kultury cyfrowe, także kultura bezpieczeństwa cyfrowego. Naukowcy uznają kulturę bezpieczeństwa za jeden z najważniejszych czynników wpływających na zachowanie jednostek w dzisiejszym cyfrowym świecie. Kultura bezpieczeństwa „składa się ze wspólnego wzorca wartości, modeli mentalnych i działań, które są przedmiotem wymiany między pracownikami jakiejś organizacji wpływając na bezpieczeństwo informacji.” Jednak, jak pisze prof. Deibert, kultura bezpieczeństwa może również wykraczać poza organizacje, a różnice w kulturze można zaobserwować między zawodami. Autor podjął kilka badań na przykład nad zawodem dziennikarza i kulturami dziennikarskimi.
Nawet jeśli sporo pisano na temat kultur dziennikarskich, czy też na temat kultury w dziennikarstwie, to nie zastanawiano się nad wpływem tych kultur na bezpieczeństwo, kulturę bezpieczeństwa. Z badań Kanadyjczyka wynika, że podstawową rolę także w przyszłości będzie pełniło jakościowe dziennikarstwo, nie media społecznościowe i dziennikarstwo obywatelskie. Na pewno one nie przestaną istnieć, jednak żeby przeciwstawić się „drodze do zniewolenia” powszechnego przez autorytaryzmy, potrzebna jest silna edukacja oraz silne, dobrze opłacane dziennikarstwo jakościowe. „Jak odróżniać dobre dziennikarstwo od teorii spiskowych”, to powinien być jeden z celów nowoczesnej edukacji.
Obawiam się jednak, że minister Czarnek nie tylko nie posłucha moich rad. On jeszcze bardziej się utwierdzi w tym, że kaganek oświaty jest jego wrogiem. Dlaczego taki wstecznik, zabobonnik i nienawistnik jest tak wysoko postawionym konstytucyjnym ministrem? Ano dlatego, że ten rząd jest antydemokratyczny i antywolnościowy. Temu rządowi nie zależy na edukacji Polaków. Afera z inwigilacją (nie tylko podsłuchami) opozycji politycznej w Polsce nie jest wypadkiem przy pracy. Udało się ujawnić tę aferę, dzięki międzynarodowej współpracy świata akademickiego ze społeczeństwami obywatelskimi.
Nie mam złudzeń: atak na TVN nie jest przypadkowy, nie miał niczego przykrywać, był prawdziwym zamachem na niezależne dziennikarstwo. Ataki nie ustaną. Zaś Minister Czarnek nie wprowadzi naszej edukacji na salony współczesności — on nas cofnie do średniowiecznego krużganka… Świadczy o tym jego flagowy projekt wciskania kitu, czyli propagandy, który marketingowo został nazwany HiT (Historia i Teraźniejszość). Jest on w istocie uczeniem prawd objawionych PiS i IPN po to, żeby wyrugować wychowanie obywatelskie w postaci WoS. Teraźniejszości tam tyle, ile kot napłakał. Tylko moich synów jakoś mi żal, bo ich ten projekt także dotknie… i w tym momencie mój żal zamienia się w gniew…
PS. 1 stycznia 2022 artykuł zmieniony ukazał się w Gazeta Wyborcza
Martwe wykłady i konieczność oceny rozwoju studenta
Sen o prawdziwiej uniwersyteckiej edukacji (fot. lic. Depositphotos)
Dawno uważałem, że wykłady jako forma nauczania są martwe, ostatnio także pisałem o wykładach online i wersji „gadających głów”. Naprawdę jest mnóstwo świetnych materiałów instruktażowych w otwartych zasobach edukacyjnych, coraz więcej wyników badań naukowców także otwiera się na wolny dostęp.
Z drugiej strony, coraz więcej znajdziemy głosów tradycjonalistów, którzy — skądinąd słusznie — argumentują, że studiowanie to nie jest tylko uczestnictwo w zajęciach (zwłaszcza tych wykładach z gadającymi głowami), ale także — a może przede wszystkim — uczestnictwo w życiu uczelnianym, studenckim ruchu i studenckim życiu nieformalnym, uprawianie sportu, nawiązywanie kontaktów.
I wszystkie strony sporu mają częściowo rację: studia to faktycznie bardzo często jeden z najistotniejszych okresów życia młodych (zazwyczaj) ludzi, którzy podczas „wyjazdu na studia” poznają nie tylko przedmioty studiów, ale nade wszystko poznają świat i ludzi.
Rację mają także i ci, że trudno jest zastąpić online — obecność w laboratoriach… choć i takie rzeczy na świecie się dzieją, podobnie jak zdarzają się operacje chirurgii mózgu przez Internet.
Jednak nie ma chyba żadnej uczelni na świecie, która przyznałaby: nie chodźcie na wykłady, to nie ma sensu, najważniejsze są puby, zabawa i sport.
Bo przecież nie o to tylko idzie…
Jednym z elementów nie do zastąpienia przez algorytmy komputerowe jest ocena postępów studenta, programowanie całości kształcenia oraz doradztwo profesjonalne. Takich rzeczy komputery samodzielnie nie potrafią, potrzebny jest człowiek i to zazwyczaj musi być specjalista dużej klasy.
Bo — dodać trzeba — nie chodzi o ocenę od 1 do 6, albo od 2 do 5, ale o ocenę opisową, o sprawdzenie radzenia sobie w różnych okolicznościach, o sprawdzenie umiejętności i postaw: np. krytycznego myślenia, umiejętności kooperacji czy kreatywnego rozwiązywania problemów, tudzież tolerancyjnego współżycia społecznego. I od tego są zajęcia i spotkania ze studentami.
Ostatnio w Times Higher Education prof. Terry Young z Brunel University w Londynie, skądinąd emerytowany profesor specjalista od systemów opieki zdrowotnej, czyli specjalista od zarządzania opieką zdrowotną, napisał w tekście pt. Content is free: universities should stop producing it, że uniwersytety powinny dawno zacząć bardziej doceniać „projektowanie programów kształcenia” oraz ocenę postępów studenta wraz z tutoringiem. Jego głównym argumentem jest to, że w otwartych zasobach Internetu student może znaleźć dobrej jakości materiały, że wiedza jest wszędzie. Natomiast nikt nie zastąpi człowieka w ocenie rozwoju studenta i jego postępów.
Nie sposób się nie zgodzić, jednak potrzebne są pewne zastrzeżenia: istnieją jeszcze ciągle formy wykładów, które są niezastępowalne przez treści online. Stąd największe gwiazdy świata akademickiego zapraszane są przez pozauczelniane platformy dyskusyjne i sowicie opłacane przez nie, bo dobry przekaz bezpośredni jest ciągle w cenie.
Tutoring może przebiegać w różne strony (fot. lic. Depositphotos)
Po drugie, ewaluacja jakości kształcenia na uczelniach może przebiegać bardzo dobrze w systemie mieszanym, hybrydowym: częściowo online, przy użyciu narzędzi informatycznych, częściowo w przestrzeniach uczelnianych w kontakcie bezpośrednim. Na przykład: nie sposób wyobrazić sobie dzisiaj nauki pisania oraz występowania publicznego bez sprawdzenia sporej ilości utworów studenta.
Podsumowując: otwarte zasoby edukacyjne są wszędzie, ale doradztwo, jak z nich korzystać oraz ewaluacja postępów w rozwoju personalnym, to ciągle domena uniwersytecka, którą trudno zastąpić. Dlatego nie popadajmy w skrajności takie jak: „kształcenie online jest do niczego”, albo „kształcenie online jest wyłączną przyszłością edukacji”.
Napisałem to wszystko i nagle dopadło mnie zwątpienie: anachroniczny system edukacji wprowadzany już od 6 lat przez PiS w Polsce, oraz deformy Gowinowsko-Czarnkowe sprawiły, że coraz bardziej odstajemy od życia społeczeństw opartych na wiedzy. W jakim stopniu minister Czarnek odpowiada swoimi bredniami o „wolności akademickiej” (poprzez wpuszczenie zabobonu i polityki na uczelnie) na prawdziwe wyzwania rzeczywistości? Czarno to widzę, bo wielu rektorów polskich uczelni sekunduje władzy, chcąc się jej przymilać i przypodobać. A rektorzy nie są niestety już autonomiczni. I nie mają bezpieczników na samych uczelniach w postaci społecznej kontroli.
PS. Wpis ukazał się 08.10.21 w Gazecie Wyborczej pt. „Deforma Przemysława Czarnka. Wielu rektorów sekunduje władzy, by się jej przymilić”
Ustawa siłowo uchwalona w polskim Sejmie 11 sierpnia 2021 z pogwałceniem reguł praworządności jest ciosem w demokrację i wolne media. Nie ma co do tego wątpliwości. Partia Jarosława Kaczyńskiego niszczy stację telewizyjną będącą w pewnym sensie współczesnym „Głosem Ameryki” w Polsce (starsi pamiętają jeszcze „Radio Wolną Europę”), ale głosem na wskroś polskim i dla wielkiej grupy Polaków. Dlatego protestowałem, protestuję i będę protestował przeciwko manipulacji i bezprawiu, które dokonały się wczoraj w polskim parlamencie.
Jednak w cieniu tych ważkich wydarzeń (finalizowany pełzający zamach stanu pod władzą Kaczyńskiego i oddanemu mu PiS) dzieje się też sporo w obszarze szkolnictwa wyższego.
Jak donosi Gazeta Wyborcza, ustawa przekształcająca Uczelnię Państwową im. Szymona Szymonowica w Akademię Zamojską w ubiegłym tygodniu została odrzucona przez Senat. W środę 11 sierpnia 2021 podczas oburzających głosowań w Sejmie, posłowie odrzucili uchwałę Senatu. Teraz ustawa trafi do podpisu prezydenta.
Uczelnia, o którą idzie, powstała w Zamościu w 2005 roku jako zwykły PWSZ. Od 1 września 2019 roku PWSZ w Zamościu zmieniła nazwę na: Uczelnia Państwowa im. Szymona Szymonowica w Zamościu. Na mocy rozporządzenia ministra. Szymon Szymonowic to jest wielki patron z renesansowego Zamościa, świetnie pasują te tradycje do świata akademii.
Ta szkoła wyższa — prowadząca przede wszystkim kilka studiów licencjackich i pielęgniarstwo magisterskie — nie podaje na swojej stronie żadnych informacji na temat liczby studentów i pracowników. Jest sporo promowania studiów podyplomowych. Domyślam się, że studentów i pracowników jest tam niewiele.
Zmiana na Akademię jest dokonana z pogwałceniem obowiązującego — niedobrego co prawda, ale jednak — polskiego prawa, które umożliwia korzystanie z zaszczytnego miana Akademii (słowo z języka greckiego odnoszone czasami do całości świata uniwersytetów) tylko uczelniom mogącym doktoryzować w co najmniej dwóch dyscyplinach naukowych.
Problem tylko pozornie nie ma związku z uchwaleniem LexTVN. Śmiem twierdzić, że ta sprawa mogła być jedną z kart przetargowych, aby korumpować politycznie reprezentantów KUKIZ’15.
Co ciekawe, jak można poczytać w Gazecie Wyborczej, ustawę tworzącą nową uczelnię forsował zamojski poseł Kukiz’15 Jarosław Sachajko – ten sam, który w środę przyczynił się do reasumpcji głosowania, ten sam, który tłumaczył jeszcze przed kamerami, że przecież „nikt nie umarł”. A potem zagłosował za anty-TVN-owską ustawą.
Dzieje się to w sytuacji fatalnego położenia finansowego wielu już istniejących akademii i uniwersytetów. Ale autorzy tłumaczą, że akademię trzeba stworzyć, bo mamy Ojczyznę w niebezpieczeństwie. Larum grają! Trzeba wzmocnić Naród i Państwo. Grozi im „bardzo mocny atak na tożsamość kulturową i cywilizacyjną Polek i Polaków”. Misja nowej Akademii ma być wyrażona w dewizie: „Bóg, Honor i Ojczyzna”.
Jednym słowem: powstanie akademia od akademii patriotycznych i kolejna szkoła wyższa podporządkowana jednej instytucji religijnej. Państwowa akademia, której rektorem ma ponoć zostać słynny pan Skrzydlewski, doradca ministra Czarnka, ten, który zasłynął powiedzeniem o umacnianiu „cnót niewieścich” u współczesnych „dziewcząt i kobiet”.
Nie potrafię ukrywać swojego oburzenia: finanse publiczne służą korupcji politycznej i niszczeniu kultury uniwersyteckiej. Najpierw cios zadała ustawa Gowina, teraz kończy dzieło przywódca talibów w PiS — minister Czarnek.
Kukiz15 został obdarowany za pośrednictwem Jarosława Sachajki? Czy to jest korupcja polityczna kosztem świata akademickiego?
W cieniu zamachu stanu, przestępstwa urzędniczego marszałek Witek, podeptania parlamentaryzmu dokonało się prawdopodobnie także podeptanie prawa o szkolnictwie wyższym, ale nade wszystko kolejne upodlenie świata akademickiego. Trudno jest w takiej sytuacji mówić i pisać, jak robił to we Lwowie przed II wojną światową w 1932 roku profesor Kazimierz Twardowski — o dostojeństwie uniwersytetu.
Człowiek korumpowany (lic. Depositphotos)
PS. 13 sierpnia 2021 tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej pt.