Tag: metafora

  • Czułość i łagodność: nowa perspektywa na sztuczną inteligencję?

    Czułość i łagodność: nowa perspektywa na sztuczną inteligencję?

    Z cyklu Obserwatorium retoryki i komunikacji

    10 czerwca 2025 roku Sam Altman, prezes OpenAI, opublikował na swoim blogu manifest zatytułowany „The Gentle Singularity”, dostępny także jako wystąpienie wideo na YouTube i tekst na stronie firmy. Krótki ten esej ma ambicję nie tylko objaśniać kierunki rozwoju sztucznej inteligencji, lecz także nadać im ramę ideową. Altman mówi językiem budowniczego przyszłości, ale jednocześnie próbuje rozbroić lęki: osobliwość technologiczna, czyli moment, w którym AI przekracza ludzkie możliwości poznawcze i staje się autonomicznym konstruktorem samej siebie, zostaje tu przedstawiona jako proces, który może być… łagodny.

    To angielskie „gentle” w tytule jest znaczące. Zestawione z pojęciem tak radykalnym jak „osobliwość”, po angielsku „singularity”, wprowadza niepokojącą, a zarazem pociągającą sprzeczność. Altman najwyraźniej chce przekonać nas, że choć mamy do czynienia z przemianą o charakterze zakłócającym, dyzraptywnym — i w tym sensie AI spełnia definicję disruptive innovation znaną z teorii Christensena — to jej przebieg nie musi przypominać erupcji ani trzęsienia ziemi. Przeciwnie: może to być transformacja płynna, obłaskawiona, wręcz cicha. Rewolucja bez huku. Zakłócenie bez wywrotki i rewolucji. Punkt zwrotny, ale naoliwiony. Czarny łabędź, który przeobraża się w może bardziej szarego?

    Trudno jednak zapomnieć o wcześniejszych metaforach, które kształtowały nasze wyobrażenia o sztucznej inteligencji. Od eksplozji inteligencji  (ang. intelligence explosion), czyli wybuchu inteligencji, przez czarne skrzynki, które działają, ale których zasad nie rozumiemy, po goetheańską, faustowską w prowieniencji, alegorię ucznia czarnoksiężnika — wizję AI jako mocy, której nie umiemy kontrolować, choć to my ją przyzwaliśmy (tak jak w magii). Szczególnie ta ostatnia wydaje się dziś znów zaskakująco aktualna. W tym roku, w ramach programu „Zdolny uczeń – świetny student” na Uniwersytecie Łódzkim, miałem przyjemność współpracować z licealistą Franciszkiem Koronkiewiczem, który z wielką wrażliwością badał zjawisko „disneyzacji klasyki literackiej”. W swojej pracy Franciszek odwołał się do disneyowskiej wersji baśni o uczniu czarnoksiężnika — i znakomicie połączył ją z rozważaniami z Nexusa Yuvala Harariego. W animacji Disneya młody Mickey w swojej fantazji rządzi wielkim, kosmicznym porządkiem, ale w rzeczywistości traci kontrolę nad samonapędzającym się procesem — miotły noszące wodę stają się nie do zatrzymania. To przecież obraz idealny dla zrozumienia zagrożeń związanych z autonomią AI: technologia powielająca sama siebie, która działa bez zrozumienia celu, a w dodatku czyni to szybko i bez refleksji. Mickey nie przestaje śnić, że to on panuje — nawet gdy już nie ma wpływu na nic.

    W tym kontekście „Łagodna osobliwość” Altmana („The Gentle Singularity”) brzmi jak zaklęcie mające uspokoić. Autor manifestu przenosi nas z domeny strachu do domeny narracyjnego kompromisu: może nie wszystko rozumiemy, może nie wszystko kontrolujemy, ale przecież nie musi być źle. To postawa głęboko perswazyjna, on pragnie nas do tej wizji przekonać, ale też typowa dla reprezentantów świata technologii, którzy wiedzą, że język jest równie istotnym narzędziem jak kod. Nie przypadkiem te wszystkie chat-boty to przecież „duże modele językowe” (Large Language Models, LLM, to rodzaj sztucznej inteligencji wykorzystująca tzw. „architekturę transformer”, tak jak w GPT)

    I właśnie tu pojawia się interesujące zestawienie z czułym narratorem” Olgi Tokarczuk. W swojej mowie noblowskiej Tokarczuk mówi o czułości (po ang. „tenderness”) jako o „sposobie patrzenia, który pozwala dostrzec świat jako żywy, powiązany siecią relacji, pełen znaczeń i wzajemnych zależności”. Tę czułość rozumie nie jako słabość, ale jako najwyższą formę poznania, która nie oddziela obserwatora od obserwowanego. Zestawienie tej postawy z „łagodnością” czy „delikatnością” Altmana odsłania różnicę kluczową: „gentle” w jego rozumieniu jest łagodnością systemową, kontrolowaną płynnością; czułość Tokarczuk to relacyjność, współodczuwanie, gotowość do przejęcia odpowiedzialności za drugiego, także nie-ludzkiego (głównie jednak odnosi się do nieludzkiego zwierzęcego).

    Czy więc AI potrzebuje tylko łagodnych architektów? Czy nie potrzebuje też czułych narratorów? Czy wystarczy dobrze zaprojektowana osobliwość, czy też konieczna jest nowa opowieść o odpowiedzialności, granicach, obecności? Altman chce, byśmy wierzyli, że osobliwość da się ułożyć. Tokarczuk przypomina, że to, jak opowiadamy świat, kształtuje nie tylko naszą przyszłość, ale także nasze człowieczeństwo.

    „Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu ” — pisała Olga Tokarczuk w „Czułym narratorze”. Być może dziś potrzebujemy nie tyle „łagodnej osobliwości”, ile właśnie czułej narracji — opowieści, która nie ucisza lęku, ale go rozumie i przyjmuje. Dla mnie to już nie jest tylko pytanie o przyszłość technologii, ale o to, czy zachowamy zdolność opowiadania o świecie z uwagą, wrażliwością i odpowiedzialnością. I czy wśród wszystkich współczesnych „uczniów czarnoksiężnika” znajdzie się jeszcze miejsce dla tych, którzy nie chcą zarządzać przyszłością ani jej kolonizować — lecz po prostu ją zrozumieć i ocalić. Altman zdaje się wcielać w rolę właśnie takiego łagodnego misjonarza przyszłości. Ale czy nie grozi nam tu podobne złudzenie, jakie towarzyszy postaci Elona Muska — przekonaniu, że świat można ocalić, wysyłając jego najbardziej uprzywilejowaną część na Marsa, zamiast spróbować naprawić go tu, gdzie wszyscy żyjemy?

    Być może prawdziwa osobliwość nie wydarzy się w technologii, lecz w naszym sposobie patrzenia na świat — jeśli odważymy się patrzeć z czułością, zanim spojrzy za nas maszyna.

  • Rozmowy o gazach i twórczym pisaniu

    Rozmowy o gazach i twórczym pisaniu

    E.B. White o talencie Updike’a: Refleksje i humor

    Skomentuj list do Johna Updike’a z 1962 roku:

    „Wolałbym przeczytać twoją nienapisaną powieść niż napisaną przez kogokolwiek innego. Ciągle próbuję odkryć, co (jaka tajemnicza rzecz) podnosi pisanie do poziomu, na którym zachodzi spalanie, i myślę, że po prostu w pisaniu musi nastąpić ucieczka gazów lub oparów z centrum — Gazu Rdzenia, to znaczy. I nawet to wyjaśnienie jest niewiarygodne, ponieważ Bóg wie, że z Hemingwaya zawsze uciekał gaz, ale często przypominało mi to pierdzenie starego konia. Ta zagadka nie zostanie rozwiązana w pośpiechu. (E.B. White, List do Johna Updike, 12 stycznia 1962)” (znalezione w New York Times, dzisiaj 18.01.25)

    List, który zawiera takie refleksje, jak te skierowane do Johna Updike’a, ujawnia niezwykłą zdolność autora do literackiego introspekcyjnego humoru, a jednocześnie do głębokiego poszukiwania esencji pisania. E.B. White, znany przede wszystkim jako autor „Straganów Charlotty” i felietonista „The New Yorker”, w swoim liście z 1962 roku wyraził nie tylko podziw dla twórczości Updike’a, ale również próbował uchwycić to, co sprawia, że literatura osiąga wyższy, niemal mistyczny poziom.

    Kluczowe punkty refleksji:
    Mistyczny kult talentu Updike’a
    Zdanie „Wolałbym przeczytać twoją nienapisaną powieść niż napisaną przez kogokolwiek innego” podkreśla niemal religijną wiarę w wyjątkowość talentu literackiego Updike’a. To nie tylko pochwała, ale i subtelny żart deprecjonujący przeciętność innych autorów. Kult Updike’a, któremu daleko było od religijnych uniesień.

    W wywiadach Updike otwarcie przyznawał, że jego podejście do religii jest bardziej estetyczne niż doktrynalne. Interesowała go symbolika, rytuały i to, w jaki sposób wiara odzwierciedla się w literaturze. W eseju „The Future of Faith” pisał:

    „Religia, jak literatura, jest próbą nadania sensu naszemu doświadczeniu, uznania istnienia tajemnicy i celebracji tego, co przekracza nasze zrozumienie.”

    Warto więc podkreślić, że choć tematyka religijna jest obecna w jego pracach, to często stanowi ona raczej narzędzie analizy kondycji człowieka niż wyraz osobistego zaangażowania religijnego. Updike’a można nazwać badaczem religijności, ale niekoniecznie jej wyznawcą.
    „Gaz Rdzenia” – tajemnica procesu twórczego
    White porównuje inspirację i proces pisania do wybuchowego procesu, w którym musi nastąpić „ucieczka gazów z centrum”. To obrazowe, a zarazem nietypowe i ryzykowne, metaforyczne ujęcie pokazuje, że prawdziwie wartościowa literatura pochodzi z jakiegoś wewnętrznego, organicznego źródła, które wymyka się pełnej kontroli autora. Platońskie pojęcie „boskiego szału” można zestawić z ideami takich autorów, jak E.B. White w jego liście do Updike’a czy Hemingway, który pisał o konieczności pisania „jednego prawdziwego zdania”. Obaj autorzy, podobnie jak Platon, uznają, że inspiracja ma źródło w czymś irracjonalnym, ale jednocześnie unikalnym dla każdego twórcy.
    Ironiczne odniesienie do Hemingwaya
    Porównanie „gazu” Hemingwaya do „pierdzenia starego konia” dodaje humoru, ale i stanowi krytykę. White zdaje się sugerować, że nawet wielcy literaci czasami zawodzą w dostarczaniu tej esencji, która podnosi literaturę na wyższy poziom.
    Nierozwiązana zagadka literatury
    White podkreśla, że natura tej tajemnicy – co sprawia, że literatura „spala się” na wyższym poziomie – pozostaje nieuchwytna i z pewnością nie zostanie odkryta w pośpiechu. White próbuje zdefiniować moment, w którym pisanie osiąga poziom „spalania”. O tej tajemniczej energii wspominał również Franz Kafka: „Pisanie to forma modlitwy.” Słowa Kafki sugerują, że proces pisania jest nie tylko twórczy, ale także duchowy, co koresponduje z metafizycznym tonem refleksji White’a.
    Kontekst i odniesienia
    John Updike, którego White tak bardzo podziwia, był znany ze swojego niezwykłego daru opisywania codzienności w sposób poetycki. Jego powieści, takie jak „Król Królik” czy „Pary”, eksplorowały tematy życia amerykańskiej klasy średniej. Z kolei Hemingway, z jego oszczędnym stylem behawiorystycznym, był często uważany za ikonę amerykańskiego modernizmu. W tym liście White zestawia ich style w sposób ironiczny, ale jednocześnie pełen uznania.

    Zachęta do dyskusji
    Co sądzisz, Czytelniku, o tej wymianie zdań?

    Czy zgadzasz się z White’em, że proces twórczy to coś organicznego i nieuchwytnego?
    Jakie cechy literatury podnoszą ją do poziomu „spalania”?
    Czy zgadzasz się z krytyką Hemingwaya, czy raczej uważasz jego styl za przejaw mistrzostwa?

  • Polska Fika na wielkie sprzątanie

    Polska Fika na wielkie sprzątanie

    Polska Fika z Filifionką: mamy okres wielkiego sprzątania. Mały okolicznościowy cytacik…

    Polska Fika na YouTube
    To jest krótki podcast na Spotify

    Możesz go odsłuchać także gdzie indziej

  • Chochole referendum

    Chochole referendum

    Wizualizacja wydrążonego człowieka (lic. Depositphotos)

     

     

    Partia Jarosława Kaczyńskiego doprowadziła język polski do stanu, który śmiało można określić chocholim. „Chocholi język polski” to nie jest styl mówienia, to nie jest symbol, tak jak symbolem jest chochoł w „Weselu” Wyspiańskiego. „Chocholi język polski” to jest estetyczno-moralna jakość publicznego języka w Polsce. Najbliżej chocholemu językowi do nowomowy Orwella i to podobieństwo było już zauważane zwłaszcza przez recenzentów i komentatorów wspaniałego opracowania zacnych autorów „Dobrej zmiany” Katarzynę Kłosińską i Michała Rusinka (Dobra zmiana, czyli jak się rządzi światem za pomocą słów, Znak, Kraków 2019). No bo faktycznie ten język jest — tak jak u Orwella — językiem manipulacji. Różnicą jednak zasadniczą jest to, że totalitarna władza nowomowy Orwellowskiej rozwija się w warunkach monopolu publikacyjnego, zaś „chocholi język” istnieje jeszcze w kontekście wielogłosowości i polifonii nadawców kodów. Jednak najważniejszą cechą charakterystyczną jest odwracanie znaczeń i ich wydrążenie.

     

    [Wiem, że filozoficznie, zwolennicy dekonstrukcji mogą powiedzieć, że stałość znaczeń jest fikcją. Ale filozoficznie nie zgadzam się z tezą nieskończoności kontekstu Derridy. Bliżej jest mi do Hannah Arendt czy Paula Ricoeura, którzy jednak konteksty ograniczali.]

     

    Moją próbę charakterystyki języka formacji mentalnej „chocholego języka” opieram na inspiracji tekstem przekładu Czesława Miłosza świetnego i wizyjnego poematu T. S. Eliota:

     

    WYDRĄŻENI LUDZIE

     

    Pan Kurtz —  on umrzeć

     

    A penny for the Old Guy

     

    I

    My, wydrążeni ludzie

    My, chochołowi ludzie

    Razem się kołyszemy

    Głowy napełnia nam słoma

    Nie znaczy nic nasza mowa

    Kiedy do siebie szepczemy

    Głos nasz jak suchej trawy

    Przez którą wiatr dmie

    Jak chrobot szczurzej łapy

    Na rozbitym szkle

    W suchej naszej piwnicy

     

    Kształty bez formy, cienie bez barwy

    Siła odjęta, gesty bez ruchu.

    (Eliot, Wybór poezji, Wrocław i in., Ossolineum, 1990, s. 157)

     

    Uważam ten przekład autorstwa Miłosza, Eliotowego „The Hollow men” z 1925 roku za bardziej poetycki od przekładu może wierniejszego pt. „Próżni ludzie” Andrzeja Piotrowskiego.

     

    „Nie znaczy nic nasza mowa”. Fake mowa to chochola mowa. Tak jak fake-referendum. W przypadku właśnie uchwalonego głosami PiS et consortes, referendum wyborczego zgadzam się z profesorem Radosławem Markowskim, który nazywa to referendum, referendum wstydu. (https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/polska/rados%C5%82aw-markowski-referendum-wstydu/ar-AA1fmYB4)

     

    Markowski podaje przekonujące argumenty politologiczne i socjologiczne za Maxem Weberem. Ale mnie głównie interesuje język. Bo pytania zadawane w uchwale o referendum są pseudopytaniami, bowiem za dużo sugerują swoim układem i nacechowaniem. Te pytania są wielką manipulacją.

     

    Neutralne pytanie w referendum powinno być sformułowane tak, aby nie wywierało wpływu na odpowiedź wyborcy poprzez język czy ton. Wyrażenia takie jak „nielegalni imigranci” czy „przymusowy mechanizm relokacji” mogą prowokować określone emocje. Podobnie jak „wyprzedaż majątku”, czy niesławna „biurokracja europejska”.

     

    Bardziej zneutralizowane sformułowanie, — jeśli merytorycznie byłoby to zasadne —choć wiadomo powszechnie, że to fałszywa przesłanka — brzmiałoby na przykład tak:

     

    „Czy zgadzasz się na przyjęcie określonej liczby uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki w ramach proponowanego planu relokacji Unii Europejskiej?”

     

    Takie sformułowanie nie zawiera emocjonalnie obarczonych

     słów ani fraz, które mogłyby wpłynąć na decyzję wyborcy. Oczywiście, może być konieczne dostarczenie dodatkowego kontekstu lub informacji, aby wyborcy mieli pełne zrozumienie tego, na co głosują. Dlatego potrzebna byłyby liczne debaty, akcje edukacyjne, dostarczające kontekstów i wiedzy. Referendum to nie jest tylko pytanie o opinię, to w założeniu narzędzie demokracji bezpośredniej.

     

    Miłosz przekłada poemat Eliota, który stał się moją inspiracją dalej:

     

    Więc okrążajmy kaktus nasz

    Kaktus nasz kaktus nasz

    Więc okrążajmy kaktus nasz

    O piątej godzinie rano

     

    Pomiędzy ideę

    I rzeczywistość

    Pomiędzy zamiar

    I dokonanie

     

    Pada Cień

     

    Nie chcę brzmieć apokaliptycznie, a taka była intencja poematu Eliota-Miłosza. Mam nadzieję, że ten absurdalny chocholi język zostanie powstrzymany, nie można marzyć o tym, żeby zniknął, ale jego wpływ na polską rzeczywistość jest przemożny teraz i niszczący: wydrążona została konstytucja, wydrążona sprawiedliwość, wydrążone prawo, wydrążone sądy. Wydrążono referendum… jedynym sensownym zachowaniem wobec chocholego tańca tych wydrążonych ludzi jest zignorowanie go i śmiech… przecież to nie jest żaden symbol, to nie jest żadna świętość. Śmiejmy się pełną piersią. Bo to chocholi miś Stanisława Barei z 1980.

    PS. 20 sierpnia 2023 artykuł pod zmienionym tytułem ukazał się w Gazeta Wyborcza Prof. Płuciennik o „referendum wstydu”: Język PiS jest językiem manipulacji

  • Zmarł obrońca żarliwości

    Zmarł obrońca żarliwości

    W niedzielę 21 marca 2021 odszedł Adam Zagajewski.

    Adam Zagajewski w Kulturhuset w Sztokholmie 25 lutego 2014 w związku z wręczeniem nagrody Tucholsky’ego, zdjęcie Frankie Fouganthin (Frankie Fouganthin, CC BY-SA 4.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0, via Wikimedia Commons)

    Adama Zagajewskiego spotkałem osobiście tylko raz — niestety także w okolicznościach śmierci — na pogrzebie Karla Dedeciusa we Frankfurcie 8 marca 2016 r., na którym zmarły wczoraj poeta wygłosił mowę pożegnalną. Potem mignęliśmy sobie jakoś, kiedyś, w ogródku jego inteligenckiej kawiarenki krakowskiej i chyba gdzieś na jakiejś manifestacji ulicznej mignął mi przez chwilę…

    Profesjonalnie mam dwa skojarzenia: manifesty Nowej Fali, której był członkiem, wpłynęły na moje postrzeganie zaangażowania poezji. Poezja musi ocalać. Także przez miłość języka. Przez filologię. Paradoksalnie ta miłość języka była umiłowaniem prawdy.

    Potem po obronie swojego doktoratu na temat kategorii wzniosłości przeczytałem wydaną w 2002 r. „Obronę żarliwości” Zagajewskiego. Nie rozumiałem — już jako doktor nauk humanistycznych — jego rozważań, bo do nich trzeba dorosnąć, trza nam zapragnąć realnych wymiarów „Chleba i wina” z elegii Hölderlina. Dzisiaj nadal pewnie będę medytował nad jego teorią żarliwości-wzniosłości, jako nad tym, co upewnia nas w pozostawaniu „pomiędzy”, w obszarze metaxu, pomiędzy „naszym (jak sądzimy) dobrze znanym, konkretnym, materialnym otoczeniem — a transcendencją, tajemnicą.” (Obrona 15) „Jesteśmy zawsze »pomiędzy» i w pewnym sensie w naszym ciągłym ruchu zawsze zdradzamy drugą stronę.” (15)

    Pod koniec tego tytułowego eseju „Obrona żarliwości” pisze on o Czesławie Miłoszu i jego nadzwyczajnej zdolności i energii poetyckiej, biorących się z „tego, że kondycję metaxu potrafił […] przekształcić w życiodajne pielgrzymowanie, w zajęcie dla pisarza-długodystansowca.” W ostatniej książce, opartej w dużej mierze na swoich tzw. wykładach łódzkich, Olga Tokarczuk rozwija pięknie pisarską teorię „metaxu”. I jest bardzo w tym przekonująca.

    W końcowym eseju tomu „Obrona żarliwości” pt. „Pisać po polsku” Zagajewski odnosi się do tego podstawowego swojego wyboru pozostania na gruncie polskiego języka i polskiej kultury. Wskazuje w nim zarówno doświadczenia pokolenia swoich rodziców — tych, co to przeżywali wojnę i musieli uciekać ze zniszczonych albo utraconych inaczej miast i miasteczek — jak również odnosi się do indywidualnego doświadczenia pisarza, który jest sam… „Świadkiem jego poszukiwań nie są ani urzędy paszportowe. Ani uniwersyteccy specjaliści od gramatyki, tylko słońce i śmierć, dwie potęgi, którym, jak powiedział La Rochefoucauld, nie możemy patrzeć w twarz.” Nie mogę teraz patrzeć na Ciebie Adamie Zagajewski, choć mogę Cię czytać. Jeśli Ty żegnałeś Gigantów języka polskiego, to kim Ty byłeś? Czytałem Cię w dzieciństwie, a raczej wsłuchiwałem się w Twoją dykcję, bo przecież nie chciałeś tworzyć wielkich metafor. Byłeś za prawdą i życiodajnym pielgrzymowaniem… Słońcem i… życiem.

    Pióro Feniksa, mityczny, święty ptak ognisty – symboliczny w mitologii egipskiej i religii chrześcijańskiej (fot. Depositphotos)

    PS. 22 marca 2021 pożegnanie to ukazało się w Gazeta Wyborcza

  • Nowe słowo ‚ekobójstwo’ a polskie prawo i sprawiedliwość

    Nowe słowo ‚ekobójstwo’ a polskie prawo i sprawiedliwość

    Jakoś nie dziwi mnie, że w polskim piekiełku pewne sprawy umykają i przechodzą bez echa, w końcu dzieje się w Polsce dużo spraw lokalnych, ale ważnych ogólnoludzko, bo demokracja i służba zdrowia, bo prawa kobiet i prawa obywateli w ogólności to są sprawy ważne, zarówno lokalnie jak i globalnie. Ale moją uwagę ostatnio zwróciła publikacja europejska pt. List otwarty pt. „Stawcie czoło kryzysowi klimatycznymi” , który już podpisało prawie 130 000 osób, w tym 320 naukowców, w sumie z 50 krajów. List jest firmowany przez młode i bardzo młode (ok. dwudziestoletnie, ale także jeszcze nastolatki) aktywistki klimatyczne, liderki tzw. szkolnego strajku dla klimatu Luisę Neubauer, Gretę Thunberg, Anunę de Wever van der Heyden, oraz Adélaïde Charlier (Belgijki, Niemka i Szwedka).

    Jestem sygnatariuszem tego listu otwartego, zdjęcie można właśnie otagować #facethecimateemergency na stronach listu, tam też można go podpisać. Zdjęcie JP.

    List jest adresowany do światowych przywódców i dotyczy w bardzo istotny sposób języka. Język kształtuje naszą rzeczywistość, bo rzeźbi naszą percepcję, decyduje o tym, co postrzegamy za naturalne, co rzuca nam się w oczy. Język decyduje także o tym, jak się zachowujemy i jak działamy.

    W pierwszym zdaniu tego listu znajdziemy właśnie apel o zmianę języka i percepcji:

    Musisz [musicie] przestać udawać, że możemy rozwiązać kryzys klimatyczny i ekologiczny, nie traktując go jako kryzysu”.

    Najpierw więc trzeba zobaczyć to, do czego język odnosi: kryzys, przesilenie, punkt krytyczny. W drugim akapicie jest postulat podnoszony już od lat 70-tych: „Stań się rzecznikiem uczynienia ekobójstwa zbrodnią międzynarodową przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym (w Hadze, Niderlandy).”

    Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze fot. Hypergio, CC BY-SA 4.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0, via Wikimedia

    Słowo ekobójstwo jest stosunkowo nowym słowem zbudowanym na wzór angielskiego genocide, czyli ludobójstwa (na podst. gr. genos γένος ‚lud, rasa, ludzie’ oraz łac. caedere ‚zabić’). Konwencja o ludobójstwie istnieje od 1948 r. przyjęta przez ONZ. Ludobójstwo jest międzynarodową zbrodnią ściganą przez międzynarodowy Trybunał: ludobójstwo Rosji na Ukrainie (hodomor), ludobójstwo Żydów (Holokaust), czy ludobójstwo Ormian.

    Czy słowo ekobójstwo czeka podobny los do ludobójstwa? Jak można to słowo krótko zdefiniować? „Ekobójstwo to kryminalizowana działalność człowieka, która narusza zasady sprawiedliwości środowiskowej, np. poprzez znaczne niszczenie lub zniszczenie ekosystemów lub szkodzenie zdrowiu i dobrostanowi gatunków naturalnych (w tym ludzi). Ekobójstwo nie zostało jeszcze zaakceptowane przez ONZ jako przestępstwo podlegające karze międzynarodowej. (Podaję za White & Heckenberg. Green Criminology: An Introduction to the Study of Environmental Harm, Routledge, 2014, pp 45-59. zob. Wikipedia)

    Co ciekawe, koncepcja ekobójstwa jako międzynarodowej zbrodni powstała w latach 70-tych XX wieku po użyciu tzw. „czynnika pomarańczowego” przez Stany Zjednoczone podczas wojny w Wietnamie: jego użycie zdewastowało miejscową ludność i przyrodę.

    Helikopter amerykański atakuje wietnamską roślinność tzw. czynnikiem pomarańczowym. Zdjęcie w domenie publicznej: US Army – https://www.vietnam.ttu.edu/virtualarchive/items.php?item=VA042084 Item Number: VA042084

    Jak podaje Miron Kądziela, „obecnie istnieją już przepisy dotyczące ekobójstwa, lecz jedynie na poziomie lokalnym. Przestępstwo to uznaje np. Gruzja, Ukraina, Ekwador, Wietnam czy Rosja. Trwają prace nad uznaniem ekobójstwa także we Francji. […] Idea ekobójstwa rozprzestrzenia się więc po świecie i traktowana jest poważnie przez szereg rządów.

    Profesor z Uniwersytetu w Liverpoolu i autor książki „Ekobójstwo: zabij korporację, zanim ona nas zabije” (Manchester University Press 2020), Richard Whyte mówi: – Naprawdę ważna jest zmiana naszego języka i sposobu, w jaki myślimy o tym, co szkodzi planecie – powinniśmy przeforsować tę zbrodnię ekobójstwa – ale to niczego nie zmieni, chyba że jednocześnie zmienimy model kapitalizmu korporacyjnego.

    okładka książki Davida Whyte’a pt. Ecocide (2020)

    Od wystąpienia papieża Franciszka po liczne apele Grety Thunberg tworzy się dobra atmosfera dla uznania przestępstwa „ekobójstwa” w międzynarodowym prawie karnym, ale czy takie prawo mogłoby kiedykolwiek zadziałać?

    W grudniu 2019 r. Przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze ambasador Vanuatu przy Unii Europejskiej złożył właśnie taką radykalną propozycję: „uczyńcie niszczenie środowiska przestępstwem”. Trzeba go zrozumieć, Vanuatu to małe państwo wyspiarskie na południowym Pacyfiku, państwo poważnie zagrożone podnoszącym się poziomem mórz. Zmiana klimatu to nieuchronny i egzystencjalny kryzys w tym kraju, ale działania, które spowodowały wzrost temperatur, takie jak spalanie paliw kopalnych, prawie w całości miały miejsce gdzie indziej, aby służyć innym narodom.

    Warto zwrócić uwagę, że Gretą Thunberg sygnując omawiany List otwarty do wielkich tego świata kontynuuje tym samym szwedzką kilkudziesięcioletnia tradycję: w 1972 r. na konferencji ONZ w Sztokholmie w sprawie środowiska człowieka, (wtedy powstała Deklaracja Sztokholmska), premier Szwecji Olof Palme w swoim przemówieniu otwierającym konferencję mówił o wojnie w Wietnamie jako ekobójstwie. Jego wystąpienie poparła także Indira Gandhi.

    W Polsce politycy nie rozumieją słowo ludobójstwo, bardzo często go nadużywając, traktując jako metaforę. Tak właśnie traktuję uchwałę polskiego Sejmu z 2009 r. o tzw. rzezi wołyńskiej.

    Czy słowo ‚ekobójstwo’ ma w Polsce lepsze szanse?

    Jak podaje Gazeta Wyborcza dzisiaj (3 lutego 2020): „Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry ogłosiła, że nie poparła przyjętej we wtorek rządowej uchwały o polityce energetycznej do 2040 r. Zakłada ona przyspieszoną eliminację węgla i rozwój OZE oraz energetyki jądrowej.

    Oczywiście, żadna siła opozycyjna jakoś nie odnosi się do tego, a przecież o ekobójstwie nie tylko mówią i piszą młodzi (przyszłość świata i Polski, jak świadczy o tym tzw. Strajk kobiet), ale także „starzy”, tacy jak papież Franciszek. Nowe słowa w Polsce to także katastrofa klimatyczna, coraz częściej używana przez Polaków. Czy ekobójstwo ma szansę zmienić nasz język, naszą percepcję i nasze działanie?

    TORONTO, CANADA – 7 września, 2019: globalny strajk dla klimatu i marsz dla sprawiedliwości klimatycznej (fot. lic. Deposithotos)

    Jednym z haseł, które znalazłem w omawianym liście młodych aktywistek klimatycznych jest „Strzeż i chroń demokrację.” Demokracja to także dbałość o środowisko naturalne, ludzie muszą wziąć te sprawy w swoje ręce. Nadzieja jest w młodych, ale czy polscy politycy nie powinni się od nich czegoś uczyć? Nie powinni się wsłuchiwać w ich głos? To idzie przyszłość, albo jej brak. Osiem gwiazdek na razie dotyczy PiS i akolitów, potem może być także odniesione do innych…

    PS. 4 lutego w trochę innej formie ten wpis ukazał się jako artykuł w Gazecie Wyborczej. [tutaj]

  • Dehumanizujące metafory

    Dehumanizujące metafory

    Płacz (fot. Depositphotos)

    „– Jest to wirus dehumanizacji społeczeństwa, dehumanizacji młodych ludzi i odebrania im wartości. Jedyną naczelną wartością jest pokazanie, że nie ma żadnych zasad i wartości – mówił. Jak stwierdził, „jesteśmy na etapie wirusa LGBT.”

    Klasyczne dehumanizowanie wydumanego „przeciwnika” przez odwrócenie. De-humanizowanie to odczłowieczenie. To „przeciwnik jest dehumanizatorem” a nie my, którzy odmawiamy ludzkości „przeciwnikowi”. PiS osiągnął szczyty braku logiki. I rozumu, i moralności.

    Język jest plastyczny, język wiele znosi, ale tutaj nie powinien rozum pozwolić na taką konstrukcję. Elementarna logika. Metafora „wirus X” może być użyta wobec wszystkiego, zasadniczo metafora choroby jest bardzo przekonująca, bo chorób się ludzie boją. Zwłaszcza przenoszonych drogą płciową. Kiedyś określeniem skrajnej pogardy było słowo „syf”, skrót od syfilis. W kampanii wyborczej PiS w 2015 r. Jarosław Kaczyński straszył chorobami przynoszonymi przez uchodźców.

    Jeśli odnoszę się do ludzi, człowieka, wielu ludzi jak do zwierząt, to językowo dehumanizuję tych ludzi, tego człowieka. Na przykład hitlerowcy mówili i pisali o polskich świniach.

    Anna Szilagyi pisze na stronach poświęconych niebezpiecznej mowie: „Z tego powodu dehumanizujące metafory odegrały kluczową rolę w propagandzie ludobójczych reżimów. Naziści i ich kolaboranci, którzy systematycznie zabijali sześć milionów Żydów podczas Holokaustu, identyfikowali swoje ofiary jako „szczury”, „pasożyty”, „robactwo”, „wszy”, „prątki”, „zarażenie” i „brud”. W Kambodży Pol Pota, gdzie w latach 1975-1979 prawie dwa miliony niewinnych ludzi zostało brutalnie zabitych przez reżim Czerwonych Khmerów, rządowa propaganda przedstawiała ofiary jako „mikroby”, które należy „odrzucić” i „roztrzaskać”. W 1994 r. W Rwandzie w ciągu zaledwie 100 dni ekstremiści etniczni Hutu wymordowali co najmniej 800 000 członków społeczności mniejszościowej Tutsi i członków społeczności Hutu, których widziano, że im współczują. Propaganda Hutu nazywała Tutsi „karaluchami” i „wężami”.” (https://dangerousspeech.org/dangerous-metaphors-how-dehumanizing-rhetoric-works/)

    Metafory dehumanizujące w ustach kuratora oświaty.
    Dehumanizacja to przedstawienie ludzi jako „nie ludzi” albo niebezpieczną „truciznę”

    Dehumanizacyjne metafory prowadzą do odczłowieczonej polityki. I z niej wynikają. Piszą o tym psycholodzy. (zob. https://www.psychologytoday.com/us/blog/words-matter/201807/dehumanizing-metaphors-lead-dehumanizing-policies)

    Przysłowie: „Człowiek człowiekowi wilkiem” jest poniżające dla człowieka, to dehumanizacja.

    Jeśli odnoszę się do ludzi, człowieka, wielu ludzi do mikrobów, to nie tylko dehumanizuję, ale wirus to jest przecież bardzo pierwotna forma życia, to pasożyt bez możliwości życia samodzielnego.

    Szczyt poniżenia i pogardy. Język nienawiści. Kropka.

    Usta kuratora (opiekuna) oświaty, czyli edukacji, oświecenia. Kropka?

    Kurator został odwołany. A co z Jarosławem Kaczyńskim, głównym źródłem tego problemu. A co z TV Trwam, medialnym wzmacniaczem tego procesu? Przyzwyczailiśmy się do „nowej normalności”? Jesteśmy ugotowani?

    PS. Odnotuję dla porządku, że zarówno minister Piontkowski, jak i wojewoda łódzki Bocheński dnia 24 sierpnia 2020 r. zgodzili się z tezami kuratora, twierdząc, że jego wypowiedź nie była przyczyną odwołania go ze stanowiska. Co więcej, wojewoda wskazał nawet, że nie chodzi o ludzi, tylko ideologię. Przypominam tylko, że skrót LGBT jest skrótem oznaczającym ludzi.

  • Trudny język natury

    Trudny język natury

    Trudny język natury vs. język ekonomii. Dziś (5 czerwca 2020) Światowy Dzień Ochrony Środowiska. To okazja, żeby uczyć się języków obcych….

    Kryzys koronawirusowy jest katastrofą. Zgodnie z definicją, którą ostatnio znalazłem przygotowując temat katastrofizmu w XX wieku, katastrofy 1) negatywnie wpływają na życie jednostek i społeczeństw; 2) wykraczają poza osobiste życie indywiduów i życia społecznego; 3) nie zachowują granic (ani oficjalnych ani nieoficjalnych) – potrzebują globalnej perspektywy; 4) są nagłe i niestabilne; 5) występują w dramatycznych kontekstach. (zob. Komenská, Katarína. „Ethics and Disasters in the Work of Albert Schweitzer”. Human Affairs 26, nr 1 (1 styczeń 2016).

    U cytowanego już przeze mnie wielokrotnie Nassima Taleba takie katastrofy są do przewidzenia, to jest klasyczny „czarny łabędź”, trzeba tylko uznać, że natura jest bardziej złożona niż o niej myślimy. Przykłady „czarnych łabędzi” to: zdarzenia poprzedzające I wojnę światową (1914 r.), dojście Hitlera do władzy, upadek bloku sowieckiego, tragedia smoleńska i katastrofa WTC, wynalezienie penicyliny i tranzystora, pojawienie się fundamentalizmu islamskiego, rozwój serwisów społecznościowych, pojawienie się nowych trendów w modzie, nauce, wybuchy epidemii.

    Zatem kryzys koronawirusowy był do przewidzenia, zresztą Taleb w drugim wydaniu swojej książki z 2010 r. pisze o możliwości zaistnienia dziwnego wirusa, który dzięki globalizacji rozprzestrzeni się szybko na całej planecie.

    Ostatnio coraz częściej jednak pojawia się także myśl, że koronawirusowa katastrofa jest związana wielorako z katastrofą klimatyczną.

    Inger Andersen (ur. 1958), od 2019 r. Jest dyrektorką wykonawczą Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska, to duńska ekonomistka i ekolożka.

    Inger Anderson (fot. z publicznego zdjęcia na Twitterze)

    Partha Dasgupta (ur. w 1942) natomiast jest ekonomistą środowiskowym z Cambridge,

    By Niccolò Caranti – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=24654575

    Prowadzi on duże badania nad ekonomią różnorodności biologicznej dla rządu Wielkiej Brytanii (ma zostać opublikowany w II połowie 2020 r.)

    Oboje ostatnio wypowiedzieli się bardzo interesująco o katastrofie COVID-19 używając ciekawych filologicznych metafor.

    Jak pisze The Guardian z 5 czerwca 2020 oboje powiedzieli:
    „Kluczowym problemem jest rozbieżność między sztuczną „gramatyką ekonomiczną ”, która napędza politykę publiczną i prywatną a „składnią natury ”, która określa sposób działania realnego świata”.

    „Język ekonomii nas zawodzi a skutkiem tego jest to, że tęsknimy za znaczeniem”, powiedział prof. Sir Partha Dasgupta i Inger Andersen z ONZ w artykule opublikowanym w ten piątek. „Nasze gospodarki, źródła utrzymania i dobrobyt zależą od natury, od jedzenia, które jemy, po kontrolowanie naszego klimatu, regulowanie chorób i zapewnianie spełnienia duchowego. Bez natury nie byłoby życia.”

    To jest naprawdę głęboka prawda wielokrotnie ją wskazywałem także na zajęciach ze studentami: język logiki nie jest tym samym, co język naturalny, język naturalny jest bogatszy, może czasami mniej precyzyjny w mikroskali, jednak w skali makro — znacznie bardziej precyzyjny. Logicy i filozofowie nie mogą np. wyjaśnić, czym jest czas, Marcel Proust staje się bliższy tej definicji pisząc siedem tomów „W poszukiwaniu straconego czasu”. Gramatyka ekonomiczna jest jak logika formalna, zaś składnia natury jest widoczna w jej codziennej mowie. Składnia natury nie obejmuje wyłącznie pojedynczego, izolowanego sztucznie zdania. Składnia ta sięga stylu. Nassim Taleb pisząc o złożoności ludzkiej historii pisał o tym, że natura jest redundantna, natura nie lubi nadmiernej specjalizacji i że natura ogranicza wielkość. Wobec natury powinniśmy zachowywać pokorę. Tak jak chcąc się nauczyć języka, musimy go się uczyć w istocie całe życie.

    forest trees. nature green wood sunlight backgrounds.

    Dlatego przekonują mnie Ci naukowcy, którzy argumentuję, że „kapitał naturalny” – zasoby naturalne planety, takie jak rośliny, gleby i minerały – powinny być wyceniane obok wartości kapitału produkowanego, takiego jak drogi oraz kapitału ludzkiego, takiego jak umiejętności. Łącznie stanowią one miarę prawdziwego bogactwa kraju.

    Dane z Programu Ochrony Środowiska ONZ pokazują, że globalne zasoby kapitału naturalnego na mieszkańca zmniejszyły się prawie o 40% od wczesnych lat 90. XX wieku, podczas gdy kapitał produkcyjny podwoił się, a kapitał ludzki wzrósł o 13%.

    Na tym tle widać także, iż rośnie w kontekście kryzysu pandemicznego znaczenie nauki. „Znaczenie podejmowania decyzji kierowanych przez naukę stało się tym bardziej widoczne w ostatnich miesiącach” – powiedzieli Dasgupta i Andersen. „Gdy dyskusje na temat ożywienia gospodarczego nabierają tempa, decyzje gospodarcze i finansowe muszą być również kierowane przez naukę. Odtąd ochrona i poprawa stanu naszego środowiska musi być w centrum tego, w jaki sposób osiągamy dobrobyt gospodarczy. ”

    Możemy być inni, musimy się zmienić, nie możemy wracać po tzw, lockdownie (globalnym zamknięciu) w stare koleiny. O tym także pisał w przedostatnim numerze The Economist, który na okładce dał tytuł całego numeru: Złapmy okazję, żeby spłaszczyć klimatyczną krzywą…

    Okładka The Economist z 23 maja 2020 r. Odredakcyjne wstępniaki wprost mówią o związku obu kryzysów pandemii i klimatycznego

    Wybitna przyrodniczka Jane Goodall powiedziała w środę, że pojawienie się Covid-19 było wynikiem nadmiernej eksploatacji świata przyrody. Powiedziała, że ludzkość zostanie „skończona”, jeśli drastycznie nie zmienimy naszych systemów żywnościowych.

    Brytyjska prymatolog, etolog, antropolog i wysłanniczka pokoju ONZ, dr Jane Goodall, wygłasza przemówienie podczas szczytu Roots & Shoots China 2012 w Jane Goodall Institute China w Pekinie, Chiny, 4 listopada 2012 r.

    Covid-19 miał swoją przyczynę według Goodall w nadmiernej eksploatacji świata przyrody, w której wycinano lasy, z której wyginęły gatunki i zniszczono ich naturalne siedliska. Uważa się, że koronawirus przeskoczył ze zwierząt na ludzi pod koniec ubiegłego roku, prawdopodobnie pochodząc z rynku mięsnego w Wuhan w Chinach (z nietoperzy poprzez może łuskowce).

    Zatem trzeba wedle prymatolożki i aktywistki wsłuchać się w naturę, podchodzić do niej z szacunkiem, zmienić także w skali globalnej nasze zwyczaje żywieniowe, bo produkcja przemysłowa zwierząt nie daje się pogodzić z bezpieczeństwem zdrowotnym ludzkości. Potrzeba nam języka empatii. Potrzeba humanistyki.

    Szympans (Pan troglodytes)

    Język ekonomii w konsekwencji prowadzi symbolicznie do polowania na słonie, żeby sprzedać z zyskiem kość słoniową. Ostatnio niezwykłe wrażenie na mnie zrobił film z 2019 „Królowa słoni”, nominowany przez Critics’ Choice Documentary – za Najlepszą narrację w filmie dokumentalnym oraz Critics’ Choice Documentary – za Najlepszy naukowo-przyrodniczy film dokumentalny. Film został wyreżyserowany przez Marka Deeble’a i Victorię Stone. Polecam całość historii o Athenie, ponad dziewiędziesięcioletniej słonicy, przywódczyni stada, która ma niezwykły dar, dzięki swojemu wiekowi, wyczuwania katastrof pogodowych. Jest tam także przejmująca scena kontaktu duchowego — nie waham się tutaj użyć tego słowa — słoni z ich przodkami. Tak słonie mają swoją religię… swoją duchowość… Albert Schweitzer ukuł hasło „czci dla życia”, kiedy płynął rzeką w Gabonie i zobaczył stado hipopotamów. To był gigant duchowości.

    Hipopotam w rzece z hasłem Alberta Schweitzera (autor Jarosław Płuciennik na podstawie licencji Depositphotos)

    Nauczmy się pokory względem eko-logii, czyli języka naszego domu, wsłuchujmy się z empatią w to, co szepcze natura, nauczmy się języka, który wymaga cierpliwości, zbiorowego wysiłku, czasu. Potrzeba nam „czułego narratora” naszej Olgi Tokarczuk (pisałem o tym tutaj). Tenże czuły narrator jest w stanie zatrzymać świat biegunów, ten zabiegany, rozlatany świat i to zatrzymać niekoniecznie tylko przez powrót do zamkniętych granic. Dlatego Uniwersytet potrzebuje humanistyki i nauki języka natury, bardzo trudnego języka.

    oficjalny plakat filmu Królowa słoni (2019)

    PS. Prof. Monika Marcinkowska zwróciła mi uwagę na kilka źródeł ekonomicznych, które są niezwykle interesujące. Banki wydają się dostrzegać powiązanie katastrofy klimatycznej z fenomenem „czarnego łabędzia”, istnieje nawet publikacja nawiązująca do problemu z nawiązaniem do „czarnego łabędzia” pt. „Zielony łabędź”: https://www.bis.org/publ/othp31.pdf

  • Jaskinia filozofów w chmurze (czy w chmurach)?

    O kilku metaforach „ekonomii danych”

    Ostatnie The Economist z 22.02.2020 publikuje specjalny raport na temat „Zalewu danych, który powoduje powstanie nowej gospodarki”, gospodarki danych. Już nie znajdujemy się, jak głosiło słynne wyrażenie, w „społeczeństwie opartym na wiedzy”, nie ma już GOW, czyli gospodarki opartej na wiedzy. Według języka OECD, w takim starym paradygmacie myślenia, wiedza jest objęta ofertą (niezależnym bytem), który napędza rozwój. Powstają także rachunki kompetencji konkurencyjnych i finansowych kapitału intelektualnego. Redaktor amerykański do spraw techniki w The Economist, Ludwig Siegele, we wstępniaku „Lustrzane światy” pisze niezwykle interesująca analizę. A zaczyna tak:

    „Armia sobowtórów atakuje świat. Najpierw pojawiły się cyfrowe kopie silników lotniczych, turbin wiatrowych i innego ciężkiego sprzętu. Następnie elektroniczne duchy mniejszych i większych rzeczy dołączają do nich w wirtualnym królestwie, od szczoteczek do zębów i sygnalizacji świetlnej po całe sklepy i fabryki. Nawet ludzie zaczęli rozwijać te alter ego. W Ameryce National Football League planuje zaprojektować elektronicznego awatara dla każdego gracza.

    Ci „bliźniacy cyfrowi”, jak je nazywają geekowie, to znacznie więcej niż repliki oryginału. Pomyśl o nich bardziej jak o cieniach, które dzięki licznym czujnikom i łączności bezprzewodowej są ściśle powiązane z ich fizyczną jaźnią i wytwarzają oceany danych. Jeśli coś dzieje się w prawdziwym świecie, jest to szybko odzwierciedlane w tej sferze cienia. Niektóre cyfrowe bliźnięta już mają zaprogramowane prawa natury. Podwojone jako baza danych wszystkiego, co kiedykolwiek wydarzyło się w oryginale. To pozwala spojrzeć w ich przyszłość. Na przykład trenerzy sportowi będą mogli przeprowadzać symulacje, przewidywać, kiedy sportowiec dozna kontuzji i dostosowywać procedury treningowe, aby uniknąć problemów.”

    Język autora analizy jest niezwykle sugestywny i czyta się to jak początek fascynującej powieści science-fiction.

    Gospodarka danych to jest spełnienie przepowiedni ekscentrycznego informatyka Davida Gelerntera z Yale University, który już dawno przewidywał World Wide Web jako „lustrzane światy”, jako nowy wymiar życia ludzkiego opartego na danych i napędzany przez nie. Krok po kroku, coraz więcej części świata fizycznego ma być reprezentowanych i symulowanych w świecie wirtualnym.

    Sun light in a cave Khaoluang attractions. Phetchaburi Thailand (Depositphotos)

    Tutaj pojawia się metafora platońskiej jaskini, a właściwie jej odwrócenie, bo Platon twierdził, że rzeczywiste obiekty są niedoskonałymi kopiami ich prawdziwej istoty, którą człowiek może kontemplować jedynie w świecie idealnym. Natomiast teraz powstaje lustrzane odbicie tej niedoskonałe kopii platońskiej idei, odbicie, które może wytworzyć i napędzać całkiem realny świat ekonomii i twardego pieniądza. A jednocześnie to odbicie staje się jakby światem idealnym, sterylnym, czysto cyfrowym, niewidzialnym. Mimo że The Economist zajmuje się tym problemem ze względu na realną gospodarkę, to z punktu widzenia kulturoznawczego i filozoficznego proces ten jest także niezwykle ciekawy. Odbity świat jest odbity nie tylko tak jak ten platoński niedoskonale, ale także nierówno.

    Pamiętam, kiedy w pierwszej dekadzie XXI wieku podczas nieoficjalnego spotkania Marka Turnera, kognitywisty z Kalifornii, słuchałem jego opowieści o tym, jak to jego Uniwersytet rekrutuje w Second Life, czyli darmowym, wirtualnym świecie gry, udostępnionym publicznie w 2003 roku przez firmę Linden Research, Inc., z San Francisco. W szczycie popularności gra ta miała zarejestrowanych ponad 9 mln graczy. Second Life ma nawet swoją wirtualną walutę. Wiele firm i uniwersytetów nie tylko rekrutuje, ale także np. posiada wirtualne sale wykładowe, czy laboratoria do nauki języków obcych.

    Na marginesie zostawiam także problem rekrutacji do armii amerykańskiej poprzez gry walki (np. America’s Army).

    Jednak ten świat, o którym pisze The Economist, w którym dołączają się także dane przesyłane przez Internet Rzeczy (Internet of Things IOT) jest coraz większy i można powiedzieć, że na naszych oczach powstaje nowy byt.

    Jak zauważają autorzy The Economist, dane mają po angielsku jedynie formę liczby mnogiej. Istotnym pytaniem jest dlaczego? Jaka metaforyzacja leży u źródeł takiego faktu lingwistycznego?
    Mówimy na przykład: „przepływ danych”, co sugeruje, że dane to jakaś płynna substancja. Na pewno jest to substancja niepoliczalna, jak woda czy piasek w języku angielskim. O tym metaforach w języku pisałem w swoim czasie z Kennethem Holmqvistem w „Infinity in Language”.

    Dane to może być „paliwo przyszłości” (czyli benzyna czy olej napędowy), jednak dane mogą być wszędzie, jak „światło słoneczne”, mogą tworzyć „cyfrową infrastrukturę”. Co więcej, z jednej strony są one nierywalizujące, (dane mogą być używane przez wielość użytkowników), z drugiej zaś strony, mamy też nierówny do nich dostęp.

    „W zależności od tego, gdzie ustawiono suwak kryptograficzny, dane mogą rzeczywiście być dobrami prywatnymi, takimi jak ropa naftowa lub dobrami publicznymi, takimi jak światło słoneczne, lub czymś pośrednim, znanym jako „dobro klubowe”.”

    Kliki są kupowalne i kupowane, dlatego metafora paliwa przyszłości jest najbardziej istotna dla ekonomii. Szkopuł w tym, że nie ma jednej prawdziwej wartości danych.

    Światła słonecznego się nie opadatkowuje, światłem się nie handluje i podobnie powinno być z danymi, powinny być otwarte. A nie są. Niektórzy postulują wymianę danych na zasadzie „fair play”. Handel i ekonomia na zasadach fair play powinien mieć miejsce w przypadku danych także.

    A tymczasem nierówności rosną wraz z ilością użytkowników. Jak można przeczytać w numerze The Economist, w ciągu ostatniej dekady liczba osób korzystających z Internetu wzrosła z 1,8 miliarda, czyli jednej czwartej świata, do 4,1 miliarda, czyli o ponad połowę. Coraz więcej nas chodzących w chmurach. I coraz więcej ludzi bezwolnych, rządzonych algorytmami.

    Gdzie się podziała idea pierwszych pionierów rewolucji cyfrowej o powstaniu olbrzymiej biblioteki cyfrowej, w której wszystko będzie za darmo dla wszystkich?

    Dane i informacja to nie jest wiedza. Wiedza musi mieć ludzi z opowieściami. Dlatego zakończę opowieścią z życia. Podczas ostatniego egzaminu z kulturowej historii nowoczesności na kulturoznawstwie Uniwersytetu Łódzkiego na pytanie, które treści wykładu najbardziej zmieniły twój sposób myślenia, najczęściej padały dwie odpowiedzi: Foucoultowska analiza panoptikonu, oraz Baumanowska analiza Zagłady.

    Dlatego warto wspomnieć, że to właśnie Michel Foucault przypominał, że wiedza to władza. Dziennikarstwo jeszcze Carlyle uznawał za bohatera swoich czasów i często nazywane one było czwartą władzą. Czasami świat akademicki także nazywany jest czwartą władzą. Czy na naszych oczach rośnie jaskinia filozofów w chmurach, nowa piąta władza?

    I jeśli Hannah Arendt w kontekście Zagłady mówi i pisze o banalności zła administratorów Holocaustu wykonujących bezwolnie rozkazy, to czy dziś mamy do czynienie ze spotęgowaniem zła niewyobrażalnych rozmiarów, kiedy rozproszeni przez świat cyfrowy ludzie wykonują rozkazy algorytmów „jaskini filozofów w chmurach”? Matrix.

    silhouette businessman who is appeared through the matrix background