Tag: postkolonializm

  • Obcy w czerni i bieli. O „Obcym” François Ozona

    Obcy w czerni i bieli. O „Obcym” François Ozona

    Literatura i kultura

    Jarosław Płuciennik

    Ozon zrobił Obcego czarno-białego i jest to decyzja, o której cała reszta jest przypisem. Powieść Camusa jest kolorowa: czerwone geranium na grobach, ziemia koloru krwi na trumnie, sukienka Marii w czerwono-białe pasy, słońce jak pożar i „płomienny miecz” tryskający z noża. Z tego wszystkiego na ekranie zostaje szarość — i w tej decyzji można dostrzec właściwą adaptację, bo Ozon nie próbuje przedstawiać słońca bez koloru. On wymienia żywioł. Zamiast żaru rządzą w tym filmie wiatr, morze, roślinność i krzyki mew. Ludzie się co prawda pocą z gorąca, ale pot nie zalewa im twarzy i oczu; upał jakiś jest, ale nie oblepia. Gramatyka Camusa zostaje — świat działa, a człowiek jest tym, przez co świat przechodzi — zmienia się jednak sens tego wszystkiego. Żar zamykał i oślepiał, był absurdalny; wiatr i morze otwierają. Jest w tym filmie wolność, której nie ma ani w powieści, ani u Viscontiego, i jest to wolność bez koloru.

    Nazwałbym to poetyką apofatyczną, tak jak teologowie nazywają mowę o Bogu przez zaprzeczenia. Czerń i biel mówią przez to, czego nie pokazują; wiatr mówi przez brak żaru; a islam, którego u Camusa nie ma wcale, jest u Ozona wszędzie i nigdzie — kilkakrotnie z offu odzywa się muezzin, w autobusie i na ulicach są Arabowie, w kinie wisi tabliczka „tubylcom wstęp wzbroniony”. Nikt tego nie komentuje. Świat, który w powieści był pejzażem, staje się tłem dźwiękowym i wizualnym, a więc obecnością, nie tematem. To jest dokładnie ten rodzaj gestu, którego proza nie mogłaby wykonać bez nadania imienia, i Ozon go wykonuje, imienia — prawie — nie nadając.

    Prawie, bo imię zabitego pada w tym filmie tylko raz, i nie pada, lecz jest napisane. Nie zdradzę, gdzie. Powiem tylko, że film zaczyna się kroniką filmową — Algieria i Algier lat czterdziestych, historia, w której Camus nie chciał osadzić Meursaulta — a kończy nie Meursaultem. Między kroniką a końcem jesteśmy w więzieniu od pierwszej sceny; cała historia jest nam prezentowana jako retrospekcja skazanego. Zgodnie zresztą z duchem mikropowieści Camusa. Stąd pierwsze zdanie filmu nie brzmi tak, jak w powieści „Dziś umarła mama”, lecz „Zabiłem Araba”. Opowiada ktoś, kto zna już wyrok, i ma to konsekwencje dla najsłynniejszej sceny książki. U Camusa Meursault nie naciska spustu — „spust ustąpił”, a po pierwszym strzale przychodzą cztery następne bez przyczyny, „wtedy”, nie „więc” (w nowym przekładzie Marka Bieńczyka słychać ten wybór wyraźnie). U Ozona zabicie jest pokazane, ale spust i owo zdanie idą z offu, głosem więźnia, i brzmią raczej jak „więc”: retrospekcja skazanego ma z natury składnię przyczynową. Na twarzy aktora Benjamina Voisina w chwili zbrodni nie ma nienawiści ani strachu — jest dezorientacja, zagubienie po oślepieniu. I jest twarz zabitego: wielkie zbliżenie, dokładne przeciwieństwo „cieni na twarzy”, którymi Camus zbywa anonimowego Araba z nożem. Visconti był tu bliższy literze powieści. Ozon jest bliższy jej upośrednieniu przez Kamela Daouda, który w Sprawie Meursaulta oddał głos bratu zabitego — pokazuje, że to jest opowiedziane, i pokazuje, kto został z opowieści wyjęty.

    Plakat filmu 'Obcy' w reżyserii François Ozona, przedstawiający mężczyznę w białej koszuli na plaży z morzem w tle.

    Gra Voisina jest największym zyskiem tego filmu. Młody, obojętny, z twarzą, na której niemal nic się nie maluje — młody gniewny, tylko że gniewny przez obojętność. Mastroianni u Viscontiego był ekspresyjny, dojrzały, amant; wszystko, co Meursault myśli, było widać w całym ciele Mastroianniego, i dlatego tamten film przegrał z powieścią, bo niby był – jak to się kiedyś określało – wierny, ale gwiazdorska obsada zdradzała zbyt wiele z gwiazdora. Ozon wiedział, co robi: w wywiadzie dla „Wyborczej” mówi, że kazał Voisinowi czytać Bressona i grać „modelem”, bez intencji gry. Obojętności Meursaulta nie odnajdziemy tu w słowach, tkwi ona w nieprzeniknionej twarzy. I w tym sensie — paradoksalnie — Ozon jest bliższy duchowi egzystencjalizmu niż „wierny” Visconti: bohaterowie w czerni i bieli, jak paryscy egzystencjaliści, którzy nosili się na czarno, i bohater, który nie tłumaczy się z siebie ani jednym grymasem.

    Najinteligentniejsza scena filmu jest zarazem najkrótsza. W powieści Meursault i Maria idą na film z Fernandelem — tyle. Ozon wybrał konkretny: Le Schpountz Pagnola z 1938 roku, a z niego scenę, w której Fernandel wypróbowuje na twarzy wszystkie możliwe reakcje skazańca na śmierć. Aktor-model, któremu nie wolno nic wyrazić, siedzi na sali i ogląda aktora, który wyraża wszystko komediowo i absurdalnie — i ogląda własny wyrok. Nie ma tego ani u Camusa, ani u Viscontiego. Olbrzymia twarz Fernandela wraca potem jeszcze kilka razy jako tło dla bawiących się bohaterów. I to jest klucz do całego filmu: Ozon jest reżyserem pojedynczej twarzy. Podczas czuwania przy trumnie matki bohatera, nad ranem, gdy wszyscy śpią, jedna twarz wpatruje się w Meursaulta uporczywie, długo, aż zaczyna kaszleć — u Viscontiego ta scena mija w sekundę, bez akcentu na kimkolwiek. Podczas rozprawy przysięgli nie są rzędem, lecz najazdem na pojedyncze twarze. Siostra zabitego w sądzie — zbliżenie. Visconti filmował tłum: jego Obcy jest cięższy, bardziej absurdalny i, powiedziałbym, bardziej wspólnotowy, wspólnota oblewa potem bohatera; Camusowski tramwaj, w którym anonimowi pasażerowie tropią „śmiesznostki” wsiadającego, był u niego dosłownie tłumem, „motłochem” wymierzającym sprawiedliwość. U Ozona tramwaj to jedna twarz. Czerń i biel temu sprzyja: bez koloru twarz jest tym, co zostaje.

    Nie wszystko się broni. Ozon wyciął scenę u sędziego śledczego — bardzo dramatyczną u Camusa i Viscontiego, z krucyfiksem i nazwą rzuconą niby żartem „Antychryst” — a wraz z nią jedyne miejsce, w którym powieść pokazuje, że Meursault zna reguły i tylko ich nie czuje („chciałem mu nawet podać rękę, lecz w porę przypomniałem sobie, że zabiłem człowieka”). Bez tej sceny obcość Meursaulta jest brakiem, a nie opóźnieniem, i to nie wina aktora, lecz scenariusza. Wyciął też Ozon coś, czego powieść programowo nie miała — przyczynę — i dopisał ją: Maria mówi Meursaultowi, że wyobrażanie sobie zła potrafi je przywołać, i tak motywuje powrót bohatera na plażę. To hipotaksa wpuszczona tylnymi drzwiami, przez postać kobiecą, i jedyny moment, w którym film tłumaczy to, czego Camus tłumaczyć nie chciał. Za to scena z matką pod gilotyną — Meursault śni, że dwaj żandarmi prowadzą go na wzgórze, a matka opowiada mu, jak ojciec poszedł oglądać egzekucję i potem cały dzień chorował — jest przeniesieniem wspomnienia z powieści w wizję i broni się całkowicie; to tam, nie w finale, pada życzenie, żeby na egzekucję przyszło wielu widzów. W sądzie natomiast pada wprost „to przez słońce” i brzmi zupełnie naturalnie — choć słońca w tym filmie właściwie nie ma. Może dlatego brzmi naturalnie: wyjaśnienie bez pokrycia w obrazie może być tym, czym było w powieści. Scena z kapelanem została — i to ona jest właściwym testem tej poetyki zaprzeczenia. Meursault odmawia nie Boga, lecz zakłamania: nie chce pocieszenia, w które nie wierzy, i w tej odmowie staje w prawdzie. Thomas Merton, trapista, w siedmiu esejach o Camusie pytał właśnie o to — co ktoś taki ma do powiedzenia Kościołowi — i czytał tę uczciwość jako wyzwanie dla chrześcijan, nie jako zagrożenie. U Ozona kapelan jest jednak delikatniejszy niż w powieści, bliższy, prawie czuły, a w tej bliskości pobrzmiewa napięcie homoerotyczne, którego u Camusa nie ma. Odmowa przez to nie słabnie — zyskuje adresata: łatwiej powiedzieć „nie” urzędnikowi wiary niż komuś, kto naprawdę chce dobra.

    Dla kogo jest ten film? Młodszy aktor, czerń, indywidualizm zamiast tłumu, rodzaj nowofalowego zimna — a na napisach końcowych Killing an Arab zespołu The Cure, piosenka, która przez czterdzieści lat musiała się tłumaczyć ze swojego tytułu i którą Ozon oddaje książce. Wygląda to na film adresowany do młodych, i pewnie nim jest. Ale to jest zarazem film, który daje tym więcej, im więcej się przeczytało i obejrzało: Camusa, Daouda, Viscontiego, Pagnola, The Cure. Ozon adaptuje nie powieść, lecz wszystko, co między 1942 a 2025 rokiem zdążyło do niej przyrosnąć — i robi to przez zaprzeczenia, kolorem, którego nie ma, słońcem, którego nie ma, imieniem, które nie pada. Obcy nie jest w tym filmie postacią. Jest miejscem, w którym ktoś stoi, i Ozon przez dwie godziny przestawia w nim ludzi: Meursaulta, zabitego, jego siostrę, nas. Kto tam stoi na końcu — proszę zostać do końca napisów.

  • Renifery, metale ziem rzadkich i nieprzepracowane dziedzictwo. Notatka z Kiruny

    Renifery, metale ziem rzadkich i nieprzepracowane dziedzictwo. Notatka z Kiruny

    Obserwatorium Nordyckie 07.09.2026

    Jarosław Płuciennik

    Część ekspozycji Eanangiella – Głos ziemi” w Oulun taidemuseo (styczeń–maj 2026, w programie Europejskiej Stolicy Kultury). Zdjęcie własne autora JP)

    Wczoraj wieczorem w Rapport w SVT (19:30), dziś rano reportaż Mirandy Bryant z Kiruny w „Guardianie” – ten sam temat, sześć dni przed szwedzkimi wyborami. Państwowy koncern LKAB chce rozszerzyć największą podziemną kopalnię rudy żelaza na świecie o złoże Per Geijer, czyli największe znane w Europie złoże metali ziem rzadkich. Po drugiej stronie tej kopalni stoi Gabna sameby – wioska Samów – wspólnota hodowców reniferów, której szlaki wędrówek kopalnia już pocięła, a nowy plan odciąłby pastwiska (cielących się reniferów) od gór i lasu. Lars-Marcus Kuhmunen, przewodniczący Gabna, mówi Guardianowi, że byłby to dla Samów koniec wszystkiego – i zarazem początek procesu industrializacji całej ziemi Samów Sápmi.

    Nowością w Szwecji nie jest sam konflikt (można wymienić Gállok, Rönnbäcken, norweski Fosen – lista jest długa), lecz język. Wicepremierka Ebba Busch (partia KD, czyli Chrześcijańscy Demokraci) wiosną seryjnie atakowała hodowlę reniferów jako branżę zajmującą ogromne obszary przy znikomym znaczeniu gospodarczym; jej partia chce ciąć pogłowie, odebrać hodowli status „żywotnego interesu narodowego” i „odzyskać” dla państwa ziemię, z której korzystają hodowcy. W programie wyborczym KD obiecuje też bronić prawa wszystkich do polowań na ziemi państwowej – to jawna odpowiedź na wyrok Sądu Najwyższego w sprawie Girjas (2020), który przyznał wspólnocie samskiej wyłączne prawo do gospodarowania łowiectwem i rybołówstwem na jej terenie. Szwedzcy Demokraci, którzy po wyborach – teoretycznie – mogą po raz pierwszy wejść do rządu, ustawiają w swoim programie hodowców przeciw przemysłowi, turystyce i „zwykłym Szwedom”. Åsa Larsson Blind z Parlamentu Samów (Sametinget) ujmuje to sucho: wicepremier wskazuje jedną grupę ludzi jako wroga rozwoju i wyraźnie nie czuje potrzeby, by mieć poparcie Samów.

    Jak to ująć? Moje nasuwające się wyjaśnienia to dwa hasła: kłopoty post-nowoczesnej industrializacji i post-nowoczesnego dziedzictwa postkolonialnego. Rozwińmy oba człony.

    Industrializacja jest post-nowoczesna nie dlatego, że jest mniej brutalna, lecz dlatego, że inaczej się legitymizuje. Nowoczesna kopalnia w Kirunie (LKAB, rok 1890) mówiła o postępie, stali i szwedzkim „domu ludu” (folkhemmet). Ta dzisiejsza mówi o klimacie, o uniezależnieniu Europy od Chin, o unijnym akcie o surowcach krytycznych, o rozbudowie energetyki jądrowej. Renifer przegrywa już nie z fabryką, lecz z turbiną wiatrową i baterią. Samowie mają na to od lat własny termin: „grön kolonialism”, zielony kolonializm – i rozumiem, dlaczego go używają, bo nazywa paradoks wprost: transformacja, która ma ratować planetę, wymaga tych samych ziem i tej samej asymetrii władzy, co stare wydobywanie z ziemi. Sam jednak wolę go nie przejmować, a powód jest polski. U nas „zielony kolonializm” to już gotowy slogan drugiej strony: tak nazywa się krytykę koni na drodze do Morskiego Oka, spory o Tatrzański Park Narodowy, każdy konflikt, w którym „Warszawa” mówi lokalnym, jak mają żyć. W tej retoryce skolonizowanym jest ten, komu ekologia przeszkadza, a kolonizatorem – biolog. Podhale nie jest Sápmi: górale nie są ludem rdzennym w sensie prawa międzynarodowego, nikt nie mierzył im czaszek w państwowym instytucie i nikt nie odbierał im ziemi w imię cywilizacji. Słowo, które w Kirunie opisuje realną historię, w Zakopanem służy do jej udawania. Dlatego zostaję przy własnej, mniej chwytliwej ramie: nie „zieloność” jest tu problemem, lecz to, kto decyduje i o czyjej ziemi – a to jest pytanie o dziedzictwo, nie o klimat. Paradoks drugi: Kiruna przenosi się w całości, bo zapada się nad kopalnią; symbolem przeprowadzki był latem 2025 czerwony drewniany kościół, zaprojektowany na wzór samskiego lávvu. Pisałem o tym rok temu w notatce „Kiruna – miasto, które przenosi swoją duszę dla biznesu”: król, slow TV, dziesięć tysięcy ludzi wzdłuż trasy, starsza pani mówiąca do „Dagens Nyheter”, że może teraz stanie się religijna – i moja teza, że za troską o dziedzictwo kryje się bolesne uznanie prymatu biznesu. Podtrzymuję ją, ale dziś widzę, czego w tamtej notatce nie było: ani słowa o Samach. Kościół Wickmana nazywano niegdyś świątynią ludu koczowniczego, a cała uroczystość – wraz z moim tekstem – odbyła się tak, jakby ta ziemia nie miała innych gospodarzy niż górnicy i parafianie. Szwecja wiozła na lawecie przez miasto samską formę, a rok później spiera się o samską ziemię; ja opisałem lawetę i przeoczyłem ziemię. To nie jest mój wypowiadany na głos wyrzut sumienia, lecz obserwacja metodologiczna: nieobecność Samów w relacji o przeprowadzce była tym, co Busch wiosną wypowiedziała na głos. (Samska ziemia ma zresztą własny język na tę sprawę – pisałem jesienią ubiegłego roku o operze „Jordens hjärta” i micie żyjącej ziemi; wobec „ograniczonego znaczenia gospodarczego” jest to argument z innego porządku.) Nils-Johan Labba, rzemieślnik i poseł do Sametinget, mówi, że miasto się wykrwawia – transport, szkoły, wszystko – a rząd zamiast leczyć jego rany zajął się dokuczaniem mniejszości.

    Dziedzictwo postkolonialne jest z kolei post-nowoczesne w tym sensie, że nigdy nie zostało przepracowane. Szwecja długo żyła w przekonaniu, że kolonializm to problem Anglików i Francuzów – to ów nordycki wyjątek, „doktryna wyjątkowości”, o którym piszą Kristín Loftsdóttir i Lars Jensen. Tymczasem Sápmi to podręcznikowy przypadek kolonializmu wewnętrznego: przymusowa chrystianizacja, lappskatteland, szkoły nomadów, uppsalski Państwowy Instytut Biologii Rasowej (1922) mierzący samskie czaszki, dwudziestowieczne wywłaszczenia pod hydroelektrownie. Komisję prawdy w sprawie Samów Szwecja powołała dopiero w 2021 roku. Norwegia ma za sobą wyrok w sprawie Fosen (2021), uznający wiatraki na pastwiskach za naruszenie praw człowieka – i trzy lata rządowego ociągania się z jego wykonaniem. Finlandia ma swoją wersję tego samego sporu – wiatraki na samskich pastwiskach – i, co znamienne, mówią o niej dziś przede wszystkim muzea. Rok temu w helsińskim HAM widziałem instalację o farmach wiatrowych na ziemiach samskich w fińskiej Laponii i o tym, co robią z wypasem, migracjami i krajobrazem; podczas tegorocznego pobytu w Oulu – wielką wystawę „Eanangiella – Głos ziemi” w Oulun taidemuseo (styczeń–maj 2026, w programie Europejskiej Stolicy Kultury), kuratorowaną przez Ingę-Wiktorię Påve, Fredrika Prosta i Áilu Valle: około siedemdziesięciu artystów i duojárów (rzemieślników ludowych) z całej Sápmi, sztuka współczesna obok duodji, rzemiosła kilku pokoleń. Jednym z nazwanych wprost działów wystawy był „zielony kolonializm” – w samskich ustach, jak pisałem wyżej, termin na swoim miejscu – a w tekście kuratorskim stało czarno na białym, że kultura, języki i duchowość Samów żyją po czterystu latach kolonializmu. Zapamiętałem z niej pracę, która streszcza rzecz lepiej niż niejeden manifest: kwadrat z łat reniferowej skóry, na nim koncentryczne kręgi czerwonego i niebieskiego sukna i futra, a na kręgach dwie samskie czapki z gákti – kobieca z długimi wstążkami i druga, z czerwonym pomponem. Ziemia, krąg, ludzie. Dodam, że część tej ekspozycji, objazdowe Sápmi Triennale, latem tego roku pojechało dalej – do Kiruny, do Konstmuseet i Norr. Sztuka więc dotarła do miasta kopalni w tym samym sezonie, w którym wicepremier tłumaczyła, że hodowla reniferów ma znikome znaczenie gospodarcze. Obie ekspozycje mówiły to samo, co Gabna, tylko bez wyborczej wrzawy: transformacja energetyczna jest dla Sápmi kolejną falą wydobycia, a jej beneficjent i jej „koszty” zamieszkują jakby inne miejsca. Muzea wiedzą to wcześniej niż ministerstwa. Anna-Karin Niia z Gabna nazywa Samów „konstytucyjnymi strażnikami” tej ziemi (Samowie jako pralud – urfolk mają w Szwecji status konstytucyjny od 2011 roku) – i to jest właśnie język, którego prawica nie chce słyszeć, bo zmienia hodowcę-petenta w podmiot prawa.

    Co więc jest post-nowoczesne w tej sprawie? To, że pękają dwie rzeczy naraz. Wyczerpuje się liberalna poprawność, która – jak mówi Larsson Blind – dotąd nie pozwalała mówić takich rzeczy głośno; i wyczerpuje się nowoczesny mit, że kopalnia to postęp, a nie czyjaś ziemia. Zostaje czysta polityka: sześć dni do wyborów, jedna grupa wskazana palcem. Guardian pisze o retoryce skrajnej prawicy, ale przecież wskazuje partię chadecką, koalicjanta w obecnym rządzie, nie skrajnie nacjonalistyczną SD. Warto o tym pamiętać..

  • Grenlandia między współczuciem a Realpolitik. Björk, Dania i kruszejący porządek świata

    Grenlandia między współczuciem a Realpolitik. Björk, Dania i kruszejący porządek świata

    Björk (lic. Depositphotos)

    Opublikowany niedawno post Björk, zilustrowany mapą Grenlandii nałożoną na czerwono-białą flagę, jest jednym z najmocniejszych głosów artystycznych w nordyckiej sferze publicznej ostatnich miesięcy.

    Islandzka artystka nie poprzestaje na symbolicznym geście poparcia dla idei niepodległości, ale bardzo precyzyjnie wpisuje swój apel w historię kolonialnej przemocy: od utraty języka i kulturowej autonomii po dramatyczne przykłady biopolitycznej kontroli, takie jak przymusowe zakładanie wkładek wewnątrzmacicznych grenlandzkim dziewczętom w latach 60. XX wieku. To nie jest głos „egzotycznej” artystki, lecz wypowiedź sąsiadki — Islandki, której własne społeczeństwo pamięta, czym było zerwanie z duńską dominacją w 1944 roku.

    Uderzające w tym poście jest połączenie empatii i gniewu moralnego z bardzo wyraźnym ostrzeżeniem geopolitycznym. Björk nie tylko mówi o historycznych krzywdach, ale też o strachu przed przyszłością: przed sytuacją, w której Grenlandczycy mogliby „przejść od jednego okrutnego kolonizatora do drugiego”. To zdanie — być może najmocniejsze w całym wpisie — wykracza poza relacje Kopenhaga–Nuuk i dotyka obecnej globalnej niestabilności, w której Arktyka przestaje być peryferium, a staje się strategicznym centrum.

    Na tym tle szczególnie interesująco wypada zestawienie tej emocjonalnej, jawnie normatywnej wypowiedzi z tonem, jaki prezentuje duński rząd. Premierka Danii konsekwentnie podkreśla znaczenie jedności Królestwa, odpowiedzialności instytucjonalnej i „wspólnego bezpieczeństwa” w regionie arktycznym. W jej narracji Grenlandia jest partnerem, nie kolonią — podmiotem autonomicznym, lecz osadzonym w ramach państwa, które gwarantuje stabilność prawną, gospodarczą i militarną. Jest to język Realpolitik: chłodny, technokratyczny, oparty na ciągłości instytucji i międzynarodowych zobowiązaniach.

    Problem polega na tym, że te dwa języki — język empatii i pamięci historycznej oraz język bezpieczeństwa i geostrategii — coraz trudniej ze sobą pogodzić. Gdy Björk pisze o „dreszczach grozy”, jakie wywołuje w niej kolonializm, dotyka ona tego, co w oficjalnym dyskursie państwowym bywa spychane na margines: doświadczenia afektywnego, traumy międzypokoleniowej i poczucia bycia obywatelami drugiej kategorii. Z perspektywy Nuuk to właśnie te elementy, a nie mapy bezpieczeństwa, mogą decydować o przyszłych wyborach politycznych.

    Całość komplikuje się jeszcze bardziej, gdy spojrzymy na sytuację przez pryzmat NATO i erozji powojennego ładu międzynarodowego. Arktyka, Grenlandia i północny Atlantyk są kluczowe dla systemu bezpieczeństwa Zachodu, ale ten system opiera się na założeniu przewidywalności sojuszników. Polityka Donalda Trumpa — kwestionowanie sensu sojuszy, instrumentalne traktowanie zobowiązań, logika transakcyjna zamiast normatywnej — już raz poważnie nadwyrężyła zaufanie do Stanów Zjednoczonych jako gwaranta stabilności. W tej perspektywie obawy Björk przestają być jedynie emocjonalnym gestem artystki, a zaczynają brzmieć jak intuicyjna diagnoza: co stanie się z małymi wspólnotami, gdy wielkie struktury bezpieczeństwa zaczną się chwiać?

    Grenlandzka niepodległość w świecie stabilnego, normatywnego NATO byłaby jednym scenariuszem. Grenlandzka niepodległość w świecie rywalizacji mocarstw, osłabionych sojuszy i „powrotu stref wpływów” — scenariuszem zupełnie innym. Być może dlatego tak wyraźnie rysuje się dziś napięcie między moralnym apelem a polityczną ostrożnością. Björk mówi z pozycji sumienia i sąsiedzkiej solidarności. Duński rząd mówi z pozycji odpowiedzialności państwowej. A nad tym wszystkim unosi się pytanie, czy instytucje, które miały gwarantować bezpieczeństwo małym narodom, rzeczywiście pozostaną stabilne w epoce gwałtownych przesunięć globalnej władzy.

    W tym sensie grenlandzka debata nie jest lokalna ani peryferyjna. Jest jednym z miejsc, w których najostrzej widać pęknięcie między etyką a geopolityką — i lęk, że świat, w którym te dwie sfery dało się jeszcze jakoś godzić, właśnie się rozpada.

    Co ważne — idee wyrażone przez Björk w jej własnej muzyce wcale nie są jedynie estetycznym tłem jej posta. W cytowanym utworze „Declare Independence” z 2007 roku artystka eksploduje brutalnym rytmem i agresywną elektroniką, żeby wyartykułować wizję wyzwolenia od wszelkich form dominacji. Choć nie cytuję tu wprost wersów, bo są objęte prawami autorskimi, sedno frazy, która regularnie powtarza się w refrenie, brzmi jak personalny, niemal imperative: „ogłoście niepodległość” — nie tylko politycznie, lecz jako fundamentalne prawo do samostanowienia.

    Ta repetytywna, perkusyjna deklaracja jest wykrzyknikiem przeciwko wszelkim formom ucisku: brzmi jak wezwanie, by nie akceptować nadanych z zewnątrz ograniczeń i by „oderwać się” od struktur, które trzymają mniejsze wspólnoty w zależności. W kontekście posta o Grenlandii takie muzyczne echo brzmi znamiennie: nie jest to tylko metaforyczne wezwanie, ale rytmiczne i formalne — uderzające jak syntezator, który burzy spokojną retorykę Realpolitik.

    W połączeniu z osobistym apelem Björk o solidarność z Grenlandczykami, duch utworu — jego energia, jego nacisk na samostanowieniu — wzmacnia moralną wagę jej słów i stawia je w ostrym kontraście do chłodnych kalkulacji państwowych przemówień. Rzeczywistość, o którą tu chodzi, to nie tylko geopolityczna strategia — ale ludzka wola do bycia suwerennym, niezależnym od narzuconych ram.

    W tym kontekście mocno zastanawiam się, czy w przyszłym semestrze nie włączyć utworu Declare Independence Björk do programu zajęć i nie zaproponować go studentom Kultury i sztuki współczesnej jako materiału do analizy. Nie tylko jako „piosenki protestu”, lecz jako złożonego aktu kulturowego: połączenia agresywnej, niemal militarnej estetyki dźwięku z bardzo konkretnym komunikatem politycznym i etycznym. Interesowałoby mnie szczególnie, jak studenci odczytają napięcie między brutalnością formy a moralnym imperatywem, jaki ten utwór niesie — oraz jak zestawią go z dzisiejszymi debatami o kolonializmie, peryferiach Europy i kruszejącym porządku międzynarodowym. Być może właśnie taka konfrontacja sztuki, emocji i geopolityki najlepiej oddaje to, czym jest współczesna kultura: polem, na którym estetyka nie daje się już oddzielić od odpowiedzialności.

  • Siostry dżdżownice, wzniosłość natury i empatia naukowca

    Siostry dżdżownice, wzniosłość natury i empatia naukowca

    Darwin nazywał dżdżownice naszymi siostrami? Czy uwznioślał naturę? Posłuchaj rozmowy z laureatką Nagrody KNoK PAN im. Anny Zeidler-Janiszewskiej dr Justyną Schollenberger

    Spotkanie i rozmowa z Dr Justyną Schollenberger, kulturoznawczynią i filozofką z Uniwersytetu Warszawskiego, z Zakładu Antropologii Słowa Instytutu Kultury Polskiej.

     Autorka książki Stworzenia Darwina. O granicy człowiek-zwierzę (2020). 

    Laureatka Nagrody KNoK PAN im. Anny Zeidler-Janiszewskiej (2021).

    Rozmowę prowadzi prof. dr hab. Jarosław Płuciennik

    Realizacja dźwięku mgr Eliza Matusiak

    Nagranie w Studiu Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego

    Podcast tutaj:

  • Muzea narracyjne, archeologia interwencyjna w czasie rewolucji cyfrowej

    Muzea narracyjne, archeologia interwencyjna w czasie rewolucji cyfrowej

    Rozmowa prof. Jarosława Płuciennika z dr Moniką Stobiecką (Uniwersytet Warszawski, Wydział Artes Liberales oraz Akademia Młodych Uczonych Polskiej Akademii Nauk) na temat ostatnich przemian w świecie muzealnictwa i archeologii #humanistykazaangażowana #humanistylainterwencyjna #archeologia #muzealnictwo #muzea #naukajakoperformans #postkolonializm

    Jeśli chcesz tylko słuchać, podcast jest tutaj

    Dr Monika Stobiecka na Uniwersytecie Łódzkim, w Instytucie Kultury Współczesnej i redakcji Zagadnień Rodzajów Literackich