Tag: retoryka

  • Lisek kontra trzmiel, czyli komu wolno sprzedawać przeszłość

    Lisek kontra trzmiel, czyli komu wolno sprzedawać przeszłość

    Jarosław Płuciennik

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Z cyklu: Obserwatorium retoryki i komunikacji

    25 sierpnia 2026

    Markennamen: „Fjallraven Kanken”, Berlin. (lic. Depositphotos)

    Nowy wpis z cyklu Obserwatorium Nordyckie: „Lisek kontra trzmiel, czyli komu wolno sprzedawać przeszłość”.

    Studium przypadku z trwającej szwedzkiej kampanii wyborczej: Fjällräven żąda od Szwedzkich Demokratów zmiany kroju pisma, który uznaje za „niemal identyczny” z firmowym Arctic Fox. Analizuję ten spór jako kolizję dwóch porządków: ochrony identyfikacji wizualnej marki i swobody komunikacji politycznej — a głębiej jako walkę o zawłaszczenie wspólnej pamięci. Ramy: „Retrotopia” Zygmunta Baumana, mit Bullerbyn i Bullerbü-Syndrom, typografia jako nośnik pamięci zbiorowej.

    Materiał pomyślany także jako studium przypadku dla studentów dziennikarstwa i projektowania komunikacji: slogan, paleta, liternictwo i maskotka jako rozkładalne części technologii retrotopijnej.

    Na trzy tygodnie przed szwedzkimi wyborami (13 września) wybuchł spór, który na pierwszy rzut oka wygląda na anegdotę z działu marketingu, a w istocie jest jednym z ciekawszych kulturoznawczych przypadków tego sezonu. Firma Fjällräven — ta od kultowego plecaka Kånken i zwiniętego w kłębek lisa polarnego w logo — zażądała od Szwedzkich Demokratów zmiany czcionki w kampanii wyborczej. Jak ujawnił „Expressen” (25 sierpnia 2026), firma najpierw wysłała latem list do biura partii, a gdy ten pozostał bez odpowiedzi, wynajęła kancelarię Westerberg & Partners. Pełnomocnik firmy Henrik Wistam pisze wprost: krój pisma kampanii SD jest „niemal identyczny” z firmowym krojem Arctic Fox, partia ma go zmienić najpóźniej do 1 września — a więc w samym środku kampanii — inaczej firma zastrzega sobie kroki prawne. Sekretarz partii Mattias Bäckström Johansson skwitował to jednym słowem: „Trams” — „bzdury”, „nonsens”. „Mamy różne czcionki, różne kolory, działamy w zupełnie innych branżach, wiele firm używa podobnego liternictwa — a poza tym szkoda pieniędzy akcjonariuszy na politykę”.

    Kopia materiału publikowanego w cytowanym tu wydaniu Expressen będącego ilustracją kampanii propagandowej SD. („robimy ze Szwecji znów Szwecję”)

    Żeby zrozumieć, o co naprawdę idzie ta gra, trzeba cofnąć się do genezy obu znaków. Fjällräven założył w 1960 roku Åke Nordin z Örnsköldsviku — czternastolatek, któremu na wędrówce po górach Västerbotten uwierał źle skonstruowany plecak, i który później, już jako przedsiębiorca, uszył w piwnicy pierwszy komercyjny plecak ze stelażem. Logo powstało w kuchni sztokholmskiego sklepu Friluftsmagasinet: Nordin z Erlandem Westerbergiem i Nilsem Hillmanem szkicowali lisa na pomiętej serwetce, a do nazwy firmy wybrali krój Frankfurter — okrągłe, miękkie, blokowe litery, które grafik Kjell Olsson uznał za idealnie dopasowane do zwiniętego zwierzaka. To liternictwo okazało się tak trwałe, że po półwieczu firma go nie wymieniła, lecz jedynie odrestaurowała: Göran Söderström ze studia Letters from Sweden zaprojektował na bazie Frankfurtera firmowy krój Arctic Fox. Co więcej: flagowy Kånken z 1978 roku Nordin opracował we współpracy ze szwedzkim ruchem skautowym, w odpowiedzi na doniesienia o wadach postawy u dzieci noszących modne wtedy torby na ramię. Miękka typografia, troska o dziecięcy kręgosłup, folkhem (dom ludu) w wersji materialnej — to wszystko jest wpisane w DNA tej marki i chronione rejestracjami w szwedzkim urzędzie patentowym, bo Fjällräven słynie z bezkompromisowej obrony swojej identyfikacji wizualnej i „brandu”.

    Warto dodać, że zarówno znak, jak i liternictwo Fjällräven są w Szwecji niemal wszechobecne. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek nordyckich — porównywalna z Ikeą czy Wasą — z tą różnicą, że plecaki, kurtki i akcesoria Fjällräven funkcjonują bezpośrednio w przestrzeni publicznej: w szkołach, autobusach, na uniwersytetach, w parkach i na górskich szlakach. Nie jest to więc wyłącznie logo na produkcie, lecz część codziennego pejzażu wizualnego Szwecji.

    Po drugiej stronie mamy kampanię, którą Sverigesdemokraterna — partia wywodząca się z radykalnej prawicy, dziś jedna z głównych sił szwedzkiej polityki — zaprezentowali w czerwcu: plakaty w stylistyce retro, obiecujące uczynić „Sverige till Sverige igen” (Szwecję zrobimy ponownie Szwecją), z zaokrąglonym, pogrubionym liternictwem i z nowym bohaterem — naiwnie, po dziecięcemu narysowanym trzmielem z literami SD na skrzydłach. Szef komunikacji partii Joakim Wallerstein mówił otwarcie, że celem jest wywołanie nostalgii za „bezpiecznym i szczęśliwym dzieciństwem z dawnych lat”; dla niego samego to początek lat 80., ale — jak dodał — to zależy, kiedy kto się urodził. Dodajmy, że oficjalne wzornictwo SD operuje od początku na motywach niebieskich kwiatów. Trudno o bardziej podręcznikową deklarację inżynierii retrotopijnej: przeszłość nie jest tu żadną konkretną przeszłością, lecz ruchomym ekranem, na który każdy wyborca ma wyświetlić własne dzieciństwo.

    Z punktu widzenia partii argument nie jest całkiem pozbawiony intuicyjnej siły: zaokrąglone, retro liternictwo nie należy przecież wyłącznie do jednej marki, a estetyka nostalgii krąży dziś swobodnie między reklamą, popkulturą i polityką. Właśnie dlatego spór jest interesujący — nie rozgrywa się wokół prostego kopiowania znaku, lecz wokół trudniejszej do uchwycenia strefy skojarzeń.

    Zygmunt Bauman w „Retrotopii” (2017) opisał ten mechanizm precyzyjnie: gdy wiara w lepszą przyszłość się wyczerpuje, energia utopijna nie znika, lecz zmienia wektor — zaczynamy projektować idealne społeczeństwo wstecz, w przeszłość wyobrażoną, „prawdziwą lub domniemaną”. Można pisać w tym kontekście o rosyjskiej kulturze wojennej (retrotopia i postpamięć potrafią być paliwem imperialnej przemocy), ale przypadek szwedzki pokazuje wariant łagodniejszy w formie i przez to podstępniejszy: retrotopię w wersji pastelowej, dziecięcej, z trzmielem zamiast pancerza (u Baumana jest to rodzaj retrotopii nazywany nostalgią za powrotem do łona). Estetyka ma tutaj funkcję, której polityka wolałaby nie wykonywać wprost. Wiceprzewodniczący partii Henrik Vinge zapewniał przecież równolegle, że kurs na zaostrzanie polityki migracyjnej i karnej pozostaje bez zmian — tyle że „celem nie jest twarde społeczeństwo”, lecz ochrona „miękkich wartości”. Miękki krój pisma staje się więc materialnym nośnikiem tej deklarowanej miękkości: podobnie jak pastelowe kwiaty, dziecięca maskotka i przyrodnicze skojarzenia z lisem polarnym.

    I tu wracamy do Bullerbyn. Pisałem w lutym zeszłego roku — po strzelaninie w Örebro i po piosence Simona Supertiego „Bullerbyn är död” — że Lindgrenowska wioska stała się szwedzkim mitem narodowym, a w Niemczech wręcz nazwą syndromu (niem. Bullerbü-Syndrom): wyidealizowanego obrazu Szwecji jako krainy ładu, spokoju i prostych radości. Superti ogłaszał śmierć tego mitu; kampania SD ogłasza jego zmartwychwstanie — pod warunkiem oddania władzy tym, którzy obiecują wskrzeszenie. Polskiego czytelnika nie trzeba długo przekonywać, że dzieciństwo bywa polityczną walutą. Nasza kultura zna ten mechanizm od dwustu lat z inwokacyjnego „kraju lat dziecinnych”, co „zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”: dzieciństwo jako jedyna ojczyzna, do której powrót jest niemożliwy — i właśnie dlatego politycznie bezcenna, bo nierozliczalna. Żaden rząd nie odda nikomu jego ósmych urodzin, więc obietnica jest z definicji niefalsyfikowalna. W Polsce w okresie zaborów i utraty państwowości brzmiało to inaczej:

    „Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie: Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, Kto cię stracił. (…) Kraj lat dziecinnych! on zawsze zostanie Święty i czysty jak pierwsze kochanie (…)” (Mickiewicz,  Pan Tadeusz, 1834, ks. 1)

    Spór o czcionkę jest w tym układzie sporem o środek produkcji nostalgii. Typografia to najdyskretniejszy z nośników pamięci zbiorowej: nie czytamy jej, tylko ją czujemy. Chodzi nie tylko o ogólne wrażenie „miękkości”, lecz o zestaw podobnych sygnałów wizualnych: ciężkie, zaokrąglone litery, dziecięco-retro charakter, brak ostrych krawędzi i przyjazną masywność formy. Zaokrąglone litery Fjällräven przez sześć dekad obrastały skojarzeniami — las, harcerstwo, tornister, szkolna wycieczka, opiekuńcze państwo dbające o dziecięce plecy. Partia o radykalno-nacjonalistycznych korzeniach nie potrzebuje kraść lisa; wystarczy pożyczyć aurę liter, a skojarzenia przyjdą same, na koszt firmy. Fjällräven rozumie to doskonale i dlatego reaguje tak ostro: nie o plagiat tu chodzi, lecz o skażenie asocjacyjne, o to, że znaczenia płyną kanałem typograficznym w obie strony. Marka, której misją jest inspirowanie świata — całego świata, nie narodu — do wędrowania z naturą, która sprzedaje w kilkudziesięciu krajach, produkuje w Azji i finansuje ratowanie realnego, krytycznie zagrożonego lisa polarnego, nie może sobie pozwolić na to, by jej litery firmowały program „Szwecja ma ponownie być Szwecją”. Obie strony sprzedają szwedzkość, ale są to produkty nawzajem się wykluczające: szwedzkość eksportowa, otwarta i inkluzywna kontra szwedzkość jako mur. Ironii dopełnia trzmiel: organizacja Naturskyddsföreningen wystawiła partii posługującej się uśmiechniętym owadem „czerwone światło” za politykę nieprzyjazną pszczołom.

    Dla moich magistrantów z dziennikarstwa i projektowania komunikacji jest w tym przypadku gotowe seminarium. Po pierwsze: typografia nigdy nie jest neutralna — SD przekonało się o tym boleśnie już raz. W 2012 roku publiczne radio w Szwecji poświęciło audycję z cyklu „Typo” załącznikowi do partyjnego budżetu, którego stronę tytułową złożono gotyzującym krojem Old English; redaktorka naczelna branżowego „Cap & Design” skomentowała wtedy, że taki krój na dokumencie akurat tej partii budzi natychmiastowe skojarzenia z nazizmem. Partia tłumaczyła się przypadkiem — zmęczony działacz, nocna korekta, nieprzemyślany wybór z listy fontów — ale lekcja została odrobiona aż nadto starannie. Obecna strategia jest dokładnym odwróceniem tamtej wpadki: od twardej, gotyckiej fraktury do miękkiego, dziecięcego pisma. I właśnie ta zamiana biegunów jest najciekawsza analitycznie — oba kroje mówią przecież o przeszłości, tylko o innej i innym tonem: tamten o przeszłości jako hierarchii i grozie, ten o przeszłości jako przytulności. Po drugie: krój pisma jest własnością intelektualną i aktywem strategicznym. Spór Fjällräven kontra SD jest więc modelowym studium napięcia między ochroną identyfikacji wizualnej marki a swobodą komunikacji politycznej. Pytanie brzmi nie tyle, czy można posiadać „miękkość”, ile czy można chronić zespół skojarzeń, które przez dekady narosły wokół konkretnego znaku, kroju pisma i stylu wizualnego. Po trzecie wreszcie: retrotopia jest technologią komunikacyjną, którą można rozłożyć na części — slogan, paleta, liternictwo, maskotka — i każdą z tych części zbadać osobno pod kątem tego, jaką przeszłość symuluje i czyim kosztem.

    Dlatego ten spór nie dotyczy wyłącznie podobieństwa liter, lecz granic zawłaszczania wspólnej pamięci przez komunikację polityczną.

    Wynik sporu poznamy pewnie po wyborach, o ile w ogóle trafi on na wokandę. Ale jedno widać już teraz: w Szwecji roku 2026 najcenniejszym zasobem politycznym nie jest przyszłość, tylko dzieciństwo — a o prawa autorskie do dzieciństwa upomniał się producent plecaków.

    Źródła:

    M. V. Karlsson, „Fjällrävens krav på SD: byt typsnitt”, Expressen, 25.08.2026; SVT Nyheter o nowej identyfikacji SD (Landsdagarna, listopad 2025); The Local, „Sweden Democrats launch retro election campaign”, 23.06.2026; Flamman o trzmielu i ocenie Naturskyddsföreningen (maj 2026); materiały Fjällräven o historii logo i kroju Arctic Fox (Letters from Sweden); Z. Bauman, „Retrotopia”, 2017. Zob. też na tym blogu: „Kultura Szwecji: Bullerbyn jako symbol” (12.02.2025) oraz J. Płuciennik, P. Sikora-Krizhevska, „Kultura, retrotopia, «tylda»…”, „Zagadnienia Rodzajów Literackich” 2022/1.

  • Prezydenci mówią inaczej. Szwedzka lektura amerykańskiej retoryki

    Prezydenci mówią inaczej. Szwedzka lektura amerykańskiej retoryki

    Martin Luther King w kamieniu (lic. Depositphotos)

    Jarosław Płuciennik. Z cyklu „Obserwatorium Retoryki i Komunikacji”

    13 sierpnia 2026

    W dzisiejszym „Under strecket” — legendarnej rubryce felietonowej „Svenska Dagbladet”, ukazującej się nieprzerwanie od 1918 roku — Hans Ingvar Roth, profesor praw człowieka na Uniwersytecie Sztokholmskim, omawia nową książkę Bena Rhodesa „All we say: The battle for American identity — a history in 15 speeches” (Bodley Head). Rhodes, przez osiem lat współtwórca mów Baracka Obamy (to on współtworzył kairskie przemówienie „A new beginning” z 2009 roku), analizuje piętnaście mów, które ukształtowały amerykańską tożsamość — od rewolucji po prezydenturę Donalda Trumpa.

    Teza Rotha i Rhodesa jest prosta: amerykańska polityka od początku krąży wokół jednej rany — przepaści między ideałem a rzeczywistością. Konstytucja obiecuje równość, praktyka ją łamie. Wielkie przemówienia amerykańskie to kolejne próby zszywania tej rany słowem. Lincoln pod Gettysburgiem (1863) — dwie minuty wzorowane na mowie pogrzebowej Peryklesa — definiuje Amerykę jako projekt moralny „poczęty w wolności”. Martin Luther King w 1963 roku porzuca przygotowany konspekt, gdy Mahalia Jackson woła zza sceny: „Opowiedz im o swoim śnie, Martin” — i improwizując tworzy „I have a dream”. „Mam marzenie”… Tytuł książki Rhodesa pochodzi z ostatniej mowy Kinga, wygłoszonej w Memphis dzień przed zamachem: wszystko, co mówimy Ameryce, to — bądź wierna temu, co obiecałaś na papierze.

    Najciekawszy w eseju Rotha jest jednak wątek medioznawczo-kulturoznawczy. Mowy z XVIII i XIX wieku docierały do obywateli pośrednio: przez pamflety i relacje dziennikarzy, często podretuszowane. Radio dało Rooseveltowi mowę o czterech wolnościach (1941), telewizja dała Kennedy’emu zwycięstwo nad spoconym Nixonem (1960). A internet? Zdaniem Rhodesa media społecznościowe wyjałowiły i sfragmentaryzowały mowę polityczną: format TikToka nie mieści dłuższej narracji, wokół której obywatele mogliby się zgromadzić. To diagnoza bliska Habermasowi — rozpad przestrzeni deliberacji na strumień bodźców.

    I tu wchodzi Trump — jak pisze Roth, z improwizowanymi hugskott (pomysłami rzucanymi ad hoc) zamiast ustrukturyzowanych tekstów poprzedników. Trump zresztą sam nazwał swój styl: „the weave”. Słowniki podpowiadają tłumaczenie jako „splot” albo „tkanie”, ale to przekłady zbyt nobilitujące — tekst pochodzi wszak od łacińskiego textum, tkanina, więc mówiąc „splot”, przyznawalibyśmy Trumpowi status tkacza tekstu, dokładnie ten, który sam sobie nadaje. Uczciwszym przekładem jest „dzierganie”: drobne oczka, luźna włóczka, coś się pruje, coś zwisa — zapamiętała krzątliwość bez wzoru. Trump twierdzi, że mówi o dziewięciu rzeczach naraz, a wszystkie „genialnie schodzą się razem” — i że zaprzyjaźnieni profesorowie angielskiego uważają to za rzecz najświetniejszą, jaką widzieli. Lingwiści i komentatorzy nazywają to samo zjawisko mniej uprzejmie: rambling, ględzenie, słowna sałatka, niezdolność doprowadzenia myśli do końca.

    Warto tu przypomnieć powiedzenie Woodrowa Wilsona, zapisane we wspomnieniach jego sekretarza marynarki Josephusa Danielsa (anegdota wędrowna, przypisywana wcześniej i innym mówcom, ale u Wilsona kanoniczna): jeśli mam mówić dziesięć minut, potrzebuję tygodnia przygotowań; jeśli piętnaście — trzech dni; jeśli pół godziny — dwóch dni; jeśli godzinę — jestem gotów od razu. To cała ekonomia retoryki w czterech taktach: krótkość kosztuje, gadanie jest darmowe. Lincoln mówił pod Gettysburgiem dwie minuty — licząc po wilsonowsku, przygotowywał się do nich całe życie. Trump dzierga półtorej godziny i dłużej — rachunek każdy zrobi sam. Rhodes nie kryje nostalgii za dawną sztuką oratorską — w jego narracji Obama staje się niemal ostatnim wielkim mówcą klasycznej tradycji.

    Polski czytelnik ma tu jednak prawo do pewnej podejrzliwości wobec zbyt łatwej opozycji: piękna mowa — bełkot. Pamiętamy przecież fenomen retoryki Lecha Wałęsy. O tym powstawały całe tomy, pamiętam numer tematyczny Tekstów Drugich w 1990. Wałęsa mówił niepoprawnie, łamał składnię, mieszał wątki — „nie chcem, ale muszem” — a jednak był mówcą skuteczniejszym niż wszyscy poprawni sekretarze razem wzięci. Różnica między nim a Trumpem nie leży więc w formie, bo forma jest u obu chaotyczna. Leży w pokryciu. Retoryka klasyczna nazywała to etosem: wiarygodnością mówcy poprzedzającą każde jego słowo. Etos Wałęsy był pokryty biografią — stocznią, strajkiem, internowaniem — i wspólnym doświadczeniem milionów słuchaczy. Jego chaos był mimowolny, dlatego brzmiał jak prawda wydobywająca się spod języka. Grecy mieli na to słowo: parrhesia, mowa szczera, mówienie prawdy mimo ryzyka. Trump odwraca ten układ: chaos performuje, brandinguje go i sprzedaje jako geniusz. Tam, gdzie u Wałęsy niepoprawność była ceną prawdy, u Trumpa jest produktem — dzierganym publicznie, oczko po oczku, bez wzoru i bez końca.

    Roth kończy swój esej trzeźwo: przepaść między ideałem a rzeczywistością pozostanie osią amerykańskiej polityki. Można dodać: o tym, czy mowa polityczna tę przepaść zszywa, czy tylko ją zakrzykuje, nie decyduje poprawność składni. Decyduje to, czy za słowami stoi ktoś, kto za nie zapłacił.

     

    Źródło: Hans Ingvar Roth, „Presidentens tal låter väldigt annorlunda nu”, Svenska Dagbladet, „Under strecket”, 13 sierpnia 2026; Ben Rhodes, „All we say: The battle for American identity — a history in 15 speeches”, Bodley Head 2026; Jerzy Bralczyk, „O języku Wałęsy”, „Teksty Drugie” 1990, nr 4, s. 60–81; Marek Czyżewski, Sergiusz Kowalski, „Retoryka Wałęsy”, „Teksty Drugie” 1990, nr 4, s. 82–92.

  • Propaganda mesjańska czy mocarny władca? O obrazku, który Trump wolał usunąć

    Propaganda mesjańska czy mocarny władca? O obrazku, który Trump wolał usunąć


    Z cyklu: Obserwatorium retoryki i komunikacji


    Kilka dni temu Donald Trump zamieścił na swojej platformie Truth Social obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję. (Moja sztuczna asystencja mówi, że mógł to być program o nazwie Midjourney)

    Wpis Donalda Trumpa na Truth Social

    Przedstawiał ten obrazek wymłodniałego jego samego — Donalda Trumpa w białej szacie i „kardynalskiej” czerwonej pelerynie — kiedy dokonuje cudownego uzdrowienia mężczyzny leżącego na łożu boleści. Wokół: orzeł bielik (właściwie dwa), flaga USA, Statua Wolności, pomnik Lincolna, myśliwce, fajerwerki, żołnierze unoszący się ku niebu niczym aniołowie, albo schodzący z nieba, pielęgniarka i modląca się… Obraz szybko zniknął — Trump go usunął po fali oburzenia. Krytyk sztuki Philip Kennicott pisał o nim na łamach Washington Post dwa dni temu jako o dziele pełnym „niedbałej symboliki” (sloppy symbolism). Niedbałej — ale czy niewinnej?
    Ten epizod jest interesujący nie tylko jako zjawisko kulturowe (użycie „sztuki malarskiej” przez prezydenta USA), lecz przede wszystkim jako akt retoryczny i komunikacyjny: ktoś stworzył komunikat wizualny, ktoś go rozesłał, ktoś go odebrał i zareagował, a nadawca ostatecznie go wycofał. Każdy z tych momentów mówi coś ważnego o tym, jak działa polityczna komunikacja obrazem w epoce AI, czyli tzw. sztucznej inteligencji.


    Jezus i władza: ewangeliczne nie
    Zacznijmy od tezy, którą obraz głosi, i od tezy, którą ewangelie głoszą jakby w odpowiedzi.
    Centralny motyw ikonograficzny jest jednoznaczny: tzw. taumaturgiczny dotyk — uzdrowienie przez nałożenie rąk — od wieków przypisywano Chrystusowi, a w tradycji średniowiecznej także królom Francji i Anglii, którzy wywodzili z niego swoje boskie prawo rządzenia (divine right to rule). Na obrazie Trump stoi w miejscu Chrystusa. To nie aluzja. To dosłowne przejęcie schematu ikonograficznego — świadomy lub nieświadomy cytat z dwóch tysięcy lat tradycji wizualnej.
    Tymczasem ewangeliczny Jezus konsekwentnie ucieka od władzy politycznej. Gdy tłum chce go obwołać królem po rozmnożeniu chleba — oddala się na górę sam (J 6,15). [w tłumaczeniu Ekumenicznym: „Gdy więc Jezus poznał, że zamierzają przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, usunął się znów na górę, sam jeden”] Na pytanie Piłata odpowiada: „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18,36). Kuszenie na pustyni to właśnie propozycja władzy nad wszystkimi królestwami ziemi — i jej odrzucenie. Ewangeliczny Jezus uzdrawia poza systemem władzy, często na jego marginesach: dotyka trędowatych, rozmawia z „obcą” Samarytanką, staje po stronie „grzesznej” kobiety złapanej na cudzołóstwie. Jego uzdrawianie jest aktem solidarności i empatii, nie demonstracją siły.
    Na omawianym obrazie mamy coś dokładnie przeciwnego: pełny sojusz „świętości” z władzą. Do blasku boskiego przylatują samoloty bojowe i dodają fajerwerki zwycięstwa. Uzdrowiciel jest jednocześnie wodzem naczelnym. Niczym Mojżesz wiodący lud przez morze. Sacrum i imperium zlały się w jedną postać. To nie jest chrześcijaństwo tego ewangelicznego Chrystusa. To jest jego dokładne odwrócenie — i jako taki komunikat właśnie został przez wielu wiernych odczytany.


    Civil religion i jej nadmiar
    Robert Bellah opisał civil religion w książce z 1967 r. jako specyficznie amerykańską syntezę symboliki narodowej i protestanckiej eschatologii. Flaga, orzeł, ojcowie założyciele — to quasi-sakralny panteon, który funkcjonuje obok, a często zamiast, kościelnego wyznania wiary. Obraz Trumpa jest podręcznikowym przykładem tej tradycji komunikacyjnej, tyle że doprowadzonej do granic absurdu.
    Kennicott w Washington Post słusznie porównuje go do malarstwa Jona McNaughtona — propagandowego artysty, który od lat produkuje akademicko-patriotyczne płótna z Trumpem w centrum. Krytycy piszą o nim jako o współczesnej kontynuacji amerykańskiego „socrealizmu”…

    Screen ze strony oficjalnej malarza będącego prawdopodobną inspiracją tego obrazka Trumpa (zob. https://jonmcnaughton.com/politically-incorrect/)

    Ale McNaughton wybiera i redukuje — to jest właśnie warsztat propagandysty, który rozumie, że komunikat musi być czytelny. Tu, przeciwnie, nie ma żadnej zasady selekcji: są dwa orły, bo jeden nie wystarczył, są trzy myśliwce, bo dwa to za mało. Kompozycja nie redukuje — akumuluje, piętrzy, duplikuje. Rozplenia się. Komunikat zagłusza sam siebie.
    Właśnie w tej akumulacji tkwi kicz. Większy niż u McNaughtona.


    Kicz jako struktura estetyczna i moralna
    Hermann Broch pisał w 1950 w „Kilku uwagach o kiczu”, że kicz to nie zła sztuka — to złe nastawienie, Kitschmensch, który zamiast mierzyć się z rzeczywistością, szuka gotowej emocji, pewnego efektu, potwierdzonego wzruszenia. Milan Kundera dodał, że kicz polityczny jest najbardziej niebezpieczny, bo narzuca z góry jak mamy się czuć wobec Narodu, Ojczyzny, Historii, Boga i odrzuca to co realistycznie ludzkie.
    Ten obraz Trumpa wspieranego sztuczną asystencją jest kiczem w obu sensach. Estetycznie — bo nie potrafi wybrać, tylko akumuluje symbole jak na wyprzedaży wszystkiego po 5 złotych. Moralnie — bo nie pyta, tylko ogłasza: oto zbawiciel, klęknij.
    Co więcej, kicz ten jest podwójnie skompromitowany przez własną niekonsekwencję komunikacyjną. Kennicott w Washington Post zwraca na to uwagę z ironią godną najlepszego krytyka: żeby pokazać uzdrowienie, trzeba pokazać chorego. I chory na tym obrazie — zmęczony, posiwiały robotnik z sękatymi rękami — to przecież elektorat Trumpa. Jego baza. Jego wierni. Oni są chorymi, którzy potrzebują uzdrowienia. Przesłanie mimowolne, ale czytelne — i destrukcyjne dla zamierzonego komunikatu.
    A dwa źródła światła — jedno z dłoni Trumpa, drugie emanujące zza głowy leżącego — tworzą paradoks wizualny: kto tu kogo zasila? Kto jest źródłem mocy? Czy to Trump uzdrawia swoich wyborców, czy wyborcy podtrzymują przy życiu Trumpa? Relacja jest — jak pisze Kennicott — współzależna. I wizualnie groteskowa.

    Dlaczego Trump to usunął? Komunikacyjna klęska nadawcy
    Powód oficjalny: oburzenie wiernych, którzy uznali obraz za bluźnierstwo. Trump, który rzadko cokolwiek odwołuje, tym razem się wycofał — tłumacząc, że myślał, że chodzi o Czerwony Krzyż. Trudno o bardziej wymowne podsumowanie.
    Ale właśnie ten moment jest komunikacyjnie najbardziej pouczający. Człowiek, który od lat karmi się mesjanistycznym kultem własnej osoby, który pozwolił nazywać się „wybranym” i „pomazańcem”, który nadaje swoje imię wielu instytucjom publicznym i który na siłę rozwija projekt „sali balowej” przy białym domu, nagle — gdy ktoś zrobił to zbyt dosłownie, zbyt wprost, zbyt nieudolnie — musiał się odciąć. Nie dlatego, że poczuł się niegodny. Lecz dlatego, że obraz powiedział za dużo. Odsłonił mechanizm, który działa najlepiej, gdy pozostaje w sferze aluzji i niedopowiedzenia.
    Propaganda mesjańska funkcjonuje jako komunikat, dopóki nie zostanie wypowiedziana zbyt głośno. Gdy AI wygenerowała ją zbyt dosłownie — bez niedomówień, bez estetycznego dystansu, z podwójnymi orłami i podwójnym światłem — stała się ciężarem nie do udźwignięcia.
    Zbawiciel wolał zdjąć własny wizerunek. I to mówi o dynamice tej komunikacji więcej niż cały obraz.

  • Karty, złote buty, „amerykańskie” Biblie i cyfrowe cuda. Jak Donald Trump robi disneyland z polityki

    Karty, złote buty, „amerykańskie” Biblie i cyfrowe cuda. Jak Donald Trump robi disneyland z polityki

    Karty atutowe, zwane po angielsku Trump cards. To także aluzja do gigantycznego biznesu hazardowego Trumpa, który jest właścicielem kasyn (lic. Depositphotos)

    Donald Trump nie tylko zna zasady gry politycznej i medialnej, ale wręcz je redefiniuje, wprowadzając do niej elementy rodem z tzw. kultury popularnej. W jego rękach każda kampania to starannie zaplanowany spektakl, w którym rzeczywistość zlewa się z fikcją, a granice między poważną polityką a komercyjnym show biznesem stają się coraz bardziej płynne. Przykłady? Oczywiście trzeba zacząć od słynnych ponownie od ubiegłego wtorku „trump cards”, ale warto również wspomnieć o złotych butach biegowych, tzw. Biblii Trumpa, cyfrowych tokenach oraz wykorzystaniu sztucznej inteligencji do tworzenia wizerunków Trumpa. To wszystko składa się na swoisty Disneyland polityki, w którym Trump jest nie tylko główną atrakcją, dosłownym bohaterem i atutową kartą, ale i reżyserem.

    Zacznijmy od „trump cards” – cyfrowych kart kolekcjonerskich, które można kupić za jedyne 99 dolarów. Fraza „trump cards” w języku angielskim oznacza karty atutowe, kluczowe dla wygranej w grze, ale w rękach Trumpa zyskuje nowy wymiar. Karty te stają się symbolem jego politycznej siły, ale również przedmiotem pożądania, którym można się pochwalić przed znajomymi. A jeśli kupisz wystarczająco dużo kart, dostaniesz kawałek garnituru Trumpa – dosłownie! Jakby sam Trump stawał się nowym świętym, którego relikwie można kolekcjonować.

    Trump wykorzystywał inne produkty popularne do wzmacniania finansowego i medialnego swojej kampanii. W pewnym momencie na rynku pojawiły się złote buty sygnowane jego nazwiskiem. Niby niewiele mają wspólnego z polityką poza tym, że doskonale wpisują się w narrację Trumpa jako człowieka sukcesu, który wszystko, czego dotknie, zamienia w złoto – dosłownie. To złote buty, które mówią: „Jestem bogaty, jestem potężny, i możesz być jak ja, jeśli tylko założysz te buty.” To esencja disneyizacji – uproszczenie skomplikowanej rzeczywistości do kilku łatwo przyswajalnych symboli, które można sprzedawać masom. Założę pidżamę z wizerunkiem batmana i stanę się superbohaterem…

    A co to jest Biblia Trumpa? W pewnym momencie pojawił się na rynku przedmiot, który nazwano „Amerykańską Biblią Trumpa”. Oczywiście, nie była to zwykła Biblia – była to Biblia, która rzekomo miała wspierać wartości, za które Trump rzekomo stoi. Tekstowi zwykłej Biblii w wersji Króla Jakuba towarzyszą także Konstytucja USA i Deklaracja Niepodległości US. Połączenie religii z polityką nie jest niczym nowym, ale Trump wzniósł to na nowy poziom, oferując swoim zwolennikom coś, co miało być święte, ale jednocześnie przesiąknięte amerykańskim duchem, jaki Trump stara się uosabiać. I duchem odwołującym się do najbardziej konserwatywnej części amerykańskiego społeczeństwa z tzw. pasie biblijnym. To nic innego jak sprzedaż wartości w komercyjnej formie – Biblia jako gadżet, symbol nowego rodzaju patriotyzmu, który można kupić i mieć na własność. Wszystko na sprzedaż.

    W kontekście rosnącej cyfryzacji i nowoczesnych technologii, Trump udowodnił, że potrafi dostosować swoje kampanie do najnowszych trendów. Nie tylko w pierwszej kampanii świetnie wykorzystał Twittera, był wręcz nazywany pierwszym Twitterowym prezydentem, choć początki jego kariery wiązały się z medium telewizyjnym. Jednak wprowadzenie cyfrowych kart kolekcjonerskich, które w rzeczywistości są tokenami NFT, pokazuje, jak zręcznie Trump wykorzystuje kryptowaluty i nowoczesne technologie, by jeszcze bardziej wzmocnić swoją markę. To już nie tylko sprzedaż fizycznych produktów, ale także cyfrowych aktywów, które mogą być przechowywane, handlowane i eksponowane w wirtualnych portfelach. Jego zwolennicy mogą teraz kupować „część Trumpa” w postaci tokenów, które – jak się sugeruje – mają wartość nie tylko finansową, ale i symboliczną. To kolejny krok w disneyizacji – uproszczenie i komercjalizacja w erze cyfrowej.

    Dodatkowo, Trump sięga po najnowsze technologie, takie jak sztuczna inteligencja, aby tworzyć wizerunki siebie samego jako bohatera narodowego, a nawet superbohatera. Jego cyfrowe karty kolekcjonerskie przedstawiają go w fantastycznych, wręcz nadprzyrodzonych pozach, co jeszcze bardziej podsyca narrację o Trumpie jako o kimś więcej niż zwykłym człowieku. Dzięki AI, Trump może przedstawiać siebie w dowolny sposób – jako wojownika, lidera, bohatera – i sprzedawać te obrazy jako symbol jego siły i wyjątkowości. Cuda na kiju.

    Ta strategia nie jest przypadkowa. Trump doskonale rozumie, że w dzisiejszym świecie polityka i kultura masowa są nierozłączne. Wykorzystuje disneyizację kultury amerykańskiej, aby uprościć swoje przesłanie do poziomu, który jest łatwo zrozumiały i atrakcyjny dla jego bazy wyborców. Wprowadza elementy komercji do polityki, zamieniając kampanie wyborcze w spektakle, a samego siebie w produkt, który można sprzedać. Jego „trump cards”, złote sneakersy, „amerykańska” Biblia, cyfrowe tokeny i obrazy generowane przez AI to nic innego jak polityczne gadżety, które oferują jego zwolennikom nie tylko możliwość wsparcia swojego idola, ale także uczestnictwa w czymś większym, bardziej znaczącym.

    Co więcej, Trump bawi się językiem, tworząc wieloznaczne frazy, które przyciągają uwagę i dodają jego kampaniom element tajemniczości. „Krypto-prezydent” to doskonały przykład takiej gry słów. Z jednej strony odnosi się do kryptowalut, z drugiej sugeruje, że Trump ma jakieś ukryte moce, które czynią go wyjątkowym. To czysta disneyizacja – przekształcenie polityki w bajkę, w której Trump jest superbohaterem, a jego zwolennicy są częścią jego magicznego świata.

    Jednak pod tą warstwą błyszczącego marketingu kryje się coś głębszego. Trump, podobnie jak Disney, rozumie, że ludzie potrzebują prostych narracji, które dają im poczucie bezpieczeństwa i przynależności. W świecie, w którym rzeczywistość staje się coraz bardziej złożona i nieprzewidywalna, oferuje im jasne, proste przesłanie: „Jestem waszym atutem, waszym przewodnikiem przez ten chaos. Kupcie moją kartę, moje buty, moją Biblię, a staniecie się częścią mojej wizji Ameryki”. Ludzie szukający odpowiedzi w teoriach spiskowych potrzebują prostych narracji. Ludzie wybierający Trumpa to ci sami często wyborcy, co zwolennicy spiskowych teorii. Wystarczy wspomnieć, że po zamachu na Kapitol po przegranych wyborach prezydenckich pojawiła się spiskowa teoria Q, oraz postać samego zamachu Q-Szamana.

    Ostatecznie, sukces tej strategii pokazuje, jak głęboko disneyizacja przeniknęła amerykańską kulturę. Trump nie tylko sprzedaje produkty – sprzedaje ideę, marzenie, które jego zwolennicy mogą dosłownie kupić i trzymać w swoich rękach. To amerykański sen w nowoczesnej, skomercjalizowanej formie – i jak się okazuje, sen ten nadal ma wielu chętnych nabywców. W świecie, w którym polityka i popkultura zlewają się w jedno, Donald Trump staje się symbolem tej nowej, cyfrowej ery – ery, w której można kupić kawałek historii za pomocą jednego kliknięcia.

    Ps. Oczywiste jest, że za tymi gadżetami kryją się niecne intencje Trumpa. Gdyby wygrał wybory, byłoby fatalnie dla świata i dla demokracji amerykańskiej.

  • Dyskurs insynuacyjny Elona Muska i fake newsy

    Dyskurs insynuacyjny Elona Muska i fake newsy

    13 maja 2022, Elon Musk ogłosił wstrzymanie zakupu Twittera (lic. Depositphotos)

    Dyskurs insynuacyjny Elona Muska i fake newsy

    To jest podcast na ten temat. Możesz wysłuchać np. na Spotify

    Musk przejmuje kilka dni temu Twittera, mówi, że teraz zapanuje na nim wolność słowa, natychmiast rośnie aktywność antysemickich kont, zadowolenie wyraża Donald Trump. No a jeden z ostatnich ćwierknięć samego właściciela platformy jest bardzo typowym przykładem tworzenia fake-newsów i ich rozpowszechniania. Dziwię się wszystkim wpatrzonym jak w obrazek w kolejnego „geniusza” biznesu, innowatora, który myśli o Planecie B, na którą chce jak najszybciej zbiec ze zniszczonej Ziemi.

    Ale mnie dzisiaj głównie interesuje ten jego ćwierk, jego forma także retoryczna.

    Jak podaje The New York Times, jak również Dagens Nyheter i inne jakościowe media, w sobotę Hillary Clinton, była pierwsza dama i kandydatka Demokratów na prezydenta w 2016 r., opublikowała twitta atakującego republikanów za szerzenie „nienawiści i obłąkanych teorii spiskowych”, które wedle niej ośmieliły mężczyznę atakującego męża pani Pelosi, Paula w ubiegły piątek.

    W odpowiedzi na twitt Clinton, Musk napisał: „Istnieje jednak pewna możliwość, że w tej historii może być coś więcej niż widać na pierwszy rzut oka”, a następnie udostępnił link do artykułu w „Santa Monica Observer”. Ten artykuł z kolei twierdzi, że pan Pelosi był pijany i walczył z męską prostytutką.

    Twitt Elona Muska został później usunięty i nie było od razu jasne, kto go usunął.

    „Santa Monica Observer” jest czasopismem znanym z publikowania fałszywych wiadomości. Na przykład w 2016 r. twierdziło ono, że Hillary Clinton zmarła i że wysłano dublera na debatę z kontrkandydatem prezydenckim Donaldem Trumpem.

    Warto wspomnieć, że twitt o spiskowych teoriach dziejów będących źródłem nienawiści w odniesieniu do Pelosich autorstwa Hilary Clinton miał podstawy w poszlakach ze sprawy: sprawca schwytany przez policję faktycznie zbierał na swoich stronach różne teorie spiskowe związane z tzw. Q-Anon.

    Warto także dodać, że Santa Monica Observer sugerowało w duchu przeciwników ludzi LGBTQ+, że starszy mąż Pelosi walczył jakoby z męską prostytutką.

    Obrzydliwa jest ta forma, bardzo przypominająca wszelkiego typu insynuacje: „wiem, ale nie powiem”, „ta historia może mieć drugie dno”.

    Znana jest w retoryce klasycznej figura o nazwie „aposiopoesis”. Na przykład w „Królu Learze” mamy taką figurę:

    Nie, o wy jędze wyrodne! Odpłacę
    Wam tak, że cały świat — Nie wiem, co zrobię,
    Lecz ziemia zadrży na ów widok z trwogi! (Tłum. Barańczaka, akt II, sc. 4)

    Oczywiście całe tomy napisano o różnych „zamilknięciach”, sugerowaniu przez napomknięcie, ale w tym kontekście chodzi mi wyłącznie o aposiopoesis insynuacyjne (insynuacja to «niezgodne z prawdą przypisywanie lub wmawianie komuś pewnych postępków, myśli bądź intencji»).

    Inny przykład można podać z hipotetycznego przebiegu procesu sądowego, w trakcie którego oskarżyciel mówi:

    „Po tym, jak podejrzany… Cóż, przeczytaliście Państwo wszyscy dokumenty sądowe. Po dokonaniu się haniebnej zbrodni podejrzany uciekł z miejsca.”

    W tym fragmencie zamilknięcie odwołuje się do tekstów innych, po to, żeby wprost oskarżyć podejrzanego.

    Elon Musk wycofał twitt, ale cała sprawa została. Insynuacja pozostaje. Była ona piętrowa, aż pięciokrotnie schowana:

    1) skrytka 1. aposiopesis w ćwierku: „może być coś więcej w tej historii”; dodatkowo wyrażono tę skrytkę bardzo delikatnie i bezosobowo: „istnieje możliwość”;
    2) skrytka 2. intertekstu w hiperlinku: odniesienie intertekstualne w postaci hiperlinku, mówi tyle, że „jak chcecie, to zobaczcie sami w tekście, do którego odsyłam”;
    3) skrytka 3. przekreślenia: „No dobrze skasowałem twitt”; takim sposobem odwoływania — przekreśleniem tekstu — posługiwali się w teorii dekonstrukcjoniści, w dobrej intencji, ale tworzyło to rodzaj aury sugestywności;
    4) skrytka 4. pogłoski: wiadomość nieoficjalne głosi, że „do końca nie wiadomo, kto skasował twitt”.
    5) skrytka 5. żartobliwego odwrócenia, które może być nieskrywaną agresją: następnego dnia pojawił się twitt, w którym Musk pisze: „To jest fałsz – nie napisałem na Twitterze linku do The New York Times!” Jako komentarz do zdjęcia strony NYT z nagłówkiem: Elon Musk w twicie udostępnił link do strony znanej z publikowania fałszywych wiadomości.

    Tak czy owak obrzydliwe. Insynuacyjny tok mówienia przez aposiopesis jest specjalnością w Polsce Jarosława Kaczyńskiego. Porównanie pochlebne dla samego Kaczyńskiego, jednak fatalnie pokazujące metody najbogatszego mieszkańca naszej planety, twórcy Tesli, SpaceX, PayPala i Twittera. (Faktycznie jest drugim najbogatszym człowiekiem na ziemi)

  • „Ratunku! Niemcy mnie biją” 2.0

    „Ratunku! Niemcy mnie biją” 2.0

    Głośno w swoim czasie było o słynnej scenie wyprowadzania tzw. „Premiera z Krakowa”, czyli Jana Marii Rokity z samolotu Lufthansy w lutym 2009 r. Krzyczał wtedy: „ratujcie! Niemcy mnie biją!”. (internet pełen jest amatorskich nagrań dźwiękowych tego wydarzenia)

    Ostatnio, 13 lat od tej słynnej, wiralowej sceny, karierę iście memową robi opowieść Jarosława Kaczyńskiego o tym, jak to z pociągu Deutsche Bahn z wagonu I klasy wypraszano polskich eurodeputowanych: „przeszedł jakiś Niemiec i stwierdził, o! Polacy, jak to Polacy w I klasie?! I ich wyprowadzili…” (streszczam tutaj te opowieść, chyba dobrze znaną czytelnikom)

    Ta scena została wpisana w antyniemiecką i antyeuropejską dużą narrację Jarosława Kaczyńskiego: koniec z bycia traktowanym jak obywatele drugiej kategorii, nasi eurodeputowani są poniżani przez Niemca! Innymi słowy: „Niemcy nas biją!”

    Przypomnę zatem, że Jan Maria Rokita musiał zapłacić kilka tysięcy euro za zakłócanie porządku publicznego swoimi krzykami, a cała sprawa też dotyczyła klasy wyższej: jak tłumaczyła małżonka Jana Marii, Nelly Rokita, jej mąż chciał zadbać o swój płaszcz i przeniósł go do schowka w klasie biznesowej. Załoga Lufthansy — niemieckiego, nawykłego do porządku przewoźnika — nie chciała kłopotów ze strony tych, co zapłacili ekstra pieniądze za klasę wyższą, dlatego nie zezwoliła na przesunięcie płaszcza Rokity. Wywiązała się pyskówka i w jej wyniku wyproszono Rokitę z samolotu. Nie chciał go opuścić i właśnie wtedy zaczął krzyczeć: Ratunku, Niemcy mnie biją!

    Do dzisiaj Rokita nie może się pozbierać z wizerunkowej katastrofy… skończył się jako polityk, tak jak słynny Gabriel Janowski po „podskakiwaniu” w Sejmie.

    Dzisiaj Jarosław Kaczyński sięga jakby do podobnej retoryki, tyle że ofiarami są inni, dlatego przekaz nie jest tak kompromitujący. Jednak adresat tej opowieści jest ten sam: człowiek z kompleksami, który czuje się gorszy zagranicą, albo który zagranicą w ogóle nie bywa, dla którego takie „ratujcie, Niemcy nas biją” odgrzeje stare resentymenty, wedle których Niemcy to zawsze agresorzy.

    Na nic tłumaczenia i na nic fakty: jak podają dziennikarze Wirtualnej Polski, problem jest w sposobie czytania biletów zagranicą zakupionych w serwisach polskich PKP. Serwisy te nie przewidują po prostu odczytów „zagranicznych”, dlatego konduktorzy niemieccy mogą faktycznie wypraszać Polaków z I klasy, ale nie dlatego, że są Polakami, tylko dlatego, że PKP o swoich klientów słabo dba.

    Cała ta sprawa przypomina mi słynne opowiadanie Sławomira Mrożka z jakże miłego i owocnego roku 1968. Opowiadanie nosi obce imię „Moniza Clavier”:

    „– O tu! – krzyknąłem, szeroko otwierając jamę ustną i wskazując palcem na zęby trzonowe. – O tu, wybili, panie, za wolność wybili!

    Nastąpiło zamieszanie. Ucichli, patrzyli na mnie, nie mogąc zrozumieć, o co mi chodzi. A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu. To, że najwidoczniej nie doceniali martyrologii, bardzo mnie rozgniewało.”

    Zrzut ekranu z portalu Culture.pl przedstawiający scenę wyprowadzania bohatera odgrywanego w spektaklu przez genialnego Wojciecha Siemiona.

    Jarosław Kaczyński nie jest geniuszem, jest sprytnym, cwanym lisem, który próbuje apelować do słabo wykształconych, zakompleksionych odbiorców. Świadczą o tym jego ostatnie anegdotyczne opowieści, to nie są — jak chą widzieć niektórzy — opowieści stetryczałego dziadunia, to są historie mające trafiać do umysłów właśnie tak profilowanych. Nie można zakładać, że mu się w głowie tak pomieszało, że opowiada jakieś banialuki o przemianie w zaczarowanej podróży statkiem węgla sortowanego w niesortowany i odwrotnie… Ta historia to też świadomy zabieg. Ale z genialności nie wynika. Ze sprytu i cwaniactwa.

    O tu, wybili, panie, za wolność wybili!

    PS. 8 października zmieniony tekst opublikowała Gazeta Wyborcza jako: Kaczyński o cierpieniach polskiego narodu, czyli znów: „Ratujcie! Niemcy mnie biją!”

  • „Przywódca pokoju” i inne figury retoryczne prezydenta Włodymira Zełeńskiego

    „Przywódca pokoju” i inne figury retoryczne prezydenta Włodymira Zełeńskiego

    Martin Luther King Jr Memorial Statue Washington DC w nocy (fot. na lic. Depositphotos)

    Obejrzyj komentarz video TUTAJ Jeśli chcesz posłuchać podcastu, możesz to zrobić tutaj

    Komentarz video na temat dobrej i złej retoryki

    Kilka dni temu zadałem studentom do analizy jedną z najsłynniejszych mów świata, słynne „I have a dream” Martina Luthera Kinga z 28 sierpnia 1963 r. Chciałem przedstawić na jej przykładzie kilka genialnych chwytów retorycznych człowieka uznawanego za mówcę z tak zwaną charyzmą. W przypadku tego właśnie mówcy, zamordowanego w zamachu bojownika praw człowieka, charyzma była niejako naturalna, bo był on pastorem, kaznodzieją, zwiastunem słowa. Wbrew potocznym mniemaniom wielu badaczy uważa, że charyzma nie jest nadprzyrodzonym darem i że można się jej nauczyć. O Zełeńskim krążą już legendy, że ma iskrę Bożą, że ma ikrę w sobie, że… jest „sługą swego ludu”.

    Istnieją przemowy historyczne, o których inni ludzie piszą i które długo komentują. Są już drukowane książki, w których zawarte są najsłynniejsze mowy świata. Niewątpliwie ta dzisiejsza (16 marca 2022) przemowa przed członkami Kongresu Stanów Zjednoczonych prezydenta Zełeńskiego będzie jedną z takich historycznych mów. Mimo to, że przemowa ta była czytana, a nie mówiona z pamięci.

    Można powiedzieć, że już od samego początku tej mowy Zełeński zapowiada motywy kojarzący się z tą słynną rozgorączkowana oracją Kinga podczas słynnego marszu na Waszyngton, przede wszystkim bojowników czarnych zebranych w proteście przeciwko segregacji rasowej. Na samym wstępie mowy Zełeńskiego mamy w trzecim zdaniu stwierdzenie, że Kijów, z którego mówca przemawia, jest miastem bombardowanym z powietrza i z ziemi, ale miasto to nie daje za wygraną, nie rezygnuje nawet przez sekundę. („it doesn’t give up”). Ten fragment przywołuje w pamięci wielu Amerykanów na pewno słynny hymn pokrzywdzonych „We shall overcome”, śpiewany podczas tego marszu w Waszyngtonie przez pieśniarkę o anielskim głosie Joan Baez. Motyw ucisku i wytrwałości w nim, niepoddawania się jest słynnym toposem.

    Mówca następnie wspaniale zbliża się do adresata swojej mowy, kiedy pokazuje podobieństwo ukraińskiego narodu do Amerykanów, którzy także kochają wolność i cenią odwagę. Potem dwa razy przypomina pragnienia i marzenia Amerykanów, dwa razy pada słowo „dreams”. Świetnie też przywołuje z pamięci Amerykanów założycieli amerykańskiej demokracji i wprost wymienia jej najdroższe wartości: „niezależność, wolność i troska o wszystkich, o każdego człowieka, o każdego, kto pilnie pracuje, uczciwie żyje, szanuje prawo”.

    Za wspomnienie praworządności prezydent Zełeński ma ode mnie dodatkową miłość.

    W komentarzach np. CNN podkreśla się, że „te słowa odnoszą się bezpośrednio do podstaw amerykańskiego ustroju — życia, wolności, dążenia do szczęścia i zdolności ludzi do wyboru swojego rządu.”

    I potem następuje punkt kulminacyjny, zaczyna nowy akapit od cytatu: I have a dream, żeby zaraz potem dać wyraz refleksji nad nim. I prowadzi do swoistej parafrazy: zamiast mówić i powtórzyć mam marzenie, mówi: „mam potrzebę”, czyli mam pragnienie, jestem w potrzebie. „muszę bronić naszego nieba”. To jest świetna parafraza.

    Tym samym mówca przywołuje wspaniały autorytet Kinga, ale i zarazem — niemal w tym samym punkcie — dystansuje się od niego, parafraza jest jednocześnie bardziej przyziemna, wskazująca na potrzebę, ale jednocześnie ta potrzeba odnosi się do tego, co wzniosłe i nad nami, do nieba. Choć przecież to niebo także jest czymś bardzo, bardzo konkretnym i materialnym. Trzeba je przecież zamknąć. Jest więc ten mówca jednocześnie wizyjny i zarazem pragmatyczny. Czym niewątpliwie może pozyskać pragmatycznych i realistycznych Amerykanów, lubiących jednak ludzi z wizją, ludzi z charyzmą.

    Swoją mowę przywódca ukraiński zakończył też świetnie, bo przeszedł na język angielski i odwołał się wprost do prezydenta Joe Bidena, jako przywódcy narodu. Metafora użyta przez niego w wyrażeniu „przywódca pokoju” jest figurą pochodzenia biblijnego, „Książę Pokoju” wywodzi się z apokaliptycznego proroctwa Księgi Izajasza z rozdz. 11, a jest zazwyczaj odnoszona ta figura przez chrześcijan różnych wyznań do Jezusa Chrystusa. Oczywiście prezydent Zełeński korzysta tutaj z aluzji, nie jest bezpośrednio uniesiony religijnie, jednak ta aluzja w kraju niezwykle rozległej znajomości Biblii, musi być bardzo jasna i dużo mówiąca.

    „Pokój w twoim kraju nie zależy już tylko od ciebie i twoich ludzi. On zależy od tych, którzy są obok ciebie, od tych, którzy są silni. Silny nie znaczy słaby. Silny jest odważny i gotowy do walki o życie swoich obywateli i obywateli świata. O prawa człowieka, o wolność, o prawo do godnego życia i śmierci, kiedy nadejdzie czas. I nie wtedy, gdy tego chce ktoś inny. Twój sąsiad.”

    Świetnie nawiązuje mówca do swojego młodego wieku, od razu wspominając innych, udowadnia, że charyzma to nie jest narcystyczne mówienie o sobie, to nie jest zawracanie głowy swoimi sentymentami: „aby utrzymać planetę przy życiu, aby zachować sprawiedliwość w historii. Teraz mam prawie 45 lat. Dziś moje życie się zatrzymuje, kiedy przestało bić serce ponad 100 dzieci. [w Ukrainie]”

    „Życie musi powstrzymywać śmierć” to jest znakomity paradoks na koniec mowy. I bezpośredni zwrot do prezydenta Bidena: „jesteś wodzem narodu, swojego wielkiego narodu. Życzę, abyś był liderem świata. Bycie liderem świata oznacza bycie przywódcą pokoju.”

    To jest bardzo jasna wiadomość dla Bidena, który usiłował i usiłuje walczyć o prezydenturę z główną agendą obrony demokracji przed autokracjami. Apel świetny. I jakże prodemokratyczny.

    Podsumowując trzeba podkreślić, że Zełeński miał bardzo dobrze przygotowaną mowę. Był natchniony, ale też stąpający po ziemi. Używał wzniosłych słów, ale nigdy nie był mętny. Miał odniesienia religijne, ale delikatne i bardzo realistyczne tudzież pragmatyczne. Uniesienie nie oznaczało u niego mętniactwa. Jak u tych, co to próbują w kontekstach militarnych zacierać granice semantyczne między „misją pomocy humanitarnej lub misją ratunkową”, a „misją bojową” NATO. Mętność Kaczyńskiego świetnie się sprawdza w kontaktach z pisowskim elektoratem, można to nazwać nawet „poetyką niedopowiedzeń i insynuacji”, jednak na gruncie poważnej, jakże poważnej światowej dyplomacji, taka mętność skazana jest na klęskę.

    Mowa Zełeńskiego jest niewątpliwie porównywalna ze znakomicie przygotowaną mową Lecha Wałęsy, zaczynającej się także od aluzji do dobrze znanych Amerykanom słów z Konstytucji USA: „We the People”, „My, naród”. Gra z „I have a dream” przejdzie do historii retoryki, podobnie jak gra semantyczna z „przywódcą pokoju”. Zełeński ma ikrę. Jest demokratą. I jest jasny, nie mętny. Trudno mi jest powstrzymać podziw.

    17 marca 2022 artykuł ukazał się zmieniony w Gazecie Wyborczej.

  • Nowe słowo w Polsce i w angielszczyźnie: plandemia i skamdemia

    Nowe słowo w Polsce i w angielszczyźnie: plandemia i skamdemia

    Nowe słowo w Polsce i w angielszczyźnie: plandemia i skamdemia

    Według Słownika Języka Polskiego

    pandemia to

    1. «epidemia obejmująca swym zasięgiem bardzo duże obszary», inaczej: „nazwa epidemii o szczególnie dużych rozmiarach, obejmującej kraje, a nawet kontynenty.”

    Z greckiego pandemia oznacza „cały lud”, jak podaje „Słownik wyrazów obcych”, pochodzi to słowo od od ‚pandemos’ „powszechny, należący do całego ludu”.

    I to użycie spotykamy najczęściej, ale jest też drugie:

    2. «idealny sojusz wszystkich narodów, żyjących w pokoju i wzajemnej zgodzie»

    To jest zaskakujące użycie, niemal paradoksalne, bo jest też trzecie, bardzo od tego drugiego inne skojarzenie:

    3. pandemonium: piekło, kompletne zamieszanie, chaos, anarchia, sądny dzień, istny koniec świata, ogłuszający zgiełk, tumult.

    Jeden z przydomków Afrodyty to Pandemos jako opiekunki kobiet upadłych, oznaczała także nierządnicę. W „Raju utraconym” Johna Miltona „pandemonium” to stolica piekieł występująca na końcu Księgi I Raju utraconego (1667). Architektem Pandemonium był Mulciber. Demony zbudowały go w około godzinę, ale znacznie przewyższał wszystkie ludzkie pałace i siedziby. Był złoty.

    Upadły anioł, symbol pandemonium (lic. Depositphotos)

    Na stronach „Tajemnice świata” jednak pandemia widziana jest jako fałszywa pandemia, i nazywana jest czasem w sieci „plandemią”: CZARNE CHMURY NAD SIECIĄ 5G PRZYKRYTE FAŁSZYWĄ „PANDEMIĄ” KORONAWIRUSA https://www.tajemnice-swiata.pl/falszywa-pandemia/

    Podobne teorie spotkać można na różnym forach blogerów youtubowych.

    Od II połowy kwietnia 2020 coraz więcej ludzi szuka w sieci Internet wyjaśnienia, co znaczy słowo „plandemia” albo angielskie „plandemic”. Wcześniej oba wyrażenia nie istniały.

    Pisze ostatnio o tym nowym zjawisku The Economist w artykule odredakcyjnych: „Anti-lockdown protests have been hijacked by conspiracy theorists”. The Economist, 6 wrzesień 2020. https://www.economist.com/international/2020/09/06/anti-lockdown-protests-have-been-hijacked-by-conspiracy-theorists.

    Strona The Economist, ilustracja do artykułu o pandemii, zrzut ekranu JP

    Pisze się o plan- i skamdemii, bo zwolennicy spiskowych teorii przejmują rząd dusz nad tymi, którym z jakichś powodów nie podoba(ło) się totalne zamknięcie całego niemal świata w okresie od marca do końca maja 2020 r.  Jak pisze redakcja międzynarodowa The Economist, poglądy tych protestujących są często śmieszne; ale konsekwencje bywają poważne”.

    Zamknięcie (ang. lockdown) stało się poważnym problemem dla całych społeczeństw. Nie ma co z tym dyskutować. W wielu miejscach na świecie stosowano metody na pograniczu prawa, bądź całkiem bezprawne. Przypomnę, jakoś o tym się zapomina, że w Polsce jedne z najdrastyczniejszych ograniczeń wolności obywatelskich (takie jak domowe kwarantanny niemal całego społeczeństwa, zakaz wchodzenia do lasów, zakaz przemieszczania się) wprowadzono z pogwałceniem Konstytucji RP, która wymagałaby w takich sytuacjach wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, konkretnie klęski żywiołowej. Bezprawne były wybory w maju, które się odbyła, a jednak nie odbyły… Dlatego nie dziwi ani trochę opór niektórych obywateli. Choć motywacja tego oporu bywa, niestety, dziwna. I groźna.

    Po wprowadzeniu złagodzenia restrykcji, objawił się opór także na ulicach.

    Jednak faktycznie zaskakuje treść tych protestów na całym świecie: w Rzymie, w brytyjskich miastach, w tym w Edynburgu i Sheffield, w Australii, w tym w Melbourne. Także dziesiątki tysięcy Niemców w Berlinie. W Polsce przeciwko zamknięciu gospodarki protestowali w swoim czasie przedsiębiorcy. Jak wskazuje the Economist w protestach nie ma jednolitości, można powiedzieć, to istne pandemonium: „antyszczepionkowcy”, aktywiści anty-5G protestujący przeciwko inwigilacyjnemu, policyjnemu państwu, antymaseczkowcy, ale także skrajna prawica z flagą dawnego imperium niemieckiego sprzed 1918 r.

    Zgromadzenia naruszały prawo przeciwko zgromadzeniom, bo było na nich np. w Londynie ponad 30 osób.

    Temu wszystkiemu towarzyszy przekonanie, że wirus „„nie jest chorobą zakaźną o dużych konsekwencjach”, ale został wykorzystany w „operacji psychologicznej” mającej na celu zamknięcie gospodarki w interesie wielkich korporacji, takich jak firmy farmaceutyczne i telekomunikacyjne. I w tym kontekście pojawia się właśnie nowe słowo: „plandemiczna epidemia”, pandemia to jest realny i niebezpieczny, ale umyślny spisek niektórych złych ludzi lub rządów, mających na celu zarobienie ogromnych pieniędzy albo narzucenie lub rozszerzenie dyktatury. (Taka opcja będzie też prawdopodobnie w Polsce.)

    To, że niektórzy celebryci i naukowcy przewidywali wystąpienie pandemii (m.in. cytowany przeze mnie Nassim NicholasTaleb, autor bestselerowego „Czarnego łabędzia”), powoduje, że postrzega się ich jako wiedzących więcej, a nawet jako inspiratorów całego zamieszania. Spotkało to Billa Gatesa, współzałożyciela firmy Microsoft i czołowego filantropa. „Według ankiety przeprowadzonej przez YouGov i Yahoo News, ponad jedna czwarta Amerykanów i 44% Republikanów uważa, że Gates chce użyć szczepionki Covid-19 do wszczepienia mikroczipów pod skórę ludzi. Przemówienie, które wygłosił w 2015 roku, w którym argumentował, że „jeśli cokolwiek zabije ponad 10 milionów ludzi w ciągu następnych kilku dziesięcioleci, prawdopodobnie będzie to wysoce zaraźliwy wirus, a nie wojna”, było oglądane na YouTube ponad 30 milionów razy. Dla wielu jest to dowód winy.”

    Symbol spisku ponadpaństwa Q (lic. Depositphotos)

    Również dziwaczna teoria spiskowa wspierająca Donalda Trumpa „QAnon”, jest przywoływana w tym kontekście. Zgodnie z nią prezydent Donald Trump prowadzi tajną wojnę z elitą czczących diabła pedofilów. (Kiedyś naczelną burdelmamą pedofilów miała być Hillary Clinton, która w kampanii wyborczej była oskarżana o prowadzenie pizzerii pod przykrywką).

    Bardzo charakterystyczne, że o Polsce ta legendarna postać Q, która jest źródłem różnych spiskowych teorii, wypowiedziała się chyba tylko raz, jak podaje Wikipedia: „Według Q Narodowy Bank Polski jest rzekomo kontrolowany przez rodzinę Rotschildów, która w świetle całej teorii konspiracyjnej propagowanej przez Q stanowi jeden z kilku głównych rodów sterujących organizacją przestępczą z którą walczy administracja Donalda Trumpa.” Nic dziwnego, że tutaj, w kraju takim jak Polska, mamy antyżydowski spisek w tle. 

    The Economist wskazuje na niebezpieczeństwo takich marginalnych, ale głośnych grup: „mogą być wykorzystywane przez inne siły polityczne, ” (skrajna prawica), żywią się innymi podziałami „wojny kulturowej”, „pozostawiając społeczeństwo bardziej podzielone w czasie, gdy wspólne zagrożenie mogło je połączyć. Noszenie maski powinno być środkiem ostrożności dla zdrowia publicznego, a nie polityczną odznaką.”

    Po trzecie, kompromitują często właściwy krytycyzm względem państwa, wykorzystującego „kryzysy”, „wstrząsy” dla własnych celów i własnej agendy.

    Można wskazać, że w Polsce np. część radykalna Kościoła Katolickiego wykorzystuje ten koncept „plandemii”, do walki z przeciwnikami Kościoła.  Zob. np. Opis tego zjawiska w Gazecie Wyborczej: Duchowy lider Wojowników Maryi: Pandemia to narzędzie szatana, które ma zniszczyć eucharystię (https://bydgoszcz.wyborcza.pl/bydgoszcz/7,48722,26278880,duchowy-lider-wojownikow-maryi-pandemia-to-narzedzie-szatana.html)

    „Ks. Dominik Chmielewski jest twórcą i duchowym przywódcą istniejącej od kilku lat formacji Wojowników Maryi, w której mogą działać wyłącznie mężczyźni. Jej członkowie mówią o sobie, że są armią Boga.”

    Zatem nowe słowa czasami są niewinne, ale mogą być także niebezpieczne, tak jak skrajnie niebezpieczni są antyszczepionkowcy, choć płaskoziemcy już mniej, bo ich teorie nie wpływają tak bardzo na praktykę społeczną, jak antyszczepionkowców. Jednak w powszechnym pandemonium wywołanym pandemią, te radykalne grupy stają się bardzo widoczne, zaś hasła coraz głośniejsze. Dlatego uważajmy na słowa.

    Jarosław Płuciennik

    PS. Artykuł zmieniony nieco ukazał się 11 września 2020 w Tygodniku Łódź, Gazety Wyborczej, w wydaniu papierowym.

    PS2. Artykuł ukazał się także na stronach internetowych Gazety Wyborczej 12 września. W dniu, w którym w Warszawie odbyła się manifestacja antymaseczkowców.

  • The Cure for stupidity — w obcym języku jest

    The Cure for stupidity — w obcym języku jest

    Fot. Depositphotos.

    Nie jestem politykiem i nie wiem, jak nazwać ten styl uprawiania polityki, ale wiem jedno: potrafię czytać i słuchać, słyszę i czytam ze zrozumieniem.

    Andrzej Duda, ciągle urzędujący prezydent i kandydat na prezydenta w obecnych wyborach powiedział wczoraj w poniedziałek w Końskich na wiecu: „Absolutnie nie jestem zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych. Powiem państwu otwarcie – ja osobiście nigdy się nie zaszczepiłem na grypę, bo uważam, że nie. Miałem oczywiście różne szczepienia jako dziecko i później jako dorastający chłopak, ale na grypę się nigdy nie szczepiłem i nie chcę się szczepić, i uważam, że szczepienia na koronawirusa absolutnie nie powinny być obowiązkowe.”

    Lekarz szczepiący dziecko (fot. Depositphotos)

    Gdybym chciał przeanalizować znaczenie tej wypowiedzi na zajęciach z semiotyki tekstu, to powiedziałbym, że pierwsze zdanie „absolutnie nie jestem zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych” jest jednoznacznym opowiedzeniem się za dobrowolnością wszystkich szczepień, gdyż jeśli nie jest się zwolennikiem jakichkolwiek obowiązkowych szczepień, to jest się zwolennikiem, aby wszystkie szczepienia były dobrowolne. Taka jest logika na dodatek wzmocniona modulatorem „absolutnie„. Absolutnie, czyli w najwyższym stopniu. Wg Słownika PWN
    absolutny

    1. «zupełny»
    2. «niekwestionowany»
    3. «istniejący obiektywnie»
    4. «oparty na zasadach absolutyzmu lub rządzący według tych zasad»
      Wszystkie trzy pierwsze znaczenia można przywołać w tym prezydenckim przysłówku przymiotnikowym „absolutnie”. „Absolutnie” w zdaniach przeczących po prostu dodatkowo jeszcze wzmacnia wykluczenie przez zaimek nieokreślony „jakichkolwiek”:

    Za PWN: jakikolwiek

    1. «zaimek nieokreślony, komunikujący dowolność lub obojętność wyboru, np. Poszukaj sobie jakiejkolwiek pracy.»
    2. «zaimek nieokreślony, wyrażający negatywną ocenę wartości przedmiotu, np. Zrobiła sweter z jakiejkolwiek wełny i po praniu musiała go wyrzucić.»
    3. «zaimek komunikujący, że cecha danego obiektu lub stanu rzeczy jest nieistotna z punktu widzenia tego, o czym mowa w wypowiedzeniu nadrzędnym, np. Jakiekolwiek masz kłopoty, skorzystaj z pomocy rodziców.»

    Dlatego późniejsze, dzisiejsze (7.07.20) stwierdzenie na Twitterze prezydenckim zawężające tę wypowiedź do szczepienia przeciwko koronawirusowi, szczepienia ewentualnego, którego nie ma i nie wiadomo kiedy będzie, czy kiedykolwiek będzie (specjaliści mówią, że prawdopodobnie lepszym rozwiązaniem dla ludzkości jest lek zmniejszający dolegliwość powikłań u grup szczególnego ryzyka) jest zwyczajną próbą mydlenia oczu grupie bardziej wykształconych, tych, dla których twitter jest naturalnym miejscem komunikacji społecznościowo-politycznej: „STOP MANIPULACJI! Uważam, że ewentualne szczepienie przeciw koronawirusowi nie powinno być obowiązkowe. Tak jak nie są obowiązkowe szczepienia przeciw grypie. Co do innych chorób (polio, gruźlica, szkarlatyna itp.), to zupełnie co innego”.

    Twitter PAD

    Zatem w Końskich można mówić do swojego elektoratu, tego wiedzoodpornego, że jest się zwolennikiem dobrowolności szczepień, ale na Twitterze już nie, tutaj trzeba zapewnić lepiej wykształconych, że się jest także jednak trochę myślącym człowiekiem, a nie szkodnikiem społecznym.

    satyra na manipulację

    To jest podobna postawa do postawy prezydenta w Zwoleniu, nazwałem to retoryką narodowego populizmu, tam właśnie Andrzej Duda mówił do ludzi zgromadzonych 18 stycznia na rynku, że „Nie będą nam w obcych językach narzucali, jaki mamy mieć ustrój”. Pisałem o tym na tym blogu tutaj.

    Jednym słowem, żeby zdobyć jakąś marginalną grupę, czy to wykluczonych edukacyjnie, czy to wiedzoodpornych antyszczepionkowców, można powiedzieć wszystko, a potem udawać głupiego i przeczyć oczywistościom. „Bo nie będą nam mówić, że białe jest białe, a czarne jest czarne.” I to w obcych językach. Przecież te badania tych wszystkich epidemiologów to po angielsku zazwyczaj są pisane, w jakimś Science, Nature i innych tego typu miejscach. Obrzydliwość… „Nie szczepię się na grypę, bo nie…”, taka logika. Dla mnie to zwykła głupota. A ćwierkania na Twitterze to po prostu kłamstwo, obrzydliwe kłamstwo.

    Cure for Stupidity w obcym języku
  • List otwarty do Rektora

    List otwarty do Rektora

    Dzisiaj 4 lipca 2020 rano wysłałem List do Rektora UŁ. Załączam treść poniżej.

    Wielce Szanowny JM
    prof. dr hab. Antoni Różalski,
    Panie Rektorze,

    List (Fot. Depositphotos)

    Pragnę zaapelować do pana Rektora o podjęcie stosownych działań, aby rektorska kampania wyborcza na Uniwersytecie Łódzkim wróciła na swoje merytoryczne tory. Problemy, które się pojawiły są prawdopodobnie wynikiem sposobu działania i pracy w obecnych warunkach pandemicznych oraz współczesnych narzędzi medialnych. Wiadomo, że sztaby wyborcze kandydatów zatrudniają również osoby bez wyczucia akademickich standardów. Najlepszym przykładem takich niestosownych praktyk, wydaje się to, że w programie pani Rektor Elżbiety Żądzińskiej można znaleźć dokładne fragmenty obecne w programie wyborczym Bogumiły Kaniewskiej wybranej w tym roku na urząd Rektora UAM.

    Fragmenty o które idzie to:

    cytat 1
    jestem głęboko przekonana o potrzebie
    zachowywania apolityczności uczelni, jej
    autonomii i niezależności. Uniwersytet jest
    miejscem debaty i dyskusji, a nawet sporu —
    ale prowadzone są językiem pozbawionym
    agresji, wrogości, nienawiści.

    cytat 2
    Jestem też głęboko przekonana o potrzebie zachowywania apolityczności uczelni, jej autonomii i niezależności. Uniwersytet jest miejscem debaty i dyskusji, a nawet merytorycznego sporu – o ile prowadzone są językiem pozbawionym agresji, wrogości, nienawiści.

    Dla dobra uniwersytetu proszę obie strony sporu o powrót do merytorycznej dyskusji i nieoddawania pola anonimowym i fałszywym kontom internetowym. Te mechanizmy jako narzędzia dyskredytacji przeciwników można odnaleźć w kampaniach wyborczych różnego typu.

    Z wyrazami głębokiego szacunku,

    ~~jarosław płuciennik