Tag: humanistyka

  • Uniwersytety w Szwecji, Polsce i Ameryce — prestiż czy polityka

    Uniwersytety w Szwecji, Polsce i Ameryce — prestiż czy polityka

    Obserwatorium Nordyckie | 6 maja 2026

    Jarosław Płuciennik


    Poniedziałkowy numer Svenska Dagbladet przynosi felieton, który inspiruje. Johannes Lindvall, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie w Göteborgu, stawia w rubryce Under strecket pytanie, które coraz trudniej ignorować: dlaczego Szwedzi wciąż ufają swoim uniwersytetom, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii szkolnictwo wyższe stało się polem otwartej wojny kulturowej?

    Odpowiedź, jaką Lindvall konstruuje, jest precyzyjna i niepokojąca zarazem — bo pokazuje, że ów nordycki spokój nie jest stanem naturalnym, lecz kruchą równowagą, wymagającą nieustannej troski.

    Życie uniwersyteckie (lic. Depositphotos)

    Ameryka jako lustro

    Punktem wyjścia jest diagnoza sytuacji w USA. Od stycznia 2025 roku, gdy Donald Trump po raz drugi objął urząd prezydenta, kampania jego administracji przeciwko uczelniom nabrała cech systematycznej ofensywy, o czym Obserwatorium Nordyckie już pisało: groźby cofnięcia finansowania badań, kosztowne procesy sądowe, naciski na zmianę polityki kadrowej i programowej. W lutym 2026 roku rząd federalny złożył przeciwko Harvardowi pozew opiewający na miliard dolarów. Nie jest to tylko spór o pieniądze — to próba zmiany tego, czym w ogóle jest uniwersytet.

    Lindvall wskazuje, że w tle konfliktu leżą dwa fundamentalne pytania. Pierwsze dotyczy ekonomii: czy uczelnie są demokratycznym narzędziem awansu społecznego, czy też — jak twierdzą krytycy — głównie maszyną do reprodukowania uprzywilejowanych elit? Drugie dotyczy wartości: czego i w jakim duchu uczą? Odpowiedzi na oba pytania stały się w USA kwestią identyfikacji partyjnej. I to właśnie jest, zdaniem Lindvalla, scenariusz, którego Szwecja powinna za wszelką cenę uniknąć.

    Badania Gingrich: mapa poparcia

    Centralnym punktem odniesienia w felietonie są wyniki dużego badania porównawczego, opisanego w artykule naukowym Who backs universities? Public attitudes and contemporary backlash (Jane Gingrich, „Comparative Education”). Badanie — przeprowadzone jesienią 2024 roku na próbie około 1500 respondentów w każdym z pięciu tylko krajów: USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Szwecji — miało na celu zmierzenie nie tylko ogólnego poziomu zaufania do uczelni, ale przede wszystkim mechanizmów, które za nim stoją lub które go podkopują.

    Gingrich, profesorka polityki społecznej w Oksfordzie, od lat bada politykę edukacyjną w perspektywie porównawczej, ze szczególnym uwzględnieniem tego, jak reformy rynkowe zmieniają postawy obywateli wobec instytucji publicznych. Jej projekt obejmował trzy eksperymenty osadzone w ankiecie: analizę conjoint dotyczącą postrzegania jakości edukacji, test gotowości wyborców do karania rządzących za słabe wyniki systemu edukacji, oraz — najważniejszy dla interesującej nas kwestii — badanie mechanizmów odpowiedzialnych za rosnący backlash wobec szkolnictwa wyższego wśród określonych grup społecznych.

    Wyniki są jednoznaczne: Szwecja wyróżnia się pozytywnie na tle wszystkich pozostałych krajów. Podziały ideologiczne wokół szkolnictwa wyższego są tu znacznie mniejsze niż w krajach pozostających pod wpływem anglo-amerykańskiego modelu; uczelnie są postrzegane jako instytucje użyteczne dla całego społeczeństwa, a nie tylko dla jednej jego klasy czy orientacji politycznej. Przeciętny wynik zaufania w Szwecji jest wyraźnie wyższy niż w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie polaryzacja osiągnęła poziom alarmujący.

    Trzy wyjaśnienia nordyckiej odporności

    Lindvall proponuje trzy wzajemnie uzupełniające się wyjaśnienia.

    Pierwsze: struktura ekonomiczna. W Szwecji różnica płac między osobami z wyższym i bez wyższego wykształcenia jest relatywnie niewielka — mniejsza niż w USA, Wielkiej Brytanii czy Polsce. System finansowania studiów oparty jest na państwowych pożyczkach studenckich, a nie na prywatnym zadłużeniu, co radykalnie obniża ekonomiczne ryzyko podjęcia studiów. W efekcie dostęp do uczelni jest powszechny, a resentyment wobec “wykształconych elit” — znacznie słabszy. Gdy dyplom nie jest wyrocznią klasową, trudniej go demonizować.

    Drugie: mniejsza intensywność konfliktów kulturowych. W Szwecji o programach nauczania, wykładowcach gościnnych czy polityce rekrutacyjnej toczy się mniej ostrych batalii niż w USA i Wielkiej Brytanii. Uczelnie są traktowane — i same się traktują — bardziej jako miejsca pracy i badań niż jako sceny dramatów ideologicznych. Kontrowersje wokół kursów czy języka akademickiego zdarzają się, ale mają znacznie mniejszy ładunek symboliczny i polityczny.

    Trzecie: reprezentatywność polityczna kadry. Powołując się na badania ekonomistów Niclas Berggren i Henrik Jordahl oraz socjolożki Charlotty Stern, Lindvall zauważa, że szwedzcy wykładowcy akademiccy są politycznie bliżsi ogółowi społeczeństwa niż ich odpowiednicy w USA czy Wielkiej Brytanii. To ogranicza wiarygodność narracji o “lewicowej bańce kampusowej” — bo gdy kadra jest mniej jednorodna politycznie, trudniej ją przedstawiać jako ideologiczną enklawę.

    Polska: między Stokholmem a Waszyngtonem

    Kiedy przykładamy ten analityczny szkielet do polskich realiów, obraz jest mniej optymistyczny — choć nie beznadziejny.

    Pod względem zaufania instytucjonalnego Polska plasuje się znacznie bliżej modelu anglo-amerykańskiego niż nordyckiego. Polacy generalnie są bardziej nieufni wobec instytucji publicznych (co potwierdzają systematycznie dane Eurobarometru i CBOS), a uczelnie nie są tu wyjątkiem. Towarzyszą temu trzy narracje, które wzajemnie się wzmacniają: uczelnie jako środowisko oderwane od rynku pracy i produkujące “bezużyteczne dyplomy” (słynna teza prezesa PZU Klesyka o fabrykach bezrobotnych); uczelnie jako bastion liberalno-lewicowej ideologii; uczelnie jako środowisko nepotyczne i zamknięte na zewnętrzną krytykę.

    Lata 2015–2023 były pod tym względem szczególnie napięte. Reforma Gowina (ustawa 2.0) zmieniła strukturę zarządzania uczelniami w sposób budzący uzasadnione obawy o ich autonomię. Atak na gender studies i “ideologię gender” stał się elementem szerszej polityki kulturowej państwa PiS. Ustawa o IPN z 2018 roku usiłowała ograniczyć swobodę badań historycznych a finansowanie tej instytucji odebrało nikłe finansowanie badań historycznych (gdyby te pieniądze trafiły do instytutów PAN…) W odpowiedzi środowisko akademickie — słusznie — zaangażowało się w obronę praworządności, aktywizując m.in. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, który organizował strajki okupacyjne w całej Polsce.

    Ale tu pojawia się paradoks, który Lindvall — choć nie pisze o Polsce — diagnozuje precyzyjnie: zaangażowanie polityczne środowiska akademickiego w obronie wartości demokratycznych jest uzasadnione i potrzebne, ale niesie ze sobą ryzyko trwałego utożsamienia uczelni z jedną stroną podziału politycznego. Jeśli uniwersytet zaczyna być postrzegany nie jako instytucja “nad barykadą”, lecz “po jednej stronie barykady” — traci część swojej społecznej bazy zaufania.

    Polska ma ponadto jeden z wyższych w Europie współczynników premii płacowej za dyplom. Dyplom wciąż wyraźnie oddziela klasy społeczne, co tworzy podatny grunt dla populistycznej narracji obencnej wśród tradycyjnego elektoratu prawicowego o “wykształciuchach”. To głęboka różnica strukturalna w stosunku do Szwecji — i prawdopodobnie jeden z ważniejszych powodów, dla których polski backlash wobec uczelni ma większy potencjał mobilizacyjny niż szwedzki.

    Co można zachować, co zbudować

    Polska dysponuje jednak zasobami, których nie wolno lekceważyć. Tradycja inteligencji — pojęcie nieprzetłumaczalne na szwedzki ani angielski — oznaczała historycznie społeczną odpowiedzialność wykształconej warstwy za całą wspólnotę, nie tylko za własne interesy korporacyjne. To dziedzictwo nie zniknęło. Polskie uczelnie mają też, pomimo wszystkich kryzysów, stosunkowo wysoką pozycję w systemie wartości społecznych — dyplom wciąż jest ceniony, nawet gdy konkretne uczelnie są krytykowane.

    Lindvall w swoim felietonie formułuje trzy filary, na których opiera się szwedzki model: wolność badań, dydaktyka i zaangażowanie w życie społeczne — bez ostentacyjnego demonstrowania politycznych preferencji. To nie jest postulat apolityczności, bo apolityczność jest iluzją. To postulat wiarygodności: instytucja jest wiarygodna wtedy, gdy jej działania publiczne wynikają z racji epistemicznych i etycznych, a nie z lojalności partyjnej.

    Paradoks polega na tym, że w Polsce lat 2015–2023 demonstrowanie politycznych preferencji przez środowisko akademickie było moralnie konieczne — bo zagrożona była sama substancja instytucji. Ale w Polsce lat 2025 i kolejnych wyzwaniem jest coś innego: odbudowanie zaufania tych grup społecznych, które postrzegają uniwersytet jako instytucję obcą. A to wymaga czegoś więcej niż poprawności politycznej po właściwej stronie — wymaga odwagi intelektualnej, gotowości do stawiania pytań niewygodnych dla własnego środowiska i obecności w debacie publicznej, która nie ogranicza się do mediów jednej opcji.

    Addendum (6 maja 2026): Humanistyka i totalobronność

    Dwa dni po felietonie Lindvalla ta sama rubryka Under strecket przynosi tekst równie niepokojący, tyle że z innej strony. Susanne Dodillet — historyczka edukacji i dydaktyk pedagogiki na Uniwersytecie Sztokholmskim, autorka książki Historien om det moderna universitetet — stawia pytanie, które na pierwszy rzut oka brzmi zaskakująco: co ma wspólnego humanistyka z obronnością państwa?

    Więcej niż mogłoby się wydawać. I właśnie to “więcej” jest problematyczne.

    Kampus na usługach totalobronności

    Od jesieni 2025 roku totalförsvaret — szwedzki system obrony totalnej, łączący wojsko z cywilną odpornością społeczeństwa — powrócił do programów szkół średnich. Rekruci uczą uczniów podstaw wojskowych. Szkoła ma “kształtować wartości” i “wzmacniać demokratyczną odporność”. Na poziomie wyższym działa projekt “Campus totalförsvar” — strategiczna współpraca między akademią, władzami, biznesem i społeczeństwem obywatelskim, w której uczestniczy ponad 30 uczelni. Jego strona internetowa deklaruje, że celem jest wyposażenie społeczeństwa w wiedzę i kompetencje potrzebne do stawienia czoła wyzwaniom “jutra”.

    “Humaniora ma w tej inicjatywie naturalne miejsce” — pisze Dodillet, cytując głos środowiska. Historycy i badacze idei mają wzmacniać “humanistyczną sprawność duchową” i budować “demokratyczną odporność”. Brzmi szlachetnie. Ale Dodillet drąży głębiej.

    Torsten Husén i paradoks demokratycznej propagandy

    Centralną postacią jej analizy jest Torsten Husén (1916–2009) — psycholog szkolny i wieloletni grand old man szwedzkiej polityki oświatowej. Husén badał propagandę pierwszej wojny światowej i zauważył, że zawołanie “Make the world safe for democracy” — z którym USA i Wielka Brytania weszły do konfliktu — było przez wojujące strony odczytywane jako ideologiczne uzasadnienie, nie zaś jako cel sam w sobie. Motywy geopolityczne zepchnęły ideały na drugi plan.

    Po wojnie Husén kontynuował badania jako psycholog wojskowy i trafił na paradoks, który go nie opuszczał: propaganda może być skuteczna jako wsparcie demokratycznego państwa, ale jeśli jest zbyt nachalna, staje się moralnie wątpliwa — i odwrotnie: naprawdę demokratyczne wychowanie zakłada krytyczne myślenie i autonomię jednostki, co jest złą podstawą do masowej mobilizacji. Długie wojny niszczą morale ludu; propaganda musi je uzupełniać — ale propaganda jest sprzeczna z tym, co demokracja głosi o samej sobie.

    Husén zaangażował się w prace komisji szkolnej z 1946 roku, która ustanowiła fundamenty “demokratycznej szkoły” w powojennej Szwecji. Komisja kładła nacisk na kształcenie “samodzielnych i krytycznych obywateli”, zdolnych do własnych ocen i odpornych na demagogię. Ale w tle zawsze była ta sama obsesja: jak wychować ludzi, którzy będą dobrowolnie bronić wspólnoty, nie tracąc przy tym wolności myślenia?

    Czym jest “demokratyczna odporność”?

    Dodillet dostrzega ciągłość tej debaty aż po dzień dzisiejszy. Rządowa strategia demokratyzacji z 2018 roku mówi o “wzmacnianiu odporności obywateli”. “Campus totalförsvar” obiecuje, że szkoła da uczniom “poczucie sprawczości i przynależności” oraz “wychowa ich do misji demokratycznej”. To — jak zauważa Dodillet — jest niemal dosłownie język Huséna sprzed siedemdziesięciu lat.

    I tu pojawia się pytanie, które czyni ten felieton tak intelektualnie drapieżnym: czy wysoki poziom zaufania Szwedów do swoich uczelni — ten sam, który Lindvall opisuje z podziwem — nie jest po części efektem osiemdziesięciu lat spokojnej, konsekwentnej “totalizacji” społeczeństwa przez system edukacji? Czy uczelnie cieszą się zaufaniem dlatego, że są instytucjami wolności — czy dlatego, że skutecznie wytworzyły wspólnotę wartości, która jest zarazem wspólnotą obronną?

    Co to znaczy dla roli humanistyki?

    To pytanie ma bezpośrednie implikacje dla humanistyki. Jeśli humanistyka jest “naturalnie” powołana do budowania demokratycznej odporności — kto definiuje jej treść? Kto decyduje, które narracje historyczne wzmacniają tę odporność, a które ją osłabiają? Kto ocenia, czy “krytyczne myślenie” jest właściwie wyważone między autonomią jednostki a lojalnością wobec wspólnoty?

    Dodillet nie odpowiada wprost — i słusznie. Stawia raczej diagnozę: przez całą powojenną historię Szwecji granica między “wolną humanistyką” a “humanistyką użyteczną dla państwa” była rozmyta. Uczelnie kształciły “demokratycznych obywateli” — co brzmiało jak projekt emancypacyjny, ale miało też zawsze wymiar mobilizacyjny. W czasach pokoju napięcie to pozostawało uśpione. W czasach zagrożenia — jak teraz, gdy Szwecja jest w NATO i realna obawa przed konfliktem z Rosją kształtuje debatę publiczną — napięcie to się ujawnia.

    Polskie echo

    Dla polskiego czytelnika te rozważania mają gorzki smak rozpoznania. Polska humanistyka przez dziesięciolecia była narzędziem “kształtowania świadomości narodowej” — w wersji komunistycznej i nacjonalistycznej, zależnie od okresu. Emancypacja od tej instrumentalizacji była jednym z głównych projektów środowiska humanistycznego po 1989 roku. Tymczasem felieton Dodillet przypomina, że nawet w liberalnej demokracji humanistyka nie istnieje w próżni — zawsze jest zakorzeniona w jakimś projekcie wspólnotowym.

    Pytanie nie brzmi więc: czy humanistyka ma służyć społeczeństwu? — bo oczywiście ma. Pytanie brzmi: jakiemu społeczeństwu, jakim wartościom i w jaki sposób? I kto ma prawo to rozstrzygnąć?

    Jeśli zestawimy oba felietony — Lindvalla i Dodillet — otrzymujemy obraz bardziej złożony niż prosty kontrast “dobrego nordyckiego modelu” wobec “złego modelu anglo-amerykańskiego”. Szwecja wypracowała instytucjonalne zaufanie do uczelni przez dekady — ale wypracowała je częściowo dlatego, że konsekwentnie integrowała edukację wyższą z projektem demokratycznej wspólnoty obronnej. To nie jest bezkosztowe. I to nie jest model, który można po prostu skopiować.

    Prawdziwa autonomia uczelni — ta, o którą warto walczyć — nie polega ani na izolacji od społeczeństwa, ani na bezrefleksyjnym służeniu jego doraźnym celom. Polega na zdolności do podtrzymywania namysłu, który jest jednocześnie głęboko zakorzeniony i nieustępliwie wolny. Humanistyka, która potrafi to pogodzić, jest wartością publiczną. Humanistyka, która wybiera tylko jedno z tych dwóch — albo staje się wieżą z kości słoniowej, albo maszyną ideologiczną.


    Felieton Johannesa Lindvalla „Därför litar vi ännu på våra universitet” ukazał się w Svenska Dagbladet 4 maja 2026 r. Felieton Susanne Dodillet „Demokratisk fostran – för totalförsvaret?” ukazał się w tym samym dzienniku 6 maja 2026 r. Badania Gingrich cytowane przez Lindvalla opisane są w artykule „Who backs universities? Public attitudes and contemporary backlash”,w: „Comparative Education”. Wcześniej Gingrich, Schools and Attitudes Toward Economic Equality,”Policy Studies Journal” 47, 2, 2019.

  • Minister Gowin wynajdzie koło?

    Minister Gowin wynajdzie koło?

    Wynalezienie koła i łączenie ministerstw. O znaczeniu nauk humanistycznych raz jeszcze

    Spojrzałem przypadkiem na ofertę walizek podróżnych w dużym sklepie. Wokół było pusto. Nikt się nie kwapił kupować. Wiem, że to nie jest najważniejszy towar, na który dzisiaj nie ma popytu ze względu na pandemię. Ale trochę dało mi to do myślenia. Trochę refleksyjnie zacząłem, a przecież są ważniejsze tematy.

    Sterta walizek (fot. lic. Depositphotos)

    Polska w mediach przez ostatnie tygodnie żyła tzw. rekonstrukcją rządu, albo kryzysem tzw. Zjednoczonej Prawicy. W trakcie rozmów o rekonstrukcji rządu, o której była mowa dawno, jeszcze chyba przed wyborami prezydenckimi, a na pewno zaraz po nich, mówiło się o tym, że ministerstw będzie mniej. Niby dobrze. Ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. W lipcu nauczyciele zostali zaniepokojeni pomysłem połączenia Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Pomysł fatalny, bo przecież Uczelnie to nie tylko edukacja.

    Jednak 22 września 2020 opublikowano apel dwunastu naukowców o połączenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z Ministerstwem Rozwoju. Naukowcy w liście przypominali, że badania naukowe „powinny służyć społeczeństwu, a ich wyniki rozwijać krajową gospodarkę”. Ich zdaniem, to ważne zwłaszcza podczas epidemii koronawirusa. W wielu krajach taki model się sprawdza, zaś „w dłuższej perspektywie” mogłoby to doprowadzić do zwiększenia finansowania nauki przez sektor prywatny. „Da (to także) szansę na szybszy rozwój polskiej gospodarki”. Wśród dwunastki znaleźli się wysoko postawieni Prezes PAN prof. dr hab. Jerzy Duszyński, prof. dr hab. inż. Arkadiusz Mężyk (Przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich), prof. dr hab. Zbigniew Marciniak (przewodniczący Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego) oraz prof. dr hab. Maciej Żylicz (prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej).

    Wan Gang. Minister Nauki i Techniki Chin

    Jaki to ma związek z bagażem?

    Słownik Języka Polskiego definiuje słowo „bagaż”

    1. «rzeczy w paczkach, walizkach itp., które podróżujący ma ze sobą»

    2.  «nagromadzenie, zasób czegoś»

    Bardzo charakterystyczne, że w Słowniku Języka Polskiego znajdziemy także słowo „bagażowy” odnoszące się do zawodu, który już jakby prawie zupełnie zanikł.

    Jeszcze Słownik pod red. Doroszewskiego o bagażu pisał:

    „Rzeczy zapakowane w paczki, walizki, tłumoki, pakunki itp. Przeznaczone do przewożenia wszelkimi środkami lokomocji.” 

    Kiedy czytać taką definicję przychodzą na myśl obrazki uchodźców z płonącej Warszawy albo Aleppo obładowanych takimi właśnie tłumokami… Albo obrazek małego samochodu obładowanego pakunkami z Ikei. (reklama)

    Uchodźcy w obozie z pakunkami (lic. Depositphotos)

    U Doroszewskiego pojawia się też frazeologizm: „bagaż ręczny”.

    Ale także metaforyczne użycia: „bagaż wiedzy, erudycji, nauki (zasób wiedzy)”. W potocznym użyciu dzisiaj w sieci znaleźć można także takie paranaukowe „bagaż emocjonalny”, którego wielu pragnie się pozbyć. Bagaż jest obciążeniem.

    Jak podaje Aleksander Brückner bagaż w języku polskim pojawił się z języka franc. bague — pakunek, z łac. bada, niem. Pack, (pol. pakować się, od franc. pacquet z łac. paccus).

    Ciekawa jest angielska etymologia bagażu (Słownik etymologiczny)

    Bagage, pojawił się w połowie XV w. jako „przenośne wyposażenie armii; grabież, łup”, „ze starofrancuskiego bagażu” bagaż, sprzęt (wojskowy) ”(14c.), z bague„ paczka, pakunek, worek ”, prawdopodobnie ostatecznie z tego samego skandynawskiego źródła, które przyniosło worek, czyli bag. Później używane torby, kufry, paczki itp. Widać już tutaj wyraźnie pewną maskulinizację bagażu, jego męskie kulturowe wymiary.

    Bardzo ciekawa jest jednak historia bagażu na kółkach. Pierwszy patent dotyczący bagażu na kółkach został złożony w 1949 r., opublikowany w 1953 r. Co ciekawe, kufer na kółkach został wynaleziony już w 1887 r., zaś walizka na kółkach w 1945 r. – ale, jak pisze Daniel A. Gross w Smitsonian nie udało się ich skomercjalizować. Nie było popytu? Czy może innych warunków? Bernard D. Sadow w 1970. r. złożył wniosek rozpatrzony pozytywnie 1972 r. jako „Rolling Luggage”.

    To co znamy dzisiaj jako najbardziej powszechną formę „bagażu na kółkach” zawdzięczamy amerykańskiemu pilotowi Robertowi Plathowi, (Robert Plath to jeden z pilotów Northwest Airlines 747) który w 1987 r. wynalazł bagaże dla członków załóg samolotów. Plath skomercjalizował wynalazek, bo podróżni zaczęli zazdrośnie patrzeć na elegancko przechadzających się po lotniskowych hallach członkach załóg samolotów. Duży interes zaczęła robić na tym wynalazku słynna firma Samsonite (od 2004 roku).

    „Ludzie niedobrze akceptują zmiany” – powiedział wynalazca Sadow.

    Joe Sharkey zastanawia się w NYT:

    „Dlaczego więc pojawienie się bagażu na kółkach trwało tak długo? Pan Sadow przypomniał sobie silny opór, jaki napotkał podczas tych wczesnych telefonów do sprzedaży, kiedy często mówiono mu, że mężczyźni nie przyjmą walizek na kółkach. „To była bardzo macho” – powiedział.

    Ale był to również czas ogromnych zmian w kulturze podróżowania, ponieważ coraz więcej osób latało, lotniska stawały się coraz większe i znacznie więcej kobiet zaczęło podróżować samotnie, zwłaszcza w podróży służbowej. Zajęło to dużo czasu, ale zwyciężył zdrowy rozsądek i dążenie do wygody. Walizka zyskała koła; podróżni nie potrzebowali już rutynowo tragarzy i boyów hotelowych.” (Sharkey, Joe. „Reinventing the Suitcase by Adding the Wheel”. The New York Times, 4 październik 2010, sekc. Business.)

    Katrine Marçal w Dagens Nyheter pisze wczoraj (26.09.2020), dlaczego minęło 5000 lat, zanim dostaliśmy walizki na kółkach (Därför tog det 5.000 år innan vi fick resväskor med hjul)

    „Koło to technologia, która ma 5000 lat. Odkąd wynaleźliśmy koło, stosujemy je od jednego poważnego problemu do drugiego. Stawiamy koła na wozy, taczki, armaty i samochody. Nawet męczarnia chomika powstała przed walizką na kółkach.”

    Koło (lic. Depositphotos)

    Pisze dalej: „Ekonomiści pomyśleli o tym wszystkim i walizka na kółkach stała się czymś w rodzaju klasycznego przykładu tego, jak innowacje mogą zająć trochę czasu w gospodarce.”

    Autorka przywołuje laureata tzw. Ekonomicznego Nobla z 2013 r., Roberta Shillera, który stwierdza, że dobry pomysł to za mało w ekonomii. „Rynek nie zawsze rozumie swoje najlepsze sposobności.” Dlatego należy stwierdzić, że ludzie przed 1987 r. nie widzieli sensu walizek na kółkach, zawsze myślimy, że to co jest, to najlepsze z możliwych rozwiązań technologicznych.

    Przywoływany przeze mnie wielokrotnie Nassim Taleb, interdyscyplinarny autor bestsellerowego „Czarnego łabędzia”, pisze także o walizkach w swojej książce „Antykruchość” (Antykruchość. O rzeczach, którym służą wstrząsy 2015) pisze, że im bardziej oczywiste jest rozwiązanie, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że wymyślimy je przy użyciu skomplikowanych metod.

    A sprawa jest banalnie prosta, jeśli uwzględnić wymiar humanistyczny historii kultury i cywilizacji. Kiedyś rewolucję przypisywano np. jeansom, które pomogły pokonać komunizm. (Nial Fergusson w Cywilizacji. Zachód i reszta świata, 2013) Dzisiaj podobnie trzeba spojrzeć, z punktu widzenia kulturowej historii na wynalazek bagażu z kółkami. Jak stwierdza Katrine Marçal „Mężczyźni musieli nosić, aby udowodnić, że są mężczyznami, a kobiety nie były priorytetowym konsumentem.”

    „Walizka zaczęła się toczyć, gdy zmieniliśmy nasz pogląd na płeć: że mężczyźni muszą nosić, a mobilność kobiet jest ograniczona.”

    Katrine Marçal to pisarka i korespondentka DN w Londynie. Zadebiutowała filmem „Rape and Romance” (2008) i od tego czasu opublikowała między innymi „The Only Sex” (2012) i „The Left at the Edge of the Fourth Industrial Revolution” (2017). „Jedyna płeć” została przetłumaczona na około dwadzieścia języków. W języku szwedzkim ponownie ukazał się tytuł „Kto ugotował obiad Adamowi Smithowi?” Na jesieni ma wyjść jej najnowsza książka „Inventing the World” (Mondial), książka o tym, jak pojęcia męskości i kobiecości ukształtowały współczesne społeczeństwo.

    Dlaczego o tym pisać w kontekście połączenia ministerstw? Ano dlatego, że kiedy pisze się o innowacyjności nauki, często mówi się także o jej komercjalizacji, służbie rozwojowi społecznemu. Otóż, bez rozwoju nauk humanistycznych, które mają się czasami bardzo dobrze, choć się ich nie docenia i nie dowartościowuje, nie ma mowy o rozwoju społecznym. Tak, studia nad płcią kulturową, czyli gender, są niezwykle przydatne społeczeństwu, jak widać po historii wynalazku koła. Koła nie wynajdziecie Panowie przez łączenie ministerstwa Nauki z ministerstwem Rozwoju. Zwłaszcza Minister Jarosław Gowin na pewno nie wynajdzie koła.

    Studia nad płcią kulturową są bardzo ważne społecznie i istotne naukowo (lic. Depositphotos)

    Ale zniszczyć możecie wiele, jak wiele już zniszczono w stadninie w Janowie. I na uniwersytetach po dobrej zmianie. Niszczenie jest łatwe i proste. Budowanie trwa lata i dekady.

    28.09.20 skrót opublikowała Gazeta Wyborcza

  • Siłaczki, społeczniczki… Spotkanie humanistyki i zarządzania

    Siłaczki, społeczniczki… Spotkanie humanistyki i zarządzania

    Wywiad z prof. prof. Moniką Kosterą i Ingą Iwasiów na temat nowej książki, współautorem której jest Monika Kostera: Siłaczki, szefowe, społeczniczki, Polki, organizatorki. Ewa Bogacz-Wojtanowska, Monika Kostera, Kraków 2019

    Tematyka kobieca jest coraz częściej podejmowana w kontekście nauk społecznych, w tym przywództwa kobiet. Rzadziej jednak przyjmuje się perspektywę organizacji i zarządzania. Kwestie „kobiecego zarządzania” nie są również często dyskutowane w kontekście polskim, co powoduje, że proponowany zbiór wnosi oryginalny wkład w rozwój tematyki.

    „Książka jest zbiorem opracowań przedstawiających sylwetki bądź konkretnych organizatorek, bądź grup liderek zarówno aktywnych współcześnie, jak i postaci historycznych. Takie podejście pozwala wyprowadzić z cienia liderki i organizatorki – przywrócić pamięć tych już nieżyjących oraz zwrócić uwagę na problemy, z jakimi borykają się dzisiaj kobiety aktywne na polu tradycyjnie zarezerwowanym dla mężczyzn. Sama tematyka zbioru wprowadza kobiecy punkt widzenia, gdyż autorzy nie omawiają jedynie sylwetek kobiet przywódczyń, które osiągnęły sukces w męskim świecie zarządzania (choć i takie sylwetki w zbiorze się znajdują), lecz organizatorki właśnie, które często bardziej wspierają, niż dowodzą. Opracowania nie zawsze odnoszą się do konkretnej osoby (bądź osób), lecz również do pewnych grup organizatorek. Cechą łączącą wszystkie opracowania jest zastosowana w badaniach metodyka – wszystkie rozdziały oparte zostały na badaniach jakościowych. Takie podejście metodologiczne daje możliwość oddania głosu samym kobietom i opowiedzenia ich historii.”
    Z recenzji dr hab. Anny Zachorowskiej-Mazurkiewicz

    prof. dr hab. Monika Maria Kostera (ur. 28 lutego 1963 w Warszawie) – polska ekonomistka, profesor nauk ekonomicznych, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajna Uniwersytetu Jagiellońskiego. Profesor (Professor and Chair) Durham University w Wielkiej Brytanii oraz na Uniwersytecie Linneusza w Szwecji.

    Monika Kostera. Photo by Jerzy Kociatkiewicz and Monika Kostera. / CC BY-SA (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.5)

    prof. dr hab. Inga Małgorzata Iwasiów (ur. 6 czerwca 1963 w Szczecinie) – polska literaturoznawczyni, krytyk literacki, poetka i prozaiczka, profesor nauk humanistycznych.

    Inga Iwasiów w 2010 r. Fot. Michał Nadolski / CC BY (https://creativecommons.org/licenses/by/3.0)

    Chynchy akademickie to nazwa blogu akademickiego Jarosława Płuciennika. „Chynchy” to jest słowo z gwary miejskiej łódzkiej, oznacza „gęste zarośla, krzaczory”. Ci, co są łódzkimi snobami mówią „chęchy”, żeby zaistniała nosówka: ęęęęęę…. Jednakautentyczniejsze są chynchy… w trakcie wypowiadania których powstaje unikalnie łódzka nosówka yyyyyyyy!, której zasadniczo nie spotyka się w języku polskim.

    Chynchy, chynchy, chynchy — powtórzcie to piękne słowo kilkakrotnie, a stanie się dla Was mantrą prowadzącą Was do wnętrza samych siebie, na wyżyny samoświadomości…

  • Kaganiec dla nauki 2.0

    Kaganiec dla nauki 2.0

    Publikacja 13.02, update: 14.02.20 Prestiżowy tygodnik brytyjski specjalizujący się w szkolnictwie wyższym i nauce Times Higher Education opublikował dzisiaj obszerną relację na temat ostatnich planów nowelizacji prawa o szkolnictwie wyższym, które ogłosił minister Jarosław Gowin 30 stycznia 2020 r. Tak się złożyło, iż tego samego dnia w polskim Sejmie odbyło się posiedzenie Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży z udziałem ministra Gowina.

    Jak donosi Times Higher Education  w osobie redaktora Johna Morgana, polscy naukowcy zaniepokojeni są wpływami na nowe prawo ultrakatolickiej grupy Ordo Iuris, która teraz interesuje się regulacjami w prawie dotyczącym „wolności słowa” na uczelniach. Zmiany wedle naukowców w Polsce zapewnią swobodę wypowiedzi w przestrzeni publicznej na uniwersytetach radykalnym antyaborcjonistom, czy zaprzeczającym katastrofie klimatycznej. Mogę to potwierdzić, takie obawy znam z bezpośredniej komunikacji, z oświadczenia Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej i z rozlicznej korespondencji, jak również z publikacji listu otwartego Przemysława Pietrzaka czy blogów Jana Hartmana.

    Inspirator nowelizacji, fundacja Ordo Iuris, dumny jest także ze swojego niesławnego projektu, który w swoim czasie przepadł w zdominowanym przez PiS parlamencie, o całkowitym zakazie aborcji i karaniu zgwałconych matek.

    Przypomnę, że wedle ministerstwa: „W projekcie noweli Konstytucji dla Nauki wprowadzono sformułowanie „wolność wyrażania poglądów”. W związku z tym art. 3 ust. 1 ustawy po zmianach brzmi: „Podstawą systemu szkolnictwa wyższego i nauki jest wolność nauczania, wyrażania poglądów, twórczości artystycznej, badań naukowych i ogłaszania ich wyników oraz autonomia uczelni”.”

    Jarosław Płuciennik osobiście zadał na posiedzeniu Komisji EMiN pytanie ministrowi dotyczące planowanych zmian w Ustawie w art. 3. Pisałem o tym w poprzedniej publikacji w GW.

    Pytania brzmiały: Czy uczelnie i instytucje naukowe mają teraz zajmować się poglądami, czyli opiniami poszczególnych osób? W wolności poglądów nie ma nic złego, nie może być nic złego, art. 54 Konstytucji RP z 1997 r. gwarantuje wolność głoszenia poglądów Art. 54. „Zasada wolności poglądów. 1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. 2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej.”

    Zatem jakie jest uzasadnienie wprowadzenia tych ostatnio proponowanych przez Jarosława Gowina zapisów, skoro wolność poglądów jest gwarantowana konstytucyjnie? Dlaczego minister upolitycznia debaty akademickie?

    W trakcie dyskusji poseł, którego nazwiska nie pamiętam, zadał pytanie Ministrowi, czy definicja małżeństwa będzie odwoływać się do innych niż genetyczne ustaleń dotyczących płci. Świadczyło to wymownie o próbie upolitycznienia tej sprawy.

    Przypomniałem zatem, że ministerstwo powinno mieć świadomość, iż istnieją różne nauki poza uwielbianą przez Ministra bibliometrią (mierzącą wpływ i znaczenie publikacji naukowych wskaźnikami ilościowymi) oraz genetyką, że socjologia, kulturoznawstwo, czyli nauki o kulturze i religii, jak chce ministerstwo, to także równoprawne nauki, w których akurat płeć jest konstruktem kulturowym. Istnieją różne metodologie i różne wspólnoty eksperckie w wielości nauk.

    Dlaczego zatem taka zmiana w prawie? Jakie jest uzasadnienie.

    O co zatem idzie w zmianie zaproponowanej przez ministerstwo?

    Odpowiedź ministra była bardzo arogancka: na argument o upolitycznieniu, zarzucił upolitycznianie mnie samego w tej kwestii. Rolą ministerstwa jest umożliwienie ścierania się poglądów, zaś przywołane przeze mnie jakoby „gender studies” to jak strzał kulą w płot (mówiłem o kulturowej konstrukcji płci, nie o gender studies, choć i one przecież są dziedziną wiedzy). Przy okazji Minister Gowin odniósł się do podobnych obaw wyrażonych przez posłankę Barbarę Nowacką (pytała o antyszczepionkowców i płaskoziemców i ich prawo do głoszenia poglądów na uczelniach): wg Jarosława Gowina nowelizacja jest niezbędna. Nie można zabronić głoszenia poglądów.

    Według stronniczego streszczenia „debaty” w PAP nasza wymiana wyglądała tak: „Obecny na posiedzeniu komisji prof. Jarosław Płuciennik z Uniwersytetu Łódzkiego zgłosił obawę, że projekt ma na celu upolitycznienie sytuacji na uczelniach i że może on doprowadzić do sytuacji, iż trzeba będzie się tam liczyć z poglądami nienaukowymi. Komentując jego wypowiedź, Jarosław Gowin powiedział: „zachęcam do lektury przepisów w kontekście całej ustawy. Oraz bardzo bym apelował do przedstawicieli świata naukowego, by to oni nie upolityczniali uczelni, bo takie tony w wypowiedzi pana profesora zabrzmiały” – powiedział.”

    Muszę skorygować, że ja właśnie pytałem o uzasadnienie w świetle istnienia w naszym prawie odpowiednich i wystarczających regulacji. Cytowałam także Konstytucję.

    Mogę jedynie wnioskować zatem, że wedle ministra Gowina eliminowanie z przestrzeni akademickiej poglądów np. homofobicznych (a to jest w istocie casus skandalu z dr. Ewą Budzyńską, prof. z UŚ) to jest „powrót do czasów słusznie minionych.” Warto może przypomnieć, że ustawa umożliwiająca prześladowanie homoseksualistów i innych osób z grupy LGBTQ+ jest otwarcie popierana przez reżim Putina, który podpisał specjalną ustawę w 2013 r., mającą „chronić przed gejowską propagandą”. Nie sposób też nie pamiętać, że homoseksualiści ginęli także w Auschwitz, zaś w PRL byli prześladowani i rejestrowani przez tajną policję. Na marginesie, polecam zarówno Timothy Snydera Drogi do niewolności jak i klip na YouTube Hoziera, który odwołuje się do sytuacji homoseksualistów Rosji Putina.

    Zatem stawiam pytanie: czy ministerstwo ulegając wpływom radykalnych i sekciarskich grup nacisku próbuje blokować standardy europejskie, jeśli idzie o regulacje mowy nienawiści i zasady tolerancji? Zastopować stosowanie europejskich standardów dotyczących uznania różnorodności ludzkiej oraz tolerancji dla różnych wyznań, ras oraz orientacji? Czy ministerstwo pragnie w tej sposób zamknąć możliwą krytykę przez naukowców mowy nienawiści? Czy nowelizacja Ustawy ma być ustanowieniem w uczelniach tzw. stref wolnych od LGBT?

    Trzeba bić brawo, jeśli pragnie Pan minister przejść do historii jako ten, który wprowadza getto ławkowe dla osób LGBTQ+, proszę to otwarcie powiedzieć, Panie Ministrze. Ale potem proszę nie udawać europejczyka i nie prosić o unijne pieniądze wsparcia na projekty naukowe.

    We wspomnianym materiale w Times Higher Education mgr Łukasz Bernaciński, członek Ordo Iuris, uczestnik studiów doktoranckich na Uniwersytecie Łódzkim, powiedział, że organizacja opublikowała w styczniu raport opisujący kluczowe „naruszenia” wolności słowa na polskich uczelniach w ostatnich latach. Ordo Iuris, dodawała, „sporządził projekt ustawy”, który przedstawił ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego Jarosławowi Gowinowi. Szukałem tego raportu w sieci i nie znalazłem. A może on pozostaje jedynie do użytku ministra? No bo projekt do użytku ministra został przekazany. Ale raport? Gdzie ten rzetelnie brzmiący w uszach „raport”? Proszę go upublicznić! [aktualizacja 17.02.2020, okazuje się, że faktycznie zestawienie na stronach Ordo Iuris można znaleźć tutaj, ale obejmuje ono luźne zestawienie dwudziestu siedmiu wydarzeń od 2008 r., których nie można uważać, za naruszenie wolności akademickiej, gdyż są to w swojej przeważającej większości np. odwołane wykłady na nienaukowe tematy, wcześniej zapowiadane jako współorganizowane przez jakiś instytut bądź wydział, albo odwołanie drastycznej wystawy propagandowej antyaborcjonistów].

    „Projekt spotkał się z dużym zainteresowaniem, dlatego ministerstwo postanowiło rozpocząć prace nad zmianą prawa” – kontynuował wedle THE Bernaciński. „Obecnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego opracowało projekt ustawy oparty na projekcie przedłożonym przez Instytut Ordo Iuris.”

    Członek Ordo Iuris powiedział też reporterowi THE, Johnowi Morganowi, że kontrowersje na Śląsku miały „bezpośredni wpływ” na zainteresowanie Ordo Iurisa tą kwestią. Powiedział kłamliwie, że studenci byli „oburzeni chrześcijańską koncepcją rodziny, nauczaną w oparciu o naukowe podstawy i badania”. Przecież w tych protestach i oburzeniu chodziło o coś innego: „Studenci postawili wykładowczyni kilka zarzutów: poglądy homofobiczne, dyskryminacja wyznaniowa, wypowiedzi krytyczne wobec wyborów życiowych kobiet dotyczących m.in. przerywania ciąży oraz przekazanie informacji niezgodnych ze współczesną wiedzą naukową.” (tutaj opis całej sprawy)

    Ministerstwo wypiera się wpływu na nowe prawo fanatyków. Wedle THE: „Rzecznik ministerstwa powiedział, że Ordo Iuris „nie uczestniczył w przygotowaniu projektu”, ale był „jedną z wielu organizacji i instytucji… zaproszonych do udziału w fazie otwartych konsultacji publicznych”.

    Pytam zatem publicznie, czy mogę prosić listę tych innych organizacji i instytucji publicznych zaproszonych — podkreślam tę datę — przed 30 stycznia 2020 — do udziału w konsultacjach publicznych? Czy może ta lista jest tak tajna, jak była do niedawna lista poparcia nowych członków neo-KRS?

    W artykule w THE powiedziałem redaktorowi Johnowi Morganowi, że członkowie projektowanego przez nowelizację komitetu przy ministrze byliby „jak sędziowie dyscyplinarni, którzy wprowadzą duży nacisk na naukowców, którzy będą się bać radzenia sobie z wieloma problemami, ponieważ będą bali się utraty pracy ”, i dodałem także „Jest to filozofia, którą można opisać dwoma słowami: dyscyplina i karanie”. Faktycznie obawiam się, że proponowane prawo jest sposobem „dopuszczenia wyrażania poglądów w środowisku akademickim”, potencjalnie zapewniając platformę na uniwersytetach dla tych w Kościele katolickim, którzy walczą o całkowity zakaz aborcji lub zaprzeczają zmianom klimatu.

    Jak wskazuje analiza projekt nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym wprowadza również wątpliwy i niebezpieczny system monitorowania swoiście rozumianej wolności wyrażania opinii. Ministerstwo chce utworzyć komisję specjalną: Komisję Wolności w Szkolnictwie Wyższym i Systemie Nauki. Komitet będzie się składał z 9 osób, z których 4 zostanie ogłoszone przez ministra. Resztę członków powołuje Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej oraz Krajowa Reprezentacja Doktorantów. Pytanie brzmi, czy taka instytucja jest potrzebna? Polska Konstytucja zapewnia wystarczające gwarancje wolności wyrażania opinii (podobnie jak w przypadku innych swobód konstytucyjnych). Mamy prawo do rzetelnego i publicznego wysłuchania każdej sprawy przed właściwym, bezstronnym i niezależnym sądem (art. 45). Zgodnie z wolnością wypowiedzi w Polsce mamy ochronę zapewnianą przez prawo cywilne (ochrona dóbr osobistych) i kodeks karny (przestępstwa zniewagi i zniesławienia). Konstytucja i ustawy gwarantują prawo do odwołania się od orzeczeń i decyzji wydanych w I instancji, a każdy ma prawo zwrócić się do Rzecznika Praw Obywatelskich o pomoc w ochronie jego wolności lub praw naruszonych przez organy władzy publicznej. Ta ochrona jest wystarczająca i odpowiednia, a wspomniane środki tworzą spójny system. Powołanie nowych komisji przez prawodawcę musi budzić wątpliwości co do jego zamiarów. Istotą wolności, w tym wolności wyrażania opinii, jej autonomii, jest jak najszerszy zakres swobów, a nie kontrola ze strony państwa. Nie ma potrzeby tworzenia takich organów jak Komisja Wolności w Szkolnictwie Wyższym i Systemie Nauki.

    Komisja ds. Nauki obradowała 2,5 godziny, przy czym większość czasu zajęły wypowiedzi ministra i wiceministrów. Mieliśmy doprawdy bardzo mało czasu, żeby zaprezentować swoje pytania w odpowiedni, racjonalny i uzasadniony sposób. Taka Komisja powinna obradować kilkanaście godzin przy udziale wielu, wielu innych podmiotów. Nie powinna stanowić listka figowego dla Ministra, który pragnie ulegać wpływowi fanatycznej organizacji społecznej (to nawet nie stowarzyszenie, tylko Fundacja założona przez inną fundację, mająca Piotra Skargę jako patrona, ale nazwą alternatywną jest dumnie brzmiący Instytut Kultury Prawnej Ordo Iuris). Taka debata nie jest debatą, jest ceremonialnym utrwalaniem hegemonii ministerstwa nad nauką w Polsce. Ministerstwo Nauki wprowadza kaganiec dla nauki (przypominam, że nauką w Polsce nazywa się także nauki humanistyczne i społeczne) nazywając te swoje działania troską o wolność słowa (w istocie opinii). Szkoda, że nie wynikają one z troski o wolność badań naukowych. I troski o studentów.

    PS. Nowomowa obecnego ministra jest przygnębiająca: ustawa, w której w ostatnim momencie wprowadzono kilkaset poprawek (w lipcu 2018 r.), nazywa się Konstytucją dla Nauki. Ustawa, która realizuje wizję sprzed 20 lat, to Ustawa 2.0. No i wszechobecna DOSKONAŁOŚĆ, które to słowo jest szczytem nowomowy w Public Relations. O tym także już powstały artykuły naukowe. (Włoskowicz, Wojciech. „NOWOMOWA PSEUDOMETANAUKOWA? O JĘZYKU POLSKIEJ POLITYKI NAUKOWEJ”. Poradnik Językowy, t. 10, nr 769, 2019, s. 35–47, doi:10.33896/PorJ.2019.10.3.)

    PS.2. Właśnie trwa przerwa międzysemestralna na mojej uczelni. Na Komisji Nauki w polskim Sejmie byłem obecny jako zainteresowany nauką obywatel. Społecznie. Prywatnie, choć politycznie, bo interesują mnie sprawy publiczne.

    14 lutego 2020

    Jarosław Płuciennik (prof. nauk humanistycznych, kulturoznawca, literaturoznawca, kognitywista, historyk idei)

    Anna Rakowska-Trela (dr hab. nauk prawnych, konstytucjonalistka)

    Zmieniona wersja tego wpisu została opublikowana w Gazecie Wyborczej 14.02.2020 r. TUTAJ

    Zdjęcie własne rzeźby w Sejmie na Wiejskiej… (fot. Jarosław Płuciennik)
  • Absurdy zasady „publish or perish” w dobie kultury cyfrowej

    Wyznania bardzo płodnej Pani profesor. Jeszcze jeden argument za otwartym dostępem do nauki

    Kathryn M. Rudy opublikowała ostatnio (29.08.19) opinię w Times Higher Education pt. The true costs of research and publishing, a jest profesorem historii sztuki na University of St Andrews. Jej najnowsza książka to Image, Knife i Gluepot: Early Assemblage in Manuscript and Print (2019). (Twitter autorki to https://twitter.com/katerudy1)

    Kathlyn Rudy podczas wykładu TED w 2013 r. (zrzut ekranu)

    Opisując detalicznie, czym się zajmuje, trzeba wskazać, że jest historykiem rękopisów i że ceni się ją za niezwykle „śledcze” podejście do średniowiecznych książek, jest w tym obszarze pionierem wykorzystania najnowszych technik, w postaci densytometru do pomiaru brudu, jaki pierwotni czytelnicy zdeponowali w widzianych przez siebie książkach.

    Medical imaging center in Paris, France. Badanie densytometryczne kości kobiety

    Jest członkiem Royal Society of Edinburgh. Opublikowała pięć książek (szóstka w drodze) i regularnie publikuje w najlepszych czasopismach naukowych. W 2013 roku wygłosiła mowę na TED na temat tajnego życia rękopisów (na przykład o zanieczyszczaniu rękopisów poprzez całowanie ich przez mnichów).

    Zaczyna swój artykuł o tego, że „im bardziej jej działania kończą się sukcesem, tym biedniejsza się staje”. A to wszystko przez koszty badania oraz publikowania:

    1) Podróżowanie do archiwalnych, unikalnych zasobów w celu podjęcia oryginalnych badań średniowiecznych rękopisów. Tutaj podaje choćby jeden przykład – w jednej ze swoich książek z 2017 publikuje dużo kopii rękopisów, zaś musiała odbyć ponad 550 podróży do 163 pojedynczych repozytoriów średniowiecznych rękopisów.

    2) Kupowanie fotografii wysokiej jakości.

    Tutaj ciekawostka i polonicum: „Na przykład w bibliotece diecezjalnej we Wrocławiu w Polsce musiałam zapłacić za przywilej korzystania z aparatu dużą gotówkę i wręczyć ją księdzu odpowiedzialnemu za archiwum.”

    3) Uiszczenie opłaty rejestracyjnej, koszty zakwaterowania i podróży w celu udostępniania badań na konferencjach. Autorka pisze o 2 konferencjach w roku bardzo istotnych dla jej badań, podkreśla, że uczestnictwo w żywej debacie naukowej jest nieocenione i nie można tych kosztów zredukować.

    4) Kupowanie obrazów w wysokiej rozdzielczości do publikacji.

    5) Płacenie za przechowywanie (archiwizację) danych.

    6) Płacenie opłat za prawa autorskie.

    7) Dostarczenie bezpłatnych egzemplarzy książek dla lepszej dystrybucji i promocji (autorka wspomina o siedemdziesięciu kilku egzemplarzach, które musiała w celach promocyjnych zakupić sama).

    8) Płacenie za opłaty produkcyjne. (Wydawanie książek)

    Kathryn Rudy wykazuje, że wsparcie państwowej instytucji, w której jest zatrudniona pokrywa jej koszty w niewielkim procencie. Resztę musi pokryć z własnej pensji.

    Autorka kończy odpowiedzią na pytania, co można zrobić…

    „Jeśli uniwersytety rzeczywiście chcą promować badania humanistyczne, muszą dostosować finansowanie do kosztów. Instytucje amerykańskie zapewniają swoim profesorom znacznie więcej funduszy na badania. Jeśli chcemy dotrzymać im kroku na arenie światowej, potrzebujemy większego dostępu do zasobów.” Pisze to szkocka profesorka, która na pewno nie jest wynagradzana w Polsce.

    „Instytucje będące w posiadaniu zbiorów ikonograficznych powinny przemyśleć swój cel. Nigdy nie mogą mieć wystarczającej wiedzy specjalistycznej, aby w pełni zbadać wszystkie swoje zasoby. Powinni być wdzięczni uczonym, którzy wykorzystują swoją wiedzę, aby propagować ich zbiory.” Wniosek: pozwolić publikować w otwartym dostępie za darmo. Te instytucje „powinny również umożliwiać naukowcom tworzenie fotografii do badań i tworzenie obrazów o wysokiej rozdzielczości do publikacji po niskich kosztach.”

    „Publikacja cyfrowa jest po prostu najbardziej wydajnym i opłacalnym sposobem na rozpowszechnianie pomysłów na świecie. Musimy w pełni uzasadnić publikację cyfrową, internetową i recenzowaną oraz wprowadzić w życie normę. Musimy stworzyć świat, w którym młodzi ludzie będą publikować w Internecie, bez obawy, że zaszkodzi to ich karierze.” Nie mogę się nie zgodzić z takim wnioskiem. Otwarty dostęp jest jedyną przyszłością nauki. Świadczy o tym fakt, że duże firmy inwestują olbrzymie sumy w badania naukowe, w których głównym punktem jest wymóg publikacji  wyników badań z pominięciem najważniejszych czasopism z subskrypcjami. No i pojawia się wymóg publikacji materiałów badawczych. W sytuacji specjalistycznej dyscypliny Kathryn M. Rudy publikacja zasobów archiwalnych jest priorytetem. Oczywiście, wszyscy badacze przeszłości muszą tym samym pożegnać się ze szczególnym romantyzmem autopsji:

    „a przecież kupowałem w salonach sztuki

    pudry mikstury maście

    szminki na szlachetność

    przykładałem do oczu marmur zieleń Veronesa

    Mozartem nacierałem uszy

    doskonaliłem nozdrza wonią starych książek” (Pan Cogito obserwuje swoją twarz, Pan Cogito 1974)

    W momencie zaistnienia kultury cyfrowej, kultura analogowa musi się coraz bardziej wycofywać. Na razie nie ma powszechnej świadomości, że kultura cyfrowa może także przyczyniać się do ocieplania klimatu (potrzeba olbrzymiej masy energii). Na razie chyba jednak koszty lotów na konferencje, pobytów w archiwach znacznie przewyższają ślad węglowy publikacji online. Tylko jeszcze potrzeba przemyślenia, jak utrzymać wysoką kulturę konferencji naukowych, bo autentyczna debata sympozjonów jest nie do zastąpienia wideokonferencjami. Tak czy owak, uważam, iż ostatnia publikacja z THE z opinią Kathryn Rudy jest świetnym argumentem za otwieraniem nauki na oścież, łącznie z materiałami badawczymi także w humanistyce.  

    Warto zauważyć, że nowa zmiana w szkolnictwie wyższym nijak nie odpowiada na wyzwania współczesności, nijak nie odpowiada na pytania zawarte w tej publikacji wybitnej profesorki historii sztuki.