Tag: nowomowa

  • Chochole referendum

    Chochole referendum

    Wizualizacja wydrążonego człowieka (lic. Depositphotos)

     

     

    Partia Jarosława Kaczyńskiego doprowadziła język polski do stanu, który śmiało można określić chocholim. „Chocholi język polski” to nie jest styl mówienia, to nie jest symbol, tak jak symbolem jest chochoł w „Weselu” Wyspiańskiego. „Chocholi język polski” to jest estetyczno-moralna jakość publicznego języka w Polsce. Najbliżej chocholemu językowi do nowomowy Orwella i to podobieństwo było już zauważane zwłaszcza przez recenzentów i komentatorów wspaniałego opracowania zacnych autorów „Dobrej zmiany” Katarzynę Kłosińską i Michała Rusinka (Dobra zmiana, czyli jak się rządzi światem za pomocą słów, Znak, Kraków 2019). No bo faktycznie ten język jest — tak jak u Orwella — językiem manipulacji. Różnicą jednak zasadniczą jest to, że totalitarna władza nowomowy Orwellowskiej rozwija się w warunkach monopolu publikacyjnego, zaś „chocholi język” istnieje jeszcze w kontekście wielogłosowości i polifonii nadawców kodów. Jednak najważniejszą cechą charakterystyczną jest odwracanie znaczeń i ich wydrążenie.

     

    [Wiem, że filozoficznie, zwolennicy dekonstrukcji mogą powiedzieć, że stałość znaczeń jest fikcją. Ale filozoficznie nie zgadzam się z tezą nieskończoności kontekstu Derridy. Bliżej jest mi do Hannah Arendt czy Paula Ricoeura, którzy jednak konteksty ograniczali.]

     

    Moją próbę charakterystyki języka formacji mentalnej „chocholego języka” opieram na inspiracji tekstem przekładu Czesława Miłosza świetnego i wizyjnego poematu T. S. Eliota:

     

    WYDRĄŻENI LUDZIE

     

    Pan Kurtz —  on umrzeć

     

    A penny for the Old Guy

     

    I

    My, wydrążeni ludzie

    My, chochołowi ludzie

    Razem się kołyszemy

    Głowy napełnia nam słoma

    Nie znaczy nic nasza mowa

    Kiedy do siebie szepczemy

    Głos nasz jak suchej trawy

    Przez którą wiatr dmie

    Jak chrobot szczurzej łapy

    Na rozbitym szkle

    W suchej naszej piwnicy

     

    Kształty bez formy, cienie bez barwy

    Siła odjęta, gesty bez ruchu.

    (Eliot, Wybór poezji, Wrocław i in., Ossolineum, 1990, s. 157)

     

    Uważam ten przekład autorstwa Miłosza, Eliotowego „The Hollow men” z 1925 roku za bardziej poetycki od przekładu może wierniejszego pt. „Próżni ludzie” Andrzeja Piotrowskiego.

     

    „Nie znaczy nic nasza mowa”. Fake mowa to chochola mowa. Tak jak fake-referendum. W przypadku właśnie uchwalonego głosami PiS et consortes, referendum wyborczego zgadzam się z profesorem Radosławem Markowskim, który nazywa to referendum, referendum wstydu. (https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/polska/rados%C5%82aw-markowski-referendum-wstydu/ar-AA1fmYB4)

     

    Markowski podaje przekonujące argumenty politologiczne i socjologiczne za Maxem Weberem. Ale mnie głównie interesuje język. Bo pytania zadawane w uchwale o referendum są pseudopytaniami, bowiem za dużo sugerują swoim układem i nacechowaniem. Te pytania są wielką manipulacją.

     

    Neutralne pytanie w referendum powinno być sformułowane tak, aby nie wywierało wpływu na odpowiedź wyborcy poprzez język czy ton. Wyrażenia takie jak „nielegalni imigranci” czy „przymusowy mechanizm relokacji” mogą prowokować określone emocje. Podobnie jak „wyprzedaż majątku”, czy niesławna „biurokracja europejska”.

     

    Bardziej zneutralizowane sformułowanie, — jeśli merytorycznie byłoby to zasadne —choć wiadomo powszechnie, że to fałszywa przesłanka — brzmiałoby na przykład tak:

     

    „Czy zgadzasz się na przyjęcie określonej liczby uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki w ramach proponowanego planu relokacji Unii Europejskiej?”

     

    Takie sformułowanie nie zawiera emocjonalnie obarczonych

     słów ani fraz, które mogłyby wpłynąć na decyzję wyborcy. Oczywiście, może być konieczne dostarczenie dodatkowego kontekstu lub informacji, aby wyborcy mieli pełne zrozumienie tego, na co głosują. Dlatego potrzebna byłyby liczne debaty, akcje edukacyjne, dostarczające kontekstów i wiedzy. Referendum to nie jest tylko pytanie o opinię, to w założeniu narzędzie demokracji bezpośredniej.

     

    Miłosz przekłada poemat Eliota, który stał się moją inspiracją dalej:

     

    Więc okrążajmy kaktus nasz

    Kaktus nasz kaktus nasz

    Więc okrążajmy kaktus nasz

    O piątej godzinie rano

     

    Pomiędzy ideę

    I rzeczywistość

    Pomiędzy zamiar

    I dokonanie

     

    Pada Cień

     

    Nie chcę brzmieć apokaliptycznie, a taka była intencja poematu Eliota-Miłosza. Mam nadzieję, że ten absurdalny chocholi język zostanie powstrzymany, nie można marzyć o tym, żeby zniknął, ale jego wpływ na polską rzeczywistość jest przemożny teraz i niszczący: wydrążona została konstytucja, wydrążona sprawiedliwość, wydrążone prawo, wydrążone sądy. Wydrążono referendum… jedynym sensownym zachowaniem wobec chocholego tańca tych wydrążonych ludzi jest zignorowanie go i śmiech… przecież to nie jest żaden symbol, to nie jest żadna świętość. Śmiejmy się pełną piersią. Bo to chocholi miś Stanisława Barei z 1980.

    PS. 20 sierpnia 2023 artykuł pod zmienionym tytułem ukazał się w Gazeta Wyborcza Prof. Płuciennik o „referendum wstydu”: Język PiS jest językiem manipulacji

  • Greta Thunberg, Margaret Atwood i Orlen?

    Greta Thunberg, Margaret Atwood i Orlen?

    Wizjonerki, zagłada ludzkości i… „Orlen-media”. Margaret Atwood i Greta Thunberg to aktywistki walczące o uznanie konieczności przeciwdziałania katastrofie klimatycznej. Ostatnio połączyła je publikacja w Dagens Nyheter

    Symboliczna Statua Wolności tonie w morzu (symboliczny obraz) (fot. lic. Depositphotos)

    Margaret Atwood, kanadyjska pisarka znana jest ostatnio przede wszystkim ze słynnych wizji „Opowieści podręcznej”, zekranizowanej w serialu HBO od 2017 roku. Atwood jest wizjonerką, bo wykreowała w swojej powieści antyutopię patriarchalizmu ucieleśniającą się właśnie w Polsce — o tym wydaje się świadczyć obecność tych postaci na protestach ulicznych strajku kobiet w Polsce. Kanadyjska powieściopisarka jest także wizjonerką, bo przewidziała w pewnym sensie pandemię jako sposób na eliminację ludzkości. Daleki jestem od spiskowych teorii dziejów, w której mamy „plandemię” zamiast „pandemii”, ale wizja zagłady ludzkości zawarta w Atwoodowej spekulatywnej, jakby antyutopijnej powieści z 2003 roku pt. „Oryx and Crake” jawi się jako prorocza w okresie dwóch kryzysów: klimatycznego i pandemicznego. Jeden z bohaterów powieści Atwood, zwolennik twardej nauki, niejaki Crake, doszedł do wniosku, że ludzkość jest nieodpowiedzialna, i że ziemia nie zasługuje na takiego gospodarza. Szkodników trzeba wyeliminować i najlepszym sposobem jest szybka akcja wywołania sztucznej zarazy, zaś ludzkość trzeba zastąpić genetycznie ulepszonymi wersjami. To jest wizja posthumanistyczna. W tej właśnie powieści występuje gra komputerowa o bardzo znaczącej nazwie Extinctathon. Doczekała się ona już naukowych opracowań, bo napięcie, które rysuje Margaret Atwood w swojej trylogii klimatycznej wynikające z podziału wiedzy na wiedzę stricte naukową oraz na tzw. humanistykę i sztuki prowadzi ludzkość prostą drogą do zagłady.

    Margaret Atwood 3 grudnia 2020, Los Angeles (lic. Jean Nelson, Depositphotos)

    W ten sposób Atwood umieszcza siebie w długiej tradycji, która w pewnym sensie rozpoczęła się na początku XIX wieku w osobie Mary Shelley, autorki „Frankensteina, czyli nowoczesnego Prometeusza.” Co ciekawe, ta niezwykle ważna romantyczna powieść powstała także pod wpływem katastrofy, mianowicie wybuchu wulkanu Tambora w Indonezji w kwietniu 1816 roku. Spowodował on niesamowicie gwałtowne burze w Europie podczas następnego lata w Genewie. Ten wybuch stał się już w popularnej kulturze okołonaukowej najpotężniejszym i najgłośniejszym wybuchem wulkanu w czasach historycznych („Crazy Nauka”). Jak się oblicza, zabił w konsekwencji ponad 70 tys. ludzi i wywołał zimę wulkaniczną na całym globie. To że latem 1816 r. w pewnym sensie nie było lata, nad jeziorem genewskim było mnóstwo deszczu i burz z błyskawicami, uznaje się za okoliczności powstania „Frankensteina” Mary Shelley i „Wampira” Lorda Byrona.

    Wybuch wulkanu (ten z 2016 miał kolosalne znaczenie dla krótkiego oziębienia ziemi)

    Piszę o Atwood, gdyż umieszczono z nią wywiad ostatnio 6 grudnia 2020 roku w Dagens Nyheter w bezprecedensowym numerze największego dziennika szwedzkiego, którego redaktorem naczelnym stała się na jeden dzień 17-letnia Greta Thunberg. Znacząca decyzja redakcji jest olbrzymim czynem medialnym wspierającym gigantyczną karierę szwedzkiej nastolatki. Widać, że za tą karierą idzie agenda wielu, wielu ludzi. W tym samym numerze DN znaleźć można wypowiedzi innego aktywisty reportera Davida Attenborough. Oczywiście, już kiedyś w mediach było podobne wydarzenie, kiedy brytyjski „The Independent” w 2006 zrobił gościnnym redaktorem Bono, no ale wtedy ten nie był już nastolatkiem, miał 66 lat. Damien Hirst artysta plastyk projektował pierwszą stronę tego numeru „No news today”. Sama Greta wcześniej w ubiegłym roku stała się redaktorką programu „Today” w brytyjskim radiu publicznym BBC4.

    Co łączy powieści Atwood z nastoletnią Gretą? Oczywiście aktywistyczne zaangażowanie w kryzys klimatyczny.

    Greta widnieje na okładce jako mała główka na tle zdjęcia z lotu ptaka tzw. „wrót piekła”, czyli krateru Batagaika w Jakucji, z którego wydobywa się od kilku lat pod wpływem ocieplenia klimatu znacznie więcej metanu, co pogarsza jeszcze bardziej sytuację klimatyczną. „Droga do piekła” to nazwa lokalsów, ale wydaje się, że ta ilustracja na okładce stanowi znaczący wybór redakcji z Gretą, która wcześniej apokaliptycznie i proroczo stwierdzała na szczycie ONZ, „świat stanął w ogniu”. (pisałem o tym w najnowszej publikacji po angielsku).

    Zarówno Greta jak i Margaret Atwood łączą tradycje naukowości i humanistyki, próbują łączyć to, co zostało z przez chciwość ludzkości rozdzielone. Na okładce numeru widnieje cytat z Grety:

    „To są fakty, a nie jakaś opinia: Świat się ociepla, wieczna zmarzlina topnieje, a ziemia pęka. 58 stron o kryzysie klimatycznym – i o tym, jak mało jest czasu, aby zmienić bieg zdarzeń”.

    Ale na drugiej stronie młoda aktywistka pisze: „Kryzys klimatyczny jest najtrudniejszym i najbardziej wymagającym wyzwaniem przed którym postawiono ludzkość. Nasza największa nadzieja leży w demokracji i powszechnej edukacji.” W tym kontekście trzeba widzieć rolę mediów. Media powinny pomagać w edukacji i demokracji, bo pozwalają na szybsze dotarcie z informacją. Szkoła już nie wystarczy, wolne i zaangażowane media są jedyną nadzieją.

    Pylony reklamowe ze znakami McDonald’s i Orlenu w Sieganowie, Polska, 20 maja 2020 (lic. Depositphotos)

    I w związku z tym właśnie chciałbym zauważyć, że w Polsce, niestety, ironicznie bardzo brzmi informacja, że media lokalne zostały przejęte przez koncern paliwowy, czyli przez przemysł oparty na paliwach kopalnych współodpowiedzialnych za globalny kryzys klimatyczny. Mariaż mediów i kopalin jest fatalną wiadomością nie tylko dlatego, że ma swój precedens w Gazprom-Media z putinowskiej, niedemokratycznej Rosji. Jest fatalną wiadomością, bo Orlen-Media to jest także Orwell. Jesteśmy już — wedle Reporterów bez granic — w czołówce krajów, w których — po ostatnich wyborach prezydenckich — mamy zagrożenie wolności mediów, bo manipuluje się tzw. mediami publicznymi realizującymi agendę jednej partii (jesteśmy na 68 miejscu na świecie pod względem wolności mediów). Ale jesteśmy też wedle listy Dagens Nyheter najbardziej zanieczyszczającym świat krajem.

    Najbardziej zanieczyszczające kraje świata od 1750 do 2019:

    USA

    Chiny

    Były ZSRR

    Niemcy

    Wielka Brytania

    Japonia

    Indie

    Francja

    Kanada

    Polska

    (Dagens Nyheter 06.12.20, s. 15)

    Dlatego to fatalna wiadomość, że będziemy mieli w Polsce media lokalne podporządkowane interesom lobby paliw kopalnych. Orlen-Orwell.

    PS. Nieco zmieniona wersja tego artykułu ukazała się 12 grudnia 2020 w Gazecie Wyborczej (tekst tutaj).

    Pomnik George’a Orwella przed siedzibą BBC Broadcasting House w Portland Place, Londyn, ok. września 2019 (fot. lic. Depositphotos)
  • Wrogowie wiedzy i wiedzoodporność

    Wrogowie wiedzy rozpowszechniają fałszywe wiadomości, powodują dezinformację i cieszy ich wiedzoodporność.

    Andy Borowitz 12 maja 2015 r. w New Yorkerze napisał, że ziemia jest według najnowszych badań zagrożona specjalnym rodzajem stworzeń: faktoodpornymi ludźmi. Badania przeprowadził zespół z Uniwersytetu Minnesota, a kierował nim Davis Logsdon. Trzeba od razu zaznaczyć, że doniesienie znalazło się na łamach New Yorkera, nie The New York Timesa oraz, że Andy Borowitz to znany amerykański komediant i humorysta, zaś Rektor Uniwersytetu Minnesota, dziękując Andy’emu Borowitzowi za wspomnienie jego uniwersytetu jednocześnie zaprzeczał, że Davis Logsdon istnieje i że prowadził w jego uczelni badania.

    Jednak sam koncept „faktoodporności” jest niezwykle ciekawy, bo wskazuje na zjawisko szersze: „wiedzoodporność”. Pisze o tym w znakomitym eseju książkowym Åsa Wikforss pt. Alternativa fakta. Om kunskapen och dess fiender (Fakty alternatywne. O wiedzy i jej wrogach, Fri Tanke, Stockolm 2019). Nie tutaj miejsce, aby opisywać, co jest wiedzą, a co nie, jednak interesujące dla mnie jest odniesienie nie tylko do „alternatywnych faktów” ekipy Donalda Trumpa, ale całościowe podejście do postmodernistycznego przekonania, że prawda jest całkowicie względna i uzależniona od punktu widzenia. W realnym świecie sprowadza się ten pogląd — wywodzący się nota bene z perspektywizmu Nietzscheańskiego — do przekonania, że istnieją jedynie poglądy, przekonania i opinie, oraz że faktom można przeciwstawić zawsze fakty alternatywne. Jako kognitywista często w przeszłości byłem konstruktywistą językowym i uważałem, że olbrzymią rolę odgrywają narracje o rzeczywistości, choć z drugiej strony zawsze byłem także zwolennikiem ucieleśnienia znaczenia, a co za tym idzie, ucieleśnienia prawdy i przekonania. Dlatego przekonuje mnie zarówno Steven Pinker, który namawia świat współczesny do porzucenia perspektywizmu Nietzscheańskiego i jego nihilizmu w książce „Nowe oświecenie” (pol. 2018), jak i Timothy Snyder, który przestrzega w książeczce „O tyranii” (2017) oraz „Drodze do niewolności” (2019)  przed kłamstwem autorytaryzmów wszelakich. Moim zdaniem, jako ludzie odpowiedzialni i myślący, powinniśmy wsłuchiwać się w to, co mają nam do powiedzenia badacze kłamstw tyranów tacy jak Hannah Arendt (Korzenie totalitaryzmu, prwd. 1951), George Orwell (1984, prwd. 1949), Viktor Klemperer (LTI, Lingua Tertii Imperii, prw. 1947), Michał Głowiński (o języku PRL), czy ostatnio u nas Katarzyna Kłosińska i Michał Rusinek.

    Åsa Wikforss, szwedzka filozofka i nowa członkini Akademii Szwedzkiej, fot. Jesper Sandström [CC BY 4.0]

    Åsa Wikforss niedawno została przyjęta do Akademii Szwedzkiej i zajęła fotel nr 7 wcześniej zajmowany przez przewcześnie zmarłą Sarę Danius (pierwszą damą tego fotela była Selma Lagerlöf od 1914 r.). Z tej okazji nowoprzyjęta członkini akademii — jak zwyczaj każe — wygłosiła przemowę (przedrukowaną zarówno przez Dagens Nyheter, jak Svenska Dagbladet 20 grudnia 2019 r.). W tej przemowie zwróciły w sposób szczególny moją uwagę dwa akapity:

    „Niezależnie od tego, jak zaawansowani jesteśmy pod względem poznawczym, wiemy, że samotne myślenie jest kruche: łatwo nas podniecają zakorzenione błędy w myśleniu, łatwo mylą emocje. Potrzebujemy siebie nawzajem do korygowania uprzedzeń i błędów, ale także do przestrzegania norm ludzkiego współistnienia i dążenia do lepszego świata. Łatwo jest się zniechęcić, kiedy dziś rozglądamy się po świecie, ale z czasem dostrzeżemy nasz rozwój moralny, na przykład w tym, jak traktujemy kobiety i dzieci, odnosimy się do ludzi z innych kultur lub patrzymy na przestępczość i kary. Musimy być wdzięczni za ten rozwój otwartego społeczeństwa i jego instytucji.

    Ważne jest, aby pamiętać o tym w czasach, gdy coraz częściej jego wrogowie kwestionują wiedzę. Rozpowszechniają oni nie tylko dezinformację, która zniekształca nasze myślenie, zniekształca nasze dziedzictwo kulturowe i sprawia, że ​​wierzymy, że pewne grupy ludzi są bardziej godne od innych. Dotyczy to także instytucji wspierających wiedzę i demokrację: wolność badań naukowych, niezależne media i sądownictwo, muzea i biblioteki. W wielu krajach na całym świecie, również w naszym pobliżu, demokracja jest demontowana przez stopniowy demontaż instytucji społeczeństwa demokratycznego. Mówi się w nowym języku i rozpowszechnia przekonanie, że wszyscy mają swobodę mówienia czegokolwiek, a jednocześnie celowo podważa się instytucje, które są nam niezbędne do prawdziwej wolności myślenia i działania.” (przekł. mój JP)

    Warto wskazać, że szwedzka akademiczka na pewno ma na myśli także i Polskę, w której trwa atak propagandowy na wszystkie wykształcone elity: gdziekolwiek one jeszcze są, w uczelniach, teatrach, muzeach, sądach, szpitalach, szkołach i mediach. Często gorzej wykształceni krytykują ekspertów i lekceważą np. opinie dziekanów wydziałów prawa uniwersytetów polskich, czy uchwały różnych rad wydziałów. Temu zjawisku — powszechnie pokazywanej przez świat polityki pogardy dla wiedzy — towarzyszy owa „wiedzoodporność” tzw. szerokich rzesz. No i specjalnie tworzony język, który nazywa te niewygodne elity właśnie „elitami”, „elementem animalnym”, „gorszym sortem”, „kastą”, „kolesiami”, „mordami zdradzieckimi”, „przemysłem pogardy”, „ubekami”, „kodomitami” itp. itd.

    dr hab. Katarzyna Kłosińska w 2019 r. By Adrian Tync – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=75821753
    dr hab. Michał Rusinek By Adrian Grycuk – Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=83069286

    O tym właśnie nowym języku traktuje u nas nowo wydana książka prof. Katarzyny Kłosińskiej, przewodniczącej Rady Języka Polskiego i prof. Michała Rusinka, członka Rady Języka Polskiego. Książka nosi tytuł „Dobra zmiana.*czyli jak się rządzi światem za pomocą słów”. (Znak, Kraków 2019). „Alternatywne fakty” jako zastępnik zwykłego kłamstwa propagandy ekipy Trumpa to jest wierzchołek góry lodowej w słowniku samego Trumpa, jednak demokracja amerykańska jeszcze nie jest tak zagrożona, bo MABENA jest w niej niemożliwa na taką skalę, na jaką jest możliwa w Polsce. MABENA to jest jedno ze słów ujętych w książce-słowniku wydanym przez Kłosińską i Rusinka. Słownik zawiera 200 słów „dobrozmianowej nowomowy”, ułożonych w 69 hasłach głównych. Językoznawczyni i badacz retoryki (w uproszczeniu takie są także tych autorów role społeczne) zajmują się współczesnym językiem polskim dyskursu publicznego w Polsce po 2015 r. MABENA, czyli „Maszyna Bezpieczeństwa Narracyjnego” miała być wedle prof. Andrzeja Zybertowicza takim oficjalnym specjalnie konstruowanym językiem do narracji o współczesnej Polsce — miał on służyć nade wszystko PR-owi zewnętrznemu, czyli pokazywać „zagranicy” właściwe znaczenie, tego, co się dzieje w Polsce. Sami autorzy książki „Dobra zmiana” piszą, że projektowana przez Zybertowicza i jego zwolenników w prorządowych mediach MABENA nie jest fikcją, że cała ich książka świadczy dobitnie o tym, iż MABENA już działa, to jest inaczej mówiąc machina propagandowa rządu „dobrej zmiany”, to właściwy „przemysł pogardy”. Polecam wszystkim tę książkę, nie tylko filologom wszelkiej maści, ale nade wszystko ludziom zatroskanym o prawdę. To prawda, że „język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie”, jak pisał kiedyś Adam Mickiewicz w „Wielkiej Improwizacji” w „Dziadach”, jednak na gruncie eksperckim słowo ciałem się staje, bo przecież wynalazki techniczne biorą się z odkryć naukowych, zaś wiedza medyczna leczy ludzi z chorób. Humanistyka jest konieczna, aby uczyć ludzi nie tylko krytycznego myślenia, ale także logiki i szacunku dla prawdy w dyskursie publicznym. Jeszcze nie ma u nas ludzi odciętych od bibliotek publicznych, jak za czasów Viktora Klemperera w III Rzeszy niemieckiej, kiedy Żydom nie wolno było pożyczać książek z bibliotek. Jeszcze nie ma książek wyłącznie dla Polaków, choć przecież noblistka Olga Tokarczuk jest już wyraźnie wedle MABENY (czyli „przemysłu pogardy dobrej zmiany”) antypolska, polakożercza i w ogóle — politycznie podejrzana. Jeszcze nie pali się książek przeciwników politycznych, jak miało to miejsce w III Rzeszy, choć incydent z urojonymi przeciwnikami religijnymi („Harry Potter”) już miał miejsce, ale Minister Kultury i wielu za nim, mogą z dumą podkreślać, że nie doczytali, albo że nie czytali w ogóle. Pogarda wiedzy i wiedzoodporność. Pogarda dla kultury (politycznej poprawności) i kulturoodporność. Pogarda dla uniwersytetu i wykształcenia. A nam pozostaje czułość i uważna lektura.

    Londyn Reklama Billboard Roberta Iceka i teatralnej adaptacji Ducan Macmillan z George Orwella 1984 w dniu 30 maja 2015 w Londynie, UK, fot. Depositphotos

    Jarosław Płuciennik