
Wczoraj (28.07.25) w „Svenska Dagbladet” ukazał się ważny felieton autorstwa Moa Lindqvist pt. „Universitetets många röster har tystnat” („Wiele głosów uniwersytetu zamilkło”). Autorka, młoda badaczka z dziedziny socjologii wiedzy i środowiska akademickiego, zarysowuje w nim proces postępującej uniformizacji głosu szwedzkich uniwersytetów, które – jak pisze – mówią dziś jednym językiem. To nie tylko język pozbawiony różnorodności, ale przede wszystkim język biurokratyczny, zarządczy, strategiczny. Tym samym uniwersytety tracą zdolność do bycia przestrzenią dla swobodnej, pluralistycznej debaty intelektualnej.
Lindqvist pokazuje, jak w Szwecji na przestrzeni dekad, a zwłaszcza od reform z lat 90. i początku XXI wieku, uczelnie coraz to tracą swoją autonomię intelektualną (jak również tradycyjną symbolikę) na rzecz języka „organizacyjnej misji”, „ram strategii”, „zarządzania jakością” i „efektywności komunikacji”. W tym klimacie różnorodne głosy dyscyplin naukowych i indywidualnych badaczy coraz trudniej się przebijają. Zamiast wielogłosu – mamy głos „systemowy”, gładki i przewidywalny. Słowem – jak pisze autorka – „akademicki język został podporządkowany logice politycznej”.
Trudno czytać ten tekst bez skojarzeń z sytuacją w Polsce – szczególnie po tzw. reformie Gowina z 2018 roku, która przekształciła uczelnie w centralnie zarządzane instytucje, z silnie zhierarchizowaną strukturą władzy, ograniczoną rolą wydziałów, a także podporządkowaniem strategii naukowej logice parametryzacji i punktacji. Rektorzy zyskali nowe uprawnienia, a język uniwersytetów – w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej – coraz bardziej przypomina język korporacyjny: wskaźniki, produktywność, efektywność, międzynarodowa konkurencyjność.
To, co Lindqvist diagnozuje w Szwecji, jest więc prawdopodobnie częścią szerszego zjawiska: globalnego modelu zarządzania wiedzą, który kładzie nacisk na jednolitość, przejrzystość, „mierzalność” i kontrolę, a jednocześnie spycha na margines nieprzewidywalność, kontrowersję, debatę i różnicę – czyli wszystko to, co przez wieki było siłą uniwersytetu jako instytucji.
Tekst Lindqvist jest godny uwagi, zwłaszcza, że sytuacja szkolnictwa wyższego w Skandynawii nie jest jakaś wyjątkowa. To także ważne lustro dla naszej polskiej rzeczywistości akademickiej. Coraz mniej jest w różnorodności głosów, istoty bycia kreatywnym.
Oczywiście, w tym ujednoliceniu głosów odgrywają także pewną rolę instytucje europejskie, w których przecież panuje tzw. proces boloński, oznaczający także porównywalność dyplomów. Za tym jednak idą pewne mody dyskursywne np. skupienie się na doskonałości. Choć od dekad już w zarządzaniu jakością wiadomo, że mamy raczej proces doskonalenia się, poprawiania, a nie doskonałości. Zobaczcie choćby w sieci, ile jest centrów doskonałości i komitetów oraz instytutów. (np. NATO CCD COE, Hybrid CoE, CoE‑Civ, Jean Monnet Centres of Excellence, EULAR Centres of Excellence). Teraz w dobie AI można się spodziewać procesów dalszej unifikacji głosów.
Wielogłos jest jednak skarbem, który ma także znaczenie społeczne. Tam, gdzie słychać wiele głosów – z różnych dyscyplin, z różnych tradycji akademickich, ale też z różnych pozycji społecznych – łatwiej o krytyczną refleksję, innowację i autentyczny dialog. Uniwersytet nie powinien przypominać korporacji z jedną strategią komunikacyjną i zunifikowanym przekazem, lecz raczej wielogłosowy chór, w którym napięcia i różnice nie są zagrożeniem, lecz źródłem energii intelektualnej. Milknące głosy to nie tylko strata dla nauki – to także osłabienie społecznej roli uniwersytetu jako miejsca namysłu, sporu i publicznego dobra.