Blog

  • Idioci, czyli kto może mówić o praworządności

    Idioci, czyli kto może mówić o praworządności

    Model wierzącego w spiskowe teorie dziejów… (fot. lic. Depositphotos)

    Faktem niezaprzeczalnym dla mnie jest, że zasadniczo tzw. praworządność (ang. rule of law) pochodzi z idei oświeceniowych. Podobnie jak utrwalenie tzw. trójpodziału władzy Monteskiusza.

    Jak można przeczytać na stronach poświęconych rządom prawa w USA: „Praworządność to zasada, zgodnie z którą wszystkie osoby, instytucje i podmioty podlegają przepisom prawa. Te przepisy muszą być: ogłoszone publicznie, równo egzekwowane, niezależnie orzekane i zgodne z międzynarodowymi zasadami praw człowieka.”

    Ponad 200 lat temu Alexander Hamilton, James Madison i John Jay opublikowali serię prac promujących ratyfikację Konstytucji Stanów Zjednoczonych, obecnie znanych jako „Federalist Papers”. Wedle tych artykułów sprawa właśnie tak wygląda, jak napisałem wyżej. Zatem idea praworządności to jest idea oświeceniowa, tak samo jak idea Konstytucji. Pierwsza Konstytucja na świecie to przecież Konstytucja USA. 

    Ale wiele Konstytucji państw nowoczesnych (czytaj: pooświeceniowych) ma w swoich prawach zasadę praworządności. Również polska obowiązująca ciągle Konstytucja RP.

    Także np. Konstytucja Szwecji, która jednak w opracowaniach odwołuje się do szacunku wobec prawa zapisanego już w prawach regionalnych Upplandu z końca XIII wieku (szw. Upplandslagen).

    Inne prawo Jutlandzkie zaczyna się w XIII wieku od słów szwedzkich: Med Log skal Land bygges („państwo buduje się na prawie” „państwo jest zbudowane na prawie”). Z tego sformułowania korzysta się przy budowie różnych praw. 

    Jednak najważniejsze w tych prawach z XIII wieku jest sformułowanie, które jest po tym zdaniu:

    „Państwo buduje się na prawie, leczy gdyby każdy zadowolił się tym, co ma, i pozwolił innym cieszyć się takim samym przywilejem, żadne prawo nie byłoby potrzebne.” (opieram się na tłumaczeniu w Åsbrink, Elisabeth. Made in Sweden: 60 słów, które stworzyły naród, przekł. Natalia Kołaczek, Warszawa: Wielka Litera, 2019, s. 29) 

    Idioci, tudzież rzezimieszki różnej maści, nie rozumieją takich reguł i zasad. Definicja antyczna słowa idiota pasuje tutaj jak ulał. Idiota według Słownika Etymologicznego już w 14 wieku oznacza, „osobę tak upośledzoną umysłowo, że nie jest zdolna do zwykłego rozumowania”; także w średnioangielskim „prosty człowiek, niewykształcona osoba, laik” (koniec XIV w.), od starofrancuskiego ‚idiote’ „niewykształcony lub ignorant” (12 w.), z łac. idiota „zwykły człowiek, laik; outsider”, po łacinie „osoba niewykształcona lub nieświadoma”, od greckich idiotów „laik, osoba bez umiejętności zawodowych” (w przeciwieństwie do pisarza, żołnierza, wykwalifikowanego robotnika), dosłownie „osoba prywatna” (w przeciwieństwie do osoby biorącej udział w sprawach publicznych), używana protekcjonalnie dla „ignoranta osoba” z idios „własne” (patrz idiom).

    Takie właśnie znaczenie idioty, jako człowieka izolowanego od życia publicznego, idioty jako człowieka „samotnej wyspy” pasuje jak ulał do tych Polaków, którzy nie rozumieją słowa praworządność. Co więcej Ci Polacy prawdopodobnie nie rozumieją tego, co jest także po stwierdzeniu rządów prawa w Upplandslagen: „gdyby każdy zadowolił się tym, co ma, i pozwolił innym cieszyć się takim samym przywilejem, żadne prawo nie byłoby potrzebne.”

    Ostatnio na temat historii Belgii wypowiedział się konstytucyjny Minister Michał Wójcik, wedle którego w ogóle Polska państwowość trwa nieprzerwanie od tysiącleci, w związku z tym, nie będzie tu nam jakiś Belg, którego państwowość trwa ledwie lat 200, prawił morałów na temat praworządności. Dobrze wyśmiewa go w „Gazecie Wyborczej” Bartosz T. Wieliński.  Kuriozum tej wypowiedzi można jedynie porównać do słynnej wypowiedzi wiceministra obrony Kownackiego o uczeniu się Francuzów jedzenia widelcami od Polaków. Chciałbym dodać jedynie, że ta swoista ignorancja i arogancja pana ministra trochę mnie dziwi, boż przecie tenże minister ma wykształcenie prawnicze. Ba! Doktorat napisał, choć co prawda w dziedzinie nauk o polityce. Nie wiem, na jaki temat, i to też trochę dziwne, bo tutaj jest brak danych w oficjalnym serwisie Nauka Polska, a i na stronach ministerstwa jakoś nie ma zbyt wiele danych, sama niemal propaganda dokonań ministra. (nie znalazłem też żadnych publikacji naukowych dra Wójcika, a szkoda… mógłbym się lepiej zapoznać, zapewniam, że dołożyłem starań w to, żeby te publikacje znaleźć…)

    Zrzut ekranu z Nauka Polska, 19 listopada 2021, godz. 14:20 (fot. autor JP)

    Ja protestuję przeciwko ukazywaniu Polaków jako idiotów, którzy nie tylko w swojej pyszałkowatości nie znają miary, ale jeszcze na dodatek okazują się ignorantami i arogantami, którzy chcą być idiotami, to jest zerwać wszelkie możliwe relacje i zostać jak ta samotna wyspa (zgodnie definicją etymologiczną demokratycznych Greków).

    Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;

    Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu,

    To się wzbija, to w głąb wali;

    Nie lgnie do niego fala, ani on do fali;

    A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu.

    Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby:

    To samoluby! (A. Mickiewicz, Oda do młodości)

    I tak to właśnie wygląda z punktu widzenia historii idei w relacji z „idiotami” jako pojęciem. 

    PS. Koleżanka już po publikacji podesłała mi dane, które jednak znalazła w innym miejscu. Temat doktoratu ministra brzmi: Znaczenie samorządu gospodarczego w Polsce w zakresie realizacji zadań rynku pracy. Praca skończona w 2015 i obroniona w 2017.

    PS2. Szczegółowa edycja 22 listopada 2021.

  • Pałac na cmentarzyskach

    Pałac na cmentarzyskach

    O stosowności metafor słów kilka

    Pomnik Francisco Goyi przed Muzeum Prado w Madrycie (zdjęcie autora JP)

    Metafory są w stanie ujawnić bardzo dużo. Metafory budują naszą mentalną przestrzeń, czasami mówi się o metaforach, którymi żyjemy. Na przykład, taka matefora orientacyjna, „To co wysoko, to dobre, to co nisko, to złe”, albo „przyszłość przed nami”, zaś „przeszłość za nami”. 

    Czasami jednak metafory przechodzą do życia codziennego, zdarza się, iż kompletnie wyzbyte pierwotnych kontekstów. Tak jest chyba w przypadku powiedzenia: „kiedy rozum śpi, budzą się demony”. Często używamy tego określenia, żeby delikatnie, kulturalnie skrytykować jakieś zjawisko. To jest kulturalny sposób wskazania, że uznajemy dane zjawisko za wynikające w braku rozumu. Inaczej mówiąc, można by to porównać z wypowiedzią grzecznego ucznia, który już wie, że nie można szastać w przestrzeni publicznej określeniami takimi jak „głupi”, „kretyn”, „debil”, „idiota” — zamiast tego lepiej, grzeczniej jest powiedzieć: ach, to jest niemądre… Co lepiej wykształceni mogą właśnie pójść jeszcze dalej i w bardzo kulturalny sposób, wręcz filozoficzny powiedzieć: „Kiedy rozum śpi, budzą się demony”. 

    Kiedy Francisco Goya namalował słynny cykl 80 rycin pt. „Kaprysy” chciał w duchu oświecenia skrytykować społeczeństwo hiszpańskie. Pierwotnie chciał prawdopodobnie także uniknąć łatwych oskarżeń i nadać całości cyklu (delikatnie nazwanemu „kaprysami” [w domyśle: wyobraźni, fantazji]) charakter metaforyczny, ironiczny: chciał umieścić niejako autoportret siebie śpiącego, którego atakują zwierzęta ciemności, stworzenia nocy: nietoperze, sowy, a gdzieś u doły gotowy do ataku jest także znany drapieżnik nocny: kot. Choć ten nie atakuje śpiącego raczej wpatruje się za widza. W pierwotnej wersji tej ryciny Goya nawet ma splecione do modlitwy ręce, tak bardzo chciał być delikatny i uduchowiony w sensie tradycyjnym. Wiadomo jednak, że znał i studiował oświeceniowe szkice praprzodka satyry, angielskiego miedziorytnika, Williama Hogartha, chłoszczącego społeczeństwo angielskie na przykład za pijaństwo (wtedy nie znano jeszcze jednostki chorobowej alkoholizmu). 

    W całości szkiców jest sporo różnych fantastycznych wyobrażeń, dlatego nie można Goyi uznać po prostu za kolejnego oświeconego. Dostarczył on zresztą swoistej teorii twórczości, pragnąc zasugerować, że fantazja sprzęgnięta z rozumem potrafi tworzyć prawdziwą sztukę. 

    Zatem jego jeden z najsłynniejszych szkiców: „Kiedy rozum śpi, budzą się demony” był bardzo ironiczną próbą stworzenia uniwersalnego języka sztuki. Problem w tym, że owe demony z tego szkicu miały iść na okładkę, dlatego były delikatnie zasugerowane i skomentowane auto-poetycko.  Gdyby zostać tylko przy okładce i nie sięgnąć dalej i nie przechodzić przyśpieszonej edukacji przez 80 kolejnych szkiców, można byłoby sądzić, że Goyę można wyczerpująco zrozumieć przez popularne wątki oświeceniowe, także hiszpańskie, widzące uniwersalny kichotyzm w każdym człowieku. Wedle tej filozofii, człowiek jest takim trochę obłędnym rycerzem, walczącym zasadniczo w dobrej, słusznej sprawie, czasami jednak właśnie szaleje jakby, bo zdarza mu się przysnąć. Dlatego walczy z wiatrakami, bo mu się zdają olbrzymami.

    Obawiam się jednak, że w przypadku niektórych zjawisk życia społecznego lepszej metafory dostarcza John Milton, który w „Raju utraconym” dał świetny obraz pandemonium — pałacu upadłych aniołów w piekle, czyli siedziby demonów, diabłów. Jest on bardzo okazały, zrobiony ze złota. 

    Może taka architektoniczna metafora bardziej przystoi wydarzeniom kaliskim z 11 listopada? Dziwię się doprawdy, jak można lekceważyć tę symbolikę w trakcie swoistej uczty faszystów w Kaliszu? Rozumiem, że w Warszawie hasła „roz-puszczonego Bąkiewicza” o niesieniu „krużganków oświaty” policji PiS nie przeszkadzały. Internet pełen jest żartów na ten temat. Można się cieszyć, że w końcu Empik zostawili tym razem w spokoju. Ale co robiła policja PiS w Kaliszu, kiedy rozwydrzona banda faszystów paliła i nabijała na dzidę egzemplarz Statutu Kaliskiego, symbolu Polski otwartej i tolerancyjnej, z wrzaskami „tu jest Polska, a nie Polin”? Palenie książek i nabijanie na dzidę książek to dopiero początek… w tle były też hasła: ”śmierć wrogom”. Takie rzeczy policja Rzeczpospolitej powinna natychmiast gasić w zarodku, to jest ewidentne, choć symboliczne i językowe nawoływanie do przemocy względem Żydów….  No ale Policji PiS coraz mniej takie rzeczy obchodzą, muszą pilnować pomników wodza i kościołów…  no bo czasami rozmodlony i rozkochany naród mógłby im coś zrobić… (nie sądzę…) A może policja PiS sprawę orkiestruje? Tak pytam tylko, czy tam była policja? Dowiaduje się, że owszem była i był także reprezentant Prezydenta miasta, nota bene, architekta. No i prezydent skomentował: Kiedy rozum śpi, budzą się demony. Nie. To już nie jest tylko głupota i zabobon. To jest rozpuszczone pandemonium za państwowe pieniądze, bo przecież z polskich podatków 3 mln poszły na fundację pana Bąkiewicza. 

    Złote pandemonium. Pandemonium na sterydach. Pandemonium napędzane polskim węglem i polską ropą. 

    Przeraża mnie to, że ten pałac stoi na cmentarzyskach. 

  • Dawno, dawno temu…

    Dawno, dawno temu…

    Dawno dawno temu
    był naród wielki, wielonarodowy, ale nazywający się Dobrem Wspólnym – Rzeczą Pospolitą
    I naród ten potrafił ze sobą porozumiewać się, tworzył przestrzenie do rozmowy.
    I był szanowany za to, że potrafił się ze sobą dogadywać.
    Kraj był miodem i winem płynący.
    Dawno dawno temu

    Piłsudski czy Dmowski? Który lepszy? Który mój?
    A może jednak ten co to od muzyki, pianista Paderewski? Grajek? Weselszy….
    11 listopada, a dlaczego? 11 listopada? Ponury dzień, mgły, deszcze, zasadniczo – chce się krzyczeć: więcej światła!!! A może jednak lepiej 28 czerwca? Traktat Wersalski dał nam wolność i państwo. Radość!
    Kiedyś byłem w Anglii na 11 listopada i moi przyjaciele nie mogli się nadziwić, że w Polsce świętujemy datę, kiedy w Anglii rozpamiętuje się poległych w wielkiej wojnie. Jakbyśmy robili wesele na grobach. Może nie jest to najlepsza data? Ale się już utarła… Ale może warto pogadać? Żebyśmy radowali się dla samej radości, a nie tak pomimo mgły, dżdżu i ciemności?


    O, radości, iskro bogów,
    Kwiecie Elizejskich pól,
    Święta, na twym świętym progu
    Staje nasz natchniony chór.
    Chciałbym żebyśmy tańczyli na ulicach naszych miast. Naszej Łodzi. Tańczyli i śpiewali. Przecież to jest radość…Wspólna, chóralna, czemu nie tańczymy…


    Przerobiłem taką pieśń, która nie jest jeszcze znana powszechnie, może już niedługo będzie znany ten pierwowzór. Przerobiłem, bo nie miałem pomysłu własnego. Słabo mi się pisało w listopadowy ranek. Ponuro, mglisto, mało światła.
    Chciałbym, żeby ktoś napisał Odę do niepodległości, którą wszyscy moglibyśmy zaśpiewać
    Nigdy jej nie napiszę. Jeśli kiedykolwiek napiszę moją
    Odę do niepodległości
    Będzie pisana prozą, zwyczajnie, ale z pobrzękiwaniem z moim sercem.
    Taka moja oda byłaby prosta
    Oda do niepodległości
    Nie napuszona, ale z godnością
    Chciałbym myśleć, że niepodległość to coś
    Więcej niż tylko słowo
    W wielkim i napuszonym języku
    Ody do niepodległości często pozostają niesłyszane

    Jeśli kiedykolwiek napisałbym moją
    Odę do niepodległości
    A przecież nie zasłużyłem na to, dobrze się miewam
    Wtedy obawiam się, że Byłbyś podejrzliwy
    Wobec sprawy, której użyczam głosu
    Jest nieuchwytna ona i trudna do utrzymania
    To ulotna rzecz
    Dlatego nie ma naprawdę wartej zapamiętania Ody do Niepodległości
    Jak ja bym chciał, żeby ktoś napisał Odę do niepodległości, którą wszyscy moglibyśmy zaśpiewać. Zaśpiewać… i może
    O radości…
    Dawni dawno temu był naród, który potrafił się ze sobą dogadywać…
    O radości…

    Łódź, 11 listopada 2021, wygłoszone na Pasażu Schillera po marszu „Łódź Niepodległości”…

  • ABBAtary na „czarodziejskiej górze”, albo ABBAtary lecą w kosmos…

    ABBAtary na „czarodziejskiej górze”, albo ABBAtary lecą w kosmos…

    ABBA wydała nowy album a jej awatary ruszają w trasę koncertową. Jakie ma to konsekwencje dla kulturoznawcy?

    Awatary jako pojęcie są już z nami od dawna (fot. lic. Depositphotos)

    Rośnie popularność nowego słowa: abbatary (po angielsku mogą państwo spotkać „Abbatars). Jest to złożenie pochodzące od dwóch słów: ABBA i awatar. ABBA to akronim od imion członków legendarnego zespołu szwedzkiego, który po 40 latach pragnie nas ponownie zaczarować, tak ja udało im się już całkiem niedawno w 1999 r. musicalem filmowym „Mamma Mia” z Meryl Streep w roli głównej. Ze słowem awatar wszyscy wydają się już oswojeni, bo niemal każdy ma konto na portalach społecznościowych, na których funkcjonuje takie właśnie określenie na nasze wizerunki, choć technicznie rzecz biorąc to technika Apple stworzyła ruszające się awatary dla wszystkich w swoim iOS. Tak czy owak, to że ABBATARY robią karierę jako słowo, zaś jako ludzie wystartowali w piątek w podróż kosmiczną, nie ulega wątpliwości. Album promowany przez koncerty ABBATARÓW w Londynie nosi tytuł nieco egzotycznej podróży, z francuska Voyage. Na okładce albumu składającego się tylko z 10 krótkich utworów widnieją bohaterowie w stylu kosmicznych podróżników z czujnikami na ubraniach imitującymi realne czujniki, którymi posługiwała się nowa technologia odwzorowywania w 3D ruchów ludzkiego ciała. W Londynie oprócz realnych 10 akompaniatorów wystąpią ABBATARY wzorowane na realnych ludziach ze zdjęć i filmów 1979 r. oraz realnych ludziach ponad siedemdziesięcioletnich, którzy maja nawyki ruchowe swoiste dla siebie.
    ABBA była innowacyjna w przeszłości, ale przecież nie ona wymyśliła estetykę błyszczącego disco, ani nie ona wymyśliła technikę compact disc, choć to właśnie muzycy ABBA pierwszą taką komercyjną płytkę wypuścili w 1981 („The Visitors”). Wcześniej pierwsi stosowali krótkie filmiki promocyjne, które dzisiaj nazwalibyśmy wideoklipami muzycznymi.
    Teraz też nie jest ABBA pierwsza w stosowaniu techniki hologramu: jak pisze w Svenska Dagbladet stale współpracujący z redakcją szwajcarski kulturoznawca z Lucerny, Thomas Steinfeld, śpiewaczka operowa Maria Callas i piosenkarka Whitney Houston, obie już zmarły, koncertowały już jako hologramy. Ta druga śpiewa obecnie w Las Vegas. Roy Orbison i Buddy Holly, również nieżyjący od wielu lat, w przyszłym roku wyruszą w trasę „Dreams”. Można powiedzieć, że osiągamy nową rzeczywistość wirtualną, o której marzy Mark Zuckerberg i przed którą przestrzegał wielokrotnie Jaron Lanier, autor takich książek jak „Dziesięć powodów, dla których powinieneś natychmiast usunąć swoje konta z mediów społecznościowych” (2018, pol. wyd. 2021), czy „Nie jesteś jakimś gadżetem” (ang. You ara not a gadget 2011) . Zuckerberg chcąc uciec przed problemami Facebooka wymyślił pojęcie Metauniwersum, choć wzbogaconą rzeczywistość już dawniej znaliśmy. Pandemia i erupcja cyfrowych zastosowań w zamknięciu wzmocniły ruch w stronę ucyfrowienia wszystkiego i — jak się okazuje — wszystkich. Bo nie ma dla mnie wątpliwości, że technika zastosowana przez ABBAtary dzisiaj zdemokratyzuje się i że wszyscy będą kiedyś mogli z niej skorzystać. Oczywiście za jakąś opłatą, najlepiej w subskrypcji.

    Awatar? (fot. lic. Depositphotos)


    Można się rozmarzyć, niczym Hans Castorp w „Czarodziejskiej górze” Thomasa Manna, który wciela się w czarodzieja, DJ-a serwującego muzykę z magicznego gramofonu, „harmonię dźwięków”, „dźwięki duchów”, jak nazywa to ustami Castorpa Thomas Mann. „Nie widział śpiewaków ani śpiewaczek, którym się przysłuchiwał. Ich powłoka ludzka przebywała gdzieś w Ameryce, Mediolanie, Wiedniu. Petersburgu. A niechże sobie tam przebywają, bo dali mu najlepszą swą cząstkę, swój głos… […]”.
    Mann ustami narratora opowiada o wzniosłych doświadczeniach bohatera, który odkrywa pod powłoką pieśni jej podstawę: „śmierć”.

    Nie ulega dla mnie wątpliwości, że dziewiąty album ABBA jest bardzo samoświadomy. Świadczy o tym nie tylko dialog między autorami cytowany w NYT: „Dla Anderssona wymyślanie nowego materiału Abby było mile widzianą zmianą. „Myślę, że praca tylko nad recyklingiem jest trochę nudna”, powiedział, nieumyślnie wywołując na powrót ich jedyną z Ulvaeusem niezgodność dnia – na temat jego doboru słów. Ty nazywasz to recyklingiem, ja nazywam to transcendentnym opowiadaniem historii – powiedział Ulvaeus. „Możesz się unieść, możesz robić rzeczy na innych platformach, czyli tym, czym jest „Voyage”: opowiada historię na innej platformie. Tym też jest „Mamma Mia!” – kontynuował, odnosząc się do musicalu. „To nie jest recykling”.

    O samoświadomości świadczy także zakończenie albumu piękną balladą, „Odą do wolności”, muzycznie pobrzmiewającą Czajkowskim i „Jeziorem łabędzim”:

    Jeśli kiedykolwiek napiszę moją
    Odę do wolności
    Będzie w prozie, która będzie ze mną dźwięczeć.
    To byłaby prosta
    Oda do wolności
    Nie pretensjonalna, ale z godnością
    Chciałbym myśleć, że wolność jest
    Czymś więcej niż tylko hasłem
    W wielkim i napuszonym języku
    Ody do wolności często pozostają nieusłyszane

    Jeśli kiedykolwiek napisałbym moją
    Odę do wolności
    Będąc uprzywilejowanym i rozpieszczanym przez kaprysy
    Wtedy obawiam się, że
    Byłbyś podejrzliwy
    Względem sprawy, której użyczam głosu
    Jest nieuchwytna i trudna do uchwycenia
    To ulotna rzecz

    Dlatego nie ma naprawdę wartej zapamiętania Ody do Wolności
    Chciałbym, żeby ktoś napisał Odę do wolności, którą wszyscy moglibyśmy zaśpiewać

    Mam mieszane uczucia względem ABBA i jej awatarów: z jednej strony przypominają mi dzieciństwo, koncert z 1976 r. w Studiu 2 w reżimowej TVP. Z drugiej, świetną Meryl Streep w Mamma mia. Ale ta podróż, którą sobie fundują, to wyniesienie w kosmos muzeum przypomina niestety Muzeum Figur Woskowych, o których Artur Schopenhauer pisał, że są skrajnym przeciwieństwem wzniosłości prawdziwej sztuki. Znacznie bardziej chyba do mnie przemawia Muzeum Niewinności Orhana Pamuka niż Muzeum Abby w Sztokholmie, choć na pewno, kiedy bym się tam znalazł, chciałbym je obejrzeć.
    Nie mogę zapomnieć zakończenia Czarodziejskiej góry — wcielenia do wojska Hansa Castorpa i wysłania go na front I wojny światowej. Zachwyty Castorpa nad gramofonem stały się dla niego fatalnym zauroczeniem. Odkrył dzięki nim śmierć…. Taka nostalgia jest także widoczna w całym przedsięwzięciu ABBAtarów… Przykro jest i niezręcznie to napisać, ale oni jakby żegnali się przed odlotem w kosmos. Tak kończy się pewien świat. Czy zaczyna nowy?

    Robot i planety (fot. lic. Depositphotos)

    Artykuł w innej wersji ukazał się 12 listopada w Gazecie Wyborczej jako „ABBAtary lecą w kosmos. Tak kończy się pewien świat. Czy zaczyna nowy?”

  • Mniemanologia stosowana i psychoanaliza „pożal się Boże” ministra Czarnka

    Mniemanologia stosowana i psychoanaliza „pożal się Boże” ministra Czarnka

    Starszy psychoanalityk… (fot. lic. Depositphotos)

    Jak podaje GW: „Przemysław Czarnek w rozmowie z Polskim Radiem 24 w Dzień Edukacji Narodowej uznał, że nie przychyli się do nauczycielskiego postulatu powiązania pensji ze średnim wynagrodzeniem krajowym.”

    Jednak nie ten aspekt — niebagatelny — chciałbym skomentować z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Oburzyło mnie — tak! jestem prawdziwie oburzony — inne zdanie ministra:

    „Kiedy prowadzący zapytał ministra, w której dziesiątce w Europie umieściłby polski system edukacji, Czarnek stwierdził, że „na pierwszy miejscu”, choć przyznał, że inaczej mu nie wypada, „bo jesteśmy w dniu 14 października”, a on jest szefem resortu edukacji.”

    Takie publiczne przyznanie się do cynizmu jest dość oburzające. Jednak dalej jest jeszcze gorzej, bo Czarnek dodał, iż nawet gdyby chciał, toby nic innego nie powiedział, bo jesteśmy w czołówce. Zaś jako argument padło: „Zawsze mamy jakieś kompleksy w stosunku do innych, ja tych kompleksów nie mam.”

    Informuję Pana ministra, że jego kompleksy i generalnie jego życie psychiczne raczej mnie jako rodzica dwóch synów w wieku szkolnym mało obchodzą. Obchodzi mnie natomiast to, że jego rząd fatalnie radzi sobie z pandemią i szczepieniami wśród młodzieży. Choć moim zdaniem formacja pana ministra znana jest z tego właśnie zakompleksienia, tego poczucia niższości, no bo jeśli jakaś np. habilitacja jest ledwo ledwo przepchnięta, to można mieć jakieś kompleksy, prawda, panie ministrze? Albo jeśli jest się ministrem z jednym z najgorszych poparć społecznych, też można poczuć kompleksy. Albo jeśli trzeba samemu sobie podnosić punktację za publikacje poprzez gmeranie w systemie? Albo jeśli myli się intersubiektywne badania społeczne z mniemanologią stosowaną, to takie kompleksy są wręcz na miejscu. Szczytem perfidii propagandzisty rządowego jest stwierdzenie, że „matematyka pokazuje, że edukacja w Polsce jest na dużo wyższym poziomie niż w Finlandii nawet czy w Szwajcarii, czy w Holandii, więc ja tu kompleksów nie mam”. Na jakie to badania powołuje się Minister Czarnek? Na badanie PISA, które jego formacja zazwyczaj totalnie krytykuje i nie zwraca na nie uwagi? To badanie ostatnie z 2018 było badaniem ostatniego rocznika z gimnazjum zlikwidowanego przez min. Zalewską i rząd PiS. Jednak w tym badaniu PISA, na które przecież minister Czarnek się nie powołuje wprost (nie wymienia jego nazwy), także pod innymi względami polscy 15-latkowie radzili sobie w 2018 r. świetnie, stając na podium europejskim. Tylko że takie badania i inne trzeba czytać ze zrozumieniem… a nie wyciągać jak z rękawa pojedyncze fakty.

    Natomiast warto, kiedy patrzy się na Finlandię stwierdzić, że prestiż zawodu nauczyciela oraz wynagrodzenie jest kompletnie nieporównywalne. (jest nawet książka po. polsku Timothy D. Walkera pt. Fińskie dzieci uczą się najlepiej. Ze świetnym podtytułem: Co możemy zrobić, by nasze dzieci były szczęśliwsze, wierzyły w siebie i lubiły szkołę?

    Ale nie o to przecież chodzi, najważniejsze moim zdaniem i — najbardziej oburzające — że minister bazuje swoje wypowiedzi nie na badaniach intersubiektywnie weryfikowalnych, a na mniemanologii stosowanej oraz pseudopsychoanalizowaniu relacji międzykulturowych.

    A zupełnie na marginesie: polscy uczniowie, niestety, fatalnie radzą sobie z prawdziwymi problemami w życiu, a szkoła polska obecnie przygotowuje uczniów do posłuszeństwa systemowi i hipokryzji wszechpanującej, zamiast uczyć krytycznego myślenia, kreatywnego rozwiązywania problemów i współpracy w grupie, tudzież tolerancji względem inności. I lubienia świata, szkoły i ludzi. To są wyzwania współczesności i żadna matematyka, która na tak wysokim poziomie nauczania jak w Polsce nie jest może nikomu potrzebna, nie jest w stanie przykryć tych niedostatków cywilizacyjnych.

    Resentymenty względem światowych liderów edukacyjnych (np. Finlandii) przykrywane fałszywą pewnością siebie i pohukiwaniem, jacy to my jesteśmy wielcy… i to ma być dyskurs proponowany przez ministra edukacji? Mniemanologia stosowana zamiast oparcia dyskursu na wymiernych danych i badaniach? Do kogo ta mowa?

    PS. Wszystkim nauczycielom życzę dzisiaj poważania zawodu i wynagrodzenia nauczycieli fińskich! I radości życia…

    PS.2 Wpis ukazał się w GW 14.1021

  • Tolerancyjny, chrześcijański, gościnny kraj a Nagroda Nobla

    Tolerancyjny, chrześcijański, gościnny kraj a Nagroda Nobla

    PalFest – originally posted to Flickr as Abulrazak Gurnah on Hebron Panel

    Jak bardzo potrzebujemy języka polskiego, aby znów stał się słodyczą. A nie push-backiem i ujadającym policyjnym psem. 

    Kiedy słuchałem relacji bezpośredniej ze Sztokholmu sprzed drzwi Komitetu Noblowskiego, włączyłem oryginalny dźwięk, bo chciałem sprawdzić, jak dobrze będę rozumiał nowego sekretarza tego 18-osobowego gremium prof. Matsa Malma z Uniwersytetu w Göteborgu, ciekawy byłem jego głosu. Kiedy padło nazwisko tegorocznego laureata, myślałem, że nie rozumiem, bo niedobrze słyszę, pogłośniłem, ale nadal nie rozumiałem. W tym roku noblistą z literatury został pisarz oraz profesor literatury i postkolonializmu  Abdulrazak Gurnah. Nie znałem jego twórczości, jego nazwisko kiedyś przemknęło mi może jako nazwisko redaktora naukowego wielkiego tomiszcza pt. Cambridge Companion to Salman Rushdie, ważnego opracowania dla kogoś, kogo interesuje wolność słowa i wolność literatury. Muszę się przyznać, że w czwartek parę minut po 13:20 już wiedziałem, że w Polsce nie będę jedynym, który słabo twórczość uchodźcy z Zanzibaru i krytyka postkolonialnego zna i kojarzy — stwierdziłem z głupią satysfakcją, że nie przetłumaczono na polski ani jednej z jego 10 powieści. 

    Poszedłem na łatwiznę i sięgnąłem po jego krótkie anglojęzyczne opowiadanie pt. „Opowieść przybysza” opublikowane w zbiorowym tomie, pt. „Opowieści uchodźcze”. Tom ten został wydany 23 czerwca 2016 r. nakładem niezależnego wydawcy z Manchesteru „Comma Press”. „Refugee Tales” zawiera takie historie, jak: „Opowieść kierowcy ciężarówki” Cleave’a, „Opowieść o zatrzymanym” Ali Smith i „Opowieść cierpliwości” Patience Agbabi. Początek tego tomu bierze się z powstałej przed kilkoma laty organizacji charytatywnej dla uchodźców „Gatwick Detainees Welfare Group”, która wysyła wolontariuszy do dwóch „ośrodków detencyjnych” (obozów niezdefiniowanego aresztu) na lotnisku Gatwick, aby rozmawiać z setkami przetrzymywanych tam osób. I pomagać im.

    Czytam opowiadanie Noblisty:

    „Przyleciałem samolotem. Może to zabrzmieć dziwnie – w jaki inny sposób? Niektórzy szli. Wielu utonęło. Byli zdesperowani. Nie byłem zdesperowany, ale bardzo się bałem, bo bardzo rozgniewałam niektórych ludzi. Moim przestępstwem było powiedzenie dziewczynom, które uczęszczały do ​​mojej szkółki niedzielnej, że nie powinny zgadzać się na obrzezanie. Moja niedzielna szkoła miała być lekcją czytania i pisania, ale w każdy możliwy sposób przemycałem dobrą nowinę. Powiedziałem im, że obrzezanie to okaleczenie narządów płciowych oraz barbarzyńska i zacofana praktyka. Mężczyźni zmuszali do tego kobiety, żeby wiedziały, że są śmieciami. Prawdziwym zamiarem było zranienie ich, sparaliżowanie i kontrolowanie. Kiedy nadszedł dzień, w którym dziewczęta zgodziły się na cięcie, sześć z nich odmówiło. Nie było mnie tam, ale odkryłem, co wydarzyło się tej samej nocy, kiedy usłyszałem gniewne głosy na zewnątrz mojego domu, wzywające mnie, abym wyszedł i chcieli mi wlać za relacje z ich córkami. Była to wioska muzułmańska w kraju muzułmańskim i chociaż jestem ich rodakiem, jestem też chrześcijaninem, który został oskarżony o utrzymywanie relacji z ich córkami. Możesz sobie wyobrazić moje przerażenie.”

    Nie, nie zamierzam przekładać całości tego krótkiego opowiadania. Chciałem tylko dać posmak tego, czym są te akurat opowieści Guraha, choć temat uchodźctwa, pielgrzymowania powraca na kartach jego powieści wielokrotnie. (Tyle zdążyłem się zorientować) 

    Cały tom opowiadań otwiera coś na kształt poematu:

    „Ten prolog nie jest wierszem / Jest aktem powitania / Zapowiada on / Że ludzie, którzy są tu i teraz / Odrzucają warunki / Debaty kryminalizującej / Przemieszczanie się ludzi” – to jest fragment wiersza Davida Herda. „Aby zrobić z języka angielskiego słodycz… / Dlatego Chaucer opowiadał swoje historie. / Jak bardzo potrzebujemy angielskiego / Aby znów stać się słodkością.”

    Podczas tego specjalnego wydarzenia, po tym tomie wydano jeszcze trzy następny, choć podobne, bo wydarzenie powtarza się co roku: znani w United Kingdom pisarze czytają swoje opowieści na imprezach publicznych każdego wieczoru, w szczelnie zapełnionych salach, z opowieściami zebranymi przez Comma Press, o których mówi się, że oferują „rzadkie, intymne przebłyski niewypowiedzianego cierpienia”.

    Jednak ciekawa jest ta obecność tegorocznego Noblisty w tym tomie. No bo jakby temat uchodźctwa był niezwykle nabrzmiały w Europie w 2015, ale dzisiaj stał się też taki na wschodnich jej granicach, na granicach Unii Europejskiej z Białorusią i — pośrednio — Rosją. 

    Nauczyłem się dzięki Noblowi w tym roku, że istnieje luka w polskich słownikach terminów literackich, zapowiadam, że pracuję nad hasłem „tale”. J. A. Cuddon w „The Penguin Dictionary of Literary Terms and Literary Theory” (na mojej półce stoi  trzecie wydanie Penguin Books z 1992.) pisze na s. 954, że „tale” to

    „Narracja pisana (prozą lub wierszem) lub mówiona, w prozie prawie nie do odróżnienia od opowiadania (…). Jeśli jest różnica, to opowieść może sugeruje, że coś jest napisane zgodnie z brzmieniem kogoś mówiącego. Zazwyczaj temat opowieści jest dość prosty, ale sposób powiązania go może być złożony i kunsztowny. Wiele zależy od punktu widzenia pisarza. Można by chyba powiedzieć, że to rodzaj narracji, które R.L. Stevenson, Rudyard Kipling, W.W. Jacobs. Joseph Conrad, Somerset Maugham i William Faulkner lubili pisać i celowali w takich opowieściach, podczas gdy preferowane przez Henry’ego Jamesa. E.M. Forster, Aldous Huxley, Katherin Mansfield i Elizabeth Bowen to opowiadania. Jednak wszelkie takie klasyfikacje mogą być całkowicie mylące, a taki podział nie byłby użyteczny przy klasyfikowaniu krótszych dzieł Poego, Sakiego, Czechowa, Maupassanta i D.H. Lawrence’a czy kilkunastu innych pisarzy.”

    No więc wiem teraz, dzięki Abdulrazakowi Gurnahowi, że brakuje w języki polskim opracowania łączącego staroangielskie „tale” z innymi wręcz prasłowami takimi jak saga, skaz czy gawęda. Ale dzięki temu — sławnemu teraz — uchodźcy moi studenci ze storytellingu dowiedzą się także o tym, że podobne historie były w swahili, pierwszym, matczynym języku tegorocznego Laureata. Ten kontekst jest istotny dla opowiadań i powieści naszego Conrada. 

    Ale dowiedziałem się także, iż istnieje zbitka językowa „zatrzymanie na czas nieokreślony” (ang. indefinite detention). W Wielkiej Brytanii wspomniana już organizacja charytatywna, która wydała omawiany zbiór opowiadań: „Gatwick Detainees Welfare Group” walczy od 2015 r. z nielegalnym, łamiącym prawa człowieka zjawiskiem przetrzymywania w „miejscach zatrzymania” bez określenia czasu, a niekiedy trwa takie zatrzymanie przez wiele wiele długich lat, bez wyroku, bez procesu. Właściwie to taki nieustający proces…

    Pamiętajmy takie słowa: „opowieść”, to nie jest opowiadanie, „zatrzymanie na czas nieokreślony”, to nie jest zwykły areszt, to tortura, zaś „wypychanie” [ang. push-back, znane z polsko-białoruskiej granicy w 2021] to nie jest obrona granic i to nie jest patriotyzm. Bo wypychanie, to wpychanie do ciemnego lasu i na bagna. I szczucie psem policyjnym to nie jest obraz tolerancyjnego znanego z gościnności i publicznego rozmodlenia kraju. 

    I tak doszedłem do sedna: nagrody noblowskie pełnią niesamowicie cenną rolę edukacyjną i cywilizacyjną. 

    Jak bardzo potrzebujemy języka polskiego, aby znów stał się słodyczą. A nie push-backiem i ujadającym policyjnym psem.

    PS. Wpis zmieniony ukazał się 20 października 2021 w Więzi

  • Martwe wykłady i konieczność oceny rozwoju studenta

    Martwe wykłady i konieczność oceny rozwoju studenta

    Martwe wykłady i konieczność oceny rozwoju studenta

    Sen o prawdziwiej uniwersyteckiej edukacji (fot. lic. Depositphotos)

    Dawno uważałem, że wykłady jako forma nauczania są martwe, ostatnio także pisałem o wykładach online i wersji „gadających głów”. Naprawdę jest mnóstwo świetnych materiałów instruktażowych w otwartych zasobach edukacyjnych, coraz więcej wyników badań naukowców także otwiera się na wolny dostęp. 

    Z drugiej strony, coraz więcej znajdziemy głosów tradycjonalistów, którzy — skądinąd słusznie — argumentują, że studiowanie to nie jest tylko uczestnictwo w zajęciach (zwłaszcza tych wykładach z gadającymi głowami), ale także — a może przede wszystkim — uczestnictwo w życiu uczelnianym, studenckim ruchu i studenckim życiu nieformalnym, uprawianie sportu, nawiązywanie kontaktów.

    I wszystkie strony sporu mają częściowo rację: studia to faktycznie bardzo często jeden z najistotniejszych okresów życia młodych (zazwyczaj) ludzi, którzy podczas „wyjazdu na studia” poznają nie tylko przedmioty studiów, ale nade wszystko poznają świat i ludzi. 

    Rację mają także i ci, że trudno jest zastąpić online — obecność w laboratoriach… choć i takie rzeczy na świecie się dzieją, podobnie jak zdarzają się operacje chirurgii mózgu przez Internet. 

    Jednak nie ma chyba żadnej uczelni na świecie, która przyznałaby: nie chodźcie na wykłady, to nie ma sensu, najważniejsze są puby, zabawa i sport.

    Bo przecież nie o to tylko idzie…

    Jednym z elementów nie do zastąpienia przez algorytmy komputerowe jest ocena postępów studenta, programowanie całości kształcenia oraz doradztwo profesjonalne. Takich rzeczy komputery samodzielnie nie potrafią, potrzebny jest człowiek i to zazwyczaj musi być specjalista dużej klasy. 

    Bo — dodać trzeba — nie chodzi o ocenę od 1 do 6, albo od 2 do 5, ale o ocenę opisową, o sprawdzenie radzenia sobie w różnych okolicznościach, o sprawdzenie umiejętności i postaw: np. krytycznego myślenia, umiejętności kooperacji czy kreatywnego rozwiązywania problemów, tudzież tolerancyjnego współżycia społecznego. I od tego są zajęcia i spotkania ze studentami. 

    Ostatnio w Times Higher Education prof. Terry Young z Brunel University w Londynie, skądinąd emerytowany profesor specjalista od systemów opieki zdrowotnej, czyli specjalista od zarządzania opieką zdrowotną, napisał w tekście pt. Content is free: universities should stop producing it, że uniwersytety powinny dawno zacząć bardziej doceniać „projektowanie programów kształcenia” oraz ocenę postępów studenta wraz z tutoringiem. Jego głównym argumentem jest to, że w otwartych zasobach Internetu student może znaleźć dobrej jakości materiały, że wiedza jest wszędzie. Natomiast nikt nie zastąpi człowieka w ocenie rozwoju studenta i jego postępów. 

    Nie sposób się nie zgodzić, jednak potrzebne są pewne zastrzeżenia: istnieją jeszcze ciągle formy wykładów, które są niezastępowalne przez treści online. Stąd największe gwiazdy świata akademickiego zapraszane są przez pozauczelniane platformy dyskusyjne i sowicie opłacane przez nie, bo dobry przekaz bezpośredni jest ciągle w cenie.

    Tutoring może przebiegać w różne strony (fot. lic. Depositphotos)

    Po drugie, ewaluacja jakości kształcenia na uczelniach może przebiegać bardzo dobrze w systemie mieszanym, hybrydowym: częściowo online, przy użyciu narzędzi informatycznych, częściowo w przestrzeniach uczelnianych w kontakcie bezpośrednim. Na przykład: nie sposób wyobrazić sobie dzisiaj nauki pisania oraz występowania publicznego bez sprawdzenia sporej ilości utworów studenta.

    Podsumowując: otwarte zasoby edukacyjne są wszędzie, ale doradztwo, jak z nich korzystać oraz ewaluacja postępów w rozwoju personalnym, to ciągle domena uniwersytecka, którą trudno zastąpić. Dlatego nie popadajmy w skrajności takie jak: „kształcenie online jest do niczego”, albo „kształcenie online jest wyłączną przyszłością edukacji”.

    Napisałem to wszystko i nagle dopadło mnie zwątpienie: anachroniczny system edukacji wprowadzany już od 6 lat przez PiS w Polsce, oraz deformy Gowinowsko-Czarnkowe sprawiły, że coraz bardziej odstajemy od życia społeczeństw opartych na wiedzy. W jakim stopniu minister Czarnek odpowiada swoimi bredniami o „wolności akademickiej” (poprzez wpuszczenie zabobonu i polityki na uczelnie) na prawdziwe wyzwania rzeczywistości? Czarno to widzę, bo wielu rektorów polskich uczelni sekunduje władzy, chcąc się jej przymilać i przypodobać. A rektorzy nie są niestety już autonomiczni. I nie mają bezpieczników na samych uczelniach w postaci społecznej kontroli.

    PS. Wpis ukazał się 08.10.21 w Gazecie Wyborczej pt. „Deforma Przemysława Czarnka. Wielu rektorów sekunduje władzy, by się jej przymilić”

  • Apokryf z Michałowa

    Apokryf z Michałowa

    na podstawie prawych i sprawiedliwych słów Pana

    Screen z portalu vnetexplorer

    Kiedy mężczyźni wstali, aby odejść, spojrzeli w dół na Sodomę, a Abraham szedł z nimi, aby zobaczyć ich w drodze. 

    Wtedy Pan rzekł: Czy mam ukryć przed Abrahamem to, co mam uczynić? Abraham na pewno stanie się narodem wielkim i potężnym, dumnym, a wszystkie narody ziemi będą przez niego błogosławione. Panie, czyń to, co słuszne i sprawiedliwe, aby Pan spełnił dla Abrahama to, co mu obiecał”.

    Wtedy Pan rzekł: „Krzyk przeciw Sodomie i Gomorze jest tak wielki, a ich grzech tak ciężki, że zstąpię i zobaczę, czy to, co uczynili, jest tak samo złe, jak krzyk, który mnie dosięgnął zza granicy. Jeśli nie, będę wiedział, co robić.”

    Mężczyźni przypominający aniołów odwrócili się i poszli do Sodomy, ale Abraham pozostał przed Panem. Wtedy Abraham podszedł do niego i powiedział: „Czy zniweczysz prawego tak samo jak niegodziwego? A jeśli w mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych? Czy naprawdę zmieciesz te miejsca i nie oszczędzisz go ze względu na pięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy się w nim znajdują?” 

    Pan powiedział: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miejscu ze względu na nich. Czy Ty sobie wyobrażasz, że ja jestem nikim? Ja jestem, który jestem, moje anielskie służby badające tożsamość i wiarygodność osób przebywających w ośrodkach strzeżonych zidentyfikowały dowody na działalność pedofilską oraz dowody zoofilii!”

    Wtedy Abraham odezwał się znowu: „No to przepraszam, że odważyłem się mówić do Pana, chociaż jestem tylko prochem i popiołem, ale co, jeśli liczba sprawiedliwych jest mniejsza niż pięćdziesięciu? Zniszczysz całe miasto z braku pięciu osób?”

    „Jeśli znajdę tam czterdzieści pięć osób sprawiedliwych”, powiedział, „nie zniszczę tego miejsca. Ale jednak moje anielskie służby zidentyfikowały również zdjęcia wskazujące na praktyki związane z zaburzeniami seksualnymi.”

    Jeszcze raz przemówił do niego Abraham: „A gdyby znalazło się tam tylko czterdziestu prawych i sprawiedliwych?”

    Powiedział Pan: „Ze względu na czterdziestu, nie zrobię tego. Ale jednak zabezpieczone przez anioły materiały wskazują, że wśród nich są narkomani, pedofile i zoofile. Część z tych osób, ogromna większość, są bohaterami tych zdjęć, oni sobie robili te zdjęcia.”

    Wtedy Abraham rzekł: «Niech Pan się nie gniewa i pozwoli mi mówić. A jeśli można tam znaleźć tylko trzydzieści osób sprawiedliwych?”

    Odpowiedział Pan: „Nie zrobię tego, jeśli znajdę tam trzydziestu. Ale miej na względzie, że był jeden, co zgwałcił krowę i chciał dostać się do Polski…” 

    Abraham rzekł tedy: „To w takim razie wybacz, kiedy znów odważyłem się mówić do Pana: a co by było, gdyby było tam tylko dwudziestu sprawiedliwych?”

    Powiedział: „Z powodu dwudziestu nie zniszczę go. Jednak sam popatrz, co oni mają w swoich komórkach… moje oko widzie wszystko. Także i to…”

    Potem Abraham rzekł: „Niech Pan się nie gniewa, ale pozwoli mi jeszcze raz przemówić. A jeśli można tam znaleźć tylko dziesięciu prawych i sprawiedliwych?”

    Odpowiedział: „Z powodu dziesięciu nie zniszczę tego miejsca”.

    Kiedy Pan skończył rozmawiać z Abrahamem, odszedł, a Abraham wrócił do domu. I zaczął bawić się ze swoimi dziećmi…

    Notował: Jarosław Płuciennik

    PS. W niedzielę 3 października apokryf został opublikowany jako Ewangelia z Michałowa na niedzielę. Co jeśli w Sodomie są narkomani, pedofile i zoofile?

  • Gadające głowy w edukacji

    Gadające głowy w edukacji

    Gadające głowy

    Dużo pisze się o strasznych konsekwencjach pandemicznego zamknięcia w edukacji różnych poziomów. Dominuje tutaj ton kasandryczny, czy wręcz katastroficzny. Jednak nie sposób mówić o kształceniu na różnych poziomach tak samo. Istnieje zasadnicza różnica między kształceniem przedszkolnym, wczesnoszkolnym, podstawowym, gimnazjalnym (sic!), licealnym, zawodowym, technicznym i — last but not least — wyższym.

    Ministerstwo Edukacji i Nauki przez samo swoje istnienie jako wielkie monstrum organizacyjne wymusza pewne uogólnienia. No i jeśli faktycznie dzieci fatalnie przeżyły zamknięcie pandemii oraz nieporadne przejście na zdalne nauczanie, i jeśli faktycznie rodzice (zwłaszcza w naszych patriarchalnych warunkach — matki) zostały obarczone dodatkowymi obowiązkami domowymi oraz finansowymi (zakup sprzętu), to w przypadku studentów szkół wyższych sprawa mogła zasadniczo wyglądać inaczej.

    Ostatnio przeczytałem jednak z dużym zdziwieniem wywiad z prof. Aleksandrem Nalasowskim, w którym znaleźć można zasadniczo słuszne rozpoznanie:

    „Studia bardziej niż jakakolwiek szkoła są środowiskiem kulturotwórczym. Jest to obecność w klubach studenckich, kultura studencka, imprezy – typu juwenalia, otrzęsiny. Dla lwiej części młodzieży akademickiej studia są także radykalną formą usamodzielnienia się, bo przecież nagle wyjeżdżają z domu i odpowiadają za samego siebie. W szkole średniej byli Asią, Krysią, Jasiem, a nagle mówi się do nich „proszę pana”, „proszę pani”. Muszą stać się odpowiedzialni. Nikt nie wychodzi ze skóry i nie powtarza wszystkiego pięć razy, ale później wykładowca sprawdza wiedzę na egzaminie i jest bezlitosny. Tego wszystkiego studenci zostali pozbawieni.” (cyt . za Deonem)

    Dalej jest potępienie w czambuł całego kształcenia online tak, jakby można było je porównać do dużo wcześniejszych zdalnych form kształcenia: studia tzw. zaoczne, czy np. telewizyjne wykłady: „Jeszcze w „Czterdziestolatku” Gruzy kpiono z kształcenia telewizyjnego, z liceum korespondencyjnego. To było powszechnie wyśmiewane tak, jak licea korespondencyjne.”

    Porównanie nowoczesnych narzędzi Teams, Zoom czy nawet Google do gadających głów „uczelni telewizyjnych” jest rażącym nieporozumieniem. Dziwi mnie doprawdy takie stawianie sprawy.

    Rzecz jasna: część wykładowców w Polsce i na świecie nie była wystarczająco przygotowana do użycia interaktywnych narzędzi dostępnych na Moodle, Zoom, czy Teamsach (Microsoft wprowadził w nich tzw. oddzielne pokoje dużo spóźniony, ale jednak w końcu się pojawiły) i faktycznie zamieniła się w gadające głowy. Między innymi dlatego, że metoda wykładowa jest ciągle utożsamiana z uczeniem uniwersyteckim. Już dawno kpiono sobie z wykładowców czytających literalnie swoje prezentacje „powerpointowe”, albo — co niby gorsza — zupełnie tekstowe w „Wordzie”. A przecież istotą uczenia się uniwersyteckiego jest samodzielne poznawanie w interakcji z materiałem i innymi uczącymi się. Najlepiej to widać w kontakcie z materiałem w laboratorium czy prosektorium, ale nauki humanistyczne i społeczne też mają takie laboratoria i nie są one tożsame wyłącznie z tradycyjnymi bibliotekami. W naukach humanistycznych i społecznych laboratorium jest m.in. badanie przez rozmowę i pisanie. Badanie literatury przedmiotu z wykorzystaniem narzędzi informatycznych jest znacznie efektywniejsze niż zbieranie literatury w tradycyjnej papierowej bibliotece. Choć oczywiście papieru nic do końca nie zastąpi. (ja uwielbiam archiwa bibliotek z otwartymi zasobami i spędziłem w nich naprawdę lata, ale.. doceniam także otwarty dostęp do zasobów elektronicznych!)

    Na całym świecie kształcenie się (nie nauczanie!) online przeżywa rozkwit. Cały świat został pochłonięty przez świat cyfrowy. O tym mogą świadczyć decyzje poszczególnych najlepszych uczelni świata, o tym także pisze się w Times Higher Education czy The Guardian Universities.

    Zamiast więc biadolić weźmy się — przygotowując siebie i uniwersytety na następne fale różnych epidemii — a przecież specjaliści od globalizacji ciągle je przepowiadają — do samokształcenia: konieczny jest wysiłek, żeby nauczyciele akademiccy przestali przemawiać „ex catedra”, czyli z ekranu. WYKŁADY SĄ MARTWE! Ekrany, klawiatury i inne akcesoria mogą stawać się narzędziami wspomagającymi samokształcenie studenta. W przerwach między „zamknięciami” będziemy mogli cieszyć się także realną obecnością, życiem w klubach studenckich itd. Sport jest ciągle możliwy, nawet w pandemii. Chyba że znów autokratom zamarzy się „zakaz wstępu” do lasów… Ze studentami zamiast na piwo, może do lasu pobiegać?

    PS. Inna wersja tego tekstu ukazała się 27 września 2021 r. w Gazeta Wyborcza Nie potępiajmy kształcenia online. Zamiast biadolić, kształćmy się!

  • Dewocje

    Dewocje

    Redakcja Zagadnień Rodzajów Literackich gościła 24 września dr Annę Ciarkowską, ostatnio autorkę powieści pt. Dewocje. Rozmowę prowadził redaktor naczelny prof. dr hab. Jarosław Płuciennik. Relacja poniżej: