Dobry Samarytanin Rembrandta wg reprodukcji z MET Museum w Nowym Yorku. Domena Publiczna.
30 stycznia 2022 roku odbędzie się 30. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Od wielu, wielu lat staram się wspierać nie tylko finansowo, ale także jako wolontariusz tę wspaniałą akcję charytatywną. Od kilku lat licytuję także drobne prezenty. W roku ubiegłym odśpiewałem „Sound of Silence” dla śp. Pawła Adamowicza.
Jednym z najbardziej istotnych dzieł sztuki dla mnie jest grafika pt. Dobry Samarytanin z 1633 r. Rembrandta van Rijn, słynnego holenderskiego, malarza i rytownika. Akwaforta przedstawia ostatnią scenę w przypowieści o dobrym Samarytaninie z Ewangelii według Łukasza rozdz. 10, wersety 25–37, w której Samarytanin zatrzymał się, aby pomóc podróżnikowi napadniętemu przez rabusiów.
Na tej rycinie Rembrandt pokazuje nam ostatnią już scenę z tej przypowieści, kiedy Samarytanin przywiózł rannego mężczyznę na koniu do gospody i płaci za opiekę oraz zakwaterowanie. Wśród najbardziej szokujących elementów obrazu Rembrandta jest ten pies, który występuje na pierwszym prawie pustym planie, i to stworzenie się wypróżnia. Wiele było dyskusji na ten temat w historii kultury i teologii, jednak najbardziej przekonujące jest, że Rembrandt daje tutaj wgląd we własny realizm i mówi, że miłosierdzie to nie jest sprawy odświętnego wzruszenia, tylko codzienne działanie, które czasami musi kojarzyć się także niemiło, bo przecież ranni i umierający często domagają się całodziennej pielęgnacji. To wymaga codziennego wysiłku i pokonywania swoich uprzedzeń. Samarytanin — dla Żydów — obcy — ma w sobie ten realizm.
Greckie ἔλεος eleos to polskie „miłosierdzie” i „współczucie”, ale także „czynna litość” (Mt 23:23; Tytus 3:5; Hebr 4:16; Iz 60:10).
Dlatego, że jest ten obraz mi szczególnie drogi, wiele się od niego nauczyłem (to że się wzruszamy nie jest najważniejsze, ale to że działamy…), chciałbym podarować go komuś z dedykacją, kto wylicytuje go podczas Finału 30. WOŚP w łódzkiej Manufakturze (nie rynek, tylko rondo) o godz. 18:00. Reprodukcja będzie oprawiona i podpisana. Cena wywoławcza 30 zł. Serdecznie zapraszam
„10.25 Pewien znawca Prawa wstał i zadał Mu podchwytliwe pytanie: Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? 10.26 On mu odpowiedział: Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz? 10.27 Tamten powiedział: Będziesz miłował Pana, swego Boga, z całego swego serca, z całej swojej duszy, z całej swojej siły i całym swoim umysłem, a swego bliźniego jak siebie samego. 10.28 Wtedy Jezus oznajmił: Słusznie odpowiedziałeś. Tak czyń, a będziesz żył. 10.29 Lecz on, chcąc siebie usprawiedliwić, zapytał Jezusa: A kto jest moim bliźnim? 10.30 Jezus, nawiązując do tego, powiedział: Pewien człowiek schodził z Jeruzalem do Jerycha i napadli na niego bandyci, którzy nie tylko go obrabowali, ale też poranili, zostawili na pół umarłego i odeszli. 10.31 Przypadkiem schodził tą drogą pewien kapłan, zobaczył go i ominął. 10.32 Podobnie lewita, gdy przyszedł na to miejsce, zobaczył go i ominął. 10.33 Natomiast pewien Samarytanin, który tamtędy podróżował i również obok niego przechodził, kiedy go zobaczył, ulitował się. 10.34 Podszedł do niego, opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem, wsadził go na swoje zwierzę, zawiózł do zajazdu i opiekował się nim. 10.35 Następnego dnia wyjął dwa denary, dał karczmarzowi i powiedział: Zajmij się nim, a jeśli coś więcej wydasz, oddam ci, kiedy będę wracał. 10.36 Jak ci się wydaje? Który z tych trzech okazał się bliźnim tego, co wpadł w ręce bandytów? 10.37 Tamten odpowiedział: Ten, który okazał mu miłosierdzie. Jezus na to: Idź i ty czyń podobnie.” (Biblia Ekumeniczna, Towarzystwo Biblijne w Polsce)
Zwariował? Chory? A może po prostu zakłamany i obłudny? Minister Witold Waszczykowski znów zabłysnął, ale słabo, jakby światłem odbitym prawdziwej gwiazdy, 18-letniej Grety Thunberg
Jeśli chcesz posłuchać tego artykułu, kliknij tutaj
Pamiętam, niestety, kiedy w słynnym wywiadzie w niemieckim wpływowym, choć tabloidowym „Bild” w 2016 roku minister spraw zagranicznych Polski z ramienia PiS dostał komentarz od redaktora w postaci bardzo uniwersalnego tytułu: „Czy Polacy zwariowali?”[Haben die Polen pinen Vogel?]:
Waszczykowski powiedział wtedy: „Poprzedni rząd realizował tam specyficzny lewicowy program. Jakby świat według marksistowskiego wzorca miał się automatycznie rozwijać tylko w jednym kierunku – nowej mieszanki kultur i ras, świat złożony z rowerzystów i wegetarian, którzy korzystają wyłącznie z energii odnawialnej i walczą z wszelkimi formami religii. Ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami…”
Wtedy traktowałem tę wypowiedź jako kuriozalną, ale jednak wynikającą z głupoty, albo zacietrzewienia ideologicznego. Inni nazywali to zaczadzeniem. Od wtedy chyba Waszczykowski nazywany jest przez niektórych Waszczem… Kiedy 10 stycznia 2017 po powrocie ze szczytu Rady Bezpieczeństwa ONZ ciągle urzędujący minister od dyplomacji wymyślił w komentarzu swoje konsultacje z ambasadorem nieistniejącego kraju, internety zawrzały radosną twórczością memową; powstała nawet strona, konto na Twitterze, flaga San Escobar… Ja wtedy, muszę to podkreślić, zachowałem wstrzemięźliwość, no bo może minister był zmęczony, albo się przejęzyczył, w końcu taka wieża Babel, jak szczyt ONZ może skołować swoją wielojęzycznością… Choć bawiło mnie szczerze to ożywienie twórczości narodu…
No ale prawie w okrągłą rocznicę tego wydarzenia medialnego o światowym niestety zasięgu, minister Waszczykowski jakby pozazdrościł sobie tych wszechświatowego impaktu [wpływu] (New York Times, The Washington Post itp…) dzisiaj 12 stycznia 2022 po 5 latach próbował zabłysnąć przez atak na Gretę Thunberg, której karierę śledzę dość uważnie, bo interesują mnie sprawy klimatyczne i kultura Szwecji. No i interesuje mnie status nauki w społeczeństwie.
I na razie te zasięgi na Twitterze minister ma takie sobie. No bo sam ćwierk ministerialny jest dość kiepskiej jakości i urody — Greta Thunberg straszy tam głównie karykaturą i gniewiem na twarzy, jest też mała tabelka z kwietnia 1975 r. z Newsweeka oraz wycinki z Time, głównie okładki z 1973 oraz 1979. Towarzyszy temu nieudolnemu kolażowi tekst: „Dziś straszy nas Greta. Wiadomo czym. Ale … 40-50 lat temu zakładano nadejście epoki lodowcowej. Może lepiej „Nie patrz w górę”
Fot. twittera z konta publicznego Ministra Waszczykowskiego, godzina 3:14 (12.01.2022) JP
Ok. 16:00 ćwierć setki cytowań i 67 polubień.
Fragmenty komentarzy po nocnym ćwierku pana ministra… (zdj. JP)
Słabo panie ministrze. W sytuacji, kiedy mamy szczyt w czwartek w Wiedniu z udziałem Kremla, kiedy kiepsko na granicy Ukrainy z Rosją i Polski z Białorusią (też jakby Rosją), kiedy na Bałkanach także niepokoje i Kazachstan, pan atakuje Gretę Thunberg i zgodne twierdzenia naukowców klimatycznych o nadciągającej katastrofie klimatycznej? (Dzisiaj jest konsens, w latach 70-tych nie było zgody, co do kierunku zmiany… tylko trzeba trochę poczytać źródeł…)
Mam zatem pytanie, w jakim celu Pan to robi? Daleki jestem od oskarżania Pana, ciagle daleki jestem od konkluzji narzucającej się wielu, że Pan jest po prostu głupi. Nie będę też sugerował, jak niektóre twitty, zwłaszcza po pana wpadce porannej w radiu Zet, że to tzw. #alkotweet zdarzający się zwłaszcza nocami i wczesnym rankiem ludziom mającym problem z uzależnieniem. Jednak muszę skomentować kompletne pana niezrozumienie przesłania filmu „Nie patrz w górę”. Ta ostatnia fenomenalna produkcja jest właśnie o tym, że idiotom media przeżarte korupcją i chciwością wmawiają, napędzane przez polityków takich jak Donald Trump — w obliczy zbliżającej się komety i katastrofy Ziemi — „nie patrzcie w górę”, taki będzie nasz znak rozpoznawczy… chowamy głowę w piasek, nie patrzymy na widoczną gołym okiem zbliżająca się kometę-katastrofę… takie jest przesłanie tego filmu. Więc, co chciał Pan przez tego twitta powiedzieć?
A może po prostu jest pan ciągle pracownikiem MSZ odwracającym uwagę od naszych „negocjacji” z OBWE? A może jest pan ciągle w „służbach”? Może przykrywa Pan sprzedaż prorosyjskim węgierskim firmom Lotosu? A może jest pan zazdrosny, że nie podsłuchują pana Pegasusem… Może jednak pana przeceniam?
Wydaje się jednak, że przemawia przez Pana po prostu obłuda. Jesteście państwo w stanie wszystko powiedzieć, czego wymaga od państwa partia i jej tzw. linia. Ta obłuda każe także mówić ministrowi Czarnkowi o „świętym obowiązku” państwa polskiego centralizowania polskiej edukacji… no, święty obowiązek… słuchania Jarosława Kaczyńskiego, który upodobnił się już na starość w zupełności do wzorów swojej młodości, to jest do Władysława Gomółki. Wystarczy mieć tylko trochę wzroku i słuchu, żeby rozpoznać te wzorce.
A że przy okazji ludzie może zapomną o 5 rocznicy powstania San Escobar? Santa Lucia… Santa Greta… Greta pragnie skończyć z obłudą, zakłamanego mówienia bez działania… nauki bez praktycznego wprzęgnięcia jej w naszym życiu… „bla bla bla” — to są święte słowa… Greta Thunberg. Amen.
LONDYN, WIELKA BRYTANIA – 4 LISTOPADA 2014: Rzeźba fikcyjnej dziecięcej postaci Misia Paddingtona autorstwa Michaela Bonda – znajdująca się na stacji Paddington w Londynie. Jest to jeden z 50 projektów rozmieszczonych w całym tym mieście przez dwa końcowe miesiące z okazji premiery filmu „Paddington”.
Jak donosi Times Higher Education 6 stycznia 2022, brytyjskie uniwersytety zaczynają wołać: „tęsknię za Tobą Polaku”… To wynik „Brexitu”, czyli wyjścia UK z Unii Europejskiej i wypadnięcia Zjednoczonego Królestwa z międzynarodowej wymiany studentów w Europie. Teraz, żeby studiować w UK, trzeba zapłacić takie same opłaty, jak dawniej płacili kandydaci spoza wspólnoty (dawniej studenci polscy płacili obniżone czesne dla członków UE, jak również mogli starać się o zdobycie stypendium).
Charakterystyczne, że komentator THE, Simon Baker akcentuje, że teraz trzeba być naprawdę bogatym, żeby tam studiować. Innym czynnikiem zmniejszającym ilość studentów z Polski jest procedura wizowa. Kandydatów z Polski obowiązuje normalna procedura wizowa, bo UK wypadło ze strefy Schengen. Oczywiście, obniżenie ilości studentów z Unii w UK nie dotyczy wyłącznie Polaków, ale łącznie podaje się dwie grupy: Polaków i Rumunów.
THE podaje statystyki wskazujące na mniejszą ilość wiz z UE, zaś statystyki z organizacji zajmującej się rekrutacją na studia w UK UCAS*, pokazujące studentów przyjętych na kursy, mówią podobną historię: w tym roku wzięło udział prawie 1100 studentów z Polski i Rumunii, w porównaniu z blisko 6000 w 2020 roku.
W przeciwieństwie do tego, zatwierdzone wizy dla studentów z krajów zachodnioeuropejskich, takich jak Francja, Niemcy i Hiszpania, sugerują, że liczby są lepsze w porównaniu z zapisami przed Brexitem: prawie 10 000 wiz zostało przyznanych tylko obywatelom tych trzech krajów.
Bogatych ciągle stać na studia w UK. Biedniejsi będą musieli pewnie znaleźć sobie inne kraje, może także anglojęzyczne, albo dostarczające kursów w języku angielskim (Irlandia, Skandynawia, Niderlandy). Ciekawe, że w UK panuje przekonanie, że jeśli ktoś z Polski czy Rumunii studiuje w UK, to jest niezwykle utalentowany, ale na pewno biedny. To nie musi odpowiadać rzeczywistości, bo na pewno są to przedsiębiorczy ludzie, ale pewnie także z przedsiębiorczymi rodzicami i chyba jednak nie najbiedniejszych rodzin w Polsce.
Widać jednak nostalgię za talentami z Polski, sam tytuł opracowania jest alarmujący: W Wielkiej Brytanii „brakuje talentu” w związku z gwałtownym spadkiem rekrutacji w Europie Wschodniej. Podtytuł dodaje: Dane sugerują, że tylko jedna dziesiąta poprzednich uczestników z niektórych krajów otrzymała wizę na studia.
Teraz jeszcze brakuje, żeby polskie uniwersytety zerwały relacje z krajami Unii Europejskiej i jesteśmy w trzecim świecie. Choć i tak w nim będziemy, kiedy minister Czarnek wprowadzi #lexczarnek oraz HiT, czyli uderzenie w wolne społeczeństwo obywatelskie, bo zlikwiduje on praktycznie przedmiot „Wiedza o Społeczeństwie”…
I tak to Polska w trybie przyśpieszonym (kilka lat to nie jest dużo) degraduje się cywilizacyjnie… Standardy coraz bardziej będą przypominać te z dawnej „żelaznej kurtyny”, czy też „zza Łaby”, „po drugiej stronie muru”… Bolesne.
*The Universities and Colleges Admissions Service to organizacja z siedzibą w Wielkiej Brytanii, której głównym zadaniem jest obsługa procesu aplikacyjnego na brytyjskie uniwersytety. Działa jako niezależna organizacja charytatywna, finansowana z opłat pobieranych od kandydatów i uniwersytetów, plus dochody z reklam, i została utworzona w 1992 roku z połączenia byłego systemu przyjęć na uniwersytety UCCA i poprzedniego systemu przyjęć na politechniki PCAS.
Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście
Kulturoznawstwo, badania nad kulturą, czy też nauki o kulturze i religii mogą wielu kojarzyć się z pięknoduchostwem, chodzeniem do teatru czy też badaniem aktywności kulturalnych, utożsamianych z rozrywką. Kultura i kultura cyfrowa mają bezpośrednie przełożenie na nasze życie całkiem realnie, niekoniecznie rozrywkowo. Zwłaszcza we współczesnym zdigitalizowanym świecie. Dlatego coraz częściej potrzebne są badania interdyscyplinarne, które łączą wiele refleksji i obszarów. I potrzebna jest też taka wielodyscyplinarna edukacja na wielu poziomach.
Świetnie to widać w ostatnich historiach związanych z symbolem Pegaza. Kiedyś był on w starożytnej Grecji skrzydlatym koniem, jego imię czasami wywodzono nawet od „boga pioruna”. Kojarzył on się poza tym z mitem mówiącym, iż tam gdzie kopyto Pegaza uderzy, tam powstaje źródło. Potem przez wieki był to synonim natchnienia poetyckiego. Kiedyś w Polsce kultowego charakteru nabrał telewizyjny magazyn kulturalny, program publicystyczny w dawnej TVP pt. Pegaz (powstał w 1959 r.). Dzisiaj Pegasos przywołuje na myśl przede wszystkim system szpiegujący, Pegasus, który faktycznie kojarzy się z otwieraniem źródeł, jednak nie wody, ani natchnienia, tylko informacji. Bo Pegasus jest bardzo niebezpiecznym narzędziem pozwalającym inwigilować urządzenia mobilne głównie korzystające z systemów iOS oraz Android (inwigilacja, to nie to samo co podsłuch). Zainfekowane smartfony stają się uszami i oczami szpiegującymi wszystko co naokoło. A my mamy go przy sobie 24 godzin 7 dni w tygodniu. Bo ludzie śpią ze smartfonami. Nie tylko z żonami, mężami, kochankami, parter(k)ami.
„Citizen Lab”, czyli w wolnym tłumaczeniu „laboratorium obywatelskie” zostało założone na Uniwersytecie w Toronto, aby badać zagrożenia wynikające z dominacji kultury cyfrowej dla demokracji. Można powiedzieć, że współczesna kultura cyfrowa umożliwia rażące naruszenia praw człowieka: wystarczy tutaj na przykład przypomnieć, że przed koszmarną egzekucją Dżamala Chaszukdżi, m.in. dziennikarza the Washington Post, był on wedle ustaleń Business Insider szpiegowany przy użyciu Pegasusa przez saudyjskie służby, te same, które go potem bestialsko zamordowały. (Perper, R. Edward Snowden: Israeli spyware was used to track and eventually kill Jamal Khashoggi. Business Insider 9.11.2018)
Citizen Lab, które teraz jest często cytowane jako źródło informacji o inwigilacji polskiej opozycji (Sławomir Nowak, adwokat Roman Giertych, senator Krzysztof Brejza) oraz polskich funkcjonariuszy publicznych (prokurator Ewa Wrzosek) zostało założone przez profesora Ronalda Deiberta przy Szkole Spraw Globalnych i Polityki Publicznej Munka na Uniwersytecie w Toronto. Profesor Deibert jest autorem kilku książek m.in. „Black Code: Surveillance, Privacy and the Dark Side of Cyberspace”; „Parchment, Printing, and Hypermedia” czy „Reset: Reclaiming the Internet for Civil Society”. Jego wpływ na badanie kultury cyfrowej i demokracji jest spory, jeśli liczyć ilość cytowań i występowanie w mediach. Zasiada także w radach redakcyjnych wielu czasopism naukowych. Był nagradzany m.in. za rozpoznanie i łagodzenie „rosnących zagrożeń dla praw do komunikacji, otwartości i bezpieczeństwa na całym świecie”.
Z jego badań i publikacji wynika, że kultura cyfrowa łączy zwykłego obywatela z dziennikarstwem. Deibert zajmuje się kulturami dziennikarstwa i kulturą informacji.
Profesor Deibert pisze:
„Aby przywrócić liberalną demokrację, będziemy potrzebować całkowitej zmiany naszego stylu życia. To oczywiście nie będzie łatwe i nie stanie się z dnia na dzień. Będą się temu przeciwstawiać ogromne siły społeczne, gospodarcze i polityczne. Potrzebna jest zatem kompleksowa strategia długofalowych reform, rozciągająca się od tego, co osobiste do politycznego, od lokalnego do globalnego. Musimy nauczyć się traktować nasze środowisko informacyjne w taki sam sposób, w jaki mamy nadzieję traktować nasze środowisko naturalne — jako coś, nad czym sprawujemy zarząd i wobec czego zachowujemy się w duchu ostrożności i powściągliwości. Jeśli oszczędzanie energii jest rozsądne, oszczędzanie danych może być również rozsądne. Jednocześnie musimy rozwijać systemy edukacji publicznej, w których podstawą jest umiejętność korzystania z mediów, etyka, etykieta i tolerancja.
W sferze politycznej i prawnej obywatele muszą uzyskać prawo do wiedzy, co firmy i rządy robią ze wszystkimi danymi osobowymi, które tak wytrwale gromadzą.” (Deibert, R. J. (2019). Three Painful Truths About Social Media. Journal of Democracy, 30(1), 25–39.)
Proponuję, aby minister Czarnek zamiast wprowadzania przedoświeceniowych form wiedzy do szkół (tzn. zabobonów i spiskowych teorii dziejów w nauczaniu historii, np. oświecenia) zaczął intensywnie pracować nad edukacją cyfrową na wszystkich poziomach: od przedszkola po szkoły wyższe. Potrzebne nam są kultury cyfrowe, także kultura bezpieczeństwa cyfrowego. Naukowcy uznają kulturę bezpieczeństwa za jeden z najważniejszych czynników wpływających na zachowanie jednostek w dzisiejszym cyfrowym świecie. Kultura bezpieczeństwa „składa się ze wspólnego wzorca wartości, modeli mentalnych i działań, które są przedmiotem wymiany między pracownikami jakiejś organizacji wpływając na bezpieczeństwo informacji.” Jednak, jak pisze prof. Deibert, kultura bezpieczeństwa może również wykraczać poza organizacje, a różnice w kulturze można zaobserwować między zawodami. Autor podjął kilka badań na przykład nad zawodem dziennikarza i kulturami dziennikarskimi.
Nawet jeśli sporo pisano na temat kultur dziennikarskich, czy też na temat kultury w dziennikarstwie, to nie zastanawiano się nad wpływem tych kultur na bezpieczeństwo, kulturę bezpieczeństwa. Z badań Kanadyjczyka wynika, że podstawową rolę także w przyszłości będzie pełniło jakościowe dziennikarstwo, nie media społecznościowe i dziennikarstwo obywatelskie. Na pewno one nie przestaną istnieć, jednak żeby przeciwstawić się „drodze do zniewolenia” powszechnego przez autorytaryzmy, potrzebna jest silna edukacja oraz silne, dobrze opłacane dziennikarstwo jakościowe. „Jak odróżniać dobre dziennikarstwo od teorii spiskowych”, to powinien być jeden z celów nowoczesnej edukacji.
Obawiam się jednak, że minister Czarnek nie tylko nie posłucha moich rad. On jeszcze bardziej się utwierdzi w tym, że kaganek oświaty jest jego wrogiem. Dlaczego taki wstecznik, zabobonnik i nienawistnik jest tak wysoko postawionym konstytucyjnym ministrem? Ano dlatego, że ten rząd jest antydemokratyczny i antywolnościowy. Temu rządowi nie zależy na edukacji Polaków. Afera z inwigilacją (nie tylko podsłuchami) opozycji politycznej w Polsce nie jest wypadkiem przy pracy. Udało się ujawnić tę aferę, dzięki międzynarodowej współpracy świata akademickiego ze społeczeństwami obywatelskimi.
Nie mam złudzeń: atak na TVN nie jest przypadkowy, nie miał niczego przykrywać, był prawdziwym zamachem na niezależne dziennikarstwo. Ataki nie ustaną. Zaś Minister Czarnek nie wprowadzi naszej edukacji na salony współczesności — on nas cofnie do średniowiecznego krużganka… Świadczy o tym jego flagowy projekt wciskania kitu, czyli propagandy, który marketingowo został nazwany HiT (Historia i Teraźniejszość). Jest on w istocie uczeniem prawd objawionych PiS i IPN po to, żeby wyrugować wychowanie obywatelskie w postaci WoS. Teraźniejszości tam tyle, ile kot napłakał. Tylko moich synów jakoś mi żal, bo ich ten projekt także dotknie… i w tym momencie mój żal zamienia się w gniew…
PS. 1 stycznia 2022 artykuł zmieniony ukazał się w Gazeta Wyborcza
Święty Jan cieszy się z tego, że Bóg nie jest fake newsem? Nowe rewolucyjne tłumaczenie Ewangelii
Dzisiaj w dzień Bożego Narodzenia (25.12.21) czytałem 1. rozdział ewangelii świętego Jana, słynny prolog, zwany hymnem do Logosu. Wszyscy to znają: „Na początku było Słowo…”
24:50 m transmisji z Kościoła EA św. Mateusza w Łodzi 25.12.21
Zawsze wydawał mi się ten fragment bardzo tajemniczy a przez to mistyczny. I jeszcze na dodatek ta legenda św. Jana wzlatującego duchowo jak orzeł na niebie. Tak był w średniowieczu przedstawiany: jako orzeł (inni ewangeliści to człowiek, wół i lew).
Czterech Ewangelistów na czterech ramionach krzyża — symboliczne przedstawienia w postaci: orła (góra), człowieka, lwa i wołu. Zdjęcie krzyża w romańskiej krypcie w Domkyrkan w Lund (Szwecja) (fot. Jarosław Płuciennik)
Jako „Hymn do Logosu” (koniecznie z dużej litery) był ten „Prolog” (nazwa gatunkowa) ewangeliczny jednocześnie mistycznym dopełnieniem Pierwszej Księgi Mojżeszowej, Księgi Rodzaju (Genesis) z jej pierwszym rozdziałem: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”…
Na dodatek mniemania na temat greckiego słowa ‚logos’ w ewangelii wg św. Jana były komplikowane przez tradycje filozofów greckich, głównie stoików, którzy w logosie widzieli nade wszystko „rozum”…
Dlatego tak bardzo mnie na początku zadziwiło nowe tłumaczenie tego fragmentu na język angielski jako „account”. [At the inauguration was the true account]. (The Gospels. A New Translation by Sarah Ruden, New York 2021, s. 259)
Okładka nowego tłumaczenia ewangelii na język angielski The Gospels. A New Translation by Sarah Ruden, New York 2021 (fot. JP)
W wolnym tłumaczeniu i mojej interpretacji byłoby to odpowiednikiem: „u samych początków była prawdziwa opowieść”… i ta opowieść była światłem, które się wcieliło, ucieleśniło… jednym słowem: starotestamentowa opowieść o Mesjaszu, którego Żydzi oczekiwali i oczekiwali przez wieki nagle stała się prawdą… fake news okazał się „szczerą prawdą”… a na dodatek ta prawda wyzwalała od starego prawa… to jest cud prawdy, która wyzwala. Potencjalny fake news starotestamentowy stał się „dobrą nowiną”, bo nowiną prawdziwą. Ewangelie nazwane są w nowym tłumaczeniu angielskim „Dobre nowiny według …” w ten sposób „Dobra nowina” według Jana staje się bardziej racjonalna, mniej tajemnicza, bardziej w duchu Pascala, który zachwycał się tym, jak Ewangelie ucieleśniały proroctwa starotestamentowe….
Nie dziwi mnie teraz opinia słynnej pisarki Ursuli Le Guin, która napisała, że twórczy przekład autorstwa Ruden to „najlepsze dotychczas tłumaczenie, w każdym razie najlepsze współczesne”. W Polsce mamy sporo tłumaczeń Ewangelii, ale w 2018 ukazała się jedynie ekumeniczna Biblia, której Ewangelie pochodzą z 2001 oraz Biblia katolicka tzw. Paulistów z 2008 r. Nie żyje już dawno Czesław Miłosz, który przyczynił się do upiększenia języka przekładów i którego praktyka poetycka wychodziła poza opłotki wyznaniowe.
Inna wersja artykułu ukazała się 26 grudnia 2021 w Gazecie Wyborczej
Człowiek na linie albo uniwersytety polskie? (fot. lic. Depositphotos)
Minister Czarnek zasłużył na pochwałę? 30 listopada Times Higher Education opublikowało opinię afiliowanej w University of Bedfordshire, Luton, United Kingdom, uznanej autorki książek filmoznawczych Agnieszki Piotrkowskiej na temat jednej z ostatniej inicjatyw ustawodawczych ministra Czarnka (projekt nowelizacji Ustawy Prawo o Szkolnictwie Wyższym i Nauce z dnia 28.01.2020 r) . Nie zamierzam sprzeczać się z intencjami autorki dotyczącymi obrony praw kobiet i wolności w Polsce. Są one mi bliskie. Wiele razy dawałem temu świadectwo.
Artykuł jest jednak bardzo łaskawy w ocenie ministra oraz jego opinii i inicjatyw. I z tym wyłącznie chciałbym polemizować, bo wydaje mi się, że owa łaskawość szanownej Autorki wynika z nieporozumienia. Artykuł ma co prawda tytuł wskazujący na polityczne podporządkowanie polskich uniwersytetów (w wolnym tłumaczeniu: Polskie uniwersytety balansują na linie trzymanej przez polityków), jednak podtytuł obwieszcza: „list ministerialny daje nadzieję”, zaś całość kończy się niezwykle optymistycznym wręcz wezwaniem Autorki do ministra: „Można mieć tylko nadzieję, że jego [min. Czarnka] następny ruch poprowadzą autentyczne starożytne cnoty odwagi i mądrości.”
Autorka przywołuje w artykule niezidentyfikowane bliżej wypowiedzi feministek polskich, które „muszą szeptać, że są feministkami” na uczelniach, które wzywane są do dziekanów na „rozmowy ostrzegające”.
W pełni się zgadzam, że takie sprawy mogą mieć miejsce, choć na pewno nie na moim Wydziale. Ultrakonserwatywny rząd polski ewidentnie pragnie cofnięcia Polski do czasów przedoświeceniowych, zwalcza aktywnie wszystko, co kojarzy się z modernizacją (może poza prymitywnym kultem paliw kopalnych, które mocno wpisują się w interesy gospodarcze tego rządu). Walczył z kobietami na ulicy podczas strajku kobiet prymitywnymi oddziałami policji uzbrojonej w specjalne pałki teleskopowe. Znam osobiście ofiary prześladowań ulicznych tego rządu. Zatem jednoznacznie trzeba podkreślić: rząd PiS walczy z prawami kobiet, walczy z prawami reprodukcyjnymi, ostatnie protesty uliczne z początku listopada 2021 r. świadczą o tym bardzo wyraźnie, a nastąpiły one po śmierci 30-letniej Izy z Pszczyny, której odmówiono aborcji w obawie przed prześladowaniami zdominowanej przez polityków prokuratury.
I tutaj jest bardzo ważna sprawa, która może umknąć ludziom niezorientowanym w sytuacji w Polsce: rząd argumentuje, że lekarze mogli ratować kobietę, bo regulacje prawne tego nie zabraniają. Lekarze natomiast mówią, że tak jest tylko literalnie, natomiast w praktyce obowiązuje zasada: „życie płodu najważniejsze” bez względu na okoliczności. Mamy więc do czynienia z autocenzurą działań lekarzy. Podobnie jest z feminizmem na uczelniach: ma się on w Polsce bardzo dobrze, osobiście znam bardzo wiele działaczek-profesorek feministek. Wielu moich studentów to także feminiści/feministki, wielu to ludzie LGBT+. Także z mojego wydziału na Uniwersytecie Łódzkim. Nie przeczę jednak, że atmosfera zastraszania kolejnych grup społecznych: sędziów, prokuratorów, lekarzy, nauczycieli i wielu, wielu innych przenosi się do pewnego stopnia także na uczelnie. Jednak zasadniczo uczelnie polskie stanowią póki co jeszcze jeden z nielicznych bastionów wolności, choć odbieranej na przykład wszechwładzą rektorów. Ale wolność słowa na uczelniach nie jest zagrożona prawem. Choć zastraszanie postępuje.
Świadczy o tym także rozwój wypadków w autokratycznie zarządzanym uniwersytecie rodzimym pana ministra Czarnka, to znaczy KUL, w którym ma miejsce obecnie postępowanie dyscyplinarne względem prof. ks. Alfreda Wierzbickiego, m.in. za jego etyczne wsparcie konkretnej ofiary prześladowania grupy ludzi LGBT+. Paradoksalnie można powiedzieć, że Katolicki Uniwersytet Lubelski prześladuje katolika i chrześcijanina ks. Wierzbickiego. Gdyby któryś uniwersytet zechciał na przykład przyznać tytuł Doctora Honoris Causa ks. Wierzbickiemu, to atmosfera spowoduje, że nikt teraz się nie wychyli. Postępowanie takie może zostać autocenzurą zduszone w zarodku.
Autocenzura działań i słów jest pokłosiem działań rządu na różnych płaszczyznach, ale nie wynika z regulacji prawnych. Po prostu w Polsce nikt z rządu już nie przestrzega prawa, praworządność przestała być kompasem działań od 2015 roku, tj. wyboru Prezydenta Andrzeja Dudy.
O tym że obecne prawo w Polsce jest wystarczające, jeśli idzie o obronę wolności słowa przekonywali ostatnio także rektorzy uczelni polskich stowarzyszeni w KRASP. (Uchwała Komisji ds. Komunikacji i Odpowiedzialności Społecznej wyrażająca opinię o braku konieczności powołania „KOMISJI DS. WOLNOŚCI SŁOWA W SYSTEMIE SZKOLNICTWA WYŻSZEGO I NAUKI” opublikowana już w lutym 2021r). Mimo że rektorzy w Polsce boją się ministra, to w tym punkcie zachowali swoją autonomię.
W tle tego sporu z ministrem Czarnkiem jest cały czas słynna sprawa postępowania dyscyplinarnego przeciwko zatrudnionej w Uniwersytecie Śląskim prof. Ewie Budzyńskiej profesorce socjologii otwarcie promującej wedle studentów homofobię. I oto chodzi ministrowi Czarnkowi, nie o obronę wolności słowa, tylko o obronę ”światopoglądów i mniemań”, które mają być głoszone także na uniwersytetach. Nowe regulacje, innymi słowy mają wpuścić kreacjonistów, płaskoziemców, antyszczepionkowców i homofobów na uczelnie. I ich odważyć. Temu także służy sojusz ministerstw rządu PiS z ultraprawicową organizacją Ordo Iuris, której związki z Rosja wykazywano wielokrotnie w wielu miejscach (zob. np. publikacje Tomasza Piątka od 2017 r).
Dlatego jeśli komuś życzę odwagi i mądrości to wszystkim zatrudnionym w uczelniach w Polsce, nie ministrowi. Odwagi głoszenia swoich poglądów tak jak np. Prof. Inga Iwasiów z Uniwersytetu Szczecińskiego, uznana pisarka, feministka, aktywistka uliczna. Prawo w Polsce działać nie zabrania. Konkretni ludzie natomiast głoszą nienawistne hasła i próbują zastraszać całe grupy społeczne. Farmy hejterskie odkryto w swoim czasie także w ministerstwie sprawiedliwości. Polska brunatnieje. Odwagi! Ale nie dla tych co stukają wysokimi butami…
Kazimierz Twardowski 1866-1938 (fot. public domain) zjęcie prawd. ok. 1933 r
Smutno mi, Boże…
Wielokrotnie krytykowałem w różnych publikacjach obowiązującą w Polsce Ustawę pt. Prawo o Szkolnictwie Wyższym i Nauce z 20 lipca 2018 r. r. Jednak ostatnie okoliczności w Polsce skłaniają mnie do jeszcze jednej krytyki. Dotyczyć ona powinna artykułu 275 ust. 1 ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, który brzmi: „Nauczyciel akademicki podlega odpowiedzialności dyscyplinarnej za przewinienie dyscyplinarne stanowiące czyn uchybiający obowiązkom nauczyciela akademickiego lub godności zawodu nauczyciela akademickiego”. Dlaczego uważam ten artykuł za zasługujący na krytykę? Przede wszystkim dlatego, że jeśli obowiązki nauczyciela akademickiego mogą być i często są spisane w różnych dokumentach, np. w karcie pracy, to pojęcie godności zawodu nauczyciela akademickiego jest niezwykle złożone i musi podlegać jakiemuś uściśleniu. Problemem jest to, że Polska nie posiada nawet kodeksu nauczyciela w ogólności. Taki kodeks wedle danych UNESCO wypracowało już prawie 80 krajów na świecie. Jeśli w Polsce nie ma określonego Kodeksu postępowania etycznego nauczyciela, to problemem jest jeszcze bardziej szczegółowe dookreślenie Kodeksu postępowania etycznego nauczyciela akademickiego. Jeżeli założyć, iż nauczyciel akademicki powinien charakteryzować się czymś szczególnym na tle ogółu nauczycieli, to czym miałoby to być?
Stwierdziłem z przykrością, że Polska nie posiada kodeksu nauczyciela, ale jednocześnie skonstatowałem ze zdziwieniem, że np. Finlandia także nie ma ogólnego kodeksu nauczyciela. Więc może Polska nie potrzebuje takiego kodeksu? Wydaje mi się jednak, że Finlandia dysponuje przysięgą Comeniusa, która jest odpowiednikiem lekarskiej przysięgi Hipokratesa oraz inżynierskiej przysięgi Archimedesa. W Polsce znam przysięgę doktorską, która obowiązuje w polskich uczelniach. Jednak ta przysięga jest zbyt krótko i zdawkowo, żeby traktować ją z pieczołowitością, na którą zasługuje np. fińska przysięga Comeniusa oraz inne kodeksy narodowe. Kodeksy wszelkiego typu powinny być dość precyzyjne i jasne oraz stanowić wytwór konsensu wielu środowisk.
Na dodatek opisywany artykuł naszej nieszczęsnej ustawy używa bardzo nacechowanego emocjonalnie terminu godność. Filozofia jest bardzo rozpisana na temat godności człowieka jako takiego. Wiele nurtów myślenia w chrześcijaństwie także traktuje o godności człowieka. Również w prawie, także w polskim prawie, w naszej Konstytucji znajdują się passusy traktujące o godności człowieka i obywatela. Mogę z całą odpowiedzialnością zobaczyć związek pomiędzy tymi ogólnymi zapisami a np. godnością pracownika. Godność nauczyciela musiałaby być określona przez bardziej szczegółowe opracowania, bo przecież wprowadzałaby pewną dyskryminację: nauczyciel miałby godności w pewnym sensie więcej niż zwykły obywatel, zwykły pracownik. Tym bardziej jest istotne określenie, czym jest godność nauczyciela akademickiego.
W tym kontekście przychodzi mi jedynie do głowy sięgnięcie do klasycznego opracowania, który jest wykładem doktora honoris causa uniwersytetu Adama Mickiewicza prof. Kazimierza Twardowskiego zatytułowanego „O dostojeństwie Uniwersytetu”. Wykład ten wygłoszono w auli Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie w 1932 r.
Warto przypomnieć, że podstawowymi wartościami stanowiącymi o dostojeństwie uniwersytetu, o godności uniwersytetu, są autonomia, niezależność finansowa, oraz swobodne poszukiwanie prawdy. Na marginesie dodać można, że swoistością nauczycieli akademickich będących jednocześnie badaczami, poszukiwaczami obiektywnej prawdy, jest także, wspominane przez Twardowskiego pod koniec swego wykładu członkostwo w międzynarodowej, ponadnarodowej wspólnocie o nazwie Rzeczpospolita uczonych.
Na tym tle doprawdy nie rozumiem zarzutów postawionych przez władze KUL w postępowaniu dyscyplinarnym księdzu doktorowi habilitowanemu Alfredowi Wierzbickiemu. Nie dostrzegam uchybienia obowiązkiem pracowniczym nauczyciela akademickiego, chyba że KUL ma jakieś karty pracy, w których zapisane jest np. zakaz polemiki merytorycznej z kolegami i innymi profesorami. Z etyki naukowca taka polemika jest wręcz nakazana, choć kodeksu spisanego nie mamy. A może władze KUL zapisały w jakieś karcie pracy, że żaden pracownik uniwersytecki nie powinien ujmować się za prześladowanymi w społeczeństwie? Może w karcie pracy profesora Wierzbickiego znalazł się jakiś zapis zakazujący krytyki zagmatwania wywodów i niejasności? Bardzo by mnie to zdziwiło, bo wydaje mi się, iż krytycyzm względem mętniactwa jest wręcz misją naukowca. A może nawoływanie do debaty jest zakazane? Serio? W świecie uniwersytetów?
Cały czas pamiętać trzeba, że obszarem badawczym ks.d dra hab. Wierzbickiego jest etyka, ma on obowiązek zawodowy wypowiadania się publicznego na tematy związane z obszarem jego badań.