Kategoria: Społeczeństwo i polityka

  • Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Pegaz na niebie (lic.. Depositphotos)

    Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Kulturoznawstwo, badania nad kulturą, czy też nauki o kulturze i religii mogą wielu kojarzyć się z pięknoduchostwem, chodzeniem do teatru czy też badaniem aktywności kulturalnych, utożsamianych z rozrywką. Kultura i kultura cyfrowa mają bezpośrednie przełożenie na nasze życie całkiem realnie, niekoniecznie rozrywkowo. Zwłaszcza we współczesnym zdigitalizowanym świecie. Dlatego coraz częściej potrzebne są badania interdyscyplinarne, które łączą wiele refleksji i obszarów. I potrzebna jest też taka wielodyscyplinarna edukacja na wielu poziomach. 

    Świetnie to widać w ostatnich historiach związanych z symbolem Pegaza. Kiedyś był on w starożytnej Grecji skrzydlatym koniem, jego imię czasami wywodzono nawet od „boga pioruna”. Kojarzył on się poza tym z mitem mówiącym, iż tam gdzie kopyto Pegaza uderzy, tam powstaje źródło. Potem przez wieki był to synonim natchnienia poetyckiego. Kiedyś w Polsce kultowego charakteru nabrał telewizyjny magazyn kulturalny, program publicystyczny w dawnej TVP pt. Pegaz (powstał w 1959 r.). Dzisiaj Pegasos przywołuje na myśl przede wszystkim system szpiegujący, Pegasus, który faktycznie kojarzy się z otwieraniem źródeł, jednak nie wody, ani natchnienia, tylko informacji. Bo Pegasus jest bardzo niebezpiecznym narzędziem pozwalającym inwigilować urządzenia mobilne głównie korzystające z systemów iOS oraz Android (inwigilacja, to nie to samo co podsłuch). Zainfekowane smartfony stają się uszami i oczami szpiegującymi wszystko co naokoło. A my mamy go przy sobie 24 godzin 7 dni w tygodniu. Bo ludzie śpią ze smartfonami. Nie tylko z żonami, mężami, kochankami, parter(k)ami. 

    „Citizen Lab”, czyli w wolnym tłumaczeniu „laboratorium obywatelskie” zostało założone na Uniwersytecie w Toronto, aby badać zagrożenia wynikające z dominacji kultury cyfrowej dla demokracji. Można powiedzieć, że współczesna kultura cyfrowa umożliwia rażące naruszenia praw człowieka: wystarczy tutaj na przykład przypomnieć, że przed koszmarną egzekucją Dżamala Chaszukdżi, m.in. dziennikarza the Washington Post, był on wedle ustaleń Business Insider szpiegowany przy użyciu Pegasusa przez saudyjskie służby, te same, które go potem bestialsko zamordowały. (Perper, R.  Edward Snowden: Israeli spyware was used to track and eventually kill Jamal Khashoggi. Business Insider 9.11.2018)

    Citizen Lab, które teraz jest często cytowane jako źródło informacji o inwigilacji polskiej opozycji (Sławomir Nowak, adwokat Roman Giertych, senator Krzysztof Brejza) oraz polskich funkcjonariuszy publicznych (prokurator Ewa Wrzosek) zostało założone przez profesora Ronalda Deiberta przy Szkole Spraw Globalnych i Polityki Publicznej Munka na Uniwersytecie w Toronto. Profesor Deibert jest autorem kilku książek m.in. „Black Code: Surveillance, Privacy and the Dark Side of Cyberspace”; „Parchment, Printing, and Hypermedia” czy „Reset: Reclaiming the Internet for Civil Society”. Jego wpływ na badanie kultury cyfrowej i demokracji jest spory, jeśli liczyć ilość cytowań i występowanie w mediach. Zasiada także w radach redakcyjnych wielu czasopism naukowych. Był nagradzany m.in. za rozpoznanie i łagodzenie „rosnących zagrożeń dla praw do komunikacji, otwartości i bezpieczeństwa na całym świecie”. 

    Z jego badań i publikacji wynika, że kultura cyfrowa łączy zwykłego obywatela z dziennikarstwem. Deibert zajmuje się kulturami dziennikarstwa i kulturą informacji. 

    Profesor Deibert pisze: 

    „Aby przywrócić liberalną demokrację, będziemy potrzebować całkowitej zmiany naszego stylu życia. To oczywiście nie będzie łatwe i nie stanie się z dnia na dzień. Będą się temu przeciwstawiać ogromne siły społeczne, gospodarcze i polityczne. Potrzebna jest zatem kompleksowa strategia długofalowych reform, rozciągająca się od tego, co osobiste do politycznego, od lokalnego do globalnego. Musimy nauczyć się traktować nasze środowisko informacyjne w taki sam sposób, w jaki mamy nadzieję traktować nasze środowisko naturalne — jako coś, nad czym sprawujemy zarząd i wobec czego zachowujemy się w duchu ostrożności i powściągliwości. Jeśli oszczędzanie energii jest rozsądne, oszczędzanie danych może być również rozsądne. Jednocześnie musimy rozwijać systemy edukacji publicznej, w których podstawą jest umiejętność korzystania z mediów, etyka, etykieta i tolerancja.

    W sferze politycznej i prawnej obywatele muszą uzyskać prawo do wiedzy, co firmy i rządy robią ze wszystkimi danymi osobowymi, które tak wytrwale gromadzą.” (Deibert, R. J. (2019). Three Painful Truths About Social Media. Journal of Democracy, 30(1), 25–39.)

    Proponuję, aby minister Czarnek zamiast wprowadzania przedoświeceniowych form wiedzy do szkół (tzn. zabobonów i spiskowych teorii dziejów w nauczaniu historii, np. oświecenia) zaczął intensywnie pracować nad edukacją cyfrową na wszystkich poziomach: od przedszkola po szkoły wyższe. Potrzebne nam są kultury cyfrowe, także kultura bezpieczeństwa cyfrowego. Naukowcy uznają kulturę bezpieczeństwa za jeden z najważniejszych czynników wpływających na zachowanie jednostek w dzisiejszym cyfrowym świecie. Kultura bezpieczeństwa „składa się ze wspólnego wzorca wartości, modeli mentalnych i działań, które są przedmiotem wymiany między pracownikami jakiejś organizacji wpływając na bezpieczeństwo informacji.” Jednak, jak pisze prof. Deibert, kultura bezpieczeństwa może również wykraczać poza organizacje, a różnice w kulturze można zaobserwować między zawodami. Autor podjął kilka badań na przykład nad zawodem dziennikarza i kulturami dziennikarskimi. 

    Nawet jeśli sporo pisano na temat kultur dziennikarskich, czy też na temat kultury w dziennikarstwie, to nie zastanawiano się nad wpływem tych kultur na bezpieczeństwo, kulturę bezpieczeństwa. Z badań Kanadyjczyka wynika, że podstawową rolę także w przyszłości będzie pełniło jakościowe dziennikarstwo, nie media społecznościowe i dziennikarstwo obywatelskie. Na pewno one nie przestaną istnieć, jednak żeby przeciwstawić się „drodze do zniewolenia” powszechnego przez autorytaryzmy, potrzebna jest silna edukacja oraz silne, dobrze opłacane dziennikarstwo jakościowe. „Jak odróżniać dobre dziennikarstwo od teorii spiskowych”, to powinien być jeden z celów nowoczesnej edukacji.

    Obawiam się jednak, że minister Czarnek nie tylko nie posłucha moich rad. On jeszcze bardziej się utwierdzi w tym, że kaganek oświaty jest jego wrogiem. Dlaczego taki wstecznik, zabobonnik i nienawistnik jest tak wysoko postawionym konstytucyjnym ministrem? Ano dlatego, że ten rząd jest antydemokratyczny i antywolnościowy. Temu rządowi nie zależy na edukacji Polaków. Afera z inwigilacją (nie tylko podsłuchami) opozycji politycznej w Polsce nie jest wypadkiem przy pracy. Udało się ujawnić tę aferę, dzięki międzynarodowej współpracy świata akademickiego ze społeczeństwami obywatelskimi.

    Nie mam złudzeń: atak na TVN nie jest przypadkowy, nie miał niczego przykrywać, był prawdziwym zamachem na niezależne dziennikarstwo. Ataki nie ustaną. Zaś Minister Czarnek nie wprowadzi naszej edukacji na salony współczesności — on nas cofnie do średniowiecznego krużganka… Świadczy o tym jego flagowy projekt wciskania kitu, czyli propagandy, który marketingowo został nazwany HiT (Historia i Teraźniejszość). Jest on w istocie uczeniem prawd objawionych PiS i IPN po to, żeby wyrugować wychowanie obywatelskie w postaci WoS. Teraźniejszości tam tyle, ile kot napłakał. Tylko moich synów jakoś mi żal, bo ich ten projekt także dotknie… i w tym momencie mój żal zamienia się w gniew…

    PS. 1 stycznia 2022 artykuł zmieniony ukazał się w Gazeta Wyborcza

  • Odwagi! Ale do kogo ta mowa? Do ministra Przemysława Czarnka?

    Odwagi! Ale do kogo ta mowa? Do ministra Przemysława Czarnka?

    Człowiek na linie albo uniwersytety polskie? (fot. lic. Depositphotos)

    Minister Czarnek zasłużył na pochwałę? 30 listopada Times Higher Education opublikowało opinię afiliowanej w  University of Bedfordshire, Luton, United Kingdom, uznanej autorki książek filmoznawczych Agnieszki Piotrkowskiej na temat jednej z ostatniej inicjatyw ustawodawczych ministra Czarnka (projekt nowelizacji Ustawy Prawo o Szkolnictwie Wyższym i Nauce z dnia 28.01.2020 r) . Nie zamierzam sprzeczać się z intencjami autorki dotyczącymi obrony praw kobiet i wolności w Polsce. Są one mi bliskie. Wiele razy dawałem temu świadectwo.

    Artykuł jest jednak bardzo łaskawy w ocenie ministra oraz jego opinii i inicjatyw. I z tym wyłącznie chciałbym polemizować, bo wydaje mi się, że owa łaskawość szanownej Autorki wynika z nieporozumienia. Artykuł ma co prawda tytuł wskazujący na polityczne podporządkowanie polskich uniwersytetów (w wolnym tłumaczeniu: Polskie uniwersytety balansują na linie trzymanej przez polityków), jednak podtytuł obwieszcza: „list ministerialny daje nadzieję”, zaś całość kończy się niezwykle optymistycznym wręcz wezwaniem Autorki do ministra: „Można mieć tylko nadzieję, że jego [min. Czarnka] następny ruch poprowadzą autentyczne starożytne cnoty odwagi i mądrości.” 

    Autorka przywołuje w artykule niezidentyfikowane bliżej wypowiedzi feministek polskich, które „muszą szeptać, że są feministkami” na uczelniach, które wzywane są do dziekanów na „rozmowy ostrzegające”. 

    W pełni się zgadzam, że takie sprawy mogą mieć miejsce, choć na pewno nie na moim Wydziale. Ultrakonserwatywny rząd polski ewidentnie pragnie cofnięcia Polski do czasów przedoświeceniowych, zwalcza aktywnie wszystko, co kojarzy się z modernizacją (może poza prymitywnym kultem paliw kopalnych, które mocno wpisują się w interesy gospodarcze tego rządu). Walczył z kobietami na ulicy podczas strajku kobiet prymitywnymi oddziałami policji uzbrojonej w specjalne pałki teleskopowe. Znam osobiście ofiary prześladowań ulicznych tego rządu. Zatem jednoznacznie trzeba podkreślić: rząd PiS walczy z prawami kobiet, walczy z prawami reprodukcyjnymi, ostatnie protesty uliczne z początku listopada 2021 r. świadczą o tym bardzo wyraźnie, a nastąpiły one po śmierci 30-letniej Izy z Pszczyny, której odmówiono aborcji w obawie przed prześladowaniami zdominowanej przez polityków prokuratury.  

    I tutaj jest bardzo ważna sprawa, która może umknąć ludziom niezorientowanym w sytuacji w Polsce: rząd argumentuje, że lekarze mogli ratować kobietę, bo regulacje prawne tego nie zabraniają. Lekarze natomiast mówią, że tak jest tylko literalnie, natomiast w praktyce obowiązuje zasada: „życie płodu najważniejsze” bez względu na okoliczności. Mamy więc do czynienia z autocenzurą działań lekarzy. Podobnie jest z feminizmem na uczelniach: ma się on w Polsce bardzo dobrze, osobiście znam bardzo wiele działaczek-profesorek feministek. Wielu moich studentów to także feminiści/feministki, wielu to ludzie LGBT+. Także z mojego wydziału na Uniwersytecie Łódzkim. Nie przeczę jednak, że atmosfera zastraszania kolejnych grup społecznych: sędziów, prokuratorów, lekarzy, nauczycieli i wielu, wielu innych przenosi się do pewnego stopnia także na uczelnie. Jednak zasadniczo uczelnie polskie stanowią póki co jeszcze jeden z nielicznych bastionów wolności, choć odbieranej na przykład wszechwładzą rektorów. Ale wolność słowa na uczelniach nie jest zagrożona prawem. Choć zastraszanie postępuje.

    Świadczy o tym także rozwój wypadków w autokratycznie zarządzanym uniwersytecie rodzimym pana ministra Czarnka, to znaczy KUL, w którym ma miejsce obecnie postępowanie dyscyplinarne względem prof. ks. Alfreda Wierzbickiego, m.in. za jego etyczne wsparcie konkretnej ofiary prześladowania grupy ludzi LGBT+. Paradoksalnie można powiedzieć, że Katolicki Uniwersytet Lubelski prześladuje katolika i chrześcijanina ks. Wierzbickiego. Gdyby któryś uniwersytet zechciał na przykład przyznać tytuł Doctora Honoris Causa ks. Wierzbickiemu, to atmosfera spowoduje, że nikt teraz się nie wychyli. Postępowanie takie może zostać autocenzurą zduszone w zarodku.

    Autocenzura  działań i słów jest pokłosiem działań rządu na różnych płaszczyznach, ale nie wynika z regulacji prawnych. Po prostu w Polsce nikt z rządu już nie przestrzega prawa, praworządność przestała być kompasem działań od 2015 roku, tj.  wyboru Prezydenta Andrzeja Dudy.

    O tym że obecne prawo w Polsce jest wystarczające, jeśli idzie o obronę wolności słowa przekonywali ostatnio także rektorzy uczelni polskich stowarzyszeni w KRASP. (Uchwała Komisji ds. Komunikacji i Odpowiedzialności Społecznej wyrażająca opinię o braku konieczności powołania  „KOMISJI DS. WOLNOŚCI SŁOWA W SYSTEMIE SZKOLNICTWA WYŻSZEGO I NAUKI” opublikowana już w lutym 2021r). Mimo że rektorzy w Polsce boją się ministra, to w tym punkcie zachowali swoją autonomię.

    W tle tego sporu z ministrem Czarnkiem jest cały czas słynna sprawa postępowania dyscyplinarnego przeciwko zatrudnionej w Uniwersytecie Śląskim prof. Ewie Budzyńskiej profesorce socjologii otwarcie promującej wedle studentów homofobię. I oto chodzi ministrowi Czarnkowi, nie o obronę wolności słowa, tylko o obronę ”światopoglądów i mniemań”, które mają być głoszone także na uniwersytetach. Nowe regulacje, innymi słowy mają wpuścić kreacjonistów, płaskoziemców, antyszczepionkowców i homofobów na uczelnie. I ich odważyć. Temu także służy sojusz ministerstw rządu PiS z ultraprawicową organizacją Ordo Iuris, której związki z Rosja wykazywano wielokrotnie w wielu miejscach (zob. np. publikacje Tomasza Piątka od 2017 r).

    Dlatego jeśli komuś życzę odwagi i mądrości to wszystkim zatrudnionym w uczelniach w Polsce, nie ministrowi. Odwagi głoszenia swoich poglądów tak jak np. Prof. Inga Iwasiów z Uniwersytetu Szczecińskiego, uznana pisarka, feministka, aktywistka uliczna. Prawo w Polsce działać nie zabrania. Konkretni ludzie natomiast głoszą nienawistne hasła i próbują zastraszać całe grupy społeczne. Farmy hejterskie odkryto w swoim czasie także w ministerstwie sprawiedliwości. Polska brunatnieje. Odwagi! Ale nie dla tych co stukają wysokimi butami…

    PS. Tekst w zmienionej wersji ukazał się w Gazecie Wyborczej 2 grudnia 2021

  • Idioci, czyli kto może mówić o praworządności

    Idioci, czyli kto może mówić o praworządności

    Model wierzącego w spiskowe teorie dziejów… (fot. lic. Depositphotos)

    Faktem niezaprzeczalnym dla mnie jest, że zasadniczo tzw. praworządność (ang. rule of law) pochodzi z idei oświeceniowych. Podobnie jak utrwalenie tzw. trójpodziału władzy Monteskiusza.

    Jak można przeczytać na stronach poświęconych rządom prawa w USA: „Praworządność to zasada, zgodnie z którą wszystkie osoby, instytucje i podmioty podlegają przepisom prawa. Te przepisy muszą być: ogłoszone publicznie, równo egzekwowane, niezależnie orzekane i zgodne z międzynarodowymi zasadami praw człowieka.”

    Ponad 200 lat temu Alexander Hamilton, James Madison i John Jay opublikowali serię prac promujących ratyfikację Konstytucji Stanów Zjednoczonych, obecnie znanych jako „Federalist Papers”. Wedle tych artykułów sprawa właśnie tak wygląda, jak napisałem wyżej. Zatem idea praworządności to jest idea oświeceniowa, tak samo jak idea Konstytucji. Pierwsza Konstytucja na świecie to przecież Konstytucja USA. 

    Ale wiele Konstytucji państw nowoczesnych (czytaj: pooświeceniowych) ma w swoich prawach zasadę praworządności. Również polska obowiązująca ciągle Konstytucja RP.

    Także np. Konstytucja Szwecji, która jednak w opracowaniach odwołuje się do szacunku wobec prawa zapisanego już w prawach regionalnych Upplandu z końca XIII wieku (szw. Upplandslagen).

    Inne prawo Jutlandzkie zaczyna się w XIII wieku od słów szwedzkich: Med Log skal Land bygges („państwo buduje się na prawie” „państwo jest zbudowane na prawie”). Z tego sformułowania korzysta się przy budowie różnych praw. 

    Jednak najważniejsze w tych prawach z XIII wieku jest sformułowanie, które jest po tym zdaniu:

    „Państwo buduje się na prawie, leczy gdyby każdy zadowolił się tym, co ma, i pozwolił innym cieszyć się takim samym przywilejem, żadne prawo nie byłoby potrzebne.” (opieram się na tłumaczeniu w Åsbrink, Elisabeth. Made in Sweden: 60 słów, które stworzyły naród, przekł. Natalia Kołaczek, Warszawa: Wielka Litera, 2019, s. 29) 

    Idioci, tudzież rzezimieszki różnej maści, nie rozumieją takich reguł i zasad. Definicja antyczna słowa idiota pasuje tutaj jak ulał. Idiota według Słownika Etymologicznego już w 14 wieku oznacza, „osobę tak upośledzoną umysłowo, że nie jest zdolna do zwykłego rozumowania”; także w średnioangielskim „prosty człowiek, niewykształcona osoba, laik” (koniec XIV w.), od starofrancuskiego ‚idiote’ „niewykształcony lub ignorant” (12 w.), z łac. idiota „zwykły człowiek, laik; outsider”, po łacinie „osoba niewykształcona lub nieświadoma”, od greckich idiotów „laik, osoba bez umiejętności zawodowych” (w przeciwieństwie do pisarza, żołnierza, wykwalifikowanego robotnika), dosłownie „osoba prywatna” (w przeciwieństwie do osoby biorącej udział w sprawach publicznych), używana protekcjonalnie dla „ignoranta osoba” z idios „własne” (patrz idiom).

    Takie właśnie znaczenie idioty, jako człowieka izolowanego od życia publicznego, idioty jako człowieka „samotnej wyspy” pasuje jak ulał do tych Polaków, którzy nie rozumieją słowa praworządność. Co więcej Ci Polacy prawdopodobnie nie rozumieją tego, co jest także po stwierdzeniu rządów prawa w Upplandslagen: „gdyby każdy zadowolił się tym, co ma, i pozwolił innym cieszyć się takim samym przywilejem, żadne prawo nie byłoby potrzebne.”

    Ostatnio na temat historii Belgii wypowiedział się konstytucyjny Minister Michał Wójcik, wedle którego w ogóle Polska państwowość trwa nieprzerwanie od tysiącleci, w związku z tym, nie będzie tu nam jakiś Belg, którego państwowość trwa ledwie lat 200, prawił morałów na temat praworządności. Dobrze wyśmiewa go w „Gazecie Wyborczej” Bartosz T. Wieliński.  Kuriozum tej wypowiedzi można jedynie porównać do słynnej wypowiedzi wiceministra obrony Kownackiego o uczeniu się Francuzów jedzenia widelcami od Polaków. Chciałbym dodać jedynie, że ta swoista ignorancja i arogancja pana ministra trochę mnie dziwi, boż przecie tenże minister ma wykształcenie prawnicze. Ba! Doktorat napisał, choć co prawda w dziedzinie nauk o polityce. Nie wiem, na jaki temat, i to też trochę dziwne, bo tutaj jest brak danych w oficjalnym serwisie Nauka Polska, a i na stronach ministerstwa jakoś nie ma zbyt wiele danych, sama niemal propaganda dokonań ministra. (nie znalazłem też żadnych publikacji naukowych dra Wójcika, a szkoda… mógłbym się lepiej zapoznać, zapewniam, że dołożyłem starań w to, żeby te publikacje znaleźć…)

    Zrzut ekranu z Nauka Polska, 19 listopada 2021, godz. 14:20 (fot. autor JP)

    Ja protestuję przeciwko ukazywaniu Polaków jako idiotów, którzy nie tylko w swojej pyszałkowatości nie znają miary, ale jeszcze na dodatek okazują się ignorantami i arogantami, którzy chcą być idiotami, to jest zerwać wszelkie możliwe relacje i zostać jak ta samotna wyspa (zgodnie definicją etymologiczną demokratycznych Greków).

    Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;

    Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu,

    To się wzbija, to w głąb wali;

    Nie lgnie do niego fala, ani on do fali;

    A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu.

    Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby:

    To samoluby! (A. Mickiewicz, Oda do młodości)

    I tak to właśnie wygląda z punktu widzenia historii idei w relacji z „idiotami” jako pojęciem. 

    PS. Koleżanka już po publikacji podesłała mi dane, które jednak znalazła w innym miejscu. Temat doktoratu ministra brzmi: Znaczenie samorządu gospodarczego w Polsce w zakresie realizacji zadań rynku pracy. Praca skończona w 2015 i obroniona w 2017.

    PS2. Szczegółowa edycja 22 listopada 2021.

  • Pałac na cmentarzyskach

    Pałac na cmentarzyskach

    O stosowności metafor słów kilka

    Pomnik Francisco Goyi przed Muzeum Prado w Madrycie (zdjęcie autora JP)

    Metafory są w stanie ujawnić bardzo dużo. Metafory budują naszą mentalną przestrzeń, czasami mówi się o metaforach, którymi żyjemy. Na przykład, taka matefora orientacyjna, „To co wysoko, to dobre, to co nisko, to złe”, albo „przyszłość przed nami”, zaś „przeszłość za nami”. 

    Czasami jednak metafory przechodzą do życia codziennego, zdarza się, iż kompletnie wyzbyte pierwotnych kontekstów. Tak jest chyba w przypadku powiedzenia: „kiedy rozum śpi, budzą się demony”. Często używamy tego określenia, żeby delikatnie, kulturalnie skrytykować jakieś zjawisko. To jest kulturalny sposób wskazania, że uznajemy dane zjawisko za wynikające w braku rozumu. Inaczej mówiąc, można by to porównać z wypowiedzią grzecznego ucznia, który już wie, że nie można szastać w przestrzeni publicznej określeniami takimi jak „głupi”, „kretyn”, „debil”, „idiota” — zamiast tego lepiej, grzeczniej jest powiedzieć: ach, to jest niemądre… Co lepiej wykształceni mogą właśnie pójść jeszcze dalej i w bardzo kulturalny sposób, wręcz filozoficzny powiedzieć: „Kiedy rozum śpi, budzą się demony”. 

    Kiedy Francisco Goya namalował słynny cykl 80 rycin pt. „Kaprysy” chciał w duchu oświecenia skrytykować społeczeństwo hiszpańskie. Pierwotnie chciał prawdopodobnie także uniknąć łatwych oskarżeń i nadać całości cyklu (delikatnie nazwanemu „kaprysami” [w domyśle: wyobraźni, fantazji]) charakter metaforyczny, ironiczny: chciał umieścić niejako autoportret siebie śpiącego, którego atakują zwierzęta ciemności, stworzenia nocy: nietoperze, sowy, a gdzieś u doły gotowy do ataku jest także znany drapieżnik nocny: kot. Choć ten nie atakuje śpiącego raczej wpatruje się za widza. W pierwotnej wersji tej ryciny Goya nawet ma splecione do modlitwy ręce, tak bardzo chciał być delikatny i uduchowiony w sensie tradycyjnym. Wiadomo jednak, że znał i studiował oświeceniowe szkice praprzodka satyry, angielskiego miedziorytnika, Williama Hogartha, chłoszczącego społeczeństwo angielskie na przykład za pijaństwo (wtedy nie znano jeszcze jednostki chorobowej alkoholizmu). 

    W całości szkiców jest sporo różnych fantastycznych wyobrażeń, dlatego nie można Goyi uznać po prostu za kolejnego oświeconego. Dostarczył on zresztą swoistej teorii twórczości, pragnąc zasugerować, że fantazja sprzęgnięta z rozumem potrafi tworzyć prawdziwą sztukę. 

    Zatem jego jeden z najsłynniejszych szkiców: „Kiedy rozum śpi, budzą się demony” był bardzo ironiczną próbą stworzenia uniwersalnego języka sztuki. Problem w tym, że owe demony z tego szkicu miały iść na okładkę, dlatego były delikatnie zasugerowane i skomentowane auto-poetycko.  Gdyby zostać tylko przy okładce i nie sięgnąć dalej i nie przechodzić przyśpieszonej edukacji przez 80 kolejnych szkiców, można byłoby sądzić, że Goyę można wyczerpująco zrozumieć przez popularne wątki oświeceniowe, także hiszpańskie, widzące uniwersalny kichotyzm w każdym człowieku. Wedle tej filozofii, człowiek jest takim trochę obłędnym rycerzem, walczącym zasadniczo w dobrej, słusznej sprawie, czasami jednak właśnie szaleje jakby, bo zdarza mu się przysnąć. Dlatego walczy z wiatrakami, bo mu się zdają olbrzymami.

    Obawiam się jednak, że w przypadku niektórych zjawisk życia społecznego lepszej metafory dostarcza John Milton, który w „Raju utraconym” dał świetny obraz pandemonium — pałacu upadłych aniołów w piekle, czyli siedziby demonów, diabłów. Jest on bardzo okazały, zrobiony ze złota. 

    Może taka architektoniczna metafora bardziej przystoi wydarzeniom kaliskim z 11 listopada? Dziwię się doprawdy, jak można lekceważyć tę symbolikę w trakcie swoistej uczty faszystów w Kaliszu? Rozumiem, że w Warszawie hasła „roz-puszczonego Bąkiewicza” o niesieniu „krużganków oświaty” policji PiS nie przeszkadzały. Internet pełen jest żartów na ten temat. Można się cieszyć, że w końcu Empik zostawili tym razem w spokoju. Ale co robiła policja PiS w Kaliszu, kiedy rozwydrzona banda faszystów paliła i nabijała na dzidę egzemplarz Statutu Kaliskiego, symbolu Polski otwartej i tolerancyjnej, z wrzaskami „tu jest Polska, a nie Polin”? Palenie książek i nabijanie na dzidę książek to dopiero początek… w tle były też hasła: ”śmierć wrogom”. Takie rzeczy policja Rzeczpospolitej powinna natychmiast gasić w zarodku, to jest ewidentne, choć symboliczne i językowe nawoływanie do przemocy względem Żydów….  No ale Policji PiS coraz mniej takie rzeczy obchodzą, muszą pilnować pomników wodza i kościołów…  no bo czasami rozmodlony i rozkochany naród mógłby im coś zrobić… (nie sądzę…) A może policja PiS sprawę orkiestruje? Tak pytam tylko, czy tam była policja? Dowiaduje się, że owszem była i był także reprezentant Prezydenta miasta, nota bene, architekta. No i prezydent skomentował: Kiedy rozum śpi, budzą się demony. Nie. To już nie jest tylko głupota i zabobon. To jest rozpuszczone pandemonium za państwowe pieniądze, bo przecież z polskich podatków 3 mln poszły na fundację pana Bąkiewicza. 

    Złote pandemonium. Pandemonium na sterydach. Pandemonium napędzane polskim węglem i polską ropą. 

    Przeraża mnie to, że ten pałac stoi na cmentarzyskach. 

  • Dawno, dawno temu…

    Dawno, dawno temu…

    Dawno dawno temu
    był naród wielki, wielonarodowy, ale nazywający się Dobrem Wspólnym – Rzeczą Pospolitą
    I naród ten potrafił ze sobą porozumiewać się, tworzył przestrzenie do rozmowy.
    I był szanowany za to, że potrafił się ze sobą dogadywać.
    Kraj był miodem i winem płynący.
    Dawno dawno temu

    Piłsudski czy Dmowski? Który lepszy? Który mój?
    A może jednak ten co to od muzyki, pianista Paderewski? Grajek? Weselszy….
    11 listopada, a dlaczego? 11 listopada? Ponury dzień, mgły, deszcze, zasadniczo – chce się krzyczeć: więcej światła!!! A może jednak lepiej 28 czerwca? Traktat Wersalski dał nam wolność i państwo. Radość!
    Kiedyś byłem w Anglii na 11 listopada i moi przyjaciele nie mogli się nadziwić, że w Polsce świętujemy datę, kiedy w Anglii rozpamiętuje się poległych w wielkiej wojnie. Jakbyśmy robili wesele na grobach. Może nie jest to najlepsza data? Ale się już utarła… Ale może warto pogadać? Żebyśmy radowali się dla samej radości, a nie tak pomimo mgły, dżdżu i ciemności?


    O, radości, iskro bogów,
    Kwiecie Elizejskich pól,
    Święta, na twym świętym progu
    Staje nasz natchniony chór.
    Chciałbym żebyśmy tańczyli na ulicach naszych miast. Naszej Łodzi. Tańczyli i śpiewali. Przecież to jest radość…Wspólna, chóralna, czemu nie tańczymy…


    Przerobiłem taką pieśń, która nie jest jeszcze znana powszechnie, może już niedługo będzie znany ten pierwowzór. Przerobiłem, bo nie miałem pomysłu własnego. Słabo mi się pisało w listopadowy ranek. Ponuro, mglisto, mało światła.
    Chciałbym, żeby ktoś napisał Odę do niepodległości, którą wszyscy moglibyśmy zaśpiewać
    Nigdy jej nie napiszę. Jeśli kiedykolwiek napiszę moją
    Odę do niepodległości
    Będzie pisana prozą, zwyczajnie, ale z pobrzękiwaniem z moim sercem.
    Taka moja oda byłaby prosta
    Oda do niepodległości
    Nie napuszona, ale z godnością
    Chciałbym myśleć, że niepodległość to coś
    Więcej niż tylko słowo
    W wielkim i napuszonym języku
    Ody do niepodległości często pozostają niesłyszane

    Jeśli kiedykolwiek napisałbym moją
    Odę do niepodległości
    A przecież nie zasłużyłem na to, dobrze się miewam
    Wtedy obawiam się, że Byłbyś podejrzliwy
    Wobec sprawy, której użyczam głosu
    Jest nieuchwytna ona i trudna do utrzymania
    To ulotna rzecz
    Dlatego nie ma naprawdę wartej zapamiętania Ody do Niepodległości
    Jak ja bym chciał, żeby ktoś napisał Odę do niepodległości, którą wszyscy moglibyśmy zaśpiewać. Zaśpiewać… i może
    O radości…
    Dawni dawno temu był naród, który potrafił się ze sobą dogadywać…
    O radości…

    Łódź, 11 listopada 2021, wygłoszone na Pasażu Schillera po marszu „Łódź Niepodległości”…

  • Mniemanologia stosowana i psychoanaliza „pożal się Boże” ministra Czarnka

    Mniemanologia stosowana i psychoanaliza „pożal się Boże” ministra Czarnka

    Starszy psychoanalityk… (fot. lic. Depositphotos)

    Jak podaje GW: „Przemysław Czarnek w rozmowie z Polskim Radiem 24 w Dzień Edukacji Narodowej uznał, że nie przychyli się do nauczycielskiego postulatu powiązania pensji ze średnim wynagrodzeniem krajowym.”

    Jednak nie ten aspekt — niebagatelny — chciałbym skomentować z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Oburzyło mnie — tak! jestem prawdziwie oburzony — inne zdanie ministra:

    „Kiedy prowadzący zapytał ministra, w której dziesiątce w Europie umieściłby polski system edukacji, Czarnek stwierdził, że „na pierwszy miejscu”, choć przyznał, że inaczej mu nie wypada, „bo jesteśmy w dniu 14 października”, a on jest szefem resortu edukacji.”

    Takie publiczne przyznanie się do cynizmu jest dość oburzające. Jednak dalej jest jeszcze gorzej, bo Czarnek dodał, iż nawet gdyby chciał, toby nic innego nie powiedział, bo jesteśmy w czołówce. Zaś jako argument padło: „Zawsze mamy jakieś kompleksy w stosunku do innych, ja tych kompleksów nie mam.”

    Informuję Pana ministra, że jego kompleksy i generalnie jego życie psychiczne raczej mnie jako rodzica dwóch synów w wieku szkolnym mało obchodzą. Obchodzi mnie natomiast to, że jego rząd fatalnie radzi sobie z pandemią i szczepieniami wśród młodzieży. Choć moim zdaniem formacja pana ministra znana jest z tego właśnie zakompleksienia, tego poczucia niższości, no bo jeśli jakaś np. habilitacja jest ledwo ledwo przepchnięta, to można mieć jakieś kompleksy, prawda, panie ministrze? Albo jeśli jest się ministrem z jednym z najgorszych poparć społecznych, też można poczuć kompleksy. Albo jeśli trzeba samemu sobie podnosić punktację za publikacje poprzez gmeranie w systemie? Albo jeśli myli się intersubiektywne badania społeczne z mniemanologią stosowaną, to takie kompleksy są wręcz na miejscu. Szczytem perfidii propagandzisty rządowego jest stwierdzenie, że „matematyka pokazuje, że edukacja w Polsce jest na dużo wyższym poziomie niż w Finlandii nawet czy w Szwajcarii, czy w Holandii, więc ja tu kompleksów nie mam”. Na jakie to badania powołuje się Minister Czarnek? Na badanie PISA, które jego formacja zazwyczaj totalnie krytykuje i nie zwraca na nie uwagi? To badanie ostatnie z 2018 było badaniem ostatniego rocznika z gimnazjum zlikwidowanego przez min. Zalewską i rząd PiS. Jednak w tym badaniu PISA, na które przecież minister Czarnek się nie powołuje wprost (nie wymienia jego nazwy), także pod innymi względami polscy 15-latkowie radzili sobie w 2018 r. świetnie, stając na podium europejskim. Tylko że takie badania i inne trzeba czytać ze zrozumieniem… a nie wyciągać jak z rękawa pojedyncze fakty.

    Natomiast warto, kiedy patrzy się na Finlandię stwierdzić, że prestiż zawodu nauczyciela oraz wynagrodzenie jest kompletnie nieporównywalne. (jest nawet książka po. polsku Timothy D. Walkera pt. Fińskie dzieci uczą się najlepiej. Ze świetnym podtytułem: Co możemy zrobić, by nasze dzieci były szczęśliwsze, wierzyły w siebie i lubiły szkołę?

    Ale nie o to przecież chodzi, najważniejsze moim zdaniem i — najbardziej oburzające — że minister bazuje swoje wypowiedzi nie na badaniach intersubiektywnie weryfikowalnych, a na mniemanologii stosowanej oraz pseudopsychoanalizowaniu relacji międzykulturowych.

    A zupełnie na marginesie: polscy uczniowie, niestety, fatalnie radzą sobie z prawdziwymi problemami w życiu, a szkoła polska obecnie przygotowuje uczniów do posłuszeństwa systemowi i hipokryzji wszechpanującej, zamiast uczyć krytycznego myślenia, kreatywnego rozwiązywania problemów i współpracy w grupie, tudzież tolerancji względem inności. I lubienia świata, szkoły i ludzi. To są wyzwania współczesności i żadna matematyka, która na tak wysokim poziomie nauczania jak w Polsce nie jest może nikomu potrzebna, nie jest w stanie przykryć tych niedostatków cywilizacyjnych.

    Resentymenty względem światowych liderów edukacyjnych (np. Finlandii) przykrywane fałszywą pewnością siebie i pohukiwaniem, jacy to my jesteśmy wielcy… i to ma być dyskurs proponowany przez ministra edukacji? Mniemanologia stosowana zamiast oparcia dyskursu na wymiernych danych i badaniach? Do kogo ta mowa?

    PS. Wszystkim nauczycielom życzę dzisiaj poważania zawodu i wynagrodzenia nauczycieli fińskich! I radości życia…

    PS.2 Wpis ukazał się w GW 14.1021

  • Tolerancyjny, chrześcijański, gościnny kraj a Nagroda Nobla

    Tolerancyjny, chrześcijański, gościnny kraj a Nagroda Nobla

    PalFest – originally posted to Flickr as Abulrazak Gurnah on Hebron Panel

    Jak bardzo potrzebujemy języka polskiego, aby znów stał się słodyczą. A nie push-backiem i ujadającym policyjnym psem. 

    Kiedy słuchałem relacji bezpośredniej ze Sztokholmu sprzed drzwi Komitetu Noblowskiego, włączyłem oryginalny dźwięk, bo chciałem sprawdzić, jak dobrze będę rozumiał nowego sekretarza tego 18-osobowego gremium prof. Matsa Malma z Uniwersytetu w Göteborgu, ciekawy byłem jego głosu. Kiedy padło nazwisko tegorocznego laureata, myślałem, że nie rozumiem, bo niedobrze słyszę, pogłośniłem, ale nadal nie rozumiałem. W tym roku noblistą z literatury został pisarz oraz profesor literatury i postkolonializmu  Abdulrazak Gurnah. Nie znałem jego twórczości, jego nazwisko kiedyś przemknęło mi może jako nazwisko redaktora naukowego wielkiego tomiszcza pt. Cambridge Companion to Salman Rushdie, ważnego opracowania dla kogoś, kogo interesuje wolność słowa i wolność literatury. Muszę się przyznać, że w czwartek parę minut po 13:20 już wiedziałem, że w Polsce nie będę jedynym, który słabo twórczość uchodźcy z Zanzibaru i krytyka postkolonialnego zna i kojarzy — stwierdziłem z głupią satysfakcją, że nie przetłumaczono na polski ani jednej z jego 10 powieści. 

    Poszedłem na łatwiznę i sięgnąłem po jego krótkie anglojęzyczne opowiadanie pt. „Opowieść przybysza” opublikowane w zbiorowym tomie, pt. „Opowieści uchodźcze”. Tom ten został wydany 23 czerwca 2016 r. nakładem niezależnego wydawcy z Manchesteru „Comma Press”. „Refugee Tales” zawiera takie historie, jak: „Opowieść kierowcy ciężarówki” Cleave’a, „Opowieść o zatrzymanym” Ali Smith i „Opowieść cierpliwości” Patience Agbabi. Początek tego tomu bierze się z powstałej przed kilkoma laty organizacji charytatywnej dla uchodźców „Gatwick Detainees Welfare Group”, która wysyła wolontariuszy do dwóch „ośrodków detencyjnych” (obozów niezdefiniowanego aresztu) na lotnisku Gatwick, aby rozmawiać z setkami przetrzymywanych tam osób. I pomagać im.

    Czytam opowiadanie Noblisty:

    „Przyleciałem samolotem. Może to zabrzmieć dziwnie – w jaki inny sposób? Niektórzy szli. Wielu utonęło. Byli zdesperowani. Nie byłem zdesperowany, ale bardzo się bałem, bo bardzo rozgniewałam niektórych ludzi. Moim przestępstwem było powiedzenie dziewczynom, które uczęszczały do ​​mojej szkółki niedzielnej, że nie powinny zgadzać się na obrzezanie. Moja niedzielna szkoła miała być lekcją czytania i pisania, ale w każdy możliwy sposób przemycałem dobrą nowinę. Powiedziałem im, że obrzezanie to okaleczenie narządów płciowych oraz barbarzyńska i zacofana praktyka. Mężczyźni zmuszali do tego kobiety, żeby wiedziały, że są śmieciami. Prawdziwym zamiarem było zranienie ich, sparaliżowanie i kontrolowanie. Kiedy nadszedł dzień, w którym dziewczęta zgodziły się na cięcie, sześć z nich odmówiło. Nie było mnie tam, ale odkryłem, co wydarzyło się tej samej nocy, kiedy usłyszałem gniewne głosy na zewnątrz mojego domu, wzywające mnie, abym wyszedł i chcieli mi wlać za relacje z ich córkami. Była to wioska muzułmańska w kraju muzułmańskim i chociaż jestem ich rodakiem, jestem też chrześcijaninem, który został oskarżony o utrzymywanie relacji z ich córkami. Możesz sobie wyobrazić moje przerażenie.”

    Nie, nie zamierzam przekładać całości tego krótkiego opowiadania. Chciałem tylko dać posmak tego, czym są te akurat opowieści Guraha, choć temat uchodźctwa, pielgrzymowania powraca na kartach jego powieści wielokrotnie. (Tyle zdążyłem się zorientować) 

    Cały tom opowiadań otwiera coś na kształt poematu:

    „Ten prolog nie jest wierszem / Jest aktem powitania / Zapowiada on / Że ludzie, którzy są tu i teraz / Odrzucają warunki / Debaty kryminalizującej / Przemieszczanie się ludzi” – to jest fragment wiersza Davida Herda. „Aby zrobić z języka angielskiego słodycz… / Dlatego Chaucer opowiadał swoje historie. / Jak bardzo potrzebujemy angielskiego / Aby znów stać się słodkością.”

    Podczas tego specjalnego wydarzenia, po tym tomie wydano jeszcze trzy następny, choć podobne, bo wydarzenie powtarza się co roku: znani w United Kingdom pisarze czytają swoje opowieści na imprezach publicznych każdego wieczoru, w szczelnie zapełnionych salach, z opowieściami zebranymi przez Comma Press, o których mówi się, że oferują „rzadkie, intymne przebłyski niewypowiedzianego cierpienia”.

    Jednak ciekawa jest ta obecność tegorocznego Noblisty w tym tomie. No bo jakby temat uchodźctwa był niezwykle nabrzmiały w Europie w 2015, ale dzisiaj stał się też taki na wschodnich jej granicach, na granicach Unii Europejskiej z Białorusią i — pośrednio — Rosją. 

    Nauczyłem się dzięki Noblowi w tym roku, że istnieje luka w polskich słownikach terminów literackich, zapowiadam, że pracuję nad hasłem „tale”. J. A. Cuddon w „The Penguin Dictionary of Literary Terms and Literary Theory” (na mojej półce stoi  trzecie wydanie Penguin Books z 1992.) pisze na s. 954, że „tale” to

    „Narracja pisana (prozą lub wierszem) lub mówiona, w prozie prawie nie do odróżnienia od opowiadania (…). Jeśli jest różnica, to opowieść może sugeruje, że coś jest napisane zgodnie z brzmieniem kogoś mówiącego. Zazwyczaj temat opowieści jest dość prosty, ale sposób powiązania go może być złożony i kunsztowny. Wiele zależy od punktu widzenia pisarza. Można by chyba powiedzieć, że to rodzaj narracji, które R.L. Stevenson, Rudyard Kipling, W.W. Jacobs. Joseph Conrad, Somerset Maugham i William Faulkner lubili pisać i celowali w takich opowieściach, podczas gdy preferowane przez Henry’ego Jamesa. E.M. Forster, Aldous Huxley, Katherin Mansfield i Elizabeth Bowen to opowiadania. Jednak wszelkie takie klasyfikacje mogą być całkowicie mylące, a taki podział nie byłby użyteczny przy klasyfikowaniu krótszych dzieł Poego, Sakiego, Czechowa, Maupassanta i D.H. Lawrence’a czy kilkunastu innych pisarzy.”

    No więc wiem teraz, dzięki Abdulrazakowi Gurnahowi, że brakuje w języki polskim opracowania łączącego staroangielskie „tale” z innymi wręcz prasłowami takimi jak saga, skaz czy gawęda. Ale dzięki temu — sławnemu teraz — uchodźcy moi studenci ze storytellingu dowiedzą się także o tym, że podobne historie były w swahili, pierwszym, matczynym języku tegorocznego Laureata. Ten kontekst jest istotny dla opowiadań i powieści naszego Conrada. 

    Ale dowiedziałem się także, iż istnieje zbitka językowa „zatrzymanie na czas nieokreślony” (ang. indefinite detention). W Wielkiej Brytanii wspomniana już organizacja charytatywna, która wydała omawiany zbiór opowiadań: „Gatwick Detainees Welfare Group” walczy od 2015 r. z nielegalnym, łamiącym prawa człowieka zjawiskiem przetrzymywania w „miejscach zatrzymania” bez określenia czasu, a niekiedy trwa takie zatrzymanie przez wiele wiele długich lat, bez wyroku, bez procesu. Właściwie to taki nieustający proces…

    Pamiętajmy takie słowa: „opowieść”, to nie jest opowiadanie, „zatrzymanie na czas nieokreślony”, to nie jest zwykły areszt, to tortura, zaś „wypychanie” [ang. push-back, znane z polsko-białoruskiej granicy w 2021] to nie jest obrona granic i to nie jest patriotyzm. Bo wypychanie, to wpychanie do ciemnego lasu i na bagna. I szczucie psem policyjnym to nie jest obraz tolerancyjnego znanego z gościnności i publicznego rozmodlenia kraju. 

    I tak doszedłem do sedna: nagrody noblowskie pełnią niesamowicie cenną rolę edukacyjną i cywilizacyjną. 

    Jak bardzo potrzebujemy języka polskiego, aby znów stał się słodyczą. A nie push-backiem i ujadającym policyjnym psem.

    PS. Wpis zmieniony ukazał się 20 października 2021 w Więzi

  • Apokryf z Michałowa

    Apokryf z Michałowa

    na podstawie prawych i sprawiedliwych słów Pana

    Screen z portalu vnetexplorer

    Kiedy mężczyźni wstali, aby odejść, spojrzeli w dół na Sodomę, a Abraham szedł z nimi, aby zobaczyć ich w drodze. 

    Wtedy Pan rzekł: Czy mam ukryć przed Abrahamem to, co mam uczynić? Abraham na pewno stanie się narodem wielkim i potężnym, dumnym, a wszystkie narody ziemi będą przez niego błogosławione. Panie, czyń to, co słuszne i sprawiedliwe, aby Pan spełnił dla Abrahama to, co mu obiecał”.

    Wtedy Pan rzekł: „Krzyk przeciw Sodomie i Gomorze jest tak wielki, a ich grzech tak ciężki, że zstąpię i zobaczę, czy to, co uczynili, jest tak samo złe, jak krzyk, który mnie dosięgnął zza granicy. Jeśli nie, będę wiedział, co robić.”

    Mężczyźni przypominający aniołów odwrócili się i poszli do Sodomy, ale Abraham pozostał przed Panem. Wtedy Abraham podszedł do niego i powiedział: „Czy zniweczysz prawego tak samo jak niegodziwego? A jeśli w mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych? Czy naprawdę zmieciesz te miejsca i nie oszczędzisz go ze względu na pięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy się w nim znajdują?” 

    Pan powiedział: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miejscu ze względu na nich. Czy Ty sobie wyobrażasz, że ja jestem nikim? Ja jestem, który jestem, moje anielskie służby badające tożsamość i wiarygodność osób przebywających w ośrodkach strzeżonych zidentyfikowały dowody na działalność pedofilską oraz dowody zoofilii!”

    Wtedy Abraham odezwał się znowu: „No to przepraszam, że odważyłem się mówić do Pana, chociaż jestem tylko prochem i popiołem, ale co, jeśli liczba sprawiedliwych jest mniejsza niż pięćdziesięciu? Zniszczysz całe miasto z braku pięciu osób?”

    „Jeśli znajdę tam czterdzieści pięć osób sprawiedliwych”, powiedział, „nie zniszczę tego miejsca. Ale jednak moje anielskie służby zidentyfikowały również zdjęcia wskazujące na praktyki związane z zaburzeniami seksualnymi.”

    Jeszcze raz przemówił do niego Abraham: „A gdyby znalazło się tam tylko czterdziestu prawych i sprawiedliwych?”

    Powiedział Pan: „Ze względu na czterdziestu, nie zrobię tego. Ale jednak zabezpieczone przez anioły materiały wskazują, że wśród nich są narkomani, pedofile i zoofile. Część z tych osób, ogromna większość, są bohaterami tych zdjęć, oni sobie robili te zdjęcia.”

    Wtedy Abraham rzekł: «Niech Pan się nie gniewa i pozwoli mi mówić. A jeśli można tam znaleźć tylko trzydzieści osób sprawiedliwych?”

    Odpowiedział Pan: „Nie zrobię tego, jeśli znajdę tam trzydziestu. Ale miej na względzie, że był jeden, co zgwałcił krowę i chciał dostać się do Polski…” 

    Abraham rzekł tedy: „To w takim razie wybacz, kiedy znów odważyłem się mówić do Pana: a co by było, gdyby było tam tylko dwudziestu sprawiedliwych?”

    Powiedział: „Z powodu dwudziestu nie zniszczę go. Jednak sam popatrz, co oni mają w swoich komórkach… moje oko widzie wszystko. Także i to…”

    Potem Abraham rzekł: „Niech Pan się nie gniewa, ale pozwoli mi jeszcze raz przemówić. A jeśli można tam znaleźć tylko dziesięciu prawych i sprawiedliwych?”

    Odpowiedział: „Z powodu dziesięciu nie zniszczę tego miejsca”.

    Kiedy Pan skończył rozmawiać z Abrahamem, odszedł, a Abraham wrócił do domu. I zaczął bawić się ze swoimi dziećmi…

    Notował: Jarosław Płuciennik

    PS. W niedzielę 3 października apokryf został opublikowany jako Ewangelia z Michałowa na niedzielę. Co jeśli w Sodomie są narkomani, pedofile i zoofile?

  • Kryzys i katastrofa

    Kryzys i katastrofa

    Uwaga! Uwaga!



    Nowy numer Zagadnień Rodzajów Literackich (kliknij tutaj)


    Mam przyjemność współredagować z panią doktor Anną Barcz ten wyjątkowy zeszyt poświęcony kryzysowi i katastrofie w kulturze. 


    Wyjątkowo aktualny i zaangażowany w dzisiejszość zeszyt. 


    Sześć rozpraw naukowych, kilka esejów, materiały do słownika rodzajów literackich, dwie recenzje naukowe, a także wspaniała Interdyscyplinarna dyskusja na temat katastrofy i kryzysu.


    Mam przyjemność przedstawić zeszyt z wyjątkowymi autorami rozpraw oraz wyjątkowymi gośćmi panelu dyskusyjnego włącznie z prymaską Szwecji arcybuskupką Antje Jackelen, profesorem kognitywistyki Peterem Gardenforsem, Arne Melbergiem i innymi wybitnymi naukowcami. 


    Zapraszam do lektury całego zeszytu, jak i poszczególnych artykułów
  • Festiwalowa „Muzyka Ksiąg Jakubowych”

    Wczoraj uczestniczyłem w prapremierze Festiwalu Łódź Czterech Kultur

    Koncert fot. JP

    MUZYKA KSIĄG JAKUBOWYCH
    11 WRZEŚNIA, GODZ. 20.00
    KOŚCIÓŁ EWANGELICKO-AUGSBURSKI ŚW. MATEUSZA W ŁODZI, PIOTRKOWSKA 279/283

    Kłopotliwa jest sprawa określenia gatunku tego wydarzenia… jazzowa improwizacja? Klasyczna muzyka współczesna inspirowana wieloetnicznie? Felieton muzyczny inspirowany tekstem literackim? Pisze się o tym „fresk”, bo po prawdzie to także „światło i dźwięk” zwłaszcza w przepięknych murach Kościoła św. Mateusza w Łodzi.

    Wspaniałe, bliższe jazzowi Trio Bastarda, eleganckie i klasyczne Lutosławski Quartet, cudowna, wielobarwna i wieloskalowa śpiewaczka i kompozytorka Agata Zubel, świetny lutnista Mateusz Szemraj i Hubert Zemler, wirtuoz perkusji i różnych dzwonków…

    Przeżycie niezwykłe, odpowiednie dla Ksiąg Jakubowych Olgi Tokarczuk. Pełnych wielu narracji, wielu stylów i wielu melodii. Śpiew i muzyka goszczą często na kartach tej powieści, są jej duszą…

    Cytat: Wydawało mi się na dodatek, że rozwija się we mnie nowy zmysł, o którego istnieniu do tej pory nie wiedziałem. Niektórzy ludzie mają zmysł spraw nieziemskich, tak jak inni świetny węch, słuch czy smak. Czują subtelne poruszenia w wielkim, skomplikowanym ciele świata. A ponadto u niektórych z nich ów wewnętrzny wzrok jest tak dalece wyostrzony, że widzą, gdzie upadła iskra, dostrzegają jej blask w najbardziej nieprawdopodobnym miejscu. Im gorsze miejsce, tym iskra świeci bardziej rozpaczliwie, tym silniej migocze, a jej światło gorętsze jest i czystsze. Lecz są i tacy, którzy zmysłu tego nie mają, muszą więc ufać tylko pięciu pozostałym i do nich sprowadzają cały świat. I tak jak ślepy od urodzenia nie wie, co to światło, a głuchy – co to muzyka, jak pozbawiony węchu nie ma pojęcia, co to zapach kwiatów, tak i oni nie rozumieją tych mistycznych dusz i biorą ludzi nimi obdarzonych za wariatów, nawiedzonych, którzy sobie to wszystko z niezrozumiałych powodów wymyślają.
    PISANE PRZEZ NACHMANA SAMUELA BEN LEWIEGO, RABINA Z BUSKA

    Inny fragment:

    Od kiedy jednak zaczął towarzyszyć Jakubowi, coraz częściej spotyka go niezadowolony, karcący wzrok. Jakub nie lubi skrzypienia pióra. Kiedyś zajrzał mu przez ramię. Dobrze, że Nachman akurat robił rachunki. Jakub zażądał, żeby nie zapisywał tego, co on mówi. Nachman musiał go zapewnić, że tego nie zrobi. Lecz wciąż męczy go ta sprawa – dlaczego? – Jak to jest? – zapytał go kiedyś. – Przecież śpiewamy: „Daj mi mowę, daj mi język i słowa, abym mógł powiedzieć prawdę o Tobie”. A to jest z Hemdat Yamim. Jakub go skarcił: – Nie bądź głupi. Jeśli kto chce zdobyć twierdzę, ten nie może tego dokonać samym gadaniem, słowem ulotnym, ale musi tam pójść z wojskiem. Tak i my musimy działać, a nie mówić. Mało się to nasi dziadowie nagadali, naślęczeli nad pismem? Cóż im pomogło to gadanie i co z tego wynikło? Lepiej widzieć oczyma, niż mówić słowami. Nie potrzeba nam mądrali. Jak cię zobaczę, że piszesz, dam ci w łeb, żeby cię otrzeźwić.

    Wczoraj to wykonanie to było działanie… mistrzowski performans…

    https://www.4kultury.pl/project/muzyka-ksiag