Kategoria: Społeczeństwo i polityka

  • „Plac zabaw Putina” – pokaz filmu i dyskusja na Wydziale Filologicznym UŁ

    „Plac zabaw Putina” – pokaz filmu i dyskusja na Wydziale Filologicznym UŁ

    Miejsce wydarzenia: Pomorska 171/173, 90-236 Łódź

    Czas: 23 października 2026 (piątek) 16:00 – 23 października 2026 (piątek) 19:00 

    23 października (piątek) o godz. 16:00 w auli A3 na parterze Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego odbędzie się publiczny pokaz filmu dokumentalnego Konrada Szołajskiego „Plac zabaw Putina” (2024). To opowieść o rosyjskiej wojnie hybrydowej w Europie Środkowo-Wschodniej – o dezinformacji, prowokacjach i próbach rozchwiania demokracji w krajach naszego regionu.

    Opublikowano: 23 października 2026

    Pomnik czołgu znajdujący się na postumencie, z dwiema osobami stojącymi przed nim w parku.

    Po projekcji odbędzie się dyskusja, w której wezmą udział:
    – Konrad Szołajski, reżyser i scenarzysta filmu,
    – dr Barbara Jundo-Kaliszewska, politolożka specjalizująca się w problematyce Europy Środkowo-Wschodniej i krajów bałtyckich,
    – mgr Paulina Sikora-Krizhevska, Instytut Studiów Wschodnioeuropejskich UŁ,
    – prof. dr hab. Jarosław Płuciennik, kulturoznawca, Instytut Kultury Współczesnej UŁ,
    – dr hab. Piotr Sitarski, prof. UŁ, filmoznawca, Instytut Kultury Współczesnej UŁ,

    Wydarzenie odbywa się pod patronatem Dziekana Wydziału Filologicznego UŁ prof. dra hab. Rafała Zarębskiego.

    Zapraszamy wszystkich zainteresowanych – badaczy i miłośników kina, medioznawców i dziennikarzy, a także osoby zajmujące się historią, polityką i geopolityką. Wstęp wolny.

    Plakat filmowy 'Plac zabaw Putina' z wizerunkiem Putina połączonym z twarzą klauna, przedstawiający kontrast między powagą a komizmem.

    O filmie „Plac zabaw Putina” 

    Film – wspierany przez program Creative Europe MEDIA – został realizowany jako międzynarodowa koprodukcja polsko-norwesko-czesko-bułgarsko-łotewsko-niemiecka, przeznaczona do kin i TV. Produkcja polskiej wersji została wsparta przez polskie Ministerstwo i Kultury, a polska dystrybucja przez PISF (polski tytuł kinowy: PLAC ZABAW PUTINA). 

    Film miał premierę festiwalową w maju 2024 w konkursie polskim na 64 edycji festiwalu KFF w Krakowie. Był także nominowany do nagrody Silver Eye Award 2024 – i prezentowany był w Kijowie, Sarajewie i Sofii, w Lublanie. Prezentują go także Instytuty Polskie. 

    Dystrybucja TV – ARTE (Niemcy, Francja), Czechy, Łotwa, Estonia, Szwecja, Dania, Portugalia.

    Dystrybucja kinowa – Czechy, Łotwa, Polska (od października 2026). 

    Tematem jest wpływ rosyjskich służb na kraje Środkowo-Wschodniej Europy w kontekście agresji Rosji na Ukrainę. Film jest utrzymany w konwencji dokumentu śledczego. Bierze w nim udział wielu ekspertów, polityków i przedstawicieli służb. Korzystamy też z archiwaliów i unikatowych zdjęć zrealizowanych w miejscach, gdzie były dokonywane głośne sabotaże (Czechy, Bułgaria), poznajemy rosyjskich agentów wpływu i aresztowanych rosyjskich szpiegów. Wywiadów udzielają nam byli prezydenci, premier, minister obrony.

    Film wyprodukowała firma ZK Studio.

    O reżyserze:

    Konrad Szołajski – reżyser filmowy i dokumentalista, absolwent reżyserii na WRiTV Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, kształcił się także w National Film and Television School w Wielkiej Brytanii. Uczeń Krzysztofa Kieślowskiego, pod którego opieką zrealizował etiudę „Dziennikarze ’82”, dokumentującą pracę telewizji w stanie wojennym. Autor filmów fabularnych i dokumentalnych, często łączących satyrę z krytycznym spojrzeniem na polską rzeczywistość społeczną i polityczną. W 2005 roku założył ZK Studio, produkujące filmy dokumentalne dla europejskich nadawców. Po 2015 roku zrealizował m.in. „Dobrą zmianę” („Make Poland Great Again”, 2018), „Polki żądają prawa do aborcji” (2020) oraz „Plac zabaw Putina” (2024). Jest również autorem powieści, słuchowisk radiowych i tekstów publicystycznych. Obecnie pracuje nad dokumentem „Demokracja po polsku…” oraz scenariuszem filmu fabularnego o misji Józefa Retingera z 1944 roku.

    Tekst: organizator wydarzenia
    Zdjęcia i opis filmu pochodzą od jego producenta.

  • Magdalena, here we go again – Benny Andersson z ABBY na finiszu kampanii socjaldemokratów

    Magdalena, here we go again – Benny Andersson z ABBY na finiszu kampanii socjaldemokratów

    Konferencja prasowa z liderami, z jedną osobą na podium w niebieskim garniturze i tłumem trzymającym telefony, zdjęcie z tłem z logo partii.

    Materiał ze spotkania z wyborcami w siedzibie Socialdemokraterna w Szwecji. Zrzut ekranu z wideo umieszczonego w Expressen. Za materiałem Benny Anderssons stöd till Magdalena Andersson, Expressem 13.09.2026, gadz. 10:49 LINK

    Dzień przed szwedzkimi wyborami do Parlamentu — szwedzkiego Riksdagu, na finiszu kampanii  (po szwedzku slutspurt, końcowy sprint) Socialdemokraterna (Partia Socjaldemokratyczna)– pojawił się gość, którego w Szwecji nikomu nie trzeba przedstawiać: Benny Andersson z ABBY. Usiadł przy pianinie pod wielką czerwoną różą, znakiem partii, i zagrał „Mamma Mia”. Z jedną poprawką w tekście – w miejsce tytułowego wykrzyknika sala śpiewała imię liderki partii. „Magda-lena”… Śpiewała cała sala, z Magdaleną Andersson włącznie.

    Najciekawsze było to, co Benny powiedział, zanim zaczął grać. Nic z tego nie brzmiało jak wyreżyserowany numer – raczej jak improwizacja starszego pana, który przypomina sobie, ile już takich wieczorów przeżył. Grał kiedyś dla Olofa Palmego, grał dla kolejnych socjaldemokratycznych premierów, których wymieniał po kolei – więc zagra i dla Magdaleny. Przy okazji przeprosił za zmianę tekstu, którego autorem jest przecież on sam (razem z Björnem Ulvaeusem i Stigiem Anderssonem). To drobiazg, ale znaczący: kompozytor, który publicznie tłumaczy się z ingerencji we własną piosenkę, mówi tym samym, że piosenka nie należy już tylko do niego. Należy do wszystkich, którzy ją śpiewają – w tym wypadku do sali pełnej działaczy z telefonami w górze.

    Te przeprosiny mają zresztą swoją historię. W 2010 roku młodzieżówka Duńskiej Partii Ludowej (Dansk Folkeparti), partii nacjonalistycznej i antyimigranckiej, zaśpiewała na kongresie tę samą piosenkę na cześć swojej przewodniczącej Pii Kjærsgaard – jako „Mamma Pia”. Benny i Björn nasłali na nich prawników Universalu, a Benny powiedział agencji TT coś, co po polsku brzmiałoby „niech spadają”: po pierwsze nie wolno przepisywać cudzych piosenek, po drugie nie mamy najmniejszej ochoty wspierać tej partii. Rok wcześniej Benny przekazał milion koron na kampanię europejską Feministycznej Inicjatywy. W 2024 roku ABBA – a więc cała czwórka, wraz z wytwórnią – zażądała od sztabu Donalda Trumpa usunięcia nagrań z wiecu w Minnesocie, gdzie puszczano „The Winner Takes It All”, „Money, Money, Money” i „Dancing Queen”. Sztab odpowiedział, że ma licencję zbiorową; ABBA odpowiedziała, że nikt jej o zgodę nie pytał. Symetria jest więc pozorna: ten sam gest – imię polityczki wstawione do „Mamma Mia” – raz kończy się wezwaniem prawników, a raz allsångiem z autorem przy pianinie. Różnica nie leży w prawie autorskim, tylko w tym, kto śpiewa.

    Do tego dochodzi wątek, który dla polskiego czytelnika powinien być szczególnie wyraźny. ABBA od dawna nie ukrywa, że jest po stronie społeczności LGBT – Björn Ulvaeus mówił wprost, że to fani ze środowisk gejowskich „podtrzymali” comeback zespołu i że „Dancing Queen” jako hymn wyzwolenia jest dla nich powodem do dumy, a nie zakłopotania. W 2006 roku, gdy prezydent Lech Kaczyński zakazywał Parady Równości w Warszawie, cała czwórka – po raz pierwszy od lat razem – podpisała pamiątki wystawione na aukcję przez Stockholm Pride na rzecz warszawskiej parady. Szwedzi tłumaczyli to prosto: kraj tak uprzywilejowany jak nasz nie może patrzeć na to, co dzieje się u sąsiada, i nic nie robić. Wsparcie dla socjaldemokracji jest więc częścią dłuższej linii, a nie jednorazowym kaprysem starszego pana przy pianinie.

    Pisałem już na tym blogu o powrocie ABBY – o albumie „Voyage” i o wirtualnej trasie koncertowej, czyli o tym, jak zespół wrócił jako zjawisko technologiczno-medialne. Ten wczorajszy występ jest z innego porządku. Nie chodzi w nim o światową markę, ale o to, czym ABBA jest w samej Szwecji: o codzienną, oczywistą obecność w radiu, na weselach, imprezach ulicznych i w muzeum na Djurgården. To jest kulturowe złoto (kulturguld – Szwedzi sami tak mówią), część tego, co po szwedzku nazywa się folkhemmet, wspólny dom, do którego prawo mają wszyscy. I właśnie dlatego gest Benny’ego ma ciężar polityczny. Nie dlatego, że przekona kogoś do programu podatkowego partii S, ale dlatego, że przypomina, po której stronie stoi ktoś, kto od pół wieku jest częścią szwedzkiej tożsamości. Jego sympatie dla socjaldemokracji nie są tajemnicą – od czasów Palmego. Nowością jest tylko to, że tym razem powiedział to na scenie, z podniesionymi telefonami jako świadkami.

    Warto tu zestawić dwie tradycje. W Polsce artysta na wiecu partyjnym to zwykle albo skandal, albo żenada – mamy w pamięci zbyt wiele takich występów, żeby traktować je inaczej niż jako dworskie usługi. Choć zdarzały się też wyjątki. Całe marsze śpiewały „Wolność, kocham i rozumiem, wolności — oddać nie umiem”… Chłopców z Placu Broni i nikt z członków tego zespołu nie protestował… W Szwecji sala śpiewająca „Mamma Mia” z liderką partii jest czymś nieco innym: to allsång, wspólne śpiewanie, obrzęd świecki, który w Skansenie latem gromadzi tysiące ludzi bez żadnego politycznego klucza. Benny nie występował dla partii. Poprowadził allsång – a że akurat z Magdaleną Andersson, to już jego wybór jako obywatela.

    Czy pomoże to socjaldemokratom w dzisiejszym niedzielnym głosowaniu? Nie wiadomo. Ale jedna rzecz jest pewna: to była najlepiej zaśpiewana piosenka tej kampanii.

    Szwedów czeka skrupulatne liczenie głosów, może nawet do środy. Wybory są wyrównane, układanki powyborcze będą skomplikowane i może bolesne. Nie wiadomo jak długie.

  • Renifery, metale ziem rzadkich i nieprzepracowane dziedzictwo. Notatka z Kiruny

    Renifery, metale ziem rzadkich i nieprzepracowane dziedzictwo. Notatka z Kiruny

    Obserwatorium Nordyckie 07.09.2026

    Jarosław Płuciennik

    Część ekspozycji Eanangiella – Głos ziemi” w Oulun taidemuseo (styczeń–maj 2026, w programie Europejskiej Stolicy Kultury). Zdjęcie własne autora JP)

    Wczoraj wieczorem w Rapport w SVT (19:30), dziś rano reportaż Mirandy Bryant z Kiruny w „Guardianie” – ten sam temat, sześć dni przed szwedzkimi wyborami. Państwowy koncern LKAB chce rozszerzyć największą podziemną kopalnię rudy żelaza na świecie o złoże Per Geijer, czyli największe znane w Europie złoże metali ziem rzadkich. Po drugiej stronie tej kopalni stoi Gabna sameby – wioska Samów – wspólnota hodowców reniferów, której szlaki wędrówek kopalnia już pocięła, a nowy plan odciąłby pastwiska (cielących się reniferów) od gór i lasu. Lars-Marcus Kuhmunen, przewodniczący Gabna, mówi Guardianowi, że byłby to dla Samów koniec wszystkiego – i zarazem początek procesu industrializacji całej ziemi Samów Sápmi.

    Nowością w Szwecji nie jest sam konflikt (można wymienić Gállok, Rönnbäcken, norweski Fosen – lista jest długa), lecz język. Wicepremierka Ebba Busch (partia KD, czyli Chrześcijańscy Demokraci) wiosną seryjnie atakowała hodowlę reniferów jako branżę zajmującą ogromne obszary przy znikomym znaczeniu gospodarczym; jej partia chce ciąć pogłowie, odebrać hodowli status „żywotnego interesu narodowego” i „odzyskać” dla państwa ziemię, z której korzystają hodowcy. W programie wyborczym KD obiecuje też bronić prawa wszystkich do polowań na ziemi państwowej – to jawna odpowiedź na wyrok Sądu Najwyższego w sprawie Girjas (2020), który przyznał wspólnocie samskiej wyłączne prawo do gospodarowania łowiectwem i rybołówstwem na jej terenie. Szwedzcy Demokraci, którzy po wyborach – teoretycznie – mogą po raz pierwszy wejść do rządu, ustawiają w swoim programie hodowców przeciw przemysłowi, turystyce i „zwykłym Szwedom”. Åsa Larsson Blind z Parlamentu Samów (Sametinget) ujmuje to sucho: wicepremier wskazuje jedną grupę ludzi jako wroga rozwoju i wyraźnie nie czuje potrzeby, by mieć poparcie Samów.

    Jak to ująć? Moje nasuwające się wyjaśnienia to dwa hasła: kłopoty post-nowoczesnej industrializacji i post-nowoczesnego dziedzictwa postkolonialnego. Rozwińmy oba człony.

    Industrializacja jest post-nowoczesna nie dlatego, że jest mniej brutalna, lecz dlatego, że inaczej się legitymizuje. Nowoczesna kopalnia w Kirunie (LKAB, rok 1890) mówiła o postępie, stali i szwedzkim „domu ludu” (folkhemmet). Ta dzisiejsza mówi o klimacie, o uniezależnieniu Europy od Chin, o unijnym akcie o surowcach krytycznych, o rozbudowie energetyki jądrowej. Renifer przegrywa już nie z fabryką, lecz z turbiną wiatrową i baterią. Samowie mają na to od lat własny termin: „grön kolonialism”, zielony kolonializm – i rozumiem, dlaczego go używają, bo nazywa paradoks wprost: transformacja, która ma ratować planetę, wymaga tych samych ziem i tej samej asymetrii władzy, co stare wydobywanie z ziemi. Sam jednak wolę go nie przejmować, a powód jest polski. U nas „zielony kolonializm” to już gotowy slogan drugiej strony: tak nazywa się krytykę koni na drodze do Morskiego Oka, spory o Tatrzański Park Narodowy, każdy konflikt, w którym „Warszawa” mówi lokalnym, jak mają żyć. W tej retoryce skolonizowanym jest ten, komu ekologia przeszkadza, a kolonizatorem – biolog. Podhale nie jest Sápmi: górale nie są ludem rdzennym w sensie prawa międzynarodowego, nikt nie mierzył im czaszek w państwowym instytucie i nikt nie odbierał im ziemi w imię cywilizacji. Słowo, które w Kirunie opisuje realną historię, w Zakopanem służy do jej udawania. Dlatego zostaję przy własnej, mniej chwytliwej ramie: nie „zieloność” jest tu problemem, lecz to, kto decyduje i o czyjej ziemi – a to jest pytanie o dziedzictwo, nie o klimat. Paradoks drugi: Kiruna przenosi się w całości, bo zapada się nad kopalnią; symbolem przeprowadzki był latem 2025 czerwony drewniany kościół, zaprojektowany na wzór samskiego lávvu. Pisałem o tym rok temu w notatce „Kiruna – miasto, które przenosi swoją duszę dla biznesu”: król, slow TV, dziesięć tysięcy ludzi wzdłuż trasy, starsza pani mówiąca do „Dagens Nyheter”, że może teraz stanie się religijna – i moja teza, że za troską o dziedzictwo kryje się bolesne uznanie prymatu biznesu. Podtrzymuję ją, ale dziś widzę, czego w tamtej notatce nie było: ani słowa o Samach. Kościół Wickmana nazywano niegdyś świątynią ludu koczowniczego, a cała uroczystość – wraz z moim tekstem – odbyła się tak, jakby ta ziemia nie miała innych gospodarzy niż górnicy i parafianie. Szwecja wiozła na lawecie przez miasto samską formę, a rok później spiera się o samską ziemię; ja opisałem lawetę i przeoczyłem ziemię. To nie jest mój wypowiadany na głos wyrzut sumienia, lecz obserwacja metodologiczna: nieobecność Samów w relacji o przeprowadzce była tym, co Busch wiosną wypowiedziała na głos. (Samska ziemia ma zresztą własny język na tę sprawę – pisałem jesienią ubiegłego roku o operze „Jordens hjärta” i micie żyjącej ziemi; wobec „ograniczonego znaczenia gospodarczego” jest to argument z innego porządku.) Nils-Johan Labba, rzemieślnik i poseł do Sametinget, mówi, że miasto się wykrwawia – transport, szkoły, wszystko – a rząd zamiast leczyć jego rany zajął się dokuczaniem mniejszości.

    Dziedzictwo postkolonialne jest z kolei post-nowoczesne w tym sensie, że nigdy nie zostało przepracowane. Szwecja długo żyła w przekonaniu, że kolonializm to problem Anglików i Francuzów – to ów nordycki wyjątek, „doktryna wyjątkowości”, o którym piszą Kristín Loftsdóttir i Lars Jensen. Tymczasem Sápmi to podręcznikowy przypadek kolonializmu wewnętrznego: przymusowa chrystianizacja, lappskatteland, szkoły nomadów, uppsalski Państwowy Instytut Biologii Rasowej (1922) mierzący samskie czaszki, dwudziestowieczne wywłaszczenia pod hydroelektrownie. Komisję prawdy w sprawie Samów Szwecja powołała dopiero w 2021 roku. Norwegia ma za sobą wyrok w sprawie Fosen (2021), uznający wiatraki na pastwiskach za naruszenie praw człowieka – i trzy lata rządowego ociągania się z jego wykonaniem. Finlandia ma swoją wersję tego samego sporu – wiatraki na samskich pastwiskach – i, co znamienne, mówią o niej dziś przede wszystkim muzea. Rok temu w helsińskim HAM widziałem instalację o farmach wiatrowych na ziemiach samskich w fińskiej Laponii i o tym, co robią z wypasem, migracjami i krajobrazem; podczas tegorocznego pobytu w Oulu – wielką wystawę „Eanangiella – Głos ziemi” w Oulun taidemuseo (styczeń–maj 2026, w programie Europejskiej Stolicy Kultury), kuratorowaną przez Ingę-Wiktorię Påve, Fredrika Prosta i Áilu Valle: około siedemdziesięciu artystów i duojárów (rzemieślników ludowych) z całej Sápmi, sztuka współczesna obok duodji, rzemiosła kilku pokoleń. Jednym z nazwanych wprost działów wystawy był „zielony kolonializm” – w samskich ustach, jak pisałem wyżej, termin na swoim miejscu – a w tekście kuratorskim stało czarno na białym, że kultura, języki i duchowość Samów żyją po czterystu latach kolonializmu. Zapamiętałem z niej pracę, która streszcza rzecz lepiej niż niejeden manifest: kwadrat z łat reniferowej skóry, na nim koncentryczne kręgi czerwonego i niebieskiego sukna i futra, a na kręgach dwie samskie czapki z gákti – kobieca z długimi wstążkami i druga, z czerwonym pomponem. Ziemia, krąg, ludzie. Dodam, że część tej ekspozycji, objazdowe Sápmi Triennale, latem tego roku pojechało dalej – do Kiruny, do Konstmuseet i Norr. Sztuka więc dotarła do miasta kopalni w tym samym sezonie, w którym wicepremier tłumaczyła, że hodowla reniferów ma znikome znaczenie gospodarcze. Obie ekspozycje mówiły to samo, co Gabna, tylko bez wyborczej wrzawy: transformacja energetyczna jest dla Sápmi kolejną falą wydobycia, a jej beneficjent i jej „koszty” zamieszkują jakby inne miejsca. Muzea wiedzą to wcześniej niż ministerstwa. Anna-Karin Niia z Gabna nazywa Samów „konstytucyjnymi strażnikami” tej ziemi (Samowie jako pralud – urfolk mają w Szwecji status konstytucyjny od 2011 roku) – i to jest właśnie język, którego prawica nie chce słyszeć, bo zmienia hodowcę-petenta w podmiot prawa.

    Co więc jest post-nowoczesne w tej sprawie? To, że pękają dwie rzeczy naraz. Wyczerpuje się liberalna poprawność, która – jak mówi Larsson Blind – dotąd nie pozwalała mówić takich rzeczy głośno; i wyczerpuje się nowoczesny mit, że kopalnia to postęp, a nie czyjaś ziemia. Zostaje czysta polityka: sześć dni do wyborów, jedna grupa wskazana palcem. Guardian pisze o retoryce skrajnej prawicy, ale przecież wskazuje partię chadecką, koalicjanta w obecnym rządzie, nie skrajnie nacjonalistyczną SD. Warto o tym pamiętać..

  • Lisek kontra trzmiel, czyli komu wolno sprzedawać przeszłość

    Lisek kontra trzmiel, czyli komu wolno sprzedawać przeszłość

    Jarosław Płuciennik

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Z cyklu: Obserwatorium retoryki i komunikacji

    25 sierpnia 2026

    Markennamen: „Fjallraven Kanken”, Berlin. (lic. Depositphotos)

    Nowy wpis z cyklu Obserwatorium Nordyckie: „Lisek kontra trzmiel, czyli komu wolno sprzedawać przeszłość”.

    Studium przypadku z trwającej szwedzkiej kampanii wyborczej: Fjällräven żąda od Szwedzkich Demokratów zmiany kroju pisma, który uznaje za „niemal identyczny” z firmowym Arctic Fox. Analizuję ten spór jako kolizję dwóch porządków: ochrony identyfikacji wizualnej marki i swobody komunikacji politycznej — a głębiej jako walkę o zawłaszczenie wspólnej pamięci. Ramy: „Retrotopia” Zygmunta Baumana, mit Bullerbyn i Bullerbü-Syndrom, typografia jako nośnik pamięci zbiorowej.

    Materiał pomyślany także jako studium przypadku dla studentów dziennikarstwa i projektowania komunikacji: slogan, paleta, liternictwo i maskotka jako rozkładalne części technologii retrotopijnej.

    Na trzy tygodnie przed szwedzkimi wyborami (13 września) wybuchł spór, który na pierwszy rzut oka wygląda na anegdotę z działu marketingu, a w istocie jest jednym z ciekawszych kulturoznawczych przypadków tego sezonu. Firma Fjällräven — ta od kultowego plecaka Kånken i zwiniętego w kłębek lisa polarnego w logo — zażądała od Szwedzkich Demokratów zmiany czcionki w kampanii wyborczej. Jak ujawnił „Expressen” (25 sierpnia 2026), firma najpierw wysłała latem list do biura partii, a gdy ten pozostał bez odpowiedzi, wynajęła kancelarię Westerberg & Partners. Pełnomocnik firmy Henrik Wistam pisze wprost: krój pisma kampanii SD jest „niemal identyczny” z firmowym krojem Arctic Fox, partia ma go zmienić najpóźniej do 1 września — a więc w samym środku kampanii — inaczej firma zastrzega sobie kroki prawne. Sekretarz partii Mattias Bäckström Johansson skwitował to jednym słowem: „Trams” — „bzdury”, „nonsens”. „Mamy różne czcionki, różne kolory, działamy w zupełnie innych branżach, wiele firm używa podobnego liternictwa — a poza tym szkoda pieniędzy akcjonariuszy na politykę”.

    Kopia materiału publikowanego w cytowanym tu wydaniu Expressen będącego ilustracją kampanii propagandowej SD. („robimy ze Szwecji znów Szwecję”)

    Żeby zrozumieć, o co naprawdę idzie ta gra, trzeba cofnąć się do genezy obu znaków. Fjällräven założył w 1960 roku Åke Nordin z Örnsköldsviku — czternastolatek, któremu na wędrówce po górach Västerbotten uwierał źle skonstruowany plecak, i który później, już jako przedsiębiorca, uszył w piwnicy pierwszy komercyjny plecak ze stelażem. Logo powstało w kuchni sztokholmskiego sklepu Friluftsmagasinet: Nordin z Erlandem Westerbergiem i Nilsem Hillmanem szkicowali lisa na pomiętej serwetce, a do nazwy firmy wybrali krój Frankfurter — okrągłe, miękkie, blokowe litery, które grafik Kjell Olsson uznał za idealnie dopasowane do zwiniętego zwierzaka. To liternictwo okazało się tak trwałe, że po półwieczu firma go nie wymieniła, lecz jedynie odrestaurowała: Göran Söderström ze studia Letters from Sweden zaprojektował na bazie Frankfurtera firmowy krój Arctic Fox. Co więcej: flagowy Kånken z 1978 roku Nordin opracował we współpracy ze szwedzkim ruchem skautowym, w odpowiedzi na doniesienia o wadach postawy u dzieci noszących modne wtedy torby na ramię. Miękka typografia, troska o dziecięcy kręgosłup, folkhem (dom ludu) w wersji materialnej — to wszystko jest wpisane w DNA tej marki i chronione rejestracjami w szwedzkim urzędzie patentowym, bo Fjällräven słynie z bezkompromisowej obrony swojej identyfikacji wizualnej i „brandu”.

    Warto dodać, że zarówno znak, jak i liternictwo Fjällräven są w Szwecji niemal wszechobecne. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek nordyckich — porównywalna z Ikeą czy Wasą — z tą różnicą, że plecaki, kurtki i akcesoria Fjällräven funkcjonują bezpośrednio w przestrzeni publicznej: w szkołach, autobusach, na uniwersytetach, w parkach i na górskich szlakach. Nie jest to więc wyłącznie logo na produkcie, lecz część codziennego pejzażu wizualnego Szwecji.

    Po drugiej stronie mamy kampanię, którą Sverigesdemokraterna — partia wywodząca się z radykalnej prawicy, dziś jedna z głównych sił szwedzkiej polityki — zaprezentowali w czerwcu: plakaty w stylistyce retro, obiecujące uczynić „Sverige till Sverige igen” (Szwecję zrobimy ponownie Szwecją), z zaokrąglonym, pogrubionym liternictwem i z nowym bohaterem — naiwnie, po dziecięcemu narysowanym trzmielem z literami SD na skrzydłach. Szef komunikacji partii Joakim Wallerstein mówił otwarcie, że celem jest wywołanie nostalgii za „bezpiecznym i szczęśliwym dzieciństwem z dawnych lat”; dla niego samego to początek lat 80., ale — jak dodał — to zależy, kiedy kto się urodził. Dodajmy, że oficjalne wzornictwo SD operuje od początku na motywach niebieskich kwiatów. Trudno o bardziej podręcznikową deklarację inżynierii retrotopijnej: przeszłość nie jest tu żadną konkretną przeszłością, lecz ruchomym ekranem, na który każdy wyborca ma wyświetlić własne dzieciństwo.

    Z punktu widzenia partii argument nie jest całkiem pozbawiony intuicyjnej siły: zaokrąglone, retro liternictwo nie należy przecież wyłącznie do jednej marki, a estetyka nostalgii krąży dziś swobodnie między reklamą, popkulturą i polityką. Właśnie dlatego spór jest interesujący — nie rozgrywa się wokół prostego kopiowania znaku, lecz wokół trudniejszej do uchwycenia strefy skojarzeń.

    Zygmunt Bauman w „Retrotopii” (2017) opisał ten mechanizm precyzyjnie: gdy wiara w lepszą przyszłość się wyczerpuje, energia utopijna nie znika, lecz zmienia wektor — zaczynamy projektować idealne społeczeństwo wstecz, w przeszłość wyobrażoną, „prawdziwą lub domniemaną”. Można pisać w tym kontekście o rosyjskiej kulturze wojennej (retrotopia i postpamięć potrafią być paliwem imperialnej przemocy), ale przypadek szwedzki pokazuje wariant łagodniejszy w formie i przez to podstępniejszy: retrotopię w wersji pastelowej, dziecięcej, z trzmielem zamiast pancerza (u Baumana jest to rodzaj retrotopii nazywany nostalgią za powrotem do łona). Estetyka ma tutaj funkcję, której polityka wolałaby nie wykonywać wprost. Wiceprzewodniczący partii Henrik Vinge zapewniał przecież równolegle, że kurs na zaostrzanie polityki migracyjnej i karnej pozostaje bez zmian — tyle że „celem nie jest twarde społeczeństwo”, lecz ochrona „miękkich wartości”. Miękki krój pisma staje się więc materialnym nośnikiem tej deklarowanej miękkości: podobnie jak pastelowe kwiaty, dziecięca maskotka i przyrodnicze skojarzenia z lisem polarnym.

    I tu wracamy do Bullerbyn. Pisałem w lutym zeszłego roku — po strzelaninie w Örebro i po piosence Simona Supertiego „Bullerbyn är död” — że Lindgrenowska wioska stała się szwedzkim mitem narodowym, a w Niemczech wręcz nazwą syndromu (niem. Bullerbü-Syndrom): wyidealizowanego obrazu Szwecji jako krainy ładu, spokoju i prostych radości. Superti ogłaszał śmierć tego mitu; kampania SD ogłasza jego zmartwychwstanie — pod warunkiem oddania władzy tym, którzy obiecują wskrzeszenie. Polskiego czytelnika nie trzeba długo przekonywać, że dzieciństwo bywa polityczną walutą. Nasza kultura zna ten mechanizm od dwustu lat z inwokacyjnego „kraju lat dziecinnych”, co „zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”: dzieciństwo jako jedyna ojczyzna, do której powrót jest niemożliwy — i właśnie dlatego politycznie bezcenna, bo nierozliczalna. Żaden rząd nie odda nikomu jego ósmych urodzin, więc obietnica jest z definicji niefalsyfikowalna. W Polsce w okresie zaborów i utraty państwowości brzmiało to inaczej:

    „Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie: Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, Kto cię stracił. (…) Kraj lat dziecinnych! on zawsze zostanie Święty i czysty jak pierwsze kochanie (…)” (Mickiewicz,  Pan Tadeusz, 1834, ks. 1)

    Spór o czcionkę jest w tym układzie sporem o środek produkcji nostalgii. Typografia to najdyskretniejszy z nośników pamięci zbiorowej: nie czytamy jej, tylko ją czujemy. Chodzi nie tylko o ogólne wrażenie „miękkości”, lecz o zestaw podobnych sygnałów wizualnych: ciężkie, zaokrąglone litery, dziecięco-retro charakter, brak ostrych krawędzi i przyjazną masywność formy. Zaokrąglone litery Fjällräven przez sześć dekad obrastały skojarzeniami — las, harcerstwo, tornister, szkolna wycieczka, opiekuńcze państwo dbające o dziecięce plecy. Partia o radykalno-nacjonalistycznych korzeniach nie potrzebuje kraść lisa; wystarczy pożyczyć aurę liter, a skojarzenia przyjdą same, na koszt firmy. Fjällräven rozumie to doskonale i dlatego reaguje tak ostro: nie o plagiat tu chodzi, lecz o skażenie asocjacyjne, o to, że znaczenia płyną kanałem typograficznym w obie strony. Marka, której misją jest inspirowanie świata — całego świata, nie narodu — do wędrowania z naturą, która sprzedaje w kilkudziesięciu krajach, produkuje w Azji i finansuje ratowanie realnego, krytycznie zagrożonego lisa polarnego, nie może sobie pozwolić na to, by jej litery firmowały program „Szwecja ma ponownie być Szwecją”. Obie strony sprzedają szwedzkość, ale są to produkty nawzajem się wykluczające: szwedzkość eksportowa, otwarta i inkluzywna kontra szwedzkość jako mur. Ironii dopełnia trzmiel: organizacja Naturskyddsföreningen wystawiła partii posługującej się uśmiechniętym owadem „czerwone światło” za politykę nieprzyjazną pszczołom.

    Dla moich magistrantów z dziennikarstwa i projektowania komunikacji jest w tym przypadku gotowe seminarium. Po pierwsze: typografia nigdy nie jest neutralna — SD przekonało się o tym boleśnie już raz. W 2012 roku publiczne radio w Szwecji poświęciło audycję z cyklu „Typo” załącznikowi do partyjnego budżetu, którego stronę tytułową złożono gotyzującym krojem Old English; redaktorka naczelna branżowego „Cap & Design” skomentowała wtedy, że taki krój na dokumencie akurat tej partii budzi natychmiastowe skojarzenia z nazizmem. Partia tłumaczyła się przypadkiem — zmęczony działacz, nocna korekta, nieprzemyślany wybór z listy fontów — ale lekcja została odrobiona aż nadto starannie. Obecna strategia jest dokładnym odwróceniem tamtej wpadki: od twardej, gotyckiej fraktury do miękkiego, dziecięcego pisma. I właśnie ta zamiana biegunów jest najciekawsza analitycznie — oba kroje mówią przecież o przeszłości, tylko o innej i innym tonem: tamten o przeszłości jako hierarchii i grozie, ten o przeszłości jako przytulności. Po drugie: krój pisma jest własnością intelektualną i aktywem strategicznym. Spór Fjällräven kontra SD jest więc modelowym studium napięcia między ochroną identyfikacji wizualnej marki a swobodą komunikacji politycznej. Pytanie brzmi nie tyle, czy można posiadać „miękkość”, ile czy można chronić zespół skojarzeń, które przez dekady narosły wokół konkretnego znaku, kroju pisma i stylu wizualnego. Po trzecie wreszcie: retrotopia jest technologią komunikacyjną, którą można rozłożyć na części — slogan, paleta, liternictwo, maskotka — i każdą z tych części zbadać osobno pod kątem tego, jaką przeszłość symuluje i czyim kosztem.

    Dlatego ten spór nie dotyczy wyłącznie podobieństwa liter, lecz granic zawłaszczania wspólnej pamięci przez komunikację polityczną.

    Wynik sporu poznamy pewnie po wyborach, o ile w ogóle trafi on na wokandę. Ale jedno widać już teraz: w Szwecji roku 2026 najcenniejszym zasobem politycznym nie jest przyszłość, tylko dzieciństwo — a o prawa autorskie do dzieciństwa upomniał się producent plecaków.

    Źródła:

    M. V. Karlsson, „Fjällrävens krav på SD: byt typsnitt”, Expressen, 25.08.2026; SVT Nyheter o nowej identyfikacji SD (Landsdagarna, listopad 2025); The Local, „Sweden Democrats launch retro election campaign”, 23.06.2026; Flamman o trzmielu i ocenie Naturskyddsföreningen (maj 2026); materiały Fjällräven o historii logo i kroju Arctic Fox (Letters from Sweden); Z. Bauman, „Retrotopia”, 2017. Zob. też na tym blogu: „Kultura Szwecji: Bullerbyn jako symbol” (12.02.2025) oraz J. Płuciennik, P. Sikora-Krizhevska, „Kultura, retrotopia, «tylda»…”, „Zagadnienia Rodzajów Literackich” 2022/1.

  • Szwedzki indywidualizm, czyli państwo jako warunek osobności

    Szwedzki indywidualizm, czyli państwo jako warunek osobności

    Jarosław Płuciennik

    Obserwatorium Nordyckie

    24 sierpnia 2026

    Szwecja, będąca przykładem „statist individualism”, łączy socjalizm z indywidualizmem. System państwowy ma na celu zmniejszenie zależności od rodziny, oferując bogate usługi publiczne. Jednak nowe przepisy rządu mogą zagrozić tej równowadze. Wybory 13 września pokażą, jak mieszkańcy oceniają zmiany w swoim społeczeństwie.

    Sanborn (Dalarna) i typowe czerwone szwedzkie domy w pobliżu wybrzeży (lic.. MargitKluthke za Depositphotos)

    W Dziale Charlemagne w „The Economist” (20 sierpnia) autor (prawdopodobnie Stanley Pignal) zaczyna od zabawnej koincydencji: Szwecję chwalili z równym przekonaniem Bernie Sanders i Charlie Kirk — pierwszy jako dowód, że socjalizm działa, drugi jako dowód, że działa mimo socjalizmu, dzięki wrodzonej niechęci Szwedów do bycia komukolwiek dłużnym. Obaj mają rację, bo Szwecja jest miejscem, gdzie indywidualizm uprawia się zbiorowo, żeby nie powiedzieć — bez sensu — tłumnie. Wydatki publiczne sięgają połowy PKB, górna stawka podatku to 52 procent, rodzice dostają do 480 dni płatnego urlopu — a jednocześnie nie ma tam podatku spadkowego ani ustawowej płacy minimalnej, jedna trzecia maturzystów kończy szkoły prowadzone przez prywatne instytucje, często dla zysku, i na głowę mieszkańca miliarderów jest o połowę więcej niż w Ameryce. (choć różnice w dochodach na pewno nie są tak radykalne jak w USA).

    Klucz podsuwają Henrik Berggren i Lars Trägårdh: to jest wedle nich pojęcie „statist individualism”, indywidualizmu państwowowego. Ich teza z The Swedish Theory of Love jest taka, że państwo rozbudowywano w XX wieku nie tylko po to, by łagodzić nierówności (taka intencja wydawała mi się kiedyś — idealistycznie najsłuszniejsza), ale by zmniejszać zależność ludzi od innych ludzi — przede wszystkim od własnej rodziny. Żłobek uwalnia żonę od finansowej zależności od męża, dom opieki uwalnia dzieci od obowiązku wobec starzejących się rodziców. Relacja ma być wybrana, nie wymuszona koniecznością materialną. Stąd sytuacja, którą trudno przełożyć na polski odruch: Szwed woli być dłużnikiem bezosobowego urzędu niż ojca.

    To dokładnie taka paradoksalna matryca konceptualna, którą opisywałem dawno temu w Nowożytnym indywidualizmie a literaturze. Indywidualizm nowożytny nie zaczął się jako doktryna ekonomiczna, tylko jako praktyka religijna i czytelnicza — Biblia w językach narodowych, sumienie jako instancja ostateczna i jego wolność, wzniosłość jako doświadczenie jednostki stojącej samotnie wobec nieskończoności. A nade wszystko paradoks, że indywidualizm oświecony Smitha czy Hume’a i Kanta to nie jest egoizm, egotyzm, tylko zawsze myślenie o autonomii względem jakiejś zbiorowości. Szwedzki wariant tej matrycy jest sekularyzacją tej sceny: miejsce Boga, wobec którego jednostka stoi sama i bez pośredników, zajmuje bezosobowa machina biurokratyczna. Równie nieantropomorficzna, równie niewymagająca wdzięczności. Luterańska nieufność wobec pośredników przeżyła luteranizm i przeniosła się na politykę społeczną.

    Polska jest odwrotnością, i to odwrotnością anarchiczną. Ostateczną instancją socjalną pozostaje u nas rodzina, a wolność rozumie się jako wolność od urzędu i państwa, nie przez urząd — nieufność wobec regulacji mamy w rodowodzie jeszcze szlacheckim, razem z liberum veto. Potem nałożyła się smuta istnienia bez państwa, a często przeciwko niemu, bo najpierw państwo to byli zaborcy, a potem narzucony PRL. Najlepiej widać to w polskich przestrzeniach także publicznych. Polskie bezhołowie architektoniczne — samowole, szyldoza, rozlewająca się bez planu zabudowa podmiejska, domy postawione plecami do drogi i do siebie nawzajem — nie bierze się tylko z biedy ani czy tylko z braku gustu, choć braki wykształcenia też są istotne — wywodzi się dokładnie z tego indywidualizmu, który plan miejscowy traktuje jak zamach na własność. Filip Springer opisał to bez złudzeń: wanna z kolumnadą jest autoportretem zbiorowym. Szwed przyjmuje plan- och bygglagen mniej więcej jak pogodę, a w zamian ma allemansrätt — prawo wstępu na cudzy grunt, u nas nie do pomyślenia. Tam wolność jest wspólna i regulowana, u nas prywatna i odgrodzona płotem z betonowych prefabrykatów.

    Pytanie, którym autor działu Charlemagne w The Economist kończy, jest poważniejsze niż jego felietonowy ton: czy ten model wytrzyma, skoro jedna piąta mieszkańców Szwecji urodziła się za granicą. Indywidualizm państwowy działa pod warunkiem, że państwo jest naprawdę bezosobowe, to znaczy że wobec wszystkich jest takie samo — bo tylko wtedy nikt nie musi być niczyim klientem. Rząd Ulfa Kristerssona, zależny od Szwedzkich Demokratów, ten warunek nadwyrężył: uchwalone w czerwcu przepisy o „porządnym prowadzeniu się” pozwalają cofać zezwolenia na pobyt osobom, których zachowanie uznano za naganne. To odwrócenie logiki folkhemmet. Prawo przestaje być tłem, na którym jednostka może stać sama, a staje się warunkową nagrodą; zaufanie, dotąd zasób powszechny, zaczyna być dystrybuowane. Wybory 13 września pokażą, ile z tego zostanie — sondaże dają dziś przewagę blokowi czerwono-zielonemu, a socjaldemokratom mniej więcej jedną trzecią głosów.

    Autor działu Charlemagne słusznie przypomina, na czym szwedzki układ stoi: na siedmiu wiekach rządów prawa, na głęboko odczuwanym zaufaniu do instytucji i na upodobaniu do konsensu, przez które miejsce czasem bywa dusznie konformistyczne. Tego nie da się zamówić razem z regałem z Ikei. Podobnie jak poczucia ciągłości państwa i braku wojen na tamtejszych terenach od wieku siedemnastego.

    Jak uchronić swój umysł przed zawiścią…

  • Sensus communis po szwedzku, albo co my, Polacy, podpisaliśmy w 1997 roku

    Sensus communis po szwedzku, albo co my, Polacy, podpisaliśmy w 1997 roku

    Z cyklu Obserwatorium Nordyckie.

    Jarosław Płuciennik

    15 sierpnia 2026

    Szwedzka publicystka przestała definiować „szwedzkie wartości” i zamiast tego napisała kontrakt: siedem punktów do podpisania przy wjeździe, każdy zbudowany na tej samej symetrii — masz prawo, ale identyczne prawo ma ten, kto myśli inaczej. Zazdrościć trzeba nie tych siedmiu punktów, tylko tego, że w Szwecji są nudne.

    Hanne Kjöller należała do tych, którzy dziesięć lat temu domagali się definicji „szwedzkich wartości”. Definicji nie dostała, tymczasem sama fraza zdążyła się zadomowić — używana, jak pisze w sobotniej „Svenska Dagbladet”, z tą samą oczywistością co inne mgławicowe terminy krążące po debacie politycznej. Kjöller nadal nie wie, czym szwedzkie wartości różnią się od duńskich albo niemieckich. Zamiast więc definiować, proponuje coś innego: umowę. Siedem punktów, list powitalny do podpisania przy wjeździe.

    Pretekstem jest raport, który Bi Puranen z World Values Survey przekazała w piątek ministrze edukacji i integracji Simonie Mohamsson: pięćset stron o tym, z jakimi przekonaniami przyjeżdża się do Szwecji i co z nimi robi czas. Wnioski są mniej sensacyjne, niż chciałaby prawica, i mniej kojące, niż chciałaby lewica: wartości zmieniają się stopniowo, jedne siedzą płycej, inne głębiej, a sam upływ lat niczego nie załatwia — liczą się wykształcenie, praca, kontakty, wiek i tryb migracji. Połowa uczestników kursów SFI uważa homoseksualność za nieakceptowalną. Co piąty migrant mieszkający w Szwecji ponad dwadzieścia lat nigdy nie pracował.

    Najmocniejszy moment felietonu nie jest jednak statystyczny, lecz historyczny. Kjöller zauważa ironię tkwiącą w haśle Szwedzkich Demokratów przed wrześniowymi wyborami — „Vi gör Sverige till Sverige igen” — bo wartości, które przywożą dziś niektórzy nowo przybyli, są uderzająco podobne do szwedzkich wartości, ale tych – nazwijmy to tak – wczorajszych. Gdy się urodziła dawna Szwecja, homoseksualność była chorobą, gwałt w małżeństwie legalny, dzieci z niepełnosprawnościami chowano w zakładach, czasami sterylizowano, a Szwedki jeździły na aborcję do Polski. Ten ostatni szczegół warto dla polskiego czytelnika podkreślić: kierunek podróży się odwrócił, i to nie dlatego, że coś się stało ze Szwecją.

    Siedem punktów jest w gruncie rzeczy banalnych i właśnie w tym rzecz. Wolność wyznania, w tym wolność od wyznania. Wolność słowa z granicą przy zniesławieniu i mowie nienawiści — poza tym nic nie jest zbyt święte, by nie można było z tego kpić, łącznie z Bogiem. Prawo dorosłych do dowolnych wzajemnych związków: bez dzieci, bez bliskich krewnych, bez bigamii. Jednostka, nie rodzina i nie klan, jako najmniejszy element społeczeństwa, a stąd zgoda jako warunek także w małżeństwie. Zakaz bicia dzieci, przy zachowanym prawie rodziców do wymagania odrobionych lekcji. Państwo prawa, czyli monopol sądu na karanie, a policji i prokuratury na ściganie. I swoboda ubioru w obie strony — zakrywać się wolno tak samo jak odsłaniać (nagość nie jest tolerowana w miejscach publicznych).

    Każdy z tych punktów ma tę samą konstrukcję: masz prawo, ale identyczne prawo ma ten, kto myśli inaczej. To symetria, nie treść, jest tu naprawdę szwedzka. Choć nazwa dla niej jest starsza i wcale nie szwedzka: sensus communis. I dlatego lista, choć wyszła spod pióra publicystki pisma konserwatywno-liberalnego, przeszłaby bez poprawek u czytelników „Dagens Nyheter”. Bo tak naprawdę nie jest to katalog wartości, lecz streszczenie obowiązującego prawa — konstytucji, ustawy o wolności druku, kodeksu karnego. Pisałem tu na blogu w Obserwatorium Nordyckim wcześniej o kanonie kulturowym, który rząd Szwecji przekazał minister Liljestrand i który od kwietnia trafia do szkół. Kanon wylicza dzieła, kontrakt wylicza reguły. A reguły przekazać łatwiej niż listy lektur.

    Słabszy jest finał. „Jeśli masz problem z którymś z punktów, może Szwecja nie jest krajem dla ciebie” — to zdanie psuje symetrię, którą autorka sama zbudowała, bo testu nie stosuje się do gospodarzy. Umowa, którą podpisuje tylko jedna strona, nie jest umową, tylko regulaminem.

    Na placu przy katedrze w Lund stoi wystawa portretów ludzi, którzy bronili praw człowieka. Na planszy Amosa Oza wydrukowano zdanie, które mogłoby być mottem kontraktu Kjöller: „Kompromissen är aldrig en populär lösning, vare sig i privatlivet eller i internationella konflikter, men den är lösningen” — kompromis nigdy nie jest popularnym rozwiązaniem, ani w życiu prywatnym, ani w konfliktach międzynarodowych, ale jest rozwiązaniem. Na innej planszy Dalajlama: „Kärlek, medkänsla och tolerans är nödvändigheter, inte lyxartiklar”, miłość, współczucie i tolerancja są koniecznością, nie luksusem. Obaj mówią to, co siedem punktów mówi językiem paragrafów: reguła, którą podpisują obie strony, choć żadnej się nie podoba, jest warta więcej niż zwycięstwo jednej z nich.

    Fragment wystawy na placu przy Domkyrkan w Lund. Wiele postaci broniących praw człowieka: Dalajlama, Greta Thunberg i Amos Oz to tylko trzy najbardziej wyraziste . Fot. Jarosław Płuciennik (sierpień 2026)

    Dlaczego u nas takiej listy nie ma

    Zazdrościć trzeba nie siedmiu punktów, tylko tego, że w Szwecji są nudne. Spór toczy się o egzekwowanie, nie o treść. Polska lista rozpadłaby się przy punkcie trzecim i czwartym — bo równość małżeńska i prymat jednostki nad rodziną to u nas linie frontu, nie truizmy. Rozpadłaby się przy prawie kobiety do decyzji o ciąży. A co gorsza, rozpadłaby się przy punkcie szóstym: przy państwie prawa, o które toczymy wojnę od kilkunastu lat i którego kolejne rozstrzygnięcia jedna strona z góry uznaje za nieważne.

    Czytelnicy „Rzeczpospolitej” i „Gazety Wyborczej” nie podpiszą wspólnie siedmiu zdań o konstytucji. Podpiszą najwyżej listę tego, czego nie chcą — i to każdy inną. Nasz konsens jest negatywny, więc nie da się z niego zrobić listu powitalnego.

    Rzecz jednak sięga głębiej niż spór o treść siedmiu punktów. Zanika sama przestrzeń, w której taką umowę dałoby się w ogóle zawrzeć. Artykuł pierwszy naszej konstytucji mówi, że Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli — dziś to zdanie brzmi jak cytat z obcego języka, bo „dobro wspólne” zostało rozebrane na partyjne hasła i każda strona trzyma swój kawałek. Oświeceniowy common sense, sensus communis — u Kanta zdolność sądzenia z pozycji kogoś innego, u Arendt warunek myślenia politycznego w ogóle — to przecież dokładnie ta symetria, na której trzyma się szwedzka lista. Bez niej zostaje upartyjnienie wszystkiego, co publiczne, i skrajna prywatyzacja całej reszty: instytucje jako łup, media jako okop, nauka jako zakładnik, a resztę życia zwija się do mieszkania i rodziny. Sfera publiczna w sensie Habermasa wymaga miejsca, które nie należy do nikogo właśnie dlatego, że należy do wszystkich. Tam, gdzie każdy skrawek ma już właściciela albo barwy klubowe, nie ma gdzie położyć takiego listu do podpisu.

    Zanim napiszemy taki list dla przyjezdnych, musielibyśmy się dogadać, co sami właściwie podpisaliśmy w 1997 roku.

  • Sofiero, czyli zabawa na serio

    Sofiero, czyli zabawa na serio

    Jarosław Płuciennik

    06.08.2026


    Sofiero Slott pod Helsingborgiem to miejsce, które łatwo wziąć za jeszcze jeden ładny zamek z różanecznikami. Byłby to błąd. Sofiero jest jednym z najciekawszych w Skandynawii przykładów tego, jak arystokratyczne dziedzictwo można oddać ludziom — dosłownie. Gustaw VI Adolf, król-ogrodnik, zapisał w testamencie swoją letnią rezydencję miastu Helsingborg; po jego śmierci w 1973 roku dawny królewski ogród stał się ogrodem mieszczan, ulubionym parkiem helsingborczyków i jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc w Szwecji. To gest z ducha folkhemmet — szwedzkiej idei „domu ludu”: to, co królewskie, nie znika, ale zmienia adresata. To nie tylko gościnność jak w greckiej ksenii, to jest coś więcej, to prywatne zamienione w publiczne.

    Fragment ogrodów Sofiero (zdjęcie własne Jarosław Płuciennik)


    Drugi powód, dla którego to miejsce jest wspaniałe, to podwójna ludyczność. Sofiero jest rajem dla dzieci: park zaprojektowano tak, że można w nim biegać, chować się, wspinać — zabawa nie jest tu dodatkiem do zwiedzania, lecz jego równoprawną formą. Ale jest i druga zabawa, dorosła: ogrodnictwo. Gustaw VI Adolf, król-ogrodnik, sadził tu rododendrony własnymi rękami — dziś to największa kolekcja różaneczników w Szwecji, około dziesięciu tysięcy krzewów. Huizinga nazwałby to homo ludens w wersji królewskiej: ogrodnictwo jest zabawą na serio, deep play — działaniem bezinteresownym, rządzonym własnymi regułami, a przy tym całkowicie pochłaniającym. Dziecko w piaskownicy i król przy rabacie robią w gruncie rzeczy to samo.
    Duszą tego ogrodu była jednak kto inny: Małgorzata — kronprinsessan Margareta, wnuczka królowej Wiktorii, wychowana w angielskiej tradycji Arts and Crafts, malarka i fotografka. Sofiero dostali z Gustawem Adolfem w prezencie ślubnym w 1905 roku i to jej angielskie oko zaprojektowało te ogrody; pracowała w nich fizycznie, z łopatą, ku konsternacji części dworu. Swoimi książkami ogrodniczymi („Vår trädgård på Sofiero”, 1915) uczyniła z ogrodnictwa narodową modę. Nigdy nie została królową — zmarła w 1920 roku, mając trzydzieści osiem lat — więc „królowa-ogrodniczka” to tytuł, który nadała jej pamięć, nie protokół. I nie działała w próżni: te same dekady to w Szwecji rozkwit ruchu ogródków działkowych (koloniträdgårdar), któremu przewodziła Anna Lindhagen — socjaldemokratka i sufrażystka przekonana, że kawałek ziemi z grządką to dla robotniczej rodziny kwestia zdrowia, godności i kawałka wolności. Polskie ogródki działkowe (najstarsze w Grudziądzu, 1897) wyrastają z tego samego pnia. Niedoszła królowa przy rabacie i robotnica przy grządce robiły — znów — to samo.
    I wreszcie trzeci wątek, w tym sezonie najważniejszy. Tegoroczna wystawa w zamku, „Trädgårdspionjärerna” (Pionierki ogrodnictwa), opowiada o kobietach, które na przełomie XIX i XX wieku weszły do zawodów ogrodniczych — i które uczyniły z ogrodu narzędzie emancypacji. Ogród był jedną z pierwszych przestrzeni, w których kobieta mogła być profesjonalistką: projektantką, przedsiębiorczynią, autorytetem. W tym towarzystwie spotykam ponownie — wirtualnie — Ellen Key, i to w setną rocznicę jej śmierci. Na ścianie wisi jej sepiowy portret z odręczną dedykacją (data: maj 1911 roku), a pod nim, w doniczce, pelargonia — roślina, którą Szwedzi kochają jak żadną inną i która sama jest małym manifestem estetyki codzienności. Obok tablica „Barnets århundrade” streszcza jej program: prawo dziecka do bycia dzieckiem i do rozwoju jako wolna jednostka, sprzeciw wobec autorytarnego wychowania, odrzucenie podziału na dzieci „ślubne” i „nieślubne” — wszystkie dzieci mają prawo do rodzicielskiej miłości, stymulacji i kształcenia. Key, autorka „Stulecia dziecka” (1900) i „Piękna dla wszystkich” (Skönhet för alla, 1899), spina wszystkie trzy nici Sofiero: feminizm różnicy, pedagogikę wychodzącą od dziecka i przekonanie, że piękno codzienności — także piękno ogrodu — jest sprawą demokracji, nie luksusu. Sto lat po jej śmierci szwedzki zamek oddany samorządowi, pełen bawiących się dzieci i dorosłych z sekatorami, wygląda jak ilustracja do jej programu.
    Sofiero nie jest pomnikiem monarchii. Jest dowodem, że monarchia potrafi czasem zrobić coś pożytecznego: oddać klucze.

    Zdjęcie portretu Ellen Key na ścianie zamku Solfiero z pelargoniami (zdjęcie własne autora Jarosław Płuciennik)
    Zdjęcie ściany zamku ze zdjęciem pionierek ruchu ogródków działkowych (ok. 1905 roku) (zdjęcie własne autora Jarosław Płuciennik)
  • „Upprörande”. Polsko-ukraiński spór oczami Svenska Dagbladet

    „Upprörande”. Polsko-ukraiński spór oczami Svenska Dagbladet

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie. Dzisiaj odcinek nieco wschodniosłowiański

    Burza na morzu (lic. DepositPhotos)

    Szwedzka jakościowa prasa rzadko poświęca znaczącą uwagę polskiej polityce pamięci — tym bardziej warto odnotować obszerny tekst Tomasa Lundina w Svenska Dagbladet (22 czerwca 2026), który relacjonuje gwałtowne ochłodzenie relacji między Karolem Nawrockim a Wołodymyrem Zełenskim. Dla nordyckiego czytelnika to nie jest spór o przeszłość — to przede wszystkim wyrwa we wspólnym froncie poparcia dla Ukrainy.

    Co widzi szwedzki czytelnik

    Lundin otwiera scenę symbolicznym gestem: Zełenski odsyła pocztą z Kijowa Order Orła Białego i publikuje zdjęcie paczki na X, po tym jak Nawrocki odebrał mu odznaczenie. Bezpośrednim zapalnikiem wedle tej relacji — zgodnie z prawdą — było nadanie jednostce ukraińskich sił specjalnych nazwy „Bohaterów UPA” — krok, który polski prezydent określił jako „oburzający, niezrozumiały i głęboko rozczarowujący”. Za Zełenskim swoje polskie odznaczenia odesłali kolejni ukraińscy politycy; szef jego kancelarii Kyryło Budanow nazwał polską decyzję „prezentem dla Putina”.

    Charakterystyczne jest jednak, jak Lundin koncepctualizuje całą sprawę. Tekst konsekwentnie patrzy na konflikt przez pryzmat jego geopolitycznych kosztów. Lejtmotywem jest zadowolenie Kremla i zaskoczenie sojuszników — autor eksponuje apel Donalda Tuska, by oba kraje „ostudziły emocje, zamiast podsycać kłótnię”, oraz ryzyko, że ucierpi planowana gdańska konferencja o odbudowie Ukrainy (wyceniana przez Bank Światowy na ponad 500 mld euro w dekadę). Polska polityka pamięci pojawia się tu nie jako temat sam w sobie, lecz jako czynnik destabilizujący szerszą architekturę wsparcia.

    Filologiczny margines: słowo upprörande

    Tytuł cytuje samego Nawrockiego. W oryginale prezydent ocenił nadanie jednostce nazwy „Bohaterów UPA” jako „oburzające, niezrozumiałe i głęboko rozczarowujące”; pierwsze z tych słów Lundin oddał jako upprörande (cała triada po szwedzku brzmi: upprörande, obegripligt och en djup besvikelse).

    Szwedzkie upprörande to imiesłów czynny od czasownika uppröra — upp („w górę”) plus röra („poruszać, mieszać”). Samo röra (staronordyckie hrœra) jest spokrewnione z niemieckim rühren i angielskim to stir, a jego podstawowe znaczenie jest fizyczne: wprawianie w ruch. Polskie oburzający także opiera się na czasowniku z pola wzburzenia (burzyć). Oba przymiotniki nazywają zatem oburzenie poprzez obraz fizycznego poruszenia — zbieżność na tyle rozpowszechniona w językach europejskich, że nie warto budować na niej zbyt wiele.

    Ciekawszy jest sam efekt przekładu. Emocja Nawrockiego przechodzi do szwedzkiego bez straty rejestru i mocy: czytelnik Svenska Dagbladet dostaje słowo równie kategoryczne jak polski oryginał, i to ono trafia do tytułu. W relacji o sporze, który w dużej mierze toczy się na poziomie gestów i słów, taka wierność jednego przymiotnika nie jest bez znaczenia.

    Twardniejące nastroje

    Najmocniejsza partia tekstu dla szwedzkiego odbiorcy to dane o erozji polskiej opinii. Lundin przytacza sondaż CBOS: poparcie dla pomocy Ukrainie spadło z 94 proc. w 2022 r. do 48 proc., a stosunek do uchodźców jest dziś niemal równo podzielony. Autor wiąże to z kurczącym się polem manewru Tuska i z profilowaniem się PiS na ugrupowanie ukrainosceptyczne przed przyszłorocznymi wyborami. Tło historyczne — rzeź wołyńska i 40–60 tys. polskich cywilów zamordowanych w 1943 r. — domyka artykuł, ale pozostaje właśnie tłem, nie sednem. Jednym słowem: awantura o medal uświadamia Szwedom, że w Polsce marnieje poparcie dla Ukraińców. A twarz, którą Polska przy tym pokazuje, nie jest ładna — nawet jeśli stoi za nią realna historyczna krzywda. Dla nordyckich społeczeństw, mierzących rzecz miarą wsparcia dla Ukrainy, ta przeszłość niewiele zmienia. Polska marka na tym traci.

    Nordycki cień

    Warto zauważyć detal, który w polskiej relacji łatwo przeoczyć: tuż pod artykułem SvD umieszcza sponsorowany materiał Teracomu pod hasłem „Tak Szwecja może uczyć się od Ukrainy” — o dronach i mocy oporu (motståndskraft). To mimowolny, ale wymowny komentarz redakcyjny. Dla Skandynawów ukraińska wojna jest przede wszystkim lekcją totalnej obrony narodowej (total­försvar), a polsko-ukraiński zatarg ogląda się z niepokojem kogoś, kto liczy na spójność wschodniej flanki. Spór o UPA czyta się w Sztokholmie nie jako rozrachunek z historią, lecz jako rysa na tarczy, za którą sama Szwecja chciałaby się schować.


    Źródło: Tomas Lundin, „»Upprörande«: Polen anklagar Zelenskyj”, Svenska Dagbladet, 22.06.2026.

  • Uniwersytety w Szwecji, Polsce i Ameryce — prestiż czy polityka

    Uniwersytety w Szwecji, Polsce i Ameryce — prestiż czy polityka

    Obserwatorium Nordyckie | 6 maja 2026

    Jarosław Płuciennik


    Poniedziałkowy numer Svenska Dagbladet przynosi felieton, który inspiruje. Johannes Lindvall, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie w Göteborgu, stawia w rubryce Under strecket pytanie, które coraz trudniej ignorować: dlaczego Szwedzi wciąż ufają swoim uniwersytetom, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii szkolnictwo wyższe stało się polem otwartej wojny kulturowej?

    Odpowiedź, jaką Lindvall konstruuje, jest precyzyjna i niepokojąca zarazem — bo pokazuje, że ów nordycki spokój nie jest stanem naturalnym, lecz kruchą równowagą, wymagającą nieustannej troski.

    Życie uniwersyteckie (lic. Depositphotos)

    Ameryka jako lustro

    Punktem wyjścia jest diagnoza sytuacji w USA. Od stycznia 2025 roku, gdy Donald Trump po raz drugi objął urząd prezydenta, kampania jego administracji przeciwko uczelniom nabrała cech systematycznej ofensywy, o czym Obserwatorium Nordyckie już pisało: groźby cofnięcia finansowania badań, kosztowne procesy sądowe, naciski na zmianę polityki kadrowej i programowej. W lutym 2026 roku rząd federalny złożył przeciwko Harvardowi pozew opiewający na miliard dolarów. Nie jest to tylko spór o pieniądze — to próba zmiany tego, czym w ogóle jest uniwersytet.

    Lindvall wskazuje, że w tle konfliktu leżą dwa fundamentalne pytania. Pierwsze dotyczy ekonomii: czy uczelnie są demokratycznym narzędziem awansu społecznego, czy też — jak twierdzą krytycy — głównie maszyną do reprodukowania uprzywilejowanych elit? Drugie dotyczy wartości: czego i w jakim duchu uczą? Odpowiedzi na oba pytania stały się w USA kwestią identyfikacji partyjnej. I to właśnie jest, zdaniem Lindvalla, scenariusz, którego Szwecja powinna za wszelką cenę uniknąć.

    Badania Gingrich: mapa poparcia

    Centralnym punktem odniesienia w felietonie są wyniki dużego badania porównawczego, opisanego w artykule naukowym Who backs universities? Public attitudes and contemporary backlash (Jane Gingrich, „Comparative Education”). Badanie — przeprowadzone jesienią 2024 roku na próbie około 1500 respondentów w każdym z pięciu tylko krajów: USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Szwecji — miało na celu zmierzenie nie tylko ogólnego poziomu zaufania do uczelni, ale przede wszystkim mechanizmów, które za nim stoją lub które go podkopują.

    Gingrich, profesorka polityki społecznej w Oksfordzie, od lat bada politykę edukacyjną w perspektywie porównawczej, ze szczególnym uwzględnieniem tego, jak reformy rynkowe zmieniają postawy obywateli wobec instytucji publicznych. Jej projekt obejmował trzy eksperymenty osadzone w ankiecie: analizę conjoint dotyczącą postrzegania jakości edukacji, test gotowości wyborców do karania rządzących za słabe wyniki systemu edukacji, oraz — najważniejszy dla interesującej nas kwestii — badanie mechanizmów odpowiedzialnych za rosnący backlash wobec szkolnictwa wyższego wśród określonych grup społecznych.

    Wyniki są jednoznaczne: Szwecja wyróżnia się pozytywnie na tle wszystkich pozostałych krajów. Podziały ideologiczne wokół szkolnictwa wyższego są tu znacznie mniejsze niż w krajach pozostających pod wpływem anglo-amerykańskiego modelu; uczelnie są postrzegane jako instytucje użyteczne dla całego społeczeństwa, a nie tylko dla jednej jego klasy czy orientacji politycznej. Przeciętny wynik zaufania w Szwecji jest wyraźnie wyższy niż w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie polaryzacja osiągnęła poziom alarmujący.

    Trzy wyjaśnienia nordyckiej odporności

    Lindvall proponuje trzy wzajemnie uzupełniające się wyjaśnienia.

    Pierwsze: struktura ekonomiczna. W Szwecji różnica płac między osobami z wyższym i bez wyższego wykształcenia jest relatywnie niewielka — mniejsza niż w USA, Wielkiej Brytanii czy Polsce. System finansowania studiów oparty jest na państwowych pożyczkach studenckich, a nie na prywatnym zadłużeniu, co radykalnie obniża ekonomiczne ryzyko podjęcia studiów. W efekcie dostęp do uczelni jest powszechny, a resentyment wobec “wykształconych elit” — znacznie słabszy. Gdy dyplom nie jest wyrocznią klasową, trudniej go demonizować.

    Drugie: mniejsza intensywność konfliktów kulturowych. W Szwecji o programach nauczania, wykładowcach gościnnych czy polityce rekrutacyjnej toczy się mniej ostrych batalii niż w USA i Wielkiej Brytanii. Uczelnie są traktowane — i same się traktują — bardziej jako miejsca pracy i badań niż jako sceny dramatów ideologicznych. Kontrowersje wokół kursów czy języka akademickiego zdarzają się, ale mają znacznie mniejszy ładunek symboliczny i polityczny.

    Trzecie: reprezentatywność polityczna kadry. Powołując się na badania ekonomistów Niclas Berggren i Henrik Jordahl oraz socjolożki Charlotty Stern, Lindvall zauważa, że szwedzcy wykładowcy akademiccy są politycznie bliżsi ogółowi społeczeństwa niż ich odpowiednicy w USA czy Wielkiej Brytanii. To ogranicza wiarygodność narracji o “lewicowej bańce kampusowej” — bo gdy kadra jest mniej jednorodna politycznie, trudniej ją przedstawiać jako ideologiczną enklawę.

    Polska: między Stokholmem a Waszyngtonem

    Kiedy przykładamy ten analityczny szkielet do polskich realiów, obraz jest mniej optymistyczny — choć nie beznadziejny.

    Pod względem zaufania instytucjonalnego Polska plasuje się znacznie bliżej modelu anglo-amerykańskiego niż nordyckiego. Polacy generalnie są bardziej nieufni wobec instytucji publicznych (co potwierdzają systematycznie dane Eurobarometru i CBOS), a uczelnie nie są tu wyjątkiem. Towarzyszą temu trzy narracje, które wzajemnie się wzmacniają: uczelnie jako środowisko oderwane od rynku pracy i produkujące “bezużyteczne dyplomy” (słynna teza prezesa PZU Klesyka o fabrykach bezrobotnych); uczelnie jako bastion liberalno-lewicowej ideologii; uczelnie jako środowisko nepotyczne i zamknięte na zewnętrzną krytykę.

    Lata 2015–2023 były pod tym względem szczególnie napięte. Reforma Gowina (ustawa 2.0) zmieniła strukturę zarządzania uczelniami w sposób budzący uzasadnione obawy o ich autonomię. Atak na gender studies i “ideologię gender” stał się elementem szerszej polityki kulturowej państwa PiS. Ustawa o IPN z 2018 roku usiłowała ograniczyć swobodę badań historycznych a finansowanie tej instytucji odebrało nikłe finansowanie badań historycznych (gdyby te pieniądze trafiły do instytutów PAN…) W odpowiedzi środowisko akademickie — słusznie — zaangażowało się w obronę praworządności, aktywizując m.in. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, który organizował strajki okupacyjne w całej Polsce.

    Ale tu pojawia się paradoks, który Lindvall — choć nie pisze o Polsce — diagnozuje precyzyjnie: zaangażowanie polityczne środowiska akademickiego w obronie wartości demokratycznych jest uzasadnione i potrzebne, ale niesie ze sobą ryzyko trwałego utożsamienia uczelni z jedną stroną podziału politycznego. Jeśli uniwersytet zaczyna być postrzegany nie jako instytucja “nad barykadą”, lecz “po jednej stronie barykady” — traci część swojej społecznej bazy zaufania.

    Polska ma ponadto jeden z wyższych w Europie współczynników premii płacowej za dyplom. Dyplom wciąż wyraźnie oddziela klasy społeczne, co tworzy podatny grunt dla populistycznej narracji obencnej wśród tradycyjnego elektoratu prawicowego o “wykształciuchach”. To głęboka różnica strukturalna w stosunku do Szwecji — i prawdopodobnie jeden z ważniejszych powodów, dla których polski backlash wobec uczelni ma większy potencjał mobilizacyjny niż szwedzki.

    Co można zachować, co zbudować

    Polska dysponuje jednak zasobami, których nie wolno lekceważyć. Tradycja inteligencji — pojęcie nieprzetłumaczalne na szwedzki ani angielski — oznaczała historycznie społeczną odpowiedzialność wykształconej warstwy za całą wspólnotę, nie tylko za własne interesy korporacyjne. To dziedzictwo nie zniknęło. Polskie uczelnie mają też, pomimo wszystkich kryzysów, stosunkowo wysoką pozycję w systemie wartości społecznych — dyplom wciąż jest ceniony, nawet gdy konkretne uczelnie są krytykowane.

    Lindvall w swoim felietonie formułuje trzy filary, na których opiera się szwedzki model: wolność badań, dydaktyka i zaangażowanie w życie społeczne — bez ostentacyjnego demonstrowania politycznych preferencji. To nie jest postulat apolityczności, bo apolityczność jest iluzją. To postulat wiarygodności: instytucja jest wiarygodna wtedy, gdy jej działania publiczne wynikają z racji epistemicznych i etycznych, a nie z lojalności partyjnej.

    Paradoks polega na tym, że w Polsce lat 2015–2023 demonstrowanie politycznych preferencji przez środowisko akademickie było moralnie konieczne — bo zagrożona była sama substancja instytucji. Ale w Polsce lat 2025 i kolejnych wyzwaniem jest coś innego: odbudowanie zaufania tych grup społecznych, które postrzegają uniwersytet jako instytucję obcą. A to wymaga czegoś więcej niż poprawności politycznej po właściwej stronie — wymaga odwagi intelektualnej, gotowości do stawiania pytań niewygodnych dla własnego środowiska i obecności w debacie publicznej, która nie ogranicza się do mediów jednej opcji.

    Addendum (6 maja 2026): Humanistyka i totalobronność

    Dwa dni po felietonie Lindvalla ta sama rubryka Under strecket przynosi tekst równie niepokojący, tyle że z innej strony. Susanne Dodillet — historyczka edukacji i dydaktyk pedagogiki na Uniwersytecie Sztokholmskim, autorka książki Historien om det moderna universitetet — stawia pytanie, które na pierwszy rzut oka brzmi zaskakująco: co ma wspólnego humanistyka z obronnością państwa?

    Więcej niż mogłoby się wydawać. I właśnie to “więcej” jest problematyczne.

    Kampus na usługach totalobronności

    Od jesieni 2025 roku totalförsvaret — szwedzki system obrony totalnej, łączący wojsko z cywilną odpornością społeczeństwa — powrócił do programów szkół średnich. Rekruci uczą uczniów podstaw wojskowych. Szkoła ma “kształtować wartości” i “wzmacniać demokratyczną odporność”. Na poziomie wyższym działa projekt “Campus totalförsvar” — strategiczna współpraca między akademią, władzami, biznesem i społeczeństwem obywatelskim, w której uczestniczy ponad 30 uczelni. Jego strona internetowa deklaruje, że celem jest wyposażenie społeczeństwa w wiedzę i kompetencje potrzebne do stawienia czoła wyzwaniom “jutra”.

    “Humaniora ma w tej inicjatywie naturalne miejsce” — pisze Dodillet, cytując głos środowiska. Historycy i badacze idei mają wzmacniać “humanistyczną sprawność duchową” i budować “demokratyczną odporność”. Brzmi szlachetnie. Ale Dodillet drąży głębiej.

    Torsten Husén i paradoks demokratycznej propagandy

    Centralną postacią jej analizy jest Torsten Husén (1916–2009) — psycholog szkolny i wieloletni grand old man szwedzkiej polityki oświatowej. Husén badał propagandę pierwszej wojny światowej i zauważył, że zawołanie “Make the world safe for democracy” — z którym USA i Wielka Brytania weszły do konfliktu — było przez wojujące strony odczytywane jako ideologiczne uzasadnienie, nie zaś jako cel sam w sobie. Motywy geopolityczne zepchnęły ideały na drugi plan.

    Po wojnie Husén kontynuował badania jako psycholog wojskowy i trafił na paradoks, który go nie opuszczał: propaganda może być skuteczna jako wsparcie demokratycznego państwa, ale jeśli jest zbyt nachalna, staje się moralnie wątpliwa — i odwrotnie: naprawdę demokratyczne wychowanie zakłada krytyczne myślenie i autonomię jednostki, co jest złą podstawą do masowej mobilizacji. Długie wojny niszczą morale ludu; propaganda musi je uzupełniać — ale propaganda jest sprzeczna z tym, co demokracja głosi o samej sobie.

    Husén zaangażował się w prace komisji szkolnej z 1946 roku, która ustanowiła fundamenty “demokratycznej szkoły” w powojennej Szwecji. Komisja kładła nacisk na kształcenie “samodzielnych i krytycznych obywateli”, zdolnych do własnych ocen i odpornych na demagogię. Ale w tle zawsze była ta sama obsesja: jak wychować ludzi, którzy będą dobrowolnie bronić wspólnoty, nie tracąc przy tym wolności myślenia?

    Czym jest “demokratyczna odporność”?

    Dodillet dostrzega ciągłość tej debaty aż po dzień dzisiejszy. Rządowa strategia demokratyzacji z 2018 roku mówi o “wzmacnianiu odporności obywateli”. “Campus totalförsvar” obiecuje, że szkoła da uczniom “poczucie sprawczości i przynależności” oraz “wychowa ich do misji demokratycznej”. To — jak zauważa Dodillet — jest niemal dosłownie język Huséna sprzed siedemdziesięciu lat.

    I tu pojawia się pytanie, które czyni ten felieton tak intelektualnie drapieżnym: czy wysoki poziom zaufania Szwedów do swoich uczelni — ten sam, który Lindvall opisuje z podziwem — nie jest po części efektem osiemdziesięciu lat spokojnej, konsekwentnej “totalizacji” społeczeństwa przez system edukacji? Czy uczelnie cieszą się zaufaniem dlatego, że są instytucjami wolności — czy dlatego, że skutecznie wytworzyły wspólnotę wartości, która jest zarazem wspólnotą obronną?

    Co to znaczy dla roli humanistyki?

    To pytanie ma bezpośrednie implikacje dla humanistyki. Jeśli humanistyka jest “naturalnie” powołana do budowania demokratycznej odporności — kto definiuje jej treść? Kto decyduje, które narracje historyczne wzmacniają tę odporność, a które ją osłabiają? Kto ocenia, czy “krytyczne myślenie” jest właściwie wyważone między autonomią jednostki a lojalnością wobec wspólnoty?

    Dodillet nie odpowiada wprost — i słusznie. Stawia raczej diagnozę: przez całą powojenną historię Szwecji granica między “wolną humanistyką” a “humanistyką użyteczną dla państwa” była rozmyta. Uczelnie kształciły “demokratycznych obywateli” — co brzmiało jak projekt emancypacyjny, ale miało też zawsze wymiar mobilizacyjny. W czasach pokoju napięcie to pozostawało uśpione. W czasach zagrożenia — jak teraz, gdy Szwecja jest w NATO i realna obawa przed konfliktem z Rosją kształtuje debatę publiczną — napięcie to się ujawnia.

    Polskie echo

    Dla polskiego czytelnika te rozważania mają gorzki smak rozpoznania. Polska humanistyka przez dziesięciolecia była narzędziem “kształtowania świadomości narodowej” — w wersji komunistycznej i nacjonalistycznej, zależnie od okresu. Emancypacja od tej instrumentalizacji była jednym z głównych projektów środowiska humanistycznego po 1989 roku. Tymczasem felieton Dodillet przypomina, że nawet w liberalnej demokracji humanistyka nie istnieje w próżni — zawsze jest zakorzeniona w jakimś projekcie wspólnotowym.

    Pytanie nie brzmi więc: czy humanistyka ma służyć społeczeństwu? — bo oczywiście ma. Pytanie brzmi: jakiemu społeczeństwu, jakim wartościom i w jaki sposób? I kto ma prawo to rozstrzygnąć?

    Jeśli zestawimy oba felietony — Lindvalla i Dodillet — otrzymujemy obraz bardziej złożony niż prosty kontrast “dobrego nordyckiego modelu” wobec “złego modelu anglo-amerykańskiego”. Szwecja wypracowała instytucjonalne zaufanie do uczelni przez dekady — ale wypracowała je częściowo dlatego, że konsekwentnie integrowała edukację wyższą z projektem demokratycznej wspólnoty obronnej. To nie jest bezkosztowe. I to nie jest model, który można po prostu skopiować.

    Prawdziwa autonomia uczelni — ta, o którą warto walczyć — nie polega ani na izolacji od społeczeństwa, ani na bezrefleksyjnym służeniu jego doraźnym celom. Polega na zdolności do podtrzymywania namysłu, który jest jednocześnie głęboko zakorzeniony i nieustępliwie wolny. Humanistyka, która potrafi to pogodzić, jest wartością publiczną. Humanistyka, która wybiera tylko jedno z tych dwóch — albo staje się wieżą z kości słoniowej, albo maszyną ideologiczną.


    Felieton Johannesa Lindvalla „Därför litar vi ännu på våra universitet” ukazał się w Svenska Dagbladet 4 maja 2026 r. Felieton Susanne Dodillet „Demokratisk fostran – för totalförsvaret?” ukazał się w tym samym dzienniku 6 maja 2026 r. Badania Gingrich cytowane przez Lindvalla opisane są w artykule „Who backs universities? Public attitudes and contemporary backlash”,w: „Comparative Education”. Wcześniej Gingrich, Schools and Attitudes Toward Economic Equality,”Policy Studies Journal” 47, 2, 2019.

  • Döstädning na zawsze. Odeszła Margareta Magnusson (1934-2026)

    Döstädning na zawsze. Odeszła Margareta Magnusson (1934-2026)

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Jarosław Płuciennik

    Co to jest döstädning

    12 marca 2026 roku zmarła Margareta Magnusson – szwedzka malarka, ilustratorka i pisarka, która stała się nieoczekiwaną gwiazdą globalnej kultury popularnej dzięki jednemu słowu: döstädning. Miała, jak sama pisała o sobie, „od osiemdziesięciu do stu lat” (s. 7). Ta celowa nieścisłość z jej książki była typowa dla jej charakteru: przewrotna, rozbrajająca i niepozbawiona głębi.

    Dö – śmierć. Städning – sprzątanie. Döstädning to szwedzki zwyczaj porządkowania swojego życia i dobytku jeszcze za życia – tak, by nie zostawiać bałaganu dzieciom, wnukom ani znajomym, którzy i tak będą mieć po nas dość zachodu. Magnusson pisała o tym jako o moralnym obowiązku wobec najbliższych, ale też wobec planety, którą po sobie zostawiamy.

    Skräp („rupieciarnia”) kontra sens

    W ostatnich latach można ją było spotkać na ulicach Sztokholmu – nieco pochyloną starszą panią (miała 92 lata) w jaskrawej, w paski bluzce, pchającą chodzik i dzierżącą chwytaka, którym niezawodnie zbierała z chodnika niedopałki papierosów. Każde takie sprzątanie dawało jej małą ulgę, coś w rodzaju odpuszczenia grzechów: była przecież przez wiele lat nałogową palaczką.

    Döstädning nie było dla niej abstrakcją. Trzykrotnie doświadczyła odroczonego sprzątania po śmierci bliskich – matki, teściowej i męża Larsa. To ostatnie zbiegło się z jej przeprowadzką z dużego rodzinnego domu. Wiedziała, jak wygląda góra cudzych rzeczy i co ona robi z żałobą.

    Szwecja wydaje się krajem pozbawionym sentymentalizmu, działającym „na zimno”, „trzeźwo” – co może mieć źródła w tym także, że Wikingowie wkładali do grobów dobytek zmarłego, żeby pozbyć się go z oczu i żeby nie musieć obawiać się duchów (s.23) . Döstädning jest kontynuacją tej tradycji. Mężczyźni — wydaje się — rzadko potrafią się do niej zmusić – zatrzymują nawet zardzewiały gwóźdź na wszelki wypadek. Kobiety chyba potrafią. (rozdz. „Samotni mężczyźni” s. 26) Magnusson była w tym obsesyjna.

    Bestseller, który zmienił narrację o starości

    W 2017 roku, mając osiemdziesiąt jeden lat, Magnusson opublikowała Döstädning. The Gentle Art of Swedish Death Cleaning – i nieoczekiwanie zyskała globalną publiczność. Książka ukazała się w ponad trzydziestu krajach i stała się zjawiskiem wydawniczym na miarę Magii sprzątania Marie Kondo – choć w zupełnie innym tonie.

    Recenzenci zgodnie podkreślali właśnie tę różnicę. „Washington Post” pisał, że Magnusson jest prosta i pozbawiona sentymentalizmu, z odrobiną humoru, a jej główne przesłanie brzmi: weź odpowiedzialność za swoje rzeczy i nie zostawiaj ich jako ciężaru dla rodziny i przyjaciół. „New York Times” nazwał książkę „proustowską” – czarującą i dygresyjną wycieczką po życiu autorki zapisanym w przedmiotach. Psychiatryresource.com wskazywał, że Magnusson nie ogranicza się do pytania co zrobić z rzeczami, ale przede wszystkim wyjaśnia dlaczego warto to zrobić.

    Podejście Magnusson było też znacznie łagodniejsze i bardziej narracyjne niż system Kondo. Tam gdzie Kondo każe wysypać cały dobytek na podłogę i zrobić ogromny bałagan, döstädning jest powolne, stopniowe i przemyślane – robione z wyprzedzeniem, w przygotowaniu na nieuchronne.

    Rzeczy, które zostają

    Magnusson nie była dogmatyczką minimalizmu. Rozumiała, że niektóre rzeczy są nie do oddania. Muszle zbierane w dzieciństwie na plażach koło Göteborga, rozpadająca się książka kucharska z odręcznie zapisanymi przepisami, drewniany ptak z Afryki, miękkie niemowlęce ubranka szyte przez matkę – i trzy pluszowe zwierzęta: Ferdinam, Drogi Bumbal i Stary Niedźwiedź, żywe jak prawdziwe zwierzęta domowe. Zostawiła je wszystkie.

    Miała też praktyczny pomysł na rzeczy wartościowe wyłącznie dla siebie: pudełko niezbyt duże, z kamieniem, listem, zasuszonym kwiatem – z etykietką „Prywatne: wyrzucić”. Dzieci i tak zajrzą do środka, ale ważne, żeby wypełniły polecenie.

    Podejście Magnusson zainspirowało nawet TV reality serial pt. The Gentle Art of Swedish Death Cleaning. (UKTV Play in the UK, and on SBS and SBS On Demand in Australia.)

    Tokio i Sztokholm: minimalizm jako postawa wobec życia

    Patrząc na filozofię Magnusson, trudno nie pomyśleć o Hirayamie – bohaterze filmu Perfect Days (2023) Wima Wendersa. Ten tokijski sprzątacz publicznych toalet żyje w kawalerce wypełnionej tylko tym, co konieczne i co kocha: starannie ułożonymi książkami, kasetami z muzyką Lou Reeda i Van Morrisona, analogowym aparatem fotograficznym. Każdy dzień jest niemal identyczny, a jednak pełny. Hirayama nie upraszcza życia z ascezy ani z biedy – upraszcza je z wyboru, bo wie, że nadmiar rzeczy jest nadmiarem szumu, który zagłusza to, co istotne.

    Magnusson doszła do podobnego miejsca z innej strony: przez doświadczenie straty, przez trzykrotne sprzątanie po śmierci bliskich, przez siedemnaście przeprowadzek. Oboje – fikcyjny Japończyk i szwedzka pisarka z krwi i kości – zdają się potwierdzać tę samą intuicję: że minimalizm nie jest ideologią wyrzekania się, lecz sztuką uwagi. Że mniej rzeczy to więcej przestrzeni na samo życie.

    To nie przypadek, że zarówno japońskie pojęcie ma (間) – owa twórcza pustka, cisza między dźwiękami – jak i szwedzkie döstädning wyrażają podobny lęk przed przeładowaniem i podobną tęsknotę za tym, co esencjalne. Różne kultury, różne klimaty, różny język – a jednak ten sam gest: odłożenie zbędnego, żeby zobaczyć wyraźniej.

    Na marginesie można zauważyć, że Mottem do książki Magnusson są słowa innego fascynaty kultury japońskiej Leonarda Cohena: „„Uporządkowanie domu i swoich spraw – jeśli tylko masz taką możliwość – jest jedną z najbardziej satysfakcjonujących czynności, a jej korzyści są niepoliczalne.”

    Co gubi się w przekładzie

    Książka Magnusson dotarła do polskich czytelników w 2018 roku pod tytułem Sztuka porządkowania życia po szwedzku w przekładzie Jerzego J. Malinowskiego, wydanym przez Buchmann. Ale jest w tej historii przekładowej pewien paradoks: tłumaczenie chyba nie powstało ze szwedzkiego oryginału, ale jednak posłużyło się angielskim pośrednikiem – The Gentle Art of Swedish Death Cleaning. I właśnie ta pośredniość odcisnęła się na tytule: wypadło z niego najważniejsze słowo. Nie ma w nim ani döstädning, ani nawet „śmierci”. Polska edycja sugeruje kolejny poradnik o porządkowaniu szaf, tymczasem w oryginale chodzi o coś znacznie poważniejszego – o oswojenie nieuchronności i przygotowanie na nią z godnością. Może też widać w tym marketingową dbałość o niezrażanie potencjalnego klienta podniesieniem tematu tabu śmierci. Te przygody słowa döstädning są znaczące.

    To nie przypadek odosobniony. Duńsko-norweskie hygge weszło do polszczyzny bez tłumaczenia, lagom też coraz częściej pojawia się w oryginalnej formie. Döstädning na to zasługuje nie mniej. Słowo, które Magnusson uczyniła globalnym, powinno brzmieć tak samo w Sztokholmie, Tokio i Łodzi. Tak jak fika. Tak jak smörgåsbord (zwany w Polsce w związku z dziwną legendą „szwedzkim stołem”). To wydaje się fragment szwedzkiego dziedzictwa kulturowego na świecie.

    Döstädning to nie śmierć – to życie

    Kluczowy punkt filozofii Magnusson brzmiał: döstädning nie jest o śmierci. Jest o tym, żeby żyć lżej w teraźniejszości. Pozbywszy się starych rzeczy, można spojrzeć na świat świeżym okiem. Jej druga książka, The Swedish Art of Aging Exuberantly, głosiła żywą ciekawość świata, gin, śmiech i czekoladowe batony Marabou jako receptę na starość. Pracowała też nad książką zatytułowaną Death-Cleaning from the Afterlife. Tak naprawdę w zaświaty nie wierzyła. Ale trudno jej było uwierzyć, że sprzątanie może – lub powinno – kiedykolwiek ustać.

    Döstädning dołączyło do krótkiej listy szwedzkich słów, które podbiły świat bez tłumaczenia – obok fiki, lagom czy smörgåsbord. Magnusson dała mu twarz: ciepłą, przewrotną, w paski. I odeszła – zostawiając po sobie, jak można przypuszczać, wzorowy porządek.

    Wykorzystane materiały

    The Economist. (2026, 30 kwietnia). Margareta Magnusson believed in leaving the world tidy. The Economist. https://www.economist.com/obituary/2026/04/30/margareta-magnusson-believed-in-leaving-the-world-tidy

    Green, P. (2018, 5 stycznia). Clearing the clutter, with a wink [artykuł o książce The Gentle Art of Swedish Death Cleaning M. Magnusson]. The New York Times. https://www.nytimes.com/2018/01/05/style/swedish-death-cleaning-margareta-magnusson.html

    Loffhagen E. (2026, 16 marca). Margareta Magnusson, Swedish ‘death cleaning’ author, dies age 92. The Guardian. https://www.theguardian.com/books/2026/mar/16/margareta-magnusson-swedish-death-cleaning-author-dies-age-92

    Magnusson, M. (2017). Döstädning. Ingen sörlig historia. Albert Bonniers Förlag.

    Magnusson, M. (2017). The gentle art of Swedish death cleaning: How to free yourself and your family from a lifetime of clutter. Scribner.

    Magnusson, M. (2018). Sztuka porządkowania życia po szwedzku: Jak sprawić, żeby najbliżsi zachowali po nas wyłącznie dobre wspomnienia (J. J. Malinowski, tłum.). Buchmann. (Oryginał angielski opublikowany 2017). ISBN 9788328060425.

    Magnusson, M. (2019). The Swedish art of aging exuberantly: Life wisdom from someone who will (probably) die before you. Scribner.

    Nicholson, R. (2024, 11 lipca). The Gentle Art of Swedish Death Cleaning review – feelgood TV that expands your heart. „The Guardian” https://www.theguardian.com/tv-and-radio/article/2024/jul/11/the-gentle-art-of-swedish-death-cleaning-review-feelgood-tv-that-expands-your-heart

    Psychiatry Resource. (2026, 3 stycznia). The Gentle Art of Swedish Death Cleaning [recenzja]. https://psychiatryresource.com/bookreviews/the-gentle-art-of-swedish-death-cleaning-review

    Simon & Schuster.  The Gentle Art of Swedish Death Cleaning [strona wydawcy]. https://www.simonandschuster.com/books/The-Gentle-Art-of-Swedish-Death-Cleaning/Margareta-Magnusson/9781501173240

    Szwecjoblog. (2018, 14 października). Sztuka porządkowania życia – przed śmiercią [wpis blogowy]. http://szwecjoblog.blogspot.com/2018/10/sztuka-porzadkowania-zycia-przed.html

    Tidymalism. (2026, 18 marca). The Gentle Art of Swedish Death Cleaning: Book review & tips. https://tidymalism.com/swedish-death-cleaning/

    Wenders, W. (reżyser). (2023). Perfect Days [film]. Master Mind / Wim Wenders Stiftung.