W sobotę 9 listopada odwiedziłem Teatr Nowy w Łodzi i obejrzałem gościnny spektakl „Noc Helvera” Ingmara Villqvista z Gdyńskiego Centrum Kultury. Właściwie to także spektakl Teatru Nowego, bo zarówno Jolanta Jackowska jak i Adam Mortas są jego etatowymi pracownikami. Warto było pójść do teatru przed świętem 11 listopada!
Rzecz jest o archetypowym dramacie matki w ostatniej nocy „upośledzonego”, „niepełnosprawnego” syna Helvera, który jest ratowany i zabijany zarazem przez matkę Karlę. To właśnie ona sugeruje mu zażycia kilku opakowań tabletek w dawce przewidzianej może na miesiąc. Zatem jest to dramat dziwnej pary, bo Karla morduje w istocie swojego ukochanego Helvera, chcąc go ocalić przed śmiercią z rąk bojówek totalitarno-faszystowskiego systemu szalejącego na ulicy. Niepełnosprawny umysłowo jest wykorzystywany przez owe bojówki, by szerzyć przesłanie „porządku” nade wszystko, „porządku absolutnego”. Ale jednocześnie odbywa się bojówkarska rewolucja (bandytyzm) na ulicach. Sceny wewnętrzne tej pary stają się symboliczną reprezentacją patriarchalnych relacji między musztrującym Helverem a podległą niby Karlą. Odniesienia do faszystowskich (nazistowskich także) kontekstów historycznych są więcej niż oczywiste. Ale one nie wyczerpują krytycznego przesłania tej sztuki. W tym jest ten spektakl świetny, że nie wiadomo nawet do końca, czy Karla to matka (przyrodnia? naturalna może?) Helvera, on sam nie rozumie, dlaczego są razem, ona opowiada, kiedy go przygarnęła z bliżej nieokreślonego zakładu psychiatrycznego, że utraciła w tym czasie córkę, „małpkę”… Jednak potencjał interpretacji międzypłciowych relacji w tej sztuce jest ogromny dzięki mocy minimalizmu.
Trójmiasto mogło obejrzeć spektakl według dramatu Jarosława Świerszcza
(bo takie jest nazwisko autora) zaraz po zamordowaniu prezydenta Gdańska Pawła
Adamowicza. Na początku tego roku konteksty były te same. Od razu powiem
otwarcie, że nie widziałem innych sztuk popularnego już w pierwszych latach XXI
wieku polskiego autora. Jednak ta inscenizacja ma kilka absolutnych zalet:
symboliczny minimalizm scenografii, klasyczne, niemal paradygmatycznie
teatralne skupienie na grze aktorskiej i relacji międzyludzkiej, symboliczna
ponadczasowość, a jednocześnie niezwykła aktualność. To jakoby połączenie
dziarskich chłopców z Szewców Witkacego z dramatami Ibsena i filmami Bergmana.
Genialnie oszczędna scenografia pozwala na uniwersalną mimo
wszystko interpretację znaku na ścianach, który bardzo przypomina przecież
„mieczyk Chrobrego”. Zamglone relacje wideo z manifestacji i marszów, stanowiące
ramę spektaklu pozwalają jednocześnie widzieć aktualność zamieszek z racami i
abstrahować je jako w pewnym sensie uniwersalne historycznie. Mamy w świecie
spektaklu „każdą”
kuchnię „każdej” rodziny w „każdym” ustroju bojówkarsko-totalitarnym.
Spalenie sklepu i kościoła, czy opowiadana przez Helvera gonitwa za „ścierwusem” i spalenie go (odpalenie od niego cygara i papierosów) mogą być naprawdę uniwersalną reprezentacją, ale najlepiej widać tę symboliczność w dwóch pojawiających się w spektaklu słowach nowomowy tego uniwersalnego ustroju: właśnie „ścierwus” i „fuj”. „Ścierwus” to może być każdy inny: „świrus”, chory, jakikolwiek obcy, Żyd, uchodźca, homoseksualistka, muzułmanin… Ten obcy jest tak straszny, że główny bohater przeżywa bardzo swoje skandowanie „ścierwusy, ścierwusy!!!” w odniesieniu do przeciwników na ulicy. Na końcu sam okazuje się, jako chory psychicznie – ścierwusem, za którym dawni koledzy gonią i którego mogą w końcu dopaść. Dopełnieniem tego wzorca jest wykrzykiwane w stronę ścierwusów słowo „fuj”, znak „wstrętu”: to z kolei symbol hejtu, który maże wszystko, czego się dotknie… ścierwusy wywołują wstręt i agresję… świetne w spektaklu jest to, że na końcu agresywny bojówkarz wpada na scenę od strony publiczności i wybija na scenie kijem bejsbolowym szyby symbolicznemu domowi…
Muzyka i wspaniała gra aktorska dopełniają tę mistycznie oszczędną strukturę. Brawa były długie i na stojąco. Na widowni było naprawdę sporo młodych ludzi… nadzieja
Czy Internet i media społecznościowe zabijają nasze mózgi?
Narzekania na nowe media są stare jak europejska cywilizacja, wystarczy przypomnieć niechęć Sokratesa i Platona do pisma jako zabójcy pamięci. (np. w dialogu „Ion”) Kiedy iPhone pojawił się na świecie w 2007, historia wydawała się powtarzać. W 2010 ukazała się książka Williama Powersa, przetłumaczona na język polski w 2014 jako „Wyloguj się do życia”. W 2011 pojawiła się książka Nicolasa Carra (Carr, Nicholas. The Shallows: What the Internet Is Doing to Our Brains. New York, W. W. Norton & Company 2011.) William Powers był gościem Uniwersytetu Łódzkiego, Wydziału Filologicznego, Instytutu Kultury Współczesnej w 2014 r. Wtedy William Powers i inni publikowali humanistyczną refleksję alarmującą społeczność światową, że tracimy pamięć, a przez to także tożsamość i podmiotowość. Częściowo te konstatacje można podtrzymać i dzisiaj.
Jednak dziś mamy już statyczne dane. Możliwa jest ich analiza. Kulturoznawcza analiza nie może abstrahować od rozważań psychologów badających problemy współczesności. Choć nie może także być z nimi tożsama. Nauka o mediach społecznościowych może ustanawiać, jak argumentuje Lydia Denworth w ostatnim Scientific American (Denworth, Lydia. „Social Media Has Not Destroyed a Generation”. Scientific American, t. 321, nr 5, listopad 2019), wyższe standardy analizy statystycznej i uniknąć dzięki temu niedorzecznych roszczeń i przebadać ludzi w dłuższym okresie. Autorka Powołuje się przy tym na na najnowsze badania Twenge (Twenge, Jean M. „HAS THE SMARTPHONE DESTROYED A GENERATION?” Atlantic, t. Vol. 320, nr 2, wrzesień 2017, s. 58–65.), Orben i Przybylskiego (Orben, Amy, i Andrew K. Przybylski. „Screens, Teens, and Psychological Well-Being: Evidence From Three Time-Use-Diary Studies”. Psychological Science, t. 30, nr 5, maj 2019, s. 682–96).
Te badania ukazują bardziej zniuansowany obraz. Istnieje pewna korelacja np. między użyciem mediów społecznościowych a depresją , czy użyciem mediów a mniejszą ilością relacji seksualnych, ale także między aktywnym ich używaniem a dobrym samopoczuciem. Nie ma jednoznacznych dowodów, że to użycie tych mediów wywołuje depresję. Może być zupełnie odwrotnie, zaś Ci, co aktywnie używają internetu i mediów społecznościowych mogą czuć się lepiej. W latach 80-tych ludzie załamywali ręce, jak pisze Lydia Denworth, nad biernymi godzinami marnowanymi przed ekranami telewizorów (obowiązkowych w każdym domu): z tego punktu widzenia, gdyby ludzie wtedy wyobrażali sobie aktywne wymienianie się obrazami, refleksją, przeczytanymi artykułami i książkami… byliby zachwyceni…
Wydaje się zatem, że statystyczne dane nie potwierdzają alarmujących głosów. Chociaż na pewno żyjemy w rewolucyjnym czasie, w którym być może dochodzi do zmiany paradygmatu uczestnictwa w kulturze. Galaktyka Gutenberga na pewno odchodzi już do lamusa. Chociaż ludzie ciągle będą czytać książki, także papierowe (jeśli będzie ich stać), ale współczesny rozproszony człowiek musi znaleźć swój sposób radzenia sobie z nadmiarem informacji i danych w świecie cyfrowym, aby znaleźć sens i znaczenie, czasami zamieniając informacje i dane w prawdziwą wiedzę. I na tym musi się skupić nasza edukacja.
„Studia na kierunkach humanistycznych produkują bezrobotnych”. Takie jest ciągle przeświadczenie wielu ludzi w Polsce i na świecie. Jednak, kiedy przeanalizować dane z badań, nie jest to słuszne przeświadczenie. Studiowanie jakiegoś kierunku samo w sobie nie musi być kluczem do sukcesu, to raczej konkretne umiejętności i kompetencje, uzyskiwane na wielu tzw. kierunkach, mogą dać atut w zdobywaniu pracy. I te umiejętności i kompetencje wcale nie odbiegają od ideałów, które można zaczerpnąć z myśli geniusza fizyki Alberta Eisteina.
Albert Einstein
IDEAŁ EDUKACYJNY ALBERTA EISTEINA: „Niezależny, samodzielny człowiek, który pragnie uczynić ze służby innym najważniejsze życiowe zadanie.” (Einstein, Albert. On Education, w: Ideas and Opinions: Based on Mein Weltbild. Crown Publishers, New York 1954, s. 60., wszystkie cytaty i odniesienia później do tego wydania)
Albert Eistein wiedział, że w edukacji nie są najważniejsze wykłady, ale praca i działanie: „Osobowość nie jest kształtowana przez to, co usłyszane albo przeczytane, osobowość kształtuje tylko praca i działanie.” (s. 60.). Prawda, wolność, ciało.
Główny motor rozwoju to niekoniecznie naga ambicja i konkurencja z innymi, raczej kooperacja z innymi, współpraca.
Co więcej, Eistein pisze także wprost o kształceniu plastycznego człowieka, powinniśmy dążyć do kształcenia harmonijnej osobowości, a nie wąskiego specjalisty.
Nieoczekiwanie dla mnie natrafiłem także w pismach Eisteina fragment wspominający biblijne psalmy.
„Ale tradycja żydowska zawiera także coś innego, coś, co znalazło wspaniałą ekspresję w wielu Psalmach, mianowicie rodzaj upojnej radości i zdumienia pięknem oraz wielkością tego świata, o którym człowiek może sobie wyrobić jedynie blade pojęcie. Radość ta jest odczuciem, z którego prawdziwe badania naukowe czerpią duchowe pożywienie, ale wydaje się, że to samo odnajdziemy w śpiewie ptaków. Przywiązanie tego uczucia do idei Boga wydaje się dziecinnym absurdem.” (s. 186).
Childs watercolor painting of birds
Pomijam ateizm Eisteina, bo w tym kontekście nie jest on tutaj istotny, ale to w tych jego pismach można znaleźć pochwałę liberalnej edukacji z jej ideałami: twórczym, samodzielnym człowiekiem, który będzie umiał kooperować z innymi, by osiągać dobre dla społeczności cele, rozwiązywać jej problemy.
Na tzw. Zachodzie dawno już tzw. kolegia artystyczne obiecywały przyszłym studentom, że edukacja humanistyczna jest bardziej trwała w dłuższej perspektywie. Jest to szczególnie istotne z punktu widzenia plastyczności na rynku pracy. Humaniści lepiej dostosowują się do bardzo dynamicznego rynku pracy, bo są lepiej wykształceni, jeśli idzie o miękkie umiejętności, tzw. umiejętności komunikacyjne i społeczne.
Jednak rządy często nie zwracają na to uwagi, promują propagandę, która ukazuje przyszłym studentom i ich rodzicom koszmarne perspektywy nadprodukcji nieefektywnych bezrobotnych. Stąd odnotowuje się spadek zainteresowania kierunkami huamanistycznymi.
Jak podaje Paul Basken w ostatnim numerze Times Higher Education, jest instytucja, której „liczba absolwentów kierunków humanistycznych zatrudnionych przez firmy technologiczne wzrosła o 228 procent w ciągu 10 lat, a liczba zatrudnionych przez przemysł finansowy o 333 procent.” Trzeba podkreślić, iż idzie o kanadyjski Uniwersytet Waterloo notowany raczej stale w rankingu THE w trzeciej setce uczelni świata, czyli wcale nie ze złotej ligi. Wielcy gracze światowi z przemysłu IT oraz tzw. przemysłów kreatywnych, ale przenikniętych cyfryzacją, czerpią ze współpracy z tym uniwersytetem niezwykłe zyski, bo osiągają absolwentów świetnie wykształconych, choć nie wąskospecjalistycznie, ale z umiejętnościami, o które najwięcej idzie.
THE wspomina także sukcesy absolwentów drugorzędnego koledżu w USA Connecticut College, który ma specjalny program o nazwie „Connections and Science Leaders”, dzięki któremu studenci są zachęcani do łączenia studiów humanistycznych z kursami w naukach przyrodniczych i technicznych. Staże i projekty społeczne oraz zawodowe, intensywny mentorski wysiłek skierowany do kobiet i innych niedostatecznie reprezentowanych studentów, spowodował sukces czegoś, co Rektor Connecticut College, Katherine Bergeron, co określiła jako „nowe sztuki wyzwolone dla naszego połączonego świata”.
Speaker giving presentation in lecture hall at university. Students listening to lecture and making notes.
Dodać można także sukces rodzimy z Łodzi, sukces kierunku ligwistyka dla biznesu na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego we współudziale Wydziału Zarzadzania: w trakcie tych studiów studenci zdobywają zarówno nieocenione umiejętności komunikacyjne w dwóch językach obcych, ale także „twardą”, specjalistyczną wiedzę, potrzebną konkretnej branży.
Autor artykułu zauważa, że wielki przemysł IT (firmy takie jak np. Amazon, Google, Microsoft), wielcy pracodawcy już zmieniają swój stosunek do nauk humanistycznych. Ja bym dodał, że zmienić ten stosunek muszą także rządy, zwłaszcza te, które ręcznie pragną wszystkim sterować, aby porzucić beznadziejną propagandę przeciwko naukom humanistycznym i społecznym. Taka relacja do uczelni, w których one dominują, jest anachroniczna i nie odpowiada na wyzwania współczesnego digitalnego także świata. Zatrudnialność to nie jest problem wyłącznie nauk humanistycznych i społecznych, to jest przyszłościowy i teraźniejszy problem wszystkich. Jak o tym wiedział także Albert Eistein, żeby osiągnąć sukces, potrzeba w sobie pielęgnować ten „rodzaj upojnej radości i zdumienia pięknem oraz wielkością tego świata”, ta „radość jest odczuciem, z którego prawdziwe badania naukowe czerpią duchowe pożywienie”, to jest radość sztuk, radość śpiewu ptaków.
[ten wpis jest fragmentem materiałów edukacyjnych na kursie dla studentów Wydziału Filologicznego (kulturoznawstwo) na Uniwersytecie Łódzkim pt. Protest songi — krótka historia (0100-KMB014)]
We shall overcome, We shall overcome, We shall overcome, some day.
Oh, deep in my heart,
I do believe
We shall overcome, some day.
We’ll walk hand in hand,
We’ll walk hand in hand,
We’ll walk hand in hand, some day.
Oh, deep in my heart,
I do believe
We shall overcome, some day.
We shall live in peace,
We shall live in peace,
We shall live in peace, some day.
Oh, deep in my heart,
I do believe
We shall overcome, some day.
We are not afraid,
We are not afraid,
We are not afraid, TODAY
Oh, deep in my heart,
I do believe
We shall overcome, some day.
The whole wide world around
The whole wide world around
The whole wide world around some day
Oh, deep in my heart,
I do believe
We shall overcome, some day.
Do historii przeszło cytowania, parafrazowanie tej piosenki przez Martina Luthera Kinga, na kilka dni przed morderczym zamachem na jego życie 31 marca 1968 roku w Katedrze Narodowej w Washingtonie. Zapis obecny w archiwach jest różny od tekstu, który można usłyszeć na rejestracji tej mowy.
Pokonamy przeciwności, bo łuk wszechświata moralności jest długi, ale zakrzywia się ku sprawiedliwości.
Pokonamy przeciwności, bo Carlyle ma rację – „Żadne kłamstwo nie może żyć wiecznie”.
Pokonamy przeciwności, ponieważ William Cullen Bryant ma rację – „Prawda, przygnieciona do ziemi, powstanie ponownie”.
Pokonamy przeciwności, bo James Russell Lowell ma rację – jak dziś śpiewaliśmy wcześniej,
Prawda na zawsze na rusztowaniu,
Jeśli na tronie, to zawsze źle.
Jednak to rusztowanie kołysze przyszłość.
A za ciemną nieznaną stoi Bóg,
W cieniu, czuwając nad swoimi.
Dzięki tej wierze będziemy w stanie wyrzeźbić z góry rozpaczy kamień nadziei. Dzięki tej wierze będziemy w stanie przekształcić zgrzytające swary w naszym narodzie w piękną symfonię braterstwa.
Dzięki Bogu za Jana, który przed wiekami na samotnej, ciemnej wyspie Patmos ujrzał wizję nowego Jeruzalem zstępującego z nieba od Boga, który usłyszał głos mówiący: „Oto czynię wszystko nowe; poprzednie rzeczy przeminęły.
Boże daj nam, że będziemy uczestnikami tej nowości i tego wspaniałego rozwoju. Jeśli tylko to zrobimy, wprowadzimy nowy dzień sprawiedliwości, braterstwa i pokoju. I tego dnia gwiazdy poranne zaśpiewają razem, a synowie Boży będą krzyczeć z radości. Niech cię Bóg błogosławi.”
Jak już wspominałem, zapis realny tego co powiedział różni się od przygotowanej mowy, bo Martin Luther King improwizował, dawał się unosić mowie:
Głęboko w moim sercu wierzę, że pokonamy przeciwności.
Teraz często łączę ręce ze studentami, z którymi śpiewamy tę pieść, jak i z tymi za kratami. Pokonamy przeciwności!
Czasami mieliśmy łzy w oczach, kiedy zjednoczyliśmy się, aby zaśpiewać, ale pomimo nich śpiewaliśmy! Pokonamy przeciwności. Panie, zanim wygramy, niektórzy będą musieli jeszcze zostać wtrąceni do więzienia, ale pokonamy przeciwności. Nie martw się o nas, zanim zwycięstwo zostanie wygrane, niektórzy z nas stracą pracę, ale damy sobie radę (pokonamy przeciwności). Przed zwycięstwem nawet niektórzy będą musieli stawić czoła fizycznej śmierci. Ale jeśli śmierć fizyczna jest ceną, którą niektórzy muszą zapłacić, aby uwolnić swoje dzieci od trwałej śmierci psychicznej, nic nie będzie bardziej oswobadzające. Pokonamy przeciwności. Zanim zwycięstwo zostanie wygrane, niektórzy będą źle zrozumiani i nazywani złymi słowami oraz odrzuceni jako buntownicy i agitatorzy. Ale pokonamy przeciwności. I powiem ci dlaczego. Pokonamy, ponieważ łuk wszechświata moralnego jest długi, ale zmierza ku sprawiedliwości. Pokonamy, bo Carlyle ma rację: Żadne kłamstwo nie może żyć wiecznie. Pokonamy, bo William Collin Bryant ma rację: Prawda przygnieciona ku ziemi ponownie powstanie. Pokonamy, bo James Russel Lowell ma rację: Prawda na zawsze na szafocie, na zawsze na tronie. Jednak to rusztowanie kołysze przyszłość. A za półmrokiem nieznanego stoi Bóg w cieniu, czuwając swoimi. Pokonamy, bo Biblia ma rację: Zbierzesz to, co zasiejesz”. Pokonamy przeciwności. Głęboko w moim sercu wierzę w to! Pokonamy przeciwności.
I z tą wiarą wyjdziemy i odsuniemy rady rozpaczy oraz wprowadzimy nowe światło do ciemnych komnat pesymizmu.Będziemy w stanie wznieść się ze zmęczenia rozpaczy do wzlotów nadziei. A to będzie wspaniała Ameryka! Będziemy tego aktywną częścią, aby tak się stało. I tak, kiedy zostawiam wam ten wieczór, mówię: Chodźcie razem dzieci! Nie ustawajcie!”
KOSTRZYN NAD ODRA, POLAND – AUGUST 2, 2013: 19th Przystanek Woodstock (Woodstock Festival), biggest summer open air ticket free rock music festival in Europe, vintage style.
Historia tej pieśni jest niezwykle złożona, warto zapoznać się z nią tutaj.
Dzisiaj 12 października 2019 r. Times Higher Education opublikował bardzo ważne oświadczenie 5 naukowców, założycieli „Academic Detox”, nieformalnej inicjatywy propagującej ruch „powolnej nauki” na wzór „wolnego czytania” i „wolnego jedzenia” (ang. slow food). Argumentują oni, że trzeba więcej działać, mniej dyskutować, aby zmierzyć się z zatruwaniem badań akademickich i pracy na uniwersytetach i akademiach. Detoksu wymaga atmosfera wstrząsana skandalami w akademii, mobingiem w wykonaniu starych „byków” akademii (full bull to żargonowa nazwa Profesorów) w odniesieniu do młodych adeptów nauki, listy publikacji, działanie tzw. drapieżnych czasopism, fałszowanie wyników badań pod publikę.
Autorzy zwracają uwagę na znaczenie społeczne tych trucizn w świecie akademickim — atmosfera akademii zatruwa atmosferę wokół akademii — bo społeczeństwo prędzej czy później będzie postrzegało nasz światek przez te opary. A przecież, jak stwierdzają autorzy: „W rzeczywistości skandale, które trafiły na nagłówki gazet, to tylko wierzchołek góry lodowej.”
Źródeł trucizn autorzy upatrują w hiperkonkurencji w środowisku akademickim z nieodłączną dominacją parametryzacji liczbowej. Ani nie ma z tego przyrostu wiedzy, zaś drapieżność odbija się na jakość badań. Fundusze akademii są te same, drapieżność wyrywa z ograniczonych źródeł fundusze na badania, odcinając wysokiej jakości, ale wolniejszej, dostęp do nich.
Autorzy przywołują pojęcie, które pojawiło się w artykule w International Journal for Critical Geographics „wolnej nauki” (można byłoby mówić tutaj o „uważnych badaniach”, „uważnej nauce”) Inny przykład pochodzi z University of Aberdeen, w których naukowcy zaproponowali „odzyskanie swojego uniwersytetu”, aby nie wysługiwać się wyłącznie biznesowi.
Autorzy apelują do starszych w akademii, do ludzi z tzw. pozycją, aby wzięli się za przewodnictwo tej inicjatywie na poziomie lokalnym: „uznani uczeni będą musieli działać o wiele bardziej odpowiedzialnie.”
Jedną z możliwych odtrutek jest dowartościowanie dydaktyki uniwersyteckiej, czy zakładanie nowych czasopism z odtrutym sposobem recenzowania, żeby on był coraz bardziej jakościowy.
Nagrody i stanowiska powinno się zdobywać po analizie jakościowej, nie ilościowej.
Na koniec pojawia się ważna tradycja: „Powinniśmy ponownie dążyć do ideału holistycznej nauki Aleksandra von Humboldta. Jeśli nie, brutalne warunki ekonomiczne współczesnej nauki prędzej czy później zduszą akademicką wolność.”
Nie wypada mi nic innego niż przytoczyć zawołanie Uniwersytetu Łódzkiego: Prawda i wolność. Dodałem kiedyś ciało. Ciało musi przeciwstawić się cyfrze, bo ona go zniewoli.
Johannes Schöning jest profesorem interakcji człowiek-komputer na uniwersytecie w Bremie; Sophia Hoffmann jest politologiem i młodszym liderem grupy badawczej w Leibniz-Zentrum w Niemczech; Melissa Nolas jest starszym wykładowcą na wydziale socjologii na Goldsmiths, University of London; Christos Varvantakis jest pracownikiem naukowym na wydziale socjologii na Goldsmiths, University of London; a Hendrik Weimer jest młodszym naukowcem w Instytucie Fizyki Teoretycznej Uniwersytetu Leibniz.
Zapis planu wystąpienia (15 minut) na uroczystej Inauguracji roku akademickiego 2019/2020 dnia 27.09.2019; Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny, Uniwersytet Łódzki.
Punkt
Prawda i
wolność. Prawda i wolność. Prawda, wolność, ciało. Prawda, wolność, ciało…
Pra-wda-wol-ność-cia-ło…
prawdawolnośćciało
To jest Moja
niewyczerpana oda do Radości
Koniec
wykładu. Możecie iść. Idźcie i głoście światu. Żartuję.
Dzień Dobry! Witam wszystkich studentów na jednym z najlepszych polskich uniwersytetów, na jednym z najlepszych wydziałów Uniwersytetu Łódzkiego. W pewnym sensie, w podwójnym sensie, jest to mój powrót tutaj. Kiedyś także i tutaj studiowałem. Dziękuję za zaproszenie Panu Dziekanowi prof. Rafałowi Materze. Wielki zaszczyt i przyjemność.
Nie bez
przyczyny Prawda i Wolność są wypisane na naszych, uniwersyteckich sztandarach.
To jest jak „wolność, równość, braterstwo” z rewolucji francuskiej. Albo
uliczne „wolność, równość, demokracja”… To jest sztandar jak znak gwarancji
jakości ISO.
Prawda i
wolność – bardzo wzniośle, podniośle, a po łacinie Veritas et Libertas wręcz
pompatycznie, jeśli nie bombastycznie. Dlatego kusiło mnie, kusi mnie nadal,
uległem tej pokusie, aby dodać – ciało…. Ciało – działanie.
Ciało to waga,
ciało to ból, ciało to empatia, ciało to działanie. Prawda, wolność, ciało. Veritas,
Libertas, et Corpus.
Zgodnie z tym
hasłem mam dla Was trzy opowieści z życia wzięte.
Opowieść pierwsza – Pielęgniarstwo i gitara
basowa
Czym dla mnie
jest uniwersytet? Był dla mnie oknem na świat, wyjściem spod kurateli rodziców,
zwieńczeniem marzeń wywiedzionych z mnóstwa przeczytanych książek. Moja rodzina
była prosta, jestem synem pielęgniarki i spawacza z kolejarskiego niegdyś
miasta Ostrowa Wielkopolskiego, 100 km stąd; książki, teatr i muzyka to był dla
mnie cały świat, od dzieciństwa uciekałem do wirtualnego świata książek, teatru
i muzyki, grałem w kółkach teatralnych, grałem na flecie i gitarze basowej,
czytałem, czytałem; to był świat wirtualny i rzeczywisty zarazem, spotykałem
mnóstwo fajnych ludzi, nauczycieli, którzy podsuwali mi lektury, napotkani
ludzie zawsze stawali się jakoś ważni; moi rodzice bardzo się starali; żebym
mógł studiować, ojciec musiał brać nadgodziny, żeby jego syn mógł studiować w
odległej, ale jednak bliskiej Łodzi. Gdyby uniwersytet był tylko w Warszawie i
Krakowie, to wtedy pewnie nie studiowałbym w ogóle. Łódź wtedy znana była m.in.
z socjolingwistyki, badań nad kulturą masową (prof. Kłoskowska). Okno na świat.
Ale
zanim poszedłem na studia, chciałem być pielęgniarzem. W czasach mojej młodości
istniały licea medyczne, kształcące pielęgniarki, dzisiaj trzeba już skończyć
studia. Ukończyłem takie liceum, którego istotą była praktyka pielęgniarska w
szpitalach. Pracowałem w trakcie nauki w liceum medycznym oraz rok po niej jako
pielęgniarz w szpitalach. Pamiętam wiele historii z tym związanych, prośby o
jakąś truciznę, bo chory nie mógł wytrzymać bólu, uciążliwych nieprzytomnych
chorych domagających się zachowania standardów higieny osobistej, (potrzebowali
umycia lub ogolenia), pamiętam też ciepłe prześcieradło tyle co zmarłej osoby,
ten ślad obecności, która staje się coraz to zimniejsza. Ta praca pielęgniarza,
to dla mnie doświadczenie formujące.
Ta wczesna moja konfrontacja ze śmiercią, bólem, z empatią i znieczulicą, także własną znieczulicą, z decyzjami w sytuacjach granicznych uczyniła mnie bardziej otwartym na prawdę. Jeśli prawda jest życiem, to śmierć jest nią tym bardziej, ona zwielokrotnia prawdę życia. W liceum nie skończyłem swoich doświadczeń z muzyką i sztuką, grałem na gitarze basowej w zespole szkolnym i grałem spektakle wzorowane na amerykańskich protest songach. Można powiedzieć, że muzyka łagodziła mi obyczaje i chwile, kiedy rzeczywistość cuchnie. Kiedy prawdą było to, co wymagało pielęgnacji, obmycia, wyniesienia odchodów. Prawda nie zawsze pachnie. Prawda jest wyzwaniem.
Historia
2. Wygnanie z komfortu – bycie obcym
Kiedy dostałem się na studia, a wtedy studiowało jakieś 7-8 procent każdego rocznika (co 13-15 rówieśnik), studia były elitarne, poczułem, że złapałem Pana Boga za nogi. VIP. Działałem w budującym się wtedy samorządzie, teatrze studenckim…
Uniwersytet
Łódzki stał się dla mnie oknem na świat całkiem dosłownie i dzisiaj jest on tym
samym dla Was. Ojczyzną uczonych jest cały świat. Wtedy skorzystałem z europejskiego
programu wymiany Tempus (dzisiaj macie inne programy) i wyjechałem do Szwecji. To
był przełom. To było wyjście ze strefy komfortu. W Łodzi na studiach wszyscy
mnie znali, wiedzieli kim jestem, nie musiałem się przedstawiać, w Lund w
Szwecji musiałem zaczynać od zera, każdemu napotkanemu człowiekowi trzeba było
przedstawić wiarygodną historię, kim jestem, czym się zajmuję, po co jestem…. Byłem
nikim. Człowiekiem znikąd, w oczach tubylców – potencjalnym imigrantem. To było
doświadczenie wyzwalające, doświadczenie wolności. Właśnie w tym doznaniu swojej
znikomości. Miałem nawet myśli (mój pobyt w Szwecji na różnych programach się
przedłużał do prawie dwóch lat) o stałej emigracji. Nie wybrałem jej. Ale
najważniejsze w tym doświadczeniu było doświadczenie wolności: jesteś tym, kim
wybierasz, że jesteś, kiedy potrafisz wyjść ze swojej strefy komfortu. Porzucić
na chwilę myśli w języki polskim i postarać się przełożyć siebie na inny język,
na inną kulturę, na język angielski, lingua franca współczesności, czy też na
język szwedzki, nikomu przecież dzisiaj niepotrzebnym. To było doświadczenie
wspaniałe, ale jednocześnie trudne, bo trzeba zacząć od zera, zniweczyć siebie,
anihilować, zrujnować. Uczyło pokory. Zostałem wrzucony na głębokie wody. Udało
mi się nie utonąć. Tzw. republika uczonych stała się moją ojczyzną. Uniwersytet
jest oknem na świat w dosłownych tego słowa sensie.
Drugim
doświadczeniem formującym w czasie pobytów zagranicznych na innych uniwersytetach
i w naszym uniwersytecie to doświadczenie wspólnoty. „College”, inaczej
kolegium, to wspólnota. To nie jest fabryka. Jeśli ktoś widział kiedyś taniec
szkocki, to wie o czym mówię. To nie jest taniec w parach, to nie jest bezładny
taniec disco, to są figury z ciał, wymagające koordynacji, współpracy. Albo
może ktoś widział piramidę z ludzi w katalońskiej i hiszpańskiej Barcelonie
(Castell)? Wiecie Państwo jak to wygląda, każdy musi znać swoje miejsce, ci co
są barczyści, silni, wytrzymali mogą stać się podstawą piramidy, ci, co zwinni
i śmiali i lżejsi, mogą wspinać się na szczyt tej piramidy. Piramida z ludzi
jest metaforą wspaniałej zespołowej roboty.
Takiej
zespołowej roboty wymaga też sztafeta w biegu; ostatnio uczestniczyłem jako
jeden z 50 biegaczy z Uniwersytetu Łódzkiego w biegu charytatywnym Business Run
Poland. Wiecie co jest najbardziej stresujące? Pierwszy raz miałem biec w
sztafecie, wiecie, wolę dłuższe dystanse, samotność długodystansowca, a tutaj
miałem przekazać pałeczkę następnej osobie, tamta następnej itd. Pięć osób
uzależnionych od siebie nie tylko tempem biegu, ale i sprawnością przekazania
pałeczki. Nie mogłem spać przed biegiem, bo nie mogłem dokładnie uświadomić
sobie, jak będzie przebiegać to przekazywanie. Śmieszne, nie? Odpowiedzialność
wspólnoty. To nie są syreny fabryk.
Wspólnota
zatem to nie tylko szkocki taniec, piramida z Barcelony, czy bieg w sztafecie,
dla mnie to także strajk studencki w 1989 r. i na tym wydziale strajk
akademicki w 2018 r. Wiecie co to uniwersytet, wiecie skąd słowo universitas?
Dzisiaj wielu pewnie powie o kosmicznym wymiarze uniwersytetu, który musi swoją
wiedzą ogarnąć Uniwersum, cały świat, od geologii, fizjologii po filologię
klasyczną, socjologię, czy fizykę jądrową. Jednak u zarania nowożytnej idei
uniwersytetu jest nade wszystko „universitas” pojmowana jako społeczność,
wspólnota uczonych i studentów (albo jak w Bolonii na początek samych
studentów, którzy stowarzyszali się, bo chcieli mieć tańsze mieszkania). Ta
wspólnota była także obecna u zarania akademii w antyku w idei Sympozjonu,
uczty wspólnej, w trakcie której można było rozmawiać, dialogować, dyskutować.
Choć wtedy także dużo się przechadzano i w trakcie tego chodzenia, dyskutowano.
Czy tym można zarządzać jak korporacją? Sympozjonem? Uniwersytetem. Alma mater?
Zatem ta
wolność, której doświadczyłem „na wygnaniu”, „w ziemi obcej”, to doświadczenie
stresujące, niekomfortowe, ale jednocześnie doświadczenie wielu wspólnot.
Dzisiaj sporo mówi się też o tym, że uniwersytet nie może być wieżą z kości
słoniowej, luksusowym miejsce izolacji od świata zewnętrznego. Stąd najważniejszymi
celami edukacji w wielu najlepszych uniwersytetach świata są zaangażowanie
społeczne, umiejętność współpracy, kreatywne myślenie, krytycyzm. Uniwersytety
mają być podobnie jak świat dziennikarstwa, czwartą władzą, rodzajem równowagi
dla świata biznesu i polityki. Nie mogą nią pozostać, jeśli kultura
uniwersytetu będzie kulturą wielkich korporacji. Produktywność jest ważna, ale
umiejętności ogólnoludzkie i postawy są jeszcze ważniejsze.
Opowieść
trzecia. Ciało. Zombie. Automat
Przechodzę do
trzeciej historii. Świat cyfrowy.
Łolaboga
łolaboga, ludzie śpią ze smartfonami…
Wolą smartfony
od żon, mężów i kochanków… ludzie śpią ze smartfonami, niedługo będą zupełnie
odcięci od rzeczywistości analogowej; będę sobie wszczepiać różne implanty, i
coraz częściej przypominać będą zombie. Albo automaty. Jesteśmy zanurzeni w
cyfrowym świecie. Wiedza jest dzisiaj wszędzie. Po co komu uniwersytet? Po to
żeby mieć dyplom?
W 2012 roku
The Economist ogłosił MOOCs naważniejszym zdarzeniem edukacyjnym, najbardziej
rewolucyjną innowacją, która zniszczy tradycyjne uniwersytety. I co? Nadal uniwersytety
są i mają się dobrze? Dlaczego? Czy MOOCs (massive open online courses, czyli
masowe szkolenia online) mogą zastąpić kształcenie uniwersyteckie? Przecież
lepiej jest wysłuchać wykładu gwiazdy z Harvardu, aniżeli jakiegoś lokalnego
nudziarza… No ale nie ma się żadnego dyplomu… Tym, co zostaje na uniwersytecie
już na pewno nie jest tradycyjny wykład (1,5 godziny i tyle zamierzam dzisiaj
mówić… nie żartuję, zmierzam już do końca…),
Tym, co
wyróżnia Uniwersytet to tradycyjne międzyludzkie relacje komunikacyjne,
najlepiej widoczne z jednej strony w kolegialności decyzji oraz w relacji
mistrz – uczeń. We wspólnocie realnie uprawianego sportu np. w AZS.
Automatyczne samochody bez kierowcy są niewątpliwą przyszłością, roboty przenoszące i przewożące towary w magazynach są już oczywistością, tu i teraz, tak jak BIG DATA, czy crowdsourcing, wszyscy korzystają z tłumacza Google, który jeszcze całkiem niedawno był śmiesznie idiotyczny, a teraz jest już naprawdę niesamowicie skuteczny. Po co komu nauka języków, jeśli mamy automatycznego translatora w naszej komórce? Nawigacja komputerowa zupełnie wyparła papierowe mapy. Dzwonimy na Biuro Obsługi Klienta w banku czy do Narodowego Funduszu Zdrowia i rozmawiamy z awatarami, którzy przekierowują nas na właściwe rozwiązania problemów. Po co więc uniwersytet? Wiedza jest wszędzie. Nie potrzeba wyższego wykształcenia, żeby wiedzieć dużo. Zresztą, jeśli wiedza jest wszędzie, to po co w ogóle cokolwiek wiedzieć?
Ano właśnie.
Żyjemy w czasach, które zostały także nazwane czasami post-prawdy (The
Economist bodaj w 2016 r. ogłosił to dziwne wyrażenie słowem roku). Żeby
dzisiaj funkcjonować potrzebujemy rozróżnienia prawdy od fake-newsów, prawdy od
zmyślenia i zwykłego kłamstwa. Nie jest to łatwe, ostatnio mówi się o takich
przepracowanych kłamstwach, które nazywają się „deep fake-news”, super
fake-newsami. Widzimy na ekranie Donalda Trumpa, który wypowiada wojnę Korei
Północnej, a potem okazuje się, że to wcale nie jest Gabinet Owalny i nie jest
Donald Trump, tylko jego komputerowy awatar. Fake news już poszedł w świat i
żyje własnym życiem.
Dlatego
uniwersytety są potrzebne, żeby nauczyć, jak korzystać z wiedzy, jak rozróżnić
wiedzę prawdziwą od nonsensu. Organizację dobrze zarządzaną od złej,
odczłowieczającej fabryki czy zniewalającej korporacji. Do tego potrzeba
umiejętności i postaw, które odróżniają nas od robotów i zombie. Tylko bycie
niezastępowalnym przez automaty może dać nam przyszłość: to jest kreatywność,
wyobraźnia, krytycyzm, intuicja, odwaga. To nas wyróżnia od automatów. Stąd też
kolosalne znaczenie nauk humanistycznych i społecznych. No bo co z tego, że
nauki przyrodnicze będą udowadniać, że powszechne szczepienia ograniczą naszą
umieralność? Jeśli nie będzie odpowiedniej ilość przekonujących dziennikarzy,
wykształconych ekspertów z miękkimi umiejętnościami, popularność w społeczeństwie
zyskają szarlatani, udowadniający szkodliwość szczepień. Co z tego, że
klimatolodzy stwierdzą ewidentny wpływ człowieka na zmiany klimatyczne, jeśli
część polityków z odpowiednim oprzyrządowaniem powtarzać będzie, że to wszystko
bajki i wymysły? I wyślą egzorcystów na „rozhisteryzowane dziecko…”
Uniwersytet
musi kontynuować swoją oświeceniową misję: prawda, wolność, ciało. Świat
cyfrowy jest wszechobecny i wszechmocny, trzeba z niego korzystać, ale nauczyć
się także kwestionować.
Dlatego, jeśli
miałbym zakończyć jakimś przesłaniem, to mogę je streścić w dwóch słowach:
Nienasycenie i
nieskończoność.
Trzeba być jak
swobodnie bawiące się dziecko, nienasycone w pragnieniach, pożądaniach, ale
także pragnieniu wiedzy, ale i wolne aż do nieskończoności, potrafiące mówić
nie. Kończyłem kiedyś każdy wykład ze studentami mottem: „Ty sam jesteś
nieskończonym oceanem”.
Czesław Miłosz
napisał kiedyś:
Tak samo było
kiedy miałem dwadzieścia lat.
Ale wtedy nadzieja że będę wszystkim,
Może nawet motylem i kosem, przez zaklęcie.
Zachwyciłem się ostatnio płytą pr. Mury Barbary Streisand. Ale mój przyjaciel Sven Hillert, o którym swego czasu już pisałem, też o nich pisze, wspomina je, napomyka o nich….
Tak bardzo się boję niczego i wszystkiego,
gdy pogoda jest zbyt gorąca, a społeczeństwo zbyt zimne.
Robi się tak źle, gdy spóźnia się sprawiedliwość,
kiedy wkład z pomocą robi się coraz mniejszy, a wysokie mury podwyższa się jeszcze.
Wydaje się tak oczywiste, że trzeba coś zrobić,
jeśli zamierzamy zrobić w sobie samych to, czego naprawdę pragniemy.
Właśnie przedwczoraj 14 września 2019 r. ukazał się kolejny artykuł w Times Higher Education na temat negatywnych zmian społecznych przymusu publikacji w języku angielskim, tym współczesnym lingua franca.
David Matthews pisze, że zdaniem eksperta, nomen omen, bibliometrii, który monitorował to przejście w Norwegii, uczeni z nauk humanistycznych i społecznych w Europie kontynentalnej ryzykują utratę znaczenia społecznego, jeśli nadal będą się przestawiać na angielski jako główny język publikacji profesjonalnej.
Utrata znaczenia humanistyki i nauk społecznych w społeczeństwie to także degeneracja dla kultur narodowych i niwelacja spraw lokalnych na rzecz spraw obchodzących wyłącznie anglojęzycznych naukowców. No bo żeby napisać z sensem po angielsku, angielskie muszą być także materiały egzemplifikujące oraz konteksty eksplikacji.
Zgodnie z badaniami przedstawionymi uczestnikom konferencji przez profesora Sivertsena, w Norwegii odsetek artykułów humanistycznych opublikowanych w języku norweskim spadł z około 65 procent w 2005 r. Do mniej niż 40 procent do 2014 r. W naukach społecznych z 55 do 30 procent.
Warto wskazać, że wyniki badań dotyczą społeczeństwa skandynawskiego, które świetnie rozumie angielski i bardzo dobrze się nim posługuje. Ale rzecz w materiale badawczym i kontekstach eksplikacji – społeczeństwo przestaje rozumieć akademików, bo piszą o obcych im problemach i zagadnieniach.
Żeby zatrzymać dryfowanie w kierunku wyłącznego używania języka angielskiego. Profesor Sivertsen, wskazał na samorganizację środowisk naukowych np. Na Helsińską Inicjatywę na Rzecz Wielojęzyczności w Komunikacji Naukowej, kampanię mającą na celu utrzymanie publikowania w języku lokalnym.
Sam posługuję się w mowie i piśmie zarówno polskim, jak i angielskim i szwedzkim. Gorzej znam kilka innych języków. Ale wiem, że język ojczysty to żywa tkanka, którą trzeba chronić. Nie izolować, nie niszczyć ksenofobią i nacjonalizmami, ale język musi być rozwijany przez żywych ludzi, tych najbardziej wrażliwych i wykształconych także, aby Ci mniej wykształceni stawali się lepsi i bogatsi. Nauki społeczne i humanistyka to nie laboratoria i badania pod mikroskopem, tutaj olbrzymią rolę odgrywają czynniki kulturowe. Ja kocham język polski, a Pan Panie Ministrze Gowin?
11 września 2001 roku, czyli 18 lat temu, kiedy skończył się (post-)modernizm, byłem w Bolzano, na skraju włoskich Dolomitów, w mieście pomieszania kultur i języków. Tam była szkoła letnia BISCA, czyli Bolzano International SCHOOL of Cognitive Analysis. Pamiętam ten dzień, światło wrześniowe radośnie wpadało do gotyckiego zamku, w którym obradowaliśmy.
Bolzano przy włosko-austriackiej granicy we włoskich Dolomitach
Wykładowcami byli też Amerykanie, M.in. George Lakoff (ten od metafor w naszym życiu) i Leonard Talmy. Pamiętam, że przerwaliśmy obrady, żeby z przerażeniem oglądać atak na wieże NY na telewizorze w portierni zamku…
Ground Zero Memorial w Nowym Yorku
Zdjęcie z ground zero w NY (fot. JP)
Amerykanie zastanawiali się, czy będą mogli wrócić, nikt nie wiedział, co się dzieje… tak właśnie skończył się dla mnie (post-)modernizm. Metafora ucieleśniła się w katastrofie walących się wież.
Spróbuj opiewać okaleczony świat
Spróbuj opiewać okaleczony świat.
Pamiętaj o długich dniach czerwca
i o poziomkach, kroplach wina rosé.
O pokrzywach, które metodycznie zarastały
opuszczone domostwa wygnanych.
Musisz opiewać okaleczony świat.
Patrzyłeś na eleganckie jachty i okręty;
jeden z nich miał przed sobą długą podróż,
na inny czekała tylko słona nicość.
Widziałeś uchodźców, którzy szli donikąd,
słyszałeś oprawców, którzy radośnie śpiewali.
Powinieneś opiewać okaleczony świat.
Pamiętaj o chwilach, kiedy byliście razem
w białym pokoju i firanka poruszyła się.
Wróć myślą do koncertu, kiedy wybuchła muzyka.
Jesienią zbierałeś żołędzie w parku
a liście wirowały nad bliznami ziemi.
Opiewaj okaleczony świat
i szare piórko, zgubione przez drozda,
i delikatne światło, które błądzi i znika
i powraca.
wiersz z tomu Anteny
cyt. za: Adam Zagajewski, Wiersze wybrane, Wydawnictwo a5, Kraków 2010, s. 250
Ten wiersz został zamieszczony w New Yorkerze jako reakcja na katastrofę, która jednak daje nadzieję. Sprawa była dziełem przypadku, ale ten wiersz przeszedł do historii. Okaleczony świat dzisiaj wydaje się jeszcze okropniejszy, z mnóstwem agresji, kłamstwa i cierpienia. Ale trzeba nadal podejmować to wyzwanie i opiewać okaleczony świat… W końcu może obudzi się w nas „lepszy anioł naszej natury”…
Ground Zero Memorial (foto JP) Autor przy pomniku ofiar w NY, rok 2015