Nie, nie propaguję wizjonera, terrorysty i krytyka społeczeństwa technologicznego — Kaczyńskiego
Ted Kaczyński 1 kwietnia 1996 r. wg zdjęcia FBI na stronach Wikipedii
Nie jest to moją intencją. Miał on niewątpliwie wiele ciekawych spostrzeżeń na temat szalonych elementów naszej współczesnej cywilizacji technologicznej, wykorzystującej naturę i zwierzęta w sposób bezwzględny, krytykował społeczeństwo na prawo i lewo, jego atak miał uderzać przede wszystkim w tzw. lewactwo, ale dostawało się także tzw. konserwatystom za wspieranie postępu technologicznego i wzrostu gospodarczego za wszelką cenę. Kaczyński jednak uderzał w świat nauki i technologii całkiem realnie, bombami. Teodor Kaczyński był nazywany UNABOMBEREM, bo atakował świat uniwersytecki, z którego się wywodził.
Jeśli spojrzeć na jego manifest opublikowany pod wpływem terroru w Washington Post przed dokładnie ćwierćwieczem (sic!) 22 września 1995 r., (oryginał tutaj na stronach the Washington Post, po polsku opublikował rzecz Krzysztof Kłopotowski tutaj) to niektóre sformułowania muszą zabrzmieć proroczo. Dlatego niektórzy widzą w nim patrona radykalnych ekologów. I zrównują jego twórczość z takimi tuzami myśli jak George Orwell.
Jak zauważyła ostatnio młoda szwedzka kulturo- i literaturoznawczyni z Cambridge Josefin Holmström na łamach Svenska Dagbladet sprawa postępu cywilizacyjnego w okresie pandemii i katastrofy klimatycznej jest co najmniej wątpliwa, jeśli nie jest wprost po prostu fałszywą utopią. Już w 1932 roku brytyjski psychoanalityk David Eder w eseju „Mit postępu” pisał, że wedle tego mitu nasza cywilizacja zawsze będzie podążać w pożądanym kierunku. Jak dobrze to wiedział Leszek Kołakowski w pracy pt. „Obecność mitu”, mit jest konieczny ludzkości, ale jest on także ostatecznie koncepcją religijną.
Zrzut z konta Twitterowego Josefin Holmström, szwedzkiej kulturo- i literaturoznawczyni, publicystki m.in. Svenska Dagbladet (Jarosław Płuciennik, 22 września 2020)
Josefin Holmström pisze przekonująco, że „mit postępu to mit ludzkiej niezależności i samowystarczalności, kojarzony w naszych czasach być może szczególnie ściśle z triumfalizmem lat 90.”
Idea postępu jest znacznie starsza, wywodzi się z końca XVII wieku, a nazwana została przez historyka z Cambridge Herberta Butterfielda w książce „The Whig Interpretation of History” z 1931 r.
Oczywiście, Steven Pinker pokazuje, że postęp medycyny i innych naukowych odkryć związanych z jakością życia jest całkiem realny. Ale faktycznie jedną z pięt Achillesowych jego koncepcji jest niewielkie odniesienie do katastrofy klimatycznej oraz ciągłe jednak pozytywne waloryzowanie humanizmu. Jakby nie zauważał zupełnie rysującego się post-antropocenu. Tylko, co się wyłoni po panowaniu człowieka? Czy tak, jak chce Ted Kaczyński: technologiczny system, który zapanuje nad światem zupełnie?
Steven Pinker w 2005 r. wg Wikipedii
Holmström pisze: „Dziś mamy penicylinę i wiemy, że lekarze powinni myć ręce […]. W krajach rozwijających się spada ubóstwo i umieralność dzieci; więcej może się nasycić; więcej dzieci chodzi do szkoły; mniejszości, które wcześniej były prześladowane, mają teraz prawa. [Kaczyński nie byłby zadowolony, dop. JP] […] Korzyści materialne to nie wszystko. Kapitalizm i liberalizm mogły uczynić życie lepszym pod kilkoma względami, ale miały również konsekwencje w postaci zwiększonego indywidualizmu i samotności, duchowego ubóstwa i zepsucia kulturowego, a także utowarowionego spojrzenia na człowieka.”
Nie tylko „Unabomber” miał zastrzeżenia do społeczeństwa technologicznego. Wśród bardziej znanych dysydentów jest także znacznie bardziej czysty fiński filozof Georg Henrik von Wright, który przez długi czas kwestionował wiarę w postęp technologiczny. W wywiadzie prasowym fińska badaczka-filozofka Nora Hämäläinen urodzona w 1978 r., badaczka etyki w Centrum Etyki o nazwie Studium Wartości Ludzkiej na Uniwersytecie w Pardubicach w Czechach oraz profesorka nadzwyczajna filozofii na Uniwersytecie w Helsinkach komentuje, że to przesąd wierzyć, że „technologia rozwiąże wszystkie nasze problemy, abyśmy nie musieli przygotowywać się do zmiany naszego stylu życia”. Jak wskazuje Holmström taki przesąd może powodować, że „woli się czekać na nowe paliwo lotnicze, nowe rozwiązania w zakresie energetyki jądrowej, coś, co nadejdzie, nie wiadomo kiedy.” Nie robić nic, żeby nie musieć się zmieniać.
Książka Nory Hämäläinen, Literature and Moral Theory z 2015
Nie jest także żadnym rozwiązaniem powrót do średniowiecza, kiedy także wierzono w postęp, tyle że objawienia chrześcijańskiego. I to pomimo to, iż w istocie ewangelicznego przesłania jest „również zrozumienie, że jako istoty ludzkie możemy łatwo cofnąć się i popaść w destrukcyjne zachowania. To, co nowe, niekoniecznie jest lepsze.”
Holmström kończy swoje rozważania ciekawą refleksją: „Nikt tak naprawdę nie wie, co będzie dalej, ale rok 2020, rok pandemii, dyktatur i kryzysu klimatycznego, daje nam powód, by poważnie zastanowić się, jak myślimy o świecie, o sobie i o sobie nawzajem – i co naprawdę oznacza postęp.”
Jedną z najbardziej wpływowych idei XX wieku była edukacja progresywna. Część z niej wywodzi się z idei pragmatystycznego filozofa amerykańskiego Johna Deweya, który w książce „Demokracja i edukacja. Wprowadzenie do filozofii edukacji” z 1916 r. dał wyraz swoim ideałom edukacyjnym. W jakiejś mierze miał oczywiście słuszność, że dzieci powinny się uczyć w szkole poprzez działanie, perfomatywność i cielesność znajdują dzisiaj wielkie wsparcie w naukach kognitywnych. Dlatego jego idee, żeby np. uczyć się poprzez np. uprawianie ogrodu, co stanowiło pewną drogę w postępie ludzkości do cywilizacji, wydają się dzisiaj także słuszne.
Jednak rację mają także i Ci twierdzący, jak Polito, (Polito, Thodora. „Educational Theory as Theory of Culture: A Vichian Perspective on the Educational Theories of John Dewey and Kieran Egan”. Educational Philosophy and Theory 37, nr 4 (2005).), że te idee nie doceniają np. wykształcenia klasycznego, np. nauki języków, retoryki itd. A tutaj powinno się znaleźć balans. Bo w kulturze oralności, kulturze klasycznej, opartej w dużej mierze na metaforze i estetyce jest olbrzymi potencjał także. Dlatego potrzebna jest równowaga. Nie można po prostu negować całej kultury oświecenia, nowoczesności wspierających technologię i wyzysk. Negujmy absurdy nowoczesności prowadzące nas do katastrofy, ale też zobaczmy, że dobre strony i zastanówmy się nad poważniejszą korektą w naszym projekcie antropocenu: zapędziliśmy się. Choć wizjoner-terrorysta Kaczyński też się zapędził w metodach rozgłaszania swoich, skądinąd, czasami słusznych idei. Nie odrzucajmy nauki, bo prowadzi często do zbrodni oraz nie odrzucajmy humanistyki i języków, bo mogą też być wykorzystywane do niecnych celów. Racjonalność i dobro potrzebują obu.
Świetny skrót Davida Lyncha na temat kreatywności: łowienie ryb jako metafora dla łowienia idei-pomysłów, oraz wybuch idei/pomysłu w umyśle… Tylko 8 minut, ale naprawdę świetne!
„Stop bzdurom” i „Świat Nauki…. Po raz pierwszy od 175 lat Scientific American popiera jednego z kandydatów na prezydenta USA. Decyzja bezprecedensowa.
Zrzut ekranu z wydania internetowego Scientific American, 16.09.2020
Od dziesięcioleciu już czytuję „Scientific American” oraz jego córkę, magazyn „Mind” w oryginale amerykańskim, głównie ze względu na potrzebę ćwiczeń językowych. W Polsce ten amerykański miesięcznik popularnonaukowy wydawany jest po polsku jako „Świat Nauki”, zresztą wersji językowych na całym świecie jest sporo, nakłady SA idą w miliony. Wielu cenionych, czy nawet sławnych naukowców (np. Albert Einstein) pisywało w nim. Od pewnego czasu zarządza nim ta sama firma, która wydaje prestiżowe Nature. Ukazuje się od 175 lat. Dzisiaj dowiedziałem się, że „Świat Nauki”, czyli „SA” powiedział „Stop bzdurom” i popiera Joe Bidena w wyborach prezydenckich USA na jesieni tego roku. (w magazynie październikowym Scientific American z 15.09.2020 r. pt. „From Fear to Hope” [od strachu do nadziei] w Scientific American 323, 4, 12-13 (październik 2020)
Naukowcy w laboratorium (lic. Depositphotos)UNIVERSAL CITY, CA – MARCH 2006: Donald Trump ze Shrekiem w tle (lic. Depositphotos)
Decyzja niebywała od prawie dwóch stuleci istnienia pisma. Co się stało? Czyżby upolityczniona redakcja? A może jednak coś innego?
Ja sam jestem humanistą. Zarzut upolitycznienia humanistyki zdarza się często, bo przecież tematyka humanistyczno-społeczna jest szczególnie doniosła społecznie, zatem także czasami — doniosła politycznie.
W dzieciństwie jako czytelnik powieści science-fiction, między innymi Stanisława Lema, byłem jednak zawsze otwarty na nowinki z nauk przyrodniczych, nazywanych „twardą nauką”, czy po angielsku po prostu nauką (science). Był nawet moment w 8 klasie podstawówki, w której bibliotekarka z osiedlowej biblioteki powiedziała mi, że przeczytałem już wszystko z półki z działu popularyzatorskiej nauki (głównie książki z tzw. Serii +/- nieskończoność) i dlatego ona mi załatwi możliwość wypożyczania w Bibliotece Pedagogicznej. Od tej pory uzyskałem dostęp do nauczycielskiej biblioteki, czego w domu nie miałem. Wtedy nie było w Polsce także stacji telewizyjnych takich jak Discovery, czy National Geografic.
Kopia Konstytucji Stanów Zjednoczonych, wytworze kultury Oświecenia
Do dzisiaj specjalistą w nauk przyrodniczych nie jestem, jednak interesują mnie nowinki i odkrycia tak po prostu, gdyż kultura nauk przyrodniczych wyrasta z tego samego pnia kultury oświecenia, z której wywodzi się np. dyskurs praw człowieka czy równości i tolerancji.
Dlaczego o tym piszę? Bo redakcja Scientific American od wczoraj bardzo sążniście się tłumaczy z poparcia Joe Bidena. Twierdzą, że nie jest im lekko i czują się zmuszeni. Dlaczego?
Bo „dowody i nauka pokazują, że Donald Trump poważnie zaszkodził USA i ich mieszkańcom – ponieważ odrzuca dowody i naukę.”
Znana jest Trumpowa nieudolna i nieuczciwa polityka względem pandemii COVID-19 (prawie 200 tyś. zgonów z tego powodu w całych USA). Trump znany jest także z ataków na ochronę środowiska, opiekę medyczną oraz naukowców i publiczne agencje naukowe. Jest znanym antymaseczkowcem (co chyba łatwo mu przychodzi jako zwolennikowi maczyzmu w czystej postaci, klasyczny maczo kondomów i maseczek nie zakłada). Przez Trumpowe lekceważenie prostych i bardziej złożonych metod kontroli „Stany musiały ponownie się zamknąć, co wiązało się z ogromnymi kosztami gospodarczymi. Około 31 procent pracowników zostało zwolnionych po raz drugi w następstwie gigantycznej fali” (ponad 30 milionów ludzi). „Na każdym etapie Trump odrzucał niewątpliwą lekcję, że kontrolowanie choroby, a nie jej bagatelizowanie, jest drogą do gospodarczego ponownego otwarcia i ożywienia.”
Podobnie jak liderzy w niedemokratycznych już państwach, takich jak Polska, „Trump wielokrotnie okłamywał opinię publiczną na temat śmiertelnego zagrożenia chorobą, mówiąc, że nie jest to poważny problem i „to jest jak grypa””, a na pewno wiedział, bo świadczą o tym dokumenty, że jest bardziej śmiertelna i wysoce zaraźliwa.
Trump jest także antynaukowy, jeśli idzie o finansowanie państwowej służby zdrowia w Stanach, ale także w tym, że zaproponował miliardowe cięcia dla National Institutes of Health, National Science Foundation i Centers for Disease Control and Prevention. Wycofał USA z członkostwa w Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).
Illustration of the World Health Organization flag (lic. Depositphotos)
Lista przewin Trumpa jest dłuższa, nie sposób ich wręcz tutaj wszystkich przytoczyć, ale to, że „zastąpił naukowców w radach doradczych agencji przedstawicielami branży.” No i przyłączył się do negacjonistów klimatycznych: twierdzi, że żadna katastrofa klimatyczna nie istnieje i wycofał USA z międzynarodowych porozumień, łagodzących zmiany klimaty.
Odwrotnie Joe Biden, który poszukuje wiedzy fachowej i przekształcił ją w solidne propozycje polityczne. Wspierać chce swoje działania nauką i ekspertyzami. Redakcja uzasadnienie poparcia Bidena kończy wyrazistym apelem: „Czas wyprowadzić Trumpa i wybrać Bidena, który ma doświadczenie w śledzeniu danych i kierowaniu się nauką.” Innymi słowy, Biden nie wspiera ciemnoty i pragnie zatamować „bzdury”. Można tylko przyklasnąć: „Stop bzdurom!”
Popieram Scientific American nie dlatego, że jakoś bardzo chciałbym ingerować w tamtejsze wybory, jak chciałby tego pewnie Władimir Putin. Nie! Popieram SA, bo dla mnie także ta kultura tzw. ojców założycieli (founding fathers) USA jest kulturą Oświecenia. I demokracji. I tolerancji…
Benjamin Franklin, jeden z ojców założycieli USA obecny faktycznie na banknocie 100 dolarowym, też nosiłby maskę, bo był naukowcem (lic. Depositphotos)
PS. Greta Thunberg, szwedzka aktywistka, cytuje w Twicie SA, nawołując do poparcia Bidena, miko że zazwyczaj stroni od partyjności… 10.10.2020
Nowe słowo w Polsce i w angielszczyźnie: plandemia i skamdemia
Według Słownika Języka Polskiego
pandemia to
1. «epidemia obejmująca swym zasięgiem bardzo duże obszary», inaczej: „nazwa epidemii o szczególnie dużych rozmiarach, obejmującej kraje, a nawet kontynenty.”
Z greckiego pandemia oznacza „cały lud”, jak podaje „Słownik wyrazów obcych”, pochodzi to słowo od od ‚pandemos’ „powszechny, należący do całego ludu”.
I to użycie spotykamy najczęściej, ale jest też drugie:
2. «idealny sojusz wszystkich narodów, żyjących w pokoju i wzajemnej zgodzie»
To jest zaskakujące użycie, niemal paradoksalne, bo jest też trzecie, bardzo od tego drugiego inne skojarzenie:
3. pandemonium: piekło, kompletne zamieszanie, chaos, anarchia, sądny dzień, istny koniec świata, ogłuszający zgiełk, tumult.
Jeden z przydomków Afrodyty to Pandemos jako opiekunki kobiet upadłych, oznaczała także nierządnicę. W „Raju utraconym” Johna Miltona „pandemonium” to stolica piekieł występująca na końcu Księgi I Raju utraconego (1667). Architektem Pandemonium był Mulciber. Demony zbudowały go w około godzinę, ale znacznie przewyższał wszystkie ludzkie pałace i siedziby. Był złoty.
Upadły anioł, symbol pandemonium (lic. Depositphotos)
Na stronach „Tajemnice świata” jednak pandemia widziana jest jako fałszywa pandemia, i nazywana jest czasem w sieci „plandemią”: CZARNE CHMURY NAD SIECIĄ 5G PRZYKRYTE FAŁSZYWĄ „PANDEMIĄ” KORONAWIRUSA https://www.tajemnice-swiata.pl/falszywa-pandemia/
Podobne teorie spotkać można na różnym forach blogerów youtubowych.
Od II połowy kwietnia 2020 coraz więcej ludzi szuka w sieci Internet wyjaśnienia, co znaczy słowo „plandemia” albo angielskie „plandemic”. Wcześniej oba wyrażenia nie istniały.
Strona The Economist, ilustracja do artykułu o pandemii, zrzut ekranu JP
Pisze się o plan- i skamdemii, bo zwolennicy spiskowych teorii przejmują rząd dusz nad tymi, którym z jakichś powodów nie podoba(ło) się totalne zamknięcie całego niemal świata w okresie od marca do końca maja 2020 r. Jak pisze redakcja międzynarodowa The Economist, poglądy tych protestujących są często śmieszne; ale konsekwencje bywają poważne”.
Zamknięcie (ang. lockdown) stało się poważnym problemem dla całych społeczeństw. Nie ma co z tym dyskutować. W wielu miejscach na świecie stosowano metody na pograniczu prawa, bądź całkiem bezprawne. Przypomnę, jakoś o tym się zapomina, że w Polsce jedne z najdrastyczniejszych ograniczeń wolności obywatelskich (takie jak domowe kwarantanny niemal całego społeczeństwa, zakaz wchodzenia do lasów, zakaz przemieszczania się) wprowadzono z pogwałceniem Konstytucji RP, która wymagałaby w takich sytuacjach wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, konkretnie klęski żywiołowej. Bezprawne były wybory w maju, które się odbyła, a jednak nie odbyły… Dlatego nie dziwi ani trochę opór niektórych obywateli. Choć motywacja tego oporu bywa, niestety, dziwna. I groźna.
Po wprowadzeniu złagodzenia restrykcji, objawił się opór także na ulicach.
Jednak faktycznie zaskakuje treść tych protestów na całym świecie: w Rzymie, w brytyjskich miastach, w tym w Edynburgu i Sheffield, w Australii, w tym w Melbourne. Także dziesiątki tysięcy Niemców w Berlinie. W Polsce przeciwko zamknięciu gospodarki protestowali w swoim czasie przedsiębiorcy. Jak wskazuje the Economist w protestach nie ma jednolitości, można powiedzieć, to istne pandemonium: „antyszczepionkowcy”, aktywiści anty-5G protestujący przeciwko inwigilacyjnemu, policyjnemu państwu, antymaseczkowcy, ale także skrajna prawica z flagą dawnego imperium niemieckiego sprzed 1918 r.
Zgromadzenia naruszały prawo przeciwko zgromadzeniom, bo było na nich np. w Londynie ponad 30 osób.
Temu wszystkiemu towarzyszy przekonanie, że wirus „„nie jest chorobą zakaźną o dużych konsekwencjach”, ale został wykorzystany w „operacji psychologicznej” mającej na celu zamknięcie gospodarki w interesie wielkich korporacji, takich jak firmy farmaceutyczne i telekomunikacyjne. I w tym kontekście pojawia się właśnie nowe słowo: „plandemiczna epidemia”, pandemia to jest realny i niebezpieczny, ale umyślny spisek niektórych złych ludzi lub rządów, mających na celu zarobienie ogromnych pieniędzy albo narzucenie lub rozszerzenie dyktatury. (Taka opcja będzie też prawdopodobnie w Polsce.)
To, że niektórzy celebryci i naukowcy przewidywali wystąpienie pandemii (m.in. cytowany przeze mnie Nassim NicholasTaleb, autor bestselerowego „Czarnego łabędzia”), powoduje, że postrzega się ich jako wiedzących więcej, a nawet jako inspiratorów całego zamieszania. Spotkało to Billa Gatesa, współzałożyciela firmy Microsoft i czołowego filantropa. „Według ankiety przeprowadzonej przez YouGov i Yahoo News, ponad jedna czwarta Amerykanów i 44% Republikanów uważa, że Gates chce użyć szczepionki Covid-19 do wszczepienia mikroczipów pod skórę ludzi. Przemówienie, które wygłosił w 2015 roku, w którym argumentował, że „jeśli cokolwiek zabije ponad 10 milionów ludzi w ciągu następnych kilku dziesięcioleci, prawdopodobnie będzie to wysoce zaraźliwy wirus, a nie wojna”, było oglądane na YouTube ponad 30 milionów razy. Dla wielu jest to dowód winy.”
Symbol spisku ponadpaństwa Q (lic. Depositphotos)
Również dziwaczna teoria spiskowa wspierająca Donalda Trumpa „QAnon”, jest przywoływana w tym kontekście. Zgodnie z nią prezydent Donald Trump prowadzi tajną wojnę z elitą czczących diabła pedofilów. (Kiedyś naczelną burdelmamą pedofilów miała być Hillary Clinton, która w kampanii wyborczej była oskarżana o prowadzenie pizzerii pod przykrywką).
Bardzo charakterystyczne, że o Polsce ta legendarna postać Q, która jest źródłem różnych spiskowych teorii, wypowiedziała się chyba tylko raz, jak podaje Wikipedia: „Według Q Narodowy Bank Polski jest rzekomo kontrolowany przez rodzinę Rotschildów, która w świetle całej teorii konspiracyjnej propagowanej przez Q stanowi jeden z kilku głównych rodów sterujących organizacją przestępczą z którą walczy administracja Donalda Trumpa.” Nic dziwnego, że tutaj, w kraju takim jak Polska, mamy antyżydowski spisek w tle.
The Economist wskazuje na niebezpieczeństwo takich marginalnych, ale głośnych grup: „mogą być wykorzystywane przez inne siły polityczne, ” (skrajna prawica), żywią się innymi podziałami „wojny kulturowej”, „pozostawiając społeczeństwo bardziej podzielone w czasie, gdy wspólne zagrożenie mogło je połączyć. Noszenie maski powinno być środkiem ostrożności dla zdrowia publicznego, a nie polityczną odznaką.”
Po trzecie, kompromitują często właściwy krytycyzm względem państwa, wykorzystującego „kryzysy”, „wstrząsy” dla własnych celów i własnej agendy.
„Ks. Dominik Chmielewski jest twórcą i duchowym przywódcą istniejącej od kilku lat formacji Wojowników Maryi, w której mogą działać wyłącznie mężczyźni. Jej członkowie mówią o sobie, że są armią Boga.”
Zatem nowe słowa czasami są niewinne, ale mogą być także niebezpieczne, tak jak skrajnie niebezpieczni są antyszczepionkowcy, choć płaskoziemcy już mniej, bo ich teorie nie wpływają tak bardzo na praktykę społeczną, jak antyszczepionkowców. Jednak w powszechnym pandemonium wywołanym pandemią, te radykalne grupy stają się bardzo widoczne, zaś hasła coraz głośniejsze. Dlatego uważajmy na słowa.
Jarosław Płuciennik
PS. Artykuł zmieniony nieco ukazał się 11 września 2020 w Tygodniku Łódź, Gazety Wyborczej, w wydaniu papierowym.
PS2. Artykuł ukazał się także na stronach internetowych Gazety Wyborczej 12 września. W dniu, w którym w Warszawie odbyła się manifestacja antymaseczkowców.
W swoim czasie było bardzo o nim głośno za sprawą słynnego kursu Sandela pt. Sprawiedliwość. (W Polsce wyszła też jego książka o takim tytule: Sprawiedliwość: jak postępować słusznie? Warszawa 2020). Autor święcił prawdziwe triumfy nie tylko z powodu „gwiazdorskich” umiejętności wykładowych, ale też dlatego, że jego wykłady stały się pierwszym kursem uniwersyteckim dostępnym swobodnie w internecie i telewizji. Kurs obejrzało miliony ludzi z całego świata. Wcześniej Sandel stał się znany jako krytyk innego słynnego filozofa Johna Rawls, który w „Teorii sprawiedliwości” położył podwaliny pod współczesną teorię liberalną i zwłaszcza ideę bezstronności. Sandel poddał krytyce tę teorię w 1982 r. W swojej pierwszej książce Liberalism and the Limits of Justice.
W swoje właśnie zapowiedzianej książce „The Tyranny of Merit” Sandel odpowiada na nurtujące wielu intelektualistów pytanie: skąd się wziął wzrost popularności populistów na całym świecie. Jego główna teza brzmi, że swoisty odwet popularności (ang. backlash) populistów wziął się z chęci rewolty przeciwko tyranii idei związanych z mniemanymi indywidualnymi zasługami. Nie sposób tutaj streszczać całej tej koncepcji, ale cała tradycja indywidualizmu zachodniego musiałaby stanowić kontekst dla tej koncepcji rewolty: wszystkie te opowieści o amerykańskim śnie, od pucybuta do milionera mają w kontekście także wypowiedzi np. Transcendentalistów na temat polegania na sobie jako najważniejszej cnocie, do której powinien dorastać każdy człowiek. Jeżeli polegamy na sobie, to wszystkie nasze sukcesy biorą się z naszego własnego wysiłku.
I w tym miejscu mamy bardzo ciekawą koncepcję edukacyjną, bo wedle Sandela właśnie edukacja stanowi podstawową kwestię: przez dekady rosło w społeczeństwie amerykańskim przeświadczenie, że Ci co osiągali sukces, czynili to dzięki indywidualnym zasługom, zwycięzcy są po prostu lepsi, zaś przegrani są dlatego przegrani, że sami są sobie winni.
Na wszystkie bolączki współczesnego świata powierzchownie myślący demokraci mówią: wszystkiemu winien jest brak edukacji. Edukacja, edukacja, edukacja.
Ale sęk w tym, że system elitarny, który funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, oparty na rywalizacji zasług, ale także olbrzymich pieniędzy, jest samopowielający się: bogaci stają się bogatsi, biedni, nadal są biedni.
I tutaj pojawia się pomysł: losowanie.
Kulki losowe (lic. Depositphotos)
„Harvard i Stanford University otrzymują każdego roku około 40000 chętnych aplikantów na 2000 miejsc na studiach. Chociaż profesor Sandel przyznał, że niektórzy z tych kandydatów będą musieli zostać wyeliminowani, uważa jednak, że „większość może poradzić sobie całkiem przyzwoicie”. Zamiast poświęcać olbrzymie wysiłki na wyłonienie najlepszej grupy, dzięki uporczywie nieprecyzyjnej nauki [„kryteriów”], najlepsze uniwersytety powinny po prostu losować kandydatów spośród puli wykwalifikowanych kandydatów. Wprowadzenie elementu przypadku, jak to ujmuje w swojej książce, powinno pomóc „ukarać pychę zasługi”.
Bowiem „świat „zwycięzców i przegranych” to także świat „pychy i upokorzenia”.” Jeżeli pozwolić na upokarzanie, to nie ma się co dziwić, że populiści w stylu Donalda Trumpa wygrywają.
Myślę, że te konstatacje są także ważne w innych częściach świata, gdzie wprowadza się także elitarne systemy (zob. Reforma Gowina w Polsce z tzw. Uczelniami badawczymi).
Komentarz Matthew Reisza z Times Higher Education jest dość zachęcający: „To prowokacyjny pomysł, ale jak poważnie profesor Sandel chciał, żebyśmy go potraktowali?”
Sandel miał odpowiedzieć: „Nie uważam tego za czysto nonszalancką sugestię” – odpowiedział.”
Ponoć w latach 60tych Stanford chciał podobną „loterię zakwalifikowanych” wprowadzić, jednak tamtejszy prorektor czy dziekan się sprzeciwił. „W międzyczasie profesor Sandel chciałby pilnej „debaty na temat tego, jak obecna polityka przyjęć na uniwersytety wzmacnia szersze społeczne nastawienie do wygrywania i przegrywania”. Ciekawe. Może warte zastanowienia u nas? To znaczy należałoby odejść od konkursu świadectw na rzecz losowania… Przynajmniej w części… może udałoby się wyrównać szanse tych, co zawsze na straconych pozycjach ze względu na pochodzenie? Ja wiem, że to pachnie „punktami za pochodzenie”, jednak „losowość” ogranicza te skojarzenia. Warte przemyślenia/
„– Jest to wirus dehumanizacji społeczeństwa, dehumanizacji młodych ludzi i odebrania im wartości. Jedyną naczelną wartością jest pokazanie, że nie ma żadnych zasad i wartości – mówił. Jak stwierdził, „jesteśmy na etapie wirusa LGBT.”
Klasyczne dehumanizowanie wydumanego „przeciwnika” przez odwrócenie. De-humanizowanie to odczłowieczenie. To „przeciwnik jest dehumanizatorem” a nie my, którzy odmawiamy ludzkości „przeciwnikowi”. PiS osiągnął szczyty braku logiki. I rozumu, i moralności.
Język jest plastyczny, język wiele znosi, ale tutaj nie powinien rozum pozwolić na taką konstrukcję. Elementarna logika. Metafora „wirus X” może być użyta wobec wszystkiego, zasadniczo metafora choroby jest bardzo przekonująca, bo chorób się ludzie boją. Zwłaszcza przenoszonych drogą płciową. Kiedyś określeniem skrajnej pogardy było słowo „syf”, skrót od syfilis. W kampanii wyborczej PiS w 2015 r. Jarosław Kaczyński straszył chorobami przynoszonymi przez uchodźców.
Jeśli odnoszę się do ludzi, człowieka, wielu ludzi jak do zwierząt, to językowo dehumanizuję tych ludzi, tego człowieka. Na przykład hitlerowcy mówili i pisali o polskich świniach.
Anna Szilagyi pisze na stronach poświęconych niebezpiecznej mowie: „Z tego powodu dehumanizujące metafory odegrały kluczową rolę w propagandzie ludobójczych reżimów. Naziści i ich kolaboranci, którzy systematycznie zabijali sześć milionów Żydów podczas Holokaustu, identyfikowali swoje ofiary jako „szczury”, „pasożyty”, „robactwo”, „wszy”, „prątki”, „zarażenie” i „brud”. W Kambodży Pol Pota, gdzie w latach 1975-1979 prawie dwa miliony niewinnych ludzi zostało brutalnie zabitych przez reżim Czerwonych Khmerów, rządowa propaganda przedstawiała ofiary jako „mikroby”, które należy „odrzucić” i „roztrzaskać”. W 1994 r. W Rwandzie w ciągu zaledwie 100 dni ekstremiści etniczni Hutu wymordowali co najmniej 800 000 członków społeczności mniejszościowej Tutsi i członków społeczności Hutu, których widziano, że im współczują. Propaganda Hutu nazywała Tutsi „karaluchami” i „wężami”.” (https://dangerousspeech.org/dangerous-metaphors-how-dehumanizing-rhetoric-works/)
Dehumanizacja to przedstawienie ludzi jako „nie ludzi” albo niebezpieczną „truciznę”
Przysłowie: „Człowiek człowiekowi wilkiem” jest poniżające dla człowieka, to dehumanizacja.
Jeśli odnoszę się do ludzi, człowieka, wielu ludzi do mikrobów, to nie tylko dehumanizuję, ale wirus to jest przecież bardzo pierwotna forma życia, to pasożyt bez możliwości życia samodzielnego.
Szczyt poniżenia i pogardy. Język nienawiści. Kropka.
Usta kuratora (opiekuna) oświaty, czyli edukacji, oświecenia. Kropka?
Kurator został odwołany. A co z Jarosławem Kaczyńskim, głównym źródłem tego problemu. A co z TV Trwam, medialnym wzmacniaczem tego procesu? Przyzwyczailiśmy się do „nowej normalności”? Jesteśmy ugotowani?
PS. Odnotuję dla porządku, że zarówno minister Piontkowski, jak i wojewoda łódzki Bocheński dnia 24 sierpnia 2020 r. zgodzili się z tezami kuratora, twierdząc, że jego wypowiedź nie była przyczyną odwołania go ze stanowiska. Co więcej, wojewoda wskazał nawet, że nie chodzi o ludzi, tylko ideologię. Przypominam tylko, że skrót LGBT jest skrótem oznaczającym ludzi.
Panorama Starego Miasta w Sztokholmie, Szwecja. Akwarela (fot. Depositphotos)
Mój przyjaciel ze Szwecji, filozof, teolog luterański i ksiądz Kościoła Szwedzkiego napisał ostatnio w tygodniu Pride krótki wiersz, który przetłumaczyłem na polski, nie było to łatwe, zwłaszcza w kodzie tego wiersza.
Sven Hillert, autor wiersza nad morzem, 21 września 2018Autor wiersza ksiądz Sven Hillert razem z prof. Jarosławem Płuciennikiem i Radą Parafialną Kościoła Marii w Gävle, 23 września 2018 r.
Bądź dumny, przyjacielu, bądź dumny ponad wszystko, czym jesteś, co robisz i dajesz. Bądź dumny, przyjacielu, bądź dumny, nigdy nie pozwól na poniżanie. Bądź szczęśliwy, przyjacielu, niech Cię raduje ten, który niesie, słyszy i widzi. Zobacz, że coś wypełnia to, co nigdy nie daje się poniżyć.
(Dla Gävle Pride 2020. I na przyszłość)
Oryginał tutaj:
Var stolt, min vän, var stoltöver allt du är och gör och ger.
Var stolt, min vän, var stolt, låt dig aldrig tryckas ner.
Var glad, min vän, var glad över den som bär och hör och ser.
Kilka rozważań o modnym ostatnio terminie „wojna kultur”. Artykuł został dzisiaj (18.08.2020) przesłany do redakcji Gazety Wyborczej. Wydrukowano go 23.08.20 w nieco skróconej wersji tutaj.
Twarz wojny?
Pisze się ostatnio sporo o wojnie kulturowej. To jest pojęcie, które zostało wręcz zawłaszczone przez niektórych polityków. W polskim kontekstach często kojarzy się taki termin „wojna kulturowa” z polskimi historycznymi zjawiskami i konfrontacją z tzw. „Kulturkampf”, „walką o kulturę”, Bismarckowską polityką walki z Kościołem Katolickim w Niemczech i ziemiach podporządkowanych Niemcom z XIX wieku. Dla większości Polaków kojarzy się to pojęcie z nasileniem procesów germanizacji. Zatem jest to pojęcie bliskie słynnemu w swoim czasie „dziadkowi z Wermahtu”, choć tutaj jest to bardziej zakamuflowane, wyrafinowane, bo abstrakcyjne.
Na takie skojarzenia symboliczne nakłada się jeszcze historia walki o wolność i demokrację w XX wieku, bo o wojnie kulturowej mówił także sprzymierzeniec wolnej Polski, Ronald Reagan. Jak wspomina prof. Wojciech Burszta w jednym z ostatnich wywiadów (plus.gazetalubuska.pl. „Prof. Burszta: Nie da się wygrać wojny kulturowej, ani Ziemkiewiczem zastąpić Tokarczuk”, 25 lipiec 2020. https://plus.gazetalubuska.pl/prof-burszta-nie-da-sie-wygrac-wojny-kulturowej-ani-ziemkiewiczem-zastapic-tokarczuk/ar/c15-15095735.), Reagan właśnie rzucił hasło budowy nowych elit i wymiany elit w różnych instytucjach państwa, także kultury, aby tzw. konserwatywne wartości stały się dominujące. Prawica w Polsce wydaje się zawłaszczać takie właśnie symetryczne rozumienie kultury.
SIMI VALLEY, CA/USA – 23 stycznia 2016 plakat Ronald Reaganaw the Ronald Reagan Presidential Library and Museum (fot. na lic. Depositphotos)
Moja teza brzmi: nie powinno się wchodzić w ten model kognitywno-pojęciowy („wojny kultur”), bo sugeruje on, po pierwsze, mocną polaryzację przynajmniej (najlepiej) dwóch kultur; pod drugie, narzuca myślową konkretyzację bytową, czegoś co, jest raczej procesem, a nie bytem; i po trzecie, presuponuje równowartość owych mnogich, ale jednak przeciwstawnych „kultur”. Mimo że bliżej mi do Wojciecha Maziarskiego, który polemizuje na tych samych łamach z Witoldem Gadomskim „Wojna kulturowa to nie moja wojna” (GW 16 sierpnia). Otóż chciałbym polemizować z oboma, także z bliższym mi Maziarskim, którego wypowiedź nosi tytuł „Demokrata nie może powiedzieć: to nie moja wojna”. Jestem demokratą i nie jest to moja wojna. Ale z innym przyczyń niż wskazane przez Gadomskiego.
Mikrofotografia ziaren piasku w świetle spolaryzowanym, jak w kalejdoskopie. Ale tutaj widać przeciwstawienie dwóch podobnych struktur, symetrycznych (fot. Depositphotos)
Jeśli natomiast przyjąć za takimi myślicielami jak Norbert Elias, że cywilizacja i kultura to procesy ludzkie oraz, powiedzmy to magiczne słowo, sieci relacji międzyludzkich i międzywartościowych, to w żadnym wypadku nie możemy mówić o wojnach kultur, bo z jednej strony mamy kulturę jako proces uprawy, kształcenia, opanowania, samokontroli, z drugiej zaś brak wykształcenia, nieopanowanie, gwałtowność i zwykłe grubiaństwo.
Ilustracja przedstawiająca różne typy ludzi połączonych na różne sposoby. Kultura to relacje i proces… (fot. Depositphotos)
Jak podaje Słownik etymologiczny w języku polskim mamy do czynienia z dziwnym skojarzeniem „grzeczności” z byciem „do rzeczy”, „sensownym”.
Natomiast angielska etymologia słowa (według Słownika etymologicznego https://www.etymonline.com/ „polite” (adj.) oraz politeness (nom.) pochodzi z późnego XIV w., a oznacza „polerowany, oksydowany”, od łacińskiego „politus” „wyrafinowany, elegancki, dopracowany; dosłownie ”polerowany”,„wypolerowany”, „wygładzony”. Po angielsku „polite”, to także „polish”, czyli wypolerowany. W Polsce kojarzy się to z tym „Polish” z dużej litery. Ale nie ma to żadnego związku z naszą narodowością.
Od XIX wieku „polite” odnosi się często do ogładzonego obywatelstwa, to nie tylko bycie obywatelem, ale na dodatek obywatelem z manierami, delikatnością, wyrafinowaniem.
W językoznawstwie są także propozycje, aby zamiast grzeczności używać innych terminów, takich jak „emocjonalna komunikacja”, czy „takt”. Różne asocjacje każą także przywołać tutaj grecki odpowiednik grzeczności: eugenia, szlachetnie urodzona, dobrze urodzona.
Dobre maniery nic nie kosztują, ale żeby je mieć, trzeba się kształcić, doskonalić, polerować (fot. Depositphotos)
Jak podają językoznawcy „angielskie konceptualizacje grzeczności w jednym rozumieniu są zwykle szersze niż te od greckich informatorów. Podkreśla się troskę o innych, ale formalność, dyskretne zachowanie dystansu, chęć nienarzucania adresatom i wyrażanie „altruizmu, hojności, moralności i samozaprzecenia” są ważniejsze dla angielskich informatorów. (zob. Watts, Richard J . Grzeczność. Kluczowe zagadnienia socjolingwistyki (s. 14). Cambridge University Press. Wersja Kindle. 2009.)
W wywiadzie dla Rzeczpospolitej (18 sierpnia 2020) Zbigniew Ziobry używa pojęcia „wojny kulturowej” tłumacząc postępowanie swojej prokuratury wobec aktywistki LGBT+, Margot. „W Warszawie nie mięliśmy do czynienia z demokratyczną, przewidzianą przez konstytucję formą demonstrowania poglądów, tylko z przemocą, używaną także przez tego pana, który jest nazywany w kategoriach żeńskich”. Ta wojna to jest wedle Ziobry „wojna o polskie dusze”.
Zostawiam na boku, czy kultura i wojna pasują do siebie symbolicznie, moim zdaniem nie, ale trzeba byłoby to szerzej wyjaśnić. Natomiast ta konceptualizacja, w której wojna o polską duszę ma być „wojną kultur”, jakichś dwóch tylko — polska, tradycyjna, katolicka, zaś z drugiej strony niepolska, „jakaś nowoczesna”, niekatolicka, wydaje mi się zwykłym drańskim nadużyciem. Polska tradycja to także Jan Kochanowski i Mikołaj Rej, bracia polscy i Andrzej Frycz Modrzewski oraz Bogumił Linde czy Aleksander Bruckner, wszyscy bliscy Reformacji zasłużeni niezwykle dla polskiej kultury i tradycji.
Widziałem na jakimś nagraniu człowieka, który zrywał flagę z tęczą z jednego z pomników. To nie był ani kulturalny, ani cywilizowany człowiek. Ktoś kto neguje prawo człowieka do samorefleksyjnego określenia swojej tożsamości, ktoś kto neguje prawa człowieka, nie powinien stać na straży sprawiedliwości. Sprawiedliwość nie jest przyzwoleniem na chamstwo, brutalizację i barbaryzację obyczajów. Proces cywilizacji, o której pisał Norbert Elias to samoopanowanie. Upamiętanie. W ramach demokratycznego porządku tolerancja jest podstawą współistnienia. Solidarność zaś jest krokiem dalej w relacjach z innym człowiekiem. Solidarność jest moralnością opartą na empatii i uznaniu intersubiektywności. Tolerancja to prawne fundamenty współistnienia społeczeństwa, a nie plemion.
Dusza to metafora, która zrobiła bardzo wiele złego w chrześcijańskiej teologii. Duchowość nie musi się kojarzyć z anachronicznym wyobrażeniem substancjalnej duszy (pisała o tym m.in Nancey Murphy, która była zapraszana do Watykanu do Jana Pawła II) (fot. Depositphotos)
Nie dość, że nie ma czegoś takiego jak dusza (to szkodliwe pojęcie dla całej teologii chrześcijańskiej o czym pisała Nancey Murphy), to na dodatek nie ma czegoś takiego jak polska dusza, to są straszne nadużycia semantyczno-symboliczne. To jest po prostu cofanie procesu cywilizacji do czasów kontrreformacji, zaprzeczenie fundamentów demokratycznego ustroju opartego na tolerancji. To przerażające, że taki człowiek stoi na czele polskiego państwa. To państwo legalizuje barbarzyńców. Bez uśmiechu na twarzy. Ta twarz to twarz barbarzyństwa. Żadna wojna kultur. Kultura to proces opanowania i budowania relacji, budowania społeczności poprzez żmudny proces negocjacji i uzgodnień.
A tęcza to biblijny symbol łaskawego przymierza między Bogiem a ziemią, która już nigdy nie ma być nękana potopem (Genesis 9:13). Nikogo nie powinna obrażać, zwłaszcza ludu chrześcijańskiego. Tęcza jest symbolem tolerancji, tej tolerancji wpisanej do polskiej, obowiązującej jeszcze Konstytucji, w której pisze się o przestrzeganiu wolności i praw człowieka. Ta wojna to nie moja wojna, bo nie ma czegoś takiego, jak dwie kultury. Jest złożony proces cywilizacyjny i kulturowy. Z drugiej strony mamy barbarzyństwo i ciemnotę, niestety.
Tęczowa flaga na ścianie z cegły w tle (fot. Depositphotos)
Mam filologiczne ucho, niestety, filologiczny słuch. (Fot. Lic. Depositphotos)
Mam ucho filologiczne i naprawdę mi przeszkadza, kiedy niby przecież polski inteligent mówi:” Głowom państwa”, „Obywatele wiedzom”. Przeszkadza mi, kiedy „polski demokrata” mówi „standarty”, albo „Chcem być prezydentem polskich spraw”, „Polske uratowało”, a także „Polacy mnie znają i wiedzom”, tudzież „Som polskie sprawy”, „przed pandemiom”. Przecież to jest dr UJ, nie? To nie robotnik i mąż stanu, Lech Wałęsa… o nie…
Poza wszystkim wolałbym jednak, żeby prezydent był wszystkich Polaków a nie polskich spraw, ale to inna historia… choć też z gatunku językowych uwag…
Pandemia rządzi…, a czy ma rządzić „nowy komunizm”? Wokół najnowszej książki Sławoja Žižka
Rosja, Moskwa – 26 marca 2019: Slavoj Zizek, grawerowany portret wektorowy z konturami atramentu. Słoweński filozof i socjolog, jest profesorem w Instytucie Socjologii i Filozofii Uniwersytetu w Lublanie. Portret na licencji Depositophotos.
Po pobieżnej lekturze dawno dawno temu jego „Wzniosłego obiektu ideologii” (tłumaczenie z 2001 r.) Sławoj Žižek nie wywoływał u mnie jakichś zachwytów, może dlatego, że jego koncepcja wzniosłości nie zgadzała się z moją, a wtedy akurat byłem z tym na bieżąco. Dlatego przegapiłem kilka jego ostatnich dokonań (jak np. „Żądanie niemożliwego”, czy „Rok niebezpiecznych marzeń” z 2014) i dlatego nie podzielałem zachwytów nad nim czytanych od czasu do czasu w Guardianie czy New Yorkerze. Nie przeczytałem też jeszcze jego „Living in the End Times”, jestem w trakcie tej lektury. Ale kupiłem jego ostatnią książkę z marca 2020 roku pt. „Pandemia! Covid-19 trzęsie światem”, bo ciekaw byłem poglądów na obecną pandemię kogoś, kto przedstawiany jest jako filozof i krytyk kultury. Co prawda, ten filozof wywołuje skrajne emocje od zachwytu („najbardziej niebezpieczny myśliciel świata”) po daleko posunięty sceptycyzm (zob. artykuły o jego antysemityzmie, czy autoplagiatowaniu). Jednak, jako że pandemia jest ewidentnie wielką zmianą stanu świata, a ja wykładam także filozofię kultury, to sięgnąłem po tę książkę sloweńskiego pisarza. Nie zawiodłem się, jest ona, mimo że powstawała (była pisana i tłumaczona, redagowana i drukowana) w jakimś błyskawicznym, szatańskim tempie, jest dobrze napisana, choć faktycznie raczej eseistyczna, nie jako dysertacja czy analiza. Jest to esej składający się z kilku mniejszych esejów.
Ludzie chodzący po ulicy w maskach w trakcie epidemii (fot. lic. Depositphotos)
Žižek skończył pisanie wtedy, kiedy właściwie została dopiero ogłoszona pandemia, pod koniec marca 2020. Widać, że bardzo dużo dawnych przemyśleń zostało przez autora zrekonfigurowanych i włączonych w nowe pandemiczne konteksty. Sam autor wielokrotnie wskazywał, że najwięcej uczy się od swoich przeciwników konserwatystów, dlatego atakują go zarówno z lewa, jak i z prawa i pewnie dlatego zaczyna przekornie od nawiązania do chrześcijaństwa we wstępie zatytułowanym aluzyjnie „Noli me tangere” [łac. Nie dotykaj mnie z J 20:17]. Ciekawie brzmi jego interpretacja symbolicznej obecności Chrystusa w miłości między ludźmi w odniesieniu do sytuacji w pandemii, kiedy obowiązuje społeczne dystansowanie się od siebie wzajemne. Sama interpretacja tego fragmentu jest znana od czasów pisania Maurice’a Zundela, ale ta reinterpretacja pandemiczna jest ciekawa. Pisałem na początku pandemii o nowym rozumieniu altruizmu: trzeba być dalej od ludzi, żeby być z nimi blisko. Realna bliskość i miłość musi zostać zastąpiona symboliczną bliskością i miłością. To ciekawe u zadeklarowanego ateisty, choć przecież nie jest tutaj jakiś bardzo oryginalny, już Alain Badiou odwoływał się do św. Pawła i jego uniwersalizmu jako najważniejszego przesłania chrześcijańskiego. [Badiou, Alain. Święty Paweł: Ustanowienie uniwersalizmu, Kraków 2007]. Ale sprawdziłem, że już w 2010 w apokaliptycznie pobrzmiewającej książce „Życie w czasach ostatecznych” nie tylko robi symboliczne odniesienie do czterech jeźdźców apokalipsy, ale uwzniośla swoją lewicową misję poprzez odniesienie do Listu do Efezjan św. Pawła (Efezjan 6:12). Pisze on tam: „Niniejsza książka jest więc księgą walki, zgodną ze zdumiewająco trafną definicją Pawła: „Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami [kosmokratorami] tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich” [przekł. Biblii Warszawskiej]. Albo jak można przetłumaczyć na dzisiejszy język: „Nasza walka nie toczy się przeciwko faktycznie skorumpowanym jednostkom, ale przeciwko rządzącym po prostu, przeciwko ich autorytetowi, przeciwko globalnemu porządkowi i ideologicznej mistyfikacji, która go podtrzymuje”.
Przekonuje mnie taka interpretacja chrześcijaństwa, które nigdy nie powinno iść w sojuszu z tronem, czyli władzami tego świata. Przekonuje mnie to, bo w dzisiejszej Polsce widać wyraźnie jak wiele złego może uczynić sojusz ołtarza i tronu. Jednak nie do końca rozumiem wizję pozytywną alternatywy, w postaci nowego komunizmu.
Moskwa – Rosja, 25 lutego 2018 r., Młody człowiek z głośnikiem w tłumie protestujących w marszu pamięci Borysa Niemcowa (fot. lic. Depositphotos)
Zanim jednak do tego przejdę zauważę, iż Žižek już w marcu sprawnie zarysowuje konieczność uznania wartości wolności słowa, zwłaszcza w kontekście słynnej sprawy Li Wenlianga, który został najpierw uwięziony przez władze chińskie za przecieki dotyczący COVID-19, a potem mimo że Chińczycy przeprosili, to już nic to nie dało, bo słynny doktor zmarł na COVID-19 właśnie. Uniwersalna ważność wolności słowa powoduje, że warto czytać takich ludzi jak Žižek, potwierdzają to także intelektualiści podpisani pod deklaracją o wolności słowa w kontekście ruchu zaprzeczającego przeszłości.
Pojęcie kryzysu wolności słowa i cenzury w wyrażaniu idei, wizualna metafora nacisku politycznej poprawności w celu powstrzymania swobodnej rozmowy lub ograniczenia komunikacji. (fot. lic. Depositphotos)
W tym kontekście naprawdę bardzo ciekawie brzmi także obserwacja Žižka dotycząca programu w telewizji rosyjskiej poświęconego spiskowym teoriom: strategia tych telewizyjnych programów jest taka, żeby wykazać, że dana spiskowa teoria to „coś szalonego, nie może to być prawda, ale w sumie, kto wie…” (21) Zasadniczo krytykuje się tutaj spiskowe teorie, ale nie jest to krytyka totalna, zawsze pozostaje to zmrużenie oka… Ostatnio także w Polsce zaaranżowano taki scenariusz: poseł Konfederacji wręcza publicznie posłowi Jarosławowi Kaczyńskiemu książkę pt. Fałszywa epidemia. Krytyka naukowców i lekarzy autorstwa wielu „wybitnych” naukowców i lekarzy (choć epidemiologów tam jakby najmniej) ukazała się pod red. i ze wstępem dra Mariusza Błochowiaka, redaktora i wydawcy Miesięcznika Egzorcysta (bardzo autorytatywnego…). Zdjęcie posła Kaczyńskiego obiegło Polskę jak długa i szeroka „Kaczyński czyta „Fałszywą epidemię””. Następnie dla inteligentnych podano, że wiceminister stwierdził, że JK wcale nie wierzy w spiskowe teorie dziejów, ale czytać przecież może… No a „światły” minister Błaszczak książki nie przyjął. Taki przekaz wielopoziomowy jest charakterystyczny zarówno dla „Shreka” jak i dla cynicznych populistów. Žižek słusznie stwierdza, że pandemia to nie kara, nie ma ona głębszego znaczenia, ale daje nam impuls, że musimy przemyśleć takie kwestie jak globalizacja, rynek kapitalistyczny, przemijalność bogactwa, przed którymi przestrzegał Žižek już w swojej apokaliptycznej książce z 2010.
Trzy mądre albo mistyczne małpy, tutaj szympans Simia troglodytes (20 lat) — bardzo złożony japoński i chiński, także buddyjski i konfucjański symbol, współcześnie odnoszący się czasami do zmowy milczenia tajnych służb i spisków (fot. lic. Depositphotos)
Bardzo ciekawy jest Žižkowy podział na trzy rodzaje pracowników, których wyrazista inność zostało podkreślona przez pandemię i lockdown: jedna kategoria to pracownik linii produkcyjnej składającej iPhone’a np. w Szanghaju, druga kategoria (już nie klasa) to pracownicy sektora opieki, od których wymaga się nie tylko pracy sensu stricto, jak przy taśmie produkcyjnej, ale wymaga się także wysiłku okazywania empatii, żeby być ciągle miłym, uprzejmym, empatycznym. Ci najwięcej chyba ucierpieli na lockdownie. Trzecia grupa to samozatrudniający się pracownicy kreatywni, od których wymaga się zaangażowania np. całej kreatywności swojej w reklamowanie np. produktu, do którego człowiek nie może się jakoś przekonać. Wedle Žižka nie możemy traktować wątpliwego przesłania pandemii (bo żadnego przesłania nie ma), jako „wyluzuj”, bo „Arbeit macht frei” to ciągle właściwe motto, chociaż brutalnie nadużyte przez nazistów.” No i „kiedy pracownik służby zdrowia pada z nóg po pracy w nadgodzinach to jego zmęczenie jest zmęczeniem wartościowym”. (34)
Brama obozu Auschwitz Birkenau z napisem Arbeit Macht Frei, „praca czyni wolnym”, hasło ukute przez filologa niemieckiego w XIX stało się symbolem Weimarskiej republiki i tzw. robót publicznych jako środka likwidacji bezrobocia (fot. lic. Depositphotos)
Świetnie identyfikuje te szalejące nad nami dzisiaj burze: jeden sztorm to pandemia koronawirusa, kwarantanna, cierpienie śmierć. Drugi sztorm to skutki gospodarcze pandemii, które będą szczególnie dotkliwe dla Europy oraz trzeci sztorm: historia nazywana przez Žižka Putoganem (od Putina i Erdogana) – to jest nowy wybuch przemocy w Syrii między Turcją a reżimem Asada wspieranym przez Putina właśnie. Jest zatem Žižek krytyczny względem Rosji, jak również wobec Chin.
W rozdziale o pięciu etapach epidemii (koncept z lat 60-tych XX wieku szwajcarskiej psycholożki Elisabeth Kübler-Ross, która pisała o pięciu etapach radzenia sobie z żałobą) pisze między innymi o katastrofie klimatycznej czy o zagrożeniu cyfrową kontrolą naszego życia. Jednak najważniejsze filozoficzne wnioski to: „bardziej ogólnym poziomie pandemie wirusowe przypominają nam o ostatecznej przypadkowości i bezsensie naszego życia – nieważne jak wspaniałe konstrukcje duchowe zbudujemy jako ludzkość, jakieś głupie, naturalne, nieprzewidywalne zdarzenie, takie jak wirus czy asteroida, może to wszystko zakończyć… nie wspominając już o lekcji ekologicznej, która mówi o tym, że my, ludzkość, też nieświadomie możemy się do tego końca przyczynić.”
Mao Zedong pokazujący świetlaną drogę do przyszłości Chin, propagandowy plakat chiński. Mao jest symbolem tzw. rewolucji kulturalnej w Chinach oraz symbolem komunizmu chińskiego (fot. lic. Depositphotos)
Dlatego w rozdziale szóstym, który traktuje m.in. o wirusie ideologii, Žižek tak naprawdę nawołuje do autorefleksji do samoopanowania, opamiętania…
No i teraz sprawa najważniejsza, najistotniejsza propozycja Žižka. Musimy przemyśleć sprawę „nowego komunizmu”. Na czym on miałby polegać? Tego do końca nie wyjaśnia, no bo rozrzucone gdzieniegdzie w książce krótkie uwagi mogą być odniesione do już istniejących instytucji międzynarodowych: Žižek proponuje dzielenie się informacjami oraz międzynarodowe koordynowanie planów, to jest potrzebny dziś komunizm, oparte na dowodach naukowych działania zbiorowe, wspólnotowe. Dlaczego? Bo wolnorynkowa globalizacja czyni świat podatny na kryzysy i pandemie. Dlatego stoimy przed alternatywą: albo barbarzyństwo populistycznych reżimów, wykorzystujących pandemie, aby wzmóc kontrolę na społeczeństwami albo nowy rodzaj komunizmu. Albo prywatyzacja/barbarzyństwo, albo kolektywizm/cywilizacja. Albo „nowa ludzkość zjednoczona”, albo barbarzyństwo nazizmu, nietolerancji i wojen (108). Niestosowanie uścisku dłoni i izolacja w razie potrzeby to jest obecna forma solidarności. (83)
Žižek nie zgadza się z Giorgio Agambenem, lekceważącym pandemię, twierdzi, że „musimy zacząć doświadczyć prawdziwej filozoficznej rewolucji, innymi słowy doświadczania siebie jako istot żywych wśród innych form życia ciągle zagrożonego.” (84)
Ciekawą propozycją filozoficzną nie jest spojrzenie na epidemiologię jako wzorzec rozpleniania kulturowych reprezentacji (jak i Richarda Dawkinsa i Dana Sperbera), ale spojrzenie ponowne na filozofię Lwa Tołstoja, dla którego słowa słowo infekcja była było bardzo ważne oraz ponowne spojrzenie na heglowskiego ducha ludzkiego jako wirusa, bo psyche ludzka to metaforyczny wirus wysługujący się językiem (85-86).
Na tle doktryny szoku Naomi Klein propozycja Žižka jest bardziej jednoznaczna, wprost pada wyklęte przecież słowo komunizm, czego nie można znaleźć u tej pierwszej, ale jej pesymizm i optymizm w obecnej sytuacji wynika z koncepcji nazywanej przez Žižka kapitalizmem katastrof (97). Zgadzam się z finalną tezą, że właściwe dziś pytanie brzmi, jaki porządek się wyłoni z tej dekonstrukcji, która jest ewidentna w nieintencjonalnym działaniu koronawirusa. (138) Žižek pragnie pomóc w procesie samouświadomienia systemu: cytuje Bruno Latoura który słusznie podkreślał, że kryzys koronawirusa to próba generalna przed nadchodzącą zmianą klimatu. Ta zmiana to następny kryzys, w którym reorientacja warunków życiowych będzie przedstawiana jako wyzwanie dla nas wszystkich, tak jak szczegóły codziennego życia których będziemy się musieli nauczyć ostrożnie rozwiązywać. (122-123). Žižek proponuje, aby to nauka stała się podstawą naszych działań (post)kryzysowych. Greta Thunberg miała rację twierdząc, że politycy powinni słuchać nauki. Krytykuje filozofów, którzy woleliby raczej zaufać przeczuciom. W sytuacji, kiedy populiści wykorzystują kryzys, żeby zacisnąć pierścienie autorytaryzmu i kontroli (wspomina Wiktora Orbana, który doprowadził do przyjęcia ustawy umożliwiającej mu rządzenie za pomocą dekretów przez nieograniczony czas, s. 134). Žižek proponuje, aby szok wykorzystać do wzmożenia świadomości upadku i, jak można wyczytać z jego książki z 2010, apokalipsy. Cytuje tutaj twórczo Ryszarda Kapuścińskiego i jego „Szachinszacha”, reportażu, który traktuje o rewolucji w Iranie, chodzi tutaj o zjawisko upadku reżimu — ten zachowuje się jak kot wiszący nad przepaścią, on nie spadnie dopóki nie spojrzy w dół, kiedy już spojrzy, to już jest po nim. (135) „Jesteśmy teraz zmuszeni przyznać, że nowoczesna nauka, mimo całej swojej ukrytej tendencyjności, stanowi dominującą formę transkulturowego uniwersalizmu. Epidemia stanowi upragnioną szansę, by nauka utwierdziła się w tej roli.” (136)
„Czterech jeźdźców apokalipsy” wedle Žižka z 2010 r. to kryzys ekologiczny, konsekwencje rewolucji biogenetycznej, brak równowagi w samym systemie (problemy z własnością intelektualną; zbliżające się walki o surowce, żywność i wodę) oraz gwałtowny rozwój społeczny, podziały i wyłączenia.
Czterej jeźdźcy apokalipsy na niebie (fot. lic. Depositphotos)
Wydaje się, że propozycja Žižka nie jest taka straszna, jakby wyglądało z samej nazwy „nowy komunizm”: kooperacja międzynarodowa w wymianie informacji i działaniu, wspólnotowe impulsy działania, wspólnotowy i uniwersalistyczny punkt widzenia na sprawy codzienne i organizacje życia społecznego. Chyba, że zdarzające się Žižkowi pochwały rządu chińskiego w radzeniu sobie z pandemią oznaczałyby tęsknotę za maoizmem i czerwoną książeczką. Ale tego chyba w tej książce znaleźć nie można (cytaty z Mao są w książce z 2010). Pochwała wolności słowa i krytyka rządu Chin przy próbie gwałcenia wolności słowa to są ważne w niej wątki. Zgadzam się ze starym powiedzeniem Martina Luthera Kinga, cytowanym przez Žižka: „wszyscy jedziemy na tym samym wózku”.
Dzięki pandemii możemy zastanowić się nad alternatywnym społeczeństwem i alternatywnymi sposobami życia. Jako takie — filozoficzne wezwanie — książka wydaje się spełniać swoją funkcję popularnego opracowania zjawisk tworzących kontekst naszego życia dzisiaj.