Ukazał się nowy numer czasopisma Slavica litteraria (28/2025, z. 2), w całości poświęcony Michaiłowi Bachtinowi — pod hasłem Między dialogiem a władzą. Filozoficzne i estetyczne aspekty myślenia. To lektura obowiązkowa dla wszystkich, których interesują dialogiczność, polifonia, karnawał oraz etyczne i filozoficzne zaplecze myśli Bachtina. Numer jest w całości w otwartym dostępie — można go czytać i pobierać za darmo.
Mam w nim swój artykuł: How Relational and „Non-Western” is Bakhtin’s Theory of Mind?
O czym jest? Stawiam pytanie, na ile Bachtinowska koncepcja umysłu jest „relacyjna” i na ile „nie-zachodnia”. Zachodnia teoria literatury — zwłaszcza w nurcie postmodernizmu i poststrukturalizmu — przyswoiła Bachtina jako teoretyka wielogłosowości i oporu wobec monologicznej władzy (bliskiego Derridzie, Foucaultowi czy Barthes’owi). Pokazuję napięcie między tym Bachtinem a Bachtinem jako filozofem etycznej odpowiedzialności i uczestnictwa. Jego podmiot to nie kartezjańskie, samotne „ja myślące”, lecz ktoś, kto zawsze odpowiada innym w konkretnym, niepowtarzalnym zdarzeniu istnienia („brak alibi w bycie”).
Zestawiam też Bachtina z nie-zachodnimi modelami świadomości — głównie z tradycjami buddyjskimi — oraz ze współczesną kognitywistyką (poznanie ucieleśnione, 4E). Wniosek: Bachtin nie oferuje pełnej, „pozytywnej” ontologii umysłu i nie konkuruje ani z buddyzmem, ani z kognitywistyką. Jego rola jest raczej sokratejska — jak owad żądlący uśpione miasto, wybudza nowoczesność z samozadowolenia. Przypomina, że świadomość jest uczestnikiem, a nie obserwatorem, a prawdziwym sprawdzianem myśli nie jest jej spójność, lecz zdolność odpowiadania na żywe doświadczenie. W epoce coraz bardziej uwodzonej przez systemy, platformy i bezosobowe sieci taka filozofia obecności bez alibi jest chyba potrzebna bardziej niż kiedykolwiek.
Suvilehto, P., & Płuciennik, J. (2026). Philosophical Perspectives on Tove Jansson’s „Moominsummer Madness” through Walter Benjamin’s Ideas of Play. Zagadnienia Rodzajów Literackich, 69(1).
This study examines philosophical perspectives in Tove Jansson’s Moomin novel Moominsummer Madness (MM, 2010 [1954]), with particular attention to the theatrical performance embedded in the narrative. These perspectives are informed by Walter Benjamin’s ideas of play as metaphor. Methodologically, the article combines close reading with a bibliotherapeutic approach and literary reflection grounded in philosophy, also opening a path toward self-reflexive reading: What if life itself is a continuously unfolding act of play? In the novel, the Moomin characters — non-human beings acting in distinctly human ways — stage a theatrical performance amid a sudden flood, rendering the story metaphorical and inviting reflection on humanity and collaboration. Our interpretation moves toward the idea that theatrical performance becomes a means of survival in the midst of catastrophe. Jansson’s Moomin stories resonate with Benjamin’s ideas of play and theatre as a world, while also suggesting how literature may offer comfort and coping strategies, thus carrying bibliotherapeutic value. The catastrophes in Jansson’s stories may also lead readers toward ethical reflection and toward literary education that includes non-human beings.
12 marca 2026 roku zmarła Margareta Magnusson – szwedzka malarka, ilustratorka i pisarka, która stała się nieoczekiwaną gwiazdą globalnej kultury popularnej dzięki jednemu słowu: döstädning. Miała, jak sama pisała o sobie, „od osiemdziesięciu do stu lat” (s. 7). Ta celowa nieścisłość z jej książki była typowa dla jej charakteru: przewrotna, rozbrajająca i niepozbawiona głębi.
Dö – śmierć. Städning – sprzątanie. Döstädning to szwedzki zwyczaj porządkowania swojego życia i dobytku jeszcze za życia – tak, by nie zostawiać bałaganu dzieciom, wnukom ani znajomym, którzy i tak będą mieć po nas dość zachodu. Magnusson pisała o tym jako o moralnym obowiązku wobec najbliższych, ale też wobec planety, którą po sobie zostawiamy.
Skräp („rupieciarnia”) kontra sens
W ostatnich latach można ją było spotkać na ulicach Sztokholmu – nieco pochyloną starszą panią (miała 92 lata) w jaskrawej, w paski bluzce, pchającą chodzik i dzierżącą chwytaka, którym niezawodnie zbierała z chodnika niedopałki papierosów. Każde takie sprzątanie dawało jej małą ulgę, coś w rodzaju odpuszczenia grzechów: była przecież przez wiele lat nałogową palaczką.
Döstädning nie było dla niej abstrakcją. Trzykrotnie doświadczyła odroczonego sprzątania po śmierci bliskich – matki, teściowej i męża Larsa. To ostatnie zbiegło się z jej przeprowadzką z dużego rodzinnego domu. Wiedziała, jak wygląda góra cudzych rzeczy i co ona robi z żałobą.
Szwecja wydaje się krajem pozbawionym sentymentalizmu, działającym „na zimno”, „trzeźwo” – co może mieć źródła w tym także, że Wikingowie wkładali do grobów dobytek zmarłego, żeby pozbyć się go z oczu i żeby nie musieć obawiać się duchów (s.23) . Döstädning jest kontynuacją tej tradycji. Mężczyźni — wydaje się — rzadko potrafią się do niej zmusić – zatrzymują nawet zardzewiały gwóźdź na wszelki wypadek. Kobiety chyba potrafią. (rozdz. „Samotni mężczyźni” s. 26) Magnusson była w tym obsesyjna.
Bestseller, który zmienił narrację o starości
W 2017 roku, mając osiemdziesiąt jeden lat, Magnusson opublikowała Döstädning. The Gentle Art of Swedish Death Cleaning – i nieoczekiwanie zyskała globalną publiczność. Książka ukazała się w ponad trzydziestu krajach i stała się zjawiskiem wydawniczym na miarę Magii sprzątania Marie Kondo – choć w zupełnie innym tonie.
Recenzenci zgodnie podkreślali właśnie tę różnicę. „Washington Post” pisał, że Magnusson jest prosta i pozbawiona sentymentalizmu, z odrobiną humoru, a jej główne przesłanie brzmi: weź odpowiedzialność za swoje rzeczy i nie zostawiaj ich jako ciężaru dla rodziny i przyjaciół. „New York Times” nazwał książkę „proustowską” – czarującą i dygresyjną wycieczką po życiu autorki zapisanym w przedmiotach. Psychiatryresource.com wskazywał, że Magnusson nie ogranicza się do pytania co zrobić z rzeczami, ale przede wszystkim wyjaśnia dlaczego warto to zrobić.
Podejście Magnusson było też znacznie łagodniejsze i bardziej narracyjne niż system Kondo. Tam gdzie Kondo każe wysypać cały dobytek na podłogę i zrobić ogromny bałagan, döstädning jest powolne, stopniowe i przemyślane – robione z wyprzedzeniem, w przygotowaniu na nieuchronne.
Rzeczy, które zostają
Magnusson nie była dogmatyczką minimalizmu. Rozumiała, że niektóre rzeczy są nie do oddania. Muszle zbierane w dzieciństwie na plażach koło Göteborga, rozpadająca się książka kucharska z odręcznie zapisanymi przepisami, drewniany ptak z Afryki, miękkie niemowlęce ubranka szyte przez matkę – i trzy pluszowe zwierzęta: Ferdinam, Drogi Bumbal i Stary Niedźwiedź, żywe jak prawdziwe zwierzęta domowe. Zostawiła je wszystkie.
Miała też praktyczny pomysł na rzeczy wartościowe wyłącznie dla siebie: pudełko niezbyt duże, z kamieniem, listem, zasuszonym kwiatem – z etykietką „Prywatne: wyrzucić”. Dzieci i tak zajrzą do środka, ale ważne, żeby wypełniły polecenie.
Podejście Magnusson zainspirowało nawet TV reality serial pt. The Gentle Art of Swedish Death Cleaning. (UKTV Play in the UK, and on SBS and SBS On Demand in Australia.)
Tokio i Sztokholm: minimalizm jako postawa wobec życia
Patrząc na filozofię Magnusson, trudno nie pomyśleć o Hirayamie – bohaterze filmu Perfect Days (2023) Wima Wendersa. Ten tokijski sprzątacz publicznych toalet żyje w kawalerce wypełnionej tylko tym, co konieczne i co kocha: starannie ułożonymi książkami, kasetami z muzyką Lou Reeda i Van Morrisona, analogowym aparatem fotograficznym. Każdy dzień jest niemal identyczny, a jednak pełny. Hirayama nie upraszcza życia z ascezy ani z biedy – upraszcza je z wyboru, bo wie, że nadmiar rzeczy jest nadmiarem szumu, który zagłusza to, co istotne.
Magnusson doszła do podobnego miejsca z innej strony: przez doświadczenie straty, przez trzykrotne sprzątanie po śmierci bliskich, przez siedemnaście przeprowadzek. Oboje – fikcyjny Japończyk i szwedzka pisarka z krwi i kości – zdają się potwierdzać tę samą intuicję: że minimalizm nie jest ideologią wyrzekania się, lecz sztuką uwagi. Że mniej rzeczy to więcej przestrzeni na samo życie.
To nie przypadek, że zarówno japońskie pojęcie ma (間) – owa twórcza pustka, cisza między dźwiękami – jak i szwedzkie döstädning wyrażają podobny lęk przed przeładowaniem i podobną tęsknotę za tym, co esencjalne. Różne kultury, różne klimaty, różny język – a jednak ten sam gest: odłożenie zbędnego, żeby zobaczyć wyraźniej.
Na marginesie można zauważyć, że Mottem do książki Magnusson są słowa innego fascynaty kultury japońskiej Leonarda Cohena: „„Uporządkowanie domu i swoich spraw – jeśli tylko masz taką możliwość – jest jedną z najbardziej satysfakcjonujących czynności, a jej korzyści są niepoliczalne.”
Co gubi się w przekładzie
Książka Magnusson dotarła do polskich czytelników w 2018 roku pod tytułem Sztuka porządkowania życia po szwedzku w przekładzie Jerzego J. Malinowskiego, wydanym przez Buchmann. Ale jest w tej historii przekładowej pewien paradoks: tłumaczenie chyba nie powstało ze szwedzkiego oryginału, ale jednak posłużyło się angielskim pośrednikiem – The Gentle Art of Swedish Death Cleaning. I właśnie ta pośredniość odcisnęła się na tytule: wypadło z niego najważniejsze słowo. Nie ma w nim ani döstädning, ani nawet „śmierci”. Polska edycja sugeruje kolejny poradnik o porządkowaniu szaf, tymczasem w oryginale chodzi o coś znacznie poważniejszego – o oswojenie nieuchronności i przygotowanie na nią z godnością. Może też widać w tym marketingową dbałość o niezrażanie potencjalnego klienta podniesieniem tematu tabu śmierci. Te przygody słowa döstädning są znaczące.
To nie przypadek odosobniony. Duńsko-norweskie hygge weszło do polszczyzny bez tłumaczenia, lagom też coraz częściej pojawia się w oryginalnej formie. Döstädning na to zasługuje nie mniej. Słowo, które Magnusson uczyniła globalnym, powinno brzmieć tak samo w Sztokholmie, Tokio i Łodzi. Tak jak fika. Tak jak smörgåsbord (zwany w Polsce w związku z dziwną legendą „szwedzkim stołem”). To wydaje się fragment szwedzkiego dziedzictwa kulturowego na świecie.
Döstädning to nie śmierć – to życie
Kluczowy punkt filozofii Magnusson brzmiał: döstädning nie jest o śmierci. Jest o tym, żeby żyć lżej w teraźniejszości. Pozbywszy się starych rzeczy, można spojrzeć na świat świeżym okiem. Jej druga książka, The Swedish Art of Aging Exuberantly, głosiła żywą ciekawość świata, gin, śmiech i czekoladowe batony Marabou jako receptę na starość. Pracowała też nad książką zatytułowaną Death-Cleaning from the Afterlife. Tak naprawdę w zaświaty nie wierzyła. Ale trudno jej było uwierzyć, że sprzątanie może – lub powinno – kiedykolwiek ustać.
Döstädning dołączyło do krótkiej listy szwedzkich słów, które podbiły świat bez tłumaczenia – obok fiki, lagom czy smörgåsbord. Magnusson dała mu twarz: ciepłą, przewrotną, w paski. I odeszła – zostawiając po sobie, jak można przypuszczać, wzorowy porządek.
Magnusson, M. (2017). Döstädning. Ingen sörlig historia. Albert Bonniers Förlag.
Magnusson, M. (2017). The gentle art of Swedish death cleaning: How to free yourself and your family from a lifetime of clutter. Scribner.
Magnusson, M. (2018). Sztuka porządkowania życia po szwedzku: Jak sprawić, żeby najbliżsi zachowali po nas wyłącznie dobre wspomnienia (J. J. Malinowski, tłum.). Buchmann. (Oryginał angielski opublikowany 2017). ISBN 9788328060425.
Magnusson, M. (2019). The Swedish art of aging exuberantly: Life wisdom from someone who will (probably) die before you. Scribner.
Svenska Dagbladet opublikowała w swojej najstarszej rubryce eseistycznej — Under strecket — tekst historyka Tobiasa Osvalda z okazji 250-lecia szwedzkiej policji. Instytucja Kungliga Poliskammaren powstała 13 lutego 1776 roku w Sztokholmie. Ale najbardziej wymownym elementem tego jubileuszowego tekstu nie jest data ani reforma administracyjna — lecz ilustracja. Jedyny obraz towarzyszący artykułowi pochodzi z 1799 roku i nosi tytuł Kaffebeslaget — Konfiskata kawy.
Heland, Martin (Mårten) Rudolf (1765-1814). Stadsmuseet Kaffebeslaget na podstawie obrazu Pehra Nordquista z 1799 roku o tym samym tytule. Materiał i technika: akwatinta. Podłoże: papier. Wymiary w mm: 363 x 524. Lic. CC 1.0 Uznanie Autorstwa, źródło Wikipedia.
Obraz przedstawia gniewnych i groźnych miniastych funkcjonariuszy wkraczających do prywatnego domu w celu zajęcia kawy i sprzętu do jej parzenia. To — jak podpisuje redakcja — najstarsza znana podobizna szwedzkich policjantów. Pierwsze oblicze nowoczesnej policji w Szwecji to twarz urzędnika rekwirującego filiżankę i dzbanek do kawy. Trudno o lepszą alegorię.
Habermas w kawiarni Jürgen Habermas opisał w swoich „Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej” (1962) narodziny nowoczesnej sfery publicznej jako proces ściśle związany z kawiarniami — londyńskimi coffee houses, paryskimi cafés, hamburskimi Kaffeehäusern. To właśnie w nich, na przełomie XVII i XVIII wieku, kształtowała się przestrzeń racjonalnej debaty między prywatnymi jednostkami, która — w teorii — była otwarta, egalitarna i niezależna od władzy państwowej ani kościelnej. Kawiarnia była miejscem, gdzie mieszczanin czytał gazetę, kupiec dyskutował z prawnikiem, a plotka polityczna stawała się opinią publiczną. Habermas widział w tym zalążek nowoczesnej demokracji. Co jednak działo się w tym samym czasie w Szwecji?
Merkantylizm jako kontrnarracja Szwecja zakazywała kawy wielokrotnie i przez zadziwiająco długi czas. Chronologia jest następująca: w 1746 roku wydano królewski edykt przeciwko “nadużywaniu kawy i herbaty” — nie był to jeszcze pełen zakaz, lecz represyjne opodatkowanie połączone z konfiskatą filiżanek i sprzętu do parzenia. Właściwe zakazy następowały kolejno: 1756–1761, 1766–1769, 1794–1796, 1799–1802 i ostatni, 1817–1823 — łącznie pięć okresów prohibicji rozłożonych na niemal siedem dekad. Uzasadnienia były różne, ale sprowadzały się do kilku stałych elementów. Po pierwsze — bilans handlowy. Kawa była towarem w całości importowanym. W logice merkantylistycznej każda filiżanka oznaczała odpływ srebra z kraju. Riksdag obliczał straty w milionach i traktował kawę jako dziurę w narodowym bogactwie. Po drugie — moralizm i retoryka zdrowotna. Lekarze twierdzili, że kawa powoduje bezpłodność i rozwiązłość. Gustaw III posunął się dalej, zlecając eksperyment medyczny na skazańcach-bliźniakach, by empirycznie dowieść szkodliwości napoju. Ironią historii jest, że obaj bliźniacy przeżyli zarówno króla — zamordowanego w 1792 roku — jak i lekarzy nadzorujących badanie. Po trzecie — i to najważniejsze politycznie — kawiarnia jako przestrzeń była zagrożeniem. Nie dlatego, że kawa szkodzi zdrowiu, lecz dlatego, że sprzyja rozmowie, a rozmowa wymyka się kontroli państwa. Jak trafnie ujął to współczesny szwedzki pisarz kryminałów Niklas Natt och Dag, kawiarnie stały się forami opinii publicznej, gdzie klasy społeczne mieszały się jak nigdzie wcześniej, a idee przekraczały dotychczas pilnie strzeżone granice społeczne.
Dlaczego zakazy nie działały? Bo kawa zdążyła już stworzyć to, co Habermas opisał jako strukturę komunikacyjną. Wymownym dowodem jest badanie szwedzkiej historyczki oparte na 536 sprawach z akt policji sztokholmskiej z lat 1794–1802 — dokumentujące nielegalną sprzedaż, parzenie i spożywanie kawy podczas prohibicji. Sieć przemytnicza była rozległa, a jej głównymi aktorkami były paradoksalnie ubogie kobiety — jednocześnie handlarki, przemytniczki i konsumentki. Zakaz stworzył nielegalną sferę publiczną tam, gdzie chciał zlikwidować legalną. Podczas ostatniego zakazu, w latach 1817–1823, opór przybrał już formę niemal zorganizowaną: powstawały nieformalne “gildie kawowe”, których członkowie potajemnie schodzili się w lasach, żeby pić kawę. To są symboliczne leśne kościoły nowoczesności. Prohibicja zamieniła codzienny rytuał w akt obywatelskiego nieposłuszeństwa. Każdy kolejny zakaz był de facto przyznaniem, że poprzedni poniósł klęskę. Można by powiedzieć, używając języka późniejszej teorii — że kawa wytworzyła afordancję: stworzyła warunki dla szczególnego rodzaju bycia-razem, którego żadne prawo nie było w stanie zlikwidować. Była proto-fiką, zanim fika stała się narodową instytucją.
Dwa projekty nowoczesności w zderzeniu Mamy tu do czynienia z klasycznym zderzeniem dwóch projektów wczesnej nowoczesności. Z jednej strony — projekt Habermasowski: sfera publiczna jako przestrzeń racjonalnej komunikacji między wolnymi podmiotami, niezapośredniczona przez władzę, budowana oddolnie przez praktyki codzienne — w tym właśnie przez picie kawy w towarzystwie i czytanie gazet. Z drugiej — projekt absolutystyczno-merkantylistyczny: państwo jako jedyny podmiot racjonalności zbiorowej, który wie lepiej niż obywatel, co jest korzystne dla narodu. W tej logice wolna kawiarnia jest nie tyle przestrzenią publiczną, ile przestrzenią niekontrolowaną — a to synonim niebezpieczeństwa. Policja konfiskująca kawę w 1799 roku to dosłowna, materialna manifestacja tego zderzenia. Nie chodziło tylko o import. Chodziło o to, kto ma prawo do przestrzeni publicznej.
Policja jako barometr sprzeczności Tekst Osvalda w SvD pokazuje coś jeszcze: że nowoczesna szwedzka policja rodziła się dokładnie w tym samym momencie historycznym, co szwedzka sfera publiczna — i natychmiast została postawiona po przeciwnej stronie. Jej pierwszym ikonicznym zadaniem była ochrona państwa przed obywatelami pijącymi kawę. To nie jest tylko anegdota. To strukturalna sprzeczność, którą Habermas opisał jako sferę publiczną walczącą o swoją autonomię przeciwko Staatlichkeit. Szwecja końca XVIII wieku była tego konfliktu żywym laboratorium. 250 lat później szwedzka policja świętuje jubileusz. Obraz z konfiskatą kawy wisi w Muzeum Miejskim Sztokholmu. A fika jest wpisana w szwedzki kodeks kulturowy silniej niż jakiekolwiek prawo parlamentarne. Historia ma swoje sposoby rozstrzygania sporów.
Tobias Osvald, autor jubileuszowego tekstu w SvD, jest urzędnikiem państwowym i doktorem historii. Obraz „Kaffebeslagen” (1799) pochodzi ze zbiorów Stockholms stadsmuseum.
Źródło danych historycznych: Wikipedia (hasło „Gustav III of Sweden’s coffee experiment”); artykuł naukowy: „When coffee was banned: strategies of labour and leisure among Stockholm’s poor women, 1794–1796 and 1799–1802”, Scandinavian Economic History Review (2021); Niklas Natt och Dag, Vogue Scandinavia (2021).
Kilka dni temu Donald Trump zamieścił na swojej platformie Truth Social obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję. (Moja sztuczna asystencja mówi, że mógł to być program o nazwie Midjourney)
Wpis Donalda Trumpa na Truth Social
Przedstawiał ten obrazek wymłodniałego jego samego — Donalda Trumpa w białej szacie i „kardynalskiej” czerwonej pelerynie — kiedy dokonuje cudownego uzdrowienia mężczyzny leżącego na łożu boleści. Wokół: orzeł bielik (właściwie dwa), flaga USA, Statua Wolności, pomnik Lincolna, myśliwce, fajerwerki, żołnierze unoszący się ku niebu niczym aniołowie, albo schodzący z nieba, pielęgniarka i modląca się… Obraz szybko zniknął — Trump go usunął po fali oburzenia. Krytyk sztuki Philip Kennicott pisał o nim na łamach Washington Post dwa dni temu jako o dziele pełnym „niedbałej symboliki” (sloppy symbolism). Niedbałej — ale czy niewinnej? Ten epizod jest interesujący nie tylko jako zjawisko kulturowe (użycie „sztuki malarskiej” przez prezydenta USA), lecz przede wszystkim jako akt retoryczny i komunikacyjny: ktoś stworzył komunikat wizualny, ktoś go rozesłał, ktoś go odebrał i zareagował, a nadawca ostatecznie go wycofał. Każdy z tych momentów mówi coś ważnego o tym, jak działa polityczna komunikacja obrazem w epoce AI, czyli tzw. sztucznej inteligencji.
Jezus i władza: ewangeliczne nie Zacznijmy od tezy, którą obraz głosi, i od tezy, którą ewangelie głoszą jakby w odpowiedzi. Centralny motyw ikonograficzny jest jednoznaczny: tzw. taumaturgiczny dotyk — uzdrowienie przez nałożenie rąk — od wieków przypisywano Chrystusowi, a w tradycji średniowiecznej także królom Francji i Anglii, którzy wywodzili z niego swoje boskie prawo rządzenia (divine right to rule). Na obrazie Trump stoi w miejscu Chrystusa. To nie aluzja. To dosłowne przejęcie schematu ikonograficznego — świadomy lub nieświadomy cytat z dwóch tysięcy lat tradycji wizualnej. Tymczasem ewangeliczny Jezus konsekwentnie ucieka od władzy politycznej. Gdy tłum chce go obwołać królem po rozmnożeniu chleba — oddala się na górę sam (J 6,15). [w tłumaczeniu Ekumenicznym: „Gdy więc Jezus poznał, że zamierzają przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, usunął się znów na górę, sam jeden”] Na pytanie Piłata odpowiada: „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18,36). Kuszenie na pustyni to właśnie propozycja władzy nad wszystkimi królestwami ziemi — i jej odrzucenie. Ewangeliczny Jezus uzdrawia poza systemem władzy, często na jego marginesach: dotyka trędowatych, rozmawia z „obcą” Samarytanką, staje po stronie „grzesznej” kobiety złapanej na cudzołóstwie. Jego uzdrawianie jest aktem solidarności i empatii, nie demonstracją siły. Na omawianym obrazie mamy coś dokładnie przeciwnego: pełny sojusz „świętości” z władzą. Do blasku boskiego przylatują samoloty bojowe i dodają fajerwerki zwycięstwa. Uzdrowiciel jest jednocześnie wodzem naczelnym. Niczym Mojżesz wiodący lud przez morze. Sacrum i imperium zlały się w jedną postać. To nie jest chrześcijaństwo tego ewangelicznego Chrystusa. To jest jego dokładne odwrócenie — i jako taki komunikat właśnie został przez wielu wiernych odczytany.
Civil religion i jej nadmiar Robert Bellah opisał civil religion w książce z 1967 r. jako specyficznie amerykańską syntezę symboliki narodowej i protestanckiej eschatologii. Flaga, orzeł, ojcowie założyciele — to quasi-sakralny panteon, który funkcjonuje obok, a często zamiast, kościelnego wyznania wiary. Obraz Trumpa jest podręcznikowym przykładem tej tradycji komunikacyjnej, tyle że doprowadzonej do granic absurdu. Kennicott w Washington Post słusznie porównuje go do malarstwa Jona McNaughtona — propagandowego artysty, który od lat produkuje akademicko-patriotyczne płótna z Trumpem w centrum. Krytycy piszą o nim jako o współczesnej kontynuacji amerykańskiego „socrealizmu”…
Ale McNaughton wybiera i redukuje — to jest właśnie warsztat propagandysty, który rozumie, że komunikat musi być czytelny. Tu, przeciwnie, nie ma żadnej zasady selekcji: są dwa orły, bo jeden nie wystarczył, są trzy myśliwce, bo dwa to za mało. Kompozycja nie redukuje — akumuluje, piętrzy, duplikuje. Rozplenia się. Komunikat zagłusza sam siebie. Właśnie w tej akumulacji tkwi kicz. Większy niż u McNaughtona.
Kicz jako struktura estetyczna i moralna Hermann Broch pisał w 1950 w „Kilku uwagach o kiczu”, że kicz to nie zła sztuka — to złe nastawienie, Kitschmensch, który zamiast mierzyć się z rzeczywistością, szuka gotowej emocji, pewnego efektu, potwierdzonego wzruszenia. Milan Kundera dodał, że kicz polityczny jest najbardziej niebezpieczny, bo narzuca z góry jak mamy się czuć wobec Narodu, Ojczyzny, Historii, Boga i odrzuca to co realistycznie ludzkie. Ten obraz Trumpa wspieranego sztuczną asystencją jest kiczem w obu sensach. Estetycznie — bo nie potrafi wybrać, tylko akumuluje symbole jak na wyprzedaży wszystkiego po 5 złotych. Moralnie — bo nie pyta, tylko ogłasza: oto zbawiciel, klęknij. Co więcej, kicz ten jest podwójnie skompromitowany przez własną niekonsekwencję komunikacyjną. Kennicott w Washington Post zwraca na to uwagę z ironią godną najlepszego krytyka: żeby pokazać uzdrowienie, trzeba pokazać chorego. I chory na tym obrazie — zmęczony, posiwiały robotnik z sękatymi rękami — to przecież elektorat Trumpa. Jego baza. Jego wierni. Oni są chorymi, którzy potrzebują uzdrowienia. Przesłanie mimowolne, ale czytelne — i destrukcyjne dla zamierzonego komunikatu. A dwa źródła światła — jedno z dłoni Trumpa, drugie emanujące zza głowy leżącego — tworzą paradoks wizualny: kto tu kogo zasila? Kto jest źródłem mocy? Czy to Trump uzdrawia swoich wyborców, czy wyborcy podtrzymują przy życiu Trumpa? Relacja jest — jak pisze Kennicott — współzależna. I wizualnie groteskowa.
Dlaczego Trump to usunął? Komunikacyjna klęska nadawcy Powód oficjalny: oburzenie wiernych, którzy uznali obraz za bluźnierstwo. Trump, który rzadko cokolwiek odwołuje, tym razem się wycofał — tłumacząc, że myślał, że chodzi o Czerwony Krzyż. Trudno o bardziej wymowne podsumowanie. Ale właśnie ten moment jest komunikacyjnie najbardziej pouczający. Człowiek, który od lat karmi się mesjanistycznym kultem własnej osoby, który pozwolił nazywać się „wybranym” i „pomazańcem”, który nadaje swoje imię wielu instytucjom publicznym i który na siłę rozwija projekt „sali balowej” przy białym domu, nagle — gdy ktoś zrobił to zbyt dosłownie, zbyt wprost, zbyt nieudolnie — musiał się odciąć. Nie dlatego, że poczuł się niegodny. Lecz dlatego, że obraz powiedział za dużo. Odsłonił mechanizm, który działa najlepiej, gdy pozostaje w sferze aluzji i niedopowiedzenia. Propaganda mesjańska funkcjonuje jako komunikat, dopóki nie zostanie wypowiedziana zbyt głośno. Gdy AI wygenerowała ją zbyt dosłownie — bez niedomówień, bez estetycznego dystansu, z podwójnymi orłami i podwójnym światłem — stała się ciężarem nie do udźwignięcia. Zbawiciel wolał zdjąć własny wizerunek. I to mówi o dynamice tej komunikacji więcej niż cały obraz.
Dyr. Marzenia Bomanowska i prof. Jarosław Płuciennik wraz z nabywcami specjalnej licytacji WOŚP w roku 2024: oprowadzania po Muzeum Kinematografii w Łodzi ze storytellingiem autora JP
Stowarzyszenia niesłyszących w Finlandii wprowadziły nowe znaki dla postaci z Muminków, co ułatwi ich identyfikację w języku migowym. Inicjatywa ma na celu wsparcie osób niesłyszących, ułatwiając im dostęp do kultury Muminków. Wydarzenie promujące te znaki odbędzie się 30 stycznia w Łodzi pod patronatem Ambasady Finlandii.
Jak podaje oficjalna strona państwowej telewizji fińskiej YLE (Yle.fi), tamtejsze stowarzyszenia niesłyszących postanowiły nadać szczególny charakter postaciom Muminków autorstwa fińsko-szwedzkiej pisarki Tove Jansson. Jest to właściwie świetna wiadomość przed oficjalnym wielkim wydarzeniem Maratonem Czytania Muminków, który postanowiliśmy także uczcić w Łodzi spotkaniem w Pałacu Biedermanna 30. stycznia w piątek w godz. 17-19:00. Patronat nad wydarzeniem objęła Ambasada Finlandii w Polsce! Serdecznie wszystkich zapraszamy!
🧠 Dlaczego to ważne
Do tej pory osoby posługujące się językiem migowym musiały literować nazwy postaci z Muminków przy każdej wzmiance o nich. Dzięki nowym znakom to się zmienia.
Znaki osobowe są szczególnie pomocne dla dzieci i ich rodzin, które oglądają Muminki lub uczestniczą w wydarzeniach związanych z tą sagą.
👩🎨 Jak powstały znaki?
Nowe znaki opracowali specjaliści i aktywiści języka migowego z Finlands dövas förbund oraz Finlandssvenska teckenspråkiga.
Przy projektowaniu znaków kierowano się:
osobowością postaci,
jej graficznymi cechami,
tym, co ją wyróżnia w świecie Muminków.
Ostatecznie ustalono znaki dla 22 najpopularniejszych postaci z Doliny Muminków.
📚 Użycie i wdrożenie
Znaki będą używane m.in. podczas Muminläsmaraton — specjalnego czytania na żywo wszystkich książek o Muminkach, które Yle organizuje i tłumaczy również na język migowy.
Materiały z tymi znakami pojawią się także w internetowych słownikach migowych (np. SignWiki).
🤝 Sens kulturowy
Projekt ma też wymiar społeczny:
wspiera finlandssvenskt teckenspråk — mało liczny i zagrożony język migowy społeczności Finlandssvensk (szwedzkojęzycznej mniejszości w Finlandii),
wzmacnia integrację kulturową poprzez dostępność Muminów dla osób niesłyszących i niedosłyszących.
To jest fragment okładki ostatniego numeru National Geographic (for. JP)
Obserwatorium Nordyckie ponownie o Björk.
Decyzja National Geographic, by uczynić Björk bohaterką okładki jako „artystkę walczącą o naszą planetę”, nie jest jedynie wyróżnieniem medialnym. To sygnał, że współczesny artysta może być nie tylko twórczynią, lecz także skutecznym inicjatorem realnych zmian społecznych i środowiskowych. Björk, znana z artystycznej niezależności (i dużej dozy rozpoznawalnej stylistycznej manieryczności), dziś jest także symbolem skutecznego działania na rzecz środowiska – co doceniła redakcja National Geographic.”
Narracja, którą magazyn eksponuje, opiera się na wyraźnym kontraście: Björk w sztuce nie zna granic, ale jako aktywistka chce być „hiperpragmatyczna”, skupiona na celach realnych i osiągalnych. Sama artystka opisuje tę strategię dla National Geographic następująco: „Każdego roku staram się wybrać jedną rzecz, o którą będę walczyć dość mocno — taką, którą da się realnie zmienić”. To wyraźne przełamanie typowej dla sztuki postawy ekspresyjnej lub symbolicznej, na rzecz działania proceduralnego: lobbingu, procesów sądowych, kampanii społecznych.
Przykładem jest ostatnia kampania Björk przeciwko komercyjnym farmom łososia w Islandii. Po awarii jednego z ośrodków hodowlanych i ucieczce tysięcy ryb, do opinii publicznej zaczęły docierać informacje o ryzykach genetycznych, ekologicznych i epidemiologicznych związanych z mieszaniem gatunków i rozprzestrzenianiem patogenów. Björk włączyła się w działania organizacji lokalnych, nagłośniła sprawę globalnie, a ponadto udostępniła swój wcześniejszy niepublikowany utwór „Oral”, do którego zaprosiła Rosalíę. Dochód ze sprzedaży wspiera islandzkie pozwy przeciwko firmom hodowlanym, a sama Björk zauważa, że celem jest także stworzenie precedensowych materiałów prawnych, które inne kraje mogłyby wykorzystać w podobnych sporach. To działanie artystki jako dostarczycielki narzędzi zmiany — nie tylko jej symbolu.
Równolegle Björk wykorzystuje instytucje kultury do aktywizowania odbiorców. W paryskim Centre Pompidou stworzyła manifest środowiskowy z udziałem sztucznej inteligencji, w którym obok jej głosu pojawiały się nagrania zagrożonych gatunków, m.in. wron hawajskich czy delfinów. Ten wymowny projekt — łączący awangardę technologiczną, ekologię dźwięku i bioakustykę — stanowi przykład rozszerzania definicji aktywizmu na obszary estetyczno-sensoryczne. Jednocześnie zainicjowała w tej kampanii nową intencję zakazu trałowania dennego we francuskich wodach chronionych — znów cel konkretny, techniczny, trudny, lecz wykonalny.
Taki kulturowy aktywizm nie jest zjawiskiem w kulturze nordyckiej odosobnionym. Można je wpisać w dłuższą historię nordyckiej ekologii kulturowej, w której literatura, sztuki wizualne i muzyka często stają się mediami sporów o krajobraz, zasoby naturalne, energię czy bioróżnorodność. Islandia, Norwegia czy Finlandia wypracowały kulturę, w której twórca rzadko bywa „czystym estetykiem”, a częściej „obywatelem natury” — kimś, kto widzi w środowisku nie dekorację, lecz wzajemną zależność i wspólność.
Zorza polarna nad laguną Jokulsarlon w Islandii — Zdjęcie w domenie publicznej (lic. Depositphotos)
W tym kontekście wybór National Geographic można odczytać także jako odpowiedź na zmęczenie publiczności „aktywizmem deklaratywnym”, rozpoznawalnym w kulturze globalnej ostatnich lat. Björk proponuje coś innego: aktywizowanie poprzez infrastrukturę, poprzez dostęp do prawników, instytucji, petycji, precedensów i regulacji. W wywiadzie zauważa, że nie interesują jej kampanie fasadowe, w których artysta pojawia się jako „twarz sprawy” — obecna forma jej aktywizmu wymaga obecności przy stole negocjacyjnym, nie tylko przed obiektywem.
Dlatego właśnie postać Björk jest istotna także z perspektywy kultury aktywizmu, czyli obszaru badań, który coraz częściej analizuje popkulturę nie tylko jako przestrzeń reprezentacji, lecz także jako narzędzie realnej sprawczości społecznej. W ramach mojego kursu na Uniwersytecie Łódzkim w module Kultura aktywizmu „Literatura protestu w kulturze popularnej” Björk może posłużyć studentom jako studium przypadku łączącego:
ekologiczny pragmatyzm,
wykorzystywanie popkultury jako narzędzia zmiany,
mobilizację publiczności za pomocą instytucji kultury,
łączenie sztuki wysokiej, technologii i polityki,
przesunięcie od symboli do procedur.
Dla Obserwatorium Nordyckiego mamy tu dodatkowo wymiar regionalny: Islandia, dzięki swojej skali, często staje się laboratorium polityk środowiskowych, a artystki takie jak Björk mogą w tym laboratorium działać nie jako ambasadorki idei, lecz jako współprojektantki rozwiązań.
Gdy National Geographic umieszcza więc Björk na okładce, nie chodzi o fetyszyzację celebryty, lecz o wskazanie nowej roli artyst(k)i(y) we współczesnym krajobrazie klimatyczno-politycznym. W tym sensie Björk jest nie tylko „tym głosem z Islandii”, ale jednym z najważniejszych przykładów, jak kultura popularna może przekształcać się w kulturę sprawczości i kulturową infrastrukturę dla działań proekologicznych.
Wybór Björk na okładkę National Geographic to nie tylko docenienie jej dorobku, ale przede wszystkim uznanie dla nowego modelu aktywizmu – opartego na pragmatyzmie, współpracy i realnej sprawczości. To przykład, jak popkultura może stać się narzędziem rzeczywistej zmiany, a nie tylko symbolicznym gestem.
Opublikowany niedawno post Björk, zilustrowany mapą Grenlandii nałożoną na czerwono-białą flagę, jest jednym z najmocniejszych głosów artystycznych w nordyckiej sferze publicznej ostatnich miesięcy.
Wpis na Instagramie artystki (konto Instagram Björk)
Islandzka artystka nie poprzestaje na symbolicznym geście poparcia dla idei niepodległości, ale bardzo precyzyjnie wpisuje swój apel w historię kolonialnej przemocy: od utraty języka i kulturowej autonomii po dramatyczne przykłady biopolitycznej kontroli, takie jak przymusowe zakładanie wkładek wewnątrzmacicznych grenlandzkim dziewczętom w latach 60. XX wieku. To nie jest głos „egzotycznej” artystki, lecz wypowiedź sąsiadki — Islandki, której własne społeczeństwo pamięta, czym było zerwanie z duńską dominacją w 1944 roku.
Uderzające w tym poście jest połączenie empatii i gniewu moralnego z bardzo wyraźnym ostrzeżeniem geopolitycznym. Björk nie tylko mówi o historycznych krzywdach, ale też o strachu przed przyszłością: przed sytuacją, w której Grenlandczycy mogliby „przejść od jednego okrutnego kolonizatora do drugiego”. To zdanie — być może najmocniejsze w całym wpisie — wykracza poza relacje Kopenhaga–Nuuk i dotyka obecnej globalnej niestabilności, w której Arktyka przestaje być peryferium, a staje się strategicznym centrum.
Na tym tle szczególnie interesująco wypada zestawienie tej emocjonalnej, jawnie normatywnej wypowiedzi z tonem, jaki prezentuje duński rząd. Premierka Danii konsekwentnie podkreśla znaczenie jedności Królestwa, odpowiedzialności instytucjonalnej i „wspólnego bezpieczeństwa” w regionie arktycznym. W jej narracji Grenlandia jest partnerem, nie kolonią — podmiotem autonomicznym, lecz osadzonym w ramach państwa, które gwarantuje stabilność prawną, gospodarczą i militarną. Jest to język Realpolitik: chłodny, technokratyczny, oparty na ciągłości instytucji i międzynarodowych zobowiązaniach.
Problem polega na tym, że te dwa języki — język empatii i pamięci historycznej oraz język bezpieczeństwa i geostrategii — coraz trudniej ze sobą pogodzić. Gdy Björk pisze o „dreszczach grozy”, jakie wywołuje w niej kolonializm, dotyka ona tego, co w oficjalnym dyskursie państwowym bywa spychane na margines: doświadczenia afektywnego, traumy międzypokoleniowej i poczucia bycia obywatelami drugiej kategorii. Z perspektywy Nuuk to właśnie te elementy, a nie mapy bezpieczeństwa, mogą decydować o przyszłych wyborach politycznych.
Całość komplikuje się jeszcze bardziej, gdy spojrzymy na sytuację przez pryzmat NATO i erozji powojennego ładu międzynarodowego. Arktyka, Grenlandia i północny Atlantyk są kluczowe dla systemu bezpieczeństwa Zachodu, ale ten system opiera się na założeniu przewidywalności sojuszników. Polityka Donalda Trumpa — kwestionowanie sensu sojuszy, instrumentalne traktowanie zobowiązań, logika transakcyjna zamiast normatywnej — już raz poważnie nadwyrężyła zaufanie do Stanów Zjednoczonych jako gwaranta stabilności. W tej perspektywie obawy Björk przestają być jedynie emocjonalnym gestem artystki, a zaczynają brzmieć jak intuicyjna diagnoza: co stanie się z małymi wspólnotami, gdy wielkie struktury bezpieczeństwa zaczną się chwiać?
Grenlandzka niepodległość w świecie stabilnego, normatywnego NATO byłaby jednym scenariuszem. Grenlandzka niepodległość w świecie rywalizacji mocarstw, osłabionych sojuszy i „powrotu stref wpływów” — scenariuszem zupełnie innym. Być może dlatego tak wyraźnie rysuje się dziś napięcie między moralnym apelem a polityczną ostrożnością. Björk mówi z pozycji sumienia i sąsiedzkiej solidarności. Duński rząd mówi z pozycji odpowiedzialności państwowej. A nad tym wszystkim unosi się pytanie, czy instytucje, które miały gwarantować bezpieczeństwo małym narodom, rzeczywiście pozostaną stabilne w epoce gwałtownych przesunięć globalnej władzy.
W tym sensie grenlandzka debata nie jest lokalna ani peryferyjna. Jest jednym z miejsc, w których najostrzej widać pęknięcie między etyką a geopolityką — i lęk, że świat, w którym te dwie sfery dało się jeszcze jakoś godzić, właśnie się rozpada.
Co ważne — idee wyrażone przez Björk w jej własnej muzyce wcale nie są jedynie estetycznym tłem jej posta. W cytowanym utworze „Declare Independence” z 2007 roku artystka eksploduje brutalnym rytmem i agresywną elektroniką, żeby wyartykułować wizję wyzwolenia od wszelkich form dominacji. Choć nie cytuję tu wprost wersów, bo są objęte prawami autorskimi, sedno frazy, która regularnie powtarza się w refrenie, brzmi jak personalny, niemal imperative: „ogłoście niepodległość” — nie tylko politycznie, lecz jako fundamentalne prawo do samostanowienia.
Ta repetytywna, perkusyjna deklaracja jest wykrzyknikiem przeciwko wszelkim formom ucisku: brzmi jak wezwanie, by nie akceptować nadanych z zewnątrz ograniczeń i by „oderwać się” od struktur, które trzymają mniejsze wspólnoty w zależności. W kontekście posta o Grenlandii takie muzyczne echo brzmi znamiennie: nie jest to tylko metaforyczne wezwanie, ale rytmiczne i formalne — uderzające jak syntezator, który burzy spokojną retorykę Realpolitik.
W połączeniu z osobistym apelem Björk o solidarność z Grenlandczykami, duch utworu — jego energia, jego nacisk na samostanowieniu — wzmacnia moralną wagę jej słów i stawia je w ostrym kontraście do chłodnych kalkulacji państwowych przemówień. Rzeczywistość, o którą tu chodzi, to nie tylko geopolityczna strategia — ale ludzka wola do bycia suwerennym, niezależnym od narzuconych ram.
W tym kontekście mocno zastanawiam się, czy w przyszłym semestrze nie włączyć utworu Declare Independence Björk do programu zajęć i nie zaproponować go studentom Kultury i sztuki współczesnej jako materiału do analizy. Nie tylko jako „piosenki protestu”, lecz jako złożonego aktu kulturowego: połączenia agresywnej, niemal militarnej estetyki dźwięku z bardzo konkretnym komunikatem politycznym i etycznym. Interesowałoby mnie szczególnie, jak studenci odczytają napięcie między brutalnością formy a moralnym imperatywem, jaki ten utwór niesie — oraz jak zestawią go z dzisiejszymi debatami o kolonializmie, peryferiach Europy i kruszejącym porządku międzynarodowym. Być może właśnie taka konfrontacja sztuki, emocji i geopolityki najlepiej oddaje to, czym jest współczesna kultura: polem, na którym estetyka nie daje się już oddzielić od odpowiedzialności.