Kategoria: Literatura i kultura

  • Uczelnie i kultura to drogocenne skarby

    Uczelnie i kultura to drogocenne skarby

    Diament na czarnym tle (lic. Depositphotos)

    Kampusy uniwersyteckie są równie ważnym przyczółkiem cywilizacyjnym co drogi kolejowe i infrastruktura komunikacyjna w ogólności. Uniwersytet i demokracja uniwersytecka i wolność badań naukowych i nauczania to są fundamenty kultury Zachodu.

    Jednak, jak donosi David Matthews w Times Higher Education, te fundamenty są podkopywane przez siły odśrodkowe antyunijne. Dobra wiadomość, że narasta opozycja w odniesieniu do planowanego na Węgrzech chińskiego kampusu o wartości wielu miliardów euro. To jest ewidentna część szerszej gry totalitarnych Chin, zmierzającej do zbliżenia się Węgier do Pekinu i zmniejszenia zależności od Unii Europejskiej.

    Formalnie rzecz biorąc, Uniwersytet Fudan jest głównym „publicznym” uniwersytetem badawczym w Szanghaju w Chinach, jednak nieformalnie oznacza to, że totalitarne państwo chińskie ma pełną nad nim kontrolę. To tak jak z poską TVP, formalnie jest to nadawca publiczny, jednak jej stronniczość jest ewidentna i wykazywana przez wielu obserwatorów. Jak można się przekonać, Fudan jest to jeden „z najbardziej prestiżowych i elitarnych uniwersytetów w Chinach”. Jego początki nominalne sięgają jeszcze czasów cesarskich w 1905 r.

    Obecnie Chiny i Rosja stają się coraz bardziej podejrzane w Unii Europejskiej. Jednak polityka Orbana jednoznacznie wskazuje na ocieplanie relacji z tymi dwoma autorytaryzmami (z Rosją już od dawna).

    Węgry Orbana zgodziły się na finansowaną przez Chiny kolej między Budapesztem a Belgradem, przyjęły chińskie szczepionki przeciw COVID-19. Ale gdyby tego było mało, w zeszłym miesiącu Urbanowski rząd zawetował rezolucję UE potępiającą represje Chin w Hongkongu.

    Wiktor Orban — szykując się do prawdopodobnej utraty władzy na Węgrzech — stara się nie tylko przejąć uniwersytety, w istocie je prywatyzując i oddając we władanie podporządkowanym sobie fundacjom, to jeszcze na dodatek wiąże się finansowo z szemranymi autorytatywnymi źródłami. Jak pisze David Matthews z THE, cytując ekspertów od Węgier: „rząd szuka alternatywnych źródeł pieniędzy”, wyprzedzając także niejako negatywne ruchy ze strony Unii Europejskiej.

    Według danych Węgry będą musiały wziąć 1,3 miliarda euro (niemal 5,9 mld złotych) chińskiej pożyczki na pokrycie kosztów budowy Campusu chińskiego uniwersytetu na uchodźstwie…

    Wieczorny Budapeszt z góry… Węgry (fot. lic. Depositphotos)

    Wedle umów podpisywanych na Węgrzech głównym beneficjentem tych kredytów mają być też chińskie firmy. Zatem summa summarum zapłacą za wszystko Węgrzy swoimi podatkami.

    A sprawa jest niezwykle ważna dla zamożnych beneficjentów Uniwersytetu z Chin: studentami mają być właśnie bogate dzieci bogatych chińskich rodzin. Chińscy wykładowcy mają też otrzymywać niebotyczne zarobki.

    Campus planuje się na 6000 do 8000 studentów. Co w skali samego uniwersytetu-matki, który ma tych studentów ok. 30000, jest dużą liczbą.

    Przeciwnikiem inicjatywy rządowej jest jednak burmistrz Budapesztu, Gergely Karácsony.

    Szczególnie oburzające w całej sprawie — i jakże symboliczne — jest zaproszenie chińskiego campusu po tym, jak „wyrzucono” z Budapesztu Uniwersytet Środkowej Europy (CEU, czyli Central European University). A znamienne jest też i to, że w 2019 roku Fudan wykreślił hasło „wolność myśli” ze swojego statutu i dodał przysięgę lojalności wobec rządzącej partii komunistycznej. Pomijam tutaj inne zarzuty sięgające po wiadomości od służ specjalnych.

    Mam nadzieję, że po zmianie władzy na Węgrzech w 2022 r. i wyrzuceniu do kosza umów z Chinami, te nie zwrócą się do Polski jako najbliższego sojusznika polityki rosyjskiej Putina, a jednocześnie członka UE. Byłoby to fatalne z wielu względów. Rosyjskie szczepionki i chińskie szczepionki to jest papierek lakmusowy wiarygodności. Kampusy uniwersyteckie są równie ważnym przyczółkiem cywilizacyjnym. Uniwersytet i demokracja uniwersytecka i wolność badań naukowych i nauczania to są fundamenty kultury Zachodu. Dbajmy o uczelnie i kulturę.

  • Nowy ład czy polski ład. Komentarz filologiczny

    Nowy ład czy polski ład. Komentarz filologiczny

    Nowy ład czy polski ład. Komentarz filologiczny

    Jarosław Płucienn

    Ofiary czerwonych Khmerów…. Nowego Porządku…. (By Anonymous – <http://www.adam-carr.net/travelindex13.html&gt;, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1767288)

    Właśnie dowiedziałem się, że program wyborczy PiS z wykorzystaniem wsparcia funduszy Unii Europejskiej nie będzie się już nazywał Nowy Ład tylko Polski Ład.

    To bardzo ciekawe przejście i zastanawiające. Gdyby przetłumaczyć na angielski slogan wyborczy PiS Nowy Ład, to wyjdzie „New Order”.

    Kiedyś słuchałem w okolicach zmierzchu systemu zwanego komunizmem w Polsce postpunkowego zespołu tzw. Nowej Fali o nazwie Joy Division z legendarnym wokalistą Ianem Curtisem. Ta nazwa „Joy Division” była bardzo ironiczna, oznaczała aluzję do obozów Zagłady i specjalnych oddziałów wybranej grupy więźniarek niemieckiego lageru  Auschwitz-Birkenau zmuszanych do prostytucji.  – Joy Division (z niem. Freudenabteilung). W skrócie oznacza  ta nazwa nazistowski burdel na obszarach obozu Zagłady.

    Co ciekawe, Joy Division wcześniej nazywał się z polska „Warsaw”, od utworu Davida Bowie’go z 1977 r. pt. „Warszawa”.

    Ta właśnie nieoficjalna historia Joy Division powodowała, że słuchaliśmy tego ponurego i depresyjnego zespołu, a potem jego spadkobiercy o nazwie New Order ze specyficznym poczuciem bycia w opozycji do porządków komunistycznych.

    Po śmierci Iana Curtisa pozostali członkowie grupy nazwali się New Order. Wedle popularnych ujęć „natknęli się w gazecie na notkę o kambodżańskiej grupie partyzanckiej, która nosiła nazwę Ludowy Nowy Porządek Kampuczy (The People’s New Order of Kampuchea)”.

    Zatem nazwa „new order” po angielsku może kojarzyć się z komunistami i to bardzo zamordystycznymi, przypomnę, że zbrodnie tzw. „czerwonych Khmerów” w Kampuczy do dzisiaj są opisywane jako jedne z najbardziej okrutnych i wręcz antyludzkich, nie mówiąc o tym, że niecywilizowanych.

    Dlatego trzeba z satysfakcją stwierdzić, że PiS wycofuje swój slogan, po angielsku brzmiący nieco złowieszczo: „New Order”.

    Zamiast tego „Nowego Ładu” będzie „Polski Ład”. Brawo!

    Gorzej, że w Szwecji funkcjonują takie określenia jak „Polska riksdag”, polski parlament:

    „Polski parlament jest zwykle określany jako burzliwe posiedzenie bez rezultatów, które w przenośni może odnosić się do chaosu lub chaosu w ogóle.”

    Jest też Polnische Wirtschaft, czyli „negatywne określenie funkcjonujące w społeczeństwie niemieckim, dotyczące organizacji społeczeństwa polskiego. Według tego stereotypu domyślnie „polnische Wirtschaft” oznacza skrajną niegospodarność, brak planowania i manier oraz brud.”

    Słusznie PiS wziął się za te stereotypy o Polsce, w końcu mamy tyle sukcesów, Polska stanie się od teraz jak z zaczarowanej różdżki synonimem słownikowym porządku. Tak PiS, demolując praworządność w Polsce, wprowadza typowo „polski porządek”, zupełnie niezrozumiały dla cywilizowanego europejskiego świata. Tak, PiS robiąc z nieudolności i katastrof lotniczych bohaterstwo, tworzy nowy mit. Jakby „nowy porządek”, „nowy ład”. Jednym słowem, ja już nie zapomnę skojarzeń historycznych pochodzących z pierwszej nazwy sloganu wyborczego PiS.

    PS. 16.05.21 Niewykluczone jednak, że nasi co bardziej wykształceni w historii sąsiedzi będą mięli także bogatsze skojarzenia: w 1941 r. ruszyła w III Rzeszy kampania propagandowa „Europejskiego Nowego Ładu” [niem. Neuordnung], w której Niemcy miały odgrywać „przewodnią rolę”. W Polsce komentowano te plany dotyczące w skrócie „Nowego Ładu” Hitlera na łamach „Myśli Polskiej” (Maciej Ożga napisał 20 września 1941 r. artykuł pt. „Nowy Ład” Hitlera. Propaganda i rzeczywistość. Dziękuję Michałowi Stolarskiemu za zwrócenie mi uwagi na ten artykuł)

  • Przewrót kopernikański państwa PiS

    Przewrót kopernikański państwa PiS

    Układ słoneczny wedle wizji kopernikańskiej (fot. Depositphotos)

    Przewrót kopernikański państwa PiS

    Nie dość, że nasi rządzący potrafią ustanawiać nowe Konstytucje (zob. Konstytucja dla Nauki ministra Gowina), to teraz potrafią wskrzesić po pół tysiąclecia Kopernika…, ponownie odkrywają system heliocentryczny, a co! Tyle że świat jest już dawno po Eisteinie… no i po Kancie (przewrót kopernikański w filozofii…). Ale my jeszcze odkryjemy nową dyscyplinę, w której jesteśmy przodujący: biblistykę… A to że nie nowa? No cóż, ale przecież częstochowska? Naprawdę, częstochowska? Biblistyka naprawdę narodziła się wraz z reformacją, to reformacyjne hasło „Tylko pismo” (łac. Sola scriptura) dał nowy impuls do studiów nad Biblią. Interdyscyplinarnych badań, które dzisiaj obejmują swoim zakresem nie tylko nauki o kulturze i religii (sic! cokolwiek to znaczy), teologię (sic!), ale także tekstologię, literaturoznawstwo, archeologię, historię, krytykę, antropologię kulturową, mitologię i komparatystykę religioznawczą. Towarzystwo biblistyczne na świecie zrzesza 8500 członków z 80 krajów.

    To dobrze, że nasz Pan minister oraz nasze światłe ministerstwo odkrywa Amerykę po pół tysiąclecia: przeprowadza odkrycia Kopernika (który pozostawał na Indeksie ksiąg zakazanych Kościoła Katolickiego do połowy XIX wieku), sięga po odkrycie Reformacji (studia nad Biblią) oraz ponownie przeżywa przełom oświeceniowy (Konstytucja). Ale jednak szkoda, że robi to na Jasnej Górze, która ostatnio kojarzyć się może przede wszystkim z bardzo spektakularnymi zlotami ONR-u i militarnymi marszami z pochodniami. Projekt, który został dzisiaj opisany przez Gazetę Prawną jest projektem skandalicznym.

    Zrzut ekranu z infografiką Gazety Prawnej (autor JP)

    Pełna centralizacja zarządzania z podporządkowaniem politykom całej struktury. Jeśli ten projekt zostanie zrealizowany, to będziemy mieć rosyjsko-Putinowski model organizacji życia naukowego, co jest samo w sobie zaprzeczeniem nauki. Nauka jako instytucja jest fragmentem cywilizacji Zachodu, który może być przez różne inne cywilizacje naśladowany, jednak jeśli nie weźmie się pod uwagę podstaw tej instytucji: wolności badań naukowych i autonomii nauki, to wyjdzie zawsze atrapa. Zatem zamiast wielkiego przewrotu kopernikańskiego, będziemy mieć naukę z dykty. Państwo zaczęło ostatnio przypominać już papierowe (typ papieru do wyboru), ale nauka jeszcze zachowała resztę autonomii. Zamiast pomnika Kopernika przed Pałacem Staszica w Warszawie, w którym mieści się kilka instytutów PAN, będziemy mieć pomniki z dykty w kilku miejscach w Polsce. Ale na tę dyktę będą olbrzymie pieniądze… Tak to się plecie w tym dziwnym polskim świecie…

    PS. Dla ministra Czarnka: sądzę, że jest pan w świetnym towarzystwie Paula Feyerabenda, który uważał, że w nauce „wszystko ujdzie” (hasło „anything goes” z „Against Method” z 1975 r.), nie ma żadnych metod. Pan chyba też tak myśli. Gorzej, iż może się pan spotkać też z wyznawcami nihilizmu, wedle których nie ma żadnych wartości poza pragmatyzmem politycznym… No cóż, to kolejne może odkrycie dla Pana z okresu renesansu: „Książę” Niccolo Machiavelego. Ale może Pana przeceniam…

    PS. Nowy system bardziej przypomina znane skądinąd metafory, na przykład metafory fraszki:

    Jan Kochanowski: O żywocie ludzkim

    Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy, Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy;
    Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy.
    Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszystko to minie jako polna trawa;
    Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.

    Wersję tego wpisu można także przeczytać w Gazecie Wyborczej 20.04.21

  • Matrioszka i idealna rozdzielczość języka. O trudnej sztuce pisania abstraktów

    Matrioszka i idealna rozdzielczość języka. O trudnej sztuce pisania abstraktów

    Matrioszka i idealna rozdzielczość języka. O trudnej sztuce pisania abstraktów. Najnowsze badania abstraktologiczne mają praktyczne zastosowania

    Metafora rosyjskich lalek, tzw. matrioszek dobrze oddaje atrakcyjność żargonu specjalistycznego (il. Depositphotos)

    Humaniści często lekceważą abstrakty, nazywając je streszczeniami. Zdarzają się abstrakty bardzo krótkie, niedbałe, bez właściwego oznaczenia tzw. słów kluczowych. Konieczność publikacji w czasopismach indeksowanych w międzynarodowych bazach danych — wprowadzona ostatnimi zmianami w prawie o nauce w Polsce — wymusza jednak zapoznanie się z podstawami „abstraktologii”.

    Całkiem niedawno ukazał się artykuł dwóch młodych biologów włoskich dotyczący sztuki pisania abstraktów. Alejandro Martínez to biolog ewolucyjny a Stefano Mammola to ekolog, obaj pracują w National Research Council w Pallanza we Włoszech. (Martínez, Alejandro, i Stefano Mammola. „Specialized terminology reduces the number of citations of scientific papers”. Proceedings of the Royal Society B: Biological Sciences 288, nr 1948 (14 kwiecień 2021): 20202581. https://doi.org/10.1098/rspb.2020.2581.)  Korzystając z Web of Science, platformy internetowej, która umożliwia subskrybentom dostęp do baz danych publikacji naukowych, zebrali i przebadali 21486 artykułów poświęconych badaniu jaskiń. Speleologia (łac. spelaeum z gr. σπήλαιον „jaskinia” i -λογία od λόγος „mowa, nauka”)  to nauka o jaskiniach. Speleolodzy badają takie sprawy jak geneza i rozwój jaskiń, mikroklimat, stosunki wodne, przyroda ożywiona – flora i fauna itp., zagadnienia ochrony środowiska. Jaskinie badane są też w ramach geologii, hydrogeologii, paleontologii, archeologii, turyzmu. Speleolog może także uprawiać sport, rodzaj alpinizmu podziemnego. Ale to inna historia. Ostatnio jaskinie stały się także miejscem badań na nietoperzami, które — jak wiadomo — są niezwykle ważne w wirusologii i epidemiologii.

    Zdjęcie własne autora w jednej z jaskiń Czeskiego Raju (2019 r.)

    A teraz małe doświadczenie mentalne. Przeczytajcie państwo zdanie:

    Odwiedziłem dziś dwa ciemne miejsca pod ziemią, w których żyje wiele zwierząt.

    Zrozumieliście Państwo?

    To jest zdanie wyprodukowane przeze mnie przy użyciu 1000 najczęściej używanych słów w języku angielskim, potem przetłumaczone na język polski.

    Chciałem napisać: Byłem dzisiaj w dwóch jaskiniach znanych ze swojej bioróżnorodności! Ale takie zdanie nie jest akceptowane przez program sprawdzający, czy używamy tych właściwych, najczęstszych słów. Program jest dostępny za darmo publicznie w Internecie:  TUTAJ.

    Tak wyglądał abstrakt mojego ostatniego artykułu opublikowanego w międzynarodowym punktowanym czasopiśmie wrzucony do programu:

    Sądzicie państwo, że to jest zabawne? To jest bardzo poważny problem naukowy i społeczny. To jakim językiem się posługujemy wyraźnie decyduje o wielu sprawach w naszym życiu. W życiu naukowym także. Raczej powszechne jest przekonanie, że im bogatsze słownictwo, tym bogatsze poznanie świata. Słynny przykład z nazwami kolorów bywa często używany, aby wyjaśnić magię słownika: zwykły użytkownik języka, ktoś amatorski używa na co dzień maksymalnie do 20 nazw kolorów, natomiast plastyk ciągle grzebiący w obszarach widzialności dysponuje prawie setką nazw kolorów.

    Wydawałoby się, że im bardziej szczegółowy ogląd świata, tym bardziej szczegółowy język jest nam potrzebny. Jednak sprawa nie jest tak prosta. Bo im bardziej szczegółowego języka używamy, tym mniej komunikatywni się stajemy. I zamykamy się w swoich wieżach z kości słoniowej.

    Wydaje się, że można byłoby posłużyć się tutaj metaforą dotyczącą rozdzielczości: możliwość zrozumienia i ogarnięcia mentalnego także jest zdeterminowana właściwą rozdzielczością, jeśli jest ona za mała, lekceważymy wiadomość jako mało ekspercką, jeśli zaś jest ona za duża — tekst przeładowany jest żargonem i ekspercką terminologią – odpadamy mentalnie, jeśli poszukujemy czegoś konkretnego, giniemy w gąszczu.

    Sprawa w rozwoju indywidualnym jest fascynująca, ale jeszcze więcej problemów niesie społeczne życie naukowe, wiadomo, że im bardziej rozwinięta gałąź wiedzy, tym większy zasób terminologii specjalistycznej, słów, pojęć i terminów, które dla większości użytkowników stają się niezrozumiałe. Aparatura pojęciowa już w 1934 roku przez Ajdukiewicza była określana jako rodzaj podstawowego narzędzia decydującego o naszym obrazie świata. (zob. Ajdukiewicz Kazimierz, Obraz świata i aparatura pojęciowa, w orginale niem. Das Weltbild und die Begriffsapparatur”, „Erkenntnis” IV, 1934, 259-287) Jednak ta sama aparatura, która bywa wielkim odkryciem, dla większości użytkowników jest nic nie mówiącym żargonem. Jak piszą ostatnio wspomniani na wstępie biolodzy zajmujący się językiem „jaskiniowców”, tzn. inter- i multidyscyplinarnego grona badającego życie jaskiń, „w dobie interdyscyplinarności stosowanie żargonu może utrudniać skuteczną komunikację między naukowcami, którzy nie mają wspólnego zaplecza naukowego.” Ci włoscy badacze nawiązywali do wcześniejszych szwedzkich badań nad „czytelnością” tekstów naukowych (Plavén-Sigray, Pontus, Granville James Matheson, Björn Christian Schiffler, i William Hedley Thompson. „The readability of scientific texts is decreasing over time”.) Kult żargonu był już krytykowany wielokrotnie, ale najbardziej przez artykuł Scotta z 1989 r. (Montgomery, Scott L. „The cult of Jargon: Reflections on language in science”. Science as Culture 1, nr 6 (1 styczeń 1989): 42–77.)

    Martinez i Mammola zbadali związek między używaniem żargonu a cytowalnością. Rzecz jest niezwykle istotna dla naukowców i życia naukowego zwłaszcza od 2005 roku, kiedy to J. E. Hirsch opublikował swój słynny artykuł o mierzeniu wpływu publikacji, od tamtego czasu pisze się i mówi o tzw. indeksie Hirscha (h-index). (Hirsch, J. E. „An Index to Quantify an Individual’s Scientific Research Output”. Proceedings of the National Academy of Sciences 102, nr 46 (15 listopad 2005): 16569–72.)

    Włoscy badacze, ewolucyjny biolog i ekolog, wykorzystali 21486 artykułów „jaskiniowców”, czy lepiej: „jaskiniologów” — ta multidyscyplina szczególnie dobrze się nadaje, bo często występują w niej różnice językowe między badaczami i to nie tylko u tych, którzy reprezentują inne dyscypliny naukowe. Martinez i Mammola wykazali w konkluzji „istotny negatywny związek między proporcją żargonowych słów w tytule i streszczeniu a liczbą cytowań, jakie otrzymuje artykuł”. Jeśli pamiętać, że algorytmy przeszukujące bazy danych oraz realni czytelnicy traktują streszczenia i słowa klucze jako „atraktory” zrozumiałe staje się wezwanie naukowców do delegowania żargonu do tych fragmentów artykułów, w których jego użycie jest nieuniknione, natomiast wyzbycie się nadmiaru – na ile możliwe jest ocenienie tego — terminologii specjalistycznej z abstraktu i słów kluczy.

    Autorzy przyznają, że żargon, choć początkowo trudny, skupia lata wiedzy w precyzyjnym obrazie w umyśle, jest esencją dawniejszych badań naukowych, jest skrótem dorobku naukowego poprzedników. Włosi posługują się tutaj metaforą rosyjskiej „matrioszki” — każdy nowy termin wzbogaca początkową wiadomość o informacje, porządkując i systematyzując koncepcje w korpusie naukowym.  W podsumowaniu autorzy omawianego badania stwierdzają, że żargon może co prawda mocno pomagać w przekazywaniu idei, ale może częściej przyczyniać się do podziału na sztucznie zdefiniowanych „znawców” oraz „amatorów”, wzmacniając izolację naukowców w ich znanych z literatury krytyków świata akademickiego — wieżach z kości słoniowej.

    Chociaż można było wyciągnąć wniosek, że żargonu zasadniczo należy unikać, to byłby to wniosek błędny: w abstrakcie, który nie jest zwykłym streszczeniem, trzeba osiągnąć odpowiednią rozdzielczość percepcyjną wirtualnego czytelnika. Błędnie brzmi część definicji z Wikipedii:

    „Abstrakt – **streszczenie** publikacji naukowej lub książki, w którym w formie **maksymalnie** skondensowanej **z jak największą liczbą słów kluczowych**, zawarte są podstawowe informacje o tezie artykułu, metodyce przeprowadzonych badań, najważniejszych wynikach oraz wnioskach.”

    W tym kontekście abstrakt to ani nie po prostu streszczenie, ani nie maksymalna kondensacja z jak największą liczbą słów. Co więcej, według wspomnianych Włochów pojawia się także inny wniosek: w abstraktach osiągnąć należy odpowiednią rozdzielczość percepcyjną terminologii specjalistycznej, jeśli piszemy artykuł, który potem indeksowany jest w bazach. Natomiast jeśli aplikujemy o granty, lepiej jest być jak najbardziej eksperckim: najwięcej sukcesów miały aplikacje grantowe, które były najeżone żargonem. Można zauważyć, że w przypadku publicznie dostępnych abstraktów, czytają je jedynie chętni do czytania, natomiast abstrakty grantowe są oceniane przez wąską grupę specjalistów, którzy oceniają projekty, umieszczając je w szerszej perspektywie wiedzy wąsko specjalistycznej.

    Idealna rozdzielczość w naukowych artykułach nie może być tą samą rozdzielczością, która byłaby wymagana przez popularyzację nauki: w takich kontekstach 1000 najczęściej używanych słów byłoby bardzo przydatne, żeby potencjalnie każdy człowiek „z ulicy” mógł zrozumieć, o co chodzi w naszych badaniach.

    Zatem – podsumowując —  kilka wniosków:

    • Nie pisz streszczenia, napisz abstrakt;
    • Pisząc abstrakt artykułu indeksowanego w otwartym dostępie, zastanów się nad nasyceniem terminologią, ogranicz ją do niezbędnego minimum;
    • Pisząc artykuł nie unikaj specjalistycznego żargonu, ale ogranicz go do miejsc niezbędnych;
    • Aplikując o granty, pisz projekt i abstrakty bardzo specjalistyczne, nie mówisz do ludzi z ulicy, tylko piszesz dla wysoko ocenianych przez środowisko specjalistów;
    • Jeśli mówisz do ludzi, mów ich językiem, najlepiej najprostszym, najczęściej używanym.

    Obraz Benjamina Franklina w niskiej rozdzielczości…

    PS. 22 września 2021 r. opublikowałem artykuł z Anną Zatorą, w którym wykorzystałem część myśli tego wpisu. Płuciennik, Jarosław, i Anna Zatora. „Matryoshka and Perfect Language Resolution. On the Complex Art of Writing Abstracts”. Zagadnienia Rodzajów Literackich LXIV, nr 1 (22 wrzesień 2021): 185–93. https://doi.org/10.26485/ZRL/2021/64.1/1.

    „Matrioszka i idealna rozdzielczość języka. O trudnej sztuce pisania abstraktów”. Zagadnienia Rodzajów Literackich 64, nr 1 (2021). https://doi.org/10.26485/ZRL/2021/64.1/12.

  • „Wielki Piątek”, kultura surykatek szarych i nieistnienie cywilizacji chrześcijańskiej

    „Wielki Piątek”, kultura surykatek szarych i nieistnienie cywilizacji chrześcijańskiej

    „Wielki Piątek”, kultura surykatek szarych i nieistnienie cywilizacji chrześcijańskiej

    Elementy tradycji chrześcijańskiej są obecne w wielu wytworach kultury popularnej. Nie wszystkie mają związek z kulturą chrześcijan (fot. Depositphotos)

    Kiedy to piszę jest właśnie Wielki Piątek, zwany w krajach anglojęzycznych „Dobrym Piątkiem”, zaś w Szwecji „Długim Piątkiem”. Można powiedzieć: co kraj to obyczaj, ale to nie jest przecież takie proste. Zwyczaje, obyczaje, rytuały, nazewnictwo to wszystko są elementy kultury, które mają tendencje do różnicowania się lokalnego, choć globalizacja poczyniła w tym zakresie także sporo zmian. Jednak polscy ewangelicy, zwłaszcza ci ze Śląska Cieszyńskiego są bardzo zadziwieni, kiedy stwierdzają, że w Wielki Piątek w „Polsce kontynentalnej” w ten dzień zwyczajowo sprząta się, pierze, gotuje i trzepie dywany… Ewangelicy w diasporze też czują się nieswojo, choć ci są przecież nawykli.

    Dowiedziałem się właśnie dzisiaj w piątek z prestiżowego tygodnika naukowego „Science”, że różnicowanie się lokalne kultur to nie jest domena wyłącznie społeczeństw ludzkich [zob. „The Burgeoning Reach of Animal Culture”. Science 372, nr 6537 (2 kwiecień 2021). tutaj]. Główną tezą artykułu psychologa i neuronaukowca ze szkockiego St. Andrews było to, iż nie jesteśmy sami w budowaniu kultur, że kulturą charakteryzują się także zwierzęta. Przed połową XX wieku powszechnie zakładano, że kultura — polegająca nade wszystko na naśladownictwie zachowań, na uczeniu się ich od innych — jest swoista ludziom. „Dziś nie ma wątpliwości, że kultura jest szeroko rozpowszechniona wśród różnych gatunków zwierząt, zarówno kręgowców, jak i bezkręgowców, zarówno morskich, jak i lądowych. Whiten analizuje dowody potwierdzające kulturę zwierząt i omawia szeroki wachlarz form, jakie przybiera taka kultura.” Przykładów tego autor omawia z konieczności kilka, ale odnosi się przy tym do wielu bardzo rozbudowanych przykładów badań. Przykładem pięknym i kojarzącym się z wiosną są lokalne dialekty śpiewu ptaków. Albo nauka młodszych surykatek przez starsze surykatki, jak obchodzić się ze zdobyczą, która przypomina „szkoły łowieckie”. Najpierw młoda surykatka dostaje martwego skorpiona, a następnie żywego, ale nieuzbrojonego osobnika. Dopiero na końcu młoda surykatka może — nauczywszy się już podstaw — zostać postawiona w prawdziwym laboratorium przed prawdziwym przeciwnikiem.

    Surykatki (wedle Science i wcześniejszych już badań, mają szczególnego typu „szkołę łowiecką” dla młodych) (fot. Depositphotos)

    Kultura, definiowana jako dziedziczenie szeregu tradycji behawioralnych poprzez społeczne uczenie się od innych, była kiedyś uważana za specyficzną dla ludzi. Dzisiaj wiemy, że kultura jest czymś, czego nie wolno wręcz przeciwstawiać naturze. Nie ma w społecznościach ludzkich wielu rzeczy naturalnych, niemal wszystko jest kulturą, przebiera różne kulturowe formy i wzorce.

    Wielki Piątek jest świętem niewątpliwie chrześcijańskim, ale jakże różnie świętowanym, od czego wyszedłem w tych rozważaniach. A jeszcze na dodatek dochodzi do tego różnicowania zwyczajowe napięcie między chrześcijaństwem, akcentującym tzw. Nowy Testament, a judaizmem, dla którego jedyne są słowa Tory i tradycja komentarzy. Niewielu współczesnych chrześcijan pamięta, że Wielkanoc obchodzimy w tym samym czasie, w którym kończy się żydowskie święto Paschy. Choć czasami nazywamy tak — paschą — przepyszny sernik wielkanocny.

    Złapałem się niedawno na swoistym odruchu kulturowym, można powiedzieć „wrodzonego antysemityzmu”. Otóż, kiedy zacząłem się zastanawiać, dlaczego maca żydowska jedzona podczas Święta Paschy powinna być z niekwaszonej mąki, pomyślałem sobie — półprzytomnie, nieświadomie, niejako w pierwszej — głupiej — intuicji — że niekwaszone jest czczone przez Żydów, bo Polacy uwielbiają kiszone ogórki, no i żeby się odróżnić od nich…. Oczywiście zaraz przyszła już świadoma i racjonalna refleksja, że jednak tekst Tory jest znacznie wcześniejszy od ewentualnych kontaktów z Polakami, ale przez moment — tego stereotypowego zaćmienia umysłu — byłem jakby Wincentym Kadłubkiem, który widział jasno pochodzenie Polaków od starożytnych rzymian.

    Starożytny cesarz rzymski (Depositphotos)

    Sięgnąłem do podstawy tekstowej, księgi Wyjścia, albo Drugiej Księgi Mojżeszowej (bo tak się nazywa ta księga u protestantów), w mojej ulubionej staropolskiej wersji Biblii tzw. Brzeskiej, przepięknej językowo:

    „Tedy rzekł Mojżesz do ludu: Pamiętajcież na ten dzień, w któryście wyszli z Egiptu, z domu niewólstwa, abowiem was Pan stamtąd wybawił możnością ręki swojej, a przetoż chleba zakwaszonego jeść nie będziecie.”

    W innych kontekstach czasami mówi się wprost w języku angielskim o chlebie bez drożdży. Ale wcześniej jest wyjaśnione, że maca była pamiątką pośpiesznego zbierania się Żydów z Egiptu, kiedy mieli „wychodzić” z Mojżeszem, nie mieli czasu czekać na zakwaszenie się chleba.

    Fragment Drugiej Księgi Mojżeszowej Biblii tzw. Brzeskiej, jednej z najstarszych Biblii w języku polskim (1563 r) (fot. JP)

    Ostatnio piekę w domu chleb dla rodziny. Smakuje przepysznie, staropolsko, piekę go wedle starego przepisu, w którym zakwas (drożdże) musi popracować nad mąką przez całą noc. Wiem więc, co to jest przaśność, przeciwieństwo czasu kultury, czasu drożdży. „Przaśny” to nie tylko «zrobiony z niezakwaszonego ciasta», ale «prosty, surowy, naturalny» oraz — last but not least «świadczący o zacofaniu cywilizacyjnym, o kulturalnym i umysłowym ubóstwie». Podając etymologię, niezastąpiony Aleksander Brückner pisze o „prześnym chlebie”, „macy”, oraz „o potrawie bez smaku”. Chleb drożdżowy może być widziany jako symbol działania kultury, potrzeba mu czasu, żeby wyrosnąć, zaś maca, przaśnik, był kulturowym dziedzictwem ortodoksyjnych Żydów, bo chcieli upamiętnić swój pośpiech — bo w pośpiechu opuszczali miejsce swojej niewoli, Egipt. Dlatego przykazanie to „Słuchaj Izraelu” ortodoksyjni Żydzi przywieszają jako filakterie na czole i ramieniu. Wersja tego przaśnika jest teraz także stosowana w kościołach katolickich podczas mszy, zaś większość Polaków dzieli się przaśnikiem, to znaczy opłatkiem podczas świąt Bożego Narodzenia…

    Technologia wypieku chleba w starożytnym Egipcie wedle malunków nagrobka Ramzesa III w Dolinie Królów (fot. reprodukcja z Olive Tree Bible Study)

    Napisałem to wszystko, bo zajmuje mnie kultura i cywilizacja. I wiem, że ludzi i zwierzęta miewają różnorakie lokalne kultury. Jeden śpiewa tak, inny inaczej. W Łodzi wiemy o tym bardzo dobrze, Łódź to miasto wielu kultur od samego początku tego miasta. Inne śpiewy intonuje się w Katedrze, inne u św. Mateusza, choć oba kościoły stoją kilkaset metrów od siebie na Pietrynie. I ich proboszczowie niekoniecznie są wrogo teraz nastawieni do siebie, zaś Katedrę pomagali też budować nie tylko protestanci, ale i Żydzi.

    Ostatnio słychać coraz głośniej co prawda o jakiejś cywilizacji  chrześcijańskiej, ale ja nie wiem, co to takiego. Istnieje niewątpliwie cywilizacja Zachodu, ale utożsamianie jej, jak zdarza się na niektórych łamach dzienników w Polsce w szeregu „cywilizacji zachodniej, czyli łacińskiej, czyli chrześcijańskiej” jest z punktu widzenia kulturoznawczego olbrzymim nadużyciem. Nie ma cywilizacji chrześcijańskiej, choć są wartości wskazywane przez Chrystusa: „sprawiedliwość, miłosierdzie i wierność” (Mt 23,23, Biblia Ekumeniczna). 

    Patrzę za okno i ciągle jest Wielki Piątek. A ja rozmyślam nad stereotypami wokół chleba i macy. Bo nie chciałbym, żeby wrócił błąd także chrześcijan dotyczący pasji Chrystusa, żeby widzieć ją jako faktu „przeciwko” Żydom, przeciwko judaizmowi. Chrystus jest przeciwko obłudnikom, przeciwko zakłamaniu wszelkiego typu. „O ślepi przewodnicy, odcedzacie komara, a połykacie wielbłąda!” (Mt 23,24) I kultura to także coś więcej niż to wskazuje dzisiejszy artykuł z „Science”: kultura to „uprawa umysłu”, jak ujmuje to Cyceron, a niekoniecznie naśladownictwo  i tradycja. Tradycje się zmieniają. Czy jajeczko wielkanocne jest na pewno chrześcijańską tradycją? Choć zgadza się w wymowie z tradycjami chrześcijańskimi, z nadzieją odrodzenia życia…

    Kultury w znaczeniu wąskim — cywilizacyjnym — różnicują się lokalnie, jak ptasie śpiewy, czy rytuały łowieckie surykatek. Kultura w znaczeniu krytycznej autorefleksji — jest domeną filozofii kultury Zachodu. W tym kontekście przesłanie Jezusa wcale nie jest dalekie od przesłania Sokratesa.

    Dobrego Piątku, Radości na Święta! Czymkolwiek państwu one się wydają. Ale pamiętajcie państwo: nie ma cywilizacji chrześcijańskiej. Kultura Żydów sefardyjskich mocno różni się od kultury żydów aszkenazyjskich. Czy to źle? A może to jest właśnie zaleta, jak bioróżnorodność drzew w lesie?

    Króliczek wielkanocny (fot. własna JP, Wydział Filologiczny UŁ)
  • Debil – kretyn – wał – barania głowa. Polskie problemy w obcych językach

    Debil – kretyn – wał – barania głowa. Polskie problemy w obcych językach

    Debil – kretyn – wał – barania głowa. Polskie problemy w obcych językach. Polska ponownie jest sławna. Tym razem także jej pisarze. Mamy snop światła na Polskę. Snop światła na głowę naszego państwa. Polityka zagraniczna nie jest chyba najsilniejszą stroną głowy naszego państwa. Już kiedyś w kampanii wyborczej kandydat na prezydenta Andrzej Duda ogłaszał publicznie pogardę wobec obcych języków (moją opinię na ten temat wyrażałem tutaj). Taka pogarda naprawdę mści się okrutnie. I nie jest mądra.

    Muszę przyznać, że nie zwróciłem uwagi na pisarza Jakuba Żulczyka, kiedy kilka lat temu dostał prestiżową nagrodę w postaci Paszportu Polityki. Przyznaję z pokorą, że pomimo uznania przez wielu, ja nie znam jego powieści. Nie widziałem też filmów ani seriali nakręconych na podstawie jego scenariuszy. Jednak od dzisiaj wiem, że Jakub Żulczyk ma swoje „15 minut sławy” (tak chyba nazywał się jego felieton w jednym z polskich dzienników…), piszą albowiem o nim media na całym świecie. No tyle, że „szkalują” te media Polskę jako kraj, w którym funkcjonuje drakońskie prawo dotyczące ograniczeń wolności słowa. Czy faktycznie to szkalowanie? A może jednak prawda? Może jesteśmy już „zamordystycznym” krajem? Kiedy przyjrzeć się raportowi sprzed czterech dokładnie lat pt. „Przepisy dotyczące zniesławienia i zniewagi w regionie OBWE: studium porównawcze” (Na zlecenie Przedstawiciela OBWE ds. Wolności Mediów) (Marzec 2017), sprawa nie wyglądała już wtedy wesoło. Co prawda podobne prawa istnieją w wielu krajach, jednak w niewielu jest aż 7 na 9 rozmaitych zakazów z tym związanych. A istnieją państwa, gdzie takich regulacji po prostu nie ma. Albo są znikome. Albo nie stosuje się tego prawa. Wśród tych zakazów można wymienić:

    1. Przestępcze zniesławienie i zniewaga;
    2. Zwiększona ochrona funkcjonariuszy publicznych na mocy ogólnych przepisów dotyczących zniesławienia i zniewagi; (W POLSCE NIE MA TAKIEJ OCHRONY)
    3. Inne specjalne przepisy dotyczące zniewagi funkcjonariuszy publicznych;
    4. Zniesławienie głowy państwa;
    5. Zniesławienie państwa (z wyłączeniem przepisów dotyczących symboli państwowych);
    6. Zniesławienie organów państwowych / instytucji państwowych;
    7. Zniesławienie zagraniczne głów państw (z wyłączeniem ustaw dotyczących symboli państwowych);
    8. Zniesławienie zagranicznych państw; (NIE MA W POLSCE TAKIEGO PRZESTĘPSTWA)
    9. Zbrodnicze bluźnierstwo / zniewaga religijna.

    Polska jest jednym z pięciu państw, które mają aż 7 z 9 różnych przestępstw związanych ze zniesławieniem (znieważeniem), pozostałe to Niemcy (sic!), Monako, Portugalia oraz, last but not least, Turcja. Niestety, wśród tych przestępstw jest także dziwne dla mnie przestępstwo „obraza uczuć religijnych”. Anachroniczność tego zapisu w prawie polskim wydaje mi się — szczególnie dzisiaj — oczywista. Niby miało chronić mniejszości religijne, a jest kneblem przeciwko krytyce hegemonicznej większości.

    Ciekawie wygląda sprawa języka, używanego do opisu tego „przestępstwa” inkryminowanego przez reżim pisarza Jakuba Żulczyka. Po angielsku zarówno BBC jak i The Guardian używają angielskiego odpowiednika „debila” — bo takim słowem Żulczyk określił prezydenta Andrzej Dudę — określenia „moron”, które jest zazwyczaj przekładane jako „kretyn”, jednak nie tylko. W słynnym punk rockowym tekście będącym ewidentnym bluźnierstwem przeciwko koronie angielskiej równie słynnego Sex Pistols możemy przeczytać wykrzyczane:

    Photograph: Koen Suyk. In: Nationaal Archief, Den Haag, Rijksfotoarchief: Fotocollectie Algemeen Nederlands Fotopersbureau (ANEFO), 1945-1989 – negatiefstroken zwart/wit, nummer toegang 2.24.01.05, bestanddeelnummer 928-9665 – Anefo Nationaal Archief, CC0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=20075070

    Boże chroń Królową
    i jej faszystowski reżim,
    robią z Ciebie wała [moron]
    i bombę wodorową wielkiej mocy.
    (wolne tłumaczenie JP)

    Muzyka jest ostra i raczej kakafoniczna.
    No i powtarza się refren, że jesteśmy wszyscy bez przyszłości.

    No future, no future.

    To hasło zawołanie całego ruchu punk, „punk” to w slangu angielskim śmieć. Sex Pistols na pewno chcieli skandalu. Ale jednocześnie ten utwór stał się symbolem wolności protestu pokolenia, które czuło się „zdradzone o świcie” przez system. Sednem jednak nie było wywołanie skandalu, tylko raczej ogłoszenie swojej prawdy światu, wydanie opinii na temat systemu politycznego. Tutaj nie chodziło o politykę zagraniczną, raczej o wewnętrzne relacje, choć aluzja do bomby wodorowej to też zabranie głosu w sprawach światowych.

    Prasa zachodnia opisuje dość wiernie okoliczności skandalu z obrazą prezydenta, że popularny polski pisarz komentował w ten sposób relacje międzynarodowe Polski w kontekście — ocenianego przed niego jako debilne — zachowania na Twitterze polskiego prezydenta. Przypomnę, że Andrzej Duda zwlekał z gratulacjami dla Joe Bidena, kiedy wszyscy niemal przywódcy światowi słali mu gorące gratulacje. I to ten fakt był oceniany przez Żulczyka. Odbieram jego wpis jako święte oburzenie aktywnego w mediach obywatela, pisarza, osoby publicznej, któremu przyświeca troska o relacje międzynarodowe Polski. Co więcej, prawdopodobnie chciałbym Polski szanowanej na świecie, postrzeganej jako cywilizowana….

    Ciekawe z punktu widzenia językowego, że szwedzki dziennik Svenska Dagbladet używa określenia „barania głowa”, aby oddać inkryminowanego „debila”.

    To że po angielsku i po szwedzku słowo debil może kojarzyć się niepotrzebnie z innymi pojęciami funkcjonującymi w tamtych językach (np. z osłabiającym efektem, ang. debilitating) sprawia, że dziennikarze starają się znaleźć tamtejszy lokalny odpowiednik. A z tymi odpowiednikami w przypadku mocno emocjonalnych określeń jest wszakże zawsze kłopot, tak jak w przypadku przekleństw. Wiadomo na przykład, że w Polsce najmocniejsze przekleństwa odwołują się do domeny semantycznej seksualności, natomiast na przykład w języku szwedzkim najszpetniejsze przekleństwo kojarzy się z domeną religijności. Jeśli po polsku powiemy „idź do diabła”, to będzie to znacznie delikatniejsze niż dosadne, choć także uliczne „wyp……..”. Natomiast „dra åt helvete” po szwedzku, czy lepiej „fy fan” [p…. diabeł] (jeszcze odpowiednio przeciągnięte) jest bardzo silnym przekleństwem.

    Jakub Żulczyk niestety mimo już uzyskanej sławy zagranicznej może mieć pecha w Polsce, bo prokuratura nazywa go po prostu Jakubem Ż. To oczywiście formalność, jednak przecież wszyscy wiedzą, że podejrzanym jest pisarz Żulczyk.

    Pójdzie do diabła? A może jednak nie? Zawsze w sytuacji pisarzy obowiązywała od antyku zasada licentia poetica, czy tym razem sądy w Polsce jej nie zastosują? Wolność słowa nie może należeć wyłącznie do rządzących, opinie na ich temat muszą być racjonalne, czy w tym wypadku ta racjonalność była naruszona? Jeszcze raz przypomnę, że wpis Żulczyka można potraktować jajo wyraz patriotycznej troski o obraz Polski w świecie.

    A tu nagle mamy ponownie snop światła na Polskę w związku z postawieniem zarzutów pisarzowi w wyniku jego obywatelskiego zaangażowania. Mamy snop światła na głowę naszego państwa. Polityka zagraniczna nie jest chyba najsilniejszą stronę głowy naszego państwa… Już kiedyś w kampanii wyborczej kandydat na prezydenta Andrzej Duda ogłaszał publicznie pogardę wobec obcych języków (moją opinię na ten temat wyrażałem tutaj). Taka pogarda naprawdę mści się okrutnie. I nie jest mądra. Podobnie jak niemądre było zwlekanie z gratulacjami dla Joe Bidena. Pamiętam ten moment i co wtedy myślałem. W pełni solidaryzuję się z Jakubem Żulczykiem w jego złości, gniewie i pewnym uniesieniu…

    Owce na farmie — il. Depositphotos

    PS. Ostatnia edycja wersji 26.03.21 r.

  • Zmarł obrońca żarliwości

    Zmarł obrońca żarliwości

    W niedzielę 21 marca 2021 odszedł Adam Zagajewski.

    Adam Zagajewski w Kulturhuset w Sztokholmie 25 lutego 2014 w związku z wręczeniem nagrody Tucholsky’ego, zdjęcie Frankie Fouganthin (Frankie Fouganthin, CC BY-SA 4.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0, via Wikimedia Commons)

    Adama Zagajewskiego spotkałem osobiście tylko raz — niestety także w okolicznościach śmierci — na pogrzebie Karla Dedeciusa we Frankfurcie 8 marca 2016 r., na którym zmarły wczoraj poeta wygłosił mowę pożegnalną. Potem mignęliśmy sobie jakoś, kiedyś, w ogródku jego inteligenckiej kawiarenki krakowskiej i chyba gdzieś na jakiejś manifestacji ulicznej mignął mi przez chwilę…

    Profesjonalnie mam dwa skojarzenia: manifesty Nowej Fali, której był członkiem, wpłynęły na moje postrzeganie zaangażowania poezji. Poezja musi ocalać. Także przez miłość języka. Przez filologię. Paradoksalnie ta miłość języka była umiłowaniem prawdy.

    Potem po obronie swojego doktoratu na temat kategorii wzniosłości przeczytałem wydaną w 2002 r. „Obronę żarliwości” Zagajewskiego. Nie rozumiałem — już jako doktor nauk humanistycznych — jego rozważań, bo do nich trzeba dorosnąć, trza nam zapragnąć realnych wymiarów „Chleba i wina” z elegii Hölderlina. Dzisiaj nadal pewnie będę medytował nad jego teorią żarliwości-wzniosłości, jako nad tym, co upewnia nas w pozostawaniu „pomiędzy”, w obszarze metaxu, pomiędzy „naszym (jak sądzimy) dobrze znanym, konkretnym, materialnym otoczeniem — a transcendencją, tajemnicą.” (Obrona 15) „Jesteśmy zawsze »pomiędzy» i w pewnym sensie w naszym ciągłym ruchu zawsze zdradzamy drugą stronę.” (15)

    Pod koniec tego tytułowego eseju „Obrona żarliwości” pisze on o Czesławie Miłoszu i jego nadzwyczajnej zdolności i energii poetyckiej, biorących się z „tego, że kondycję metaxu potrafił […] przekształcić w życiodajne pielgrzymowanie, w zajęcie dla pisarza-długodystansowca.” W ostatniej książce, opartej w dużej mierze na swoich tzw. wykładach łódzkich, Olga Tokarczuk rozwija pięknie pisarską teorię „metaxu”. I jest bardzo w tym przekonująca.

    W końcowym eseju tomu „Obrona żarliwości” pt. „Pisać po polsku” Zagajewski odnosi się do tego podstawowego swojego wyboru pozostania na gruncie polskiego języka i polskiej kultury. Wskazuje w nim zarówno doświadczenia pokolenia swoich rodziców — tych, co to przeżywali wojnę i musieli uciekać ze zniszczonych albo utraconych inaczej miast i miasteczek — jak również odnosi się do indywidualnego doświadczenia pisarza, który jest sam… „Świadkiem jego poszukiwań nie są ani urzędy paszportowe. Ani uniwersyteccy specjaliści od gramatyki, tylko słońce i śmierć, dwie potęgi, którym, jak powiedział La Rochefoucauld, nie możemy patrzeć w twarz.” Nie mogę teraz patrzeć na Ciebie Adamie Zagajewski, choć mogę Cię czytać. Jeśli Ty żegnałeś Gigantów języka polskiego, to kim Ty byłeś? Czytałem Cię w dzieciństwie, a raczej wsłuchiwałem się w Twoją dykcję, bo przecież nie chciałeś tworzyć wielkich metafor. Byłeś za prawdą i życiodajnym pielgrzymowaniem… Słońcem i… życiem.

    Pióro Feniksa, mityczny, święty ptak ognisty – symboliczny w mitologii egipskiej i religii chrześcijańskiej (fot. Depositphotos)

    PS. 22 marca 2021 pożegnanie to ukazało się w Gazeta Wyborcza

  • Kultura, głupcze!

    Kultura, głupcze!

    Kultura, głupcze! Kultura, literatura, historia i prawo. Także teologia. Nade wszystko jednak — konstytucja!

    Borys Budka ogłosił w magazynie Gazety Wyborczej, że nie jest rewolucjonistą i że jest pewien wygranej przy urnach. Ale przy tej okazji określił także swój pogląd na naukę:

    „– Musimy wykorzystać potencjał naszych naukowców w gospodarce. Nauka musi mieć powiązanie z biznesem. Ale jeżeli słyszę, że PiS chciałby, żeby stopnie naukowe można było zdobywać na podstawie artykułów publikowanych w czasopismach religijnych, to jest to powrót do średniowiecza.

    My wciąż na naszych uniwersytetach mamy kierunki, które – mówiąc delikatnie – odbiegają od oczekiwań nowoczesnego państwa. No, nie bójmy się powiedzieć, że państwo finansuje naukę ludzi, którzy po tych studiach nie będą mieli zatrudnienia.

    A dokładniej?

    – Chociażby wydziały teologiczne. Czy historyczne.

    Historyczne chyba są ważne?

    – Ale w odpowiedniej proporcji. Nie da się wyłącznie na studiach historycznych budować nowoczesnego państwa.”

    Nie wypada mi się sprzeczać z prawnikiem i ekonomistą, przewodniczącym największej jeszcze partii opozycyjnej (choć przecież to tylko sondaże), na którą głosowałem kilkakrotnie w swoim życiu. Jednak muszę niestety stwierdzić, że dr ekonomii w tym momencie chyba wygrał walkę w Borysie Budce z prawnikiem z wykształcenia i wykładowcą uniwersyteckim z dziedziny prawa finansowego. Muszę jednak przywołać fakt, iż historycznie rzecz biorąc – o horrendum – to nauki prawne i teologiczne oraz medycyna tworzyły uniwersytet w średniowieczu. Więc, gdyby tak chcieć wyrzucić wszystko, co ze średniowieczem w naszym życiu jest związane, to prawo także…

    No ale pewnie dr Borys Budka odwołuje się do nowoczesnego uniwersytetu tzw. Humboldtowskiego, nowoczesnego, pooświeceniowego projektu, który do dzisiaj jest w niektórych miejscach na świecie niezakończony. W takim uniwersytecie dużą rolę odgrywały nauki przyrodnicze, badanie naukowe, empiria, autopsja stały się wtedy właśnie czymś fundamentalnym. W oświeceniu narodziło się myślenie konstytucyjne. Jednak — wiem to z historii — wtedy właśnie także rosła rola namysłu historycznego nad dokumentami, wtedy dopiero dotarło do ludzi coś, co przyjmujemy za pewnik, że historia to jest pewien proces, w którym rolę odgrywają nie tylko twarde fakty ekonomiczne, ale także interpretacje i kultura.

    Fragment Statui Wolności w Nowym Yorku (fot. Depositphotos)

    Zgadzam się, że pomieszanie z poplątaniem w postaci połączenia ministerstw nauki i szkolnictwa wyższego z ministerstwem edukacji narodowej oraz ucieleśnienie tego połączenia w figurze ministra — nomen omen — Czarnka — zaowocowało takim postrzeganiem teologii i historii, że historia i teologia to propaganda narodowo-katolicka oraz propaganda nacjonalistyczna IPN, ale na całym świecie przecież stopnie naukowe zdobywa się także w teologii, choć prawdą jest, że tylko w krajach fundamentalizmu religijnego, ta teologia jest monologowa i przywiązana do jednej religii i jednego wyznania.

    Ale jest też w wypowiedzi Borysa Budki ten szczególny ton, który wynika z przesądów, a nie z badań naukowych. No bo z jakimi badaniami mamy tutaj do czynienia: „państwo finansuje naukę ludzi, którzy po tych studiach nie będą mieli zatrudnienia.”? Czyż nie jest to słynna teza Prezesa PZU Andrzeja Klesyka z 2012 roku o uczelniach jako „fabrykach bezrobotnych”? Gdzie są badania naukowe na ten temat? I czyż nie jest to to samo, kiedy w innym liście profesor fizyki stwierdził, że młodzi ludzie zostali oszukani, bo nie są gruntownie wykształceni?

    fragment dawnego banknotu francuskiego z reprodukcją „Wolności wiodącej lud na barykady” Eugene Delacroix (fot. Depositphotos)

    18 marca 2021 w Times Higher Education zabrał głos po raz kolejny wieloletni rektor i były minister nauki w Wielkiej Brytanii prof. David Willets, także autor dużej i ważnej książki o uniwersyteckim wykształceniu: „Wyniki zatrudnienia absolwentów są oczywiście kluczowe. Musimy jednak uważać, jeśli chodzi o ocenianie kursów i instytucji na podstawie kilku przydatnych, ale wprowadzających w błąd wskaźników”.

    Dalej Willets pisze, a wie o czym, bo jest bardzo doświadczonym edukatorem i politykiem: „Uważam, że koncepcja „nadmiernego” wykształcenia [absolwentów] jest odstraszająca […]. [Jednak] […] wszyscy jesteśmy niedokształceni. Zawsze jest więcej do nauczenia się i więcej do zrozumienia. Wartość edukacji wykracza poza korzyści ekonomiczne – chociaż istnieją uzasadnione pytania dotyczące najlepszego wykorzystania środków publicznych. Co więcej, ma znaczenie, czy absolwenci, a nawet osoby niebędące absolwentami, są nieszczęśliwi w swojej pracy, co dotyka głębszych kwestii ludzkiej samorealizacji i rozkwitu [osoby].”

    Potem Willets powołuje się także na badania naukowe z 2016 roku opublikowane w Oxford Review of Economic Policy, autorstwa ekonomistów Francisa Greena i Golo Henseke, którzy wykazali, „że nawet jeśli absolwentom nie udaje się zdobyć pracy wymagającej wysokich kwalifikacji i są z tego niezadowoleni, nadal cieszą się „znaczącą alternatywną korzyścią ze szkolnictwa wyższego… w tym lepszym ogólnym samopoczuciem i większymi korzyściami zewnętrznymi dla reszty społeczeństwa ”.”

    Bardziej wykształceni nie są wcale nieszczęśliwi, choć nie są może do końca zadowoleni z pracy. To powoduje różne procesy społeczne. Bardziej wykształceni mogą na przykład przemówić nagle po francusku, innym razem po niemiecku. W obcych językach, ale ileż w tym wartości…

    Na dodatek jesteśmy w przełomowym czasie, w którym powstaje mnóstwo nowych zawodów, do których nie sposób przygotować, bo są one po prostu nowe. Wyższe wykształcenie jest kluczowe dla przyszłości. Upraszczające i spłaszczające oraz nienaukowe podejście do wyższego wykształcenia (nie zdobywania wiedzy…, bo ta jest dzisiaj wszędzie) jest krótkowzroczne. I prowadzi ludzi na manowce.

    Kiedyś spotkałem się na debacie na temat protestów ulicznych i ich roli z Borysem Budką. Wtedy liczyły się wartości konstytucyjne, wtedy było ważne to, że są w Polsce ludzie, którzy mówią nie kłamstwu i jawnemu bezprawiu. Dzisiaj na całym świecie wiadomo, że w Polsce nie jest tak łatwo, jak było łatwo na Węgrzech, jeśli idzie o łamanie obywatelskiego ducha i wprowadzenie dyktatury. Boję się myślenia krótkowzrocznych ekonomistów, dla których krótkotrwały zysk jest głównym parametrem oceny. Czyż nie taka krótkowzroczność i chciwość zarządzających doprowadziła do kryzysu ekonomicznego 2008 roku? Czyż nie taka krótkowzroczność jest także odpowiedzialna za kryzys klimatyczny? Potrzeba przecież wizji i determinacji, żeby wygrywać maratony? (a Budka jest maratończykiem).

    Kiedyś napisałem książkę o kulturze zatytułowaną „Literatura, głupcze”. Chciałbym teraz ją przywołać, bo nadal są ludzie, którym się wydaje, że beznamiętnością i kasą zdobywa się władzę. PiS przekonuje, że cynizm i kasa faktycznie działają. Ale ja będę ciągle żądał niemożliwego i chciałbym jednak rewolucji. Bo to George Orwell z 1984 r., — dzieło literackie –, przekonywało mnie jako nastolatka w latach 80-tych XX wieku, żeby występować przeciwko PRL-owi, w którym ministerstwo propagandy nazywało się Ministerstwem Prawdy.

    Teleskop i rozgwieżdżone niebo (fot. Depositphotos)

    PS. Wpis w zmienionej formie ukazał się 21.03.21 w Gazecie Wyborczej.

  • Pomnik młodej Szwedki stanie na kampusie młodej uczelni w Anglii

    Pomnik młodej Szwedki stanie na kampusie młodej uczelni w Anglii

    Główny budynek Uniwersytetu Winchester (wg Wikipedii, licencja CC))

    Greta Thunberg będzie miała swoją rzeźbę na kampusie Uniwersytetu Winchester w południowej Anglii, Hampshire, niedaleko Southampton. Jest to niewielka (niecałe 8 tyś. studentów) publiczna uczelnia, która powstała w 2005, mimo że jej początki oficjalnie sięgają do 1840 r. Posąg z brązu Grety Thunberg będzie odsłonięty tam 30 marca 2021 po roku pracy brytyjskiej rzeźbiarki Christine Charlesworth.

    Wedle oświadczenia tej artystki pracującej na specjalne zamówienie uczelni (po wygraniu konkursu), Uniwersytet chciał rzeźby Grety, ponieważ stara się być przyjazny dla środowiska a jego władze mają nadzieję, że Greta będzie inspiracją dla jej wszystkich studentów (zob. Hampshire Chronicle, jak również Dagen Nyheter).

    Uczelnia prowadzi aktywną politykę środowiskową na swoim kampusie, zmierzając między innymi do zniwelowania plastiku z życia uczelni i do zasady „nie marnować niczego” w zakupach w sklepie uniwersyteckim.

    Co ciekawe, pierwotnie wyrzeźbiona Greta miała siedzieć na ziemi, jak czyni to co piątek pod parlamentem w Sztokholmie od jesieni 2018 r. Jednak ostatecznie rzeźbiarka zdecydowała się na większą dynamikę, postać dziewczyny z długim warkoczem stoi wyprostowana i ma wyciągnięta rękę jakby przemawiała.

    To jest ciekawy przykład promocji agendy środowiskowej przez stosunkowo młodą, ale dynamiczną uczelnię. Jest to tym bardziej interesujące, że w tym samym czasie w Indiach mają miejsce publiczne egzekucje na wizerunkach Grety Thunberg po jej wsparciu farmerów w sporze z rządem indyjskim.

    Przypomnę, że Greta Thunberg była już nie tylko kandydatką do Nagrody Nobla i człowiekiem roku w 2019 wg tygodnika Time, ale redagowała honorowo program w brytyjskim radiu publicznym, redagowała numer specjalny Dagens Nyheter poświęcony sprawom ekologicznym, jest bohaterką i współautorką książki jej matki, śpiewaczki operowej i piosenkarki Maleny Ernman („Sceny serdeczne”) oraz doktorem Honoris Causa młodego belgijskiego Uniwersytetu w Mons. Można w tym kontekście zauważyć, iż nie widać na razie negatywnego wpływu na osiemnastolatkę tak wczesnej światowej sławy: Greta nadal pozostaje skromną nastoletnią Szwedką, która jednak ma w otoczeniu wielu naukowców i artystów, ludzi mediów, aktywistów i celebrytów — to może pozwala jej zachować dystans do siebie, choć jej zaangażowanie społeczne oznacza między innymi wręcz proroczy, apokaliptyczny ton niektórych wystąpień. Pół-dziecka i dziewczyny.

    Artystka Christine Charlesworth jest także autorką innych rzeźb znanych aktywnych społecznie kobiet: kompozytorki Ethel Smyth (1858-1944), pierwszej kobiety-kompozytorki nobilitowanej przez królową angielską oraz i chrześcijańskiej sufrażystki Emily Wilding Davison (1872-1913), która walczyła o prawa głosowania dla kobiet w Wielkiej Brytanii, m.in. uczestnicząc w słynnym strajku głodowym.

    Jak mówi rzeźbiarka: „Jestem bardzo dumna, że ​​stworzyłem trzy ważne statuetki kobiet z brązu dla ważnych miejsc w kraju”. (podaje Hampshire Chronicle).

  • Polska wyspa akademickiej wolności

    Polska wyspa akademickiej wolności

    Wskaźnik wolności akademickiej Polski jest wysoki. Ale już spada

    Minister Czarnek i jego narodowo-katolicka ekipa mylą się, że w Polsce zagrożona jest wolność akademicka. Ona miała się świetnie do 2015 roku i nadal ma się dobrze, choć pod wpływem rządów PiS, staje się ona coraz bardziej zagrożona.

    11 marca 2021 ukazał się po raz kolejny, poszerzony w tym wydaniu o 30 nowych krajów, międzynarodowy Raport Wolności Akademickiej na świecie (Academic Freedom Index, AFi). Raport firmowany jest przez badaczy Global Public Policy Institute (GPPI). Badacze Ci pracują także w wielu ważnych ośrodkach akademickich, zaś  ok. 2000 ekspertów Instytutu rekrutuje są z 71 krajów świata. Jak podkreśla w Times Higher Education redaktorka Ellie Bothwell: **tylko około 20 procent światowej populacji żyje w krajach, w których wolność akademicka jest dobrze chroniona.** Na tym tle Polska jawi się świetnie, bo ma kategorię najlepszą – A.

    TABELA 1

    Tabel wedle Raportu GPPI

    W tej tabeli (tabela 1) wyraźnie widać, że Polska od 1989 do 2015 roku miała bardzo wysokie wskaźniki AFi. Te wskaźniki zaczęły spadać w ok. 2016 r. Jednak nadal znajdujemy się w grupie najbardziej wolnych krajów, jeśli idzie o wolność akademicką. Czyli, jeśli weźmiemy pod uwagę np. „Wolność badań i nauczania”, to znaczy, w jakim stopniu uczeni mają swobodę rozwijania i realizowania swoich programów bez ingerencji władz, Polska osiąga najlepszy wynik, choć już gorszy niż 5 lat temu: „Określając program badań lub programy nauczania, uczeni nie podlegają ingerencji ani nie są zachęcani do autocenzury.” Warto wskazać, że ten wskaźnik jest coraz gorszy, ale jego poziom nie spadł zbyt dramatycznie, natomiast dramatycznie spadł wskaźnik wolności „ekspresji akademickiej i kulturowej”.

    Niestety w samym raporcie podobnie dramatyczne spadki widać na umieszczonej znacząco obok tabeli z Polską tabeli tureckiej.

    Możemy się pocieszyć, że nie jest z nami tak źle, jak na Białorusi, w Kazachstanie, Sri Lance, czy Tunezji. Jeśli spojrzymy na zamieszczoną kolorową mapę, to wyjdzie także a tego, iż Polska obecnie ciągle znajduje się na obszarze największej wolności akademickiej zaznaczonym na zielono. Węgry są już w strefie żółtej, razem z Ukrainą i np. Indiami oraz Pakistanem. 

    Mapa AFi według Raportu

    Smutną ilustracją tego raportu jest fotografia przedstawiająca historyczną scenę grupową studentów Central European University w Budapeszcie na tamtejszym kampusie. Ten kampus już nie istnieje, bo CEU musiało się przenieść do Wiednia z powodów polityki antywolnościowej rządu Orbana na Węgrzech. Podobnie jak wolność mediów na Węgrzech, wolność akademicka zanika.

    Ulice Budapesztu – pomnik Imre Nagy na Vértanuk Tere (fot. autora JP)

    Raport kończy się rekomendacjami zarówno dla rządów, jak i innych polityków czy międzynarodowych organizacji. Jednak najciekawsza jest chyba propozycja uwzględnienia owego indeksu wolności akademickiej w globalnych rankingach uniwersytetów. Co prawda Polska niewiele mogłaby bezpośrednio na uwzględnieniu tego czynnika zyskać, jednak uniwersytety np. w Chinach straciłyby sporo. Jak argumentują autorzy raportu, „Wolność akademicka jest ważna, bo stanowi czynnik zwiększający atrakcyjność uniwersytetów dla studentów i naukowców.” Jeśli dany kraj uzyskuje słabe wyniki w AFi, musi liczyć się z możliwością utraty także w oficjalnych rankingach. Autorzy proponują następujący wskaźnik korekcji wyniku w rankingach:

    skorygowany wynik = wynik * (0,8 + 0,2 * AFi)

    W najnowszym rankingu QS Uniwersytet Pekiński i Uniwersytet Tokijski zajmują odpowiednio 23 i 24 miejsce, z ogólnym wynikiem 83,5 i 83,2. Skorygowany wynik dla Uniwersytetu Tokijskiego wyniósłby 78,4, biorąc pod uwagę wynik Japonii 68,2.

    Taka korekta wiele dałaby informacji studentom wybierającym kraj i uniwersytet, w którym chcą studiować. Na razie jesteśmy atrakcyjnym krajem wolności dla wielu studentów zagranicznych. Oczywiście pandemia, o czym piszą także autorzy raportu, stała się zagrożeniem dla wolności akademickiej na całym świecie. Jednak miejmy nadzieję, że pandemia kiedyś minie i międzynarodowa wymiana studentów także odżyje.

    W tym kontekście Minister Czarnek może wiele zepsuć, jeśli idzie o sytuację Polski, swoimi niedowarzonymi pomysłami poprawy stanu wolności akademickiej w Polsce. Propagandowa zasłona dymna w rodzaju Obajtka czy Kaczyńskiego jako ludzi wolności takiego czy innego prorządowego pisma nie ukryje podstawowego faktu, że narodowo-katolicka junta na uniwersytetach może zepsuć stosunkowo dobrą sytuację polskich uniwersytetów. To powinien być czynnik uwzględniany przez polskich rektorów: takie sprawy jak wolność kultury, autonomia decyzji, czy integralność kampusów to nie są imponderabilia, o których gentlemeni w togach nie muszą przypominać. Ich trzeba bronić jak niepodległości. I powietrza.

    PS. Pod raportem widnieją autorzy: prof. Katrin Kinzelbach z  Global Public Policy Institute (GPPi) oraz z niemieckiego uniwersytetu FAU w Erlangen-Nürnberg,  Ilyas Saliba, doktorant na Humboldt University w Berlinie oraz badacz Global Public Policy Institute (GPPi), Janika Spannagel, doktorantka w University of Freiburg  oraz badaczka Global Public Policy Institute (GPPi) oraz Robert Quinn.  

    Raport znajduje się w wolnym dostępie tutaj.

    PS. Wpis ukazał się jako artykuł 14 marca 2021 w Gazecie Wyborczej „Czy w Polsce zagrożona jest wolność akademicka? Na Węgrzech zanika”
    Tutaj