Martwe wykłady i konieczność oceny rozwoju studenta
Sen o prawdziwiej uniwersyteckiej edukacji (fot. lic. Depositphotos)
Dawno uważałem, że wykłady jako forma nauczania są martwe, ostatnio także pisałem o wykładach online i wersji „gadających głów”. Naprawdę jest mnóstwo świetnych materiałów instruktażowych w otwartych zasobach edukacyjnych, coraz więcej wyników badań naukowców także otwiera się na wolny dostęp.
Z drugiej strony, coraz więcej znajdziemy głosów tradycjonalistów, którzy — skądinąd słusznie — argumentują, że studiowanie to nie jest tylko uczestnictwo w zajęciach (zwłaszcza tych wykładach z gadającymi głowami), ale także — a może przede wszystkim — uczestnictwo w życiu uczelnianym, studenckim ruchu i studenckim życiu nieformalnym, uprawianie sportu, nawiązywanie kontaktów.
I wszystkie strony sporu mają częściowo rację: studia to faktycznie bardzo często jeden z najistotniejszych okresów życia młodych (zazwyczaj) ludzi, którzy podczas „wyjazdu na studia” poznają nie tylko przedmioty studiów, ale nade wszystko poznają świat i ludzi.
Rację mają także i ci, że trudno jest zastąpić online — obecność w laboratoriach… choć i takie rzeczy na świecie się dzieją, podobnie jak zdarzają się operacje chirurgii mózgu przez Internet.
Jednak nie ma chyba żadnej uczelni na świecie, która przyznałaby: nie chodźcie na wykłady, to nie ma sensu, najważniejsze są puby, zabawa i sport.
Bo przecież nie o to tylko idzie…
Jednym z elementów nie do zastąpienia przez algorytmy komputerowe jest ocena postępów studenta, programowanie całości kształcenia oraz doradztwo profesjonalne. Takich rzeczy komputery samodzielnie nie potrafią, potrzebny jest człowiek i to zazwyczaj musi być specjalista dużej klasy.
Bo — dodać trzeba — nie chodzi o ocenę od 1 do 6, albo od 2 do 5, ale o ocenę opisową, o sprawdzenie radzenia sobie w różnych okolicznościach, o sprawdzenie umiejętności i postaw: np. krytycznego myślenia, umiejętności kooperacji czy kreatywnego rozwiązywania problemów, tudzież tolerancyjnego współżycia społecznego. I od tego są zajęcia i spotkania ze studentami.
Ostatnio w Times Higher Education prof. Terry Young z Brunel University w Londynie, skądinąd emerytowany profesor specjalista od systemów opieki zdrowotnej, czyli specjalista od zarządzania opieką zdrowotną, napisał w tekście pt. Content is free: universities should stop producing it, że uniwersytety powinny dawno zacząć bardziej doceniać „projektowanie programów kształcenia” oraz ocenę postępów studenta wraz z tutoringiem. Jego głównym argumentem jest to, że w otwartych zasobach Internetu student może znaleźć dobrej jakości materiały, że wiedza jest wszędzie. Natomiast nikt nie zastąpi człowieka w ocenie rozwoju studenta i jego postępów.
Nie sposób się nie zgodzić, jednak potrzebne są pewne zastrzeżenia: istnieją jeszcze ciągle formy wykładów, które są niezastępowalne przez treści online. Stąd największe gwiazdy świata akademickiego zapraszane są przez pozauczelniane platformy dyskusyjne i sowicie opłacane przez nie, bo dobry przekaz bezpośredni jest ciągle w cenie.
Tutoring może przebiegać w różne strony (fot. lic. Depositphotos)
Po drugie, ewaluacja jakości kształcenia na uczelniach może przebiegać bardzo dobrze w systemie mieszanym, hybrydowym: częściowo online, przy użyciu narzędzi informatycznych, częściowo w przestrzeniach uczelnianych w kontakcie bezpośrednim. Na przykład: nie sposób wyobrazić sobie dzisiaj nauki pisania oraz występowania publicznego bez sprawdzenia sporej ilości utworów studenta.
Podsumowując: otwarte zasoby edukacyjne są wszędzie, ale doradztwo, jak z nich korzystać oraz ewaluacja postępów w rozwoju personalnym, to ciągle domena uniwersytecka, którą trudno zastąpić. Dlatego nie popadajmy w skrajności takie jak: „kształcenie online jest do niczego”, albo „kształcenie online jest wyłączną przyszłością edukacji”.
Napisałem to wszystko i nagle dopadło mnie zwątpienie: anachroniczny system edukacji wprowadzany już od 6 lat przez PiS w Polsce, oraz deformy Gowinowsko-Czarnkowe sprawiły, że coraz bardziej odstajemy od życia społeczeństw opartych na wiedzy. W jakim stopniu minister Czarnek odpowiada swoimi bredniami o „wolności akademickiej” (poprzez wpuszczenie zabobonu i polityki na uczelnie) na prawdziwe wyzwania rzeczywistości? Czarno to widzę, bo wielu rektorów polskich uczelni sekunduje władzy, chcąc się jej przymilać i przypodobać. A rektorzy nie są niestety już autonomiczni. I nie mają bezpieczników na samych uczelniach w postaci społecznej kontroli.
PS. Wpis ukazał się 08.10.21 w Gazecie Wyborczej pt. „Deforma Przemysława Czarnka. Wielu rektorów sekunduje władzy, by się jej przymilić”
Przeczytałem ostatnio wywiad z ministrem Gowinem, byłym wicepremierem rządów PiS. Nie będę komentował, jak wielu moich znajomych w różnych miejscach zagadnień psychologicznych osobowości, czy też jej braku — człowieka Jarosława Gowina. Nie chcę także teraz odnosić się do znaczenia politycznego jego „zerwania” z tzw. Zjednoczoną Prawicą.
Uderza mnie, że przy okazji tych wszystkich spraw — pokazywania się jako niezłomny rycerz słusznych spraw takich jak wolność gospodarki — przemyca się w mediach twierdzenie z gruntu fałszywe dotyczące szkolnictwa i nauki: że Czarnek to jest straszna sprawa, natomiast Gowin to była kultura.
W wywiadzie w GW pada takie sformułowanie:
„Za wymiar sprawiedliwości odpowiadała Solidarna Polska. W tych obszarach, za które odpowiadało Porozumienie, czyli nauka albo gospodarka, dialog z odpowiednimi grupami społecznymi i zawodowymi był wręcz wzorcowy. Moja reforma systemu szkolnictwa wyższego i nauki poprzedzona była bezprecedensowo szerokimi po 1989 r. konsultacjami społecznymi.”
Te „wzorowe konsultacje społeczne” z setkami poprawek w ostatnim momencie wrzucanych pod presją protestów akademickich ale także w ciszy wakacji to tak serio? Przecież to jest szczyt propagandy i zakłamania.
Jeszcze brzmią mi protesty pod oknami podczas posiedzenia Senatu UŁ, kiedy przyjechał minister Gowin na te „konsultacje”. Po przemowie musiał salę Senatu opuścić, bo śpieszył się, żeby odebrać wnuka z przedszkola… Konsultacje w wielu miejscach to było publiczne manifestowanie przekupywania rektorów: minister uwielbiał sceny wręczania wielkich na pół człowieka makiet czeków na miliony, które jakoby rząd — minister — rozdają… dobrzy panowie…
A ta słynna reforma to nic innego tylko sposób na obsadzenie uczelni swoimi ludźmi i pozbawienie profesorów wpływu na kariery, ubezwłasnowolnienie wszystkich ciał kolegialnych i jedynowładztwo rektora. Minister Czarnek spija z tego piankę na razie w Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie i w kilku mniej spektakularnych miejscach w Polsce.
Aby wyeliminować akademicką opozycję przepchnięto wiek emerytalny 67 lat. No i mnóstwo przepisów przenoszących materię ustawową do rozporządzeń. Stąd Czarnek teraz może po uważaniu dawać kategorie. A wcześniej awansować „swoje” czasopisma.
Teraz niektórzy wychwalają, że Gowin niby lepszy od Czarnka o niebo. Ale on Czarnka umożliwił i — że się tak wyrażę — metafizycznie też umożliwia także jego rozkwit. Uwiąd Gowina, rozkwit Czarnka na jednym możliwe są, pardon me tę metaforę, podłożu gnilnym…
Ustawa siłowo uchwalona w polskim Sejmie 11 sierpnia 2021 z pogwałceniem reguł praworządności jest ciosem w demokrację i wolne media. Nie ma co do tego wątpliwości. Partia Jarosława Kaczyńskiego niszczy stację telewizyjną będącą w pewnym sensie współczesnym „Głosem Ameryki” w Polsce (starsi pamiętają jeszcze „Radio Wolną Europę”), ale głosem na wskroś polskim i dla wielkiej grupy Polaków. Dlatego protestowałem, protestuję i będę protestował przeciwko manipulacji i bezprawiu, które dokonały się wczoraj w polskim parlamencie.
Jednak w cieniu tych ważkich wydarzeń (finalizowany pełzający zamach stanu pod władzą Kaczyńskiego i oddanemu mu PiS) dzieje się też sporo w obszarze szkolnictwa wyższego.
Jak donosi Gazeta Wyborcza, ustawa przekształcająca Uczelnię Państwową im. Szymona Szymonowica w Akademię Zamojską w ubiegłym tygodniu została odrzucona przez Senat. W środę 11 sierpnia 2021 podczas oburzających głosowań w Sejmie, posłowie odrzucili uchwałę Senatu. Teraz ustawa trafi do podpisu prezydenta.
Uczelnia, o którą idzie, powstała w Zamościu w 2005 roku jako zwykły PWSZ. Od 1 września 2019 roku PWSZ w Zamościu zmieniła nazwę na: Uczelnia Państwowa im. Szymona Szymonowica w Zamościu. Na mocy rozporządzenia ministra. Szymon Szymonowic to jest wielki patron z renesansowego Zamościa, świetnie pasują te tradycje do świata akademii.
Ta szkoła wyższa — prowadząca przede wszystkim kilka studiów licencjackich i pielęgniarstwo magisterskie — nie podaje na swojej stronie żadnych informacji na temat liczby studentów i pracowników. Jest sporo promowania studiów podyplomowych. Domyślam się, że studentów i pracowników jest tam niewiele.
Zmiana na Akademię jest dokonana z pogwałceniem obowiązującego — niedobrego co prawda, ale jednak — polskiego prawa, które umożliwia korzystanie z zaszczytnego miana Akademii (słowo z języka greckiego odnoszone czasami do całości świata uniwersytetów) tylko uczelniom mogącym doktoryzować w co najmniej dwóch dyscyplinach naukowych.
Problem tylko pozornie nie ma związku z uchwaleniem LexTVN. Śmiem twierdzić, że ta sprawa mogła być jedną z kart przetargowych, aby korumpować politycznie reprezentantów KUKIZ’15.
Co ciekawe, jak można poczytać w Gazecie Wyborczej, ustawę tworzącą nową uczelnię forsował zamojski poseł Kukiz’15 Jarosław Sachajko – ten sam, który w środę przyczynił się do reasumpcji głosowania, ten sam, który tłumaczył jeszcze przed kamerami, że przecież „nikt nie umarł”. A potem zagłosował za anty-TVN-owską ustawą.
Dzieje się to w sytuacji fatalnego położenia finansowego wielu już istniejących akademii i uniwersytetów. Ale autorzy tłumaczą, że akademię trzeba stworzyć, bo mamy Ojczyznę w niebezpieczeństwie. Larum grają! Trzeba wzmocnić Naród i Państwo. Grozi im „bardzo mocny atak na tożsamość kulturową i cywilizacyjną Polek i Polaków”. Misja nowej Akademii ma być wyrażona w dewizie: „Bóg, Honor i Ojczyzna”.
Jednym słowem: powstanie akademia od akademii patriotycznych i kolejna szkoła wyższa podporządkowana jednej instytucji religijnej. Państwowa akademia, której rektorem ma ponoć zostać słynny pan Skrzydlewski, doradca ministra Czarnka, ten, który zasłynął powiedzeniem o umacnianiu „cnót niewieścich” u współczesnych „dziewcząt i kobiet”.
Nie potrafię ukrywać swojego oburzenia: finanse publiczne służą korupcji politycznej i niszczeniu kultury uniwersyteckiej. Najpierw cios zadała ustawa Gowina, teraz kończy dzieło przywódca talibów w PiS — minister Czarnek.
Kukiz15 został obdarowany za pośrednictwem Jarosława Sachajki? Czy to jest korupcja polityczna kosztem świata akademickiego?
W cieniu zamachu stanu, przestępstwa urzędniczego marszałek Witek, podeptania parlamentaryzmu dokonało się prawdopodobnie także podeptanie prawa o szkolnictwie wyższym, ale nade wszystko kolejne upodlenie świata akademickiego. Trudno jest w takiej sytuacji mówić i pisać, jak robił to we Lwowie przed II wojną światową w 1932 roku profesor Kazimierz Twardowski — o dostojeństwie uniwersytetu.
Człowiek korumpowany (lic. Depositphotos)
PS. 13 sierpnia 2021 tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej pt.
Awans ministra Czarnka, studiów pornograficznych i TKM
Kariera i jej symbol — drabina
Daleki jestem od choroby, którą niegdyś nazwano punktozą. Zawsze starałem się publikować w miarę dobrze i w miarę często, ale tak, żeby jakość nie ucierpiała w gonitwie za ilością. I zawsze też uważałem, iż ocena jakościowa powinna uzupełniać wszelką ocenę ilościową. Oczywiście ewaluacja nauki musi mieć miejsca, nikt nie zamierza z tym dyskutować.
Już minister Gowin wprowadził bardzo niesprawiedliwe dla polskich naukowców metody mierzenia — ewaluacji — dorobku naukowego. Tak jak i ewaluacji poszczególnym uniwersytetów. Bezduszne algorytmy, które powodują zwiększenie widoczności dorobku tych, którzy już są widoczni, mają od momentu wprowadzenia tzw. Ustawy 2.0 decydować o losie polskiej nauki. Wydawało mi się kilka lat temu, że nic gorszego od tzw. Konstytucji dla Nauki nie może nas spotkać. Tak, tak, w nazewnictwie i dbałości o PR ministerstwo Gowina było zawsze znakomite, z jednym wyjątkiem; kiedy wymyśliło projekt konkursu pt. Inicjatywa Doskonałości Uniwersytet Badawczy, w skrócie IDUB (nie tylko wyczulone filologicznie ucho może wyłowić ten brak subtelności nazewniczej).
Totalna wyprzedaż…
Okazuje się jednak, że rządy ministra Czarnka są „piekielnie gorsze” (nie „o niebo lepsze”). Uznaniowość zaczęła się już pod koniec rządów Gowina, kiedy Ustawa szumnie nazywana Konstytucją miała kilkaset poprawek wrzucanych w Sejmie na ostatnim etapie legislacji. Jak można się domyślać, bubel gonił bubel, a na dodatek, większość zapisów ustawy zależała i zależy od niegotowych jeszcze w chwili uchwalania Ustawy Rozporządzeń. Z chwilą ukazania się Rozporządzenia, któremu towarzyszyła „Lista czasopism punktowanych” jako załącznik, wybuchła burza w środowisku naukowym, bo nie było w niej widać ani dbałości o jakość, ani logiki.
Minister Czarnek wziął się więc do roboty: TKM (dla ludzi nie pamiątających historii: to był kiedyś skrót wymyślony przez Jarosława Kaczyńskiego, doktora nauk prawnych na określenie negatywnych zjawisk zauważalnych w gronie swoich członków PiS, chyba wtedy jeszcze Porozumienia Centrum braci Kaczyńskich: zjawisko pazerności i lekceważenia wszelkich standardów widoczne w powiedzeniu „Teraz k…. my”). Otóż nie dziwi, że minister Czarnek zadbał o swoją macierzystą uczelnię KUL i awansował sporo czasopism z tej uczelni. W jednym nawet mam swoją publikację, jest to istniejący od 1988 r. Ethos. Kwartalnik Instytutu Jana Pawła II KUL, który awansował z 20 punktów do 70 (gratuluję kolegom redaktorom, ale Studia Norwidiana awansowały jeszcze lepiej z 20 do 100 punktów…). W tym samym czasie międzynarodowe czasopismo, którego jestem redaktorem „The Problems of Literary Genres” ma nadal 20 punktów, mimo że wielokrotnie protestowaliśmy przeciwko poniżeniu jednego z nielicznych międzynarodowych czasopism literaturoznawczych we Wschodniej Europie istniejących nieprzerwanie od 1958 r., (jego założycielką była słynna na cały świat Stefania Skwarczyńska), na jego wzór powołuje się czasopismo „Genre”, które obecnie na liście ma 100 punktów.
Jednak zostawiając partykularyzmy (pal licho!), oto jak wygląda wedle wyliczeń mojego kolegi awans i dynamika kariery naukowej samego ministra Czarnka. Skromny dorobek ministra Czarnka wedle nowej punktacji jest już znacznie mniej skromny, dynamika jest znacząca, minister awansuje w punktacji z 170 do 370 (sic!) punktów!!!
2020
1 ) Glosa do uchwały składu połączonych Izb: Cywilnej, Karnej oraz Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego z dnia 23 stycznia 2020 r., sygn. akt BSA I-4101-1/20
[w:] PRZEGLĄD SEJMOWY
Było 70 punktów — jest 100
2) Spór kompetencyjny pomiędzy Sądem Najwyższym a Prezydentem RP i Sejmem RP – sygn. Kpt 1/20
[w:] TEKA Komisji Prawniczej PAN Oddział w Lublinie
Było 40 punktów — jest 100
2018
1) Reforma wymiaru sprawiedliwości a bezpieczeństwo prawne
[w:] TEKA Komisji Prawniczej PAN Oddział w Lublinie
Było 40 punktów — jest 100
2) Prawo naturalne w Europie – fundament czy zapomniana rzeczywistość?
[w:] Biuletyn Stowarzyszenia Absolwentów i Przyjaciół Wydziału Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego
Było 20 punktów — jest 70
Czyli razem: po staremu 170
Po nowemu razem: 370
Takie kuriozum jak awans czasopisma ojca Rydzyka „Fides et Ratio” z 20 na 70, to drobiazg.
Sam uważam także, iż należy dbać o czasami niszowe zainteresowania naukowe, bo za takie uważam studia pornograficzne (Porn Studies), które awansowały z 70 do 100 punktów (tutaj także dziękuję swojemu koledze za zwrócenie uwagi na ten fakt, choć jak się okazuje, ten awans nastąpił już w grudniu 2019 r). Choć spotkało się to z czasami komicznymi komentarzami na portalach społecznościowych. Znaczenie społeczne studiów nad pornografią uważam za fundamentalne z punktu widzenia Nauk o kulturze i religii, jednak znaczenie czasopism Rydzyka i innych awansowanych przez Ministra — już znacznie mniej. Dlatego nie dziwią mnie reakcje środowiska, które zamieniają się już w memy, na przykład:
Ewaluacja nauki — ewakuacja nauki
Ewaluacja — s…acja
Ale za najlepsze, bo niezwykle jednak dowcipne uznałem taki mem:
Ewaluacja nauki czy ejakulacja nieuka — wszystko mi jedno, nie chce mi się….
Fontanna (to nie jest fajka…)
Oby taka reakcja nie była reakcją powszechną. Bo punktoza nie ma sensu, ale absurdy wyrównywania szans, zwłaszcza dla swoich i siebie samego — to już jest gruba nieprzyzwoitość. Kropka. Anty-etos i nieprzyzwoitość. Dwie kropki…
PS. 12 lutego 2021 skrócony tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej
UNIVERSAL CITY, CA – marzec 2006, the Universal Studios Hollywood, USA 10 marca2006 (fot. Depositphotos)
Dwóch socjologów brytyjskich Robert de Vries (University of Kent) i John Jerrim (University College London) zadało sobie pytanie, jakie wnioski płyną z drogi kariery Donalda Trumpa, którego USA żegnają dzisiaj. I oto krótki przewodnik, jak awansować w nauce, (opublikowane jako opinia 21 stycznia 2021 w Times Higher Education) które to dziełko zaczyna się dość kontrowersyjnie od zdania: „Tylko frajerzy koncentrują się na doskonałości w nauce. Lepiej jest podrasować kreatywnie swoje wyniki, rozkręcić ruletkę i zawierzyć znajomkom”.
1) Pierwsza rada jest bardzo krytyczna (ironicznie) względem zasad tzw. reformy Gowina:
Ponieważ nikt nie czyta tego, co piszesz i nikt nie zwraca uwagi na jakość Twoich publikacji naukowych, najważniejsze jest, gdzie opublikowałeś swoje badania. Najważniejsze, żeby w czasopiśmie z listy uznanej przez mainstream: np. zob. Lista czasopism Ministerstwa Nauki albo porównaj to z listą tutaj i zrozumiesz, że ocena jakości zależy od listy, a nie od tego coś napisał tu i ówdzie, ważne żeby tu, gdzie chcą oceniający. Rygory naukowe nie są najważniejsze, najważniejsze miejsce publikacji.
Niemniej istotna i powiązana z pierwszą jest rada druga, która wykorzystuje angielski idiom „cook the books”, który można w wolnym tłumaczeniu przełożyć jako
2) Księguj kreatywnie, podrasuj wyniki („przygotuj księgi rachunkowe”)
Man Calculating Past Due Statement Using Calculator
Jeśli wyniki nie potwierdzają Twojej hipotezy, tym gorzej dla wyników. Po co to eksponować. Zatem schowaj jak najgłębiej w swojej publikacji negatywne przypadki, eksponuj pozytywną narrację a będziesz cytowany, bo cytuje się pozytywy, a nie negatywy. Jak piszą autorzy (jeden jest naprawdę wziętym socjologiem), „podczas pracy z danymi prawie zawsze istnieje wiele uzasadnionych podejść, które możesz zastosować – na przykład w wybranych miarach, sposobie kodowania zmiennych i wyborze analizy statystycznej.” Kreatywna księgowość cieszy się fatalną sławą w nauce o inwestowaniu w finansach, ale jeśli udało się Trumpowi, to dlaczego miałoby się nie udać Tobie? Co prawda autorzy instruktażu na portalu dla inwestorów ostrzegają przed konsekwencjami takiego podrasowania zapisów wyników badań, ale cóż „no risk, no fun”, jak mówią starożytni Indianie… (ostrzeżenie zob. tutaj)
Jasny przekaz (fot. Depositphotos)
3. Kontroluj medialne przesłanie
Nawet jeśli w podrozdziale na temat wyników skrupulatnie sprawozdajesz wszystkie swoje ustalenia, twój tytuł, streszczenie oraz wnioski lepiej się sprzedadzą, jeśli zignorujesz te niewygodne negatywne wyniki. Zagwarantuj sobie dobre spopularyzowanie Twoich wyników. „Relacje w prasie poprawią profil Twojej pracy i pomogą zwiększyć liczbę cytowań, ale główne media preferują jasne, pozytywne wyniki nawet bardziej niż czasopisma akademickie.
4. Aplikuj, aplikuj, aplikuj o granty
ruletka w kasynie to dobra metafora dla systemu aplikacyjnego w nauce
Najważniejszy wskaźnik Twojej wartości poza publikacjami w ważnych miejscach jest ilość wyrwanych systemowi pieniędzy.
Nie marnuj czasu na podwyższenie jakości swoich badań, wysyłaj swoje aplikacje, gdzie popadnie, byle więcej. Większość z tych aplikacji zostanie zmarnowana na bank. Autorzy wskazują na słabe skorelowanie ocen recenzenckich w przebadanych 4000 aplikacji o granty w badaniach społecznych. Wniosek: „Twoje szanse na sukces zależą więc w dużej mierze od tego, kto sprawdzi Twoją propozycję”. Badania w innych krajach potwierdzają te wyniki. Wnioski i konkursy to loteria, daj sobie szansę, graj jak najczęściej!
5. Ufaj rodzinie, ziomkom i spółdzielcom
koledzy, rodzina…
Sugeruj recenzentów sprawdzonych. Co prawda niektóre reguły antynepotystyczne mogą uniemożliwić Ci wprost wskazanie żony, męża, syna, córki, dziadka, wnuka, ojca, matki, jednak kumpel z konferencji, z którym przypadkowo zaciąłeś się w windzie może się przydać. Podobnie jak współautor sprzed lat.
Capitol Hill Building, Washington DC. (fot. Depositphotos)
Trump odchodzi w niesławie, ale czy na pewno znika? Śmiem wątpić. Polscy zwolennicy reformy Gowina na pewno mogą pomóc mu wrócić, tak jak ten pan ze znakiem Polski Walczącej na Kapitolu.
Wynalezienie koła i łączenie ministerstw. O znaczeniu nauk humanistycznych raz jeszcze
Spojrzałem przypadkiem na ofertę walizek podróżnych w dużym sklepie. Wokół było pusto. Nikt się nie kwapił kupować. Wiem, że to nie jest najważniejszy towar, na który dzisiaj nie ma popytu ze względu na pandemię. Ale trochę dało mi to do myślenia. Trochę refleksyjnie zacząłem, a przecież są ważniejsze tematy.
Sterta walizek (fot. lic. Depositphotos)
Polska w mediach przez ostatnie tygodnie żyła tzw. rekonstrukcją rządu, albo kryzysem tzw. Zjednoczonej Prawicy. W trakcie rozmów o rekonstrukcji rządu, o której była mowa dawno, jeszcze chyba przed wyborami prezydenckimi, a na pewno zaraz po nich, mówiło się o tym, że ministerstw będzie mniej. Niby dobrze. Ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. W lipcu nauczyciele zostali zaniepokojeni pomysłem połączenia Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Pomysł fatalny, bo przecież Uczelnie to nie tylko edukacja.
Jednak 22 września 2020 opublikowano apel dwunastu naukowców o połączenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z Ministerstwem Rozwoju. Naukowcy w liście przypominali, że badania naukowe „powinny służyć społeczeństwu, a ich wyniki rozwijać krajową gospodarkę”. Ich zdaniem, to ważne zwłaszcza podczas epidemii koronawirusa. W wielu krajach taki model się sprawdza, zaś „w dłuższej perspektywie” mogłoby to doprowadzić do zwiększenia finansowania nauki przez sektor prywatny. „Da (to także) szansę na szybszy rozwój polskiej gospodarki”. Wśród dwunastki znaleźli się wysoko postawieni Prezes PAN prof. dr hab. Jerzy Duszyński, prof. dr hab. inż. Arkadiusz Mężyk (Przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich), prof. dr hab. Zbigniew Marciniak (przewodniczący Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego) oraz prof. dr hab. Maciej Żylicz (prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej).
Wan Gang. Minister Nauki i Techniki Chin
Jaki to ma związek z bagażem?
Słownik Języka Polskiego definiuje słowo „bagaż”
1. «rzeczy w paczkach, walizkach itp., które podróżujący ma ze sobą»
2. «nagromadzenie, zasób czegoś»
Bardzo charakterystyczne, że w Słowniku Języka Polskiego znajdziemy także słowo „bagażowy” odnoszące się do zawodu, który już jakby prawie zupełnie zanikł.
Jeszcze Słownik pod red. Doroszewskiego o bagażu pisał:
„Rzeczy zapakowane w paczki, walizki, tłumoki, pakunki itp. Przeznaczone do przewożenia wszelkimi środkami lokomocji.”
Kiedy czytać taką definicję przychodzą na myśl obrazki uchodźców z płonącej Warszawy albo Aleppo obładowanych takimi właśnie tłumokami… Albo obrazek małego samochodu obładowanego pakunkami z Ikei. (reklama)
Uchodźcy w obozie z pakunkami (lic. Depositphotos)
U Doroszewskiego pojawia się też frazeologizm: „bagaż ręczny”.
Ale także metaforyczne użycia: „bagaż wiedzy, erudycji, nauki (zasób wiedzy)”. W potocznym użyciu dzisiaj w sieci znaleźć można także takie paranaukowe „bagaż emocjonalny”, którego wielu pragnie się pozbyć. Bagaż jest obciążeniem.
Jak podaje Aleksander Brückner bagaż w języku polskim pojawił się z języka franc. bague — pakunek, z łac. bada, niem. Pack, (pol. pakować się, od franc. pacquet z łac. paccus).
Ciekawa jest angielska etymologia bagażu (Słownik etymologiczny)
Bagage, pojawił się w połowie XV w. jako „przenośne wyposażenie armii; grabież, łup”, „ze starofrancuskiego bagażu” bagaż, sprzęt (wojskowy) ”(14c.), z bague„ paczka, pakunek, worek ”, prawdopodobnie ostatecznie z tego samego skandynawskiego źródła, które przyniosło worek, czyli bag. Później używane torby, kufry, paczki itp. Widać już tutaj wyraźnie pewną maskulinizację bagażu, jego męskie kulturowe wymiary.
Bardzo ciekawa jest jednak historia bagażu na kółkach. Pierwszy patent dotyczący bagażu na kółkach został złożony w 1949 r., opublikowany w 1953 r. Co ciekawe, kufer na kółkach został wynaleziony już w 1887 r., zaś walizka na kółkach w 1945 r. – ale, jak pisze Daniel A. Gross w Smitsonian nie udało się ich skomercjalizować. Nie było popytu? Czy może innych warunków? Bernard D. Sadow w 1970. r. złożył wniosek rozpatrzony pozytywnie 1972 r. jako „Rolling Luggage”.
To co znamy dzisiaj jako najbardziej powszechną formę „bagażu na kółkach” zawdzięczamy amerykańskiemu pilotowi Robertowi Plathowi, (Robert Plath to jeden z pilotów Northwest Airlines 747) który w 1987 r. wynalazł bagaże dla członków załóg samolotów. Plath skomercjalizował wynalazek, bo podróżni zaczęli zazdrośnie patrzeć na elegancko przechadzających się po lotniskowych hallach członkach załóg samolotów. Duży interes zaczęła robić na tym wynalazku słynna firma Samsonite (od 2004 roku).
„Dlaczego więc pojawienie się bagażu na kółkach trwało tak długo? Pan Sadow przypomniał sobie silny opór, jaki napotkał podczas tych wczesnych telefonów do sprzedaży, kiedy często mówiono mu, że mężczyźni nie przyjmą walizek na kółkach. „To była bardzo macho” – powiedział.
Ale był to również czas ogromnych zmian w kulturze podróżowania, ponieważ coraz więcej osób latało, lotniska stawały się coraz większe i znacznie więcej kobiet zaczęło podróżować samotnie, zwłaszcza w podróży służbowej. Zajęło to dużo czasu, ale zwyciężył zdrowy rozsądek i dążenie do wygody. Walizka zyskała koła; podróżni nie potrzebowali już rutynowo tragarzy i boyów hotelowych.” (Sharkey, Joe. „Reinventing the Suitcase by Adding the Wheel”. The New York Times, 4 październik 2010, sekc. Business.)
„Koło to technologia, która ma 5000 lat. Odkąd wynaleźliśmy koło, stosujemy je od jednego poważnego problemu do drugiego. Stawiamy koła na wozy, taczki, armaty i samochody. Nawet męczarnia chomika powstała przed walizką na kółkach.”
Koło (lic. Depositphotos)
Pisze dalej: „Ekonomiści pomyśleli o tym wszystkim i walizka na kółkach stała się czymś w rodzaju klasycznego przykładu tego, jak innowacje mogą zająć trochę czasu w gospodarce.”
Autorka przywołuje laureata tzw. Ekonomicznego Nobla z 2013 r., Roberta Shillera, który stwierdza, że dobry pomysł to za mało w ekonomii. „Rynek nie zawsze rozumie swoje najlepsze sposobności.” Dlatego należy stwierdzić, że ludzie przed 1987 r. nie widzieli sensu walizek na kółkach, zawsze myślimy, że to co jest, to najlepsze z możliwych rozwiązań technologicznych.
Przywoływany przeze mnie wielokrotnie Nassim Taleb, interdyscyplinarny autor bestsellerowego „Czarnego łabędzia”, pisze także o walizkach w swojej książce „Antykruchość” (Antykruchość. O rzeczach, którym służą wstrząsy 2015) pisze, że im bardziej oczywiste jest rozwiązanie, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że wymyślimy je przy użyciu skomplikowanych metod.
A sprawa jest banalnie prosta, jeśli uwzględnić wymiar humanistyczny historii kultury i cywilizacji. Kiedyś rewolucję przypisywano np. jeansom, które pomogły pokonać komunizm. (Nial Fergusson w Cywilizacji. Zachód i reszta świata, 2013) Dzisiaj podobnie trzeba spojrzeć, z punktu widzenia kulturowej historii na wynalazek bagażu z kółkami. Jak stwierdza Katrine Marçal „Mężczyźni musieli nosić, aby udowodnić, że są mężczyznami, a kobiety nie były priorytetowym konsumentem.”
„Walizka zaczęła się toczyć, gdy zmieniliśmy nasz pogląd na płeć: że mężczyźni muszą nosić, a mobilność kobiet jest ograniczona.”
Katrine Marçal to pisarka i korespondentka DN w Londynie. Zadebiutowała filmem „Rape and Romance” (2008) i od tego czasu opublikowała między innymi „The Only Sex” (2012) i „The Left at the Edge of the Fourth Industrial Revolution” (2017). „Jedyna płeć” została przetłumaczona na około dwadzieścia języków. W języku szwedzkim ponownie ukazał się tytuł „Kto ugotował obiad Adamowi Smithowi?” Na jesieni ma wyjść jej najnowsza książka „Inventing the World” (Mondial), książka o tym, jak pojęcia męskości i kobiecości ukształtowały współczesne społeczeństwo.
Dlaczego o tym pisać w kontekście połączenia ministerstw? Ano dlatego, że kiedy pisze się o innowacyjności nauki, często mówi się także o jej komercjalizacji, służbie rozwojowi społecznemu. Otóż, bez rozwoju nauk humanistycznych, które mają się czasami bardzo dobrze, choć się ich nie docenia i nie dowartościowuje, nie ma mowy o rozwoju społecznym. Tak, studia nad płcią kulturową, czyli gender, są niezwykle przydatne społeczeństwu, jak widać po historii wynalazku koła. Koła nie wynajdziecie Panowie przez łączenie ministerstwa Nauki z ministerstwem Rozwoju. Zwłaszcza Minister Jarosław Gowin na pewno nie wynajdzie koła.
Studia nad płcią kulturową są bardzo ważne społecznie i istotne naukowo (lic. Depositphotos)
Ale zniszczyć możecie wiele, jak wiele już zniszczono w stadninie w Janowie. I na uniwersytetach po dobrej zmianie. Niszczenie jest łatwe i proste. Budowanie trwa lata i dekady.
Jak uczy historia, łatwo zaiste zaakceptować najdziwniejsze okoliczności. Ale też w dziwnych okolicznościach ujawniają się czasami nieoczekiwane oblicza. Za mojej młodości była słynna grupa Dead Can Dance, „umarli mogą tańczyć”.
Dead Can Dance podczas koncertu w Holandii (fot. Depositphotos) 2020 Tivoli Vredenburg Utrecht, The Netherlands. Brendan Perry @benhoudijk
Z kolei „Zdziczenie obyczajów pośmiertnych” to bardzo obszerny dramat poetycki młodopolskiego Bolesława Leśmiana. Rzecz dotyczy spraw obyczajowych, a jakże, „trójkąt miłosny”, „zbrodnia w tle”, subtelne relacje między niejednoznacznymi bohaterami, których status ontologiczny jest niedookreślony, jak to u Leśmiana, to niby duchy na cmentarzu, a jednak bardzo ludzkie cielesne odruchy. „Dead Can Dance.”
Dead Can Dance w Holandii. 2020 Tivoli Vredenburg Utrecht, The Netherlands. Brendan Perry @benhoudijk
Wszyscy jesteśmy teraz trochę jak te duchy: żyjemy pod ziemią jak bohaterowie „Maszyna staje” E. M. Forstera, wypełzając z rzadka na zewnątrz, żeby natychmiast wrócić do ekranów, na następny wykład online. Wykład, który właśnie przekazujemy online, albo którego słuchamy. Jesteśmy istną czystą ideą. Zebranie rady instytutu na Teamsach, konferencja międzynarodowa na Zoomie… Idealny uniwersytet przyszłości? Nie sądzę.
Licencja Depositphotos.
Bo jednak bohater Forstera odkrywa, że jest przechadzającym się ciałem, musi się uczyć odległości fizycznych i doświadczania świata w autopsji, własnym badaniu. Ciałem. [więcej o tym tutaj]
Zastanawia mnie skąd się to bierze, że jesteśmy jako społeczeństwo zdolni akceptować absolutną nienormalność. Sytuacja pandemii jest klęską żywiołową i od dawna powinien zostać ogłoszony stan nadzwyczajny w Polsce, zawieszający naturalnie wszystkie toczące się normalnie procesy, takie jak procesy wyborcze. Wszystkie, podkreślam, nie tylko wybory prezydenckie.
Zaakceptowaliśmy pozakonstytucyjne ograniczenie praw obywatelskich, zarządzanie nimi jakimiś dziwnymi ustawami i rozporządzeniami, zakazujące wchodzenia na przykład do lasu. Zaakceptowaliśmy wzrost znaczenia byłego ministra Jarosława Gowina, bo zaszachował, albo udawał, że szachuje, Jarosława Kaczyńskiego. Teraz zastanawiamy się nad absurdalnymi dowolnymi terminami pseudoprawnymi „koniec czerwca”, „początek lipca”. I jakoś nie dziwi Minister Nauki po Gowinie nie mający stopnia naukowego i doświadczenia ze szkolnictwem wyższym. Jak ten minister właściwie się nazywa? …
Szczegół z fresku dans macabra, Simone Baschenis 1539. Ancient church of San Vigilio (1515) in Pinzolo, Trento Italy (licencja Depositphotos)
Pierwszym mottem do ostatniego tomiku wierszy „Wiek bezprawia” Ellen Hinsey jest cytat z Hannah Arendt o zabiciu osoby prawnej w człowieku. Cytat pochodzi z jej „Korzeni totalitaryzmu”:
„Pierwszym niezbędnym krokiem na drodze do całkowitej dominacji jest zabicie osoby prawnej w człowieku.”
Ellen Hinsey i Tomas Venclova (fot. własna autorki)
Musimy przestać o sobie myśleć jako o obywatelach posiadających prawo do praw. Praworządność jest podstawą cywilizacji zachodu, o czym pisze np. Niall Ferguson w książce z 2011 r. Cywilizacja. Zachód i reszta świata. Przeciwieństwem cywilizacji jest barbarzyństwo, zdziczenie. Praworządność jest mocno powiązana w społeczeństwach tzw. zachodu z prawami własności i ochroną tych praw. Praworządność to prawo i sprawiedliwość. Ale te pisane z małej litery, codzienne, a nie te na sztandarach. Prawo i sprawiedliwość.
Niall Ferguson, autor Cywilizacji (2011) fot. Wikipedia
Piszę jako człowiek, który na początku pandemii zrezygnował z ubiegania się o stanowisko Rektora Uniwersytetu Łódzkiego. Uważam, że wybory powinny być zawieszone, głosowanie, czy to online czy fizyczne to jest jedynie niewielki fragment procesu wyborczego, to jest święto demokracji, przygotowywane przez mozolną robotę demokratyczną, spotkania ludzi, zaplanowane i przypadkowe, uściski rąk (sic!), uśmiechy, patrzenie w oczy wyborcom…
Głosowanie to zwieńczenie całego procesu, a tych innych elementów procesu ani widać, ani słychać. Zdziczenie obyczajów pośmiertnych, wątpliwy status ontologiczny…
Pół biedy, jeśli kandydatami jest ktoś, kto aktualnie współzarządza uniwersytetem. Ale jak ma w tych warunkach zaistnieć nowy kandydat? To tak jak ze zbieraniem podpisów w warunkach pandemii.
W moich Kościele Ewangelickim wszystkie urzędy pochodzą z wyboru: proboszcza wybiera zgromadzenie parafialne, biskupa diecezjalnego synod diecezjalny (z reprezentantami świeckich), biskupa Kościoła wybiera Synod Kościoła (też ze świeckimi). Jestem we władzach tego Kościoła jako świecki członek pięcioosobowej Rady Synodalnej. Mój Kościół bardzo sprawnie przeniósł wszystkie decyzyjne ciał decyzyjnych w świat cyfrowy. Jednak wszystkie procesy wyborcze zostały zawieszone do odwołania: wybory proboszczów, wybory biskupów… No bo zbór to ciało. Jestem dumny z demokratycznych zasad funkcjonujących w tej instytucji, z przejrzystości sprawozdań, także finansowych.
Uniwersytety w średniowieczu miały służyć m.in. Kościołowi, stąd na przykład ten malowniczy sztafaż średniowieczny pozostał do dzisiaj: pedel na czele a potem parada tóg, biretów, hymn „Gaude Mater Polonia” oraz „O dostojeństwie uniwersytetu” Twardowskiego.
Współczesny uniwersytet to nie jest Kościół, ale wspólnota tak, Universitas to społeczność, tak jak zbór, jak najbardziej realna. Dlatego nie mogę znieść tego zdziczenia obyczajów i akceptacji dla „dzikiego akademizmu”, wprowadzonego także przez reformę Gowina.
symbol sieci społecznościowych (fot. Depositphotos)
Trzeba zdawać sobie sprawę, że następuje przebudzenie w twardej nauce na świecie. Twarde nauki biologiczne na świecie zaczynają dostrzegać ludzkie wartości. Czy w Polsce takie problemy też się przebijają? Uważam, że powinniśmy przemyśleć na nowo „reformę” nauki Gowina, a nie udawać, że wszystko jest dobrze, tylko „wirusa” nie przewidzieliśmy (tak wydaje się twierdzić jedna z kandydatek na Rektora). Times Higher Education opublikował 1 maja 2020 opinię Mony Nasrallah, profesorki nadzwyczajnej, specjalistki medycyny klinicznej, endokrynologii i metabolizmu na American University of Beirut. Jest to zatem osoba bardzo mocno związana z naukami tzw. twardymi.
Teza główna Mony Nasrallah: Po kryzysie nie ma powrotu do „dzikiego akademizmu”. Trzeba kryzys potraktować jako pozytywne wyzwanie do zmiany.
Dzisiaj w kryzysie COVID-19 naukowcy lepiej współpracują w zakresie działania, które nie przyczyni się bezpośrednio do rozwoju ich kariery – na tym właśnie powinna realizować się idea uniwersytetu.
Bardzo ciekawie brzmi definicja dzikiego akademizmu w 10 punktach, przytoczę tylko 1, 8 i 10:
1) zasada dominująca: „coraz więcej, coraz więcej”. Ale po co? Ale dlaczego? Koledzy zaczynają być postrzegani jako przydatni, bądź zbędni, nieistotni. Tracimy życzliwość i empatię. Nie produkujesz punktów? To po coś Ty?
…
8) kryzys pandemii łączy się z konsumeryzmem i globalizacją prowadzącą także do kryzysu klimatycznego. Nie powinniśmy wracać do stanu sprzed pandemii.
…
10) człowiek powinien być celem działań. „Odkryjemy na nowo prawdziwą misję uniwersytetów.”
Fot. Depositphotos
Czy możemy o tym porozmawiać? Ci co wspierali reformę Gowina i ci co są, i byli jej przeciwni? Ale stanowisko musi być jasne, jestem za, czy przeciw. Bo ja jestem przeciw zdziczeniu obyczajów.
Chiński rząd odchodzi od punktozy i dyktatu bibliometrii. Jak donosi Times Higher Education, Pekin burzy administracyjną mentalność „publikuj albo giń”.
Science Citation Index SCI służący parametryzacji akademickich działań na uniwersytetach na całym świecie a istniejący od 1964 nie będzie miał już w Chinach takiego znaczenia jak niegdyś. Opublikowano właśnie w ichniejszym ministerstwie nauki i techniki oraz ministerstwie edukacji specjalną dyrektywę, rodzaj zarządzenia w 10 punktach, które zniechęca instytucje od przyznawania jakiś nagród albo uznawania kwalifikacji (np. przyznawania doktoratów) na podstawie wartości w SCI. (indeks służący głównie bibliometrii jest obecnie we własności Clarivate Analitics, Thomson and Reuters). Jak rozumiem ruch ten może być efektem także działania np. sygnatariuszy deklaracji DORA, a przynajmniej ci, którzy zgadzają się z DORA (to znaczy wierzą w jakościowe badania jakości) na pewno takiej inicjatywie przyklasną. Bo parametryzacja działalności naukowej opartej na bibliometrycznych algorytmach platform różnego typu niestety prowadzi działalność naukową na manowce, niewiele ma wspólnego z wysoką jakością.
Chiński rząd w ten sposób pragnie zahamować nie tyle bum kreatywności naukowej, ale sztucznie napędzany pęd na publikacje indeksowane w nowym prywatnym narzędziu bibliometrycznym. Podkreśla się w analizach, że ostatnio wielu naukowców w Chinach uległo tej presji narzędzi biometrycznych.
Ostatnia decyzja rządu chińskiego będzie miała bardzo dalekosiężne efekty. Ta decyzja była długo przygotowywana, a poprzedziły ją wypowiedzi samych wodzów chińskich między innymi Prezydenta Chin z 2017 r.
Trzeba mieć świadomość, iż ruch ten administracyjnie wymierzony w punktowe szaleństwo w Chinach odbywa się w ramach społeczeństwa, którego nie można na pewno nazwać demokratycznym. Społeczeństwa w którym mentalność Foucaultowskiego panoptykonu powoduje niezwykłą podatność na wszelkie go rodzaju dyktaty i inwigilację oraz masowe odruchy. Ta cecha społeczeństwa chińskiego powoduje że jest ono bardzo zdyscyplinowane i lepiej nim zarządzać w sytuacjach kryzysowych takich jak np. wybuch pandemii koronawirusa. Nie przypadkiem Michel Foucault pisał o marzeniu o zdyscyplinowanym społeczeństwie w fenomenie kwarantanny. Każde społeczeństwo nowoczesnej ulega temu marzeniu. To jest bardzo znaczący fakty, że nawet w takim społeczeństwie, w którym rządowe aplikacje smartfonowe służą inwigilacji obywateli, a obywatele nie widzą w tym nic złego, odchodzi się od dyktatu administracyjnego Science Citation Indeks. Nauka bez prawdy i wolności jest niewiele warta. Tymczasem w Polsce wprowadza się właśnie dyktat Elseviera, właściciela platformy Scopus oraz właśnie osławionego SCI. Warto zdawać sobie sprawę z tego w którą stronę dryfujemy. Choć może jeszcze nie wszystko stracone?
Jak donosi Times Higher Education w osobie redaktora Johna Morgana, polscy naukowcy zaniepokojeni są wpływami na nowe prawo ultrakatolickiej grupy Ordo Iuris, która teraz interesuje się regulacjami w prawie dotyczącym „wolności słowa” na uczelniach. Zmiany wedle naukowców w Polsce zapewnią swobodę wypowiedzi w przestrzeni publicznej na uniwersytetach radykalnym antyaborcjonistom, czy zaprzeczającym katastrofie klimatycznej. Mogę to potwierdzić, takie obawy znam z bezpośredniej komunikacji, z oświadczenia Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej i z rozlicznej korespondencji, jak również z publikacji listu otwartego Przemysława Pietrzaka czy blogów Jana Hartmana.
Inspirator nowelizacji, fundacja Ordo Iuris, dumny jest także ze swojego niesławnego projektu, który w swoim czasie przepadł w zdominowanym przez PiS parlamencie, o całkowitym zakazie aborcji i karaniu zgwałconych matek.
Przypomnę, że wedle ministerstwa: „W projekcie noweli Konstytucji dla Nauki wprowadzono sformułowanie „wolność wyrażania poglądów”. W związku z tym art. 3 ust. 1 ustawy po zmianach brzmi: „Podstawą systemu szkolnictwa wyższego i nauki jest wolność nauczania, wyrażania poglądów, twórczości artystycznej, badań naukowych i ogłaszania ich wyników oraz autonomia uczelni”.”
Jarosław Płuciennik osobiście zadał na posiedzeniu Komisji EMiN pytanie ministrowi dotyczące planowanych zmian w Ustawie w art. 3. Pisałem o tym w poprzedniej publikacji w GW.
Pytania brzmiały: Czy uczelnie i instytucje naukowe mają teraz zajmować się poglądami, czyli opiniami poszczególnych osób? W wolności poglądów nie ma nic złego, nie może być nic złego, art. 54 Konstytucji RP z 1997 r. gwarantuje wolność głoszenia poglądów Art. 54. „Zasada wolności poglądów. 1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. 2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej.”
Zatem jakie jest uzasadnienie wprowadzenia tych ostatnio proponowanych przez Jarosława Gowina zapisów, skoro wolność poglądów jest gwarantowana konstytucyjnie? Dlaczego minister upolitycznia debaty akademickie?
W trakcie dyskusji poseł, którego nazwiska nie pamiętam, zadał pytanie Ministrowi, czy definicja małżeństwa będzie odwoływać się do innych niż genetyczne ustaleń dotyczących płci. Świadczyło to wymownie o próbie upolitycznienia tej sprawy.
Przypomniałem zatem, że ministerstwo powinno mieć świadomość, iż istnieją różne nauki poza uwielbianą przez Ministra bibliometrią (mierzącą wpływ i znaczenie publikacji naukowych wskaźnikami ilościowymi) oraz genetyką, że socjologia, kulturoznawstwo, czyli nauki o kulturze i religii, jak chce ministerstwo, to także równoprawne nauki, w których akurat płeć jest konstruktem kulturowym. Istnieją różne metodologie i różne wspólnoty eksperckie w wielości nauk.
Dlaczego zatem taka zmiana w prawie? Jakie jest uzasadnienie.
O co zatem idzie w zmianie zaproponowanej przez ministerstwo?
Odpowiedź ministra była bardzo arogancka: na argument o upolitycznieniu, zarzucił upolitycznianie mnie samego w tej kwestii. Rolą ministerstwa jest umożliwienie ścierania się poglądów, zaś przywołane przeze mnie jakoby „gender studies” to jak strzał kulą w płot (mówiłem o kulturowej konstrukcji płci, nie o gender studies, choć i one przecież są dziedziną wiedzy). Przy okazji Minister Gowin odniósł się do podobnych obaw wyrażonych przez posłankę Barbarę Nowacką (pytała o antyszczepionkowców i płaskoziemców i ich prawo do głoszenia poglądów na uczelniach): wg Jarosława Gowina nowelizacja jest niezbędna. Nie można zabronić głoszenia poglądów.
Według stronniczego streszczenia „debaty” w PAP nasza wymiana wyglądała tak: „Obecny na posiedzeniu komisji prof. Jarosław Płuciennik z Uniwersytetu Łódzkiego zgłosił obawę, że projekt ma na celu upolitycznienie sytuacji na uczelniach i że może on doprowadzić do sytuacji, iż trzeba będzie się tam liczyć z poglądami nienaukowymi. Komentując jego wypowiedź, Jarosław Gowin powiedział: „zachęcam do lektury przepisów w kontekście całej ustawy. Oraz bardzo bym apelował do przedstawicieli świata naukowego, by to oni nie upolityczniali uczelni, bo takie tony w wypowiedzi pana profesora zabrzmiały” – powiedział.”
Muszę skorygować, że ja właśnie pytałem o uzasadnienie w świetle istnienia w naszym prawie odpowiednich i wystarczających regulacji. Cytowałam także Konstytucję.
Mogę jedynie wnioskować zatem, że wedle ministra Gowina eliminowanie z przestrzeni akademickiej poglądów np. homofobicznych (a to jest w istocie casus skandalu z dr. Ewą Budzyńską, prof. z UŚ) to jest „powrót do czasów słusznie minionych.” Warto może przypomnieć, że ustawa umożliwiająca prześladowanie homoseksualistów i innych osób z grupy LGBTQ+ jest otwarcie popierana przez reżim Putina, który podpisał specjalną ustawę w 2013 r., mającą „chronić przed gejowską propagandą”. Nie sposób też nie pamiętać, że homoseksualiści ginęli także w Auschwitz, zaś w PRL byli prześladowani i rejestrowani przez tajną policję. Na marginesie, polecam zarówno Timothy Snydera Drogi do niewolności jak i klip na YouTube Hoziera, który odwołuje się do sytuacji homoseksualistów Rosji Putina.
Zatem stawiam pytanie: czy ministerstwo ulegając wpływom radykalnych i sekciarskich grup nacisku próbuje blokować standardy europejskie, jeśli idzie o regulacje mowy nienawiści i zasady tolerancji? Zastopować stosowanie europejskich standardów dotyczących uznania różnorodności ludzkiej oraz tolerancji dla różnych wyznań, ras oraz orientacji? Czy ministerstwo pragnie w tej sposób zamknąć możliwą krytykę przez naukowców mowy nienawiści? Czy nowelizacja Ustawy ma być ustanowieniem w uczelniach tzw. stref wolnych od LGBT?
Trzeba bić brawo, jeśli pragnie Pan minister przejść do historii jako ten, który wprowadza getto ławkowe dla osób LGBTQ+, proszę to otwarcie powiedzieć, Panie Ministrze. Ale potem proszę nie udawać europejczyka i nie prosić o unijne pieniądze wsparcia na projekty naukowe.
We wspomnianym materiale w Times Higher Education mgr Łukasz Bernaciński, członek Ordo Iuris, uczestnik studiów doktoranckich na Uniwersytecie Łódzkim, powiedział, że organizacja opublikowała w styczniu raport opisujący kluczowe „naruszenia” wolności słowa na polskich uczelniach w ostatnich latach. Ordo Iuris, dodawała, „sporządził projekt ustawy”, który przedstawił ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego Jarosławowi Gowinowi. Szukałem tego raportu w sieci i nie znalazłem. A może on pozostaje jedynie do użytku ministra? No bo projekt do użytku ministra został przekazany. Ale raport? Gdzie ten rzetelnie brzmiący w uszach „raport”? Proszę go upublicznić! [aktualizacja 17.02.2020, okazuje się, że faktycznie zestawienie na stronach Ordo Iuris można znaleźć tutaj, ale obejmuje ono luźne zestawienie dwudziestu siedmiu wydarzeń od 2008 r., których nie można uważać, za naruszenie wolności akademickiej, gdyż są to w swojej przeważającej większości np. odwołane wykłady na nienaukowe tematy, wcześniej zapowiadane jako współorganizowane przez jakiś instytut bądź wydział, albo odwołanie drastycznej wystawy propagandowej antyaborcjonistów].
„Projekt spotkał się z dużym zainteresowaniem, dlatego ministerstwo postanowiło rozpocząć prace nad zmianą prawa” – kontynuował wedle THE Bernaciński. „Obecnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego opracowało projekt ustawy oparty na projekcie przedłożonym przez Instytut Ordo Iuris.”
Członek Ordo Iuris powiedział też reporterowi THE, Johnowi Morganowi, że kontrowersje na Śląsku miały „bezpośredni wpływ” na zainteresowanie Ordo Iurisa tą kwestią. Powiedział kłamliwie, że studenci byli „oburzeni chrześcijańską koncepcją rodziny, nauczaną w oparciu o naukowe podstawy i badania”. Przecież w tych protestach i oburzeniu chodziło o coś innego: „Studenci postawili wykładowczyni kilka zarzutów: poglądy homofobiczne, dyskryminacja wyznaniowa, wypowiedzi krytyczne wobec wyborów życiowych kobiet dotyczących m.in. przerywania ciąży oraz przekazanie informacji niezgodnych ze współczesną wiedzą naukową.” (tutaj opis całej sprawy)
Ministerstwo wypiera się wpływu na nowe prawo fanatyków. Wedle THE: „Rzecznik ministerstwa powiedział, że Ordo Iuris „nie uczestniczył w przygotowaniu projektu”, ale był „jedną z wielu organizacji i instytucji… zaproszonych do udziału w fazie otwartych konsultacji publicznych”.
Pytam zatem publicznie, czy mogę prosić listę tych innych organizacji i instytucji publicznych zaproszonych — podkreślam tę datę — przed 30 stycznia 2020 — do udziału w konsultacjach publicznych? Czy może ta lista jest tak tajna, jak była do niedawna lista poparcia nowych członków neo-KRS?
W artykule w THE powiedziałem redaktorowi Johnowi Morganowi, że członkowie projektowanego przez nowelizację komitetu przy ministrze byliby „jak sędziowie dyscyplinarni, którzy wprowadzą duży nacisk na naukowców, którzy będą się bać radzenia sobie z wieloma problemami, ponieważ będą bali się utraty pracy ”, i dodałem także „Jest to filozofia, którą można opisać dwoma słowami: dyscyplina i karanie”. Faktycznie obawiam się, że proponowane prawo jest sposobem „dopuszczenia wyrażania poglądów w środowisku akademickim”, potencjalnie zapewniając platformę na uniwersytetach dla tych w Kościele katolickim, którzy walczą o całkowity zakaz aborcji lub zaprzeczają zmianom klimatu.
Jak wskazuje analiza projekt nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym wprowadza również wątpliwy i niebezpieczny system monitorowania swoiście rozumianej wolności wyrażania opinii. Ministerstwo chce utworzyć komisję specjalną: Komisję Wolności w Szkolnictwie Wyższym i Systemie Nauki. Komitet będzie się składał z 9 osób, z których 4 zostanie ogłoszone przez ministra. Resztę członków powołuje Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej oraz Krajowa Reprezentacja Doktorantów. Pytanie brzmi, czy taka instytucja jest potrzebna? Polska Konstytucja zapewnia wystarczające gwarancje wolności wyrażania opinii (podobnie jak w przypadku innych swobód konstytucyjnych). Mamy prawo do rzetelnego i publicznego wysłuchania każdej sprawy przed właściwym, bezstronnym i niezależnym sądem (art. 45). Zgodnie z wolnością wypowiedzi w Polsce mamy ochronę zapewnianą przez prawo cywilne (ochrona dóbr osobistych) i kodeks karny (przestępstwa zniewagi i zniesławienia). Konstytucja i ustawy gwarantują prawo do odwołania się od orzeczeń i decyzji wydanych w I instancji, a każdy ma prawo zwrócić się do Rzecznika Praw Obywatelskich o pomoc w ochronie jego wolności lub praw naruszonych przez organy władzy publicznej. Ta ochrona jest wystarczająca i odpowiednia, a wspomniane środki tworzą spójny system. Powołanie nowych komisji przez prawodawcę musi budzić wątpliwości co do jego zamiarów. Istotą wolności, w tym wolności wyrażania opinii, jej autonomii, jest jak najszerszy zakres swobów, a nie kontrola ze strony państwa. Nie ma potrzeby tworzenia takich organów jak Komisja Wolności w Szkolnictwie Wyższym i Systemie Nauki.
Komisja ds. Nauki obradowała 2,5 godziny, przy czym większość czasu zajęły wypowiedzi ministra i wiceministrów. Mieliśmy doprawdy bardzo mało czasu, żeby zaprezentować swoje pytania w odpowiedni, racjonalny i uzasadniony sposób. Taka Komisja powinna obradować kilkanaście godzin przy udziale wielu, wielu innych podmiotów. Nie powinna stanowić listka figowego dla Ministra, który pragnie ulegać wpływowi fanatycznej organizacji społecznej (to nawet nie stowarzyszenie, tylko Fundacja założona przez inną fundację, mająca Piotra Skargę jako patrona, ale nazwą alternatywną jest dumnie brzmiący Instytut Kultury Prawnej Ordo Iuris). Taka debata nie jest debatą, jest ceremonialnym utrwalaniem hegemonii ministerstwa nad nauką w Polsce. Ministerstwo Nauki wprowadza kaganiec dla nauki (przypominam, że nauką w Polsce nazywa się także nauki humanistyczne i społeczne) nazywając te swoje działania troską o wolność słowa (w istocie opinii). Szkoda, że nie wynikają one z troski o wolność badań naukowych. I troski o studentów.
PS. Nowomowa obecnego ministra jest przygnębiająca: ustawa, w której w ostatnim momencie wprowadzono kilkaset poprawek (w lipcu 2018 r.), nazywa się Konstytucją dla Nauki. Ustawa, która realizuje wizję sprzed 20 lat, to Ustawa 2.0. No i wszechobecna DOSKONAŁOŚĆ, które to słowo jest szczytem nowomowy w Public Relations. O tym także już powstały artykuły naukowe. (Włoskowicz, Wojciech. „NOWOMOWA PSEUDOMETANAUKOWA? O JĘZYKU POLSKIEJ POLITYKI NAUKOWEJ”. Poradnik Językowy, t. 10, nr 769, 2019, s. 35–47, doi:10.33896/PorJ.2019.10.3.)
PS.2. Właśnie trwa przerwa międzysemestralna na mojej uczelni. Na Komisji Nauki w polskim Sejmie byłem obecny jako zainteresowany nauką obywatel. Społecznie. Prywatnie, choć politycznie, bo interesują mnie sprawy publiczne.
14 lutego 2020
Jarosław Płuciennik (prof. nauk humanistycznych, kulturoznawca, literaturoznawca, kognitywista, historyk idei)
Anna Rakowska-Trela (dr hab. nauk prawnych, konstytucjonalistka)