Kategoria: Literatura i kultura

  • Kreatywność naukowa i nienormatywna praca

    Wiele mówiło się niegdyś o atrakcyjności pracy na uczelniach, że nienormowany rytm pracy, że długie wakacje, sporo przerw w dydaktyce, małe grupy studenckie… Wydaje się, że wszystko to należało już dawno między bajki włożyć.

    John Ross, nomen omen, 1 stycznia 2020 (w święto Nowego Roku na całym świecie) w ostatnim Times Higher Education pisze o tym, że po przerwie świątecznej naukowcy prawdopodobnie nie wrócą na uczelnie wypoczęci. Powołuje się na publikacje australijskich badaczy zdrowia (Adrian Barnett, Inger Mewburn, Sara Schroter), którzy w grudniu ubiegłego roku opublikowali wyniki badań nad danymi dotyczącymi godzin (i pory dnia) składania do redakcji czasopism naukowych maszynopisów artykułów i recenzji naukowych. (Było ich odpowiednio prawie 50 tys. i 76 tys.). W konkluzji autorzy badania wskazują, że „kultura nadgodzin (przepracowywania się)” nie jest wcale metaforą w przypadku naukowców.
    Przebadano publikacje w latach 2012-2019, zatem jest to badanie z lat ostatnich, aktualne. Przy czym chodziło o czasopisma medyczne składane w otwartych systemach informatycznych ułatwiających redakcje czasopism. Metody badawcze były statystyczne.

    Jednym z czynników ważnych dla tego badania jest rozwinięta na całym świecie kultura cyfrowa i jej możliwości: już dawno wiadomo, że w świecie korporacji problemem są e-maila od szefa, które przychodzą po godzinach, przed północą, domagające się działania na rzecz firmy.
    W świecie akademickim problemem wynikającym z rozwijającej się kultury cyfrowej mogą być też e-maile od studentów po północy z pracami zaliczeniowymi na już.

    Tired aggressive unsatisfied angry mad crazy colleagues are having scandal at workstation and crumpling papers, they want to fight, women are trying to remain silence. Licencja Depositophotos

    Dodatkowymi obciążeniami są także różne zadania administracyjne. Badacze australijscy wskazują na to, że te obciążenia nie są jakimś czynnikiem iluzorycznym, gdyż to one wskazywane są w różnych ankietach jako przyczyny rezygnacji z kariery naukowej przez młodszych pracowników i doktorantów.

    Jednak naukowcy obciążeni dydaktyką i administracją (ankiety, sprawozdania, kwestionariusze, badania) muszą sobie radzić, no i pracują naukowo nad tekstami głównie po godzinach. Wyobrażam sobie, że w naukach medycznych same badania laboratoryjne lub/i kliniczne wykonywane są w trakcie pracy w miejscu pracy. Jednak robota nad tekstami, to co innego. Autorzy nie piszą o tym, jednak warto od razu zauważyć, że praca nad tekstem naukowym, to także praca humanistyczno-społeczna nad komunikowaniem swojego badania i wyników. Potrzebujemy skupienia w dłuższym czasie, aby napisać artykuł czy recenzję.

    Miałem ostatnio rozmowę z ambitnym niegdyś doktorantem, który zmienił się w sceptyka, jeśli idzie o wartości akademickie. W trakcie tej rozmowy z nim usłyszałem pogardliwą opinię na temat wynagrodzenia za recenzje pracy doktorskiej: ile czasu zajmuje taka recenzja, kilka godzin? Skąd takie koszty przewodu doktorskiego? Trudno jest wyjaśnić ludziom spoza akademii, że ustawowo jest na to dwa miesiące przeznaczone, jednak ile to godzin, trudno jest określić. Potrzeba kilku dobrych wielogodzinnych sesji. 300 stron lektury doktoratu, to nie jest tylko te 300 stron, trzeba posprawdzać źródła, poszperać w notatkach, sięgnąć do literatury. Zatem praca nad recenzją i artykułem naukowym wymaga prawdziwych wielogodzinnych sesji skupienia. Prawdziwego maratonu skupienia.

    Według wspomnianego badania nad publikacjami, naukowcy belgijscy, niemieccy i szwajcarscy okazali największą niechęć do wysyłania e-mailem artykułów i recenzji na święta. Skandynawowie byli jednymi z najmniej skłonnych do przedstawienia wyników swojej działalności poza godzinami pracy.

    Były różnice kulturowe między krajami względem godziny przesyłania artykułów: naukowcy z Chin opublikowali wiele artykułów tuż po północy, a Brazylijczycy wysyłali swoje kontrybucje godzinę lub dwie później.

    Skandynawowie i Amerykanie z Północy (USA i Kanada) preferowali poranne godziny pracy. Australijczycy, Nowozelandczycy, Brytyjczycy i Niemcy — wczesne popołudnie, podczas gdy Francuzi, Włosi i Hiszpanie robili wiele rzeczy na wieczór.

    Warto zauważyć, że badanie to nie dotyczy innych dyscyplin niż medyczne oraz że nie uwzględniono także danych z Polski. Chociaż wyraźnie widać pewne tendencje różnic kulturowych, to autorzy jak i John Ross wskazują na uniwersalizm „pracy twórczej”, to jest pisania artykułu czy recenzji. Praca taka wymaga długiego skupienia. Dlatego kultura cyfrowa, można powiedzieć, daje duże możliwości wykorzystywania nienormatywnego rytmu pracy.

    Pytanie tylko, czy taka praca jest higieniczna? I czy może jeszcze dzisiaj być atrakcyjna?

    Multitasking businesswoman at work with a laptop Licencja Depositphotos

    W tym kontekście warto przypomnieć jedną z dyskusji, które mięliśmy ostatnio na forach społecznościowych. Pierwsza szkoła doktorska na UAM zyskała sławę na tych forach szczególnym wykładem inauguracyjnym, pt. „Globalna nauka: dlaczego jej istotą jest nierówność i co z tego wynika dla młodych naukowców?” (http://cpp.amu.edu.pl/pl/new-amu-doctoral-school-for-600-phds-opened-inaugural-keynote-speech-by-marek-kwiek/?fbclid=IwAR1TaK1Lp_sz_Q6GXQz4GKIfo2gsyD-lDtX9aXcVYrKAHVvZh8nJnh14l1c) ,który wygłosił jeden z głównych inspiratorów reformy Gowina i jeden z jej entuzjastów prof. Marek Kwiek. Zastanawia mnie, jak nasza własna perspektywa badawcza może nas oślepić… Pochwała nierówności zaprezentowana przez prof. Kwieka i akceptacji (entuzjastyczna) nowych reguł gry „publish or perish” są szczególne…

    Czy będziemy mieć jeszcze chętnych do pracy naukowej w takich warunkach? Czy będziemy mieć dobrych kandydatów na studia doktoranckie?

    Jak wskazują badacze australijscy i John Ross praca po godzinach na uczelniach jest koniecznością. Jeśli praca twórcza ma być w centrum uwagi naukowców i doktorantów, to jakie warunki trzeba im stworzyć? Na pewno odpowiedzią nie jest zasada „publish or perish”, ani też odpowiedzialność zbiorowa nałożona na członków dyscyplin naukowych na uczelniach przez algorytmy finansowania uczelni. Kreatywność ludzka i inwencja, a także innowacja nie biorą się z wyścigu szczurów. Kreatywność wymaga indywidualności, czasu, wieloetapowego procesu. Jest jak produkcja wina, albo gotowanie dobrej potrawy.

    Szczęśliwego Nowego Roku!

  • Mała Greta Thunberg naprzeciwko Donalda Trumpa i Biskupa Jędraszewskiego?

    Dawid przeciwko Goliatowi?

    Greta Thunberg na szczycie wedle ABC NEWS.

    Zacząłem interesować się karierą Grety Thunberg od czasu jej słynnego wystąpienia we wrześniu 2019, choć wcześniej zwracała moją uwagę, bo aktywizowała mojego starszego syna do udziału w piątkowych strajkach klimatycznych. Jako ojciec nastolatka o rok od niej młodszego z przyjemnością rejestrowałem jej duży wpływ na aktywizowanie młodzieży na całym świecie, także w Polsce. Jej postać jest jednak interesująca z punktu widzenia także nauk o kulturze i religii, bo jej przekaz i jej wizerunek medialny nosi znamiona zakorzenionego kulturowo w szwedzkiej tradycji i szwedzkich realiach kulturowych oraz szerzej w długiej już tradycji krytyki nowoczesności.

    Greta Thunberg, człowiek roku 2019 r. wpływowego Tygodnika „Time” (Alter, Charlotte. „The Conscience”. Time, grudzień 2019.) wywołuje bardzo skrajne reakcje: jest entuzjastycznie witana i oklaskiwana na różnych szczytach, fotografują się z nią zarówno prezydent Obama, jak i papież Franciszek, pokazują się z nią w różnych telewizjach celebryci, tacy jak Arnold Schwarzenegger czy Naomi Klein, występuje ona w głównych programach publicystycznych telewizji na całym świecie, prowadzi własne mikroblogi na Twitterze i Instagramie, miała juz wykład TED i jest doktorem honoris causa, jest śledzona przez miliony fanów na całym świecie, powstały już o niej (niekoniecznie najlepsze) książki, takie dla dzieci, ale także dla dorosłych. Jednak jest także nienawidzona przez wielkich tego świata. Jednym z wielkich hejterów Grety Thunberg jest Donald Trump, którego oskarża się także o to, że nie może małej dziewczynce wybaczyć, iż ukradła mu show i to ona stała się najbardziej wpływowym człowiekiem roku Time’a w 2019, a nie — po raz drugi — on…

    Greta Thunberg na Placu w Rzymie przed Papieżem Franciszkiem namawiająca go do celebrowania jego własnej „zielonej” Encykliki Laudato Si (screen z Gazeta Wyborcza)

    Do rangi symbolu urosły zdjęcia pokazujące wyraz twarzy Grety Thunberg na widok Donalda Trumpa na szczycie w Nowym Jorku. Jeśli dla Naomi Klein faktycznie Greta stoi w opozycji do polityki — niszczącej świadomie naturę i gloryfikującej nieograniczoną konsumpcję „hamburgerów i plastikowych rurek do picia”– ekipy Trumpa, to nie dziwi wcale niechęć prezydenta USA do 16-latki, która już dawno przestała być małą dziewczynką, a staje się nastoletnią wkurzoną.

    Z przykrością stwierdzam, że do grona osobiście zapiekłych wrogów młodej Grety przyłączył niedawno arcybiskup Marek Jędraszewski, który oskarżył „ekologizm” o bycie ideologią totalitarną. Chciałbym jednak przypomnieć, że katolicki ksiądz biskup reprezentuje innego typu ideologię totalitarną, też nieoczekiwanie łączącą go z Donaldem Trumpem.

    Otóż obaj wydają się wyznawcami spiskowej teorii historii tzw. białego ludobójstwa. Warto przypomnieć wypowiedź arcybiskupa z 15.11.2013 r. W Pabianicach, w której mówi: „Mogę sobie łatwo wyobrazić, że za jakiś czas, mam nadzieję, że sam tego nie dożyję, że w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim tu, na terenie Europy, tak jak Indianie są pokazywani w Stanach Zjednoczonych w rezerwatach. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać tego, kim są od strony biologicznej.” Pisze o tym Jan Hartman na swoim blogu w Polityce. (https://hartman.blog.polityka.pl/2013/12/01/biala-rasa-musi-przetrwac/)

    Faszyzm może być definiowany jako religijny kult państwa, wodza i narodu kojarzący się totalitarną formą rządów. Faszyzm bardzo często odwoływał się w swej historii do twardej nauki, zwłaszcza do nauk przyrodniczych, ale przede wszystkim wyciągał ideologiczne konsekwencje z darwinizm społecznego, wedle którego państwa silne z natury rzeczy podbijają państwa słabe: z tego wynika militaryzm, nacjonalizm i rasizm.

    Naomi Klein ostatnio powiedziała też, że gorszy od negacjonizmu ekologicznego jest tylko ekofaszyzm. (Naomi Klein on the Case for a Green New Deal, Greta Thunberg, & The Rise of Ecofascism. YouTube, https://www.youtube.com/watch?v=IARezGmhWr0. Udostępniono 28 grudzień 2019.)

    Arnold Schwarzenegger i Greta Thunberg w Wiedniu (źródło Flipboard.com)

    Ekofaszyzm jest mistyczną wersją faszyzmu skojarzoną z kultem ziemi. Towarzyszy mu wizja organicznej całości natury. Ekofaszyści jeszcze nie rządzili żadnym narodem, ale pewne elementy wczesnych wersji nazizmu (mistyczny ruch Volkistowski w XIX w., czy jego związki ze spiritualizmem) były obecne w narodowym socjalizmie Hitlera, przede wszystkim w postaci hasła: „krew i ziemia”, które oznaczało czystość białej rasy aryjskiej. (Zimmerman, Michael E. „Ecofascism”. Encyclopedia of Religion and Nature, Volume 1, Continuum, 2008, s. 531–32)

    Z Ekofaszyzmem skojarzone jest także spiskowa „teoria białego ludobójstwa”, zgodnie z którą Żydzi wymyślili spisek mający wykończyć białą rasę przed propagowanie: masowej nie-białej imigracji, integracji rasowej, niskich wskaźników dzietności, aborcji, rządowej konfiskaty ziemi białych, zorganizowanej przemocy i eliminacji w rzekomo białych krajach w celu spowodowania wyginięcia białych poprzez przymusową asymilację i brutalne ludobójstwo. Rzadziej obwinia się Czarnych, latynosów i muzułmanów, ale raczej jako wykonawców spisku, a nie jego mózgi.

    W tym kontekście lepiej jest zrozumieć, z czym mamy do czynienia, kiedy atakujemy czysty i prosty przekaz Grety Thunberg i sił, które ją wspierają. Katastrofa ekologiczna oznacza także masowe migracje na skalę dotychczas niespotykaną. Tak zwany kryzys uchodźczy w 2015 roku w Europie był kryzysem wywołanym przez wojnę mającą swoje źródła w zmianach klimatycznych. Za ekofaszystów uważali się sprawcy masowych mordów z 2019 w Christchurch w Nowej Zelandii (15 marca 2019 r. (51 zabitych, 49 rannych) i w El Paso w USA (3 sierpnia 2019 r., 22 zabitych, 24 rannych). Sprawcy tych ataków na wyznawców różnych religii, nie tylko Islamu, publikowali przed atakami manifesty, w których przyznawali się do swojego ekofaszyzmu. Ekofaszyści i brexitowcy bronią czystości krajów i narodów przed integracją ludzkości. Dotychczas myślałem, że w Nowym Testamencie, fundamencie chrześcijaństwa, mogę poczytać „Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie”. (Gal. 3,28) Teraz okazuje się, że na gruncie bardzo wpływowym w polskich życiu publicznym mają miejsce wypowiedzi, które z chrześcijaństwem nie licują. Ideologia totalitarna jest religią państwa. Jeśli można mówić o dyktacie siły w Polsce, to właśnie ten dyktat słyszymy. On nie jest głosem chrześcijaństwa. Po prostu nie godzi się.

    girls on a tree in south Sweden in the province of Skåne
  • Wrogowie wiedzy i wiedzoodporność

    Wrogowie wiedzy rozpowszechniają fałszywe wiadomości, powodują dezinformację i cieszy ich wiedzoodporność.

    Andy Borowitz 12 maja 2015 r. w New Yorkerze napisał, że ziemia jest według najnowszych badań zagrożona specjalnym rodzajem stworzeń: faktoodpornymi ludźmi. Badania przeprowadził zespół z Uniwersytetu Minnesota, a kierował nim Davis Logsdon. Trzeba od razu zaznaczyć, że doniesienie znalazło się na łamach New Yorkera, nie The New York Timesa oraz, że Andy Borowitz to znany amerykański komediant i humorysta, zaś Rektor Uniwersytetu Minnesota, dziękując Andy’emu Borowitzowi za wspomnienie jego uniwersytetu jednocześnie zaprzeczał, że Davis Logsdon istnieje i że prowadził w jego uczelni badania.

    Jednak sam koncept „faktoodporności” jest niezwykle ciekawy, bo wskazuje na zjawisko szersze: „wiedzoodporność”. Pisze o tym w znakomitym eseju książkowym Åsa Wikforss pt. Alternativa fakta. Om kunskapen och dess fiender (Fakty alternatywne. O wiedzy i jej wrogach, Fri Tanke, Stockolm 2019). Nie tutaj miejsce, aby opisywać, co jest wiedzą, a co nie, jednak interesujące dla mnie jest odniesienie nie tylko do „alternatywnych faktów” ekipy Donalda Trumpa, ale całościowe podejście do postmodernistycznego przekonania, że prawda jest całkowicie względna i uzależniona od punktu widzenia. W realnym świecie sprowadza się ten pogląd — wywodzący się nota bene z perspektywizmu Nietzscheańskiego — do przekonania, że istnieją jedynie poglądy, przekonania i opinie, oraz że faktom można przeciwstawić zawsze fakty alternatywne. Jako kognitywista często w przeszłości byłem konstruktywistą językowym i uważałem, że olbrzymią rolę odgrywają narracje o rzeczywistości, choć z drugiej strony zawsze byłem także zwolennikiem ucieleśnienia znaczenia, a co za tym idzie, ucieleśnienia prawdy i przekonania. Dlatego przekonuje mnie zarówno Steven Pinker, który namawia świat współczesny do porzucenia perspektywizmu Nietzscheańskiego i jego nihilizmu w książce „Nowe oświecenie” (pol. 2018), jak i Timothy Snyder, który przestrzega w książeczce „O tyranii” (2017) oraz „Drodze do niewolności” (2019)  przed kłamstwem autorytaryzmów wszelakich. Moim zdaniem, jako ludzie odpowiedzialni i myślący, powinniśmy wsłuchiwać się w to, co mają nam do powiedzenia badacze kłamstw tyranów tacy jak Hannah Arendt (Korzenie totalitaryzmu, prwd. 1951), George Orwell (1984, prwd. 1949), Viktor Klemperer (LTI, Lingua Tertii Imperii, prw. 1947), Michał Głowiński (o języku PRL), czy ostatnio u nas Katarzyna Kłosińska i Michał Rusinek.

    Åsa Wikforss, szwedzka filozofka i nowa członkini Akademii Szwedzkiej, fot. Jesper Sandström [CC BY 4.0]

    Åsa Wikforss niedawno została przyjęta do Akademii Szwedzkiej i zajęła fotel nr 7 wcześniej zajmowany przez przewcześnie zmarłą Sarę Danius (pierwszą damą tego fotela była Selma Lagerlöf od 1914 r.). Z tej okazji nowoprzyjęta członkini akademii — jak zwyczaj każe — wygłosiła przemowę (przedrukowaną zarówno przez Dagens Nyheter, jak Svenska Dagbladet 20 grudnia 2019 r.). W tej przemowie zwróciły w sposób szczególny moją uwagę dwa akapity:

    „Niezależnie od tego, jak zaawansowani jesteśmy pod względem poznawczym, wiemy, że samotne myślenie jest kruche: łatwo nas podniecają zakorzenione błędy w myśleniu, łatwo mylą emocje. Potrzebujemy siebie nawzajem do korygowania uprzedzeń i błędów, ale także do przestrzegania norm ludzkiego współistnienia i dążenia do lepszego świata. Łatwo jest się zniechęcić, kiedy dziś rozglądamy się po świecie, ale z czasem dostrzeżemy nasz rozwój moralny, na przykład w tym, jak traktujemy kobiety i dzieci, odnosimy się do ludzi z innych kultur lub patrzymy na przestępczość i kary. Musimy być wdzięczni za ten rozwój otwartego społeczeństwa i jego instytucji.

    Ważne jest, aby pamiętać o tym w czasach, gdy coraz częściej jego wrogowie kwestionują wiedzę. Rozpowszechniają oni nie tylko dezinformację, która zniekształca nasze myślenie, zniekształca nasze dziedzictwo kulturowe i sprawia, że ​​wierzymy, że pewne grupy ludzi są bardziej godne od innych. Dotyczy to także instytucji wspierających wiedzę i demokrację: wolność badań naukowych, niezależne media i sądownictwo, muzea i biblioteki. W wielu krajach na całym świecie, również w naszym pobliżu, demokracja jest demontowana przez stopniowy demontaż instytucji społeczeństwa demokratycznego. Mówi się w nowym języku i rozpowszechnia przekonanie, że wszyscy mają swobodę mówienia czegokolwiek, a jednocześnie celowo podważa się instytucje, które są nam niezbędne do prawdziwej wolności myślenia i działania.” (przekł. mój JP)

    Warto wskazać, że szwedzka akademiczka na pewno ma na myśli także i Polskę, w której trwa atak propagandowy na wszystkie wykształcone elity: gdziekolwiek one jeszcze są, w uczelniach, teatrach, muzeach, sądach, szpitalach, szkołach i mediach. Często gorzej wykształceni krytykują ekspertów i lekceważą np. opinie dziekanów wydziałów prawa uniwersytetów polskich, czy uchwały różnych rad wydziałów. Temu zjawisku — powszechnie pokazywanej przez świat polityki pogardy dla wiedzy — towarzyszy owa „wiedzoodporność” tzw. szerokich rzesz. No i specjalnie tworzony język, który nazywa te niewygodne elity właśnie „elitami”, „elementem animalnym”, „gorszym sortem”, „kastą”, „kolesiami”, „mordami zdradzieckimi”, „przemysłem pogardy”, „ubekami”, „kodomitami” itp. itd.

    dr hab. Katarzyna Kłosińska w 2019 r. By Adrian Tync – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=75821753
    dr hab. Michał Rusinek By Adrian Grycuk – Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=83069286

    O tym właśnie nowym języku traktuje u nas nowo wydana książka prof. Katarzyny Kłosińskiej, przewodniczącej Rady Języka Polskiego i prof. Michała Rusinka, członka Rady Języka Polskiego. Książka nosi tytuł „Dobra zmiana.*czyli jak się rządzi światem za pomocą słów”. (Znak, Kraków 2019). „Alternatywne fakty” jako zastępnik zwykłego kłamstwa propagandy ekipy Trumpa to jest wierzchołek góry lodowej w słowniku samego Trumpa, jednak demokracja amerykańska jeszcze nie jest tak zagrożona, bo MABENA jest w niej niemożliwa na taką skalę, na jaką jest możliwa w Polsce. MABENA to jest jedno ze słów ujętych w książce-słowniku wydanym przez Kłosińską i Rusinka. Słownik zawiera 200 słów „dobrozmianowej nowomowy”, ułożonych w 69 hasłach głównych. Językoznawczyni i badacz retoryki (w uproszczeniu takie są także tych autorów role społeczne) zajmują się współczesnym językiem polskim dyskursu publicznego w Polsce po 2015 r. MABENA, czyli „Maszyna Bezpieczeństwa Narracyjnego” miała być wedle prof. Andrzeja Zybertowicza takim oficjalnym specjalnie konstruowanym językiem do narracji o współczesnej Polsce — miał on służyć nade wszystko PR-owi zewnętrznemu, czyli pokazywać „zagranicy” właściwe znaczenie, tego, co się dzieje w Polsce. Sami autorzy książki „Dobra zmiana” piszą, że projektowana przez Zybertowicza i jego zwolenników w prorządowych mediach MABENA nie jest fikcją, że cała ich książka świadczy dobitnie o tym, iż MABENA już działa, to jest inaczej mówiąc machina propagandowa rządu „dobrej zmiany”, to właściwy „przemysł pogardy”. Polecam wszystkim tę książkę, nie tylko filologom wszelkiej maści, ale nade wszystko ludziom zatroskanym o prawdę. To prawda, że „język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie”, jak pisał kiedyś Adam Mickiewicz w „Wielkiej Improwizacji” w „Dziadach”, jednak na gruncie eksperckim słowo ciałem się staje, bo przecież wynalazki techniczne biorą się z odkryć naukowych, zaś wiedza medyczna leczy ludzi z chorób. Humanistyka jest konieczna, aby uczyć ludzi nie tylko krytycznego myślenia, ale także logiki i szacunku dla prawdy w dyskursie publicznym. Jeszcze nie ma u nas ludzi odciętych od bibliotek publicznych, jak za czasów Viktora Klemperera w III Rzeszy niemieckiej, kiedy Żydom nie wolno było pożyczać książek z bibliotek. Jeszcze nie ma książek wyłącznie dla Polaków, choć przecież noblistka Olga Tokarczuk jest już wyraźnie wedle MABENY (czyli „przemysłu pogardy dobrej zmiany”) antypolska, polakożercza i w ogóle — politycznie podejrzana. Jeszcze nie pali się książek przeciwników politycznych, jak miało to miejsce w III Rzeszy, choć incydent z urojonymi przeciwnikami religijnymi („Harry Potter”) już miał miejsce, ale Minister Kultury i wielu za nim, mogą z dumą podkreślać, że nie doczytali, albo że nie czytali w ogóle. Pogarda wiedzy i wiedzoodporność. Pogarda dla kultury (politycznej poprawności) i kulturoodporność. Pogarda dla uniwersytetu i wykształcenia. A nam pozostaje czułość i uważna lektura.

    Londyn Reklama Billboard Roberta Iceka i teatralnej adaptacji Ducan Macmillan z George Orwella 1984 w dniu 30 maja 2015 w Londynie, UK, fot. Depositphotos

    Jarosław Płuciennik

  • Badawczy Język Ojczysty (BJO): Olga Tokarczuk i język „czułego narratora”

    Nauka jest międzynarodowa. Ideały prawdy są międzynarodowe. Badanie prawdy nie może znać granic narodowych. A jednak uznanie dla ważności języka ojczystego jest niebywale kluczowe w kontekstach edukacyjnych.

    Jestem wielkim zwolennikiem więlojęzyczności. Sam mogę porozumieć się w języku angielskim zupełnie swobodnie w mowie i piśmie. Jestem też zaawansowanym użytkownikiem języka szwedzkiego, bardziej biernie w mowie i piśmie (zdałem kiedyś egzamin państwowy w Szwecji). Uczyłem się z marnym skutkiem przez 11 lat języka rosyjskiego, ale to osobna historia. Łyknąłem języków klasycznych, trochę łaciny, trochę greki, oraz hebrajskiego. Uczę się podstaw języka norweskiego. Imponują mi Polacy więlojęzyczni tacy jak Józef Conrad Korzeniowski, czy Bronisław Malinowski. Pisuję o nich. Jednak warto zauważyć, iż większość naszych wielkich pisarzy XIX wieku także była wielojęzyczna, Mickiewicz czy Słowacki to poligloci.

    Nie trzeba podkreślać, że znajomość języków obcych pomaga w życiu. Nie trzeba podkreślać, że język angielski w nauce współczesnej jest uniwersalnym językiem. Jednak wielkim błędem jest uznanie, że powinien stać się on podstawowym językiem wszystkich badań, także w naukach społecznych i humanistycznych.

    Przy okazji Nobla dla Olgi Tokarczuk w mediach społecznościowych można znaleźć nawoływania nawet do spalenia jej dzieł. Oto przykład takiego nawoływania:

    jeden z twittów wokółnoblowskich

    Wydaje mi się, że za taką postawą stoi nie tylko ignorancja i prymitywizm, jeśli idzie o kulturę. Dotykamy właśnie rudymentów kultury.

    Język pisarzy przez wieki był dla Polaków językiem edukacji, gdyby nie Jan Kochanowski i jego twórczość Polacy prawdopodobnie czuliby mniej i poznawaliby mniej, bo to on rozwinął np. polski język emocji i uczuć (zob. jego Psałterz czy Treny). Bez Mickiewicza i Słowackiego, a potem także Tuwima i Brzechwy, Reymonta i Sienkiewicza (tak!), Miłosza i Szymborskiej bylibyśmy ubożsi o całe kontynenty życia wewnętrznego, bo życie wewnętrzne, język analizy ducha, rozwija się w najbliższym języku, języku matki i ojca. Charakterystyczne, że w języku angielskim mówi się i pisze o języku matki (mother tongue) jako języku ojczystym. Świadomie zakończyłem swoją listę wielkich polskich zasłużonych dla języka polskiego (oczywiście może ona być rozwinięta, tutaj podałem przykłady) noblistami, bo ataki na Tokarczuk idą z rejonów naszej ojczyzny, które podkreślają swoje przywiązanie do idei narodu. Jednak reprezentacji tych rejonów mentalnych nie zauważają, jak bardzo antynarodowe głoszą idee, kiedy nawołują do palenia książek Olgi Tokarczuk, tak zasłużonej pisarki dla języka polskiego. Jej wykład Noblowski na przykład to szlachetnie wyszlifowany diament polszczyzny.

    AUGUST 10.2012-DHAKA, BANGLADESH: In the picture we can see the easiest way of getting around the city is by taxi or auto-rickshaws In an attempt to reduce air pollution, the government forced on them gives all the taxis and rickshaws-auto-install operating systems natural gas

    Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego został ogłoszony przez Konferencję Generalną UNESCO w listopadzie 1999 r. Od lutego 2000 r. Obchodzi się ten dzień w celu promowania różnorodności językowej i kulturowej oraz wielojęzyczności. Data 21 lutego została wybrana, aby upamiętnić rok 1952, kiedy studenci domagający się uznania swojego języka bengalskiego jako jednego z dwóch języków narodowych ówczesnego Pakistanu, zostali zastrzeleni przez policję w Dhace, stolicy dzisiejszego Bangladeszu. Jakościowa edukacja w językach ojczystych wedle ONZ i w szczególności UNESCO jest niezbędna do osiągnięcia sukcesu Agendy 2030 ONZ. Irina Bokova, dyrektorka generalna UNESCO podkreśliła kiedyś, że ​​„języki ojczyste w wielojęzycznym podejściu są istotnymi elementami wysokiej jakości edukacji, która sama w sobie stanowi podstawę wzmocnienia pozycji kobiet i mężczyzn oraz ich społeczeństw”. Podkreśliła, że język czysty jest konieczny, aby „stworzyć bardziej sprawiedliwą i zrównoważoną przyszłość dla wszystkich”. W tym kontekście ten program dla zrównoważonego rozwoju ONZ oraz program wsparcia języka ojczystego współgra z programem „czułego narratora” Tokarczuk, który ogarnia holistycznie swoją postawą świat zarówno ludzki, jak pozaludzki. Wysokiej jakości edukacja jest niemożliwa bez języka ojczystego w nauczaniu i uczeniu się.

    Jak zauważyła Bokova w 2016 r., opracowane przez UNESCO ramy działania 2030 na rzecz edukacji, oraz plan działania na rzecz wdrożenia agendy 2030, zachęcają do pełnego poszanowania użycia języka ojczystego w nauczaniu i uczeniu się oraz promowania i zachowania różnorodności językowej.

    „Wielojęzyczność jest niezbędna do realizacji tych celów – jest niezbędna do osiągnięcia sukcesu w agendzie 2030 w zakresie wzrostu, zatrudnienia i zdrowia, a także zrównoważonej konsumpcji i produkcji oraz zmian klimatu”, powiedziała.
    Poprzez program lokalnych i rdzennych systemów wiedzy (Local and Indigenous Knowledge Systems — w skrócie LINKS) UNESCO podkreśla znaczenie języków ojczystych i lokalnych jako kanałów ochrony i dzielenia się rdzennymi kulturami i wiedzą, które są „ogromnymi rezerwuarami mądrości”. Ten program LINKS dotyczy oczywiście mądrości, ale czy nie ma znaczenia w wiedzy? Informacja i dane nie czynią wiedzy. Wiedza budowana jest wysiłkiem zbiorowym, w języku.

    Otóż jeśli pozwolimy działać obecnej Ustawie Prawo o Szkolnictwie Wyższym i Nauce z 20 lipca 2018 r., to nauki humanistyczne i społeczne stracą język polski jako naturalny sposób komunikacji, bo najwięcej można punktowo uzyskać w publikacjach w języku angielskim. Pisałem już o tym. Ale ta strata to jest również potencjalna katastrofa dla języka polskiego jako języka edukacji, nauczania i uczenia się. Język ojczysty to język życia wewnętrznego, język ducha. Algorytmy i urzędnicy razem z hejterami w internecie niszczą język ducha, język ojczysty.

  • Czuły narrator Olgi Tokarczuk, „wojny memowe” i świat akademii

    Mem o opowieściach dla wnuków o udziale w wojnach memowych w 2014, 2015 i 2016 roku

    Ministerstwa nie powinny wspierać farm trolli i wojen memów

    Nie chcę spłaszczać bardzo głębokiego i niezwykle wielowątkowego, oddającego świetnie złożoność współczesnego świata, wykładu noblowskiego Olgi Tokarczuk. Ale jeden wątek bardzo mnie poruszył. A właściwie dwa.

    Nie dziwi narratologiczny punkt widzenia u opowiadaczki, powieściopisarki i psycholożki. Nie dziwi koncepcja „czułego narratora”, czyli dawniejszej duszy jako nadziei dla skażonego, okaleczonego świata. Jednak w wielu miejscach refleksja naszej Noblistki wykracza poza literaturę i jest narratologiczno-kulturoznawcza:

    „Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.”

    JAN AMOS KOMENSKY wg http://galerie9.cz/2014/grafika-ilustrace-ex-libris/

    Porażką utopijnych wizji epoki druku, charakteryzowanej przez wspaniałą ideę „Pansofii” Jana Amosa Komensky’ego, protestanckiego lesznianina stała się kakofonia hejterska i wojny memów charakterystyczne dla zjawisk związanych z aferą Cambridge Analitica. Tokarczuk wspomina ten skandal w kontekstach bardzo kulturoznawczych.

    „Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się na naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia – kina, fotografii, virtual reality i augmented reality – stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji.”

    Olga Tokarczuk swoją nadzieję lokuje w czułym narratorze.

    „Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć i któremu pragniemy się przeciwstawić, ratując świat, nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji ekonomicznych, społecznych i światopoglądowych (w tym religijnych). Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności sprowadziły świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.

    Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią.”

    Na pewno nie służą tej całości farmy hejterskie i wspomniane przez Tokarczuk wcześniej fake-newsy.

    „Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu.

    Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący i od siebie współzależny.”

    Wydaje mi się, że powinniśmy zgodzić się z tym nawoływaniem. Choćby wydawało się to utopijne dziś. Algorytmy Twittera i Facebooka oraz innych platform społecznościowych nie mogą decydować o losach świata, a wspomniany przez Tokarczuk „efekt motyla” może być jednak przestrogą. Charakterystyczne dla afery z Cambridge Analitica było posłużenie się przez zleceniodawców tej firmy pozyskanymi danymi, aby sterować wojnami memowymi i ściśle adresowanymi reklamami politycznymi.

    „Wojny memowe” to wyrażenie często odnoszące się do rywalizacji online, w której przeciwne frakcje wykorzystują internetowe memy do walki ze sobą. W 2006 r. powstał bezpłatny magazyn „Memewar” jako wielodyscyplinarne czasopismo publikujące prace wielogatunkowe, w tym poezję, prozę, sztukę, fotografię, eseje i komiksy. Nazwa została oparta na połączeniu „pamiętnika”, zapisu historii i „wojny memów”, rozumianych jako zderzenie pomysłów. Najbardziej przerażające jest to, że rządy i armie inwestują całkiem poważne pieniądze w „wojny memów”. (Donovan, Joan. „Drafted unto the Meme Wars”. MIT Technology Review, t. 122, nr 6, grudzień 2019, s. 48–51.) Trzeba zgodzić się z autorką artykułu w ostatnim „MIT TR”, że „Lepiej byłoby, gdyby rządy, politycy, poważne instytucje zamiast angażować się w wojny memowe, wzmacniały te instytucje, które tworzą i rozpowszechniają rzetelne informacje: media, akademię, oraz bezstronne agencje rządowe”. (tłum. moje JP, s. 51) Autorka ta szczegółowo opisuje inicjatywy rządowe wykorzystujące prymitywne i niby niewinnie żartobliwe „wojny memów”.

    Dlatego twierdzę po wysłuchaniu w wielkim skupieniu wykładu Olgi Tokarczuk, że rządy powinny wspierać „czułego narratora” oraz narratorów uważnych, wystudiowanych. Oznacza to ni mniej ni więcej, tylko wsparcie dla idei uniwersytetu i wielkiej roli humanistyki w społeczeństwie. Rządy nie powinny marnować publicznych pieniędzy na propagandę rządową i militarną, na farmy hejterskie i wojny memów. Powinny dbać o to, żeby widzieć więcej, czuć więcej i myśleć więcej, nieschematycznie. To mogą zapewnić zarówno literatura, jak i uniwersytety z prawdziwego zdarzenia. Nie zapewnią tego przedsiębiorstwa do produkcji punktów. Dziś brzmi to fantastycznie, ale musimy żądać niemożliwego, bo wydaje się, że doszliśmy do katastroficznej ściany.

    PS. Miłośników Olgi Tokarczuk z Łodzi i okolic zapraszam we wtorek 10 grudnia o godz. 19:00, w dniu odbierania przez nią Nagrody Nobla, do Teatru Nowego im. Dejmka. Będziemy tam uczestniczyć w performatywnej lekturze utworów noblistki.

  • A fuj, ścierwusy…

    W sobotę 9 listopada odwiedziłem Teatr Nowy w Łodzi i obejrzałem gościnny spektakl „Noc Helvera” Ingmara Villqvista z Gdyńskiego Centrum Kultury. Właściwie to także spektakl Teatru Nowego, bo zarówno Jolanta Jackowska jak i Adam Mortas są jego etatowymi pracownikami. Warto było pójść do teatru przed świętem 11 listopada!

    Rzecz jest o archetypowym dramacie matki w ostatniej nocy „upośledzonego”, „niepełnosprawnego” syna Helvera, który jest ratowany i zabijany zarazem przez matkę Karlę. To właśnie ona sugeruje mu zażycia kilku opakowań tabletek w dawce przewidzianej może na miesiąc. Zatem jest to dramat dziwnej pary, bo Karla morduje w istocie swojego ukochanego Helvera, chcąc go ocalić przed śmiercią z rąk bojówek totalitarno-faszystowskiego systemu szalejącego na ulicy. Niepełnosprawny umysłowo jest wykorzystywany przez owe bojówki, by szerzyć przesłanie „porządku” nade wszystko, „porządku absolutnego”. Ale jednocześnie odbywa się bojówkarska rewolucja (bandytyzm) na ulicach. Sceny wewnętrzne tej pary stają się symboliczną reprezentacją patriarchalnych relacji między musztrującym Helverem a podległą niby Karlą. Odniesienia do faszystowskich (nazistowskich także) kontekstów historycznych są więcej niż oczywiste. Ale one nie wyczerpują krytycznego przesłania tej sztuki. W tym jest ten spektakl świetny, że nie wiadomo nawet do końca, czy Karla to matka (przyrodnia? naturalna może?) Helvera, on sam nie rozumie, dlaczego są razem, ona opowiada, kiedy go przygarnęła z bliżej nieokreślonego zakładu psychiatrycznego, że utraciła w tym czasie córkę, „małpkę”… Jednak potencjał interpretacji międzypłciowych relacji w tej sztuce jest ogromny dzięki mocy minimalizmu.

    Trójmiasto mogło obejrzeć spektakl według dramatu Jarosława Świerszcza (bo takie jest nazwisko autora) zaraz po zamordowaniu prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Na początku tego roku konteksty były te same. Od razu powiem otwarcie, że nie widziałem innych sztuk popularnego już w pierwszych latach XXI wieku polskiego autora. Jednak ta inscenizacja ma kilka absolutnych zalet: symboliczny minimalizm scenografii, klasyczne, niemal paradygmatycznie teatralne skupienie na grze aktorskiej i relacji międzyludzkiej, symboliczna ponadczasowość, a jednocześnie niezwykła aktualność. To jakoby połączenie dziarskich chłopców z Szewców Witkacego z dramatami Ibsena i filmami Bergmana.

    Genialnie oszczędna scenografia pozwala na uniwersalną mimo wszystko interpretację znaku na ścianach, który bardzo przypomina przecież „mieczyk Chrobrego”. Zamglone relacje wideo z manifestacji i marszów, stanowiące ramę spektaklu pozwalają jednocześnie widzieć aktualność zamieszek z racami i abstrahować je jako w pewnym sensie uniwersalne historycznie. Mamy w świecie spektaklu „każdą” kuchnię „każdej” rodziny w „każdym” ustroju bojówkarsko-totalitarnym.

    Spalenie sklepu i kościoła, czy opowiadana przez Helvera gonitwa za „ścierwusem” i spalenie go (odpalenie od niego cygara i papierosów) mogą być naprawdę uniwersalną reprezentacją, ale najlepiej widać tę symboliczność w dwóch pojawiających się w spektaklu słowach nowomowy tego uniwersalnego ustroju: właśnie „ścierwus” i „fuj”. „Ścierwus” to może być każdy inny: „świrus”, chory, jakikolwiek obcy, Żyd, uchodźca, homoseksualistka, muzułmanin… Ten obcy jest tak straszny, że główny bohater przeżywa bardzo swoje skandowanie „ścierwusy, ścierwusy!!!” w odniesieniu do przeciwników na ulicy. Na końcu sam okazuje się, jako chory psychicznie – ścierwusem, za którym dawni koledzy gonią i którego mogą w końcu dopaść. Dopełnieniem tego wzorca jest wykrzykiwane w stronę ścierwusów słowo „fuj”, znak „wstrętu”: to z kolei symbol hejtu, który maże wszystko, czego się dotknie… ścierwusy wywołują wstręt i agresję… świetne w spektaklu jest to, że na końcu agresywny bojówkarz wpada na scenę od strony publiczności i wybija na scenie kijem bejsbolowym szyby symbolicznemu domowi…

    Muzyka i wspaniała gra aktorska dopełniają tę mistycznie oszczędną strukturę. Brawa były długie i na stojąco. Na widowni było naprawdę sporo młodych ludzi… nadzieja

  • Kochamy ojczyznę i język ojczysty, Panie Ministrze?

    Właśnie przedwczoraj 14 września 2019 r. ukazał się kolejny artykuł w Times Higher Education na temat negatywnych zmian społecznych przymusu publikacji w języku angielskim, tym współczesnym lingua franca.

    David Matthews pisze, że zdaniem eksperta, nomen omen, bibliometrii, który monitorował to przejście w Norwegii, uczeni z nauk humanistycznych i społecznych w Europie kontynentalnej ryzykują utratę znaczenia społecznego, jeśli nadal będą się przestawiać na angielski jako główny język publikacji profesjonalnej.

    Utrata znaczenia humanistyki i nauk społecznych w społeczeństwie to także degeneracja dla kultur narodowych i niwelacja spraw lokalnych na rzecz spraw obchodzących wyłącznie anglojęzycznych naukowców. No bo żeby napisać z sensem po angielsku, angielskie muszą być także materiały egzemplifikujące oraz konteksty eksplikacji.

    Zgodnie z badaniami przedstawionymi uczestnikom konferencji przez profesora Sivertsena, w Norwegii odsetek artykułów humanistycznych opublikowanych w języku norweskim spadł z około 65 procent w 2005 r. Do mniej niż 40 procent do 2014 r. W naukach społecznych z 55 do 30 procent.

    Warto wskazać, że wyniki badań dotyczą społeczeństwa skandynawskiego, które świetnie rozumie angielski i bardzo dobrze się nim posługuje. Ale rzecz w materiale badawczym i kontekstach eksplikacji – społeczeństwo przestaje rozumieć akademików, bo piszą o obcych im problemach i zagadnieniach.

    Żeby zatrzymać dryfowanie w kierunku wyłącznego używania języka angielskiego. Profesor Sivertsen, wskazał na samorganizację środowisk naukowych np. Na Helsińską Inicjatywę na Rzecz Wielojęzyczności w Komunikacji Naukowej, kampanię mającą na celu utrzymanie publikowania w języku lokalnym.

    Sam posługuję się w mowie i piśmie zarówno polskim, jak i angielskim i szwedzkim. Gorzej znam kilka innych języków. Ale wiem, że język ojczysty to żywa tkanka, którą trzeba chronić. Nie izolować, nie niszczyć ksenofobią i nacjonalizmami, ale język musi być rozwijany przez żywych ludzi, tych najbardziej wrażliwych i wykształconych także, aby Ci mniej wykształceni stawali się lepsi i bogatsi. Nauki społeczne i humanistyka to nie laboratoria i badania pod mikroskopem, tutaj olbrzymią rolę odgrywają czynniki kulturowe. Ja kocham język polski, a Pan Panie Ministrze Gowin?

  • Uwierz w swoją miłość

    w ponurym świecie pełnym nienawiści i zniszczenia, ta poezja daje natchnienie nadziei i miłości

    Uwierz w swoją miłość

    Sporo się pisze ostatnio o nienawiści. Ja przekornie chciałbym dzisiaj o miłości.

    Chciałbym podzielić się fragmentem poezji mojego znajomego, teologa, filozofa i poety szwedzkiego Svena Hillerta.

    W wolnym tłumaczeniu na polski

    Chcę wierzyć, że miłość istnieje

    bez namysłu i kalkulacji,

    bez korzyści i zysków,

    bez spadochronu i ubezpieczenia.

    Chcę wierzyć, że coś istnieje

    w każdym, kto odważy się upaść,

    w każdej zmrożonej duszyczce

    we wszystkim i we wszystkich.

    (S. Hillert, Uwierz w coś, proprius.se)

    Na tle tego pesymizmu naszego powszechnego, na tle tej nienawiści dookolnej i tego zabagnionego świata, ten wiersz pozwala mi się uśmiechnąć.

    Sven jest teologiem zrównoważonego rozwoju, sporo pisze o ekologii, uwielbia naturę, biega amatorsko. Kiedyś przebiegłem z nim prawie 10 km nad Bałtykiem. Bardzo optymistycznie brzmi jego przesłanie. Chcę wierzyć, że miłość istnieje.

    Zanim zapoznam się z całym tomikiem, który ma mi Sven wysłać, chciałem sięgnąć właśnie do tej poezji zrównoważonego rozwoju z jego książki teologicznej, której tytuł też jest poetycki, to znaczy niejednoznaczny, może bowiem odsyłać do wielu niuansów: to może być wiara w zrównoważony rozwój, wiara zrównoważonego rozwoju, wiara w zrównoważonym rozwoju…

    Piękny wiersz, w którym czytelnik znajdzie pełną optymizmu teologię zrównoważonego rozwoju, czegoś, co można także zobaczyć w słynnym szwedzkim pojęciu „lagom”, choć to jest bardziej skomplikowane i dużo trzeba byłoby pisać, aby wyjaśnić wszystkie podobieństwa i różnice.

    Myślę, że zarówno ten nowy wiersz, jak i ten, który odnalazłem w teologicznym eseju Svena mają w sobie niesłychany optymizm i napawają nadzieją, jakże potrzebną w naszych czasach.

    Na samym końcu

    są tacy, którzy nigdy nie umierają,

    wyszeptując z wieczności

    tęsknotę do życia.

    Wszystko, co istniało

    i jest i będzie istnieć,

    jest odpowiedzią na słowo.

    Wszystko ma związek

    ze wszystkim, co powstało,

    życiem

    w niebie i na ziemi.

    W samej głębi

    życie jest udzielane nam jako pożyczka.

    Oddycham teraz i tutaj

    we wszystkim, co jest.

    Wszystko, co może karmić,

    ogrzać i unieść,

    istnieje

    jako odpowiedź na słowo.

    W końcu wszystko ma swoje znaczenie,

    Kiedy wszystko się przybliża

    Do życia

    I w niebie i na ziemi.

    W głębi wnętrza

    nie ma żadnego oni i my,

    Znajdzie się tam to nigdy nie widziane,

    wszystko staje się jednym.

    Wszystko, co chcesz kochać,

    pielęgnować i chronić,

    istnieje

    w odpowiedzi na słowo.

    Uwierz w swoją miłość

    i żyj w swojej tęsknocie

    za życiem

    w niebie i na ziemi.

    Tłumaczę swobodnie, nie wszystko pewnie jest możliwe do oddania, ale zapragnąłem podzielić się pragnieniem… miłości. Czego i Wam życzę.

    Dla porządku podaję poniżej oryginał.

    Längst innerst innanför

    finns det som aldrig dör,

    viskar från evig tid

    längtan till liv.

    Allt som har varit

    och är och ska komma

    finns till

    som ett svar på ett ord.

    Allt är besläktat

    med allt i sitt ursprung,

    ett liv

    i himmel och på jord.

    Längst innerst inifrån

    ges livet som ett lån.

    Jag andas nu och här

    i allt som är.

    Allt som kan föda

    och värma och bära

    finns till

    som ett svar på ett ord.

    Allt får sin mening

    när allt kommer nära,

    ett liv

    i himmel och på jord.

    Längst innerst inuti

    finns inga de och vi,

    finns det som ingen sett,

    allt blir till ett.

    Allt du vill älska

    och värna och vårda

    finns till

    som ett svar på ett ord.

    Tro på din kärlek

    och lev i din längtan

    ett liv

    i himmel och på jord.

    (S. Hillert, Tro i hållbar utveckling. Med Gud bortom dualismen, Argument, Varberg 2017, 7)

  • Święto Łodzi i orgia

    Święto Łodzi i orgia

    Witraż z siedziby Akademii Muzycznej w Łodzi przy ul. Gdańskiej

    Święto Łodzi i orgia umysłów

    (26-28 lipca 2019)

    Zbliżają się 596 urodziny Łodzi. Będzie mnóstwo imprez, głównie na Piotrkowskiej. Władze miasta bardzo serdecznie zapraszają na obchody tysiące łodzian. Planowane są imprezy dla dzieci, imprezy sportowo-rekreacyjne, pokazy filmowe, koncerty, tańce, hulanki, swawole.

    Biblioteka Miejska wraz z Uniwersytetem Łódzkim przygotowują strefę promującą czytanie książek (w sobotę 27.07.29 przy ul. Zamenhofa). Biblioteka zapewni atrakcje dla dzieci, m.in.: zabawy i konkursy. Będzie można też wymieniać się książkami za darmo i poleżeć na Piotrkowskiej na przygotowanych leżakach, podczas gdy pracownicy i wykładowcy UŁ czytać będą na głos fragmenty „łódzkich” książek.

    Chciałbym przy tej okazji zaprosić do lektury łodzianina Karla Dedeciusa.

    Karli Dedecius we Frankfurcie w 2006 r. Źródło: Historyk [CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/)%5D

    Śp. Karl Dedecius (1921-2016) był honorowym obywatelem Łodzi i doktorem honoris causa Uniwersytetu Łódzkiego. Urodził się tutaj, uczył w gimnazjum, z Łodzią łączyło go wiele. Przy okazji święta Łodzi warto przypomnieć jego postać, bo jak mało kto przyczyniał się do pokoju w Europie drobnymi swoimi sprawami tłumacza, teoretyka tłumaczenia oraz popularyzatora kultury polskiej i rosyjskiej w niemieckim kręgu językowym.

    Sprawy związane z językami obcymi były dla niego żywe. Przekład stanowił filozofię życia i działania. W swojej „Sztuce przekładu” z 1999 r. pisze w pierwszym akapicie:

    „Tłumaczami jesteśmy wszyscy. Nawet jeśli nie tłumaczymy książek, lecz wygłaszamy mowy, wydajemy sądy, załatwiamy interesy, stanowimy prawa. Zawsze jesteśmy wtedy tłumaczami. Przekładamy bowiem swoje myśli na słowa, a słowa na rozum adresatów.” (Szkiełko tłumacza, 2013: 261)

    Tłumaczenie innymi słowy to humanizm polegający na tym, że zbliżamy się do rozumu i ciała adresatów tego, co robimy i mówimy, czy piszemy. Tłumaczenie jest zbliżeniem się do ludzi.

    Tłumacz jest przyrównany z jednej strony do najwyższego kapłana — Pontifex maximus — Budowniczego Mostów — z drugiej zaś — za Horacym — do tłumacza bogów, pośrednika między światem boskim i ludzkim.

    Jednak tłumaczenie ma przyziemny cel: budować mosty między poszczególnymi umysłami, tak żeby panował pokój między narodami i pojednanie.

    „Język, tworzywo, z którego my tłumacze budujemy mosty, jest ze swej natury budulcem porozumienia. Tam gdzie rodzi nieporozumienie, jest sługą nadużycia”. (Tamże 262) Ta sztuka budowania mostów jest trudna, jest przeciwieństwem mowy nienawiści, „walczących słów” (wg J. Butler). Tłumaczenie, zwłaszcza literackie, służy zbliżeniu umysłów, a tym samym jest tych umysłów obcowaniem, co jest ex definitione komunią, łac. Communitas, czy universitas. (266)

    Sednem posłania tłumaczy jest zbliżenie poprzez syntezy, czasami niezwykle trudne, syntezy przeciwieństw. „W wyższych stadiach rozwoju bowiem przeciwieństwa nie zwalczają się, lecz zwielokrotniają wzajemnie swoje potencjały, łączą się i tworzą nowe, wyższe syntezy.” (267)

    I na koniec: każda czynność tłumacza ma wymiar polityczny, tłumaczenie literatury pięknej nie jest apolityczne. Cytuje przy tym wiersz „Dzieci epoki” Wisławy Szymborskiej:

    Jesteśmy dziećmi epoki,

    epoka jest polityczna.

    Wszystkie twoje, nasze, wasze

    dzienne sprawy, nocne sprawy

    to są sprawy polityczne.

    Chcesz czy nie chcesz,

    twoje geny mają przyszłość polityczną,

    skóra odcień polityczny,

    oczy aspekt polityczny.

    O czym mówisz, ma rezonans,

    o czym milczysz, ma wymowę

    tak czy owak polityczną.

    Nawet idąc borem lasem

    stawiasz kroki polityczne

    na podłożu politycznym.

    Wiersze apolityczne też są polityczne,

    a w górze świeci księżyc,

    obiekt już nie księżycowy.

    Być albo nie być, oto jest pytanie.

    Jakie pytanie, odpowiedz kochanie.

    Pytanie polityczne.

    Nie musisz nawet być istotą ludzką,

    by zyskać na znaczeniu politycznym.

    Wystarczy, żebyś był ropą naftową,

    paszą treściwą czy surowcem wtórnym.

    Albo i stołem obrad, o którego kształt

    spierano się miesiącami

    przy jakim pertraktować o życiu i śmierci,

    okrągłym czy kwadratowym.

    Tymczasem ginęli ludzie,

    zdychały zwierzęta,

    płonęły domy

    i dziczały pola

    jak w epokach zamierzchłych

    i mniej politycznych. 

    STRASBOURG, FRANCE – SEP 12, 2018: Rear view of people smoke grenade thrown during French Nationwide day of protest against labor reform proposed by Emmanuel Macron Government

    Bo Ars poetica tłumacza jak każda sztuka jest ars amandi, sztuką kochania. Czy sztuka kochania jest tematem politycznym? Bywa że nawet bardzo.

    Z okazji Święta Urodzin Łodzi życzę wszystkim łodzianom Uśmiechu i politycznej sztuki kochania! Tłumaczcie siebie nawzajem, to będzie orgia umysłów…

    Źródło cytatów:

    Dedecius, Karl. Szkiełko tłumacza i oko poety. Universitas. Zredagowane przez Andreas Lawaty, Przetłumaczone przez Jacek Dąbrowski i in., t. 15, Kraków: Universitas, 2013.