Kiedy myślimy o zarazie i kulturze, przychodzi często na myśl Dżuma Alberta Camus, bo jest świetną alegorią wielu stanów egzystencjalnych i społecznych. Tak się jakoś złożyło, iż kiedy całkiem niedawno rekonstruowałem humanizm renesansowy dla studentów kulturoznawstwa, musiałem sięgnąć do innego dzieła inspirowanego zarazą, Dekameronu Giovanniego Boccaccia. To tam właśnie 10 różnych ludzi, uciekinierów z Florencji, przez 10 długich dni opowiada sobie sprośne historie, by przeczekać kwarantannę. Oni chcą przeczekać szalejącą dżumę i opowiadają historie, które były antykościelne, perwersyjne i przepełnione seksem. Czternastowieczne dzieło ma szczególne znaczenie w narodzinach nowoczesnej literatury, między innymi dlatego, że zapowiada bardziej demokratyczny czas praw jednostek (zob. godność człowieka w Akademii Florenckiej) w czasach zarazy, kiedy te prawa są gwałcone. „Każdy może opowiadać”, „każdy ma swoją narrację”. Dekadencja średniowiecza jest w tym utworze napisanym już po włosku, w języku ludu, ewidentna.
Inne dziełko o zarazie, nowela „Śmierć w Wenecji” Tomasza Manna, także jest swoistym arcydziełem gatunku. Nowela ta miała różne odczytania, choć zazwyczaj kontekst dekadentyzmu i rozliczenia z nim był przywoływany. Aż nazbyt widoczne podteksty homoseksualne i pedofilskie także miały wiele komentarzy. Przyczynił się do tego także Luchino Visconti, który zekranizował nowelę w 1971, dając swoją poetycką wersję dekadencji świata sprzed I wojny światowej. Visconti zresztą lubował się w odchodzących światach, jak o tym świadczy także ekranizacja „Lamparta” Lampedusy.
Zauważalne z dzisiejszej perspektywy jest także i to, że Wenecja i Włosi próbują ukryć informacje o rozprzestrzenianiu się zarazy (ze wschodu), w tym przypadku cholery, przed turystami z całego świata. Business musi się kręcić jak zwykle.
W sieci krąży już rozbudowany dyskurs na temat filozofii kultury kwarantanny. Oczywiście początki tego dyskursu sięgają tezy Michela Foucaulta, który uważał w „Nadzorować i karać”, że kwarantanna jest marzeniem o zdyscyplinowanym społeczeństwie, marzeniem władzy.
Nawiązując do tego faktu, Georgio Agamben popełnił straszną pomyłkę, pisząc 26 lutego 2020 r. artykuł „Wynalazek epidemii”, w którym wypowiedział błędny ewidentnie osąd na temat COVID-19, że to jest trochę inna grypa i że nie ma sensu się przejmować samą zarazą, tylko raczej władzą, która wykorzysta ją, aby zdusić demokratyczne społeczeństwa.
W dyskusji biorą udział M. Foucault, G. Agamben, J.L. Nancy, R. Esposito, S. Benvenuto, D. Dwivedi, S. Mohan, R. Ronchi, M. de Carolis, (W „Svenska Dagbladet” pisał o tym także Erik Wallrup 29 marca 2020), zaś ślady jej ponownie udostępnił European Journal of Psychoanalysis. Na temat zarazy wypowiedział się także filozof kultury Sławoj Żiżek.
Poprosiłem dzisiaj studentów ze swojego przedmiotu Cultural Literacy in Business, z którymi omawiałem problem Outliers Dawida Gladwella, aby odnieśli się do teorii czarnego łabędzia. Większość głosowała za tym, że COVID-19 jest dla większości ludzi takim czarnym łabędziem, którego większość się nie spodziewała, a którego wpływ będzie kolosalny, choć np. specjaliści-epidemiolodzy mogli od dawna rzecz zapowiadać, nie znając jedynie dokładnej daty wybuchu. Moi studenci byli bardzo przenikliwi, niektórzy twierdzili, że trzeba było wsłuchiwać się w głosy ekspertów.
Śmierć w Wenecji jest studium dekadentyzmu i wyłaniającego się nacjonalizmu. Ze wspomnianych przeze mnie dwóch kamieni milowych gatunku noweli: „Dekomeronu” i „Śmierci w Wenecji” Manna można łatwo wnioskować, godząc się z filozofami polemizującymi z Agambenem w tym względzie, że żyjemy w czasie przełomu. Tylko zakłamani, chciwi ludzie mogą twierdzić, że business musi kręcić się jak zwykle i że musimy iści na wybory 10 maja.
Terrible plague doctor. Medieval Europe. Halloween.
PS. ks Bp Paweł Hause przypomniał także w tym kontekście „Mszę za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego. Mój wpis nie miał być przeglądem wątków literackich związanych z zarazą, ale link do monologu ze spektaktu z 2015 roku się przyda:
Wiele mówi się dzisiaj o epidemii, jest mnóstwo teorii spiskowych, wiele także ekspertów od zakażeń. Nie jestem ekspertem od epidemiologii sensu stricto, kiedyś jednak poznałem Dana Sperbera, francuskiego antropologa kultury, kognitywisty i autora koncepcji epidemiologii reprezentacji. Pozostawałam przez jakiś czas pod wpływem jego teorii. Ta nazwa „epidemiologia reprezentacji” sugeruje po prostu, że namysł nad kulturą musi być multi- i inter-dyscyplinarny, tak jak multi- i inter-dyscyplinarna musi być epidemiologia. Żeby zwalczyć zarazy potrzeba współpracy wielu specjalistów, ekspertów. Teoria Sperbera różni się w sposób znaczący od memetyki Richarda Dawkinsa i Susan Blacmore, dla których rozprzestrzeniane memy są porównywalne do genów, przede wszystkim tym, że uwzględnia on intencjonalność znaczenia, udział ludzkiej świadomości. Dlatego Sperber odrzuca łatwe analogie między memami i genami. Kultura jest zawsze ludzka. I epidemiologia reprezentacji musi uwzględniać świat ludzkich znaczeń, intencjonalności i intersubiektywności.
I właśnie ten udział ludzkiej świadomości w obszarze epidemiologii chciałbym chwilę opisać. Przeczytałem w Scientific American (Delviscio, Jeffery, and Karen M. Sughrue. 2020. ‘Larry Brilliant Helped to Eradicate Smallpox;and He Has Advice for COVID-19’. Scientific American. 20 March 2020.) fascynującą historię Larry’ego Brillianta, który pomagał niegdyś w ramach działań WHO zwalczyć epidemię ospy w Indiach. Ospa nie jest podobna do COVID-19, bo ten ostatni jest odzwierzęcym wirusem, zaś ospa — ludzkim. Ale pewne aspekty osobistych doświadczeń dr Brillianta wydają się godne uwagi, dlatego SA nakręciło z nim wywiad. Żeby zwalczyć zarazę używał niekonwencjonalnych metod badawczych.
Mówi on pod koniec wywiadu, że zwycięstwo nad ospą (masowe szczepienia) oraz np. nad polio dało nam odczuć znaczenie słowa: publiczne w zbitce „zdrowie publiczne”, oraz ponownie odkryć wyrażenia takie jak „zaufanie społeczne”, „wartość społeczna” oraz „społeczna wola”. To są klucze do walki z epidemiami.
Od kilku już tygodni jesteśmy w paradoksalnym stanie „samoizolacji” społecznej, w której dla siebie i społeczności powinniśmy okazywać sobie dystans. Samoizolacja jest teraz jedynym sposobem walki z epidemią. Ale wywołuje ona kolosalne zmiany psychospołeczne i boję się myśleć o ich konsekwencjach dalekosiężnych dla młodych pokoleń moich synów na przykład, dla których to doświadczenie jest pokoleniowym doświadczeniem formującym. Zapamiętają, że był czas, kiedy trzeba było unikać ludzi, bo mogą przynosić zło.
Jednak wczorajsza noc w polskim Sejmie uświadamia mi jeszcze jedno: pandemię może pokonać jedynie międzynarodowa kooperacja i zaufanie społeczne dla władzy. Władza polska, polski parlament przyjmujący w nocy niekonstytucyjne zmiany w polskim prawie pogłębia olbrzymi brak zaufania i więzi społecznych w Polsce. O tym pisali już słynni polscy socjologowie jak Piotr Sztompka np. (zob. jego nagradzaną monografię „Zaufanie społeczne”). Władza rozpowszechnia reprezentacyjny wiral sprzeczności: jednocześnie nawołuje do samoizolacji oraz do lekceważenia jej. W jednym czasie mówi jakby: „nie wychodźcie z domu” i „idźcie tłumnie na wybory”. „Nie spotykajcie się” i „spotykajcie tłumy”.
Epidemiologia sprzeczności, którą funduje nam polska władza, jest zabójcza nie dla wirusa, ale dla niezwykle wrażliwej tkanki społecznej, publicznego zaufania. Cyniczna władza kreuje cyniczne społeczeństwo. A mięliśmy być przerobieni w aniołów… A mięliśmy być zbawieni… przez emerytowanego zbawcę narodu.
Mój szwedzki przyjaciel ks. Sven Hillert napisał i opublikował wiersz, który postanowiłem przetłumaczyć na polski:
Gdy wirus uderza niesprawiedliwie jak to zwykło robić cierpienie. Kiedy choroba wywołuje kryzys społeczny niektórzy czują się gorzej, a inni umierają.
Kiedy ktoś boi się choroby, inny — samotności. Jeden traci przyszłość drugi swoją płynność.
Dlatego chciałbym przekazać ci słowa-znaki sukcesu o sile dla umysłu i ciała, o polach anielskich na niebiańskiej ziemi i pomocy, by przedłużyć Twoją nadzieję.
Sven Hillert, 24.03.20 Gävle
Oryginał po szwedzku:
När viruset drabbar orättvist som lidande ofta gör. När sjukdomen skapar samhällskris och några blir sämre och dör.
När någon är rädd för sjukdomen, en annan för ensamhet. Den ene förlorar framtiden den andre sin likviditet.
Då ville jag ge dig välgångsord om styrka till själ och kropp, om änglamarker på himlajord och hjälp att bevara ditt hopp.
Jesteś więcej niż piękna! Jesteś czymś więcej niż piękno.
Happy Women’s Day
Rupi Kaur, hindusko-kanadyjska poetka napisała w 2015 r. piękny wiersz, który chciałbym skierować do tych spotkanych przeze mnie w swoim życiu kobiet z okazji ich święta 8 marca 2020:
„Pracuję 100 godzin w tygodniu, codziennie od 6 rano do 23.00”. Takie wyznanie może szokować. I słusznie. Dama angielska, Lady Marry Beard, zasłużona i bardzo utytułowana klasycystka z Uniwersytetu w Cambridge wywołała burzę medialną w listopadzie 2019, wyznając na Twitterze, że pracuje 100 h w tygodniu. Niby chciała innych zapytać, ale tak jakby trochę tym epatowała… A to przecież humanistka par excellance, klasycystka… Choć kropka niepotrzebna w jej ćwierku się wydarzyła…
wpis na Twitterze Mary Beard z 23 listopada 2019, z godz. 22:22
W trakcie owej burzliwej ćwierkowej dyskusji przyznała się w szczegółach, że zaczyna pracę o 6 i kończy o 23, bez przerwy na lunch, za to z przerwą na obiad. No i że jest taka szara przestrzeń podróżowania na konferencje i wykłady na przykład, którą także wlicza do pracy.
wpis z 24 listopada pod wpisem z 23 listopada w ciągu dyskusji
W swoim czasie, nie dawniej niż w sierpniu 2019 w okresie i atmosferze wakacji profesor Lee Cronin, chemik z Glasgow, napisał w Times Higher Education, że praca przez długie długie godziny nie powinna być demonizowana. I nie należy ulegać kultowi takiej „pracowitości”. (22 sierpnia 2019.)
zdjęcie w tle na Twitterze Chrisa Chambersa, Cardiff University
Najbardziej chyba istotnym głosem w dyskusji jest stanowisko Chrisa Chambersa, kognitywisty z Cardiff University, autora słynnej książki na temat grzechów psychologicznych w kulturze praktyk naukowych. (Chambers, Chris. The Seven Deadly Sins of Psychology: A Manifesto for Reforming the Culture of Scientific Practice. 1st Edition edition, Princeton University Press, 2017.) On właśnie przyznaje się, że jego postawa względem „przepracowania” zmieniała się: inaczej do niej podchodził, kiedy dobijał się do znaczenia w świecie akademii, a inaczej traktuje to w okresie swojego „senioratu”. I nie uważa tej zmiany za objaw swojej hipokryzji. Biurokraci mierzą nas przez osiągnięcie takie jak produktywność (u nas w Polsce to są owe słynne punkty „gowinówki”!!!). Ale produktywność tak rozumiana to tylko częściowo prawda o nas, bo dochodzą do tego jeszcze recenzje, przeglądanie prac studenckich i ich ocena, publiczne wypowiadanie się dla dziennikarzy i polityków. Zatem doświadczony psycholog przyznaję się, że na wcześniejszych etapach rozwoju zawodowego faktycznie był pracoholikiem, teraz jednak jego tydzień pracy to jest od 40 do 45 h, tylko od czasu do czasu pracuje wieczorami, nigdy zaś w weekendy. A jest to wyznanie jednak naukowca laboratoryjnego, neurokognitywisty. Nie humanisty, nie klasycysty…
family, child and happiness concept – happy mother with baby
Wśród głosów zamieszczonych w THE znajdzie się także głos quasi ekologiczny. Wykładowczyni australijska zapytuje, „czy moja histeryczna produktywność przyczynia się do utrzymywania środowiska przepracowania?” Hanna Forsyth, starsza wykładowczyni historii wizytująca aktualnie uniwersytet w Cambridge przyznaje, że po doktoracie jej budzik dzwonił o 04:30, na kampusie pojawiała się około piątej. Ale co drugi tydzień wychowywała jeszcze syna. I to komplikowało jej sytuację. Ostatnio trochę zwalnia choć nie jest jeszcze zwolenniczką ruchu „slow science, „wolnej nauki””. Jednocześnie, Australijka przyznaje, że nie można przesadzać i akademików porównywać do niewolników, bo przecież cieszymy się wieloma przywilejami. Mimo to jednak logika systemu nagradzania i karania współczesnego zarządzania jest bardzo niestety uciążliwa. I oczekuje więcej w tym względzie od pracy związków zawodowych.
Ciekawie wygląda opinia młodego pokolenia. Doktorantka literatury angielskiej w Queen Marry Uniwersity of London przyznaje, że starała się kiedyś pracować od dziewiątej do siedemnastej. Ale teraz przede wszystkim stara się nie sypiać w bibliotece, zdarza jej się także pójść w piątek na wystawę która właśnie się w Londynie odbywa. Nie pracuje w weekendy. Stara się także żyć.
Christopher Hendon, asystent chemii na Uniwersytecie w Oregon pisze: godziny pracy to nasz wybór, nie ma co narzekać.
Osobiście nie ma żadnych preferencji, czasami jego dzień jest bardzo zajęty, czasami mniej, wszystko zależy od dynamiki aktualnie wykonywanej roboty.
O różnorodności i elastyczności pisze Andrew Moore, dyrektor i profesor programu Wielkich Książek na St Thomas University w New Brunswick. Według niego jedną z największych zalet naszej pracy jest elastyczność, wiele rzeczy możemy np. zrobić w drodze do pracy (czytać o sprawdzać pracę na przykład). Nie należy za bardzo się przejmować wcześniejszym obciążeniem produktywnością.
Za bardzo też zwracamy uwagę na współzawodnictwo. Powinniśmy być bardziej samokrytyczni.
Zgadzam się z Diane Watt, prof. średniowiecznej literatury na University of Surrey, która zapytuje: Czy wliczamy jako godziny pracy te godziny które spędzamy na myśleniu i czytaniu, bo przecież jest to bardzo substancjalny składnik naszej działalności badawczej. A co z dyskusjami w gronie koleżeńskim nawet jeśli przy kawie czy lunchu? Co z zaangażowaniem zewnętrznym takim jak recenzje, egzaminy, konsultacje czy występy w mediach, o których już wspominałem?
Wniosek z tego jest banalny: nie ma jednego wzoru dla wszystkich. Bo czego innego będziemy oczekiwać od pracy w laboratoriach, czego innego od pracy terenowej badacza jakościowego, a czego innego od pracy uczonych, dla których głównym laboratorium jest biblioteka (dzisiaj także cyfrowa) i pisanie (nieważne medium tego pisania). Pisanie w naukach humanistycznych i częściowo społecznych to jest laboratorium najważniejsze dla myśli, inwencji i kreatywności naukowej. Czego innego będziemy oczekiwać w sytuacji, kiedy np. dajemy komuś stanowisko pracy (np. biurko, fotel i wyposażenie), a czego innego od pracowników akademii z małą ilością pomieszczeń gabinetowych. Najważniejsze, żeby nie wpadać w skrajności jednej miary dla wszystkich oraz w powierzchowne miareczkowanie, znany jest przecież efekt 4-dniowego tygodnia pracy, w wielu przedsięwzięciach to się sprawdza, pracownicy, którzy muszą wykonać robotę w 4 dni, stają się bardziej produktywni. Zatem to nie ilość godzin przepracowanych w miejscu pracy jest miarą wartości pracy człowieka. Nie są nimi też parametryzowane publikacje. Choć pamiętać należy, że żyjemy w społeczeństwie, które pragnie widzieć efekty swoich inwestycji. Nieustające wakacje nie przejdą.
Pine beach, Pakostane, Croatia, Europe – Calm scenery at the natural beach of Pakostane
Niemiecki faszystowski obóz koncentracyjny w Auschwitz
Jutro (28.01.20) na kulturoznawstwie Uniwersytetu Łódzkiego przeprowadzę egzamin z „Kulturowej historii nowoczesności”. Jedną z ważnych książek do przeczytania przez studentów jest esej Georgesa Didi-Hubermana
pt. Obrazy mimo wszystko. (Didi-Huberman, Georges. Obrazy mimo wszystko. Przetłumaczone przez Mai Kubiak Ho-Chi, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych Universitas, 2008.)
A dzisiaj jest smutna 75. ROCZNICA WYZWOLENIA NIEMIECKIEGO NAZISTOWSKIEGO OBOZU KONCENTRACYJNEGO I ZAGŁADY AUSCHWITZ . Przypomniało mi się, że na moich wykładach ta przejmująca i niezwykła książka Didi-Hubermana nie znalazła odpowiedniego miejsca, pomimo uwzględnienia na liście lektur obowiązkowych, bo było zbyt dużo innych pozycji do omówienia, np. „Nowoczesność i Zagłada” Baumana. (Bauman, Zygmunt. Nowoczesność i Zagłada. Przetłumaczone przez Tomasz Kunz, Wydawnictwo Literackie, 2012.)
Odnosiłem się także do zmysłów i fotografii jako sztuki modernistycznej przy okazji Baudelaire’a i jego portretu Nadara a także pierwotnego selfika jakby w 3D autorstwa Felixa Nadara. („Photographs of the Famous by Felix Nadar”. The Public Domain Review. Udostępniono 27 styczeń 2020.) A przecież tyle jest tutaj do opowiedzenia przy okazji tych czterech fotografii świadectw omawianych przez Didi-Hubermana.
Mam przed sobą zachwyty Susan Sontag nad propagandowymi filmami Leni Riefenstahl (bardzo dobre obrazy sztuki filmowej) z jednej strony, oraz przejmujące opisy i interpretacje Georgesa Didi-Hubermana czterech fotografii wykradzionych rzeczywistości Zagłady w Auschwitz-Birkenau. Z jednej strony niemiecka reżyserka, autor-filmowiec, z drugiej — amator, więzień, członek Sonderkommando, który musi się śpieszyć, ukrywać i wykradać rzeczywistości zdjęcia — zapis światła. I mroku. I dymu. I wytapiającego się z palonych ciał tłuszczu. Z jednej strony mamy seksownych oficerów Waffen-SS ubieranych przez Hugo Bossa, z drugiej przerażające, dantejskie sceny wychudzonych kobiet zapędzanych na rzeź albo wyobrażone dźwięki wyrywania zwłokom złotych zębów.
Na wykładzie mówiłem także o tezie Baumana z Nowoczesności i Zagłady, że problem Holokaustu nie jest problemem wyłącznie niemieckim, czy/i Żydowskim, ale jest to problem nowoczesnej cywilizacji i nowoczesnej kultury. O elementach tej nowoczesnej organizacji pisze także Didi-Huberman.
Jednak Susan Sontag pytana o te swoje fragmenty książek, w których fascynuje się elementami sztuki faszystowskiej, odnajduje wrażliwość faszystowską w sobie samej i w otaczającej ją rzeczywistości społecznej:
„Czy twoim zdaniem istnieje coś takiego jak wrażliwość nazistowska?” — pyta Jonathan Cott.
SS: „Tak, sądzę, że taka wrażliwość istnieje i przenika wiele zjawisk. Dość wcześnie w życiu uświadomiłam sobie, że występuje nawet w wielu działaniach nowej lewicy. Bardzo mnie to zaniepokoiło. Było to coś, o czym nie mówiło się zbyt głośno pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych, kiedy skupiano się przede wszystkim na doprowadzeniu do zakończenia amerykańskiej wojny w Wietnamie. Było jednak zupełnie jasne, że wiele działań nowej lewicy nie ma nic wspólnego z socjaldemokracją. Przenikał je antyintelektualizm, który, jak sądzę, był jedną z cech składających się na ów faszystowski klimat – antykulturalny, brutalny, przeniknięty pewnym rodzajem nihilizmu. Niektóre elementy retoryki faszystowskiej brzmią jak hasła nowej lewicy. Nie chcę bynajmniej postawić znaku równości między nową lewicą a faszyzmem, jak to chętnie czynią różni konserwatyści czy inni reakcjoniści, ale trzeba sobie wyraźnie uświadomić, że nie rozmawiamy tu o przedmiotach, lecz o procesach, i znajdujemy się w bardzo skomplikowanej sytuacji, bo ludzki wymiar wszystkich spraw jest zawsze złożony. W każdym nurcie istnieją sprzeczne impulsy – należy nieustannie wypatrywać sprzeczności i próbować je rozwiązywać, usuwać.” (Susan Sontag, Jonathan Cott. Myśl to forma odczuwania (Kindle Location 708-719).)
To ważne rozpoznanie. Zobaczyć faszystę w sobie. Może zrobić sobie test autorytaryzmu propagowany w 1947 r. przez Theodora Adorno? (F-scale personalisty test, opisany w jego książce z 1950 r. The Authoritarian Personality).
Kryteria tego testu to konwencjonalizm (albo konformizm): zgodność z tradycyjnymi normami społecznymi i wartościami klasy średniej; autorytarne podporządkowanie (czyli inaczej ślepe posłuszeństwo): pasywna koncepcja przestrzegania konwencjonalnych norm i wartości; autorytarna agresja: karanie i potępianie osób, które nie przestrzegają konwencjonalnych wartości, które są mi podporządkowane; zabobonność i przesądy; kult siły i „bycia twardym”; odrzucenie życia wewnętrznego tj. „Odrzucenie wszelkiej wewnętrzności, subiektywności, wyobraźni, czułości i samokrytyki”.
Dlaczego zestawiam te fakty? Wydaje mi się, że trzeba zgodzić się z Adorno, Sontag i Baumanem, że namysł nad nowoczesnością to również namysł nad sobą samym i to także w wymiarach zbiorowości. (Pisałem o tym gdzie indziej: (2019) Religion, Enlightenment, Pluralism in Present Europe. W: Nach Der Reformation Deutsch-Polnische Beiträge Im Europäischen Kontext, zredagowane przez Michael Meyer-Blanck, 1. wyd., Evangelische Verlagsanstalt, Leipzig, s. 65–73.)
„Badanie relacji obecnych w Dagens Nyheter, największej szwedzkiej gazecie porannej, pokazuje, że media, które mogły przekazać społeczeństwu lepszą wiedzę o Zagładzie, zostały zniekształcone przez kapryśną politykę prasową rządu.” pisze felietonistka SvD.
Esther Pollack jest profesorem dziennikarstwa na Wydziale Mediów Uniwersytetu Sztokholmskiego. Indywidualnie i wspólnie z kolegami ze Skandynawii, opublikowała kilka antologii i artykułów naukowych na temat badań porównawczych medialnych skandali w krajach nordyckich. Prowadziła również badania dotyczące procesów moskiewskich w prasie szwedzkiej, raportów szwedzkich gazet na temat Holokaustu w okresie drugiej wojny światowej oraz opisu Romów w prasie szwedzkiej. Kolejne prace dotyczyły także kwestii związanych z rolą dziennikarstwa w demokracji.
Według jej dzisiejszego felietonu w latach po kryształowej nocy w 1938 r. liczba artykułów o obozach koncentracyjnych maleje i utrzymuje się na stosunkowo niskim poziomie do 1943–44, kiedy znów liczba artykułów się zwiększa.
Opinia publiczna wedle Esther Pollack została wprowadzona w błąd przez radio i podporządkowaną rządowi prasę, które nie wspominały o niemieckich okrucieństwach. A przecież można znaleźć ślady, iż wiedza o tym była już dostępna w 1942 r. I to dzięki Polakom, bo ważnym, dostępnym w języki angielskim (a zatem międzynarodowym) źródłem o eksterminacji Żydów i innych ofiarach w obozach koncentracyjnych był raport „Nowy niemiecki porządek w Polsce”, opublikowany w Anglii w 1942 r. (New German Order in Poland) przez polski rząd emigracyjny. W Szwecji o raporcie wspomniały niektóre gazety, jedna z nich to publikacja w antynazistowskim tygodniku Trots Alt! („Mimo wszystko”). Magazyn opublikował również niewielki fragment raportu polskiego rządu na uchodźstwie – ówczesne szwedzkie władze szybko skonfiskowały nakład gazety. Redaktor Tura Nerman odpowiedział bardzo odważnie, tłumacząc i publikując cały raport w listopadzie 1942 r., pod tytułem Polens martyrium („Polskie męczeństwo”).
O tym, że fakty z Holokaustu miały miejsce wiedziano, bo od 1944 r. w Szwecji właśnie planowano akcję tamtejszego Czerwonego Krzyża (pod kieronictwem hrabiego Bernadotte) tzw. Białych autobusów, którymi wywieziono z terenów polskich przetrwałych Żydów skandynawskich do Szwecji i Danii. Artykuł z 4 kwietnia 1945 r. szwedzkiego historyka antysemityzmu Hugo Valentina w Dagens Nyheter właśnie wskazuje na niedoinformowanie społeczeństwa szwedzkiego.
antysemityzm W 2016 r. Szwecja przyjęła definicję za Międzynarodowym Sojuszem Pamięci o Holokauście:
„Antysemityzm to pewien pogląd na Żydów, który można wyrazić jako nienawiść do Żydów. Retoryczne i fizyczne przejawy antysemityzmu są skierowane przeciwko Żydom lub nie-Żydom i / lub ich własności, a także instytucjom społeczności żydowskich i przestrzeniom przeznaczenia religijnego”
W tym roku w Sztokholmie miały miejsce uroczystości upamiętniające na placu Raoula Wallenberga, Wielkiej Synagogi i w kościele św. Jakuba.
Podczas uroczystości na placu Raoula Wallenberga, zorganizowanej przez Forum Żywej Historii, przemawiał minister spraw wewnętrznych Mikael Damberg.
Specjalne uroczystości miały miejsce również w kilku innych miastach, w tym w Malmö i Göteborgu.
Premier Stefan Löfven i księżniczka Wiktoria wzięli udział w ceremonii upamiętniającej w poniedziałek w Oświęcimiu, a zakończyli ceremonią ze świecami w Birkenau. Około 300 osób, które przeżyły Holokaust, uczestniczyło w różnych ceremoniach i kilku światowych przywódców było obecnych.
Ważne w tym wszystkim jest doświadczenie. Nie ma myślenia bez doświadczenia. To jest kluczowe, aby zrozumieć ucieleśnienie myślenia.
Susan Sontag pisze: „Jedyna metafora zdolna oddać, czym jest życie umysłu – pisze badaczka polityczna Hannah Arendt – musi się odwoływać do doznania życia. Bez oddechu życia ludzkie ciało jest trupem, bez myślenia umysł ludzki jest martwy” (Hannah Arendt, Myślenie , przeł. Hanna Buczyńska-Garewicz, Warszawa 1991, s. 179.). Susan Sontag zgadzała się z tym poglądem. W drugim tomie swych dzienników ( Jak świadomość związana jest z ciałem ) napisała: „Jako osoba inteligentna nie uważam, że robię coś »lepiej«. To jedyna forma mojego istnienia. […] Wiem, że boję się bierności (i zależności). Gdy używam umysłu, mam wrażenie, że jestem aktywna (niezależna). To dobrze” (Susan Sontag, Jak świadomość związana jest z ciałem , przeł. Dariusz Żukowski, Kraków 2013, s. 336, 403). (Susan Sontag, Jonathan Cott. Myśl to forma odczuwania (Kindle Locations 2145-2146).)
Cytowana Hannah Arendt jest autorką słynnej formuły „banalności zła”.
„Zło jest skrajne i nie posiada żadnej głębi ani jakiegokolwiek demonicznego wymiaru. Może ono wypełnić i spustoszyć cały świat, bo rozprzestrzenia się jak grzyb porastający powierzchnię. Urąga myśli (…)” – pisze Hannah Arendt, autorka „Korzeni totalitaryzmu”.
Ludzie pragną widzieć zło w demonicznej formie, najlepiej w potworach, zbrodniarzach znaleźć bestię… Jednak ci zbrodniarze okazują się po prostu zwykłymi ludźmi, którzy zwyczajnie, codziennie wykonywali swoje obowiązki, byli posłuszni. Myślenie to cielesne nieposłuszeństwo.
posłuszeństwo
Trailer filmu biograficznego Hannah Arendt (2012) w reż. Margarethe von Trotta
„Wzburzony” Andrzej Duda używa retoryki nacjonalistycznej, populistycznej i ksenofobicznej. Oznacza to radykalny skręt w stronę radykalnych grup w Polsce
Ten akapit wieńczący całą mowę brzmi: „Proszę Państwa, powiem bardzo mocno. Jestem Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej i powiem tak: nie będą nam tutaj w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce i jak mają być prowadzone polskie sprawy. Szanowni Państwo, tak, tu jest Unia Europejska. Tak, oczywiście, i bardzo się z tego cieszymy, że jest, ale przede wszystkim tu jest Polska!” To już nie jest pochodząca z „Mabeny” (o której pisałem tutaj) (a także w Liberte) „ulica i zagranica”, ale po prostu „mówiący obcymi językami” „obcy” — „niemce”. Przez wieki, ci co nie mówili po polsku, to byli „niemce”. Punkt widzenia zaprezentowany w tym przemówieniu w bardzo ważnym miejscu tekstu, na samym jego końcu, to punkt widzenia ksenofoba i nieuka, który nie zna języków obcych i który nie rozumie, że europejska rodzina narodów to wspólnota wartości. Myślę tutaj o implikowanym przez tekst odbiorcy wirtualnym, taki jest ten adresat.
Fragment końcowy został zręcznie przygotowany użyciem kilkudziesiąciu słów (blisko 70) z odniesieniem do Polski, polskości, języka i kultury polskiej. I to jest zrozumiałe w jakiejś części, bo przecież Prezydent był w Zwoleniu, „mieście patriotów – ludzi, którzy zawsze mieli Polskę w sercu. Bo walczyli w powstaniu kościuszkowskim, listopadowym, styczniowym, bo wspierali powstańców, bo zawsze byli za Polską.” Co więcej, Prezydent wspomina także Jana Kochanowskiego: „Ktoś powie: „Nie ma co się dziwić. W końcu – jak by nie było – patrząc choćby na postać Jana Kochanowskiego, kolebka polszczyzny”. Tak, na pewno ziemia zwoleńska jest tą ziemią, z której wyrósł nasz wielki narodowy twórca. Z pewnością – obok Mikołaja Reja – jeden z twórców literackiego języka polskiego. Choćby także z tej przyczyny i przez to wskazanie z całą pewnością możemy powiedzieć, że Zwoleń jest kolebką polskości.” Słowem PAD nie wspomniał, że Zwoleń to także getto żydowskie, zlikwidowane w 1942 r.
Pomijam w tym miejscu liczne odwołania do tzw. „żołnierzy niezłomnych”, IPN, czy wątki dotyczące „500+” oraz „senior+”, bo nie to, jako kulturoznawcy i filologa, mnie zastanawia. Natomiast zauważalna niechęć Prezydenta do mówiących obcymi językami jest uderzająca. Sam w wywiadzie na YouTube (TYLKO U NAS prezydent Andrzej Duda mówi m. in. o znajomości języków obcych, o Pink Floyd i … YouTube, Udostępniono 18 styczeń 2020.) z 25 stycznia 2017 mówi, że porozumiewa się dość dobrze w języku angielskim, ale też, iż zna język rosyjski, bo obowiązkowo się uczył, kiedyś mówił dobrze, a także „rozumie po niemiecku, choć nie mówi”. Co więcej 9 września w Europejski Dzień Języków para prezydencka świętowała w szkole podstawowej w Pasierbcu, gdzie do nauki języków obcych zachęcała żona Prezydenta Dudy, Agata Kornhauser-Duda. „Pierwsza Dama mówiła o różnorodności kulturowej i podkreślała korzyści płynące z jej bogactwa. – Właśnie w językach narodowych zawiera się dziedzictwo kultury, historii i zwyczajów – mówiła.”
„Małżonka Prezydenta przypomniała słowa J.W. Goethego, który napisał, że dusza narodu żyje w języku. – Poprzez języki obce jesteśmy w stanie patrzeć na świat oczami ludzi innych narodowości i dzięki temu lepiej ich rozumieć – dodała Pierwsza Dama. Podczas spotkania z uczniami Małżonka Prezydenta przekonywała, że nauka języków obcych jest ważna dlatego, że ich znajomość „stanowi podstawę budowania dobrych relacji z innymi narodami”. – Relacji opartych na wzajemnym szacunku, tolerancji, życzliwości i zrozumieniu dla odmiennej kultury i tradycji – kontynuowała. Agata Kornhauser-Duda mówiła także o nowych perspektywach, jakie daje możliwość współpracy z zagranicznymi partnerami, co z kolei ma bezpośredni wpływ na rozwój gospodarki.” Cytuję za oficjalną stroną prezydencką.
Co się stało od tego czasu z panem Prezydentem Dudą? Po prostu, prowadzi kampanię wyborczą, której adresatem są „patrioci”, ale definiowani szczególnie, jako powierzchownie wykształceni, ksenofobiczni i nie znający języków. To do tych „patriotów” odwołuje się autor „przemowy zwoleńskiej”.
Mnie osobiście sprawa dotyka podwójnie, gdyż broniłem na tym blogu wielokrotnie języka polskiego i jego ważności dla kultury i nauki. Ale też wielokrotnie wskazywałem i na to, że operuję co najmniej dwoma językami obcymi, biernie znam kilka innych. I uważam, że zasługi Kochanowskiego dla języka polskiego są olbrzymie, nie do przecenienia, Zwoleń zatem jest szczególnym dla mnie miejscem, jako ziemi Kochanowskiego. Jednak Jan Kochanowski znał wiele języków obcych: na pewno klasyczne, łacinę i grekę (po łacinie pisał dużo wspaniałej poezji), ale jako że studiował w Królewcu, będąc stypendystą księcia Albrechta Hohenzollerna, mówił prawdopodobnie także po niemiecku i pewnie po włosku, bo studiował też w Padwie, a może i po francusku, bo jak wieść niesie spotkał w Paryżu poetę renesansowego Piotra Ronsarda (choć to niepewne, niemniej w Paryżu był). Rzeczpospolita Obojga Narodów, to była wspólnota wielonarodowa: polsko-litewska, w której żyli wspólnie Polacy, Litwini, Białorusini, Żydzi, Rosjanie, Ukraińcy, Niemcy. Najwięksi polscy poeci XIX wieku, okresu powstań narodowych, z których tak dumny jest PAD, to byli poligloci, zarówno Mickiewicz (z matki Żydówki), jak Słowacki, czy Krasiński i Norwid, autor wspaniałej pochwały europejskości i wielokulturowości pt. „Ojczyzna”.
River in Padua, Italy, Europe. Vintage hand drawn postcard template
Zatem to święte oburzenie pod publikę, której profil tak uderzająco widoczny w tym tekście przemówienia każe myśleć jako o „nienajlepiej wykształconej”, zasmuca mnie niezmiernie, bo oznacza ni mniej ni więcej tylko narodowy populizm. Proszę obejrzeć zapis wideo tego końcowego fragmentu przemowy PAD: upaja się własnymi słowami, potakuje sobie i oczekuje wiwatów za prymitywny nacjonalizm. Skręt PAD w stronę skrajnych środowisk jest uderzający. Pomijam biedną Władzę Sądowniczą w Polsce, bo to inny temat.
Wiele mówiło się niegdyś o atrakcyjności pracy na uczelniach, że nienormowany rytm pracy, że długie wakacje, sporo przerw w dydaktyce, małe grupy studenckie… Wydaje się, że wszystko to należało już dawno między bajki włożyć.
John Ross, nomen omen, 1 stycznia 2020 (w święto Nowego Roku na całym świecie) w ostatnim Times Higher Education pisze o tym, że po przerwie świątecznej naukowcy prawdopodobnie nie wrócą na uczelnie wypoczęci. Powołuje się na publikacje australijskich badaczy zdrowia (Adrian Barnett, Inger Mewburn, Sara Schroter), którzy w grudniu ubiegłego roku opublikowali wyniki badań nad danymi dotyczącymi godzin (i pory dnia) składania do redakcji czasopism naukowych maszynopisów artykułów i recenzji naukowych. (Było ich odpowiednio prawie 50 tys. i 76 tys.). W konkluzji autorzy badania wskazują, że „kultura nadgodzin (przepracowywania się)” nie jest wcale metaforą w przypadku naukowców. Przebadano publikacje w latach 2012-2019, zatem jest to badanie z lat ostatnich, aktualne. Przy czym chodziło o czasopisma medyczne składane w otwartych systemach informatycznych ułatwiających redakcje czasopism. Metody badawcze były statystyczne.
Jednym z czynników ważnych dla tego badania jest rozwinięta na całym świecie kultura cyfrowa i jej możliwości: już dawno wiadomo, że w świecie korporacji problemem są e-maila od szefa, które przychodzą po godzinach, przed północą, domagające się działania na rzecz firmy. W świecie akademickim problemem wynikającym z rozwijającej się kultury cyfrowej mogą być też e-maile od studentów po północy z pracami zaliczeniowymi na już.
Tired aggressive unsatisfied angry mad crazy colleagues are having scandal at workstation and crumpling papers, they want to fight, women are trying to remain silence. Licencja Depositophotos
Dodatkowymi obciążeniami są także różne zadania administracyjne. Badacze australijscy wskazują na to, że te obciążenia nie są jakimś czynnikiem iluzorycznym, gdyż to one wskazywane są w różnych ankietach jako przyczyny rezygnacji z kariery naukowej przez młodszych pracowników i doktorantów.
Jednak naukowcy obciążeni dydaktyką i administracją (ankiety, sprawozdania, kwestionariusze, badania) muszą sobie radzić, no i pracują naukowo nad tekstami głównie po godzinach. Wyobrażam sobie, że w naukach medycznych same badania laboratoryjne lub/i kliniczne wykonywane są w trakcie pracy w miejscu pracy. Jednak robota nad tekstami, to co innego. Autorzy nie piszą o tym, jednak warto od razu zauważyć, że praca nad tekstem naukowym, to także praca humanistyczno-społeczna nad komunikowaniem swojego badania i wyników. Potrzebujemy skupienia w dłuższym czasie, aby napisać artykuł czy recenzję.
Miałem ostatnio rozmowę z ambitnym niegdyś doktorantem, który zmienił się w sceptyka, jeśli idzie o wartości akademickie. W trakcie tej rozmowy z nim usłyszałem pogardliwą opinię na temat wynagrodzenia za recenzje pracy doktorskiej: ile czasu zajmuje taka recenzja, kilka godzin? Skąd takie koszty przewodu doktorskiego? Trudno jest wyjaśnić ludziom spoza akademii, że ustawowo jest na to dwa miesiące przeznaczone, jednak ile to godzin, trudno jest określić. Potrzeba kilku dobrych wielogodzinnych sesji. 300 stron lektury doktoratu, to nie jest tylko te 300 stron, trzeba posprawdzać źródła, poszperać w notatkach, sięgnąć do literatury. Zatem praca nad recenzją i artykułem naukowym wymaga prawdziwych wielogodzinnych sesji skupienia. Prawdziwego maratonu skupienia.
Według wspomnianego badania nad publikacjami, naukowcy belgijscy, niemieccy i szwajcarscy okazali największą niechęć do wysyłania e-mailem artykułów i recenzji na święta. Skandynawowie byli jednymi z najmniej skłonnych do przedstawienia wyników swojej działalności poza godzinami pracy.
Były różnice kulturowe między krajami względem godziny przesyłania artykułów: naukowcy z Chin opublikowali wiele artykułów tuż po północy, a Brazylijczycy wysyłali swoje kontrybucje godzinę lub dwie później.
Skandynawowie i Amerykanie z Północy (USA i Kanada) preferowali poranne godziny pracy. Australijczycy, Nowozelandczycy, Brytyjczycy i Niemcy — wczesne popołudnie, podczas gdy Francuzi, Włosi i Hiszpanie robili wiele rzeczy na wieczór.
Warto zauważyć, że badanie to nie dotyczy innych dyscyplin niż medyczne oraz że nie uwzględniono także danych z Polski. Chociaż wyraźnie widać pewne tendencje różnic kulturowych, to autorzy jak i John Ross wskazują na uniwersalizm „pracy twórczej”, to jest pisania artykułu czy recenzji. Praca taka wymaga długiego skupienia. Dlatego kultura cyfrowa, można powiedzieć, daje duże możliwości wykorzystywania nienormatywnego rytmu pracy.
Pytanie tylko, czy taka praca jest higieniczna? I czy może jeszcze dzisiaj być atrakcyjna?
Multitasking businesswoman at work with a laptop Licencja Depositphotos
W tym kontekście warto przypomnieć jedną z dyskusji, które mięliśmy ostatnio na forach społecznościowych. Pierwsza szkoła doktorska na UAM zyskała sławę na tych forach szczególnym wykładem inauguracyjnym, pt. „Globalna nauka: dlaczego jej istotą jest nierówność i co z tego wynika dla młodych naukowców?” (http://cpp.amu.edu.pl/pl/new-amu-doctoral-school-for-600-phds-opened-inaugural-keynote-speech-by-marek-kwiek/?fbclid=IwAR1TaK1Lp_sz_Q6GXQz4GKIfo2gsyD-lDtX9aXcVYrKAHVvZh8nJnh14l1c) ,który wygłosił jeden z głównych inspiratorów reformy Gowina i jeden z jej entuzjastów prof. Marek Kwiek. Zastanawia mnie, jak nasza własna perspektywa badawcza może nas oślepić… Pochwała nierówności zaprezentowana przez prof. Kwieka i akceptacji (entuzjastyczna) nowych reguł gry „publish or perish” są szczególne…
Czy będziemy mieć jeszcze chętnych do pracy naukowej w takich warunkach? Czy będziemy mieć dobrych kandydatów na studia doktoranckie?
Jak wskazują badacze australijscy i John Ross praca po godzinach na uczelniach jest koniecznością. Jeśli praca twórcza ma być w centrum uwagi naukowców i doktorantów, to jakie warunki trzeba im stworzyć? Na pewno odpowiedzią nie jest zasada „publish or perish”, ani też odpowiedzialność zbiorowa nałożona na członków dyscyplin naukowych na uczelniach przez algorytmy finansowania uczelni. Kreatywność ludzka i inwencja, a także innowacja nie biorą się z wyścigu szczurów. Kreatywność wymaga indywidualności, czasu, wieloetapowego procesu. Jest jak produkcja wina, albo gotowanie dobrej potrawy.
Zacząłem interesować się karierą Grety Thunberg od czasu jej słynnego wystąpienia we wrześniu 2019, choć wcześniej zwracała moją uwagę, bo aktywizowała mojego starszego syna do udziału w piątkowych strajkach klimatycznych. Jako ojciec nastolatka o rok od niej młodszego z przyjemnością rejestrowałem jej duży wpływ na aktywizowanie młodzieży na całym świecie, także w Polsce. Jej postać jest jednak interesująca z punktu widzenia także nauk o kulturze i religii, bo jej przekaz i jej wizerunek medialny nosi znamiona zakorzenionego kulturowo w szwedzkiej tradycji i szwedzkich realiach kulturowych oraz szerzej w długiej już tradycji krytyki nowoczesności.
Greta Thunberg, człowiek roku 2019 r. wpływowego Tygodnika „Time” (Alter, Charlotte. „The Conscience”. Time, grudzień 2019.) wywołuje bardzo skrajne reakcje: jest entuzjastycznie witana i oklaskiwana na różnych szczytach, fotografują się z nią zarówno prezydent Obama, jak i papież Franciszek, pokazują się z nią w różnych telewizjach celebryci, tacy jak Arnold Schwarzenegger czy Naomi Klein, występuje ona w głównych programach publicystycznych telewizji na całym świecie, prowadzi własne mikroblogi na Twitterze i Instagramie, miała juz wykład TED i jest doktorem honoris causa, jest śledzona przez miliony fanów na całym świecie, powstały już o niej (niekoniecznie najlepsze) książki, takie dla dzieci, ale także dla dorosłych. Jednak jest także nienawidzona przez wielkich tego świata. Jednym z wielkich hejterów Grety Thunberg jest Donald Trump, którego oskarża się także o to, że nie może małej dziewczynce wybaczyć, iż ukradła mu show i to ona stała się najbardziej wpływowym człowiekiem roku Time’a w 2019, a nie — po raz drugi — on…
Greta Thunberg na Placu w Rzymie przed Papieżem Franciszkiem namawiająca go do celebrowania jego własnej „zielonej” Encykliki Laudato Si (screen z Gazeta Wyborcza)
Do rangi symbolu urosły zdjęcia pokazujące wyraz twarzy Grety Thunberg na widok Donalda Trumpa na szczycie w Nowym Jorku. Jeśli dla Naomi Klein faktycznie Greta stoi w opozycji do polityki — niszczącej świadomie naturę i gloryfikującej nieograniczoną konsumpcję „hamburgerów i plastikowych rurek do picia”– ekipy Trumpa, to nie dziwi wcale niechęć prezydenta USA do 16-latki, która już dawno przestała być małą dziewczynką, a staje się nastoletnią wkurzoną.
Z przykrością stwierdzam, że do grona osobiście zapiekłych wrogów młodej Grety przyłączył niedawno arcybiskup Marek Jędraszewski, który oskarżył „ekologizm” o bycie ideologią totalitarną. Chciałbym jednak przypomnieć, że katolicki ksiądz biskup reprezentuje innego typu ideologię totalitarną, też nieoczekiwanie łączącą go z Donaldem Trumpem.
Otóż obaj wydają się wyznawcami spiskowej teorii historii tzw. białego ludobójstwa. Warto przypomnieć wypowiedź arcybiskupa z 15.11.2013 r. W Pabianicach, w której mówi: „Mogę sobie łatwo wyobrazić, że za jakiś czas, mam nadzieję, że sam tego nie dożyję, że w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim tu, na terenie Europy, tak jak Indianie są pokazywani w Stanach Zjednoczonych w rezerwatach. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać tego, kim są od strony biologicznej.” Pisze o tym Jan Hartman na swoim blogu w Polityce. (https://hartman.blog.polityka.pl/2013/12/01/biala-rasa-musi-przetrwac/)
Faszyzm może być definiowany jako religijny kult państwa, wodza i narodu kojarzący się totalitarną formą rządów. Faszyzm bardzo często odwoływał się w swej historii do twardej nauki, zwłaszcza do nauk przyrodniczych, ale przede wszystkim wyciągał ideologiczne konsekwencje z darwinizm społecznego, wedle którego państwa silne z natury rzeczy podbijają państwa słabe: z tego wynika militaryzm, nacjonalizm i rasizm.
Naomi Klein ostatnio powiedziała też, że gorszy od negacjonizmu ekologicznego jest tylko ekofaszyzm. (Naomi Klein on the Case for a Green New Deal, Greta Thunberg, & The Rise of Ecofascism. YouTube, https://www.youtube.com/watch?v=IARezGmhWr0. Udostępniono 28 grudzień 2019.)
Arnold Schwarzenegger i Greta Thunberg w Wiedniu (źródło Flipboard.com)
Ekofaszyzm jest mistyczną wersją faszyzmu skojarzoną z kultem ziemi. Towarzyszy mu wizja organicznej całości natury. Ekofaszyści jeszcze nie rządzili żadnym narodem, ale pewne elementy wczesnych wersji nazizmu (mistyczny ruch Volkistowski w XIX w., czy jego związki ze spiritualizmem) były obecne w narodowym socjalizmie Hitlera, przede wszystkim w postaci hasła: „krew i ziemia”, które oznaczało czystość białej rasy aryjskiej. (Zimmerman, Michael E. „Ecofascism”. Encyclopedia of Religion and Nature, Volume 1, Continuum, 2008, s. 531–32)
Z Ekofaszyzmem skojarzone jest także spiskowa „teoria białego ludobójstwa”, zgodnie z którą Żydzi wymyślili spisek mający wykończyć białą rasę przed propagowanie: masowej nie-białej imigracji, integracji rasowej, niskich wskaźników dzietności, aborcji, rządowej konfiskaty ziemi białych, zorganizowanej przemocy i eliminacji w rzekomo białych krajach w celu spowodowania wyginięcia białych poprzez przymusową asymilację i brutalne ludobójstwo. Rzadziej obwinia się Czarnych, latynosów i muzułmanów, ale raczej jako wykonawców spisku, a nie jego mózgi.
W tym kontekście lepiej jest zrozumieć, z czym mamy do czynienia, kiedy atakujemy czysty i prosty przekaz Grety Thunberg i sił, które ją wspierają. Katastrofa ekologiczna oznacza także masowe migracje na skalę dotychczas niespotykaną. Tak zwany kryzys uchodźczy w 2015 roku w Europie był kryzysem wywołanym przez wojnę mającą swoje źródła w zmianach klimatycznych. Za ekofaszystów uważali się sprawcy masowych mordów z 2019 w Christchurch w Nowej Zelandii (15 marca 2019 r. (51 zabitych, 49 rannych) i w El Paso w USA (3 sierpnia 2019 r., 22 zabitych, 24 rannych). Sprawcy tych ataków na wyznawców różnych religii, nie tylko Islamu, publikowali przed atakami manifesty, w których przyznawali się do swojego ekofaszyzmu. Ekofaszyści i brexitowcy bronią czystości krajów i narodów przed integracją ludzkości. Dotychczas myślałem, że w Nowym Testamencie, fundamencie chrześcijaństwa, mogę poczytać „Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie”. (Gal. 3,28) Teraz okazuje się, że na gruncie bardzo wpływowym w polskich życiu publicznym mają miejsce wypowiedzi, które z chrześcijaństwem nie licują. Ideologia totalitarna jest religią państwa. Jeśli można mówić o dyktacie siły w Polsce, to właśnie ten dyktat słyszymy. On nie jest głosem chrześcijaństwa. Po prostu nie godzi się.
girls on a tree in south Sweden in the province of Skåne
Jednak sam koncept „faktoodporności” jest niezwykle ciekawy, bo wskazuje na zjawisko szersze: „wiedzoodporność”. Pisze o tym w znakomitym eseju książkowym Åsa Wikforss pt. Alternativa fakta. Om kunskapen och dess fiender (Fakty alternatywne. O wiedzy i jej wrogach, Fri Tanke, Stockolm 2019). Nie tutaj miejsce, aby opisywać, co jest wiedzą, a co nie, jednak interesujące dla mnie jest odniesienie nie tylko do „alternatywnych faktów” ekipy Donalda Trumpa, ale całościowe podejście do postmodernistycznego przekonania, że prawda jest całkowicie względna i uzależniona od punktu widzenia. W realnym świecie sprowadza się ten pogląd — wywodzący się nota bene z perspektywizmu Nietzscheańskiego — do przekonania, że istnieją jedynie poglądy, przekonania i opinie, oraz że faktom można przeciwstawić zawsze fakty alternatywne. Jako kognitywista często w przeszłości byłem konstruktywistą językowym i uważałem, że olbrzymią rolę odgrywają narracje o rzeczywistości, choć z drugiej strony zawsze byłem także zwolennikiem ucieleśnienia znaczenia, a co za tym idzie, ucieleśnienia prawdy i przekonania. Dlatego przekonuje mnie zarówno Steven Pinker, który namawia świat współczesny do porzucenia perspektywizmu Nietzscheańskiego i jego nihilizmu w książce „Nowe oświecenie” (pol. 2018), jak i Timothy Snyder, który przestrzega w książeczce „O tyranii” (2017) oraz „Drodze do niewolności” (2019) przed kłamstwem autorytaryzmów wszelakich. Moim zdaniem, jako ludzie odpowiedzialni i myślący, powinniśmy wsłuchiwać się w to, co mają nam do powiedzenia badacze kłamstw tyranów tacy jak Hannah Arendt (Korzenie totalitaryzmu, prwd. 1951), George Orwell (1984, prwd. 1949), Viktor Klemperer (LTI, Lingua Tertii Imperii, prw. 1947), Michał Głowiński (o języku PRL), czy ostatnio u nas Katarzyna Kłosińska i Michał Rusinek.
Åsa Wikforss, szwedzka filozofka i nowa członkini Akademii Szwedzkiej, fot. Jesper Sandström [CC BY 4.0]
Åsa Wikforss niedawno została przyjęta do Akademii Szwedzkiej i zajęła fotel nr 7 wcześniej zajmowany przez przewcześnie zmarłą Sarę Danius (pierwszą damą tego fotela była Selma Lagerlöf od 1914 r.). Z tej okazji nowoprzyjęta członkini akademii — jak zwyczaj każe — wygłosiła przemowę (przedrukowaną zarówno przez Dagens Nyheter, jak Svenska Dagbladet 20 grudnia 2019 r.). W tej przemowie zwróciły w sposób szczególny moją uwagę dwa akapity:
„Niezależnie od tego, jak zaawansowani jesteśmy pod względem poznawczym, wiemy, że samotne myślenie jest kruche: łatwo nas podniecają zakorzenione błędy w myśleniu, łatwo mylą emocje. Potrzebujemy siebie nawzajem do korygowania uprzedzeń i błędów, ale także do przestrzegania norm ludzkiego współistnienia i dążenia do lepszego świata. Łatwo jest się zniechęcić, kiedy dziś rozglądamy się po świecie, ale z czasem dostrzeżemy nasz rozwój moralny, na przykład w tym, jak traktujemy kobiety i dzieci, odnosimy się do ludzi z innych kultur lub patrzymy na przestępczość i kary. Musimy być wdzięczni za ten rozwój otwartego społeczeństwa i jego instytucji.
Ważne jest, aby pamiętać o tym w czasach, gdy coraz częściej jego wrogowie kwestionują wiedzę. Rozpowszechniają oni nie tylko dezinformację, która zniekształca nasze myślenie, zniekształca nasze dziedzictwo kulturowe i sprawia, że wierzymy, że pewne grupy ludzi są bardziej godne od innych. Dotyczy to także instytucji wspierających wiedzę i demokrację: wolność badań naukowych, niezależne media i sądownictwo, muzea i biblioteki. W wielu krajach na całym świecie, również w naszym pobliżu, demokracja jest demontowana przez stopniowy demontaż instytucji społeczeństwa demokratycznego. Mówi się w nowym języku i rozpowszechnia przekonanie, że wszyscy mają swobodę mówienia czegokolwiek, a jednocześnie celowo podważa się instytucje, które są nam niezbędne do prawdziwej wolności myślenia i działania.” (przekł. mój JP)
Warto wskazać, że szwedzka akademiczka na pewno ma na myśli także i Polskę, w której trwa atak propagandowy na wszystkie wykształcone elity: gdziekolwiek one jeszcze są, w uczelniach, teatrach, muzeach, sądach, szpitalach, szkołach i mediach. Często gorzej wykształceni krytykują ekspertów i lekceważą np. opinie dziekanów wydziałów prawa uniwersytetów polskich, czy uchwały różnych rad wydziałów. Temu zjawisku — powszechnie pokazywanej przez świat polityki pogardy dla wiedzy — towarzyszy owa „wiedzoodporność” tzw. szerokich rzesz. No i specjalnie tworzony język, który nazywa te niewygodne elity właśnie „elitami”, „elementem animalnym”, „gorszym sortem”, „kastą”, „kolesiami”, „mordami zdradzieckimi”, „przemysłem pogardy”, „ubekami”, „kodomitami” itp. itd.
O tym właśnie nowym języku traktuje u nas nowo wydana książka prof. Katarzyny Kłosińskiej, przewodniczącej Rady Języka Polskiego i prof. Michała Rusinka, członka Rady Języka Polskiego. Książka nosi tytuł „Dobra zmiana.*czyli jak się rządzi światem za pomocą słów”. (Znak, Kraków 2019). „Alternatywne fakty” jako zastępnik zwykłego kłamstwa propagandy ekipy Trumpa to jest wierzchołek góry lodowej w słowniku samego Trumpa, jednak demokracja amerykańska jeszcze nie jest tak zagrożona, bo MABENA jest w niej niemożliwa na taką skalę, na jaką jest możliwa w Polsce. MABENA to jest jedno ze słów ujętych w książce-słowniku wydanym przez Kłosińską i Rusinka. Słownik zawiera 200 słów „dobrozmianowej nowomowy”, ułożonych w 69 hasłach głównych. Językoznawczyni i badacz retoryki (w uproszczeniu takie są także tych autorów role społeczne) zajmują się współczesnym językiem polskim dyskursu publicznego w Polsce po 2015 r. MABENA, czyli „Maszyna Bezpieczeństwa Narracyjnego” miała być wedle prof. Andrzeja Zybertowicza takim oficjalnym specjalnie konstruowanym językiem do narracji o współczesnej Polsce — miał on służyć nade wszystko PR-owi zewnętrznemu, czyli pokazywać „zagranicy” właściwe znaczenie, tego, co się dzieje w Polsce. Sami autorzy książki „Dobra zmiana” piszą, że projektowana przez Zybertowicza i jego zwolenników w prorządowych mediach MABENA nie jest fikcją, że cała ich książka świadczy dobitnie o tym, iż MABENA już działa, to jest inaczej mówiąc machina propagandowa rządu „dobrej zmiany”, to właściwy „przemysł pogardy”. Polecam wszystkim tę książkę, nie tylko filologom wszelkiej maści, ale nade wszystko ludziom zatroskanym o prawdę. To prawda, że „język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie”, jak pisał kiedyś Adam Mickiewicz w „Wielkiej Improwizacji” w „Dziadach”, jednak na gruncie eksperckim słowo ciałem się staje, bo przecież wynalazki techniczne biorą się z odkryć naukowych, zaś wiedza medyczna leczy ludzi z chorób. Humanistyka jest konieczna, aby uczyć ludzi nie tylko krytycznego myślenia, ale także logiki i szacunku dla prawdy w dyskursie publicznym. Jeszcze nie ma u nas ludzi odciętych od bibliotek publicznych, jak za czasów Viktora Klemperera w III Rzeszy niemieckiej, kiedy Żydom nie wolno było pożyczać książek z bibliotek. Jeszcze nie ma książek wyłącznie dla Polaków, choć przecież noblistka Olga Tokarczuk jest już wyraźnie wedle MABENY (czyli „przemysłu pogardy dobrej zmiany”) antypolska, polakożercza i w ogóle — politycznie podejrzana. Jeszcze nie pali się książek przeciwników politycznych, jak miało to miejsce w III Rzeszy, choć incydent z urojonymi przeciwnikami religijnymi („Harry Potter”) już miał miejsce, ale Minister Kultury i wielu za nim, mogą z dumą podkreślać, że nie doczytali, albo że nie czytali w ogóle. Pogarda wiedzy i wiedzoodporność. Pogarda dla kultury (politycznej poprawności) i kulturoodporność. Pogarda dla uniwersytetu i wykształcenia. A nam pozostaje czułość i uważna lektura.
Londyn Reklama Billboard Roberta Iceka i teatralnej adaptacji Ducan Macmillan z George Orwella 1984 w dniu 30 maja 2015 w Londynie, UK, fot. Depositphotos