Kategoria: Literatura i kultura

  • Santa Greta i obłudnik Waszczykowski

    Santa Greta i obłudnik Waszczykowski

    Okładka Vogue Scandinavia z Greta Thunberg (2021)

    Zwariował? Chory? A może po prostu zakłamany i obłudny? Minister Witold Waszczykowski znów zabłysnął, ale słabo, jakby światłem odbitym prawdziwej gwiazdy, 18-letniej Grety Thunberg

    Jeśli chcesz posłuchać tego artykułu, kliknij tutaj

    Pamiętam, niestety, kiedy w słynnym wywiadzie w niemieckim wpływowym, choć tabloidowym „Bild” w 2016 roku minister spraw zagranicznych Polski z ramienia PiS dostał komentarz od redaktora w postaci bardzo uniwersalnego tytułu: „Czy Polacy zwariowali?”[Haben die Polen pinen Vogel?]:

    Waszczykowski powiedział wtedy: „Poprzedni rząd realizował tam specyficzny lewicowy program. Jakby świat według marksistowskiego wzorca miał się automatycznie rozwijać tylko w jednym kierunku – nowej mieszanki kultur i ras, świat złożony z rowerzystów i wegetarian, którzy korzystają wyłącznie z energii odnawialnej i walczą z wszelkimi formami religii. Ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami…”

    Wtedy traktowałem tę wypowiedź jako kuriozalną, ale jednak wynikającą z głupoty, albo zacietrzewienia ideologicznego. Inni nazywali to zaczadzeniem. Od wtedy chyba Waszczykowski nazywany jest przez niektórych Waszczem… Kiedy 10 stycznia 2017 po powrocie ze szczytu Rady Bezpieczeństwa ONZ ciągle urzędujący minister od dyplomacji wymyślił w komentarzu swoje konsultacje z ambasadorem nieistniejącego kraju, internety zawrzały radosną twórczością memową; powstała nawet strona, konto na Twitterze, flaga San Escobar… Ja wtedy, muszę to podkreślić, zachowałem wstrzemięźliwość, no bo może minister był zmęczony, albo się przejęzyczył, w końcu taka wieża Babel, jak szczyt ONZ może skołować swoją wielojęzycznością… Choć bawiło mnie szczerze to ożywienie twórczości narodu…

    No ale prawie w okrągłą rocznicę tego wydarzenia medialnego o światowym niestety zasięgu, minister Waszczykowski jakby pozazdrościł sobie tych wszechświatowego impaktu [wpływu] (New York Times, The Washington Post itp…) dzisiaj 12 stycznia 2022 po 5 latach próbował zabłysnąć przez atak na Gretę Thunberg, której karierę śledzę dość uważnie, bo interesują mnie sprawy klimatyczne i kultura Szwecji. No i interesuje mnie status nauki w społeczeństwie.

    I na razie te zasięgi na Twitterze minister ma takie sobie. No bo sam ćwierk ministerialny jest dość kiepskiej jakości i urody — Greta Thunberg straszy tam głównie karykaturą i gniewiem na twarzy, jest też mała tabelka z kwietnia 1975 r. z Newsweeka oraz wycinki z Time, głównie okładki z 1973 oraz 1979. Towarzyszy temu nieudolnemu kolażowi tekst: „Dziś straszy nas Greta. Wiadomo czym. Ale … 40-50 lat temu zakładano nadejście epoki lodowcowej. Może lepiej „Nie patrz w górę”

    Fot. twittera z konta publicznego Ministra Waszczykowskiego, godzina 3:14 (12.01.2022) JP

    Ok. 16:00 ćwierć setki cytowań i 67 polubień.

    Fragmenty komentarzy po nocnym ćwierku pana ministra… (zdj. JP)

    Słabo panie ministrze. W sytuacji, kiedy mamy szczyt w czwartek w Wiedniu z udziałem Kremla, kiedy kiepsko na granicy Ukrainy z Rosją i Polski z Białorusią (też jakby Rosją), kiedy na Bałkanach także niepokoje i Kazachstan, pan atakuje Gretę Thunberg i zgodne twierdzenia naukowców klimatycznych o nadciągającej katastrofie klimatycznej? (Dzisiaj jest konsens, w latach 70-tych nie było zgody, co do kierunku zmiany… tylko trzeba trochę poczytać źródeł…)

    Mam zatem pytanie, w jakim celu Pan to robi? Daleki jestem od oskarżania Pana, ciagle daleki jestem od konkluzji narzucającej się wielu, że Pan jest po prostu głupi. Nie będę też sugerował, jak niektóre twitty, zwłaszcza po pana wpadce porannej w radiu Zet, że to tzw. #alkotweet zdarzający się zwłaszcza nocami i wczesnym rankiem ludziom mającym problem z uzależnieniem. Jednak muszę skomentować kompletne pana niezrozumienie przesłania filmu „Nie patrz w górę”. Ta ostatnia fenomenalna produkcja jest właśnie o tym, że idiotom media przeżarte korupcją i chciwością wmawiają, napędzane przez polityków takich jak Donald Trump — w obliczy zbliżającej się komety i katastrofy Ziemi — „nie patrzcie w górę”, taki będzie nasz znak rozpoznawczy… chowamy głowę w piasek, nie patrzymy na widoczną gołym okiem zbliżająca się kometę-katastrofę… takie jest przesłanie tego filmu. Więc, co chciał Pan przez tego twitta powiedzieć?

    A może po prostu jest pan ciągle pracownikiem MSZ odwracającym uwagę od naszych „negocjacji” z OBWE? A może jest pan ciągle w „służbach”? Może przykrywa Pan sprzedaż prorosyjskim węgierskim firmom Lotosu? A może jest pan zazdrosny, że nie podsłuchują pana Pegasusem… Może jednak pana przeceniam?

    Wydaje się jednak, że przemawia przez Pana po prostu obłuda. Jesteście państwo w stanie wszystko powiedzieć, czego wymaga od państwa partia i jej tzw. linia. Ta obłuda każe także mówić ministrowi Czarnkowi o „świętym obowiązku” państwa polskiego centralizowania polskiej edukacji… no, święty obowiązek… słuchania Jarosława Kaczyńskiego, który upodobnił się już na starość w zupełności do wzorów swojej młodości, to jest do Władysława Gomółki. Wystarczy mieć tylko trochę wzroku i słuchu, żeby rozpoznać te wzorce.

    A że przy okazji ludzie może zapomną o 5 rocznicy powstania San Escobar? Santa Lucia… Santa Greta… Greta pragnie skończyć z obłudą, zakłamanego mówienia bez działania… nauki bez praktycznego wprzęgnięcia jej w naszym życiu… „bla bla bla” — to są święte słowa… Greta Thunberg. Amen.

    PS. Edycja 13 stycznia 2022. 12 stycznia zmieniony artykuł ukazał się w GW .

  • Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Pegaz na niebie (lic.. Depositphotos)

    Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Kulturoznawstwo, badania nad kulturą, czy też nauki o kulturze i religii mogą wielu kojarzyć się z pięknoduchostwem, chodzeniem do teatru czy też badaniem aktywności kulturalnych, utożsamianych z rozrywką. Kultura i kultura cyfrowa mają bezpośrednie przełożenie na nasze życie całkiem realnie, niekoniecznie rozrywkowo. Zwłaszcza we współczesnym zdigitalizowanym świecie. Dlatego coraz częściej potrzebne są badania interdyscyplinarne, które łączą wiele refleksji i obszarów. I potrzebna jest też taka wielodyscyplinarna edukacja na wielu poziomach. 

    Świetnie to widać w ostatnich historiach związanych z symbolem Pegaza. Kiedyś był on w starożytnej Grecji skrzydlatym koniem, jego imię czasami wywodzono nawet od „boga pioruna”. Kojarzył on się poza tym z mitem mówiącym, iż tam gdzie kopyto Pegaza uderzy, tam powstaje źródło. Potem przez wieki był to synonim natchnienia poetyckiego. Kiedyś w Polsce kultowego charakteru nabrał telewizyjny magazyn kulturalny, program publicystyczny w dawnej TVP pt. Pegaz (powstał w 1959 r.). Dzisiaj Pegasos przywołuje na myśl przede wszystkim system szpiegujący, Pegasus, który faktycznie kojarzy się z otwieraniem źródeł, jednak nie wody, ani natchnienia, tylko informacji. Bo Pegasus jest bardzo niebezpiecznym narzędziem pozwalającym inwigilować urządzenia mobilne głównie korzystające z systemów iOS oraz Android (inwigilacja, to nie to samo co podsłuch). Zainfekowane smartfony stają się uszami i oczami szpiegującymi wszystko co naokoło. A my mamy go przy sobie 24 godzin 7 dni w tygodniu. Bo ludzie śpią ze smartfonami. Nie tylko z żonami, mężami, kochankami, parter(k)ami. 

    „Citizen Lab”, czyli w wolnym tłumaczeniu „laboratorium obywatelskie” zostało założone na Uniwersytecie w Toronto, aby badać zagrożenia wynikające z dominacji kultury cyfrowej dla demokracji. Można powiedzieć, że współczesna kultura cyfrowa umożliwia rażące naruszenia praw człowieka: wystarczy tutaj na przykład przypomnieć, że przed koszmarną egzekucją Dżamala Chaszukdżi, m.in. dziennikarza the Washington Post, był on wedle ustaleń Business Insider szpiegowany przy użyciu Pegasusa przez saudyjskie służby, te same, które go potem bestialsko zamordowały. (Perper, R.  Edward Snowden: Israeli spyware was used to track and eventually kill Jamal Khashoggi. Business Insider 9.11.2018)

    Citizen Lab, które teraz jest często cytowane jako źródło informacji o inwigilacji polskiej opozycji (Sławomir Nowak, adwokat Roman Giertych, senator Krzysztof Brejza) oraz polskich funkcjonariuszy publicznych (prokurator Ewa Wrzosek) zostało założone przez profesora Ronalda Deiberta przy Szkole Spraw Globalnych i Polityki Publicznej Munka na Uniwersytecie w Toronto. Profesor Deibert jest autorem kilku książek m.in. „Black Code: Surveillance, Privacy and the Dark Side of Cyberspace”; „Parchment, Printing, and Hypermedia” czy „Reset: Reclaiming the Internet for Civil Society”. Jego wpływ na badanie kultury cyfrowej i demokracji jest spory, jeśli liczyć ilość cytowań i występowanie w mediach. Zasiada także w radach redakcyjnych wielu czasopism naukowych. Był nagradzany m.in. za rozpoznanie i łagodzenie „rosnących zagrożeń dla praw do komunikacji, otwartości i bezpieczeństwa na całym świecie”. 

    Z jego badań i publikacji wynika, że kultura cyfrowa łączy zwykłego obywatela z dziennikarstwem. Deibert zajmuje się kulturami dziennikarstwa i kulturą informacji. 

    Profesor Deibert pisze: 

    „Aby przywrócić liberalną demokrację, będziemy potrzebować całkowitej zmiany naszego stylu życia. To oczywiście nie będzie łatwe i nie stanie się z dnia na dzień. Będą się temu przeciwstawiać ogromne siły społeczne, gospodarcze i polityczne. Potrzebna jest zatem kompleksowa strategia długofalowych reform, rozciągająca się od tego, co osobiste do politycznego, od lokalnego do globalnego. Musimy nauczyć się traktować nasze środowisko informacyjne w taki sam sposób, w jaki mamy nadzieję traktować nasze środowisko naturalne — jako coś, nad czym sprawujemy zarząd i wobec czego zachowujemy się w duchu ostrożności i powściągliwości. Jeśli oszczędzanie energii jest rozsądne, oszczędzanie danych może być również rozsądne. Jednocześnie musimy rozwijać systemy edukacji publicznej, w których podstawą jest umiejętność korzystania z mediów, etyka, etykieta i tolerancja.

    W sferze politycznej i prawnej obywatele muszą uzyskać prawo do wiedzy, co firmy i rządy robią ze wszystkimi danymi osobowymi, które tak wytrwale gromadzą.” (Deibert, R. J. (2019). Three Painful Truths About Social Media. Journal of Democracy, 30(1), 25–39.)

    Proponuję, aby minister Czarnek zamiast wprowadzania przedoświeceniowych form wiedzy do szkół (tzn. zabobonów i spiskowych teorii dziejów w nauczaniu historii, np. oświecenia) zaczął intensywnie pracować nad edukacją cyfrową na wszystkich poziomach: od przedszkola po szkoły wyższe. Potrzebne nam są kultury cyfrowe, także kultura bezpieczeństwa cyfrowego. Naukowcy uznają kulturę bezpieczeństwa za jeden z najważniejszych czynników wpływających na zachowanie jednostek w dzisiejszym cyfrowym świecie. Kultura bezpieczeństwa „składa się ze wspólnego wzorca wartości, modeli mentalnych i działań, które są przedmiotem wymiany między pracownikami jakiejś organizacji wpływając na bezpieczeństwo informacji.” Jednak, jak pisze prof. Deibert, kultura bezpieczeństwa może również wykraczać poza organizacje, a różnice w kulturze można zaobserwować między zawodami. Autor podjął kilka badań na przykład nad zawodem dziennikarza i kulturami dziennikarskimi. 

    Nawet jeśli sporo pisano na temat kultur dziennikarskich, czy też na temat kultury w dziennikarstwie, to nie zastanawiano się nad wpływem tych kultur na bezpieczeństwo, kulturę bezpieczeństwa. Z badań Kanadyjczyka wynika, że podstawową rolę także w przyszłości będzie pełniło jakościowe dziennikarstwo, nie media społecznościowe i dziennikarstwo obywatelskie. Na pewno one nie przestaną istnieć, jednak żeby przeciwstawić się „drodze do zniewolenia” powszechnego przez autorytaryzmy, potrzebna jest silna edukacja oraz silne, dobrze opłacane dziennikarstwo jakościowe. „Jak odróżniać dobre dziennikarstwo od teorii spiskowych”, to powinien być jeden z celów nowoczesnej edukacji.

    Obawiam się jednak, że minister Czarnek nie tylko nie posłucha moich rad. On jeszcze bardziej się utwierdzi w tym, że kaganek oświaty jest jego wrogiem. Dlaczego taki wstecznik, zabobonnik i nienawistnik jest tak wysoko postawionym konstytucyjnym ministrem? Ano dlatego, że ten rząd jest antydemokratyczny i antywolnościowy. Temu rządowi nie zależy na edukacji Polaków. Afera z inwigilacją (nie tylko podsłuchami) opozycji politycznej w Polsce nie jest wypadkiem przy pracy. Udało się ujawnić tę aferę, dzięki międzynarodowej współpracy świata akademickiego ze społeczeństwami obywatelskimi.

    Nie mam złudzeń: atak na TVN nie jest przypadkowy, nie miał niczego przykrywać, był prawdziwym zamachem na niezależne dziennikarstwo. Ataki nie ustaną. Zaś Minister Czarnek nie wprowadzi naszej edukacji na salony współczesności — on nas cofnie do średniowiecznego krużganka… Świadczy o tym jego flagowy projekt wciskania kitu, czyli propagandy, który marketingowo został nazwany HiT (Historia i Teraźniejszość). Jest on w istocie uczeniem prawd objawionych PiS i IPN po to, żeby wyrugować wychowanie obywatelskie w postaci WoS. Teraźniejszości tam tyle, ile kot napłakał. Tylko moich synów jakoś mi żal, bo ich ten projekt także dotknie… i w tym momencie mój żal zamienia się w gniew…

    PS. 1 stycznia 2022 artykuł zmieniony ukazał się w Gazeta Wyborcza

  • Święty Jan cieszy się z tego, że Bóg nie jest fake newsem? Nowe rewolucyjne tłumaczenie Ewangelii

    Święty Jan cieszy się z tego, że Bóg nie jest fake newsem? Nowe rewolucyjne tłumaczenie Ewangelii

    Święty Jan cieszy się z tego, że Bóg nie jest fake newsem? Nowe rewolucyjne tłumaczenie Ewangelii

    Dzisiaj w dzień Bożego Narodzenia (25.12.21) czytałem 1. rozdział ewangelii świętego Jana, słynny prolog, zwany hymnem do Logosu. Wszyscy to znają: „Na początku było Słowo…”

    24:50 m transmisji z Kościoła EA św. Mateusza w Łodzi 25.12.21

    Zawsze wydawał mi się ten fragment bardzo tajemniczy a przez to mistyczny. I jeszcze na dodatek ta legenda św. Jana wzlatującego duchowo jak orzeł na niebie. Tak był w średniowieczu przedstawiany: jako orzeł (inni ewangeliści to człowiek, wół i lew).

    Czterech Ewangelistów na czterech ramionach krzyża — symboliczne przedstawienia w postaci: orła (góra), człowieka, lwa i wołu. Zdjęcie krzyża w romańskiej krypcie w Domkyrkan w Lund (Szwecja) (fot. Jarosław Płuciennik)

    Jako „Hymn do Logosu” (koniecznie z dużej litery) był ten „Prolog” (nazwa gatunkowa) ewangeliczny jednocześnie mistycznym dopełnieniem Pierwszej Księgi Mojżeszowej, Księgi Rodzaju (Genesis) z jej pierwszym rozdziałem: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”…

    Na dodatek mniemania na temat greckiego słowa ‚logos’ w ewangelii wg św. Jana były komplikowane przez tradycje filozofów greckich, głównie stoików, którzy w logosie widzieli nade wszystko „rozum”…

    Dlatego tak bardzo mnie na początku zadziwiło nowe tłumaczenie tego fragmentu na język angielski jako „account”. [At the inauguration was the true account]. (The Gospels. A New Translation by Sarah Ruden, New York 2021, s. 259)

    Okładka nowego tłumaczenia ewangelii na język angielski The Gospels. A New Translation by Sarah Ruden, New York 2021 (fot. JP)

    W wolnym tłumaczeniu i mojej interpretacji byłoby to odpowiednikiem: „u samych początków była prawdziwa opowieść”… i ta opowieść była światłem, które się wcieliło, ucieleśniło… jednym słowem: starotestamentowa opowieść o Mesjaszu, którego Żydzi oczekiwali i oczekiwali przez wieki nagle stała się prawdą… fake news okazał się „szczerą prawdą”… a na dodatek ta prawda wyzwalała od starego prawa… to jest cud prawdy, która wyzwala. Potencjalny fake news starotestamentowy stał się „dobrą nowiną”, bo nowiną prawdziwą. Ewangelie nazwane są w nowym tłumaczeniu angielskim „Dobre nowiny według …” w ten sposób „Dobra nowina” według Jana staje się bardziej racjonalna, mniej tajemnicza, bardziej w duchu Pascala, który zachwycał się tym, jak Ewangelie ucieleśniały proroctwa starotestamentowe….

    Nie dziwi mnie teraz opinia słynnej pisarki Ursuli Le Guin, która napisała, że twórczy przekład autorstwa Ruden to „najlepsze dotychczas tłumaczenie, w każdym razie najlepsze współczesne”. W Polsce mamy sporo tłumaczeń Ewangelii, ale w 2018 ukazała się jedynie ekumeniczna Biblia, której Ewangelie pochodzą z 2001 oraz Biblia katolicka tzw. Paulistów z 2008 r. Nie żyje już dawno Czesław Miłosz, który przyczynił się do upiększenia języka przekładów i którego praktyka poetycka wychodziła poza opłotki wyznaniowe.

    Inna wersja artykułu ukazała się 26 grudnia 2021 w Gazecie Wyborczej

  • Życzenia na Boże Narodzenie 2021

    Życzenia na Boże Narodzenie 2021

    Najserdeczniejsze życzenia! Wesołych Świąt! Merry Christmas! God Jul!
    Mateusz Płuciennik gra na harfie celtyckiej
  • #żałobanarodowa

    #żałobanarodowa

    10 katastrof „Estonii” w 2021 albo 5 katastrof smoleńskich dziennie?
  • Odwagi! Ale do kogo ta mowa? Do ministra Przemysława Czarnka?

    Odwagi! Ale do kogo ta mowa? Do ministra Przemysława Czarnka?

    Człowiek na linie albo uniwersytety polskie? (fot. lic. Depositphotos)

    Minister Czarnek zasłużył na pochwałę? 30 listopada Times Higher Education opublikowało opinię afiliowanej w  University of Bedfordshire, Luton, United Kingdom, uznanej autorki książek filmoznawczych Agnieszki Piotrkowskiej na temat jednej z ostatniej inicjatyw ustawodawczych ministra Czarnka (projekt nowelizacji Ustawy Prawo o Szkolnictwie Wyższym i Nauce z dnia 28.01.2020 r) . Nie zamierzam sprzeczać się z intencjami autorki dotyczącymi obrony praw kobiet i wolności w Polsce. Są one mi bliskie. Wiele razy dawałem temu świadectwo.

    Artykuł jest jednak bardzo łaskawy w ocenie ministra oraz jego opinii i inicjatyw. I z tym wyłącznie chciałbym polemizować, bo wydaje mi się, że owa łaskawość szanownej Autorki wynika z nieporozumienia. Artykuł ma co prawda tytuł wskazujący na polityczne podporządkowanie polskich uniwersytetów (w wolnym tłumaczeniu: Polskie uniwersytety balansują na linie trzymanej przez polityków), jednak podtytuł obwieszcza: „list ministerialny daje nadzieję”, zaś całość kończy się niezwykle optymistycznym wręcz wezwaniem Autorki do ministra: „Można mieć tylko nadzieję, że jego [min. Czarnka] następny ruch poprowadzą autentyczne starożytne cnoty odwagi i mądrości.” 

    Autorka przywołuje w artykule niezidentyfikowane bliżej wypowiedzi feministek polskich, które „muszą szeptać, że są feministkami” na uczelniach, które wzywane są do dziekanów na „rozmowy ostrzegające”. 

    W pełni się zgadzam, że takie sprawy mogą mieć miejsce, choć na pewno nie na moim Wydziale. Ultrakonserwatywny rząd polski ewidentnie pragnie cofnięcia Polski do czasów przedoświeceniowych, zwalcza aktywnie wszystko, co kojarzy się z modernizacją (może poza prymitywnym kultem paliw kopalnych, które mocno wpisują się w interesy gospodarcze tego rządu). Walczył z kobietami na ulicy podczas strajku kobiet prymitywnymi oddziałami policji uzbrojonej w specjalne pałki teleskopowe. Znam osobiście ofiary prześladowań ulicznych tego rządu. Zatem jednoznacznie trzeba podkreślić: rząd PiS walczy z prawami kobiet, walczy z prawami reprodukcyjnymi, ostatnie protesty uliczne z początku listopada 2021 r. świadczą o tym bardzo wyraźnie, a nastąpiły one po śmierci 30-letniej Izy z Pszczyny, której odmówiono aborcji w obawie przed prześladowaniami zdominowanej przez polityków prokuratury.  

    I tutaj jest bardzo ważna sprawa, która może umknąć ludziom niezorientowanym w sytuacji w Polsce: rząd argumentuje, że lekarze mogli ratować kobietę, bo regulacje prawne tego nie zabraniają. Lekarze natomiast mówią, że tak jest tylko literalnie, natomiast w praktyce obowiązuje zasada: „życie płodu najważniejsze” bez względu na okoliczności. Mamy więc do czynienia z autocenzurą działań lekarzy. Podobnie jest z feminizmem na uczelniach: ma się on w Polsce bardzo dobrze, osobiście znam bardzo wiele działaczek-profesorek feministek. Wielu moich studentów to także feminiści/feministki, wielu to ludzie LGBT+. Także z mojego wydziału na Uniwersytecie Łódzkim. Nie przeczę jednak, że atmosfera zastraszania kolejnych grup społecznych: sędziów, prokuratorów, lekarzy, nauczycieli i wielu, wielu innych przenosi się do pewnego stopnia także na uczelnie. Jednak zasadniczo uczelnie polskie stanowią póki co jeszcze jeden z nielicznych bastionów wolności, choć odbieranej na przykład wszechwładzą rektorów. Ale wolność słowa na uczelniach nie jest zagrożona prawem. Choć zastraszanie postępuje.

    Świadczy o tym także rozwój wypadków w autokratycznie zarządzanym uniwersytecie rodzimym pana ministra Czarnka, to znaczy KUL, w którym ma miejsce obecnie postępowanie dyscyplinarne względem prof. ks. Alfreda Wierzbickiego, m.in. za jego etyczne wsparcie konkretnej ofiary prześladowania grupy ludzi LGBT+. Paradoksalnie można powiedzieć, że Katolicki Uniwersytet Lubelski prześladuje katolika i chrześcijanina ks. Wierzbickiego. Gdyby któryś uniwersytet zechciał na przykład przyznać tytuł Doctora Honoris Causa ks. Wierzbickiemu, to atmosfera spowoduje, że nikt teraz się nie wychyli. Postępowanie takie może zostać autocenzurą zduszone w zarodku.

    Autocenzura  działań i słów jest pokłosiem działań rządu na różnych płaszczyznach, ale nie wynika z regulacji prawnych. Po prostu w Polsce nikt z rządu już nie przestrzega prawa, praworządność przestała być kompasem działań od 2015 roku, tj.  wyboru Prezydenta Andrzeja Dudy.

    O tym że obecne prawo w Polsce jest wystarczające, jeśli idzie o obronę wolności słowa przekonywali ostatnio także rektorzy uczelni polskich stowarzyszeni w KRASP. (Uchwała Komisji ds. Komunikacji i Odpowiedzialności Społecznej wyrażająca opinię o braku konieczności powołania  „KOMISJI DS. WOLNOŚCI SŁOWA W SYSTEMIE SZKOLNICTWA WYŻSZEGO I NAUKI” opublikowana już w lutym 2021r). Mimo że rektorzy w Polsce boją się ministra, to w tym punkcie zachowali swoją autonomię.

    W tle tego sporu z ministrem Czarnkiem jest cały czas słynna sprawa postępowania dyscyplinarnego przeciwko zatrudnionej w Uniwersytecie Śląskim prof. Ewie Budzyńskiej profesorce socjologii otwarcie promującej wedle studentów homofobię. I oto chodzi ministrowi Czarnkowi, nie o obronę wolności słowa, tylko o obronę ”światopoglądów i mniemań”, które mają być głoszone także na uniwersytetach. Nowe regulacje, innymi słowy mają wpuścić kreacjonistów, płaskoziemców, antyszczepionkowców i homofobów na uczelnie. I ich odważyć. Temu także służy sojusz ministerstw rządu PiS z ultraprawicową organizacją Ordo Iuris, której związki z Rosja wykazywano wielokrotnie w wielu miejscach (zob. np. publikacje Tomasza Piątka od 2017 r).

    Dlatego jeśli komuś życzę odwagi i mądrości to wszystkim zatrudnionym w uczelniach w Polsce, nie ministrowi. Odwagi głoszenia swoich poglądów tak jak np. Prof. Inga Iwasiów z Uniwersytetu Szczecińskiego, uznana pisarka, feministka, aktywistka uliczna. Prawo w Polsce działać nie zabrania. Konkretni ludzie natomiast głoszą nienawistne hasła i próbują zastraszać całe grupy społeczne. Farmy hejterskie odkryto w swoim czasie także w ministerstwie sprawiedliwości. Polska brunatnieje. Odwagi! Ale nie dla tych co stukają wysokimi butami…

    PS. Tekst w zmienionej wersji ukazał się w Gazecie Wyborczej 2 grudnia 2021

  • Idioci, czyli kto może mówić o praworządności

    Idioci, czyli kto może mówić o praworządności

    Model wierzącego w spiskowe teorie dziejów… (fot. lic. Depositphotos)

    Faktem niezaprzeczalnym dla mnie jest, że zasadniczo tzw. praworządność (ang. rule of law) pochodzi z idei oświeceniowych. Podobnie jak utrwalenie tzw. trójpodziału władzy Monteskiusza.

    Jak można przeczytać na stronach poświęconych rządom prawa w USA: „Praworządność to zasada, zgodnie z którą wszystkie osoby, instytucje i podmioty podlegają przepisom prawa. Te przepisy muszą być: ogłoszone publicznie, równo egzekwowane, niezależnie orzekane i zgodne z międzynarodowymi zasadami praw człowieka.”

    Ponad 200 lat temu Alexander Hamilton, James Madison i John Jay opublikowali serię prac promujących ratyfikację Konstytucji Stanów Zjednoczonych, obecnie znanych jako „Federalist Papers”. Wedle tych artykułów sprawa właśnie tak wygląda, jak napisałem wyżej. Zatem idea praworządności to jest idea oświeceniowa, tak samo jak idea Konstytucji. Pierwsza Konstytucja na świecie to przecież Konstytucja USA. 

    Ale wiele Konstytucji państw nowoczesnych (czytaj: pooświeceniowych) ma w swoich prawach zasadę praworządności. Również polska obowiązująca ciągle Konstytucja RP.

    Także np. Konstytucja Szwecji, która jednak w opracowaniach odwołuje się do szacunku wobec prawa zapisanego już w prawach regionalnych Upplandu z końca XIII wieku (szw. Upplandslagen).

    Inne prawo Jutlandzkie zaczyna się w XIII wieku od słów szwedzkich: Med Log skal Land bygges („państwo buduje się na prawie” „państwo jest zbudowane na prawie”). Z tego sformułowania korzysta się przy budowie różnych praw. 

    Jednak najważniejsze w tych prawach z XIII wieku jest sformułowanie, które jest po tym zdaniu:

    „Państwo buduje się na prawie, leczy gdyby każdy zadowolił się tym, co ma, i pozwolił innym cieszyć się takim samym przywilejem, żadne prawo nie byłoby potrzebne.” (opieram się na tłumaczeniu w Åsbrink, Elisabeth. Made in Sweden: 60 słów, które stworzyły naród, przekł. Natalia Kołaczek, Warszawa: Wielka Litera, 2019, s. 29) 

    Idioci, tudzież rzezimieszki różnej maści, nie rozumieją takich reguł i zasad. Definicja antyczna słowa idiota pasuje tutaj jak ulał. Idiota według Słownika Etymologicznego już w 14 wieku oznacza, „osobę tak upośledzoną umysłowo, że nie jest zdolna do zwykłego rozumowania”; także w średnioangielskim „prosty człowiek, niewykształcona osoba, laik” (koniec XIV w.), od starofrancuskiego ‚idiote’ „niewykształcony lub ignorant” (12 w.), z łac. idiota „zwykły człowiek, laik; outsider”, po łacinie „osoba niewykształcona lub nieświadoma”, od greckich idiotów „laik, osoba bez umiejętności zawodowych” (w przeciwieństwie do pisarza, żołnierza, wykwalifikowanego robotnika), dosłownie „osoba prywatna” (w przeciwieństwie do osoby biorącej udział w sprawach publicznych), używana protekcjonalnie dla „ignoranta osoba” z idios „własne” (patrz idiom).

    Takie właśnie znaczenie idioty, jako człowieka izolowanego od życia publicznego, idioty jako człowieka „samotnej wyspy” pasuje jak ulał do tych Polaków, którzy nie rozumieją słowa praworządność. Co więcej Ci Polacy prawdopodobnie nie rozumieją tego, co jest także po stwierdzeniu rządów prawa w Upplandslagen: „gdyby każdy zadowolił się tym, co ma, i pozwolił innym cieszyć się takim samym przywilejem, żadne prawo nie byłoby potrzebne.”

    Ostatnio na temat historii Belgii wypowiedział się konstytucyjny Minister Michał Wójcik, wedle którego w ogóle Polska państwowość trwa nieprzerwanie od tysiącleci, w związku z tym, nie będzie tu nam jakiś Belg, którego państwowość trwa ledwie lat 200, prawił morałów na temat praworządności. Dobrze wyśmiewa go w „Gazecie Wyborczej” Bartosz T. Wieliński.  Kuriozum tej wypowiedzi można jedynie porównać do słynnej wypowiedzi wiceministra obrony Kownackiego o uczeniu się Francuzów jedzenia widelcami od Polaków. Chciałbym dodać jedynie, że ta swoista ignorancja i arogancja pana ministra trochę mnie dziwi, boż przecie tenże minister ma wykształcenie prawnicze. Ba! Doktorat napisał, choć co prawda w dziedzinie nauk o polityce. Nie wiem, na jaki temat, i to też trochę dziwne, bo tutaj jest brak danych w oficjalnym serwisie Nauka Polska, a i na stronach ministerstwa jakoś nie ma zbyt wiele danych, sama niemal propaganda dokonań ministra. (nie znalazłem też żadnych publikacji naukowych dra Wójcika, a szkoda… mógłbym się lepiej zapoznać, zapewniam, że dołożyłem starań w to, żeby te publikacje znaleźć…)

    Zrzut ekranu z Nauka Polska, 19 listopada 2021, godz. 14:20 (fot. autor JP)

    Ja protestuję przeciwko ukazywaniu Polaków jako idiotów, którzy nie tylko w swojej pyszałkowatości nie znają miary, ale jeszcze na dodatek okazują się ignorantami i arogantami, którzy chcą być idiotami, to jest zerwać wszelkie możliwe relacje i zostać jak ta samotna wyspa (zgodnie definicją etymologiczną demokratycznych Greków).

    Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;

    Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu,

    To się wzbija, to w głąb wali;

    Nie lgnie do niego fala, ani on do fali;

    A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu.

    Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby:

    To samoluby! (A. Mickiewicz, Oda do młodości)

    I tak to właśnie wygląda z punktu widzenia historii idei w relacji z „idiotami” jako pojęciem. 

    PS. Koleżanka już po publikacji podesłała mi dane, które jednak znalazła w innym miejscu. Temat doktoratu ministra brzmi: Znaczenie samorządu gospodarczego w Polsce w zakresie realizacji zadań rynku pracy. Praca skończona w 2015 i obroniona w 2017.

    PS2. Szczegółowa edycja 22 listopada 2021.

  • Pałac na cmentarzyskach

    Pałac na cmentarzyskach

    O stosowności metafor słów kilka

    Pomnik Francisco Goyi przed Muzeum Prado w Madrycie (zdjęcie autora JP)

    Metafory są w stanie ujawnić bardzo dużo. Metafory budują naszą mentalną przestrzeń, czasami mówi się o metaforach, którymi żyjemy. Na przykład, taka matefora orientacyjna, „To co wysoko, to dobre, to co nisko, to złe”, albo „przyszłość przed nami”, zaś „przeszłość za nami”. 

    Czasami jednak metafory przechodzą do życia codziennego, zdarza się, iż kompletnie wyzbyte pierwotnych kontekstów. Tak jest chyba w przypadku powiedzenia: „kiedy rozum śpi, budzą się demony”. Często używamy tego określenia, żeby delikatnie, kulturalnie skrytykować jakieś zjawisko. To jest kulturalny sposób wskazania, że uznajemy dane zjawisko za wynikające w braku rozumu. Inaczej mówiąc, można by to porównać z wypowiedzią grzecznego ucznia, który już wie, że nie można szastać w przestrzeni publicznej określeniami takimi jak „głupi”, „kretyn”, „debil”, „idiota” — zamiast tego lepiej, grzeczniej jest powiedzieć: ach, to jest niemądre… Co lepiej wykształceni mogą właśnie pójść jeszcze dalej i w bardzo kulturalny sposób, wręcz filozoficzny powiedzieć: „Kiedy rozum śpi, budzą się demony”. 

    Kiedy Francisco Goya namalował słynny cykl 80 rycin pt. „Kaprysy” chciał w duchu oświecenia skrytykować społeczeństwo hiszpańskie. Pierwotnie chciał prawdopodobnie także uniknąć łatwych oskarżeń i nadać całości cyklu (delikatnie nazwanemu „kaprysami” [w domyśle: wyobraźni, fantazji]) charakter metaforyczny, ironiczny: chciał umieścić niejako autoportret siebie śpiącego, którego atakują zwierzęta ciemności, stworzenia nocy: nietoperze, sowy, a gdzieś u doły gotowy do ataku jest także znany drapieżnik nocny: kot. Choć ten nie atakuje śpiącego raczej wpatruje się za widza. W pierwotnej wersji tej ryciny Goya nawet ma splecione do modlitwy ręce, tak bardzo chciał być delikatny i uduchowiony w sensie tradycyjnym. Wiadomo jednak, że znał i studiował oświeceniowe szkice praprzodka satyry, angielskiego miedziorytnika, Williama Hogartha, chłoszczącego społeczeństwo angielskie na przykład za pijaństwo (wtedy nie znano jeszcze jednostki chorobowej alkoholizmu). 

    W całości szkiców jest sporo różnych fantastycznych wyobrażeń, dlatego nie można Goyi uznać po prostu za kolejnego oświeconego. Dostarczył on zresztą swoistej teorii twórczości, pragnąc zasugerować, że fantazja sprzęgnięta z rozumem potrafi tworzyć prawdziwą sztukę. 

    Zatem jego jeden z najsłynniejszych szkiców: „Kiedy rozum śpi, budzą się demony” był bardzo ironiczną próbą stworzenia uniwersalnego języka sztuki. Problem w tym, że owe demony z tego szkicu miały iść na okładkę, dlatego były delikatnie zasugerowane i skomentowane auto-poetycko.  Gdyby zostać tylko przy okładce i nie sięgnąć dalej i nie przechodzić przyśpieszonej edukacji przez 80 kolejnych szkiców, można byłoby sądzić, że Goyę można wyczerpująco zrozumieć przez popularne wątki oświeceniowe, także hiszpańskie, widzące uniwersalny kichotyzm w każdym człowieku. Wedle tej filozofii, człowiek jest takim trochę obłędnym rycerzem, walczącym zasadniczo w dobrej, słusznej sprawie, czasami jednak właśnie szaleje jakby, bo zdarza mu się przysnąć. Dlatego walczy z wiatrakami, bo mu się zdają olbrzymami.

    Obawiam się jednak, że w przypadku niektórych zjawisk życia społecznego lepszej metafory dostarcza John Milton, który w „Raju utraconym” dał świetny obraz pandemonium — pałacu upadłych aniołów w piekle, czyli siedziby demonów, diabłów. Jest on bardzo okazały, zrobiony ze złota. 

    Może taka architektoniczna metafora bardziej przystoi wydarzeniom kaliskim z 11 listopada? Dziwię się doprawdy, jak można lekceważyć tę symbolikę w trakcie swoistej uczty faszystów w Kaliszu? Rozumiem, że w Warszawie hasła „roz-puszczonego Bąkiewicza” o niesieniu „krużganków oświaty” policji PiS nie przeszkadzały. Internet pełen jest żartów na ten temat. Można się cieszyć, że w końcu Empik zostawili tym razem w spokoju. Ale co robiła policja PiS w Kaliszu, kiedy rozwydrzona banda faszystów paliła i nabijała na dzidę egzemplarz Statutu Kaliskiego, symbolu Polski otwartej i tolerancyjnej, z wrzaskami „tu jest Polska, a nie Polin”? Palenie książek i nabijanie na dzidę książek to dopiero początek… w tle były też hasła: ”śmierć wrogom”. Takie rzeczy policja Rzeczpospolitej powinna natychmiast gasić w zarodku, to jest ewidentne, choć symboliczne i językowe nawoływanie do przemocy względem Żydów….  No ale Policji PiS coraz mniej takie rzeczy obchodzą, muszą pilnować pomników wodza i kościołów…  no bo czasami rozmodlony i rozkochany naród mógłby im coś zrobić… (nie sądzę…) A może policja PiS sprawę orkiestruje? Tak pytam tylko, czy tam była policja? Dowiaduje się, że owszem była i był także reprezentant Prezydenta miasta, nota bene, architekta. No i prezydent skomentował: Kiedy rozum śpi, budzą się demony. Nie. To już nie jest tylko głupota i zabobon. To jest rozpuszczone pandemonium za państwowe pieniądze, bo przecież z polskich podatków 3 mln poszły na fundację pana Bąkiewicza. 

    Złote pandemonium. Pandemonium na sterydach. Pandemonium napędzane polskim węglem i polską ropą. 

    Przeraża mnie to, że ten pałac stoi na cmentarzyskach. 

  • Dawno, dawno temu…

    Dawno, dawno temu…

    Dawno dawno temu
    był naród wielki, wielonarodowy, ale nazywający się Dobrem Wspólnym – Rzeczą Pospolitą
    I naród ten potrafił ze sobą porozumiewać się, tworzył przestrzenie do rozmowy.
    I był szanowany za to, że potrafił się ze sobą dogadywać.
    Kraj był miodem i winem płynący.
    Dawno dawno temu
     

    Piłsudski czy Dmowski? Który lepszy? Który mój?
    A może jednak ten co to od muzyki, pianista Paderewski? Grajek? Weselszy….
    11 listopada, a dlaczego? 11 listopada? Ponury dzień, mgły, deszcze, zasadniczo – chce się krzyczeć: więcej światła!!! A może jednak lepiej 28 czerwca? Traktat Wersalski dał nam wolność i państwo. Radość!
    Kiedyś byłem w Anglii na 11 listopada i moi przyjaciele nie mogli się nadziwić, że w Polsce świętujemy datę, kiedy w Anglii rozpamiętuje się poległych w wielkiej wojnie. Jakbyśmy robili wesele na grobach. Może nie jest to najlepsza data? Ale się już utarła… Ale może warto pogadać? Żebyśmy radowali się dla samej radości, a nie tak pomimo mgły, dżdżu i ciemności?

     
    O, radości, iskro bogów,
    Kwiecie Elizejskich pól,
    Święta, na twym świętym progu
    Staje nasz natchniony chór.
    Chciałbym żebyśmy tańczyli na ulicach naszych miast. Naszej Łodzi. Tańczyli i śpiewali. Przecież to jest radość…Wspólna, chóralna, czemu nie tańczymy…

     
    Przerobiłem taką pieśń, która nie jest jeszcze znana powszechnie, może już niedługo będzie znany ten pierwowzór. Przerobiłem, bo nie miałem pomysłu własnego. Słabo mi się pisało w listopadowy ranek. Ponuro, mglisto, mało światła.
    Chciałbym, żeby ktoś napisał Odę do niepodległości, którą wszyscy moglibyśmy zaśpiewać
    Nigdy jej nie napiszę. Jeśli kiedykolwiek napiszę moją
    Odę do niepodległości
    Będzie pisana prozą, zwyczajnie, ale z pobrzękiwaniem z moim sercem.
    Taka moja oda byłaby prosta
    Oda do niepodległości
    Nie napuszona, ale z godnością
    Chciałbym myśleć, że niepodległość to coś
    Więcej niż tylko słowo
    W wielkim i napuszonym języku
    Ody do niepodległości często pozostają niesłyszane

    Jeśli kiedykolwiek napisałbym moją
    Odę do niepodległości
    A przecież nie zasłużyłem na to, dobrze się miewam
    Wtedy obawiam się, że Byłbyś podejrzliwy
    Wobec sprawy, której użyczam głosu
    Jest nieuchwytna ona i trudna do utrzymania
    To ulotna rzecz
    Dlatego nie ma naprawdę wartej zapamiętania Ody do Niepodległości
    Jak ja bym chciał, żeby ktoś napisał Odę do niepodległości, którą wszyscy moglibyśmy zaśpiewać. Zaśpiewać… i może
    O radości…
    Dawni dawno temu był naród, który potrafił się ze sobą dogadywać…
    O radości…

    Łódź, 11 listopada 2021, wygłoszone na Pasażu Schillera po marszu „Łódź Niepodległości”…