Blog

  • EKO(TEO)LOGICZNIE

    EKO(TEO)LOGICZNIE

    Polska Rada Ekumeniczna, Uniwersytet Łódzki oraz Chrześcijańska Akademia Teologiczna w Warszawie zapraszają do udziału w e-Konferencji naukowej „Eko(Teo)Logicznie – chrześcijanie wobec wyzwań”. Tematyka konferencji poświęcona będzie ekologii, a szczególnie związanej z nią teologii, filozofii, a także eko-chrześcijaństwu. Konferencja nawiązywać będzie do poglądów m.in. Alberta Schweitzera, który był luterańskim duchownym, teologiem, filozofem, muzykiem i humanistą, propagującym słowem i czynem hasło „czci dla życia”. Filozofia i etyka tego uczonego, noblisty oraz praktyka medycyny mogą mieć duże znaczenie dla współczesnej ekologii ze względu na jego wielowymiarowość i interdyscyplinarność.

    Konferencja odbędzie się 5 listopada 2020 r. w formie cyfrowego spotkania na platformie komunikacyjnej ZOOM.

    Plenarnymi prelegentami będą: bp Marcin Hintz i prof. Jarosław Płuciennik z Polski, prof. Hans Defenbacher z Niemiec, abp Antje Jackelén ze Szwecji oraz prof. dr James Carleton Paget z Wielkiej Brytanii. Konferencję otwierać będą oficjalni reprezentanci organizatorów.

    Krótkie zaproszenie na konferencję

    Więcej na stronie http://ekokosciol.pl/ekoteologicznie/

  • Apel do Rektorów polskich uczelni w sprawie księdza dr. hab. Alfreda Wierzbickiego

    Apel do Rektorów polskich uczelni w sprawie księdza dr. hab. Alfreda Wierzbickiego

    Apel do Rektorów polskich uczelni w sprawie księdza dr. hab. Alfreda Wierzbickiego

    ks. dr hab. Alfred Wierzbicki, prof. KUL podczas wykładu na Uniwersytecie Łódzkim 24 stycznia 2018 r. (fot. Jarosław Płuciennik)

    Jedna z polskich uczelni, finansowana z publicznych pieniędzy, prześladuje postępowaniem dyscyplinarnym ks. dr. hab. Alfreda Wierzbickiego, teologa i etyka za jego wypowiedzi po poręczeniu za uwięzioną Margot. Jak można przeczytać w komunikacie na stronie uczelni: „Treść wypowiedzi medialnych księdza dr. hab. Alfreda Wierzbickiego, zatrudnionego na wydziale kościelnym, zostanie przekazana do oceny Uczelnianej Komisji Dyscyplinarnej ds. Pracowników”.

    Wyrażaliśmy już publicznie słowa wsparcia dla księdza Wierzbickiego, bo jako chrześcijanie, choć nie zawsze katolicy, oraz humaniści (także agnostycy) odczytujemy poręczenie księdza za Margot jako wielki Chrystusowy odruch w odniesieniu do prześladowanych, poniżanych i lżonych. Jako chrześcijanin ks. Wierzbicki miał prawo do takiego gestu, zaś jako obywatel ma prawo także działać publicznie. Zwłaszcza, że jest specjalistą od etyki i nauczania Jana Pawła II, a bada on dziedzictwo Soboru Watykańskiego II. Cenimy go za jego twórczość naukową, publicystyczną, literacką; podziwiamy jego odwagę myślenia także w wypowiedziach medialnych; wiele osób ze środowisk akademickich podziela jego opinie.

    Rozumiemy oczywiście, że KUL jest uczelnią prywatną Kościoła katolickiego, jednak jednocześnie funkcjonuje w Polsce wyraźnie na prawach uczelni publicznej. Dlatego nie może być naszej zgody na prześladowanie pracownika naukowego, intelektualisty i człowieka wielkiego formatu duchowego za wypowiedzi w przestrzeni publicznej. Jeśli Kościół Rzymsko-Katolicki pragnie dyscyplinować swoich wyznawców, niech robi to we własnej wspólnocie, a nie w przestrzeni wspólnej, uniwersyteckiej, która powinna być wzorem uznania dla różnorodności i tolerancji.

    Dlatego apelujmy do wszystkich Rektorów uczelni publicznych o otwartą obronę wolności akademickiej i obywatelskiej, to jest do wstawienia się za ks. dr. hab. Alfredem Wierzbickim, profesorem KUL. Autonomia Kościoła i autonomia Uczelni nie może naruszać podstaw europejskiej wspólnoty akademickiej. Pozwolimy sobie przypomnieć Magnificencjom, że polskie uczelnie zrzeszone są w European Universities Association. Noblesse oblige.

    Prosimy nasze władze uczelniane: odważmy się stawać w obronie ludzi.

    Otwórzmy umysły!

    Sapere aude!

    prof. Barbara Bogołębska (prof. emerytowany UŁ)

    m.in. promotorka doktoratu Honoris Cause ks. Adama Bonieckiego

    dr hab. Tomasz Cieślak, prof. UŁ

    m.in. były prorektor UŁ

    prof. Grażyna Habrajska

    m.in. kierownik Ośrodka Badań Myśli Chrześcijańskiej UŁ

    prof. Joanna Jabłkowska

    m.in. była prorektor UŁ

    Ks. Prof. Andrzej Perzyński (UKSW)

    Prof. UKSW

    prof. Jarosław Płuciennik

    m.in. były prorektor UŁ

    prof. Antoni Różalski

    były rektor UŁ

    DZIEDZINIEC Archiginnasi – głównego budynku Uniwersytetu w Bolonii we Włoszech, tam europejskie uczelnie podpisały Magna Charta Universitatis

    List został wysłany do Gazety Wyborczej i innych mediów. Gazeta Wyborcza opublikowała go tutaj.

    List można wesprzeć także podpisem pod petycją online tutaj.

  • Międzynarodowy dzień tłumacza. Niech się święci!

    Międzynarodowy dzień tłumacza. Niech się święci!

    Międzynarodowy Dzień Tłumacza obchodzony w dzień św. Hieronima zasługuje na osobny wpis! Niech się święci!

    Jestem także tłumaczem (poza tym, że jestem profesorem nauk humanistycznych i wykonuję kilka innych funkcji społecznych), dlatego to także mój dzień. Jako, że przypada w środę, czyli zwykły dzień tygodnia, nie będę świętował winem, ani nawet piwem, ale chwilą refleksji nad problemami tłumaczenia.

    Międzynarodowy Dzień Tłumacza (fot. licencja Depositphotos)

    Obchodzi się to święto dzisiaj 30 września każdego roku ku czci św. Hieronima, któremu zawdzięcza ludzkość Wulgatę, czyli tłumaczenie z języków oryginalnych na łacinę średniowieczną Biblii. Nie uznaję kultu świętych, ale ten tłumacz jest niewątpliwie jakoś szczególnie ciekawym przykładem olbrzymiej roli, którą w społeczeństwie pełni tłumacz: owa Wulgata zdominowała życia religijne, duchowe Europy na całe tysiąclecia. Do dzisiaj pobrzmiewa ono Wujkiem w języku polskim, w staropolszczyźnie.

    Św. Hieronim, symbol translacji w swoim studiu, w swojej pracowni (obraz autorstwa Domenico Ghirlandaio – http://www.artunframed.com/, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=178941)

    Oczywiście dzisiaj w epoce kultury Wikipedii oraz maszynowego tłumaczenia (np. maszynowego tłumaczenia Google Translate) oraz aplikacji tłumaczeniowych symultanicznych, zawód tłumacza wydaje się przestarzały. Kto dzisiaj tego potrzebuje? Postęp w dziedzinie tłumaczenia maszynowego jest olbrzymi: pamiętam kiedy zapoznawałem się dorywczo w czasie pobytu na stypendium pod okiem prof. Barbary Gawrońskiej z projektem SWETRA, tłumaczeń maszynowych w różne strony trzech języków: szwedzkiego, angielskiego i rosyjskiego. Wtedy, w 1994 roku, ten program mógł swobodnie tłumaczyć dwa gatunki mowy: abstrakty chemiczne (do dzisiaj nie wiem, dlaczego chemiczne…) oraz prognozy pogody. Nie będę teraz wchodził w szczegóły tego programu komputerowego i jego filozofii, dość powiedzieć, że te gatunki mowy są dość, no, jakby tutaj to powiedzieć… żeby nie urazić — są proste….

    Era komputerów i wyszukiwarek (zdjęcie lic. Depositphotos)

    Oczywiście już wtedy, mimo prostoty, zastosowaniami interesowały się także siły np. militarne, nie mówiąc innego typu służbach. Marzenia o uniwersalnym translatorze przyświecały zawsze zastosowaniom militarnym, one nie miały służyć pojednaniu, miały służyć przechytrzeniu.

    maszyna do szyfrowania — marzenie uniwersalnego translatora (domena publiczna)

    Agencja DARPA, jednostka badawcza amerykańskiej armii szczególnie zainteresowana była możliwościami tłumaczenia maszynowego. Każdy system wywiadowczy jest szczególnie mocno związany z działaniem przekładu. Istnieje nawet specjalny dział tzw. białego wywiadu. Filologia to nie tylko zastosowania duchowe, jak u św. Hieronima, ale filologia to także broń.

    Filologia to broń (fot. lic. Depositphotos)

    Problemem przekładu maszynowego jest niezrozumienie cielesnego kontekstu. To wiąże się ze szczegółami. Diabeł tkwi w szczegółach. Szczegóły umykają. Ja pamiętam, że jeszcze 5 lat temu Tłumacz Google popełniał tak żenujące błędy, że niektórzy moi koledzy profesorowie na wykładach posługiwali się jego tłumaczeniami, żeby uczyć właściwych użyć języka, naśmiewając się z tej maszyny.

    Myślę, że po 5 latach Tłumacz Google i inne komputerowe zastosowania sztucznej inteligencji zasługują już na szacunek, jeśli nie respekt ludzi, nawet specjalistów, choć do doskonałości jeszcze daleko.

    Czy jest owa doskonałość osiągalna dla maszyn? Wydaje mi się, że niestety, nie. Będą one pomocą, ale nawet dzisiaj przy zastosowaniach bardziej złożonych, np. przy literaturze tzw. pięknej, tłumaczenia maszynowe nie radzą sobie. Zwykło się uważać dwuletni kurs języka obcego jest w stanie nauczyć języka. Ale nauka języka trwa znacznie dłużej, właściwie do końca życia, nie starczy uczyć się 5 czy 7 lat, to jest droga nieskończona, nawet w przypadku języka ojczystego. Podziwiam oczywiście poliglotów, sam posługuję się kilkoma językami, ale tak naprawdę obcy język można opanować tylko do pewnego stopnia, ten stopień jest bardzo różny , np. znak języki skandynawskie, ale szwedzkim operuję płynnie w piśmie i prawie płynnie na poziomie średnim w mowie, natomiast inne języki skandynawskie znam bardzo słabo: norweskim operuję trochę na poziomie podstawowym, duńskim znacznie mniej, najmniej islandzkim. Czy mogę powiedzieć, że znam języki skandynawskie? Tak. Ale do pewnego stopnia.

    Flagi czterech skandynawskich krajów

    Literaturę piękną mogę z pomocami czytać jedynie po szwedzku. A i to — powtarzam z naciskiem — z pomocami. Po angielsku bez pomocy często sobie poradzę bardzo dobrze. Ale nigdy doskonale. Bo w tłumaczeniu ważne są szczegóły. Cechą kompetentnego tłumacza jest dbałość o szczegół. Lata praktyki uczą pokory. I zapobiegliwości (mam dużo słowników w swojej bibliotece, tudzież dużo różnych wersji językowych Biblii).

    Języki klasyczne m. in. te św. Hieronima to było odkrycie humanizmu renesansowego. Humanizm mieszczański odkrył jednak znaczenie więcej niż przeszłość, odkrył kultury bliskiego i dalekiego wschodu. Natomiast demokratyczny humanizm w XX wieku dał nam rozwój antropologii terenowej i znajomość wielu odległych, często niszowych kultur. I języków.

    Dzisiaj w XXI wieku mamy humanizm cyfrowy, który charakteryzuje się Post-Gutenbergowską piśmiennością, przekład jest łatwy, ale mamy też zjawisko wielopodmiotowości w przekładzie, crowdsourcing (czyli wykorzystywanie mocy anonimowej masy amatorów). No i towarzyszą nam komputery, najpierw osobiste, które wedle Ivana Illicha wzmacniają tzw. komitywę,  mają moc obliczeniową pozostającą w mocy jednostki. Jednak dzisiaj komputer osobisty to są przecież kieszonkowe translatory w postaci smartfonów. Narzędzia tłumaczy współtworzą nową emancypacyjną kulturę coraz większej komitywy. Ivan Illich stwierdza: W sieciach uczenia się grupy osób o zbliżonych zainteresowaniach łączą się w społeczności edukacyjne, które nie podlegają ograniczeniom i dynamice sił typowych dla środowisk zinstytucjonalizowanych. Wykraczają także poza uniwersytet.

    coraz większe sieci społecznościowe (lic. Depositphotos)

    Sam tłumaczę głównie teksty naukowe. Jednak zdarza mi się, tłumaczyć także teksty literackie. Badam tłumaczenia literackie. I mogę na pewno stwierdzić, że to nie przypadek, iż tłumaczenie abstraktów chemicznych nie sprawiało problemów w tłumaczeniu już w 1994 r. Bo teksty naukowe, zwłaszcza abstrakty są przewidywalne językowo.

    Natomiast człowiek literacki, człowiek prawdziwie twórczy ciągle zaskakuje, ciągle trudno go ogarnąć, jest jak kot Schödingera, którego trudno uchwycić, zmierzyć, namierzyć.

    Kot Schrödingera jest niewyobrażalny, bo nieuchwytny, nie tak jak ten na obrazu, drapiący ścianę ((lic. Depositphotos)

    Dlatego wszystkiego najlepszego dla wszystkich tłumaczy: jesteście ciągle potrzebni, jesteście niezastąpieni, żadne maszyny nie dadzą Wam rady. Podstawowe zastosowania przejmą maszyny. Zastosowań maszynowych takich jak u Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Karla Dedeciusa, czy Stanisława Barańczaka rychło nie będzie. Kreatywność i piękno pozostaną z nami, ludźmi. Jeszcze raz: sto lat, tłumacze!

  • Minister Gowin wynajdzie koło?

    Minister Gowin wynajdzie koło?

    Wynalezienie koła i łączenie ministerstw. O znaczeniu nauk humanistycznych raz jeszcze

    Spojrzałem przypadkiem na ofertę walizek podróżnych w dużym sklepie. Wokół było pusto. Nikt się nie kwapił kupować. Wiem, że to nie jest najważniejszy towar, na który dzisiaj nie ma popytu ze względu na pandemię. Ale trochę dało mi to do myślenia. Trochę refleksyjnie zacząłem, a przecież są ważniejsze tematy.

    Sterta walizek (fot. lic. Depositphotos)

    Polska w mediach przez ostatnie tygodnie żyła tzw. rekonstrukcją rządu, albo kryzysem tzw. Zjednoczonej Prawicy. W trakcie rozmów o rekonstrukcji rządu, o której była mowa dawno, jeszcze chyba przed wyborami prezydenckimi, a na pewno zaraz po nich, mówiło się o tym, że ministerstw będzie mniej. Niby dobrze. Ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. W lipcu nauczyciele zostali zaniepokojeni pomysłem połączenia Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Pomysł fatalny, bo przecież Uczelnie to nie tylko edukacja.

    Jednak 22 września 2020 opublikowano apel dwunastu naukowców o połączenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z Ministerstwem Rozwoju. Naukowcy w liście przypominali, że badania naukowe „powinny służyć społeczeństwu, a ich wyniki rozwijać krajową gospodarkę”. Ich zdaniem, to ważne zwłaszcza podczas epidemii koronawirusa. W wielu krajach taki model się sprawdza, zaś „w dłuższej perspektywie” mogłoby to doprowadzić do zwiększenia finansowania nauki przez sektor prywatny. „Da (to także) szansę na szybszy rozwój polskiej gospodarki”. Wśród dwunastki znaleźli się wysoko postawieni Prezes PAN prof. dr hab. Jerzy Duszyński, prof. dr hab. inż. Arkadiusz Mężyk (Przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich), prof. dr hab. Zbigniew Marciniak (przewodniczący Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego) oraz prof. dr hab. Maciej Żylicz (prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej).

    Wan Gang. Minister Nauki i Techniki Chin

    Jaki to ma związek z bagażem?

    Słownik Języka Polskiego definiuje słowo „bagaż”

    1. «rzeczy w paczkach, walizkach itp., które podróżujący ma ze sobą»

    2.  «nagromadzenie, zasób czegoś»

    Bardzo charakterystyczne, że w Słowniku Języka Polskiego znajdziemy także słowo „bagażowy” odnoszące się do zawodu, który już jakby prawie zupełnie zanikł.

    Jeszcze Słownik pod red. Doroszewskiego o bagażu pisał:

    „Rzeczy zapakowane w paczki, walizki, tłumoki, pakunki itp. Przeznaczone do przewożenia wszelkimi środkami lokomocji.” 

    Kiedy czytać taką definicję przychodzą na myśl obrazki uchodźców z płonącej Warszawy albo Aleppo obładowanych takimi właśnie tłumokami… Albo obrazek małego samochodu obładowanego pakunkami z Ikei. (reklama)

    Uchodźcy w obozie z pakunkami (lic. Depositphotos)

    U Doroszewskiego pojawia się też frazeologizm: „bagaż ręczny”.

    Ale także metaforyczne użycia: „bagaż wiedzy, erudycji, nauki (zasób wiedzy)”. W potocznym użyciu dzisiaj w sieci znaleźć można także takie paranaukowe „bagaż emocjonalny”, którego wielu pragnie się pozbyć. Bagaż jest obciążeniem.

    Jak podaje Aleksander Brückner bagaż w języku polskim pojawił się z języka franc. bague — pakunek, z łac. bada, niem. Pack, (pol. pakować się, od franc. pacquet z łac. paccus).

    Ciekawa jest angielska etymologia bagażu (Słownik etymologiczny)

    Bagage, pojawił się w połowie XV w. jako „przenośne wyposażenie armii; grabież, łup”, „ze starofrancuskiego bagażu” bagaż, sprzęt (wojskowy) ”(14c.), z bague„ paczka, pakunek, worek ”, prawdopodobnie ostatecznie z tego samego skandynawskiego źródła, które przyniosło worek, czyli bag. Później używane torby, kufry, paczki itp. Widać już tutaj wyraźnie pewną maskulinizację bagażu, jego męskie kulturowe wymiary.

    Bardzo ciekawa jest jednak historia bagażu na kółkach. Pierwszy patent dotyczący bagażu na kółkach został złożony w 1949 r., opublikowany w 1953 r. Co ciekawe, kufer na kółkach został wynaleziony już w 1887 r., zaś walizka na kółkach w 1945 r. – ale, jak pisze Daniel A. Gross w Smitsonian nie udało się ich skomercjalizować. Nie było popytu? Czy może innych warunków? Bernard D. Sadow w 1970. r. złożył wniosek rozpatrzony pozytywnie 1972 r. jako „Rolling Luggage”.

    To co znamy dzisiaj jako najbardziej powszechną formę „bagażu na kółkach” zawdzięczamy amerykańskiemu pilotowi Robertowi Plathowi, (Robert Plath to jeden z pilotów Northwest Airlines 747) który w 1987 r. wynalazł bagaże dla członków załóg samolotów. Plath skomercjalizował wynalazek, bo podróżni zaczęli zazdrośnie patrzeć na elegancko przechadzających się po lotniskowych hallach członkach załóg samolotów. Duży interes zaczęła robić na tym wynalazku słynna firma Samsonite (od 2004 roku).

    „Ludzie niedobrze akceptują zmiany” – powiedział wynalazca Sadow.

    Joe Sharkey zastanawia się w NYT:

    „Dlaczego więc pojawienie się bagażu na kółkach trwało tak długo? Pan Sadow przypomniał sobie silny opór, jaki napotkał podczas tych wczesnych telefonów do sprzedaży, kiedy często mówiono mu, że mężczyźni nie przyjmą walizek na kółkach. „To była bardzo macho” – powiedział.

    Ale był to również czas ogromnych zmian w kulturze podróżowania, ponieważ coraz więcej osób latało, lotniska stawały się coraz większe i znacznie więcej kobiet zaczęło podróżować samotnie, zwłaszcza w podróży służbowej. Zajęło to dużo czasu, ale zwyciężył zdrowy rozsądek i dążenie do wygody. Walizka zyskała koła; podróżni nie potrzebowali już rutynowo tragarzy i boyów hotelowych.” (Sharkey, Joe. „Reinventing the Suitcase by Adding the Wheel”. The New York Times, 4 październik 2010, sekc. Business.)

    Katrine Marçal w Dagens Nyheter pisze wczoraj (26.09.2020), dlaczego minęło 5000 lat, zanim dostaliśmy walizki na kółkach (Därför tog det 5.000 år innan vi fick resväskor med hjul)

    „Koło to technologia, która ma 5000 lat. Odkąd wynaleźliśmy koło, stosujemy je od jednego poważnego problemu do drugiego. Stawiamy koła na wozy, taczki, armaty i samochody. Nawet męczarnia chomika powstała przed walizką na kółkach.”

    Koło (lic. Depositphotos)

    Pisze dalej: „Ekonomiści pomyśleli o tym wszystkim i walizka na kółkach stała się czymś w rodzaju klasycznego przykładu tego, jak innowacje mogą zająć trochę czasu w gospodarce.”

    Autorka przywołuje laureata tzw. Ekonomicznego Nobla z 2013 r., Roberta Shillera, który stwierdza, że dobry pomysł to za mało w ekonomii. „Rynek nie zawsze rozumie swoje najlepsze sposobności.” Dlatego należy stwierdzić, że ludzie przed 1987 r. nie widzieli sensu walizek na kółkach, zawsze myślimy, że to co jest, to najlepsze z możliwych rozwiązań technologicznych.

    Przywoływany przeze mnie wielokrotnie Nassim Taleb, interdyscyplinarny autor bestsellerowego „Czarnego łabędzia”, pisze także o walizkach w swojej książce „Antykruchość” (Antykruchość. O rzeczach, którym służą wstrząsy 2015) pisze, że im bardziej oczywiste jest rozwiązanie, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że wymyślimy je przy użyciu skomplikowanych metod.

    A sprawa jest banalnie prosta, jeśli uwzględnić wymiar humanistyczny historii kultury i cywilizacji. Kiedyś rewolucję przypisywano np. jeansom, które pomogły pokonać komunizm. (Nial Fergusson w Cywilizacji. Zachód i reszta świata, 2013) Dzisiaj podobnie trzeba spojrzeć, z punktu widzenia kulturowej historii na wynalazek bagażu z kółkami. Jak stwierdza Katrine Marçal „Mężczyźni musieli nosić, aby udowodnić, że są mężczyznami, a kobiety nie były priorytetowym konsumentem.”

    „Walizka zaczęła się toczyć, gdy zmieniliśmy nasz pogląd na płeć: że mężczyźni muszą nosić, a mobilność kobiet jest ograniczona.”

    Katrine Marçal to pisarka i korespondentka DN w Londynie. Zadebiutowała filmem „Rape and Romance” (2008) i od tego czasu opublikowała między innymi „The Only Sex” (2012) i „The Left at the Edge of the Fourth Industrial Revolution” (2017). „Jedyna płeć” została przetłumaczona na około dwadzieścia języków. W języku szwedzkim ponownie ukazał się tytuł „Kto ugotował obiad Adamowi Smithowi?” Na jesieni ma wyjść jej najnowsza książka „Inventing the World” (Mondial), książka o tym, jak pojęcia męskości i kobiecości ukształtowały współczesne społeczeństwo.

    Dlaczego o tym pisać w kontekście połączenia ministerstw? Ano dlatego, że kiedy pisze się o innowacyjności nauki, często mówi się także o jej komercjalizacji, służbie rozwojowi społecznemu. Otóż, bez rozwoju nauk humanistycznych, które mają się czasami bardzo dobrze, choć się ich nie docenia i nie dowartościowuje, nie ma mowy o rozwoju społecznym. Tak, studia nad płcią kulturową, czyli gender, są niezwykle przydatne społeczeństwu, jak widać po historii wynalazku koła. Koła nie wynajdziecie Panowie przez łączenie ministerstwa Nauki z ministerstwem Rozwoju. Zwłaszcza Minister Jarosław Gowin na pewno nie wynajdzie koła.

    Studia nad płcią kulturową są bardzo ważne społecznie i istotne naukowo (lic. Depositphotos)

    Ale zniszczyć możecie wiele, jak wiele już zniszczono w stadninie w Janowie. I na uniwersytetach po dobrej zmianie. Niszczenie jest łatwe i proste. Budowanie trwa lata i dekady.

    28.09.20 skrót opublikowała Gazeta Wyborcza

  • Kognitywista Steven Pinker, Oświecenie i postęp ludzi

    Kognitywista Steven Pinker, Oświecenie i postęp ludzi

    Steven Pinker w 2005 r. (źródło Wikipedia)

    Wczoraj 23 września 2020 odbył się wykład słynnego Stevena Pinkera na kanadyjskim, anglojęzycznym Uniwersytecie McGill w Montrealu pt. Postęp i oświecenie w XXI wieku. Wykład był na platformie internetowej i jest dostępny na YouTube.

    Wykład dostępny i otwarty na platformie YouTube

    To był 66 wykład w serii Beattie Lectures. Pinker zaczynał w McGill swoją karierę na licencjacie z psychologii. Urodził się w Montrealu. Dał się poznać wielokrotnie nie tylko jako kognitywista, ale także jako psycholingwista, językoznawca, oraz popularyzator nauki, zwłaszcza historyk idei i cywilizacji. Wiele razy przywoływałem jego idee, które są świetnie zawsze wygłaszane, znakomicie napisane.

    Budynek Uniwersytetu McGill w Montrealu, Kanada (fot. lic. Depositphotos)

    Uwagi wstępne do wykładu wygłaszał Sean Henry, dziennikarz z CBC Montreal. On też prowadził dyskusję z wykładowcą po wygłoszeniu prezentacji. Słowa powitania miała Suzanne Fortier, rektorka Uniwersytetu McGill, zaś uwagi końcowe, właściwie laudację absolwenta swojego uniwersytetu, wygłosiła Inez Jabalpurwala, prezes Stowarzyszenia Absolwentów McGill.

    Ostatnio odnosiłem się do idei Stevena Pinkera krytycznie w swoim poprzednim wpisie o krytyce nowoczesności autorstwa Kaczyńskiego, terrorysty. „Kaczyński — wizjoner i terrorysta tudzież krytyk absurdów nowoczesności”.

    Pierwsza część wykładu Pinkera przybliża pojęcie postępu poprzez zdefiniowanie go jako „polepszenie ludzkiego dobrobytu” (rozkwitu, ang. flourishing). W szeregu infografik Pinker streszcza swoją argumentację ze moich dwóch ostatnich książek: Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury, 2015, oraz Nowe Oświecenie: argumenty za rozumem, nauką, humanizmem i postępem 2018.

    Ilustracja idei postępu (doskonalenie inwencji koła) (fot. lic. Depositphotos)

    Twierdząc, że postęp daje się udowodnić pokazując dane o śmiertelności, długości życia, zdrowiu, szczęśliwości ludzi na ziemi, itp., naciska jednocześnie na fakt, że postęp nie jest cudem i że nie jest on nieunikniony.

    Jednym z ciekawszych, nowych wątków pod koniec jego wykładu jest część zatytułowana „Covid-19 and Progress”. Pinker wprost wskazuje, że zaraźliwe choroby to nie jest wyjątek od reguły, a raczej zasada życia, patogeny i pasożyty są uniwersalne. Przy okazji pandemii wyraźnie widać także oświeceniowe elementy, które zagrały znakomicie: patogen został zidentyfikowany niemal natychmiast, nikt dzisiaj nie wierzy w jakieś miazmaty wydobywające się z bagien, wszyscy wiedzą, co to wirus i dlatego szybko też, znacznie szybciej niż na początki XX wieku, dojdzie do znalezienia szczepionek. Coraz mniej czasu trwa przygotowanie szczepionki.Postęp to realne zjawisko i nie kwestia optymizmu
    Widać postęp w danych. Żyjemy dłużej, zdrowiej, bogaciej, bezpieczniej, szczęśliwiej, inteligentniej, z większą swobodą. Na jednym ze slajdów wyraźnie widać, jak poprzednie pandemie pochłaniały coraz to mniej ofiar ludzkich. Humanizujemy nasz świat poprzez walkę z pandemiami, coraz efektywniejszą. Problemy jednak pozostają, postęp to nie doskonałość, jednak problemy były kiedyś znacznie gorsze, postęp nie jest naturalny, postęp będzie „postępował”, jeśli będziemy przekonani do rozumności, nauki and humanizmowi.

    Fragment wykładu i prezentacji Stevena Pinkera pokazującego postęp, jeśli idzie o malejącą liczbę pandemii w historii ludzkości (fot. Jarosław Płuciennik)

    W dyskusji wskazuje, że w zakresie emisji gazów cieplarnianych nie ma postępu, jak również w redukcji zagrożenia konfliktem jądrowym, ilość broni jądrowej, pomimo redukcji jest jednak zbyt duża. Mówi także o realnym zagrożenie wyginięcia gatunków, zaniku różnorodności biologicznej na naszej planecie.

    Powodzie i tsunami spowodowane trzęsieniem ziemi i zmianami klimatycznymi zagrażają ludzkości. (fot. lic. Depositphotos)

    W dyskusji pojawiły się także wątki polityczne, bo Donald Trump według Pinkera to antyoświeceniowy prezydent, podobnie jak inne populizmy, także we wschodniej Europie, także są antyoświeceniowe.

    Rezzato (Brescia, Lombardia,Włochy): Villa Fenaroli, klasycystyczny pałace (XVI-XVIII wiek, fot. lic. Depositphotos)

    Kanada, Nowa Zelandia, oraz Zachodnia Europa ciągle wedle Pinkera będą swoistą awangardą postępu, nawet w USA, dzięki systemowi wzajemnej kontroli i równowagi politycznej (słynne „checks and balances”) oraz aktywności obywatelskiej możliwe jest odwrócenie krótkotrwałego wahnięcia, kiedy zaczyna dominować „śmieszna polityka, która nie patrzy na dane i fakty, tylko agendę partyjną”. Istnienie fake newsów jest dla niego właśnie takim krótkotrwałym zawirowaniem.

    Wydaje mi się, że nadal Pinkerowi pomimo jego autentycznej genialności, można zarzucić pewnego rodzaju krótkowzroczność: katastrofa klimatyczna jest w oczywisty sposób związana z kryzysem pandemicznym Covid-19, bo oba są warunkowane globalizacją, podobnie jak z globalizacją związane są te fakty wspominane przez Pinkera: emisja gazów cieplarnianych, redukcja bioróżnorodności oraz populizm i autorytaryzm w polityce. Niedostrzeganie medialnych uwarunkowań zmian mentalnościowych, brak refleksji nad grozą zalgorytmizowania wszystkiego i wszystkich skojarzone jest u Pinkera z oczywistym antropocentryzmem. Postęp mierzony szczęśliwością człowieka pomija ten jakże katastrofalny rozmiar cierpienia i śmierci świata zwierzęcego.

    Hegemonia człowieka jest dzisiaj coraz częściej kwestionowana (fot. lic. Depositphotos)

    Pomimo tych zastrzeżeń z wielką ciekawością i przyjemnością intelektualną wysłuchałem wykładu i dyskusji Stevena Pinkera na McGill University. Niewielu jest profesorów na świecie takiego formatu i w tak dobrym stylu. Z takim wpływem na naukę i świat uniwersytecki. Szkoda, że nie przekłada się to na wpływ na świat w ogólności, zwłaszcza świat polityczny.

    Ostrzeżenie, czasu jest mało
  • Kaczyński — wizjoner i terrorysta tudzież krytyk absurdów nowoczesności

    Kaczyński — wizjoner i terrorysta tudzież krytyk absurdów nowoczesności

    Nie, nie propaguję wizjonera, terrorysty i krytyka społeczeństwa technologicznego — Kaczyńskiego

    Ted Kaczyński 1 kwietnia 1996 r. wg zdjęcia FBI na stronach Wikipedii

    Nie jest to moją intencją. Miał on niewątpliwie wiele ciekawych spostrzeżeń na temat szalonych elementów naszej współczesnej cywilizacji technologicznej, wykorzystującej naturę i zwierzęta w sposób bezwzględny, krytykował społeczeństwo na prawo i lewo, jego atak miał uderzać przede wszystkim w tzw. lewactwo, ale dostawało się także tzw. konserwatystom za wspieranie postępu technologicznego i wzrostu gospodarczego za wszelką cenę. Kaczyński jednak uderzał w świat nauki i technologii całkiem realnie, bombami. Teodor Kaczyński był nazywany UNABOMBEREM, bo atakował świat uniwersytecki, z którego się wywodził.

    Jeśli spojrzeć na jego manifest opublikowany pod wpływem terroru w Washington Post przed dokładnie ćwierćwieczem (sic!) 22 września 1995 r., (oryginał tutaj na stronach the Washington Post, po polsku opublikował rzecz Krzysztof Kłopotowski tutaj) to niektóre sformułowania muszą zabrzmieć proroczo. Dlatego niektórzy widzą w nim patrona radykalnych ekologów. I zrównują jego twórczość z takimi tuzami myśli jak George Orwell.

    Jak zauważyła ostatnio młoda szwedzka kulturo- i literaturoznawczyni z Cambridge Josefin Holmström na łamach Svenska Dagbladet sprawa postępu cywilizacyjnego w okresie pandemii i katastrofy klimatycznej jest co najmniej wątpliwa, jeśli nie jest wprost po prostu fałszywą utopią. Już w 1932 roku brytyjski psychoanalityk David Eder w eseju „Mit postępu” pisał, że wedle tego mitu nasza cywilizacja zawsze będzie podążać w pożądanym kierunku. Jak dobrze to wiedział Leszek Kołakowski w pracy pt. „Obecność mitu”, mit jest konieczny ludzkości, ale jest on także ostatecznie koncepcją religijną.

    Zrzut z konta Twitterowego Josefin Holmström, szwedzkiej kulturo- i literaturoznawczyni, publicystki m.in. Svenska Dagbladet (Jarosław Płuciennik, 22 września 2020)

    Josefin Holmström pisze przekonująco, że „mit postępu to mit ludzkiej niezależności i samowystarczalności, kojarzony w naszych czasach być może szczególnie ściśle z triumfalizmem lat 90.”

    Idea postępu jest znacznie starsza, wywodzi się z końca XVII wieku, a nazwana została przez historyka z Cambridge Herberta Butterfielda w książce „The Whig Interpretation of History” z 1931 r.

    Oczywiście, Steven Pinker pokazuje, że postęp medycyny i innych naukowych odkryć związanych z jakością życia jest całkiem realny. Ale faktycznie jedną z pięt Achillesowych jego koncepcji jest niewielkie odniesienie do katastrofy klimatycznej oraz ciągłe jednak pozytywne waloryzowanie humanizmu. Jakby nie zauważał zupełnie rysującego się post-antropocenu. Tylko, co się wyłoni po panowaniu człowieka? Czy tak, jak chce Ted Kaczyński: technologiczny system, który zapanuje nad światem zupełnie?

    Steven Pinker w 2005 r. wg Wikipedii

    Holmström pisze: „Dziś mamy penicylinę i wiemy, że lekarze powinni myć ręce […]. W krajach rozwijających się spada ubóstwo i umieralność dzieci; więcej może się nasycić; więcej dzieci chodzi do szkoły; mniejszości, które wcześniej były prześladowane, mają teraz prawa. [Kaczyński nie byłby zadowolony, dop. JP] […] Korzyści materialne to nie wszystko. Kapitalizm i liberalizm mogły uczynić życie lepszym pod kilkoma względami, ale miały również konsekwencje w postaci zwiększonego indywidualizmu i samotności, duchowego ubóstwa i zepsucia kulturowego, a także utowarowionego spojrzenia na człowieka.”

    Nie tylko „Unabomber” miał zastrzeżenia do społeczeństwa technologicznego. Wśród bardziej znanych dysydentów jest także znacznie bardziej czysty fiński filozof Georg Henrik von Wright, który przez długi czas kwestionował wiarę w postęp technologiczny. W wywiadzie prasowym fińska badaczka-filozofka Nora Hämäläinen urodzona w 1978 r., badaczka etyki w Centrum Etyki o nazwie Studium Wartości Ludzkiej na Uniwersytecie w Pardubicach w Czechach oraz profesorka nadzwyczajna filozofii na Uniwersytecie w Helsinkach komentuje, że to przesąd wierzyć, że „technologia rozwiąże wszystkie nasze problemy, abyśmy nie musieli przygotowywać się do zmiany naszego stylu życia”. Jak wskazuje Holmström taki przesąd może powodować, że „woli się czekać na nowe paliwo lotnicze, nowe rozwiązania w zakresie energetyki jądrowej, coś, co nadejdzie, nie wiadomo kiedy.” Nie robić nic, żeby nie musieć się zmieniać.

    Książka Nory Hämäläinen, Literature and Moral Theory z 2015

    Nie jest także żadnym rozwiązaniem powrót do średniowiecza, kiedy także wierzono w postęp, tyle że objawienia chrześcijańskiego. I to pomimo to, iż w istocie ewangelicznego przesłania jest „również zrozumienie, że jako istoty ludzkie możemy łatwo cofnąć się i popaść w destrukcyjne zachowania. To, co nowe, niekoniecznie jest lepsze.”

    Holmström kończy swoje rozważania ciekawą refleksją: „Nikt tak naprawdę nie wie, co będzie dalej, ale rok 2020, rok pandemii, dyktatur i kryzysu klimatycznego, daje nam powód, by poważnie zastanowić się, jak myślimy o świecie, o sobie i o sobie nawzajem – i co naprawdę oznacza postęp.”

    Jedną z najbardziej wpływowych idei XX wieku była edukacja progresywna. Część z niej wywodzi się z idei pragmatystycznego filozofa amerykańskiego Johna Deweya, który w książce „Demokracja i edukacja. Wprowadzenie do filozofii edukacji” z 1916 r. dał wyraz swoim ideałom edukacyjnym. W jakiejś mierze miał oczywiście słuszność, że dzieci powinny się uczyć w szkole poprzez działanie, perfomatywność i cielesność znajdują dzisiaj wielkie wsparcie w naukach kognitywnych. Dlatego jego idee, żeby np. uczyć się poprzez np. uprawianie ogrodu, co stanowiło pewną drogę w postępie ludzkości do cywilizacji, wydają się dzisiaj także słuszne.

    Jednak rację mają także i Ci twierdzący, jak Polito, (Polito, Thodora. „Educational Theory as Theory of Culture: A Vichian Perspective on the Educational Theories of John Dewey and Kieran Egan”. Educational Philosophy and Theory 37, nr 4 (2005).), że te idee nie doceniają np. wykształcenia klasycznego, np. nauki języków, retoryki itd. A tutaj powinno się znaleźć balans. Bo w kulturze oralności, kulturze klasycznej, opartej w dużej mierze na metaforze i estetyce jest olbrzymi potencjał także. Dlatego potrzebna jest równowaga. Nie można po prostu negować całej kultury oświecenia, nowoczesności wspierających technologię i wyzysk. Negujmy absurdy nowoczesności prowadzące nas do katastrofy, ale też zobaczmy, że dobre strony i zastanówmy się nad poważniejszą korektą w naszym projekcie antropocenu: zapędziliśmy się. Choć wizjoner-terrorysta Kaczyński też się zapędził w metodach rozgłaszania swoich, skądinąd, czasami słusznych idei. Nie odrzucajmy nauki, bo prowadzi często do zbrodni oraz nie odrzucajmy humanistyki i języków, bo mogą też być wykorzystywane do niecnych celów. Racjonalność i dobro potrzebują obu.

  • Łowienie ryb i poszukiwanie kreatywnej myśli wg Davida Lyncha

    Świetny skrót Davida Lyncha na temat kreatywności: łowienie ryb jako metafora dla łowienia idei-pomysłów, oraz wybuch idei/pomysłu w umyśle… Tylko 8 minut, ale naprawdę świetne!

    David Lynch o kreatywności
  • Stop bzdurom i świat nauki

    Stop bzdurom i świat nauki

    „Stop bzdurom” i „Świat Nauki…. Po raz pierwszy od 175 lat Scientific American popiera jednego z kandydatów na prezydenta USA. Decyzja bezprecedensowa.

    Zrzut ekranu z wydania internetowego Scientific American, 16.09.2020

    Od dziesięcioleciu już czytuję „Scientific American” oraz jego córkę, magazyn „Mind” w oryginale amerykańskim, głównie ze względu na potrzebę ćwiczeń językowych. W Polsce ten amerykański miesięcznik popularnonaukowy wydawany jest po polsku jako „Świat Nauki”, zresztą wersji językowych na całym świecie jest sporo, nakłady SA idą w miliony. Wielu cenionych, czy nawet sławnych naukowców (np. Albert Einstein) pisywało w nim. Od pewnego czasu zarządza nim ta sama firma, która wydaje prestiżowe Nature. Ukazuje się od 175 lat. Dzisiaj dowiedziałem się, że „Świat Nauki”, czyli „SA” powiedział „Stop bzdurom” i popiera Joe Bidena w wyborach prezydenckich USA na jesieni tego roku. (w magazynie październikowym Scientific American z 15.09.2020 r. pt. „From Fear to Hope” [od strachu do nadziei] w Scientific American 323, 4, 12-13 (październik 2020)

    Naukowcy w laboratorium (lic. Depositphotos)
    UNIVERSAL CITY, CA – MARCH 2006: Donald Trump ze Shrekiem w tle (lic. Depositphotos)

    Decyzja niebywała od prawie dwóch stuleci istnienia pisma. Co się stało? Czyżby upolityczniona redakcja? A może jednak coś innego?

    Ja sam jestem humanistą. Zarzut upolitycznienia humanistyki zdarza się często, bo przecież tematyka humanistyczno-społeczna jest szczególnie doniosła społecznie, zatem także czasami — doniosła politycznie.

    W dzieciństwie jako czytelnik powieści science-fiction, między innymi Stanisława Lema, byłem jednak zawsze otwarty na nowinki z nauk przyrodniczych, nazywanych „twardą nauką”, czy po angielsku po prostu nauką (science). Był nawet moment w 8 klasie podstawówki, w której bibliotekarka z osiedlowej biblioteki powiedziała mi, że przeczytałem już wszystko z półki z działu popularyzatorskiej nauki (głównie książki z tzw. Serii +/- nieskończoność) i dlatego ona mi załatwi możliwość wypożyczania w Bibliotece Pedagogicznej. Od tej pory uzyskałem dostęp do nauczycielskiej biblioteki, czego w domu nie miałem. Wtedy nie było w Polsce także stacji telewizyjnych takich jak Discovery, czy National Geografic.

    Kopia Konstytucji Stanów Zjednoczonych, wytworze kultury Oświecenia

    Do dzisiaj specjalistą w nauk przyrodniczych nie jestem, jednak interesują mnie nowinki i odkrycia tak po prostu, gdyż kultura nauk przyrodniczych wyrasta z tego samego pnia kultury oświecenia, z której wywodzi się np. dyskurs praw człowieka czy równości i tolerancji.

    Dlaczego o tym piszę? Bo redakcja Scientific American od wczoraj bardzo sążniście się tłumaczy z poparcia Joe Bidena. Twierdzą, że nie jest im lekko i czują się zmuszeni. Dlaczego? 

    Bo „dowody i nauka pokazują, że Donald Trump poważnie zaszkodził USA i ich mieszkańcom – ponieważ odrzuca dowody i naukę.”

    Znana jest Trumpowa nieudolna i nieuczciwa polityka względem pandemii COVID-19 (prawie 200 tyś. zgonów z tego powodu w całych USA). Trump znany jest także z ataków na ochronę środowiska, opiekę medyczną oraz naukowców i publiczne agencje naukowe. Jest znanym antymaseczkowcem (co chyba łatwo mu przychodzi jako zwolennikowi maczyzmu w czystej postaci, klasyczny maczo kondomów i maseczek nie zakłada). Przez Trumpowe lekceważenie prostych i bardziej złożonych metod kontroli „Stany musiały ponownie się zamknąć, co wiązało się z ogromnymi kosztami gospodarczymi. Około 31 procent pracowników zostało zwolnionych po raz drugi w następstwie gigantycznej fali” (ponad 30 milionów ludzi). „Na każdym etapie Trump odrzucał niewątpliwą lekcję, że kontrolowanie choroby, a nie jej bagatelizowanie, jest drogą do gospodarczego ponownego otwarcia i ożywienia.”

    Podobnie jak liderzy w niedemokratycznych już państwach, takich jak Polska, „Trump wielokrotnie okłamywał opinię publiczną na temat śmiertelnego zagrożenia chorobą, mówiąc, że nie jest to poważny problem i „to jest jak grypa””, a na pewno wiedział, bo świadczą o tym dokumenty, że jest bardziej śmiertelna i wysoce zaraźliwa.

    Trump jest także antynaukowy, jeśli idzie o finansowanie państwowej służby zdrowia w Stanach, ale także w tym, że zaproponował miliardowe cięcia dla National Institutes of Health, National Science Foundation i Centers for Disease Control and Prevention. Wycofał  USA z członkostwa w Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

    Illustration of the World Health Organization flag (lic. Depositphotos)

    Lista przewin Trumpa jest dłuższa, nie sposób ich wręcz tutaj wszystkich przytoczyć, ale to, że „zastąpił naukowców w radach doradczych agencji przedstawicielami branży.” No i przyłączył się do negacjonistów klimatycznych: twierdzi, że żadna katastrofa klimatyczna nie istnieje i wycofał USA z międzynarodowych porozumień, łagodzących zmiany klimaty.

    Odwrotnie Joe Biden, który poszukuje wiedzy fachowej i przekształcił ją w solidne propozycje polityczne. Wspierać chce swoje działania nauką i ekspertyzami. Redakcja uzasadnienie poparcia Bidena kończy wyrazistym apelem: „Czas wyprowadzić Trumpa i wybrać Bidena, który ma doświadczenie w śledzeniu danych i kierowaniu się nauką.” Innymi słowy, Biden nie wspiera ciemnoty i pragnie zatamować „bzdury”. Można tylko przyklasnąć: „Stop bzdurom!”

    Popieram Scientific American nie dlatego, że jakoś bardzo chciałbym ingerować w tamtejsze wybory, jak chciałby tego pewnie Władimir Putin. Nie! Popieram SA, bo dla mnie także ta kultura tzw. ojców założycieli (founding fathers) USA jest kulturą Oświecenia. I demokracji. I tolerancji…

    Benjamin Franklin, jeden z ojców założycieli USA obecny faktycznie na banknocie 100 dolarowym, też nosiłby maskę, bo był naukowcem (lic. Depositphotos)

    PS. Greta Thunberg, szwedzka aktywistka, cytuje w Twicie SA, nawołując do poparcia Bidena, miko że zazwyczaj stroni od partyjności… 10.10.2020

  • Nowe słowo w Polsce i w angielszczyźnie: plandemia i skamdemia

    Nowe słowo w Polsce i w angielszczyźnie: plandemia i skamdemia

    Nowe słowo w Polsce i w angielszczyźnie: plandemia i skamdemia

    Według Słownika Języka Polskiego

    pandemia to

    1. «epidemia obejmująca swym zasięgiem bardzo duże obszary», inaczej: „nazwa epidemii o szczególnie dużych rozmiarach, obejmującej kraje, a nawet kontynenty.”

    Z greckiego pandemia oznacza „cały lud”, jak podaje „Słownik wyrazów obcych”, pochodzi to słowo od od ‚pandemos’ „powszechny, należący do całego ludu”.

    I to użycie spotykamy najczęściej, ale jest też drugie:

    2. «idealny sojusz wszystkich narodów, żyjących w pokoju i wzajemnej zgodzie»

    To jest zaskakujące użycie, niemal paradoksalne, bo jest też trzecie, bardzo od tego drugiego inne skojarzenie:

    3. pandemonium: piekło, kompletne zamieszanie, chaos, anarchia, sądny dzień, istny koniec świata, ogłuszający zgiełk, tumult.

    Jeden z przydomków Afrodyty to Pandemos jako opiekunki kobiet upadłych, oznaczała także nierządnicę. W „Raju utraconym” Johna Miltona „pandemonium” to stolica piekieł występująca na końcu Księgi I Raju utraconego (1667). Architektem Pandemonium był Mulciber. Demony zbudowały go w około godzinę, ale znacznie przewyższał wszystkie ludzkie pałace i siedziby. Był złoty.

    Upadły anioł, symbol pandemonium (lic. Depositphotos)

    Na stronach „Tajemnice świata” jednak pandemia widziana jest jako fałszywa pandemia, i nazywana jest czasem w sieci „plandemią”: CZARNE CHMURY NAD SIECIĄ 5G PRZYKRYTE FAŁSZYWĄ „PANDEMIĄ” KORONAWIRUSA https://www.tajemnice-swiata.pl/falszywa-pandemia/

    Podobne teorie spotkać można na różnym forach blogerów youtubowych.

    Od II połowy kwietnia 2020 coraz więcej ludzi szuka w sieci Internet wyjaśnienia, co znaczy słowo „plandemia” albo angielskie „plandemic”. Wcześniej oba wyrażenia nie istniały.

    Pisze ostatnio o tym nowym zjawisku The Economist w artykule odredakcyjnych: „Anti-lockdown protests have been hijacked by conspiracy theorists”. The Economist, 6 wrzesień 2020. https://www.economist.com/international/2020/09/06/anti-lockdown-protests-have-been-hijacked-by-conspiracy-theorists.

    Strona The Economist, ilustracja do artykułu o pandemii, zrzut ekranu JP

    Pisze się o plan- i skamdemii, bo zwolennicy spiskowych teorii przejmują rząd dusz nad tymi, którym z jakichś powodów nie podoba(ło) się totalne zamknięcie całego niemal świata w okresie od marca do końca maja 2020 r.  Jak pisze redakcja międzynarodowa The Economist, poglądy tych protestujących są często śmieszne; ale konsekwencje bywają poważne”.

    Zamknięcie (ang. lockdown) stało się poważnym problemem dla całych społeczeństw. Nie ma co z tym dyskutować. W wielu miejscach na świecie stosowano metody na pograniczu prawa, bądź całkiem bezprawne. Przypomnę, jakoś o tym się zapomina, że w Polsce jedne z najdrastyczniejszych ograniczeń wolności obywatelskich (takie jak domowe kwarantanny niemal całego społeczeństwa, zakaz wchodzenia do lasów, zakaz przemieszczania się) wprowadzono z pogwałceniem Konstytucji RP, która wymagałaby w takich sytuacjach wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, konkretnie klęski żywiołowej. Bezprawne były wybory w maju, które się odbyła, a jednak nie odbyły… Dlatego nie dziwi ani trochę opór niektórych obywateli. Choć motywacja tego oporu bywa, niestety, dziwna. I groźna.

    Po wprowadzeniu złagodzenia restrykcji, objawił się opór także na ulicach.

    Jednak faktycznie zaskakuje treść tych protestów na całym świecie: w Rzymie, w brytyjskich miastach, w tym w Edynburgu i Sheffield, w Australii, w tym w Melbourne. Także dziesiątki tysięcy Niemców w Berlinie. W Polsce przeciwko zamknięciu gospodarki protestowali w swoim czasie przedsiębiorcy. Jak wskazuje the Economist w protestach nie ma jednolitości, można powiedzieć, to istne pandemonium: „antyszczepionkowcy”, aktywiści anty-5G protestujący przeciwko inwigilacyjnemu, policyjnemu państwu, antymaseczkowcy, ale także skrajna prawica z flagą dawnego imperium niemieckiego sprzed 1918 r.

    Zgromadzenia naruszały prawo przeciwko zgromadzeniom, bo było na nich np. w Londynie ponad 30 osób.

    Temu wszystkiemu towarzyszy przekonanie, że wirus „„nie jest chorobą zakaźną o dużych konsekwencjach”, ale został wykorzystany w „operacji psychologicznej” mającej na celu zamknięcie gospodarki w interesie wielkich korporacji, takich jak firmy farmaceutyczne i telekomunikacyjne. I w tym kontekście pojawia się właśnie nowe słowo: „plandemiczna epidemia”, pandemia to jest realny i niebezpieczny, ale umyślny spisek niektórych złych ludzi lub rządów, mających na celu zarobienie ogromnych pieniędzy albo narzucenie lub rozszerzenie dyktatury. (Taka opcja będzie też prawdopodobnie w Polsce.)

    To, że niektórzy celebryci i naukowcy przewidywali wystąpienie pandemii (m.in. cytowany przeze mnie Nassim NicholasTaleb, autor bestselerowego „Czarnego łabędzia”), powoduje, że postrzega się ich jako wiedzących więcej, a nawet jako inspiratorów całego zamieszania. Spotkało to Billa Gatesa, współzałożyciela firmy Microsoft i czołowego filantropa. „Według ankiety przeprowadzonej przez YouGov i Yahoo News, ponad jedna czwarta Amerykanów i 44% Republikanów uważa, że Gates chce użyć szczepionki Covid-19 do wszczepienia mikroczipów pod skórę ludzi. Przemówienie, które wygłosił w 2015 roku, w którym argumentował, że „jeśli cokolwiek zabije ponad 10 milionów ludzi w ciągu następnych kilku dziesięcioleci, prawdopodobnie będzie to wysoce zaraźliwy wirus, a nie wojna”, było oglądane na YouTube ponad 30 milionów razy. Dla wielu jest to dowód winy.”

    Symbol spisku ponadpaństwa Q (lic. Depositphotos)

    Również dziwaczna teoria spiskowa wspierająca Donalda Trumpa „QAnon”, jest przywoływana w tym kontekście. Zgodnie z nią prezydent Donald Trump prowadzi tajną wojnę z elitą czczących diabła pedofilów. (Kiedyś naczelną burdelmamą pedofilów miała być Hillary Clinton, która w kampanii wyborczej była oskarżana o prowadzenie pizzerii pod przykrywką).

    Bardzo charakterystyczne, że o Polsce ta legendarna postać Q, która jest źródłem różnych spiskowych teorii, wypowiedziała się chyba tylko raz, jak podaje Wikipedia: „Według Q Narodowy Bank Polski jest rzekomo kontrolowany przez rodzinę Rotschildów, która w świetle całej teorii konspiracyjnej propagowanej przez Q stanowi jeden z kilku głównych rodów sterujących organizacją przestępczą z którą walczy administracja Donalda Trumpa.” Nic dziwnego, że tutaj, w kraju takim jak Polska, mamy antyżydowski spisek w tle. 

    The Economist wskazuje na niebezpieczeństwo takich marginalnych, ale głośnych grup: „mogą być wykorzystywane przez inne siły polityczne, ” (skrajna prawica), żywią się innymi podziałami „wojny kulturowej”, „pozostawiając społeczeństwo bardziej podzielone w czasie, gdy wspólne zagrożenie mogło je połączyć. Noszenie maski powinno być środkiem ostrożności dla zdrowia publicznego, a nie polityczną odznaką.”

    Po trzecie, kompromitują często właściwy krytycyzm względem państwa, wykorzystującego „kryzysy”, „wstrząsy” dla własnych celów i własnej agendy.

    Można wskazać, że w Polsce np. część radykalna Kościoła Katolickiego wykorzystuje ten koncept „plandemii”, do walki z przeciwnikami Kościoła.  Zob. np. Opis tego zjawiska w Gazecie Wyborczej: Duchowy lider Wojowników Maryi: Pandemia to narzędzie szatana, które ma zniszczyć eucharystię (https://bydgoszcz.wyborcza.pl/bydgoszcz/7,48722,26278880,duchowy-lider-wojownikow-maryi-pandemia-to-narzedzie-szatana.html)

    „Ks. Dominik Chmielewski jest twórcą i duchowym przywódcą istniejącej od kilku lat formacji Wojowników Maryi, w której mogą działać wyłącznie mężczyźni. Jej członkowie mówią o sobie, że są armią Boga.”

    Zatem nowe słowa czasami są niewinne, ale mogą być także niebezpieczne, tak jak skrajnie niebezpieczni są antyszczepionkowcy, choć płaskoziemcy już mniej, bo ich teorie nie wpływają tak bardzo na praktykę społeczną, jak antyszczepionkowców. Jednak w powszechnym pandemonium wywołanym pandemią, te radykalne grupy stają się bardzo widoczne, zaś hasła coraz głośniejsze. Dlatego uważajmy na słowa.

    Jarosław Płuciennik

    PS. Artykuł zmieniony nieco ukazał się 11 września 2020 w Tygodniku Łódź, Gazety Wyborczej, w wydaniu papierowym.

    PS2. Artykuł ukazał się także na stronach internetowych Gazety Wyborczej 12 września. W dniu, w którym w Warszawie odbyła się manifestacja antymaseczkowców.

  • Losowa rekrutacja na studia? Ciekawe

    Losowa rekrutacja na studia? Ciekawe

    Znów głośno o Michealu Sandelu. Wczoraj można było znaleźć wywiad z nim w brytyjskim Guardianie, dzisiaj — wywiad z nim w Times Higher Education.

    Michael J. Sandel to amerykański filozof polityczny na Uniwersytecie Harvarda (Mass.,USA) w tamtejszej Szkole Prawa (istniejącej od 1817 r.).

    Michael Sandel wg By Me Judice – https://www.youtube.com/watch?v=klrLih-SujU, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=20449527

    W swoim czasie było bardzo o nim głośno za sprawą słynnego kursu Sandela pt. Sprawiedliwość. (W Polsce wyszła też jego książka o takim tytule: Sprawiedliwość: jak postępować słusznie? Warszawa 2020). Autor święcił prawdziwe triumfy nie tylko z powodu „gwiazdorskich” umiejętności wykładowych, ale też dlatego, że jego wykłady stały się pierwszym kursem uniwersyteckim dostępnym swobodnie w internecie i telewizji. Kurs obejrzało miliony ludzi z całego świata. Wcześniej Sandel stał się znany jako krytyk innego słynnego filozofa Johna Rawls, który w „Teorii sprawiedliwości” położył podwaliny pod współczesną teorię liberalną i zwłaszcza ideę bezstronności. Sandel poddał krytyce tę teorię w 1982 r. W swojej pierwszej książce Liberalism and the Limits of Justice.

    W swoje właśnie zapowiedzianej książce „The Tyranny of Merit” Sandel odpowiada na nurtujące wielu intelektualistów pytanie: skąd się wziął wzrost popularności populistów na całym świecie. Jego główna teza brzmi, że swoisty odwet popularności (ang. backlash) populistów wziął się z chęci rewolty przeciwko tyranii idei związanych z mniemanymi indywidualnymi zasługami. Nie sposób tutaj streszczać całej tej koncepcji, ale cała tradycja indywidualizmu zachodniego musiałaby stanowić kontekst dla tej koncepcji rewolty: wszystkie te opowieści o amerykańskim śnie, od pucybuta do milionera mają w kontekście także wypowiedzi np. Transcendentalistów na temat polegania na sobie jako najważniejszej cnocie, do której powinien dorastać każdy człowiek. Jeżeli polegamy na sobie, to wszystkie nasze sukcesy biorą się z naszego własnego wysiłku.

    I w tym miejscu mamy bardzo ciekawą koncepcję edukacyjną, bo wedle Sandela właśnie edukacja stanowi podstawową kwestię: przez dekady rosło w społeczeństwie amerykańskim przeświadczenie, że Ci co osiągali sukces, czynili to dzięki indywidualnym zasługom, zwycięzcy są po prostu lepsi, zaś przegrani są dlatego przegrani, że sami są sobie winni.

    Na wszystkie bolączki współczesnego świata powierzchownie myślący demokraci mówią: wszystkiemu winien jest brak edukacji. Edukacja, edukacja, edukacja.

    Ale sęk w tym, że system elitarny, który funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, oparty na rywalizacji zasług, ale także olbrzymich pieniędzy, jest samopowielający się: bogaci stają się bogatsi, biedni, nadal są biedni.

    I tutaj pojawia się pomysł: losowanie.

    Kulki losowe (lic. Depositphotos)

    „Harvard i Stanford University otrzymują każdego roku około 40000 chętnych aplikantów na 2000 miejsc na studiach. Chociaż profesor Sandel przyznał, że niektórzy z tych kandydatów będą musieli zostać wyeliminowani, uważa jednak, że „większość może poradzić sobie całkiem przyzwoicie”. Zamiast poświęcać olbrzymie wysiłki na wyłonienie najlepszej grupy, dzięki uporczywie nieprecyzyjnej nauki [„kryteriów”], najlepsze uniwersytety powinny po prostu losować kandydatów spośród puli wykwalifikowanych kandydatów. Wprowadzenie elementu przypadku, jak to ujmuje w swojej książce, powinno pomóc „ukarać pychę zasługi”.

    Bowiem „świat „zwycięzców i przegranych” to także świat „pychy i upokorzenia”.” Jeżeli pozwolić na upokarzanie, to nie ma się co dziwić, że populiści w stylu Donalda Trumpa wygrywają.

    Myślę, że te konstatacje są także ważne w innych częściach świata, gdzie wprowadza się także elitarne systemy (zob. Reforma Gowina w Polsce z tzw. Uczelniami badawczymi).

    Komentarz Matthew Reisza z Times Higher Education jest dość zachęcający: „To prowokacyjny pomysł, ale jak poważnie profesor Sandel chciał, żebyśmy go potraktowali?”

    Sandel miał odpowiedzieć: „Nie uważam tego za czysto nonszalancką sugestię” – odpowiedział.”

    Ponoć w latach 60tych Stanford chciał podobną „loterię zakwalifikowanych” wprowadzić, jednak tamtejszy prorektor czy dziekan się sprzeciwił. „W międzyczasie profesor Sandel chciałby pilnej „debaty na temat tego, jak obecna polityka przyjęć na uniwersytety wzmacnia szersze społeczne nastawienie do wygrywania i przegrywania”. Ciekawe. Może warte zastanowienia u nas? To znaczy należałoby odejść od konkursu świadectw na rzecz losowania… Przynajmniej w części… może udałoby się wyrównać szanse tych, co zawsze na straconych pozycjach ze względu na pochodzenie? Ja wiem, że to pachnie „punktami za pochodzenie”, jednak „losowość” ogranicza te skojarzenia. Warte przemyślenia/

    Nowa propozycja systemu rekrutacji wg Michaela Sandela
    Rzut kośćmi — symbol losu i ryzyka