
Materiał ze spotkania z wyborcami w siedzibie Socialdemokraterna w Szwecji. Zrzut ekranu z wideo umieszczonego w Expressen. Za materiałem Benny Anderssons stöd till Magdalena Andersson, Expressem 13.09.2026, gadz. 10:49 LINK
Dzień przed szwedzkimi wyborami do Parlamentu — szwedzkiego Riksdagu, na finiszu kampanii (po szwedzku slutspurt, końcowy sprint) Socialdemokraterna (Partia Socjaldemokratyczna)– pojawił się gość, którego w Szwecji nikomu nie trzeba przedstawiać: Benny Andersson z ABBY. Usiadł przy pianinie pod wielką czerwoną różą, znakiem partii, i zagrał „Mamma Mia”. Z jedną poprawką w tekście – w miejsce tytułowego wykrzyknika sala śpiewała imię liderki partii. „Magda-lena”… Śpiewała cała sala, z Magdaleną Andersson włącznie.
Najciekawsze było to, co Benny powiedział, zanim zaczął grać. Nic z tego nie brzmiało jak wyreżyserowany numer – raczej jak improwizacja starszego pana, który przypomina sobie, ile już takich wieczorów przeżył. Grał kiedyś dla Olofa Palmego, grał dla kolejnych socjaldemokratycznych premierów, których wymieniał po kolei – więc zagra i dla Magdaleny. Przy okazji przeprosił za zmianę tekstu, którego autorem jest przecież on sam (razem z Björnem Ulvaeusem i Stigiem Anderssonem). To drobiazg, ale znaczący: kompozytor, który publicznie tłumaczy się z ingerencji we własną piosenkę, mówi tym samym, że piosenka nie należy już tylko do niego. Należy do wszystkich, którzy ją śpiewają – w tym wypadku do sali pełnej działaczy z telefonami w górze.
Te przeprosiny mają zresztą swoją historię. W 2010 roku młodzieżówka Duńskiej Partii Ludowej (Dansk Folkeparti), partii nacjonalistycznej i antyimigranckiej, zaśpiewała na kongresie tę samą piosenkę na cześć swojej przewodniczącej Pii Kjærsgaard – jako „Mamma Pia”. Benny i Björn nasłali na nich prawników Universalu, a Benny powiedział agencji TT coś, co po polsku brzmiałoby „niech spadają”: po pierwsze nie wolno przepisywać cudzych piosenek, po drugie nie mamy najmniejszej ochoty wspierać tej partii. Rok wcześniej Benny przekazał milion koron na kampanię europejską Feministycznej Inicjatywy. W 2024 roku ABBA – a więc cała czwórka, wraz z wytwórnią – zażądała od sztabu Donalda Trumpa usunięcia nagrań z wiecu w Minnesocie, gdzie puszczano „The Winner Takes It All”, „Money, Money, Money” i „Dancing Queen”. Sztab odpowiedział, że ma licencję zbiorową; ABBA odpowiedziała, że nikt jej o zgodę nie pytał. Symetria jest więc pozorna: ten sam gest – imię polityczki wstawione do „Mamma Mia” – raz kończy się wezwaniem prawników, a raz allsångiem z autorem przy pianinie. Różnica nie leży w prawie autorskim, tylko w tym, kto śpiewa.
Do tego dochodzi wątek, który dla polskiego czytelnika powinien być szczególnie wyraźny. ABBA od dawna nie ukrywa, że jest po stronie społeczności LGBT – Björn Ulvaeus mówił wprost, że to fani ze środowisk gejowskich „podtrzymali” comeback zespołu i że „Dancing Queen” jako hymn wyzwolenia jest dla nich powodem do dumy, a nie zakłopotania. W 2006 roku, gdy prezydent Lech Kaczyński zakazywał Parady Równości w Warszawie, cała czwórka – po raz pierwszy od lat razem – podpisała pamiątki wystawione na aukcję przez Stockholm Pride na rzecz warszawskiej parady. Szwedzi tłumaczyli to prosto: kraj tak uprzywilejowany jak nasz nie może patrzeć na to, co dzieje się u sąsiada, i nic nie robić. Wsparcie dla socjaldemokracji jest więc częścią dłuższej linii, a nie jednorazowym kaprysem starszego pana przy pianinie.
Pisałem już na tym blogu o powrocie ABBY – o albumie „Voyage” i o wirtualnej trasie koncertowej, czyli o tym, jak zespół wrócił jako zjawisko technologiczno-medialne. Ten wczorajszy występ jest z innego porządku. Nie chodzi w nim o światową markę, ale o to, czym ABBA jest w samej Szwecji: o codzienną, oczywistą obecność w radiu, na weselach, imprezach ulicznych i w muzeum na Djurgården. To jest kulturowe złoto (kulturguld – Szwedzi sami tak mówią), część tego, co po szwedzku nazywa się folkhemmet, wspólny dom, do którego prawo mają wszyscy. I właśnie dlatego gest Benny’ego ma ciężar polityczny. Nie dlatego, że przekona kogoś do programu podatkowego partii S, ale dlatego, że przypomina, po której stronie stoi ktoś, kto od pół wieku jest częścią szwedzkiej tożsamości. Jego sympatie dla socjaldemokracji nie są tajemnicą – od czasów Palmego. Nowością jest tylko to, że tym razem powiedział to na scenie, z podniesionymi telefonami jako świadkami.
Warto tu zestawić dwie tradycje. W Polsce artysta na wiecu partyjnym to zwykle albo skandal, albo żenada – mamy w pamięci zbyt wiele takich występów, żeby traktować je inaczej niż jako dworskie usługi. Choć zdarzały się też wyjątki. Całe marsze śpiewały „Wolność, kocham i rozumiem, wolności — oddać nie umiem”… Chłopców z Placu Broni i nikt z członków tego zespołu nie protestował… W Szwecji sala śpiewająca „Mamma Mia” z liderką partii jest czymś nieco innym: to allsång, wspólne śpiewanie, obrzęd świecki, który w Skansenie latem gromadzi tysiące ludzi bez żadnego politycznego klucza. Benny nie występował dla partii. Poprowadził allsång – a że akurat z Magdaleną Andersson, to już jego wybór jako obywatela.
Czy pomoże to socjaldemokratom w dzisiejszym niedzielnym głosowaniu? Nie wiadomo. Ale jedna rzecz jest pewna: to była najlepiej zaśpiewana piosenka tej kampanii.
Szwedów czeka skrupulatne liczenie głosów, może nawet do środy. Wybory są wyrównane, układanki powyborcze będą skomplikowane i może bolesne. Nie wiadomo jak długie.
Dodaj komentarz