Obserwatorium Nordyckie 07.09.2026
Jarosław Płuciennik

Część ekspozycji Eanangiella – Głos ziemi” w Oulun taidemuseo (styczeń–maj 2026, w programie Europejskiej Stolicy Kultury). Zdjęcie własne autora JP)
Wczoraj wieczorem w Rapport w SVT (19:30), dziś rano reportaż Mirandy Bryant z Kiruny w „Guardianie” – ten sam temat, sześć dni przed szwedzkimi wyborami. Państwowy koncern LKAB chce rozszerzyć największą podziemną kopalnię rudy żelaza na świecie o złoże Per Geijer, czyli największe znane w Europie złoże metali ziem rzadkich. Po drugiej stronie tej kopalni stoi Gabna sameby – wioska Samów – wspólnota hodowców reniferów, której szlaki wędrówek kopalnia już pocięła, a nowy plan odciąłby pastwiska (cielących się reniferów) od gór i lasu. Lars-Marcus Kuhmunen, przewodniczący Gabna, mówi Guardianowi, że byłby to dla Samów koniec wszystkiego – i zarazem początek procesu industrializacji całej ziemi Samów Sápmi.
Nowością w Szwecji nie jest sam konflikt (można wymienić Gállok, Rönnbäcken, norweski Fosen – lista jest długa), lecz język. Wicepremierka Ebba Busch (partia KD, czyli Chrześcijańscy Demokraci) wiosną seryjnie atakowała hodowlę reniferów jako branżę zajmującą ogromne obszary przy znikomym znaczeniu gospodarczym; jej partia chce ciąć pogłowie, odebrać hodowli status „żywotnego interesu narodowego” i „odzyskać” dla państwa ziemię, z której korzystają hodowcy. W programie wyborczym KD obiecuje też bronić prawa wszystkich do polowań na ziemi państwowej – to jawna odpowiedź na wyrok Sądu Najwyższego w sprawie Girjas (2020), który przyznał wspólnocie samskiej wyłączne prawo do gospodarowania łowiectwem i rybołówstwem na jej terenie. Szwedzcy Demokraci, którzy po wyborach – teoretycznie – mogą po raz pierwszy wejść do rządu, ustawiają w swoim programie hodowców przeciw przemysłowi, turystyce i „zwykłym Szwedom”. Åsa Larsson Blind z Parlamentu Samów (Sametinget) ujmuje to sucho: wicepremier wskazuje jedną grupę ludzi jako wroga rozwoju i wyraźnie nie czuje potrzeby, by mieć poparcie Samów.
Jak to ująć? Moje nasuwające się wyjaśnienia to dwa hasła: kłopoty post-nowoczesnej industrializacji i post-nowoczesnego dziedzictwa postkolonialnego. Rozwińmy oba człony.
Industrializacja jest post-nowoczesna nie dlatego, że jest mniej brutalna, lecz dlatego, że inaczej się legitymizuje. Nowoczesna kopalnia w Kirunie (LKAB, rok 1890) mówiła o postępie, stali i szwedzkim „domu ludu” (folkhemmet). Ta dzisiejsza mówi o klimacie, o uniezależnieniu Europy od Chin, o unijnym akcie o surowcach krytycznych, o rozbudowie energetyki jądrowej. Renifer przegrywa już nie z fabryką, lecz z turbiną wiatrową i baterią. Samowie mają na to od lat własny termin: „grön kolonialism”, zielony kolonializm – i rozumiem, dlaczego go używają, bo nazywa paradoks wprost: transformacja, która ma ratować planetę, wymaga tych samych ziem i tej samej asymetrii władzy, co stare wydobywanie z ziemi. Sam jednak wolę go nie przejmować, a powód jest polski. U nas „zielony kolonializm” to już gotowy slogan drugiej strony: tak nazywa się krytykę koni na drodze do Morskiego Oka, spory o Tatrzański Park Narodowy, każdy konflikt, w którym „Warszawa” mówi lokalnym, jak mają żyć. W tej retoryce skolonizowanym jest ten, komu ekologia przeszkadza, a kolonizatorem – biolog. Podhale nie jest Sápmi: górale nie są ludem rdzennym w sensie prawa międzynarodowego, nikt nie mierzył im czaszek w państwowym instytucie i nikt nie odbierał im ziemi w imię cywilizacji. Słowo, które w Kirunie opisuje realną historię, w Zakopanem służy do jej udawania. Dlatego zostaję przy własnej, mniej chwytliwej ramie: nie „zieloność” jest tu problemem, lecz to, kto decyduje i o czyjej ziemi – a to jest pytanie o dziedzictwo, nie o klimat. Paradoks drugi: Kiruna przenosi się w całości, bo zapada się nad kopalnią; symbolem przeprowadzki był latem 2025 czerwony drewniany kościół, zaprojektowany na wzór samskiego lávvu. Pisałem o tym rok temu w notatce „Kiruna – miasto, które przenosi swoją duszę dla biznesu”: król, slow TV, dziesięć tysięcy ludzi wzdłuż trasy, starsza pani mówiąca do „Dagens Nyheter”, że może teraz stanie się religijna – i moja teza, że za troską o dziedzictwo kryje się bolesne uznanie prymatu biznesu. Podtrzymuję ją, ale dziś widzę, czego w tamtej notatce nie było: ani słowa o Samach. Kościół Wickmana nazywano niegdyś świątynią ludu koczowniczego, a cała uroczystość – wraz z moim tekstem – odbyła się tak, jakby ta ziemia nie miała innych gospodarzy niż górnicy i parafianie. Szwecja wiozła na lawecie przez miasto samską formę, a rok później spiera się o samską ziemię; ja opisałem lawetę i przeoczyłem ziemię. To nie jest mój wypowiadany na głos wyrzut sumienia, lecz obserwacja metodologiczna: nieobecność Samów w relacji o przeprowadzce była tym, co Busch wiosną wypowiedziała na głos. (Samska ziemia ma zresztą własny język na tę sprawę – pisałem jesienią ubiegłego roku o operze „Jordens hjärta” i micie żyjącej ziemi; wobec „ograniczonego znaczenia gospodarczego” jest to argument z innego porządku.) Nils-Johan Labba, rzemieślnik i poseł do Sametinget, mówi, że miasto się wykrwawia – transport, szkoły, wszystko – a rząd zamiast leczyć jego rany zajął się dokuczaniem mniejszości.
Dziedzictwo postkolonialne jest z kolei post-nowoczesne w tym sensie, że nigdy nie zostało przepracowane. Szwecja długo żyła w przekonaniu, że kolonializm to problem Anglików i Francuzów – to ów nordycki wyjątek, „doktryna wyjątkowości”, o którym piszą Kristín Loftsdóttir i Lars Jensen. Tymczasem Sápmi to podręcznikowy przypadek kolonializmu wewnętrznego: przymusowa chrystianizacja, lappskatteland, szkoły nomadów, uppsalski Państwowy Instytut Biologii Rasowej (1922) mierzący samskie czaszki, dwudziestowieczne wywłaszczenia pod hydroelektrownie. Komisję prawdy w sprawie Samów Szwecja powołała dopiero w 2021 roku. Norwegia ma za sobą wyrok w sprawie Fosen (2021), uznający wiatraki na pastwiskach za naruszenie praw człowieka – i trzy lata rządowego ociągania się z jego wykonaniem. Finlandia ma swoją wersję tego samego sporu – wiatraki na samskich pastwiskach – i, co znamienne, mówią o niej dziś przede wszystkim muzea. Rok temu w helsińskim HAM widziałem instalację o farmach wiatrowych na ziemiach samskich w fińskiej Laponii i o tym, co robią z wypasem, migracjami i krajobrazem; podczas tegorocznego pobytu w Oulu – wielką wystawę „Eanangiella – Głos ziemi” w Oulun taidemuseo (styczeń–maj 2026, w programie Europejskiej Stolicy Kultury), kuratorowaną przez Ingę-Wiktorię Påve, Fredrika Prosta i Áilu Valle: około siedemdziesięciu artystów i duojárów (rzemieślników ludowych) z całej Sápmi, sztuka współczesna obok duodji, rzemiosła kilku pokoleń. Jednym z nazwanych wprost działów wystawy był „zielony kolonializm” – w samskich ustach, jak pisałem wyżej, termin na swoim miejscu – a w tekście kuratorskim stało czarno na białym, że kultura, języki i duchowość Samów żyją po czterystu latach kolonializmu. Zapamiętałem z niej pracę, która streszcza rzecz lepiej niż niejeden manifest: kwadrat z łat reniferowej skóry, na nim koncentryczne kręgi czerwonego i niebieskiego sukna i futra, a na kręgach dwie samskie czapki z gákti – kobieca z długimi wstążkami i druga, z czerwonym pomponem. Ziemia, krąg, ludzie. Dodam, że część tej ekspozycji, objazdowe Sápmi Triennale, latem tego roku pojechało dalej – do Kiruny, do Konstmuseet i Norr. Sztuka więc dotarła do miasta kopalni w tym samym sezonie, w którym wicepremier tłumaczyła, że hodowla reniferów ma znikome znaczenie gospodarcze. Obie ekspozycje mówiły to samo, co Gabna, tylko bez wyborczej wrzawy: transformacja energetyczna jest dla Sápmi kolejną falą wydobycia, a jej beneficjent i jej „koszty” zamieszkują jakby inne miejsca. Muzea wiedzą to wcześniej niż ministerstwa. Anna-Karin Niia z Gabna nazywa Samów „konstytucyjnymi strażnikami” tej ziemi (Samowie jako pralud – urfolk mają w Szwecji status konstytucyjny od 2011 roku) – i to jest właśnie język, którego prawica nie chce słyszeć, bo zmienia hodowcę-petenta w podmiot prawa.
Co więc jest post-nowoczesne w tej sprawie? To, że pękają dwie rzeczy naraz. Wyczerpuje się liberalna poprawność, która – jak mówi Larsson Blind – dotąd nie pozwalała mówić takich rzeczy głośno; i wyczerpuje się nowoczesny mit, że kopalnia to postęp, a nie czyjaś ziemia. Zostaje czysta polityka: sześć dni do wyborów, jedna grupa wskazana palcem. Guardian pisze o retoryce skrajnej prawicy, ale przecież wskazuje partię chadecką, koalicjanta w obecnym rządzie, nie skrajnie nacjonalistyczną SD. Warto o tym pamiętać..

Dodaj komentarz