Prezydenci mówią inaczej. Szwedzka lektura amerykańskiej retoryki

Martin Luther King w kamieniu (lic. Depositphotos)

Jarosław Płuciennik. Z cyklu „Obserwatorium Retoryki i Komunikacji”

13 sierpnia 2026

W dzisiejszym „Under strecket” — legendarnej rubryce felietonowej „Svenska Dagbladet”, ukazującej się nieprzerwanie od 1918 roku — Hans Ingvar Roth, profesor praw człowieka na Uniwersytecie Sztokholmskim, omawia nową książkę Bena Rhodesa „All we say: The battle for American identity — a history in 15 speeches” (Bodley Head). Rhodes, przez osiem lat współtwórca mów Baracka Obamy (to on współtworzył kairskie przemówienie „A new beginning” z 2009 roku), analizuje piętnaście mów, które ukształtowały amerykańską tożsamość — od rewolucji po prezydenturę Donalda Trumpa.

Teza Rotha i Rhodesa jest prosta: amerykańska polityka od początku krąży wokół jednej rany — przepaści między ideałem a rzeczywistością. Konstytucja obiecuje równość, praktyka ją łamie. Wielkie przemówienia amerykańskie to kolejne próby zszywania tej rany słowem. Lincoln pod Gettysburgiem (1863) — dwie minuty wzorowane na mowie pogrzebowej Peryklesa — definiuje Amerykę jako projekt moralny „poczęty w wolności”. Martin Luther King w 1963 roku porzuca przygotowany konspekt, gdy Mahalia Jackson woła zza sceny: „Opowiedz im o swoim śnie, Martin” — i improwizując tworzy „I have a dream”. „Mam marzenie”… Tytuł książki Rhodesa pochodzi z ostatniej mowy Kinga, wygłoszonej w Memphis dzień przed zamachem: wszystko, co mówimy Ameryce, to — bądź wierna temu, co obiecałaś na papierze.

Najciekawszy w eseju Rotha jest jednak wątek medioznawczo-kulturoznawczy. Mowy z XVIII i XIX wieku docierały do obywateli pośrednio: przez pamflety i relacje dziennikarzy, często podretuszowane. Radio dało Rooseveltowi mowę o czterech wolnościach (1941), telewizja dała Kennedy’emu zwycięstwo nad spoconym Nixonem (1960). A internet? Zdaniem Rhodesa media społecznościowe wyjałowiły i sfragmentaryzowały mowę polityczną: format TikToka nie mieści dłuższej narracji, wokół której obywatele mogliby się zgromadzić. To diagnoza bliska Habermasowi — rozpad przestrzeni deliberacji na strumień bodźców.

I tu wchodzi Trump — jak pisze Roth, z improwizowanymi hugskott (pomysłami rzucanymi ad hoc) zamiast ustrukturyzowanych tekstów poprzedników. Trump zresztą sam nazwał swój styl: „the weave”. Słowniki podpowiadają tłumaczenie jako „splot” albo „tkanie”, ale to przekłady zbyt nobilitujące — tekst pochodzi wszak od łacińskiego textum, tkanina, więc mówiąc „splot”, przyznawalibyśmy Trumpowi status tkacza tekstu, dokładnie ten, który sam sobie nadaje. Uczciwszym przekładem jest „dzierganie”: drobne oczka, luźna włóczka, coś się pruje, coś zwisa — zapamiętała krzątliwość bez wzoru. Trump twierdzi, że mówi o dziewięciu rzeczach naraz, a wszystkie „genialnie schodzą się razem” — i że zaprzyjaźnieni profesorowie angielskiego uważają to za rzecz najświetniejszą, jaką widzieli. Lingwiści i komentatorzy nazywają to samo zjawisko mniej uprzejmie: rambling, ględzenie, słowna sałatka, niezdolność doprowadzenia myśli do końca.

Warto tu przypomnieć powiedzenie Woodrowa Wilsona, zapisane we wspomnieniach jego sekretarza marynarki Josephusa Danielsa (anegdota wędrowna, przypisywana wcześniej i innym mówcom, ale u Wilsona kanoniczna): jeśli mam mówić dziesięć minut, potrzebuję tygodnia przygotowań; jeśli piętnaście — trzech dni; jeśli pół godziny — dwóch dni; jeśli godzinę — jestem gotów od razu. To cała ekonomia retoryki w czterech taktach: krótkość kosztuje, gadanie jest darmowe. Lincoln mówił pod Gettysburgiem dwie minuty — licząc po wilsonowsku, przygotowywał się do nich całe życie. Trump dzierga półtorej godziny i dłużej — rachunek każdy zrobi sam. Rhodes nie kryje nostalgii za dawną sztuką oratorską — w jego narracji Obama staje się niemal ostatnim wielkim mówcą klasycznej tradycji.

Polski czytelnik ma tu jednak prawo do pewnej podejrzliwości wobec zbyt łatwej opozycji: piękna mowa — bełkot. Pamiętamy przecież fenomen retoryki Lecha Wałęsy. O tym powstawały całe tomy, pamiętam numer tematyczny Tekstów Drugich w 1990. Wałęsa mówił niepoprawnie, łamał składnię, mieszał wątki — „nie chcem, ale muszem” — a jednak był mówcą skuteczniejszym niż wszyscy poprawni sekretarze razem wzięci. Różnica między nim a Trumpem nie leży więc w formie, bo forma jest u obu chaotyczna. Leży w pokryciu. Retoryka klasyczna nazywała to etosem: wiarygodnością mówcy poprzedzającą każde jego słowo. Etos Wałęsy był pokryty biografią — stocznią, strajkiem, internowaniem — i wspólnym doświadczeniem milionów słuchaczy. Jego chaos był mimowolny, dlatego brzmiał jak prawda wydobywająca się spod języka. Grecy mieli na to słowo: parrhesia, mowa szczera, mówienie prawdy mimo ryzyka. Trump odwraca ten układ: chaos performuje, brandinguje go i sprzedaje jako geniusz. Tam, gdzie u Wałęsy niepoprawność była ceną prawdy, u Trumpa jest produktem — dzierganym publicznie, oczko po oczku, bez wzoru i bez końca.

Roth kończy swój esej trzeźwo: przepaść między ideałem a rzeczywistością pozostanie osią amerykańskiej polityki. Można dodać: o tym, czy mowa polityczna tę przepaść zszywa, czy tylko ją zakrzykuje, nie decyduje poprawność składni. Decyduje to, czy za słowami stoi ktoś, kto za nie zapłacił.

 

Źródło: Hans Ingvar Roth, „Presidentens tal låter väldigt annorlunda nu”, Svenska Dagbladet, „Under strecket”, 13 sierpnia 2026; Ben Rhodes, „All we say: The battle for American identity — a history in 15 speeches”, Bodley Head 2026; Jerzy Bralczyk, „O języku Wałęsy”, „Teksty Drugie” 1990, nr 4, s. 60–81; Marek Czyżewski, Sergiusz Kowalski, „Retoryka Wałęsy”, „Teksty Drugie” 1990, nr 4, s. 82–92.

Komentarze

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

More posts