Kategoria: Społeczeństwo i polityka

  • „Ratunku! Niemcy mnie biją” 2.0

    „Ratunku! Niemcy mnie biją” 2.0

    Głośno w swoim czasie było o słynnej scenie wyprowadzania tzw. „Premiera z Krakowa”, czyli Jana Marii Rokity z samolotu Lufthansy w lutym 2009 r. Krzyczał wtedy: „ratujcie! Niemcy mnie biją!”. (internet pełen jest amatorskich nagrań dźwiękowych tego wydarzenia)

    Ostatnio, 13 lat od tej słynnej, wiralowej sceny, karierę iście memową robi opowieść Jarosława Kaczyńskiego o tym, jak to z pociągu Deutsche Bahn z wagonu I klasy wypraszano polskich eurodeputowanych: „przeszedł jakiś Niemiec i stwierdził, o! Polacy, jak to Polacy w I klasie?! I ich wyprowadzili…” (streszczam tutaj te opowieść, chyba dobrze znaną czytelnikom)

    Ta scena została wpisana w antyniemiecką i antyeuropejską dużą narrację Jarosława Kaczyńskiego: koniec z bycia traktowanym jak obywatele drugiej kategorii, nasi eurodeputowani są poniżani przez Niemca! Innymi słowy: „Niemcy nas biją!”

    Przypomnę zatem, że Jan Maria Rokita musiał zapłacić kilka tysięcy euro za zakłócanie porządku publicznego swoimi krzykami, a cała sprawa też dotyczyła klasy wyższej: jak tłumaczyła małżonka Jana Marii, Nelly Rokita, jej mąż chciał zadbać o swój płaszcz i przeniósł go do schowka w klasie biznesowej. Załoga Lufthansy — niemieckiego, nawykłego do porządku przewoźnika — nie chciała kłopotów ze strony tych, co zapłacili ekstra pieniądze za klasę wyższą, dlatego nie zezwoliła na przesunięcie płaszcza Rokity. Wywiązała się pyskówka i w jej wyniku wyproszono Rokitę z samolotu. Nie chciał go opuścić i właśnie wtedy zaczął krzyczeć: Ratunku, Niemcy mnie biją!

    Do dzisiaj Rokita nie może się pozbierać z wizerunkowej katastrofy… skończył się jako polityk, tak jak słynny Gabriel Janowski po „podskakiwaniu” w Sejmie.

    Dzisiaj Jarosław Kaczyński sięga jakby do podobnej retoryki, tyle że ofiarami są inni, dlatego przekaz nie jest tak kompromitujący. Jednak adresat tej opowieści jest ten sam: człowiek z kompleksami, który czuje się gorszy zagranicą, albo który zagranicą w ogóle nie bywa, dla którego takie „ratujcie, Niemcy nas biją” odgrzeje stare resentymenty, wedle których Niemcy to zawsze agresorzy.

    Na nic tłumaczenia i na nic fakty: jak podają dziennikarze Wirtualnej Polski, problem jest w sposobie czytania biletów zagranicą zakupionych w serwisach polskich PKP. Serwisy te nie przewidują po prostu odczytów „zagranicznych”, dlatego konduktorzy niemieccy mogą faktycznie wypraszać Polaków z I klasy, ale nie dlatego, że są Polakami, tylko dlatego, że PKP o swoich klientów słabo dba.

    Cała ta sprawa przypomina mi słynne opowiadanie Sławomira Mrożka z jakże miłego i owocnego roku 1968. Opowiadanie nosi obce imię „Moniza Clavier”:

    „– O tu! – krzyknąłem, szeroko otwierając jamę ustną i wskazując palcem na zęby trzonowe. – O tu, wybili, panie, za wolność wybili!

    Nastąpiło zamieszanie. Ucichli, patrzyli na mnie, nie mogąc zrozumieć, o co mi chodzi. A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu. To, że najwidoczniej nie doceniali martyrologii, bardzo mnie rozgniewało.”

    Zrzut ekranu z portalu Culture.pl przedstawiający scenę wyprowadzania bohatera odgrywanego w spektaklu przez genialnego Wojciecha Siemiona.

    Jarosław Kaczyński nie jest geniuszem, jest sprytnym, cwanym lisem, który próbuje apelować do słabo wykształconych, zakompleksionych odbiorców. Świadczą o tym jego ostatnie anegdotyczne opowieści, to nie są — jak chą widzieć niektórzy — opowieści stetryczałego dziadunia, to są historie mające trafiać do umysłów właśnie tak profilowanych. Nie można zakładać, że mu się w głowie tak pomieszało, że opowiada jakieś banialuki o przemianie w zaczarowanej podróży statkiem węgla sortowanego w niesortowany i odwrotnie… Ta historia to też świadomy zabieg. Ale z genialności nie wynika. Ze sprytu i cwaniactwa.

    O tu, wybili, panie, za wolność wybili!

    PS. 8 października zmieniony tekst opublikowała Gazeta Wyborcza jako: Kaczyński o cierpieniach polskiego narodu, czyli znów: „Ratujcie! Niemcy mnie biją!”

  • Królewski design i królewska troska

    Królewski design i królewska troska

    Dwa wydarzenia ostatnich tygodni mogą wydawać się zupełnie nieprzywiedlne do siebie: wstąpienie na tron Zjednoczonego Królestwa Charlesa III oraz debiut nowego iPhone’a 14. Jest jednak pewna inicjatywa sprzed trzech lat, która łączy te dwie różne przecież sprawy. Ta inicjatywa to Terra Carta. Powstała ona w 2019 roku dzięki księciu Walii oraz słynnemu — byłemu już — projektantowi Apple Johnowi Ive.

    Książę Walii Charles, obecnie król Charles III (fot. lic. Depositphotos)

     

    Johny Ive jest chyba historycznie najsłynniejszym od czasów Steve’a Jobsa projektantem Apple’a, który rozstał się niedawno z producentem Maców i AppleWatchów, i któremu ta firma zawdzięcza bardzo wiele wspaniałych produktów designu (np. iPhone). To właśnie jego wybrał Karol, książę Walii, dzisiejszy Charles III, aby zaprojektował pieczęć nazwaną jakże po królewsku – po łacinie – Terra Carta. Ta pieczęć z napisami po angielsku i po łacinie jest od 2021 znakiem rozpoznawczym projektu nagradzania wielkich przedsięwzięć światowych, które będą nie tylko dobre dla biznesu i właścicieli praw, ale także dobre dla —jakże umęczonej — naszej planety. To jest Inicjatywa Zrównoważonych Rynków. (Sustainable Markets Initiative)

    To są kopie pieczęci w różnym ujęciu ze strony projektu. Motylek widoczny na pieczęci na stronie jest poddany animacji

    Przy okazji tego projektu Ive w wywiadzie dla jednego z pism branżowych designu (Wallpaper) wyznaje, że słowem hasłem designu, którego nauczył się od Steve’a Jobsa jest — tak tutaj chodzi o design! — słowo „troska”: po angielsku „care”.

     

    Jakkolwiek można mieć krytyczny stosunek do idei monarchicznych i imperialistycznych, to inicjatywa księcia, a obecnie króla Karola III zasługuje na uwagę jako ROYAL SEAL OF APPROVAL, nie produktów wykonywanych dla dworu, ale dla planety. Dla harmonii natury, ludzi i planety… jak brzmi hasło wyryte na pieczęci w dwóch językach powszechnych ludzkości…

     

    Ive jest już uszlachcony i nosi dumnie od dekady order Knight Commander of the Order of the British Empire(KBE), teraz jest także królewskim designerem dla przemysłu i honorowym członkiem Królewskiej Akademii Inżynierii.

    Co prawda skala jego ostatniego projektu — ta pieczęć Terra Carta — nie wydaje się tak wielka jak iPhone, to na pewno zasługuje na uwagę w naszych uciemiężonych pandemią, wojnami i katastrofą klimatyczną czasach. Terra Carta, jak podkreślają ludzie związani z projektem, napisana jest językiem nowoczesnego zarządzania a dotyczy głównie obszarów „zielonych” inwestycji takich jak loty elektryczne czy bezemisyjne konstrukcje.

     

    Pieczęć Terra Carta jest wytworem laboratorium design’u the Royal College of Art, którego kanclerzem jest teraz Johny Ive.

     

    Bardzo mnie interesuje i intryguje ten najnowszy produkt Johny’ego Ive. Troska dotychczas kojarzyć się mogła z hasłami pielęgniarstwa, czy filozofii mieszczańskiej Heideggera (niem. Sorge), ale teraz może także skojarzyć się z troską — well — ostateczną — o naszą biedną planetę…

  • Wiersz na 1 września 2022

    Wiersz na 1 września 2022

    Dzisiaj opublikowałem w Gazecie Wyborczej wiersz Ellen Hinsey w moim tłumaczeniu. O wieku bezprawia. Zapraszam do lektury tutaj

  • HiT wg Roszkowskiego, czyli ekskluzywna pogadanka wujcia dobra rada

    HiT wg Roszkowskiego, czyli ekskluzywna pogadanka wujcia dobra rada

    HiT wg Roszkowskiego, czyli ekskluzywna pogadanka wujcia dobra rada. Jedyny podręcznik na rynku dopuszczony na razie przez MEiN. Nauczyciele nie muszą używać podręczników. Czy powinni tego?

    Okładka książki, fot. JP.

    Tutaj bardzo krótko Co to jest (s)HiT i dlaczego jestem przeciwny — krótko

    Możesz tutaj odsłuchać podcast

    Książka dopuszczona przez ministerstwo Przemysława Czarnka do klas I liceum i technikum jako podręcznik jest ekskluzywna (na wyłączność) w sensie dosłownym: wydana przez wydawnictwo z nazwy bardzo ekskluzywne („Biały Kruk”) na dobrym, ekskluzywnym papierze, z kolorowymi ilustracjami dobrej jakości (choć większość w oryginale słabej rozdzielczości, bo to przecież historia). Te 512 stron kosztuje — bagatela — niecałe pięć dych, a z wysyłką, sześć… (50-60 PLN).

    Jest także ekskluzywna, bo wszyscy profesorowie, którzy byli związani z nią (jako konsultanci naukowi i metodyczni, w sumie pięciu) poza samym autorem, Wojciechem Roszkowskim (m.in. promotorem doktoratu Jarosława Gowina) są z IPN. Jedyny „ekspert” językowy, powołany w drugiej instancji, bo pierwsza opinia językowa była negatywna, to mgr Klemens Stróżyński. Bliżej nieznany. Pewna część ekspertów wywodzi się także z tej samej instytucji, co Autor: z Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Z innych instytutów, ale z tego samego ośrodka naukowego. Dla wielu oznacza to tzw. konflikt interesów, którego należy unikać.

    Ostatnio rzuciła się wielu ludziom w Polsce w oczy jeszcze jedna inna ekskluzywność tej książki Roszkowskiego: wyklucza ona (z łac. excludere „wyłączać”) z kręgu dzieci kochanych wszystkie, które pochodzą „z laboratoryjnej hodowli”, żeby nie powiedzieć wprost „z próbówki”.

    Ja bym jednak dorzucił, że ta książka wyklucza ze społeczeństwa polskiego znacznie więcej pełnoprawnych obywateli Polski: ateistów, wyznawców innych Kościołów i religii poza polską odmianą Kościoła Rzymsko-Katolickiego, zwolenników równouprawnienia płci, czarnych (czarni związani z Black Matters są „Murzynami”, którzy „często są rasistami”), słuchaczy i fanów Beatlesów, uczniów Tadeusza Kotarbińskiego („ateista” i „czołowy Budowniczy Polski Ludowej”), egzystencjaliści (zezowaty Jean Paul Sartre), marksiści (za jego zwolennika uchodzi także Jean-Claude Juncker, przemawiający na zdjęciu z 2018 roku (tak!) w katolickiej katedrze w Trewirze na obchodach 200-lecia urodzin „ateistycznego filozofa”)…

    Przykłady wykluczeń pełnoprawnych obywateli Polski można naprawdę mnożyć. Autor chyba nie wie, co to Konstytucja RP. Uczeń też się nie dowie. Jak nie dowie się, co to pluralizm mediów.

    Nowy podręcznik? Czy aby na pewno to podręcznik?
    Przykładowa ilustracja w książce z rozdziału pt. Demokracja, dialog i populizm. (s. 248-249) Populizm charakteryzuje się w tym rozdziale jako pozytywne zjawisko, antyelitarystyczne

    Wojciecha Roszkowskiego pamiętam jeszcze jako student, na pierwszym roku w akademiku czytałem jego — wtedy nielegalną i wydaną pod pseudonimem Andrzeja Alberta — historię polski wyprodukowaną w samizdacie, na powielaczowym papierze, bez ilustracji, a drukiem przypominającym maszynę do pisania. Wolałbym zachować o nim pamięć właśnie tak. Potem stał się aktywnym politykiem i do dzisiaj takim pozostał, mimo że nie jest już posłem.

    Na kuriozum zakrawa fakt uwyraźnionej we wstępie intencji przekonania młodego czytelnika i nauczyciela (chyba, bo ten wstęp nie ma autora i adresata wymienionego wprost), że mamy do czynienia z nowoczesnym podręcznikiem: bo „powstał przede wszystkim z myślą o holistycznym podejściu do ucznia”. Może to jest prawda, mógł powstać z myślą o „holistycznym podejściu”, ale nie o samym uczniu. Tenże uczeń jest przez Autora traktowany z góry, praktycznie nie istnieje jako podmiot samodzielnie myślący i czujący, ma być urabiany przez „mniemanologię stosowaną” wujka dobra rada, który prowadzi swój wykład, a nawet coś w rodzaju pogadanki. Jej autor rzuca od czasu do czasu jakieś swoje dość idiosynkratyczne skojarzenia w postaci albo zdjęć, albo karykatur, często wywodzących się ze współczesności. To nie jest gatunkowo podręcznik, to pogadanka poglądowa, bo podręcznik powinien mieć jasno oddzielone fragmenty definicyjne (słownik!), faktograficzne (daty i nazwiska) od interpretacji możliwych (różnych, nie tylko jednej). Holistycznego podejścia nie widzę. Uczeń nie ma żadnego wyboru, bo wykład jest mętny i zawirowany.

    Na uwagę zasługuje także fakt, że autor wstępu próbuje mącić, kiedy stwierdza: „Nowoczesne sposoby nauczania już dawno odeszły od humboldtowskiego stylu lekcji frontalnej na rzecz współpracy z uczeniem w celu ewolucji wiedzy z równoczesną możliwością podjęcia debaty opartej na znajomości faktów.” (9) Humboldt w grobie musi się przewracać, jeśli dochodzi do niego, że „pruski dryl w szkole”, oraz „wykładania prawd od tablicy” są tożsame w niektórych pismach z jego szczytnym ideałem Bildung, (samo)kształcenia samodzielnego człowieka, tak jak u polskich filomatów i filaretów.

    Pytania wyodrębnione na końcu (nierównych i nieproporcjonalnych) rozdziałów są pseudopytaniami, nie zachęcają do dyskusji, debaty czy — nie daj Boże — krytyki… Literatura uzupełniająca to obowiązkowo bardzo naukowe opracowania, których często obawiałbym się polecić nawet studentom (bo za trudne), ale nade wszystko to wcześniejsze publikacje naukowe Wojciecha Roszkowskiego. Jego książki z przypisami, sprawdziłem — są pod każdym rozdziałem. Być może są tam dlatego, żeby uniknąć łatwego zarzutu skierowanego przeciwko Autorowi — powielania swoich pism; a już teraz na Twitterze pojawiły się anonimowe doniesienia o autoplagiatach Roszkowskiego.

    Układ nie jest klarowny, jest linearny, niby chronologiczny, a narracyjność polega na subiektywnych skojarzeniach autora pogadanki. To nie jest narracja na poziomie Timothy Snydera, Normana Daviesa, czy Pawła Jasienicy, w którym rozczytywałem się w liceum. Obecnie jako historyka idei nowoczesności uderza mnie także np. pojęcie ideologii używane przez Autora „HiT”, uderza użycie czysto polityczne, nie-techniczne, a do takiego jestem przyzwyczajony. Cytuję wiernie Roszkowskiego: „Wśród najbardziej popularnych obecnie ideologii politycznych należy scharakteryzować socjalizm, liberalizm, feminizm i ideologię gender, współczesną chadecję, czyli chrześcijańską demokrację, której nie należy jednak utożsamiać z chadecją sprzed lat 40 i więcej.” (19) Czy z tego wynika, że nie ma np. ideologii ultrakatolickiej? Albo nazistowskiej dzisiaj? Neopogańskiej? Albo ideologii religijnych innego rodzaju? Ideologia jest pojęciem neutralnym, jedynie w retoryce politycznej funkcjonuje w ten sposób, jak w podręczniku Roszkowskiego. Jeszcze jeden dowód, że nie jest to podręcznik i nie powinien trafić do szkół. Najważniejsze użycia krytyczne ideologii w literaturze przedmiotu można odnaleźć w odniesieniu do ideologii prawicowych.  

    Jednak konserwatyści wedle Autora to „demokratyczne, sympatyczne miśki”: „Prawdziwi konserwatyści” mieli szczytne cele: „religia, demokracja, ograniczenie interwencji państwa w życie gospodarcze.” 

    Doprawdy? Nie ma monarchistów w Polsce wśród konserwatystów? Nie ma zwolenników supremacji człowieka nad naturą?  Nazizm niemiecki to „wina socjalistów i komunistów”. No i Fryderyka Nietzschego. No może Oswalda Spenglera. Nie konserwatystów. 

    Na poważnie: zrobię wszystko, żeby mój młodszy syn za dwa lata nie dostał się w łapy takiego edukatora, jednoznacznego propagandzisty obecnej władzy, nieobiektywnego matacza. Mój syn, ale także tysiące innych dzieci innych rodziców, dla których ważna jest przyszłość Polski i świata, muszą coś wiedzieć na temat współczesnego społeczeństwa globalnego, a nie dowiadywać się tylko o tym, że Polska była najbardziej poszkodowana w II wojnie światowej. I że najważniejsi są Żołnierze Wyklęci, Jan Paweł II i matka Teresa z Kalkuty. Jednoznacznie święta, bez szemranych interesów w banku watykańskim.

    Ten podręcznik to I tom. II tom w drodze. Tego drugiego już na pewno nie kupię. Szkoda lasów…

    PS. 18 sierpnia 2022 r. Inna wersja, bardziej rozbudowana tego wpisu ukazała się w Instytucie Obywatelskim

    Tutaj także program na ten temat z moim udziałem w TV TOYA.

  • Winy Niemców

    Winy Niemców

    Czy Niemcy odpracowali swoje winy? Czy uzasadnione jest jednanie się z nimi? 

    Posłuchaj rozmowy prof. Jarosława Płuciennika z prof. dr hab. Anną Wolff-Poweską, profesor em. UAM w Poznaniu. Podcast dostępny jest na YouTube i innych modcastowych platformach, np. Spotify. Linki poniżej:

    YouTube:

    Spotify:

  • Z kim Cię widzą, tak Cię piszą? Niewola bibliometryczna a wolność badań naukowych

    Z kim Cię widzą, tak Cię piszą? Niewola bibliometryczna a wolność badań naukowych

    Symboliczna reprezentacja ekonomii prestiżu (lic. Depositphotos)

    Dzisiaj krótki komentarz wakacyjny na temat publikacji Jacka Grove w Times Higher Education o „niewoli bibliometrycznej”.

    Dwa cytaty:

    „Kiedy w zeszłym miesiącu 350 organizacji z ponad 40 krajów podpisało nowe porozumienie zobowiązujące do oceny badań w oparciu o miary jakościowe, mogli mieć nadzieję, że zamykają rozdział epoki, w której prestiż czasopism, w których publikowani są naukowcy, był postrzegany jako główny arbiter sukcesu. Ale wydaje się, że „ciężko pozbyć się starych nawyków”, jak ujął to Mark Tweddle, starszy konsultant ds. Szkolnictwa wyższego w zespole konsultingowym THEs. Ankieta przeprowadzona wśród 10 000 naukowców wykazała, że większość z nich nadal ocenia się nawzajem na podstawie postrzeganej jakości ich cytowania, […]. Rzeczywiście, jest to najbardziej wpływowy czynnik poza osobistymi interakcjami z danym uczonym, przy czym prawie połowa respondentów twierdzi, że jest to ważne. Wyniki mogą zaskoczyć tych, którzy stoją za ciągłymi wysiłkami na rzecz zmniejszenia tak zwanej „ekonomii prestiżu” w publikacjach akademickich. Ale Tweddle mówi, że może to po prostu pokazywać, że potrzeba więcej czasu, zanim zmiany zaczną przynosić efekty. Na razie, jeśli chodzi o jakość akademicką, pozornie liczy się to, z kim jesteś widziany, a nie to, co robisz.”

    „Reputacja poszczególnych badaczy została wymieniona jako główny czynnik przez 11 procent naukowców, podczas gdy 2 procent wspomniało o ogólnej reputacji uniwersytetu badacza, chociaż odpowiednio 51 procent i 11 procent wymienia te czynniki jako jakoś ważne.”

    Trzeba mieć świadomość, że to badanie zamówiło THE, które stoi też za corocznym rankingiem uczelni wg THE.

    Trudno oczekiwać zmian w świadomości badaczy, jeśli większość naukowców w Europie pewnie nie słyszało o a-bibliometrycznym porozumieniu uczelni .

    Czy władze polskiej edukacji słyszały? Czy wyciągają jakieś wnioski? Póki co opublikowano niewiele znaczące dane z ewaluacji, które będą mieć kolosalne znaczenie dla wielu uczelni i instytutów, jeśli idzie o finanse. I co?

    Na temat ewaluacji polskiej nauki pisałem już tutaj

  • Siostry dżdżownice, wzniosłość natury i empatia naukowca

    Siostry dżdżownice, wzniosłość natury i empatia naukowca

    Darwin nazywał dżdżownice naszymi siostrami? Czy uwznioślał naturę? Posłuchaj rozmowy z laureatką Nagrody KNoK PAN im. Anny Zeidler-Janiszewskiej dr Justyną Schollenberger

    Spotkanie i rozmowa z Dr Justyną Schollenberger, kulturoznawczynią i filozofką z Uniwersytetu Warszawskiego, z Zakładu Antropologii Słowa Instytutu Kultury Polskiej.

     Autorka książki Stworzenia Darwina. O granicy człowiek-zwierzę (2020). 

    Laureatka Nagrody KNoK PAN im. Anny Zeidler-Janiszewskiej (2021).

    Rozmowę prowadzi prof. dr hab. Jarosław Płuciennik

    Realizacja dźwięku mgr Eliza Matusiak

    Nagranie w Studiu Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego

    Podcast tutaj:

  • Oddźwięki życia i teatru Petera Brooka w Łodzi

    Oddźwięki życia i teatru Petera Brooka w Łodzi

    Rozmowy prof. Jarosława Płuciennika na temat spuścizny zmarłego kilka dni temu śp. Petera Brooka, genialnego twórcy teatralnego z Jolantą Sławińską-Ryszką (UŁ) i Tomaszem Rodowiczem (Teatr Chorea). Oboje znali Brooka i inspirowali się nim. Posłuchajcie:

  • Słownik ukrainizmów

    Słownik ukrainizmów

    wystawa w Miejskiej Galerii Sztuki Re:Medium w Łodzi 12.05-24.07.22,

    ul. Piotrkowska 113

    kuratorzy: Adriana Usarek, Michał Piernikowski

    Wystawa w ramach Łódź Design Festival

    Ciekawym i oryginalnym elementem wystawy są dekoracje wykonane przez Bovską, zawierające abstrakcyjne, florystyczne motywy w barwach flagi ukraińskiej, symbolizujące niebo, pokój i wolność (niebieski) oraz zboże, urodzaj i obfitość (żółty), jako że Ukraina zwana jest powszechnie spichlerzem Europy.

    Wśród zilustrowanych pojęć znalazły się te ogólnie znane z tekstów czy współczesnego języka mówionego, jak np. wataha, bohomaz, mereżka, step, ohyda, majdan, chmara, ale są i takie, których znaczenie nie jest już takie oczywiste dla każdego. Kto wie, cóż to takiego bandura, kureń, hopak? Czy powszechna jest wiedza o tym, że szarawary były w dawnych czasach elementem ludowego stroju ukraińskiego i umundurowania wojsk kozackich, albo że koromysło to drewniane nosidło do dźwigania na barkach ciężarów, zwykle wiader z wodą? Powyższe przykłady dowodzą, że zapożyczenia, powstałe w wyniku wielu przemian kulturowych, historycznych i obyczajowych, wzbogacają i ożywiają język, poszerzają jego możliwości jako narzędzia komunikacji, ekspresji i społecznej identyfikacji. Są także oznaką i potwierdzeniem istnienia kontaktów kulturowych ponad granicami krajów i języków. Należy zwrócić uwagę na wyjątkowy charakter tej edycji „Słownika”, który wynika z faktu, iż prezentowane na wystawie prace są dziełem grafików i ilustratorów pochodzących zarówno z Polski, jak i z Ukrainy. Ważne w tym projekcie jest także odwoływanie się artystów zarówno do doświadczania tych emocji, które towarzyszą każdemu człowiekowi w sytuacji zagrożenia, jak i tych, których doznajemy, gdy ogląda się przejawy okrutnej rzeczywistości z oddalenia.

    Jak widać, wiele pojęć ze „Słownika ukrainizmów” ma bogatą treść, w której zawarta jest interesująca historia. Dlatego wystawa adresowana jest do szerokiego grona odbiorców, którzy pragną poszerzyć swoją dotychczasową wiedzę na temat języka, kultury, tradycji i historii Ukrainy. 

     fragmenty tekstu do katalogu Adriana Usarek

  • Odpowiedzialność za wolność

    Odpowiedzialność za wolność

    Debata w Klubie Tygodnika Powszechnego prowadzona przez prof. Jarosława Płuciennika. Link do Maskacjusz