Kategoria: Uniwersytet i nauka

  • Filozof w więzieniu

    Filozof w więzieniu

    Dzisiaj odbyła się konferencja prasowa w Centrum Białoruskim w Łodzi poświęcona głodówce protestacyjnej Władimira Mackiewicza, filozofa białoruskiego, aktywisty i akademika, więźnia sumienia.

    Apelujemy do solidarności i wsparcia wszystkimi sposobami, między innymi podpisami pod petycją na Change.org

  • Uwolnić Myszkę Miki. Polska fika 3

    Uwolnić Myszkę Miki. Polska fika 3

    Rozmowa z Beatą Gamrowską z Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego na temat domeny publicznej i wolnego dostępu do twórczości

    Podcast tutaj
  • Potrzeba ekologii, a nie tylko ekonomii w nauce

    Potrzeba ekologii, a nie tylko ekonomii w nauce

    Potrzeba ekologii, a nie tylko ekonomii w nauce

    Co widać? Drzewo czy las? Ostatnie badania naukowych praktyk publikacyjnych

    Domek i last nad rzeką (lic. Depositphotos)

    Dwóch amerykańskich naukometrów Anthony Olejniczak i William E. Savage opublikowało kilka dni temu w PLOS ciekawe badania dotyczące ostatnich zwyczajów publikacyjnych w szeroko pojętych naukach społecznych (Savage, W. E., & Olejniczak, A. J. (2022). More journal articles and fewer books: Publication practices in the social sciences in the 2010’s. PLOS ONE, 17(2), e0263410). Najważniejszy fakt z tego wynikający: naukowcy z nauk społecznych z uniwersytetów badawczych w USA (nie mylić z propagandową nazwą „uczelnia badawcza” w Polsce) publikują coraz mniej książek i coraz więcej artykułów w czasopismach opartych na badaniach ilościowych.

    Niewiadomą są trudniejsze do zbadania zachowania w mediach: ile publikuje się blogów, mikroblogów, vlogów, podcastów…

    Jednak, tak czy owak, wyniki tych badań naukometrów wywodzących się pierwotnie z badań antropologicznych, z Badawczego Centrum Analiz Akademickich przy The Ohio State University w Columbus, USA są bardzo interesujące.

    Liczba artykułów w czasopismach naukowych publikowanych każdego roku rośnie, ale niewiele wiadomo na temat związku między wzrostem liczby artykułów w czasopismach a innymi formami rozpowszechniania naukowego (np. w książkach i monografiach). Jak stwierdzają autorzy opracowania, artykuły w czasopismach są de facto walutą oceny i prestiżu w dziedzinach nauk należących do STEM (Science, Technology, Engineering, Mathematics, czyli Nauki przyrodnicze, Techniczne, Inżynieryjne i Matematyczne). W Polsce dzisiaj po reformie Gowina wszystkie dyscypliny powinny publikować przede wszystkim artykuły. Jednak badacze społeczni od dawna często publikują książki i artykuły. Dlatego to oni stanowią dobrą grupę do zbadania większej liczby publikacji. Autorzy przebadali działalność publikacyjną pracowników amerykańskich wydziałów nauk społecznych w 12 dyscyplinach w 290 instytucjach z uniwersytetów przyznających doktoraty w latach 2011-2019. amerykańscy naukometrzy odpowiedzieli na pytania: 1) czy praktyki publikacyjne zmieniły się w taki sposób, że obecnie powstaje więcej lub mniej książek i artykułów niż w niedawnej przeszłości?; 2) czy z biegiem czasu zmienił się odsetek uczonych aktywnie uczestniczących w danym typie wydawniczym?; oraz 3) czy różne grupy wiekowe wykazują różne strategie publikacji? We wszystkich dyscyplinach liczba artykułów w czasopismach na osobę wzrosła od 3% do 64% w latach 2011-2019, podczas gdy liczba książek na osobę spadła o co najmniej 31% i aż o 54%. Młodsi piszą więcej artykułów na osobę niż inne kohorty wiekowe w ośmiu dyscyplinach. Najogólniejszy wniosek jest taki, że publikacje nauk społecznych zdominowane są przez artykuły, co upodabnia piśmiennictwo nauk społecznych do piśmiennictwa dyscyplin STEM. Przy czym nauki społeczne to wedle tych badań: Antropologia, Prawo, Ekonomia, Pedagogika, Geografia, Sprawy międzynarodowe i rozwój, Politologia, Psychologia, Publiczna administracja, Polityka społeczna, Praca socjalna/opieka społeczna, Socjologia.

    Autorzy podkreślają, że chcieliby rozszerzyć swój materiał badawczy o nietradycyjne formy komunikacji naukowej, takie jak autorstwo blogów, zinów, biuletynów, felietonów, postów na listach dyskusyjnych, występów publicznych, kompozycji muzycznych, choreografii itp. Nie wzięli też pod uwagę materiałów konferencyjnych i rozdziałów w książkach.

    Jednocześnie te badania są jakby uzupełnieniem opublikowanych wcześniej badań z 2021 roku na temat aktywności naukowej starszych akademików. (Savage, W. E., & Olejniczak, A. J. (2021). Do senior faculty members produce fewer research publications than their younger colleagues? Evidence from Ph.D. granting institutions in the United States. Scientometrics, 126(6), 4659–4686). Jak czytamy w streszczeniu, starzenie się profesorów na przełomie XX i XXI wieku (zarówno przed, jak i po zakończeniu obowiązkowej emerytury w Stanach Zjednoczonych, ok. 1994 r.) stało się źródłem zaniepokojenia niektórych badaczy i administratorów badań, którzy uważają, że „posiwienie” akademii skutkuje niższą aktywnością badawczą i spadkiem zaawansowania naukowego. Niektóre opublikowane opinie są zgodne, że programy badawcze starszych naukowców nie nadążają za programami ich młodszych kolegów, ale przedstawiono niewiele dowodów ilościowych, aby ocenić to twierdzenie. W badaniu z 2021 r. autorzy ocenili ilościowo aktywność publikacyjną starszych wydziałów w sześciu szerokich dziedzinach, porównując ich wskaźniki publikacji z młodszymi kolegami w czterech trybach rozpowszechniania wiedzy: artykuły w czasopismach, materiały konferencyjne, książki i rozdziały w książkach. Aktywność publikacyjna dotycząca kariery nie jest zgodna z wzorcem „szczytu i spadku” opisanym we wcześniejszych badaniach. W większości dziedzin wskaźniki publikacji artykułów w czasopismach nie spadają istotnie wraz z wiekiem (a w niektórych przypadkach wskaźniki publikacji artykułów są wyższe wśród starszych naukowców), wskaźniki publikacji pokonferencyjnych zwykle spadają wraz z wiekiem, podczas gdy wskaźniki publikacji książek i rozdziałów znacznie wzrastają wraz z wiekiem. Ogólnie rzecz biorąc, starsi naukowcy utrzymują poziom aktywności wydawniczej i mają tendencję do przenoszenia uwagi na rozwój i ewolucję pomysłów poprzez publikowanie prac o dłuższym formacie w postaci książek i rozdziałów w książkach.

    Dotykamy tutaj niezwykle ważnych zjawisk kulturowych: współczesna kultura cyfrowa odchodzi coraz częściej od dłuższych wypowiedzi, kultura walki o uwagę (atencjonalizm), albo kapitalizm uwagi, wymusza coraz krótsze formaty wypowiedzi i wystąpień. Co nie znaczy, że tylko one mają rację bytu. Co więcej, jak wskazują inne wypowiedzi i badania, między innymi, komentowanego przeze mnie psychologa i naukometry profesora Adriana Furnhama (Indeks świętości? Porównanie h-index Scopus i Google Scholar), większe całości książkowe są trwalsze i dają większy wpływ w postaci cytowań niż mniejsze objętościowo artykuły.

    Dodałbym jeszcze, że jeśli stracimy te większe całości w naukach humanistycznych, wpływ tego na edukację będzie także katastrofalny: większe struktury narracyjne to zdolność do dostrzegania lasów i drzew, a nie tylko pojedynczych drzew i liści.

    Ratujmy naszą zdolność do percepcji całościowej, nasz dom wymaga nie tylko spojrzenia ekonomicznego, ale także ekologicznego, całościowego, holistycznego.

  • Indeks świętości? Porównanie h-index Scopus i Google Scholar

    Indeks świętości? Porównanie h-index Scopus i Google Scholar

    Co zamiast deformy Gowina? Czy indeks świętości? Jedno i drugie jest głupie.

    Pojęcie indeksu jest abstrakcyjne i cyfrowe (fot. lic. Depositphotos)

    Wpadł mi w oko ostatnio artykuł sprzed dwóch lat prof. Adriana Furnhama z Oslo i Londynu, który jest bardzo pouczający, jeśli idzie o ocenę standardów naukowych obowiązujących w Polsce po reformie gowinowskiej. Przypomnę, że wedle tych wprowadzonych w 2019 roku standardów naukowcy wszystkich dyscyplin powinni publikować w wysoko punktowanych czasopismach wskazanych przez ministerstwo oraz przypisać się — w praktyce najlepiej do jednej — do kilku wybranych dyscyplin naukowych. Dyscypliny skatalogowano i niektóre — np. kulturoznawstwo — inaczej nazwano. Najważniejszy dla humanistów był cios w monografie naukowe, choć są po dyskusji środowiskowej w końcu bardziej dowartościowane, ale jednak nie wyżej, tylko na równi z najlepszymi publikacjami w czasopismach.

    Adrian F. Furnham to brytyjskiego pochodzenia, profesor psychologii z Oslo, który — według tych wskazanych przez ministerstwo Gowina kryteriów — ma osiągnięcia z najwyższej półki: 1117 dokumentów wykazuje Scopus, 40508 cytacji na dzień 2. lutego 2022 r., tzw. h-index: 91. Dotychczas największą gwiazdą dla mnie osobiście był niesamowity Steven Pinker, kognitywista amerykański, ale on ma h-index ledwie 48, zaś wykazanych dokumentów w Scopusie tylko 142, cytacji ledwo ćwiartkę Furnhama: 12425.

    Bardzo mnie zainteresował dorobek tego uczonego, który nie tylko jest bardzo interdyscyplinarny, ale także wielodyscyplinarny. Opublikował wiele książek i wiele artykułów — bardzo różnych — publikuje w bardzo wielu miejscach, jest niezwykle kooperujący i międzynarodowy. Można powiedzieć: niedościgły wzór do naśladowania.

    Kiedy jednak sięgnąć do jego profilu na Google Scholar, to okaże się, że jego osiągnięcia tam są jeszcze lepsze, wprost niewyobrażalne: cytowań prawie cztery razy więcej 140102, h-index dwukrotnie większy 176.

    Byłem w szoku.

    No i napisał o tym szoku profesor Furnham artykuł pt. „Czego się nauczyłem z mojego profilu na Google Scholar z h-index”, opublikowany w prestiżowym czasopiśmie specjalizującym się w naukometrii. (Furnham, A. (2020). What I have learned from my Google Scholar and H index. Scientometrics, 122(2), 1249–1254.)

    Najbardziej zaskakujące jest przede wszystkim to, że najczęściej jest cytowana jego książka pt. „Psychologia szoku kulturowego”, która w Scopusie w ogóle nie istnieje, wedle Google Scholar ma prawie 3800 cytowań. Jedna książka.

    W artykule można wprost znaleźć 8 lekcji wyprowadzonych z analizy danych Google Scholar:
    Lekcja 1: Czasopisma o dużym wpływie nie gwarantują wysokich osobistych cytowań (w ogóle).
    Lekcja 2: Innowacyjne badania są trudniejsze do opublikowania, ale (często) najczęściej cytowane.
    Lekcja 3: Publikuj dobre recenzje tak często, jak dobre artykuły, aby uzyskać jak największy wpływ.
    Lekcja 4: Książki są istotne, ale rozdziały w książkach pod redakcją są mniej cytowane.
    Lekcja 5: Artykuły, niezależnie od tego, jak dobre, pod koniec mody lub trendu, są z biegiem czasu rzadziej cytowane.
    Lekcja 6: Wybierz czasopisma ogólne z lepiej cytowanych dyscyplin, aby uzyskać jak największy wpływ.
    Lekcja 7: Nie wkładaj wszystkich jajek (artykułów) do jednego koszyka (czasopisma), jakkolwiek by on nie był dobry. Rozgłaszaj dobrą nowinę w wielu miejscach
    Lekcja 8: Jeśli chcesz mieć maksymalną liczbę cytowań, włóż wysiłek w konstruowanie poprawnych testów/miar w nowym obszarze.

    I jeszcze we wnioskach artykułu można wyczytać:

    „Niektórzy twierdzą, że nie ma znaczenia, gdzie publikujesz, jeśli artykuł jest interesujący i ważny. Ten pomysł denerwuje zbyt wielu ludzi, aby się z nim zgodzić, ale dane mogą takie sądy potwierdzać. Ten artykuł opiera się na N = 1. Ponadto jest introspektywny.” Wielu powiedziałoby, że to „stronnicza praca na absurdalnie niereprezentatywnym i maleńkim zbiorze danych”.

    Autor zachęca innych do sprawdzenia swoich danych. Co i ja czynię.

    Dodam, że w naukach humanistycznych i społecznych badanie jakościowe często polega na opisie pojedynczych przypadków, tzw. case studies, bądź wprost wywiadach z pojedynczymi ludźmi. O autoetnografii nie wspomnę. Kognitywiści także korzystają z introspekcji.

    Wydaje mi się naprawdę żenujące, że otwieranie się na świat Polski musiało mieć taki idiotyczny wymiar, jak miało to miejsce w gowinowskiej deformie, jednoznacznie jednostronny i szkodliwy dla nauk społecznych i humanistycznych. Co nie znaczy, że zmiany wprowadzone przez niejakiego Przemysława Czarnka są sensowne, w większości prowadzą one do takich absurdów, jak te ujawnione ostatnio w ocenie prorektora KUL, który proponuje jakby „indeks świętości”. Wedle profesora Sitarza KUL to najlepszy na świecie uniwersytet, bo ma najwięcej katolickich świętych, zaś inne kryteria oceny, takie jak liczka noblistów, to czysty przypadek. (zob. Ks. prof. M. Sitarz: w kategorii świętość nasza uczelnia znajduje się na czołowych miejscach listy światowej https://www.kul.pl/art_97845.html).
    Kpina z jednostronności parametrycznej oceny jest uzasadniona, niestety. Zgadzam się w tym punkcie z ks. Profesorem Sitarzem. Należy kpić z idiotyzmów. Ale w takim wydaniu, jak ostatnio na KUL, w propozycji „indeksu świętości” — doprowadza do ośmieszenia świata akademickiego i świata nauki. O tym, że chrześcijaństwu to nie pomaga, nie wspomnę. Jednak taka reakcja Czarnkowo-Sitarzowa, to jest konsekwencja wprowadzenia idiotyzmów gowinowskich — reakcja była do przewidzenia, bo świat nie znosi nierealistycznych regulacji, nieliczących się z ludźmi, praktykami, tradycjami i opiniami środowiskowymi. Odpowiedzią nie powinny być idiotyzmy jeszcze większe, tylko w drugą stronę.

    Polska miszczem Polski. No…

  • Ruina polskiej edukacji to nie jest tylko wina Czarnka, ale co, jeśli on tańczy w transie na jej gruzach?

    Ruina polskiej edukacji to nie jest tylko wina Czarnka, ale co, jeśli on tańczy w transie na jej gruzach?

    Ruina polskiej edukacji to nie jest tylko zasługa Czarnka, ale on tańczy w transie na tych ruinach (rys. Depositphotos)

    Najnowsze wieści ze świata edukacji i nauki, ze świata i Polski. Edukacja cyfrowa w Polsce? Zapomnijmy…

    Chcesz posłuchać tego artykułu, kliknij tutaj podcast pt. Polska fika na Anchor.fm.

    Jeśli chcesz obejrzeć materiał wizualny to możesz to zrobić tutaj

    Ekstatyczny taniec (fot. lic. Deposithotos)

    Mamy do czynienia z cywilizacyjną rewolucją informatyczną, która prędzej czy później dotrze także do świata edukacji. Jak donosi The Economist (29.01.2022), niedługo do kodowania informatycznego nie będzie trzeba informatyków, to już się dzieje, wszyscy możemy stać się koderami, awangardą cyfryzacji stają się obywatelscy programiści. Już wiele lat temu w 2017 r., Chris Wanstrath, współzałożyciel witryny GitHub, zadeklarował, że „przyszłością kodowania jest brak kodowania”. Nowoczesne narzędzia pozwalają każdemu na pisanie oprogramowania przy użyciu samych interfejsów wizualnych typu „przeciągnij i upuść” (bez kodu) z odrobiną kodu (niski kod). Kod jest generowany automatycznie bez wiedzy użytkownika.

    Marzenie o kodowaniu bez kodu ujawniło się już w latach 60. XX wieku. Rewolucją jednak jest teraz crowdsourcing (ilość zaangażowanych w pracę w sieci przechodzi w jakość) i możliwość pracy w chmurze. Programiści nie znikną, ale oprócz nich wyłania się zupełnie nowy obszar pracy i nowych zawodów, które będą cyfrowe, a jakże, ale niezwiązane z tradycyjną informatyką i tradycyjnym programowaniem.

    Jednak w Polsce mamy cywilizacyjne tąpnięcie, nie ma w szkołach edukacji cyfrowej, także przez złą politykę w pandemii. Jak donosi dzisiaj dziennik „Rzeczpospolita” (Anita Błaszczak): „Zdalna nauka szkodzi naszym dzieciom”.

    Oczywistością dla rodziców dzisiaj jest, że młodsze dzieci przegrywają nieudolną politykę edukacyjną zwłaszcza w pandemii ze względu na to, że uczenie się stacjonarne w klasach wzmacnia relacje między dziećmi, w związku z tym dzieci pandemii skazane są z jednej strony na osamotnienie, z drugiej na wpływy świata cyfrowego, na które polska szkoła nie uodparnia, bo nie uczy wcale poruszania się po świecie cyfrowym, edukacja cyfrowa w Polsce leży, nie są nią obecne w polskich szkolnych klasach anachroniczne elementy informatyki.

    Dominacja zdalnego nauczania wywołała duże straty edukacyjne także wśród polskich uczniów. Na świecie miało to także złe skutki (choćby w USA), jednak w Polsce sprawa wyglądać będzie jeszcze gorzej, bo dokłada się do pandemii anachroniczny system oświaty wprowadzany przez min. Zalewską i min. Czarnka: zamiast edukacji cyfrowej dzieci w szkołach zmuszane są do lektury „Chłopców z placu broni”, bo Jarosław Kaczyński pamięta ze szkoły, że taka lektura kiedyś była. Przypomnę, że politykę w Polsce przez ostatnie niemal 7 lat dyktuje cyfrowy analfabeta.

    Można przypuszczać, że dzieci poradzą sobie wielorako z tym problemem, skutkiem mogą być nie tylko niższe zarobki i wzrost nierówności. To co robi PiS z edukacją jednoznacznie prowadzi nas do prywatyzacji przestrzeni publicznej: rodzice bogaci będą posyłać do lepszych w tych okolicznościach szkół prywatnych, w których edukacja będzie wyglądać lepiej (choć też nie do końca dobrze ze względu na idiotyczne tzw. minima programowe i całą filozofię edukacji reprezentowaną przez „przedmiotowy” kierunek kształcenia).

    Ale jak wynika z badań ekspertów Fundacji Naukowej Evidence Institute (badali uczniów i tak elitarnych, bo warszawskich szkół), które cytuje Rzeczpospolita, to także uczniowie II i III klas szkół średnich, których objęło zdalne nauczanie w czasie pandemii, gorzej sobie radzą z matematyką, rozumowaniem w naukach przyrodniczych i w czytaniu ze zrozumieniem niż ich poprzednicy, którzy uczyli się stacjonarnie. Na negatywny wpływ pandemii nakłada się przygnębiająca likwidacja gimnazjów. Wiem, co to oznacza, bo mój starszy syn to przechodził. Kończy teraz ostatnią klasę licealną utworzoną specjalnie dla tych z likwidowanych gimnazjów.

    Minister Czarnek, niestety, nie ma żadnego remedium na polską edukację, jego pseudo reformy prowadzą tylko do pogłębiania cywilizacyjnych zaległości Polski. Jedyną ofertą PiS są zmiany kadrowe, usuwanie jednych i zastępowania ich drugimi, zazwyczaj mniej kompetentnymi i zaczadzonymi ultrakatolicką ideologią (vide tzw. lex czarnek w odniesieniu do kuratorów). Czas z tym skończyć, minister Czarnek musi przestać szkodzić polskim uczniom, po prostu cywilizacyjnej przyszłości Polski.

    Dalsze trwanie Czarnka na stanowisku ministra edukacji to nie tylko sprawa dzieci w szkołach, ale także studentów na uczelniach. Obyśmy nie szli drogą Turcji, w której studenci i pracownicy jednego z większych uniwersytetów w Turcji (Boğaziçi) obawiają się represji po zwolnieniu dziekanów. Jak pisze 31 stycznia 2022 r. Times Higher Education, to zwolnienie trzech wybranych dziekanów z Uniwersytetu Boğaziçi, może oznaczać ponowny atak na autonomię instytucjonalną i wolność słowa na tureckich uniwersytetach. Dymisje dziekanów mają bowiem związek ze studenckimi protestami w czasie objęcia funkcji rektora lojalisty wobec prezydenta kraju, Recepa Tayyipa Erdoğana w styczniu 2021 r.

    Jeśli nadal minister Czarnek będzie naszym ministrem od wszelkiej edukacji (na wszystkich poziomach), to edukacyjny polexit będzie się dokonywał dalej. I w końcu znajdziemy się w sytuacji takiej jak Wielka Brytania, choć kilkakrotnie gorzej, bo my nie mamy postkolonialnych zysków z USA i Commonwealth.

    John Morgan 31 stycznia 2022 pisze w Times Higher Education, że Wielka Brytania ostrzegła przed „exodusem” talentów badawczych. Unijne uniwersytety starają się przyciągnąć naukowców z Wielkiej Brytanii, ponieważ spory między Brukselą a Westminsterem opóźniają porozumienie badawcze. W tle sporu jest Protokół z Irlandii Północnej.

    Gdyby Wielka Brytania znalazła się poza Horizon Europe, jedną z głównych strat byłoby to, że naukowcy pracujący na etatach w Wielkiej Brytanii nie byliby już uprawnieni do grantów ERC – prestiżowego systemu czasami określanego jako „Liga Mistrzów badań” lub „mini -Nagrody Nobla”.

    Rządowi specjaliści UK argumentują, żeby UE szybko znalazła kompromis, ale ja nie wiem, dlaczego UE miałoby na tym zależeć: z jednej strony jest mi oczywiście przykro za moich przyjaciół w Wielkiej Brytanii, którzy nie głosowali za Brexitem, a oni mają być przez to karani brakiem grantów. Z drugiej jednak strony, wyłom w polityce względem kraju, który opuścił wspólnotę może oznaczać osłabienie jej samej. Bruksela nie powinna ustępować.

    Czy chcemy iść drogą Turcji? Czy chcemy wypaść z obiegu finansowania nauki UE? Czarnek to cywilizacyjna zapaść i bieda dla naszych dzieci.

    PS. 4 lutego Gazeta Wyborcza opublikowała zmieniony artykuł, w wydaniu elektronicznym 6 lutego.

  • Dzień Pamięci Holokaustu i tradycja

    Dzień Pamięci Holokaustu i tradycja

    Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu

  • Santa Greta i obłudnik Waszczykowski

    Santa Greta i obłudnik Waszczykowski

    Okładka Vogue Scandinavia z Greta Thunberg (2021)

    Zwariował? Chory? A może po prostu zakłamany i obłudny? Minister Witold Waszczykowski znów zabłysnął, ale słabo, jakby światłem odbitym prawdziwej gwiazdy, 18-letniej Grety Thunberg

    Jeśli chcesz posłuchać tego artykułu, kliknij tutaj

    Pamiętam, niestety, kiedy w słynnym wywiadzie w niemieckim wpływowym, choć tabloidowym „Bild” w 2016 roku minister spraw zagranicznych Polski z ramienia PiS dostał komentarz od redaktora w postaci bardzo uniwersalnego tytułu: „Czy Polacy zwariowali?”[Haben die Polen pinen Vogel?]:

    Waszczykowski powiedział wtedy: „Poprzedni rząd realizował tam specyficzny lewicowy program. Jakby świat według marksistowskiego wzorca miał się automatycznie rozwijać tylko w jednym kierunku – nowej mieszanki kultur i ras, świat złożony z rowerzystów i wegetarian, którzy korzystają wyłącznie z energii odnawialnej i walczą z wszelkimi formami religii. Ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami…”

    Wtedy traktowałem tę wypowiedź jako kuriozalną, ale jednak wynikającą z głupoty, albo zacietrzewienia ideologicznego. Inni nazywali to zaczadzeniem. Od wtedy chyba Waszczykowski nazywany jest przez niektórych Waszczem… Kiedy 10 stycznia 2017 po powrocie ze szczytu Rady Bezpieczeństwa ONZ ciągle urzędujący minister od dyplomacji wymyślił w komentarzu swoje konsultacje z ambasadorem nieistniejącego kraju, internety zawrzały radosną twórczością memową; powstała nawet strona, konto na Twitterze, flaga San Escobar… Ja wtedy, muszę to podkreślić, zachowałem wstrzemięźliwość, no bo może minister był zmęczony, albo się przejęzyczył, w końcu taka wieża Babel, jak szczyt ONZ może skołować swoją wielojęzycznością… Choć bawiło mnie szczerze to ożywienie twórczości narodu…

    No ale prawie w okrągłą rocznicę tego wydarzenia medialnego o światowym niestety zasięgu, minister Waszczykowski jakby pozazdrościł sobie tych wszechświatowego impaktu [wpływu] (New York Times, The Washington Post itp…) dzisiaj 12 stycznia 2022 po 5 latach próbował zabłysnąć przez atak na Gretę Thunberg, której karierę śledzę dość uważnie, bo interesują mnie sprawy klimatyczne i kultura Szwecji. No i interesuje mnie status nauki w społeczeństwie.

    I na razie te zasięgi na Twitterze minister ma takie sobie. No bo sam ćwierk ministerialny jest dość kiepskiej jakości i urody — Greta Thunberg straszy tam głównie karykaturą i gniewiem na twarzy, jest też mała tabelka z kwietnia 1975 r. z Newsweeka oraz wycinki z Time, głównie okładki z 1973 oraz 1979. Towarzyszy temu nieudolnemu kolażowi tekst: „Dziś straszy nas Greta. Wiadomo czym. Ale … 40-50 lat temu zakładano nadejście epoki lodowcowej. Może lepiej „Nie patrz w górę”

    Fot. twittera z konta publicznego Ministra Waszczykowskiego, godzina 3:14 (12.01.2022) JP

    Ok. 16:00 ćwierć setki cytowań i 67 polubień.

    Fragmenty komentarzy po nocnym ćwierku pana ministra… (zdj. JP)

    Słabo panie ministrze. W sytuacji, kiedy mamy szczyt w czwartek w Wiedniu z udziałem Kremla, kiedy kiepsko na granicy Ukrainy z Rosją i Polski z Białorusią (też jakby Rosją), kiedy na Bałkanach także niepokoje i Kazachstan, pan atakuje Gretę Thunberg i zgodne twierdzenia naukowców klimatycznych o nadciągającej katastrofie klimatycznej? (Dzisiaj jest konsens, w latach 70-tych nie było zgody, co do kierunku zmiany… tylko trzeba trochę poczytać źródeł…)

    Mam zatem pytanie, w jakim celu Pan to robi? Daleki jestem od oskarżania Pana, ciagle daleki jestem od konkluzji narzucającej się wielu, że Pan jest po prostu głupi. Nie będę też sugerował, jak niektóre twitty, zwłaszcza po pana wpadce porannej w radiu Zet, że to tzw. #alkotweet zdarzający się zwłaszcza nocami i wczesnym rankiem ludziom mającym problem z uzależnieniem. Jednak muszę skomentować kompletne pana niezrozumienie przesłania filmu „Nie patrz w górę”. Ta ostatnia fenomenalna produkcja jest właśnie o tym, że idiotom media przeżarte korupcją i chciwością wmawiają, napędzane przez polityków takich jak Donald Trump — w obliczy zbliżającej się komety i katastrofy Ziemi — „nie patrzcie w górę”, taki będzie nasz znak rozpoznawczy… chowamy głowę w piasek, nie patrzymy na widoczną gołym okiem zbliżająca się kometę-katastrofę… takie jest przesłanie tego filmu. Więc, co chciał Pan przez tego twitta powiedzieć?

    A może po prostu jest pan ciągle pracownikiem MSZ odwracającym uwagę od naszych „negocjacji” z OBWE? A może jest pan ciągle w „służbach”? Może przykrywa Pan sprzedaż prorosyjskim węgierskim firmom Lotosu? A może jest pan zazdrosny, że nie podsłuchują pana Pegasusem… Może jednak pana przeceniam?

    Wydaje się jednak, że przemawia przez Pana po prostu obłuda. Jesteście państwo w stanie wszystko powiedzieć, czego wymaga od państwa partia i jej tzw. linia. Ta obłuda każe także mówić ministrowi Czarnkowi o „świętym obowiązku” państwa polskiego centralizowania polskiej edukacji… no, święty obowiązek… słuchania Jarosława Kaczyńskiego, który upodobnił się już na starość w zupełności do wzorów swojej młodości, to jest do Władysława Gomółki. Wystarczy mieć tylko trochę wzroku i słuchu, żeby rozpoznać te wzorce.

    A że przy okazji ludzie może zapomną o 5 rocznicy powstania San Escobar? Santa Lucia… Santa Greta… Greta pragnie skończyć z obłudą, zakłamanego mówienia bez działania… nauki bez praktycznego wprzęgnięcia jej w naszym życiu… „bla bla bla” — to są święte słowa… Greta Thunberg. Amen.

    PS. Edycja 13 stycznia 2022. 12 stycznia zmieniony artykuł ukazał się w GW .

  • Brexit uderza w uniwersytety brytyjskie

    Brexit uderza w uniwersytety brytyjskie

    Miś Paddington mówi do widzenia…

    LONDYN, WIELKA BRYTANIA – 4 LISTOPADA 2014: Rzeźba fikcyjnej dziecięcej postaci Misia Paddingtona autorstwa Michaela Bonda – znajdująca się na stacji Paddington w Londynie. Jest to jeden z 50 projektów rozmieszczonych w całym tym mieście przez dwa końcowe miesiące z okazji premiery filmu „Paddington”.

    Jak donosi Times Higher Education 6 stycznia 2022, brytyjskie uniwersytety zaczynają wołać: „tęsknię za Tobą Polaku”… To wynik „Brexitu”, czyli wyjścia UK z Unii Europejskiej i wypadnięcia Zjednoczonego Królestwa z międzynarodowej wymiany studentów w Europie. Teraz, żeby studiować w UK, trzeba zapłacić takie same opłaty, jak dawniej płacili kandydaci spoza wspólnoty (dawniej studenci polscy płacili obniżone czesne dla członków UE, jak również mogli starać się o zdobycie stypendium).

    Charakterystyczne, że komentator THE, Simon Baker akcentuje, że teraz trzeba być naprawdę bogatym, żeby tam studiować. Innym czynnikiem zmniejszającym ilość studentów z Polski jest procedura wizowa. Kandydatów z Polski obowiązuje normalna procedura wizowa, bo UK wypadło ze strefy Schengen. Oczywiście, obniżenie ilości studentów z Unii w UK nie dotyczy wyłącznie Polaków, ale łącznie podaje się dwie grupy: Polaków i Rumunów.

    THE podaje statystyki wskazujące na mniejszą ilość wiz z UE, zaś statystyki z organizacji zajmującej się rekrutacją na studia w UK UCAS*, pokazujące studentów przyjętych na kursy, mówią podobną historię: w tym roku wzięło udział prawie 1100 studentów z Polski i Rumunii, w porównaniu z blisko 6000 w 2020 roku.

    W przeciwieństwie do tego, zatwierdzone wizy dla studentów z krajów zachodnioeuropejskich, takich jak Francja, Niemcy i Hiszpania, sugerują, że liczby są lepsze w porównaniu z zapisami przed Brexitem: prawie 10 000 wiz zostało przyznanych tylko obywatelom tych trzech krajów.

    Bogatych ciągle stać na studia w UK. Biedniejsi będą musieli pewnie znaleźć sobie inne kraje, może także anglojęzyczne, albo dostarczające kursów w języku angielskim (Irlandia, Skandynawia, Niderlandy). Ciekawe, że w UK panuje przekonanie, że jeśli ktoś z Polski czy Rumunii studiuje w UK, to jest niezwykle utalentowany, ale na pewno biedny. To nie musi odpowiadać rzeczywistości, bo na pewno są to przedsiębiorczy ludzie, ale pewnie także z przedsiębiorczymi rodzicami i chyba jednak nie najbiedniejszych rodzin w Polsce.

    Widać jednak nostalgię za talentami z Polski, sam tytuł opracowania jest alarmujący: W Wielkiej Brytanii „brakuje talentu” w związku z gwałtownym spadkiem rekrutacji w Europie Wschodniej. Podtytuł dodaje: Dane sugerują, że tylko jedna dziesiąta poprzednich uczestników z niektórych krajów otrzymała wizę na studia.

    Teraz jeszcze brakuje, żeby polskie uniwersytety zerwały relacje z krajami Unii Europejskiej i jesteśmy w trzecim świecie. Choć i tak w nim będziemy, kiedy minister Czarnek wprowadzi #lexczarnek oraz HiT, czyli uderzenie w wolne społeczeństwo obywatelskie, bo zlikwiduje on praktycznie przedmiot „Wiedza o Społeczeństwie”…

    I tak to Polska w trybie przyśpieszonym (kilka lat to nie jest dużo) degraduje się cywilizacyjnie… Standardy coraz bardziej będą przypominać te z dawnej „żelaznej kurtyny”, czy też „zza Łaby”, „po drugiej stronie muru”… Bolesne.

    *The Universities and Colleges Admissions Service to organizacja z siedzibą w Wielkiej Brytanii, której głównym zadaniem jest obsługa procesu aplikacyjnego na brytyjskie uniwersytety. Działa jako niezależna organizacja charytatywna, finansowana z opłat pobieranych od kandydatów i uniwersytetów, plus dochody z reklam, i została utworzona w 1992 roku z połączenia byłego systemu przyjęć na uniwersytety UCCA i poprzedniego systemu przyjęć na politechniki PCAS.

    PS. 7 stycznia 2022 Gazeta Wyborcza opublikowała zmieniony artykuł pt. Polska w trybie przyśpieszonym degraduje się cywilizacyjnie

  • Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Pegaz na niebie (lic.. Depositphotos)

    Laboratorium obywatelskie, kultura i pegaz, tudzież co z tego wynika dla edukacji oraz dla ministra Czarnka osobiście

    Kulturoznawstwo, badania nad kulturą, czy też nauki o kulturze i religii mogą wielu kojarzyć się z pięknoduchostwem, chodzeniem do teatru czy też badaniem aktywności kulturalnych, utożsamianych z rozrywką. Kultura i kultura cyfrowa mają bezpośrednie przełożenie na nasze życie całkiem realnie, niekoniecznie rozrywkowo. Zwłaszcza we współczesnym zdigitalizowanym świecie. Dlatego coraz częściej potrzebne są badania interdyscyplinarne, które łączą wiele refleksji i obszarów. I potrzebna jest też taka wielodyscyplinarna edukacja na wielu poziomach. 

    Świetnie to widać w ostatnich historiach związanych z symbolem Pegaza. Kiedyś był on w starożytnej Grecji skrzydlatym koniem, jego imię czasami wywodzono nawet od „boga pioruna”. Kojarzył on się poza tym z mitem mówiącym, iż tam gdzie kopyto Pegaza uderzy, tam powstaje źródło. Potem przez wieki był to synonim natchnienia poetyckiego. Kiedyś w Polsce kultowego charakteru nabrał telewizyjny magazyn kulturalny, program publicystyczny w dawnej TVP pt. Pegaz (powstał w 1959 r.). Dzisiaj Pegasos przywołuje na myśl przede wszystkim system szpiegujący, Pegasus, który faktycznie kojarzy się z otwieraniem źródeł, jednak nie wody, ani natchnienia, tylko informacji. Bo Pegasus jest bardzo niebezpiecznym narzędziem pozwalającym inwigilować urządzenia mobilne głównie korzystające z systemów iOS oraz Android (inwigilacja, to nie to samo co podsłuch). Zainfekowane smartfony stają się uszami i oczami szpiegującymi wszystko co naokoło. A my mamy go przy sobie 24 godzin 7 dni w tygodniu. Bo ludzie śpią ze smartfonami. Nie tylko z żonami, mężami, kochankami, parter(k)ami. 

    „Citizen Lab”, czyli w wolnym tłumaczeniu „laboratorium obywatelskie” zostało założone na Uniwersytecie w Toronto, aby badać zagrożenia wynikające z dominacji kultury cyfrowej dla demokracji. Można powiedzieć, że współczesna kultura cyfrowa umożliwia rażące naruszenia praw człowieka: wystarczy tutaj na przykład przypomnieć, że przed koszmarną egzekucją Dżamala Chaszukdżi, m.in. dziennikarza the Washington Post, był on wedle ustaleń Business Insider szpiegowany przy użyciu Pegasusa przez saudyjskie służby, te same, które go potem bestialsko zamordowały. (Perper, R.  Edward Snowden: Israeli spyware was used to track and eventually kill Jamal Khashoggi. Business Insider 9.11.2018)

    Citizen Lab, które teraz jest często cytowane jako źródło informacji o inwigilacji polskiej opozycji (Sławomir Nowak, adwokat Roman Giertych, senator Krzysztof Brejza) oraz polskich funkcjonariuszy publicznych (prokurator Ewa Wrzosek) zostało założone przez profesora Ronalda Deiberta przy Szkole Spraw Globalnych i Polityki Publicznej Munka na Uniwersytecie w Toronto. Profesor Deibert jest autorem kilku książek m.in. „Black Code: Surveillance, Privacy and the Dark Side of Cyberspace”; „Parchment, Printing, and Hypermedia” czy „Reset: Reclaiming the Internet for Civil Society”. Jego wpływ na badanie kultury cyfrowej i demokracji jest spory, jeśli liczyć ilość cytowań i występowanie w mediach. Zasiada także w radach redakcyjnych wielu czasopism naukowych. Był nagradzany m.in. za rozpoznanie i łagodzenie „rosnących zagrożeń dla praw do komunikacji, otwartości i bezpieczeństwa na całym świecie”. 

    Z jego badań i publikacji wynika, że kultura cyfrowa łączy zwykłego obywatela z dziennikarstwem. Deibert zajmuje się kulturami dziennikarstwa i kulturą informacji. 

    Profesor Deibert pisze: 

    „Aby przywrócić liberalną demokrację, będziemy potrzebować całkowitej zmiany naszego stylu życia. To oczywiście nie będzie łatwe i nie stanie się z dnia na dzień. Będą się temu przeciwstawiać ogromne siły społeczne, gospodarcze i polityczne. Potrzebna jest zatem kompleksowa strategia długofalowych reform, rozciągająca się od tego, co osobiste do politycznego, od lokalnego do globalnego. Musimy nauczyć się traktować nasze środowisko informacyjne w taki sam sposób, w jaki mamy nadzieję traktować nasze środowisko naturalne — jako coś, nad czym sprawujemy zarząd i wobec czego zachowujemy się w duchu ostrożności i powściągliwości. Jeśli oszczędzanie energii jest rozsądne, oszczędzanie danych może być również rozsądne. Jednocześnie musimy rozwijać systemy edukacji publicznej, w których podstawą jest umiejętność korzystania z mediów, etyka, etykieta i tolerancja.

    W sferze politycznej i prawnej obywatele muszą uzyskać prawo do wiedzy, co firmy i rządy robią ze wszystkimi danymi osobowymi, które tak wytrwale gromadzą.” (Deibert, R. J. (2019). Three Painful Truths About Social Media. Journal of Democracy, 30(1), 25–39.)

    Proponuję, aby minister Czarnek zamiast wprowadzania przedoświeceniowych form wiedzy do szkół (tzn. zabobonów i spiskowych teorii dziejów w nauczaniu historii, np. oświecenia) zaczął intensywnie pracować nad edukacją cyfrową na wszystkich poziomach: od przedszkola po szkoły wyższe. Potrzebne nam są kultury cyfrowe, także kultura bezpieczeństwa cyfrowego. Naukowcy uznają kulturę bezpieczeństwa za jeden z najważniejszych czynników wpływających na zachowanie jednostek w dzisiejszym cyfrowym świecie. Kultura bezpieczeństwa „składa się ze wspólnego wzorca wartości, modeli mentalnych i działań, które są przedmiotem wymiany między pracownikami jakiejś organizacji wpływając na bezpieczeństwo informacji.” Jednak, jak pisze prof. Deibert, kultura bezpieczeństwa może również wykraczać poza organizacje, a różnice w kulturze można zaobserwować między zawodami. Autor podjął kilka badań na przykład nad zawodem dziennikarza i kulturami dziennikarskimi. 

    Nawet jeśli sporo pisano na temat kultur dziennikarskich, czy też na temat kultury w dziennikarstwie, to nie zastanawiano się nad wpływem tych kultur na bezpieczeństwo, kulturę bezpieczeństwa. Z badań Kanadyjczyka wynika, że podstawową rolę także w przyszłości będzie pełniło jakościowe dziennikarstwo, nie media społecznościowe i dziennikarstwo obywatelskie. Na pewno one nie przestaną istnieć, jednak żeby przeciwstawić się „drodze do zniewolenia” powszechnego przez autorytaryzmy, potrzebna jest silna edukacja oraz silne, dobrze opłacane dziennikarstwo jakościowe. „Jak odróżniać dobre dziennikarstwo od teorii spiskowych”, to powinien być jeden z celów nowoczesnej edukacji.

    Obawiam się jednak, że minister Czarnek nie tylko nie posłucha moich rad. On jeszcze bardziej się utwierdzi w tym, że kaganek oświaty jest jego wrogiem. Dlaczego taki wstecznik, zabobonnik i nienawistnik jest tak wysoko postawionym konstytucyjnym ministrem? Ano dlatego, że ten rząd jest antydemokratyczny i antywolnościowy. Temu rządowi nie zależy na edukacji Polaków. Afera z inwigilacją (nie tylko podsłuchami) opozycji politycznej w Polsce nie jest wypadkiem przy pracy. Udało się ujawnić tę aferę, dzięki międzynarodowej współpracy świata akademickiego ze społeczeństwami obywatelskimi.

    Nie mam złudzeń: atak na TVN nie jest przypadkowy, nie miał niczego przykrywać, był prawdziwym zamachem na niezależne dziennikarstwo. Ataki nie ustaną. Zaś Minister Czarnek nie wprowadzi naszej edukacji na salony współczesności — on nas cofnie do średniowiecznego krużganka… Świadczy o tym jego flagowy projekt wciskania kitu, czyli propagandy, który marketingowo został nazwany HiT (Historia i Teraźniejszość). Jest on w istocie uczeniem prawd objawionych PiS i IPN po to, żeby wyrugować wychowanie obywatelskie w postaci WoS. Teraźniejszości tam tyle, ile kot napłakał. Tylko moich synów jakoś mi żal, bo ich ten projekt także dotknie… i w tym momencie mój żal zamienia się w gniew…

    PS. 1 stycznia 2022 artykuł zmieniony ukazał się w Gazeta Wyborcza