Blog

  • Cenzura czy wrażliwość? Adam Szetela o kryzysie wolności literackiej

    Cenzura czy wrażliwość? Adam Szetela o kryzysie wolności literackiej

    Szetela, Adam. That Book Is Dangerous!: How Moral Panic, Social Media, and the Culture Wars Are Remaking Publishing. The MIT Press, Cambridge, Massachusetts 2025.

    📚 Cenzura od wewnątrz?

    W 2025 roku nakładem MIT Press ukazała się książka Adama Szeteli That Book Is Dangerous!: How Moral Panic, Social Media, and the Culture Wars Are Remaking Publishing. To jedna z najważniejszych prób opisu mechanizmów autocenzury w świecie literatury. Szetela analizuje amerykański rynek wydawniczy – największy i najbardziej wpływowy na świecie – i pokazuje, w jaki sposób media społecznościowe oraz moralne paniki kształtują decyzje edytorskie.

    🎯 Główna teza

    Szetela przekonuje, że dobrze zamierzone działania na rzecz różnorodności (m.in. wprowadzanie sensitivity readers) przyczyniły się do powstania systemu kontroli ideologicznej. Choć historyczne podstawy tych działań są realne i uzasadnione (np. w 1985 roku tylko 18 z 2 500 amerykańskich książek dla dzieci zostało napisanych lub zilustrowanych przez czarnych twórców), to obecnie skutkiem jest homogenizacja literatury, autocenzura i wykluczanie niepokornych głosów.

    📉 Dane z rynku USA

    • 2 452 tytuły – tyle książek próbowano ocenzurować w amerykańskich bibliotekach w 2024 roku (wzrost niemal czterokrotny od 2020).
    • Morals clauses – coraz powszechniejsze klauzule w umowach autorskich pozwalają wydawnictwom zerwać kontrakt z autorem, którego zachowanie wywoła kontrowersje.
    • Media społecznościowe – oburzenie i moralny gniew stają się „walutą” rynku literackiego, często przesądzając o losach książki jeszcze przed jej premierą.

    🌍 Perspektywa międzynarodowa

    Choć diagnoza Szeteli ma charakter amerykocentryczny, wiele zjawisk ma swoje odpowiedniki w Europie i Polsce. I perspektywa chyba jednak jest już historyczna, nie odnosi się do najnowszych posunięć administracji Donalda Trumpa, zmierzającego w zupełnie inną stronę.

    🇬🇧 Wielka Brytania

    • Edycje klasyków: w 2023 roku głośna była sprawa przeredagowania książek Roalda Dahla i Iana Fleminga. Wydawcy usunęli fragmenty uznane za obraźliwe, co wywołało debatę o granicach „aktualizacji języka” w literaturze.
    • Trigger warnings: nawet 1984 Orwella otrzymało ostrzeżenie o „seksizmie i rasizmie” na jednej z brytyjskich uczelni.

    🇩🇪 Niemcy

    • Debata wokół literatury dla dzieci (np. Pippi Pończoszanki) koncentruje się na usuwaniu rasistowskich określeń. Wydawcy często decydują się na zmiany językowe, ale istnieje też silny nurt obrony oryginalnych tekstów jako świadectwa historycznego.

    🇵🇱 Polska

    Polski kontekst różni się zasadniczo od amerykańskiego.

    • Cenzura polityczna i instytucjonalna: w ostatnich latach obserwujemy próby wycofywania książek z listy lektur szkolnych pod naciskiem Ministerstwa Edukacji lub samorządów. Głośne były przypadki usuwania lektur uznanych za „ideologiczne” (np. książek Olgi Tokarczuk ).
    • Presja ze strony środowisk religijnych i konserwatywnych: nagonki medialne na autorów piszących o seksualności czy tematach LGBT (np. Jakuba Żulczyka, Michała Witkowskiego).
    • Brak instytucjonalnych „sensitivity reads”: w przeciwieństwie do USA czy Wielkiej Brytanii, w Polsce – o ile mi wiadomo — nie rozwinęła się jeszcze formalna praktyka zatrudniania czytelników wrażliwościowych. Konflikt o literaturę koncentruje się bardziej na osi konserwatyzm–liberalizm i dotyczy ingerencji państwa oraz presji politycznej, a mniej – presji progresywnej społeczności online.

    🧭 Wnioski porównawcze

    • W USA i Wielkiej Brytanii głównym źródłem autocenzury jest liberalna presja progresywna wspierana przez media społecznościowe. Tak było do czasów Donalda Trumpa. Ale nawet wcześniej w niektórych stanach zdarzały się ingerencje cenzorskie (zob. tabela poniżej)
    • W Polsce i w niektórych krajach Europy Środkowo-Wschodniej to raczej konserwatywna cenzura polityczna i religijna kształtuje przestrzeń literacką.
    • Niemcy plasują się pośrodku – z jednej strony praktykują „oczyszczanie języka” w literaturze dziecięcej, z drugiej utrzymują tradycję obrony tekstu jako źródła historycznego.

    📌 Podsumowanie

    Książka Adama Szeteli trafnie diagnozuje mechanizmy cenzury od wewnątrz w USA, jednak jej amerykocentryzm oraz historyczna perspektywa ogranicza jej aktualność. W Polsce czy Europie Środkowo-Wschodniej konflikt wokół książki przybiera inne formy – bardziej związane z polityką państwową, naciskami konserwatywnymi i kontrolą instytucjonalną. To porównanie pokazuje, że o ile mechanizmy moralnych panik i autocenzury są wspólne, o tyle ich źródła i wektory nacisku różnią się znacząco w zależności od kontekstu kulturowego i politycznego.

    🧾 Bibliografia

    Wg The Guardian w USA cenzurowane jest szczególnie uporczywie 20 tytułów.

    Autor i tytułPowody cenzury w USAZakazy w innych krajach
    Margaret Atwood – Oryx and Crake„Gender fluidity”, narkotyki, treści seksualne (Utah, Teksas)–
    J.K. Rowling – Harry Potter„Promocja okultyzmu i czarów” (Michigan 1999, Tennessee 2019)Szkoły katolickie (Polska, Filipiny)
    Rupi Kaur – Milk and HoneyPrzemoc seksualna; najczęściej banowany tomik 2022–23–
    Khaled Hosseini – The Kite RunnerPrzemoc, gwałt, homoseksualność; wycofany w szkołach Departamentu Obrony (2024)Afganistan (film, 2007)
    George Orwell – Nineteen Eighty-FourKwestionowana w szkołach; zakazy w Teksasie i na Florydzie (2024)ZSRR (do 1988), Chiny (cenzura)
    Salman Rushdie – The Satanic VersesProtesty religijne, bluźnierstwoIndie, Pakistan, Bangladesz, Sudan, Sri Lanka, Wenezuela
    Toni Morrison – The Bluest EyePrzemoc seksualna wobec dziecka; zakazana w 29 dystryktach (2022–23)–
    Marjane Satrapi – Persepolis„Drapieżny język i obrazy”; zakazy w Illinois, Alaski, Iowa, WisconsinIran, czasowo Liban
    Ma Jian – China DreamKrytykowana jako „antychińska propaganda”Chiny, Hongkong (brak wydawców)
    Vladimir Nabokov – LolitaPedofilia, „pornografia”; zakazy w szkołachFrancja, UK, Argentyna, RPA (lata 50.–60.)
    Jodi Picoult – Nineteen MinutesNajczęściej banowana książka w USA (98 zakazów); opis strzelaniny w szkole–
    D.H. Lawrence – Lady Chatterley’s Lover„Obsceniczna” – powraca w dyskusjach szkolnychUK (proces 1960), wcześniej USA
    Jay Asher – Thirteen Reasons Why„Gloryfikacja samobójstwa nastolatków” po emisji serialu (2017)–
    Arystofanes – LysistrataZakaz pocztowy (Comstock laws, do 1954)Grecja (okupacja, junta 1967)
    Angie Thomas – The Hate U GivePrzekleństwa, narkotyki, seks, krytyka policji–
    John Cleland – Fanny Hill„Treści obsceniczne”, erotyka – sporadyczne zakazyUK (XVIII–XX w.), USA (XIX w.)
    Roald Dahl – The Witches„Promocja okultyzmu”, mizoginia („czarownice to kobiety”)UK (wersje poprawione 2023)
    Bret Easton Ellis – American PsychoOgraniczona do dorosłych; przemoc i seksAustralia (Queensland, do 2015), Niemcy (sprzedaż shrink-wrap)
    Margaret Atwood – The Handmaid’s TaleAntyreligijna, seksualność; zakazana w 67 dystryktachIran i inne kraje autorytarne
    Kurt Vonnegut – Slaughterhouse-Five„Wulgarny język, niemoralność, antychrześcijańska” – zakazy w Teksasie i na Florydzie (2024)ZSRR; palona w USA (Dakota Płn., 1973)

    Ps. Edytowano fragmenty o braku odniesienia w książce Szeteli do najnowszych posunięć cenzorskich Donalda Trumpa. 24.08.25

    PS. Edytowano tabelę na końcu. 25.08.25

  • Kiruna – miasto, które przenosi swoją duszę dla biznesu

    Kiruna – miasto, które przenosi swoją duszę dla biznesu

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    W Kirunie w Szwecji przeniesiono 113-letni kościół, co stało się ważnym symbolem kulturowym oraz testem inżynieryjnym. Uroczystość, w której uczestniczył król, podkreśliła związek między religią a tożsamością lokalną. Przeniesienie było konieczne z powodu działalności kopalni, łącząc historię, społeczność i pragmatyzm ekonomiczny.

    Kościół w Kirunie podczas zimy (lic. Depositphotos)

    W szwedzkiej Kirunie dokonano niezwykłego wyczynu inżynierskiego, który stał się zarazem potężnym symbolem kulturowym: przeniesiono cały kościół aż o 5 km. Nie była to symboliczna odbudowa czy rekonstrukcja, lecz technicznie precyzyjna operacja, która przesunęła 113-letnią, drewnianą świątynię do nowego centrum miasta. To wydarzenie miało zarówno charakter lokalny, jak i narodowy (a nawet międzynarodowy, bo media na całym świecie pokazywały majestatyczną podróż budynku). Obecność króla, formalnego zwierzchnika Kościoła Szwecji, uświetniła uroczystość, stając się znakiem, że nawet w jednym z najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw świata szacunek dla tradycji i instytucji religijnych jest głęboko zakorzeniony.

    Ta historia otwiera ciekawą perspektywę kulturoznawczą. Szwecja uchodzi za kraj, w którym religijność jest prywatna, niemal niewidoczna w sferze publicznej. A jednak, gdy chodzi o dziedzictwo, wspólnotę i tożsamość, religijny budynek staje się symbolem ciągłości. Jedna ze starszych mieszkanek Kiruny, obserwując operację, zażartowała: „Man kanske blir religiös nu” („Może człowiek teraz stanie się religijny”). [cyt. za Dagens Nyheter] To zdanie celnie oddaje zmianę perspektywy: wartość sakralna zostaje tu uznana nie ze względu na dogmat, a z uwagi na jej rolę w budowaniu wspólnotowej pamięci.

    Przeniesienie kiruńskiej świątyni to opowieść nie tylko o pamięci i tradycji, lecz także o kompetencjach inżynierów i organizatorów. Szwedzi potrafią uczynić z przedsięwzięcia technicznego prawdziwe wydarzenie cywilizacyjne, które łączy historię, wspólnotę i przyszłość. Obraz ten jest niemal archetypiczny: pragmatyczny naród, dla którego praca i organizacja mają status etyczny, łączy siły z inżynierami realizującymi zadania, które wydają się niemożliwe.

    Warto również dodać, że za tym symbolicznym gestem kryje się pragmatyczna konieczność. Kiruna to miasto górnicze, a gigantyczna kopalnia rudy żelaza pod nim jest siłą napędową lokalnej i narodowej gospodarki. Konieczność przeniesienia historycznej świątyni wynika z tego, że kopalnia musi działać, a jej rozwój zagraża stabilności gruntu pod starą częścią miasta. Przenosiny to więc nie kaprys, lecz cena, jaką społeczeństwo musi zapłacić za utrzymanie dobrobytu. Za troską o dziedzictwo kryje się bolesne uznanie priorytetu biznesu i ekonomii.

  • Demokracja i autonomia uniwersytetów w obliczu testów na obywatelstwo (przypadek testów w Szwecji i Polsce)

    Demokracja i autonomia uniwersytetów w obliczu testów na obywatelstwo (przypadek testów w Szwecji i Polsce)

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    W Szwecji trwa spór dotyczący testu na obywatelstwo, który budzi kontrowersje w akademickich kręgach. Krytycy argumentują, że może on służyć do selekcji, a nie integracji. Dyskusja wskazuje na fundamentalne pytania o tożsamość obywatela oraz granice współczesnej demokracji, widoczne także w innych krajach.

    W Szwecji trwa spór, który na pierwszy rzut oka wydaje się techniczny, ale w istocie dotyka jednego z najważniejszych pytań współczesnej demokracji: kto i na jakich zasadach staje się obywatelem. Rząd w Sztokholmie zlecił dwóm prestiżowym uczelniom – Uniwersytetowi w Sztokholmie oraz Uniwersytetowi w Göteborgu – opracowanie testu dla osób ubiegających się o obywatelstwo szwedzkie. Inicjatywa ta, opisana niedawno przez Dagens Nyheter (link tutaj), wywołała jednak gwałtowną krytykę środowisk akademickich. Uniwersytety nie tylko wskazują na trudności praktyczne i administracyjne, ale podkreślają również, że ich rola nie polega na byciu instrumentem polityki tożsamościowej państwa. Ich rolą jest badanie i edukacja. W tle sporu widać zatem pytanie zasadnicze: czy test obywatelski jest narzędziem inkluzji i wspólnotowego uczenia się, czy raczej formą selekcji, która ma wyznaczać granice „prawdziwej” szwedzkości.

    Dyskusja ta nie jest odosobniona. W wielu krajach, w tym w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Danii, wprowadzono już testy sprawdzające znajomość języka, wiedzę o społeczeństwie i podstawowe fakty historyczne. Zwolennicy podkreślają, że daje to jednolite kryteria i motywuje do nauki języka oraz zrozumienia instytucji państwa. Krytycy odpowiadają, że obywatelstwo zostaje w ten sposób zredukowane do formalnego egzaminu, który może bardziej wykluczać niż integrować. Szczególnie mocno wybrzmiewa zarzut, że „test na szwedzkość” ma wymiar polityczny – nie tylko język, lecz także zestaw wartości, tradycji czy kulturowych symboli zostaje zdefiniowany przez władzę jako miara „prawdziwego” obywatela.

    Co więc miałoby znaleźć się w takim teście? Z pewnością język szwedzki na poziomie umożliwiającym codzienną komunikację. Dalej – wiedza o społeczeństwie, czyli znajomość podstawowych praw i obowiązków, struktury państwa i zasad demokracji. Do tego dochodzą elementy historii, tradycji i kultury, od najważniejszych wydarzeń dziejowych po takie drobiazgi jak rola swoistej instytucji społecznej, jaką jest np. „fika” w codziennym życiu. Takie imponderabilia symbolizują wartości wspólnotowe. Wreszcie, coraz częściej pojawiają się postulaty sprawdzania lojalności wobec wartości demokratycznych i zasad równości – choć te budzą największe kontrowersje, bo trudno je mierzyć obiektywnym testem. A przecież dla wielu jest to absolutnie kluczowe.

    Przenosząc tę debatę na grunt polski, łatwo sobie wyobrazić podobny dylemat. Jak wyglądałby test „na polskość”? Z pewnością obejmowałby znajomość języka polskiego, w mowie i piśmie. Tu jednak pojawia się poważny problem: czy można stworzyć jeden test dla wszystkich kandydatów, niezależnie od ich językowego zaplecza? Choć znajomość języka wydaje się mierzalna, to sprawność komunikacyjna wygląda odmiennie w zależności od tego, jaki jest język ojczysty imigranta. Inne trudności napotyka natywny użytkownik języka chińskiego, gdzie system tonalny i brak fleksji tworzą barierę na poziomie wymowy i gramatyki; inaczej radzi sobie Fin, którego język ojczysty jest bliski strukturze aglutynacyjnej, a jeszcze inaczej Niemiec, który ma doświadczenie z językiem fleksyjnym i podobnym alfabetem. Poprawność wymowy, akcentu czy fleksji w polszczyźnie nie będzie więc rozkładać się równomiernie – dla jednych barierą będą końcówki deklinacyjne, dla innych głoski szeleszczące i zbitki spółgłoskowe. Wymaga to namysłu, czy jeden uniwersalny test rzeczywiście oddaje kompetencje językowe w sposób sprawiedliwy i czy nie prowadzi do niezamierzonych nierówności.

    Polski test powinien zawierać także elementy wiedzy o ustroju państwa: jak funkcjonuje parlament, samorząd, system prawny. Nie mogłoby zabraknąć historii – od Konstytucji 3 maja, przez rozbiory i walkę o niepodległość, po doświadczenia XX wieku. Do tego podstawowe tradycje kulturowe i symbole narodowe: hymn, flaga, święta państwowe, ale także te codzienne, jak wigilia czy zwyczaje regionalne. Wreszcie, równie ważne jak wiedza byłoby rozumienie wartości – wolności, tolerancji, solidarności – które konstytuują demokratyczne państwo.

    Sednem problemu jest jednak nie sam zakres materiału, lecz pytanie o sens takich testów. Czy mają one pomagać w integracji, czy raczej służą do selekcji? Konflikt w Szwecji między rządem a światem akademickim pokazuje, że uniwersytety obawiają się instrumentalizacji swojej misji: zamiast być miejscem dialogu i edukacji, mogłyby stać się narzędziem władzy, ustalającym, kto zasługuje na miano obywatela. I tu właśnie ujawnia się największa stawka: obywatelstwo nie jest jedynie paszportem czy formalnym dokumentem. To przede wszystkim wspólnota polityczna, która decyduje, kto jest „wewnątrz”, a kto pozostaje „na zewnątrz”. Dlatego spór o testy obywatelskie jest w gruncie rzeczy sporem o granice demokracji. Jak takie testy odnoszą się do pojęcia zaangażowania politycznego według np. Hannah Arendt?

  • Stubb i Nawrocki: Szept na greenie, krzyk na siłowni

    Stubb i Nawrocki: Szept na greenie, krzyk na siłowni

    Alexander Stubb, prezydent Finlandii, zyskał miano „szeptacza” (zausznika) Trumpa (fot. lic. Depositphotos)

    Zełenski w czerni, Stubb na greenie, list żony do Melanii – polityka dziś to teatr imponderabiliów. A Nawrocki? Zamiast być „szeptuchą Trumpa”, zostałby co najwyżej „sapaczem” na siłowni.

    Polityka międzynarodowa coraz częściej rozgrywa się w świecie imponderabiliów – rzeczy pozornie lekkich, nieważkich, a jednak decydujących o obrazie i sile przywództwa. Wystarczy spojrzeć na ostatnie dni: Wołodymyr Zełenski zakłada czarny garnitur (zachowując jednak swój styl) i wręcza Donaldowi Trumpowi list od żony – prosty gest, który na chwilę przejmuje inicjatywę w medialnym spektaklu. Alexander Stubb, prezydent Finlandii, gra w golfa z Trumpem i zyskuje w oczach szwedzkich komentatorów miano „Trumpviskaren” – tego, który potrafi szeptać byłemu prezydentowi do ucha w chwilach, gdy dyplomacja formalna zawodzi. (tak jakby „ucho Trumpa”, czyli zausznika, albo zaklinacza, szeptuchy)

    A Nawrocki? No cóż. Polski prezydent marzy pewnie, by i do niego przylgnęła taka etykieta. Problem w tym, że jego naturalnym środowiskiem są raczej ustawki kibolskie, ring bokserski i siłownia niż pole golfowe. Trumpa można próbować przekonać na greenie (część pola golfowego wokół dołka) albo ująć symbolicznym gestem – ale nie imponując liczbą wyciśniętych kilogramów na ławce. Nawrocki mógłby być co najwyżej „szeptaczem” na siłowni, a nie w Białym Domu.

    W epoce, gdy polityka staje się teatrem gestów, ubrań i rytuałów, Nawrocki pozostaje uwięziony w estetyce ciężaru – dosłownego i metaforycznego. A tymczasem prawdziwa gra toczy się gdzie indziej: w eleganckim niekonwencjonalnym czarnym garniturze, w dyskretnym liście i w cichym szeptaniu na polu golfowym.

    Typowy green i spotkanie golfiarzy (lic. Depositphotos)

    Ps. Edytowałem synonimy „szeptacza” 22.08.2025

  • Niepokój o duch Helsinek

    Niepokój o duch Helsinek

    Finlandia Talo — zdjęcie z 5.05.2016, Seppo Palander, lic. CC 4.0 ASA Wikimedia Commons

    Helsiński duch na zakręcie – mój osobisty niepokój

    W sierpniu 1975 roku, w Helsinkach, przy jednym stole usiedli przywódcy 35 państw Europy, a także USA i Kanady. Podpisali wtedy Akt końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie – dokument, który miał utrwalić powojenny porządek, zmniejszyć ryzyko konfliktów i wzmocnić zaufanie między blokami Wschodu i Zachodu.

    Tak narodził się tzw. „duch Helsinek” – idea, że bezpieczeństwo nie opiera się wyłącznie na sile militarnej, ale też na poszanowaniu ustalonych granic oraz ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.

    Te dwa filary miały trzymać Europę w ryzach, nawet gdy reszta była krucha:

    Uznanie granic – żadne państwo nie może zmieniać ich siłą, nawet jeśli uważa, że historia mu sprzyja. Prawa człowieka – zobowiązanie do traktowania każdej osoby z godnością, niezależnie od ustroju politycznego czy aktualnych napięć.

    Czytając ostatnio felieton w „Svenska Dagbladet” o pięćdziesięcioleciu Deklaracji Helsińskiej, trudno mi było pozostać obojętnym. Autor, Martin Kragh, słusznie wskazuje, że projekt ten został niemal sparaliżowany przez agresję Rosji. Ale jako obywatel – nie ekspert od geopolityki – widzę tu jeszcze inny problem: dziś oba te filary są jednocześnie podkopywane.

    Pierwsze pęknięcie widać w praktyce: przesuwanie granic czołgami wróciło. Drugie jest bardziej subtelne, ale nie mniej groźne: prawa człowieka coraz częściej traktuje się jako opcję, a nie fundament.

    Ja rozumiem prawa człowieka szeroko – także jako zobowiązanie do troski o wszystkie istoty czujące. To dla mnie esencja społeczno-politycznego zaangażowania: miernikiem siły państwa nie jest liczba rakiet, ale to, jak traktuje najsłabszych.

    Deklaracja Helsińska była politycznym kompromisem zimnej wojny, ale miała w sobie moralny rdzeń. Dziś, gdy jedni mówią, że granice można „przeinterpretować”, a inni, że prawa człowieka są luksusem na spokojne czasy – ten rdzeń kruszeje.

    Niedawno odwiedziłem Helsinki. Spacerując po mieście, które pół wieku temu było sceną tego historycznego spotkania, znów zwróciłem uwagę na Finlandię – jej strategiczne położenie, nowy status w NATO i rosnące znaczenie w obecnej sytuacji geopolitycznej. Patrząc na port, na gmach Finlandia Hall, w którym podpisano Akt końcowy, trudno było nie myśleć o tym, jak dramatycznie zmieniło się bezpieczeństwo Europy od tamtego czasu.

    Jako obserwator spraw nordyckich i polskiej geopolityki nie mogę patrzeć na to obojętnie. Bo jeśli fundamenty runą, cała konstrukcja bezpieczeństwa zbudowana po 1975 roku może się zawalić. A odbudowa – jeśli w ogóle będzie możliwa – zajmie pokolenia.

    Nie trzeba być ekspertem, by to dostrzec. Wystarczy pamiętać, że granice i prawa człowieka to nie techniczne zapisy traktatów – to fundament naszej cywilizacji.

    Ps. Efekt Helsinek w praktyce (1975–1989)

    1976

    Czechosłowacja

    Karta 77

    Wprost cytowała zapisy Aktu końcowego o prawach człowieka, zarzucając władzom ich łamanie.

    Międzynarodowy rozgłos; represje wobec sygnatariuszy; powstanie symbolu opozycji.

    1976

    Polska

    Komitet Obrony Robotników (KOR)

    Wspominał o Helsinkach jako o zobowiązaniu władz PRL do respektowania wolności obywatelskich.

    Wzmocnienie argumentów wobec Zachodu; zainteresowanie międzynarodowe losem opozycji.

    1976

    ZSRR

    Moskiewska Grupa Helsińska

    Tworzyła raporty dokumentujące naruszenia punktów Aktu; wysyłała je do państw sygnatariuszy.

    Inspiracja dla podobnych grup w innych republikach; surowe represje wobec działaczy.

    1977

    Węgry

    Węgierska Grupa Helsińska (nieformalna)

    Dokumentowała naruszenia swobód religijnych i praw kulturalnych mniejszości.

    Raporty wykorzystywane przez dyplomatów zachodnich; część działaczy zmuszona do emigracji.

    1979

    Litwa (ZSRR)

    Litewska Grupa Helsińska

    Skupiała się na prawach narodów do samostanowienia (koszyk I i III).

    Nagłośnienie problemu na Zachodzie; inspiracja dla ruchów niepodległościowych.

    1980

    Polska

    Solidarność

    W retoryce kierownictwa pojawiały się odniesienia do Aktu Helsińskiego jako legitymacji wolnych związków zawodowych.

    Ogromny rozgłos na Zachodzie; wzmocnienie presji dyplomatycznej na PRL.

    1985–1989

    Estonia, Łotwa, Litwa (ZSRR)

    Fronty narodowe

    Korzystały z zapisów o nienaruszalności granic oraz prawach narodów do samostanowienia, argumentując przeciwko sowieckiej okupacji.

    Wsparcie opinii międzynarodowej w drodze do niepodległości.

  • Czy Muminki są zbyt kontrowersyjne? Bobek usunięty z wystawy Tove Jansson w Nowym Jorku

    Czy Muminki są zbyt kontrowersyjne? Bobek usunięty z wystawy Tove Jansson w Nowym Jorku

    Zdjęcie Tove Jansson za Svenska Dagbladet 07.08.2025

    Wydawałoby się, że Tove Jansson, autorka Muminków, jest dziś postacią nie do ruszenia przez poprawność polityczną. Jej twórczość przez dekady uchodziła za bezpieczną przystań: pełną empatii, ironii, głębi egzystencjalnej i otwartości na różnorodność. A jednak latem 2025 roku w samym sercu Nowego Jorku wybuchła kontrowersja, która pokazuje, jak kruche potrafią być dziś granice kulturowej interpretacji.

    Brooklyn Public Library zorganizowała pierwszą w Stanach Zjednoczonych dużą wystawę poświęconą Jansson. Miała to być uświetnienie jej życia i dzieła: od literatury dziecięcej, przez komiksy, aż po ilustracje i refleksyjne utwory dla dorosłych. Wystawa nosi tytuł “Tove Jansson and the Moomins: The Door Is Always Open”, co miało symbolizować inkluzywność i uniwersalność przesłania artystki. Nota bene, pod takim samym tytułem mamy wystawę w Muzeum Kinematografii w Łodzi. Jednak drzwi w Nowym Jorku, jak się okazało, nie były otwarte dla wszystkich postaci z jej świata.

    W ostatniej chwili z ekspozycji usunięto Bobka, czyli po angielsku Stinky’ego – postać znaną z komiksów i książek o Muminkach jako złośliwego, lecz niegroźnego łobuza. Decyzja ta zapadła po zgłoszeniu jednej z mecenasek biblioteki, która zasugerowała, że wygląd Stinky’ego może być odczytany jako rasistowski. Choć nie istnieją żadne badania, które potwierdzałyby taką interpretację, ani wcześniejsze kontrowersje związane z tą postacią, kuratorzy – po konsultacjach z rodzinną firmà Moomin Characters – zdecydowali się go usunąć. Jak tłumaczyła rzeczniczka biblioteki Fritzi Bodenheimer: „Chcieliśmy stworzyć przestrzeń, w której wszyscy odwiedzający będą czuli się mile widziani i wysłuchani”.

    U wielu obserwatorów – szczególnie w Skandynawii – decyzja ta wywołała konsternację. Znana badaczka Muminków, Sirke Happonen, nazwała ją absurdalną. „Jeśli ktoś widzi w Bobku rasistowski element, to prawdopodobnie nigdy nie przeczytał komiksów o Muminkach”, komentowała w fińskich mediach. Sam Stinky nie ma żadnych cech czy kontekstów sugerujących odniesienie do konkretnych grup etnicznych – jest po prostu anarchiczną siłą chaosu, typem literackiego trickstera.

    Sytuacja ta jest symptomatyczna dla głębszych napięć, które dziś przenikają instytucje kultury – zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Pod wpływem idei „woke” coraz więcej wystaw i prezentacji twórczości podlega nie tyle krytyce estetycznej, co etyczno-politycznej. Dzieła mają być zrozumiałe, jednoznaczne, wolne od niepokojących tropów, interpretacji czy ambiwalencji. Brooklyn Public Library otwarcie przyznała, że zależy jej na „eliminacji możliwości kontrowersyjnych interpretacji”.

    I tu pojawia się paradoks. Tove Jansson była postacią, która całe życie konsekwentnie broniła wolności, różnorodności i niezależnego myślenia. W czasach wojny kpiła z Hitlera i Stalina, co wówczas groziło realnymi konsekwencjami. W życiu osobistym odważnie realizowała queerową tożsamość – na długo przed tym, zanim stało się to społecznie akceptowalne. Tymczasem dziś, pod hasłami inkluzywności, cenzuruje się jedną z jej postaci, nie opierając się na żadnych źródłach ani analizach, a jedynie na pojedynczym poczuciu dyskomfortu.

    Biblioteka w Nowym Jorku eksponuje Jansson jako twórczynię queerową, ale jakby zapomina, że jej droga do wyrażania siebie przebiegała przez wyobraźnię, ironię i nieoczywistość. A właśnie Bobek – niepokorny, przekorny, odrzucony przez wszystkich, ale zawsze obecny – był częścią tej opowieści o inności i tolerancji. Usunięcie go z wystawy, choć pozornie motywowane empatią, może więc zostać odczytane jako wypaczenie ducha jej twórczości. Może tłumaczenie na angielski jako Stinky, czyli Śmierdziel, jest tutaj powodem?

    Nie chodzi tu o obronę konkretnej postaci literackiej, ale o pytanie fundamentalne: czy kultura nadal ma być przestrzenią otwartą na wieloznaczność, ironię, niepokój? Czy twórczość może jeszcze pytać, prowokować, stawiać odbiorców w niekomfortowej pozycji – czy też musi być całkowicie „bezpieczna” i z góry pozbawiona ryzyka nieporozumienia?

    W kontekście Tove Jansson, pytanie to nabiera szczególnej wagi. Bo jeśli nawet ona – ikona nordyckiej tolerancji i wyobraźni – może zostać ocenzurowana w imię ochrony przed domniemanym dyskomfortem, to czy jakakolwiek twórczość jest jeszcze bezpieczna?

    Referencje

    Paulina Neuding, Nu är woke ute efter Tove Jansson, „Svenska Dagbladet”, 2025-08-06.

    VG.no, Stinky fjernet fra utstilling i New York etter rasisme-kobling https://www.vg.no

    YLE.fi, Muminexperten: “Absurdt att Stinky togs bort – läs böckerna!” https://yle.fi/a/74-20175496

    Omni.se, Brooklyn Public Library censurerar Muminfigur https://omni.se/a/jQq2Pn

    Reddit.com, dyskusja użytkowników na forum r/Moomins https://www.reddit.com/r/Moomins/comments/1mecded/stinky_cancelled

  • Jak zwykłość staje się nadzwyczajnością

    Jak zwykłość staje się nadzwyczajnością

    czyli jak liść, pies i cisza stają się korelatem przedmiotowym

    Marie Howe podczas wykładu TEDex w 2018. Licencja CC BY-NC-ND 2.0 Fot. Ryan Lash / TED
    Marie Howe speaks at TED Salon: Belonging, December 11, 2018 at the TED World Theater, New York,

    Dziś dowiedziałem się, że Marie Howe otrzymała Nagrodę Pulitzera w maju tego roku. I choć nie śledzę wszystkich nagród literackich z zapartym tchem, ta wiadomość naprawdę mnie poruszyła.

    Dowiedziałem się, że Howe od lat pisze poezję cichą, skupioną, przenikliwą — taką, która nie krzyczy, ale zostaje w człowieku na długo. Dowiedziałem się także o jej nieobecności na polskim rynku książek poetyckich.

    Z rozmowy z nią, dostępnej w podcastach, wiem, że w jej poezji prawie nie ma metafor. Howe przyznaje, że bliska jest jej koncepcja przedmiotowego korelatu T.S. Eliota: próba wyrażenia emocji poprzez konkretne obrazy i sytuacje, które ją wywołują. Nie opowiada o uczuciach – pozwala, by mówiły rzeczy. Kiedy pyta klony: „Jak mam żyć?”, nie sięga po abstrakcję, tylko pokazuje liście, ptaki, wiewiórkę. Gdy pisze o swoim ukochanym psie w wierszu Jack and the Moon, nie idealizuje, lecz opisuje ciche rytuały codziennego bycia razem, które same stają się znakiem utraty i miłości.

    To poezja, która wymaga od czytelnika nie erudycji, lecz umysłu dziecka: uważnego, otwartego, niegotowego jeszcze na cynizm, zdolnego dostrzec w wiewiórce sens istnienia, a w oddechu – lekcję obecności.

    Wystarczy przeczytać jeden jej wiersz, The Maples, żeby poczuć, o co chodzi. To prosty obraz: drzewa za domem, szelest liści, ptaki, wiewiórka. A jednak w tej codzienności otwiera się przestrzeń na pytanie o sens życia.

    „Jak mam żyć?” – pyta podmiot. Drzewa odpowiadają szeptem. Niczego nie rozwiązują, ale też niczego nie unieważniają. Uczą milczenia, stania w miejscu, oddychania i oddychania światłem.

    Zwykłość staje się nadzwyczajna.

    Klonom

    Zapytałem gaj klonowy za domem:

    Jak mam żyć?

    Odpowiedziały: szu, szu, szu…

    Jak mam żyć? – spytałem raz jeszcze,

    a liście błysnęły i zadrżały.

    Ptak zawołał z gałęzi w swoim języku,

    i z drugiej strony podwórza

    odpowiedział mu inny głos.

    Wiewiórka wspięła się po pniu,

    przebiegła całą długość gałęzi.

    Stań nieruchomo – pomyślałem –

    zobacz, jak długo to wytrzymasz.

    Spróbuj choć na chwilę

    stać bez ruchu,

    pić światło,     oddychać.

    To jeden z tych tekstów, które uczą mnie czegoś, zanim się zorientuję, że czegoś potrzebowałem się nauczyć.

    Cieszę się, że dziś rano się o tym dowiedziałem.

  • Uniwersytet a głos różnorodności

    Uniwersytet a głos różnorodności

    Sala audytoryjna (zdjęcie ilustracyjne lic. Depositphotos)

    Wczoraj (28.07.25) w „Svenska Dagbladet” ukazał się ważny felieton autorstwa Moa Lindqvist pt. „Universitetets många röster har tystnat” („Wiele głosów uniwersytetu zamilkło”). Autorka, młoda badaczka z dziedziny socjologii wiedzy i środowiska akademickiego, zarysowuje w nim proces postępującej uniformizacji głosu szwedzkich uniwersytetów, które – jak pisze – mówią dziś jednym językiem. To nie tylko język pozbawiony różnorodności, ale przede wszystkim język biurokratyczny, zarządczy, strategiczny. Tym samym uniwersytety tracą zdolność do bycia przestrzenią dla swobodnej, pluralistycznej debaty intelektualnej.

    Lindqvist pokazuje, jak w Szwecji na przestrzeni dekad, a zwłaszcza od reform z lat 90. i początku XXI wieku, uczelnie coraz to tracą swoją autonomię intelektualną (jak również tradycyjną symbolikę) na rzecz języka „organizacyjnej misji”, „ram strategii”, „zarządzania jakością” i „efektywności komunikacji”. W tym klimacie różnorodne głosy dyscyplin naukowych i indywidualnych badaczy coraz trudniej się przebijają. Zamiast wielogłosu – mamy głos „systemowy”, gładki i przewidywalny. Słowem – jak pisze autorka – „akademicki język został podporządkowany logice politycznej”.

    Trudno czytać ten tekst bez skojarzeń z sytuacją w Polsce – szczególnie po tzw. reformie Gowina z 2018 roku, która przekształciła uczelnie w centralnie zarządzane instytucje, z silnie zhierarchizowaną strukturą władzy, ograniczoną rolą wydziałów, a także podporządkowaniem strategii naukowej logice parametryzacji i punktacji. Rektorzy zyskali nowe uprawnienia, a język uniwersytetów – w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej – coraz bardziej przypomina język korporacyjny: wskaźniki, produktywność, efektywność, międzynarodowa konkurencyjność.

    To, co Lindqvist diagnozuje w Szwecji, jest więc prawdopodobnie częścią szerszego zjawiska: globalnego modelu zarządzania wiedzą, który kładzie nacisk na jednolitość, przejrzystość, „mierzalność” i kontrolę, a jednocześnie spycha na margines nieprzewidywalność, kontrowersję, debatę i różnicę – czyli wszystko to, co przez wieki było siłą uniwersytetu jako instytucji.

    Tekst Lindqvist jest godny uwagi, zwłaszcza, że sytuacja szkolnictwa wyższego w Skandynawii nie jest jakaś wyjątkowa. To także ważne lustro dla naszej polskiej rzeczywistości akademickiej. Coraz mniej jest w różnorodności głosów, istoty bycia kreatywnym.

    Oczywiście, w tym ujednoliceniu głosów odgrywają także pewną rolę instytucje europejskie, w których przecież panuje tzw. proces boloński, oznaczający także porównywalność dyplomów. Za tym jednak idą pewne mody dyskursywne np. skupienie się na doskonałości. Choć od dekad już w zarządzaniu jakością wiadomo, że mamy raczej proces doskonalenia się, poprawiania, a nie doskonałości. Zobaczcie choćby w sieci, ile jest centrów doskonałości i komitetów oraz instytutów. (np. NATO CCD COE, Hybrid CoE, CoE‑Civ, Jean Monnet Centres of Excellence, EULAR Centres of Excellence). Teraz w dobie AI można się spodziewać procesów dalszej unifikacji głosów.

    Wielogłos jest jednak skarbem, który ma także znaczenie społeczne. Tam, gdzie słychać wiele głosów – z różnych dyscyplin, z różnych tradycji akademickich, ale też z różnych pozycji społecznych – łatwiej o krytyczną refleksję, innowację i autentyczny dialog. Uniwersytet nie powinien przypominać korporacji z jedną strategią komunikacyjną i zunifikowanym przekazem, lecz raczej wielogłosowy chór, w którym napięcia i różnice nie są zagrożeniem, lecz źródłem energii intelektualnej. Milknące głosy to nie tylko strata dla nauki – to także osłabienie społecznej roli uniwersytetu jako miejsca namysłu, sporu i publicznego dobra.

  • Gothic Influences in Tove Jansson and Walt Disney’s Early Works

    Gothic Influences in Tove Jansson and Walt Disney’s Early Works

    Jarosław Płuciennik, Pirjo Suvilehto, Haunted Sketches: Analyzing the Foundations of Horror in Early Works by Tove Jansson and Walt Disney, Zagadnienia Rodzajów Literackich, LXVIII, z. 1
    DOI: 10.26485/ZRL/2025/68.1/24

    ARTYKUŁ DO POBRANIA TUTAJ— you can download the article here

    Streszczenie
    Niniejszy artykuł analizuje wczesne wpływy artystyczne i początki twórczości Tove Jansson i Walta Disneya, koncentrując się na gotyckich i surrealistycznych elementach ich dzieł. Zarówno Jansson, jak i Disney są znani ze swojego wkładu w rozrywkę dla dzieci, jednak ich dzieła są złożone i wielowymiarowe, często przekraczając granice „sztuki dziecięcej”. Choć wybitne, idylliczny charakter ich dzieł przeplata się z mroczniejszymi, bardziej surrealistycznymi tematami. Postacie z Muminków Tove Jansson, na początku przedstawiane z płomiennymi oczami i rogatymi uszami, odzwierciedlają mieszankę horroru i ekspresjonizmu, inspirowaną jej wizytami w Niemczech i wielu innych europejskich miastach. Podobnie, wczesne animacje Disneya, takie jak „Taniec Szkieletów”, prezentują makabryczną i anarchiczną energię, przesuwając granice czaru i niesamowitości w mainstreamowych, awangardowych kreskówkach. Artykuł zgłębia surrealistyczne techniki i walory estetyczne wczesnych dzieł Jansson i Disneya, podkreślając ich wpływ na kulturę popularną oraz zdolność do zaczarowania i wyzwalania poprzez grozę.

    Tove Jansson; Walt Disney; surrealizm; ekspresjonizm; Muminki; zaczarowanie

    Abstract
    This article explores the early artistic influences and beginnings of Tove Jansson and Walt Disney, focusing on their works’ gothic and surreal elements. Both Jansson and Disney are renowned for their contributions to children’s entertainment, yet their creations are complex and multifaceted, often transcending the boundaries of “children’s art.” While prominent, the idyllic nature of their works is intertwined with darker, more surreal themes. Jansson’s Moomin characters, initially depicted with fiery eyes and horn-like ears, reflect a blend of horror and Expressionism, influenced by her visits to Germany and many other European cities. Similarly, Disney’s early animations, such as Skeleton Dance, showcases a macabre and anarchic energy, pushing the boundaries of enchantment and the uncanny in mainstream avant-garde cartoons. The article delves into the surrealist techniques and aesthetic qualities in Jansson’s and Disney’s early works, highlighting their impact on popular culture and their ability to enchant and liberate through horror.
    Tove Jansson; Walt Disney; surrealism; expressionism; Moomins; enchantment

  • Czułość i łagodność: nowa perspektywa na sztuczną inteligencję?

    Czułość i łagodność: nowa perspektywa na sztuczną inteligencję?

    Z cyklu Obserwatorium retoryki i komunikacji

    10 czerwca 2025 roku Sam Altman, prezes OpenAI, opublikował na swoim blogu manifest zatytułowany „The Gentle Singularity”, dostępny także jako wystąpienie wideo na YouTube i tekst na stronie firmy. Krótki ten esej ma ambicję nie tylko objaśniać kierunki rozwoju sztucznej inteligencji, lecz także nadać im ramę ideową. Altman mówi językiem budowniczego przyszłości, ale jednocześnie próbuje rozbroić lęki: osobliwość technologiczna, czyli moment, w którym AI przekracza ludzkie możliwości poznawcze i staje się autonomicznym konstruktorem samej siebie, zostaje tu przedstawiona jako proces, który może być… łagodny.

    To angielskie „gentle” w tytule jest znaczące. Zestawione z pojęciem tak radykalnym jak „osobliwość”, po angielsku „singularity”, wprowadza niepokojącą, a zarazem pociągającą sprzeczność. Altman najwyraźniej chce przekonać nas, że choć mamy do czynienia z przemianą o charakterze zakłócającym, dyzraptywnym — i w tym sensie AI spełnia definicję disruptive innovation znaną z teorii Christensena — to jej przebieg nie musi przypominać erupcji ani trzęsienia ziemi. Przeciwnie: może to być transformacja płynna, obłaskawiona, wręcz cicha. Rewolucja bez huku. Zakłócenie bez wywrotki i rewolucji. Punkt zwrotny, ale naoliwiony. Czarny łabędź, który przeobraża się w może bardziej szarego?

    Trudno jednak zapomnieć o wcześniejszych metaforach, które kształtowały nasze wyobrażenia o sztucznej inteligencji. Od eksplozji inteligencji  (ang. intelligence explosion), czyli wybuchu inteligencji, przez czarne skrzynki, które działają, ale których zasad nie rozumiemy, po goetheańską, faustowską w prowieniencji, alegorię ucznia czarnoksiężnika — wizję AI jako mocy, której nie umiemy kontrolować, choć to my ją przyzwaliśmy (tak jak w magii). Szczególnie ta ostatnia wydaje się dziś znów zaskakująco aktualna. W tym roku, w ramach programu „Zdolny uczeń – świetny student” na Uniwersytecie Łódzkim, miałem przyjemność współpracować z licealistą Franciszkiem Koronkiewiczem, który z wielką wrażliwością badał zjawisko „disneyzacji klasyki literackiej”. W swojej pracy Franciszek odwołał się do disneyowskiej wersji baśni o uczniu czarnoksiężnika — i znakomicie połączył ją z rozważaniami z Nexusa Yuvala Harariego. W animacji Disneya młody Mickey w swojej fantazji rządzi wielkim, kosmicznym porządkiem, ale w rzeczywistości traci kontrolę nad samonapędzającym się procesem — miotły noszące wodę stają się nie do zatrzymania. To przecież obraz idealny dla zrozumienia zagrożeń związanych z autonomią AI: technologia powielająca sama siebie, która działa bez zrozumienia celu, a w dodatku czyni to szybko i bez refleksji. Mickey nie przestaje śnić, że to on panuje — nawet gdy już nie ma wpływu na nic.

    W tym kontekście „Łagodna osobliwość” Altmana („The Gentle Singularity”) brzmi jak zaklęcie mające uspokoić. Autor manifestu przenosi nas z domeny strachu do domeny narracyjnego kompromisu: może nie wszystko rozumiemy, może nie wszystko kontrolujemy, ale przecież nie musi być źle. To postawa głęboko perswazyjna, on pragnie nas do tej wizji przekonać, ale też typowa dla reprezentantów świata technologii, którzy wiedzą, że język jest równie istotnym narzędziem jak kod. Nie przypadkiem te wszystkie chat-boty to przecież „duże modele językowe” (Large Language Models, LLM, to rodzaj sztucznej inteligencji wykorzystująca tzw. „architekturę transformer”, tak jak w GPT)

    I właśnie tu pojawia się interesujące zestawienie z „czułym narratorem” Olgi Tokarczuk. W swojej mowie noblowskiej Tokarczuk mówi o czułości (po ang. „tenderness”) jako o „sposobie patrzenia, który pozwala dostrzec świat jako żywy, powiązany siecią relacji, pełen znaczeń i wzajemnych zależności”. Tę czułość rozumie nie jako słabość, ale jako najwyższą formę poznania, która nie oddziela obserwatora od obserwowanego. Zestawienie tej postawy z „łagodnością” czy „delikatnością” Altmana odsłania różnicę kluczową: „gentle” w jego rozumieniu jest łagodnością systemową, kontrolowaną płynnością; czułość Tokarczuk to relacyjność, współodczuwanie, gotowość do przejęcia odpowiedzialności za drugiego, także nie-ludzkiego (głównie jednak odnosi się do nieludzkiego zwierzęcego).

    Czy więc AI potrzebuje tylko łagodnych architektów? Czy nie potrzebuje też czułych narratorów? Czy wystarczy dobrze zaprojektowana osobliwość, czy też konieczna jest nowa opowieść o odpowiedzialności, granicach, obecności? Altman chce, byśmy wierzyli, że osobliwość da się ułożyć. Tokarczuk przypomina, że to, jak opowiadamy świat, kształtuje nie tylko naszą przyszłość, ale także nasze człowieczeństwo.

    „Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu ” — pisała Olga Tokarczuk w „Czułym narratorze”. Być może dziś potrzebujemy nie tyle „łagodnej osobliwości”, ile właśnie czułej narracji — opowieści, która nie ucisza lęku, ale go rozumie i przyjmuje. Dla mnie to już nie jest tylko pytanie o przyszłość technologii, ale o to, czy zachowamy zdolność opowiadania o świecie z uwagą, wrażliwością i odpowiedzialnością. I czy wśród wszystkich współczesnych „uczniów czarnoksiężnika” znajdzie się jeszcze miejsce dla tych, którzy nie chcą zarządzać przyszłością ani jej kolonizować — lecz po prostu ją zrozumieć i ocalić. Altman zdaje się wcielać w rolę właśnie takiego łagodnego misjonarza przyszłości. Ale czy nie grozi nam tu podobne złudzenie, jakie towarzyszy postaci Elona Muska — przekonaniu, że świat można ocalić, wysyłając jego najbardziej uprzywilejowaną część na Marsa, zamiast spróbować naprawić go tu, gdzie wszyscy żyjemy?

    Być może prawdziwa osobliwość nie wydarzy się w technologii, lecz w naszym sposobie patrzenia na świat — jeśli odważymy się patrzeć z czułością, zanim spojrzy za nas maszyna.