Alexander Stubb, prezydent Finlandii, zyskał miano „szeptacza” (zausznika) Trumpa (fot. lic. Depositphotos)
Zełenski w czerni, Stubb na greenie, list żony do Melanii – polityka dziś to teatr imponderabiliów. A Nawrocki? Zamiast być „szeptuchą Trumpa”, zostałby co najwyżej „sapaczem” na siłowni.
Polityka międzynarodowa coraz częściej rozgrywa się w świecie imponderabiliów – rzeczy pozornie lekkich, nieważkich, a jednak decydujących o obrazie i sile przywództwa. Wystarczy spojrzeć na ostatnie dni: Wołodymyr Zełenski zakłada czarny garnitur (zachowując jednak swój styl) i wręcza Donaldowi Trumpowi list od żony – prosty gest, który na chwilę przejmuje inicjatywę w medialnym spektaklu. Alexander Stubb, prezydent Finlandii, gra w golfa z Trumpem i zyskuje w oczach szwedzkich komentatorów miano „Trumpviskaren” – tego, który potrafi szeptać byłemu prezydentowi do ucha w chwilach, gdy dyplomacja formalna zawodzi. (tak jakby „ucho Trumpa”, czyli zausznika, albo zaklinacza, szeptuchy)
A Nawrocki? No cóż. Polski prezydent marzy pewnie, by i do niego przylgnęła taka etykieta. Problem w tym, że jego naturalnym środowiskiem są raczej ustawki kibolskie, ring bokserski i siłownia niż pole golfowe. Trumpa można próbować przekonać na greenie (część pola golfowego wokół dołka) albo ująć symbolicznym gestem – ale nie imponując liczbą wyciśniętych kilogramów na ławce. Nawrocki mógłby być co najwyżej „szeptaczem” na siłowni, a nie w Białym Domu.
W epoce, gdy polityka staje się teatrem gestów, ubrań i rytuałów, Nawrocki pozostaje uwięziony w estetyce ciężaru – dosłownego i metaforycznego. A tymczasem prawdziwa gra toczy się gdzie indziej: w eleganckim niekonwencjonalnym czarnym garniturze, w dyskretnym liście i w cichym szeptaniu na polu golfowym.
Typowy green i spotkanie golfiarzy (lic. Depositphotos)
Finlandia Talo — zdjęcie z 5.05.2016, Seppo Palander, lic. CC 4.0 ASA Wikimedia Commons
Helsiński duch na zakręcie – mój osobisty niepokój
W sierpniu 1975 roku, w Helsinkach, przy jednym stole usiedli przywódcy 35 państw Europy, a także USA i Kanady. Podpisali wtedy Akt końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie – dokument, który miał utrwalić powojenny porządek, zmniejszyć ryzyko konfliktów i wzmocnić zaufanie między blokami Wschodu i Zachodu.
Tak narodził się tzw. „duch Helsinek” – idea, że bezpieczeństwo nie opiera się wyłącznie na sile militarnej, ale też na poszanowaniu ustalonych granic oraz ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.
Te dwa filary miały trzymać Europę w ryzach, nawet gdy reszta była krucha:
Uznanie granic – żadne państwo nie może zmieniać ich siłą, nawet jeśli uważa, że historia mu sprzyja. Prawa człowieka – zobowiązanie do traktowania każdej osoby z godnością, niezależnie od ustroju politycznego czy aktualnych napięć.
Czytając ostatnio felieton w „Svenska Dagbladet” o pięćdziesięcioleciu Deklaracji Helsińskiej, trudno mi było pozostać obojętnym. Autor, Martin Kragh, słusznie wskazuje, że projekt ten został niemal sparaliżowany przez agresję Rosji. Ale jako obywatel – nie ekspert od geopolityki – widzę tu jeszcze inny problem: dziś oba te filary są jednocześnie podkopywane.
Pierwsze pęknięcie widać w praktyce: przesuwanie granic czołgami wróciło. Drugie jest bardziej subtelne, ale nie mniej groźne: prawa człowieka coraz częściej traktuje się jako opcję, a nie fundament.
Ja rozumiem prawa człowieka szeroko – także jako zobowiązanie do troski o wszystkie istoty czujące. To dla mnie esencja społeczno-politycznego zaangażowania: miernikiem siły państwa nie jest liczba rakiet, ale to, jak traktuje najsłabszych.
Deklaracja Helsińska była politycznym kompromisem zimnej wojny, ale miała w sobie moralny rdzeń. Dziś, gdy jedni mówią, że granice można „przeinterpretować”, a inni, że prawa człowieka są luksusem na spokojne czasy – ten rdzeń kruszeje.
Niedawno odwiedziłem Helsinki. Spacerując po mieście, które pół wieku temu było sceną tego historycznego spotkania, znów zwróciłem uwagę na Finlandię – jej strategiczne położenie, nowy status w NATO i rosnące znaczenie w obecnej sytuacji geopolitycznej. Patrząc na port, na gmach Finlandia Hall, w którym podpisano Akt końcowy, trudno było nie myśleć o tym, jak dramatycznie zmieniło się bezpieczeństwo Europy od tamtego czasu.
Jako obserwator spraw nordyckich i polskiej geopolityki nie mogę patrzeć na to obojętnie. Bo jeśli fundamenty runą, cała konstrukcja bezpieczeństwa zbudowana po 1975 roku może się zawalić. A odbudowa – jeśli w ogóle będzie możliwa – zajmie pokolenia.
Nie trzeba być ekspertem, by to dostrzec. Wystarczy pamiętać, że granice i prawa człowieka to nie techniczne zapisy traktatów – to fundament naszej cywilizacji.
Ps. Efekt Helsinek w praktyce (1975–1989)
1976
Czechosłowacja
Karta 77
Wprost cytowała zapisy Aktu końcowego o prawach człowieka, zarzucając władzom ich łamanie.
Międzynarodowy rozgłos; represje wobec sygnatariuszy; powstanie symbolu opozycji.
1976
Polska
Komitet Obrony Robotników (KOR)
Wspominał o Helsinkach jako o zobowiązaniu władz PRL do respektowania wolności obywatelskich.
Wzmocnienie argumentów wobec Zachodu; zainteresowanie międzynarodowe losem opozycji.
1976
ZSRR
Moskiewska Grupa Helsińska
Tworzyła raporty dokumentujące naruszenia punktów Aktu; wysyłała je do państw sygnatariuszy.
Inspiracja dla podobnych grup w innych republikach; surowe represje wobec działaczy.
1977
Węgry
Węgierska Grupa Helsińska (nieformalna)
Dokumentowała naruszenia swobód religijnych i praw kulturalnych mniejszości.
Raporty wykorzystywane przez dyplomatów zachodnich; część działaczy zmuszona do emigracji.
1979
Litwa (ZSRR)
Litewska Grupa Helsińska
Skupiała się na prawach narodów do samostanowienia (koszyk I i III).
Nagłośnienie problemu na Zachodzie; inspiracja dla ruchów niepodległościowych.
1980
Polska
Solidarność
W retoryce kierownictwa pojawiały się odniesienia do Aktu Helsińskiego jako legitymacji wolnych związków zawodowych.
Ogromny rozgłos na Zachodzie; wzmocnienie presji dyplomatycznej na PRL.
1985–1989
Estonia, Łotwa, Litwa (ZSRR)
Fronty narodowe
Korzystały z zapisów o nienaruszalności granic oraz prawach narodów do samostanowienia, argumentując przeciwko sowieckiej okupacji.
Wsparcie opinii międzynarodowej w drodze do niepodległości.
Zdjęcie Tove Jansson za Svenska Dagbladet 07.08.2025
Wydawałoby się, że Tove Jansson, autorka Muminków, jest dziś postacią nie do ruszenia przez poprawność polityczną. Jej twórczość przez dekady uchodziła za bezpieczną przystań: pełną empatii, ironii, głębi egzystencjalnej i otwartości na różnorodność. A jednak latem 2025 roku w samym sercu Nowego Jorku wybuchła kontrowersja, która pokazuje, jak kruche potrafią być dziś granice kulturowej interpretacji.
Brooklyn Public Library zorganizowała pierwszą w Stanach Zjednoczonych dużą wystawę poświęconą Jansson. Miała to być uświetnienie jej życia i dzieła: od literatury dziecięcej, przez komiksy, aż po ilustracje i refleksyjne utwory dla dorosłych. Wystawa nosi tytuł “Tove Jansson and the Moomins: The Door Is Always Open”, co miało symbolizować inkluzywność i uniwersalność przesłania artystki. Nota bene, pod takim samym tytułem mamy wystawę w Muzeum Kinematografii w Łodzi. Jednak drzwi w Nowym Jorku, jak się okazało, nie były otwarte dla wszystkich postaci z jej świata.
W ostatniej chwili z ekspozycji usunięto Bobka, czyli po angielsku Stinky’ego – postać znaną z komiksów i książek o Muminkach jako złośliwego, lecz niegroźnego łobuza. Decyzja ta zapadła po zgłoszeniu jednej z mecenasek biblioteki, która zasugerowała, że wygląd Stinky’ego może być odczytany jako rasistowski. Choć nie istnieją żadne badania, które potwierdzałyby taką interpretację, ani wcześniejsze kontrowersje związane z tą postacią, kuratorzy – po konsultacjach z rodzinną firmà Moomin Characters – zdecydowali się go usunąć. Jak tłumaczyła rzeczniczka biblioteki Fritzi Bodenheimer: „Chcieliśmy stworzyć przestrzeń, w której wszyscy odwiedzający będą czuli się mile widziani i wysłuchani”.
U wielu obserwatorów – szczególnie w Skandynawii – decyzja ta wywołała konsternację. Znana badaczka Muminków, Sirke Happonen, nazwała ją absurdalną. „Jeśli ktoś widzi w Bobku rasistowski element, to prawdopodobnie nigdy nie przeczytał komiksów o Muminkach”, komentowała w fińskich mediach. Sam Stinky nie ma żadnych cech czy kontekstów sugerujących odniesienie do konkretnych grup etnicznych – jest po prostu anarchiczną siłą chaosu, typem literackiego trickstera.
Sytuacja ta jest symptomatyczna dla głębszych napięć, które dziś przenikają instytucje kultury – zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Pod wpływem idei „woke” coraz więcej wystaw i prezentacji twórczości podlega nie tyle krytyce estetycznej, co etyczno-politycznej. Dzieła mają być zrozumiałe, jednoznaczne, wolne od niepokojących tropów, interpretacji czy ambiwalencji. Brooklyn Public Library otwarcie przyznała, że zależy jej na „eliminacji możliwości kontrowersyjnych interpretacji”.
I tu pojawia się paradoks. Tove Jansson była postacią, która całe życie konsekwentnie broniła wolności, różnorodności i niezależnego myślenia. W czasach wojny kpiła z Hitlera i Stalina, co wówczas groziło realnymi konsekwencjami. W życiu osobistym odważnie realizowała queerową tożsamość – na długo przed tym, zanim stało się to społecznie akceptowalne. Tymczasem dziś, pod hasłami inkluzywności, cenzuruje się jedną z jej postaci, nie opierając się na żadnych źródłach ani analizach, a jedynie na pojedynczym poczuciu dyskomfortu.
Biblioteka w Nowym Jorku eksponuje Jansson jako twórczynię queerową, ale jakby zapomina, że jej droga do wyrażania siebie przebiegała przez wyobraźnię, ironię i nieoczywistość. A właśnie Bobek – niepokorny, przekorny, odrzucony przez wszystkich, ale zawsze obecny – był częścią tej opowieści o inności i tolerancji. Usunięcie go z wystawy, choć pozornie motywowane empatią, może więc zostać odczytane jako wypaczenie ducha jej twórczości. Może tłumaczenie na angielski jako Stinky, czyli Śmierdziel, jest tutaj powodem?
Nie chodzi tu o obronę konkretnej postaci literackiej, ale o pytanie fundamentalne: czy kultura nadal ma być przestrzenią otwartą na wieloznaczność, ironię, niepokój? Czy twórczość może jeszcze pytać, prowokować, stawiać odbiorców w niekomfortowej pozycji – czy też musi być całkowicie „bezpieczna” i z góry pozbawiona ryzyka nieporozumienia?
W kontekście Tove Jansson, pytanie to nabiera szczególnej wagi. Bo jeśli nawet ona – ikona nordyckiej tolerancji i wyobraźni – może zostać ocenzurowana w imię ochrony przed domniemanym dyskomfortem, to czy jakakolwiek twórczość jest jeszcze bezpieczna?
Referencje
Paulina Neuding, Nu är woke ute efter Tove Jansson, „Svenska Dagbladet”, 2025-08-06.
VG.no, Stinky fjernet fra utstilling i New York etter rasisme-kobling https://www.vg.no
czyli jak liść, pies i cisza stają się korelatem przedmiotowym
Marie Howe podczas wykładu TEDex w 2018. Licencja CC BY-NC-ND 2.0 Fot. Ryan Lash / TED Marie Howe speaks at TED Salon: Belonging, December 11, 2018 at the TED World Theater, New York,
Dziś dowiedziałem się, że Marie Howe otrzymała Nagrodę Pulitzera w maju tego roku. I choć nie śledzę wszystkich nagród literackich z zapartym tchem, ta wiadomość naprawdę mnie poruszyła.
Dowiedziałem się, że Howe od lat pisze poezję cichą, skupioną, przenikliwą — taką, która nie krzyczy, ale zostaje w człowieku na długo. Dowiedziałem się także o jej nieobecności na polskim rynku książek poetyckich.
Z rozmowy z nią, dostępnej w podcastach, wiem, że w jej poezji prawie nie ma metafor. Howe przyznaje, że bliska jest jej koncepcja przedmiotowego korelatu T.S. Eliota: próba wyrażenia emocji poprzez konkretne obrazy i sytuacje, które ją wywołują. Nie opowiada o uczuciach – pozwala, by mówiły rzeczy. Kiedy pyta klony: „Jak mam żyć?”, nie sięga po abstrakcję, tylko pokazuje liście, ptaki, wiewiórkę. Gdy pisze o swoim ukochanym psie w wierszu Jack and the Moon, nie idealizuje, lecz opisuje ciche rytuały codziennego bycia razem, które same stają się znakiem utraty i miłości.
To poezja, która wymaga od czytelnika nie erudycji, lecz umysłu dziecka: uważnego, otwartego, niegotowego jeszcze na cynizm, zdolnego dostrzec w wiewiórce sens istnienia, a w oddechu – lekcję obecności.
Wystarczy przeczytać jeden jej wiersz, The Maples, żeby poczuć, o co chodzi. To prosty obraz: drzewa za domem, szelest liści, ptaki, wiewiórka. A jednak w tej codzienności otwiera się przestrzeń na pytanie o sens życia.
„Jak mam żyć?” – pyta podmiot. Drzewa odpowiadają szeptem. Niczego nie rozwiązują, ale też niczego nie unieważniają. Uczą milczenia, stania w miejscu, oddychania i oddychania światłem.
Zwykłość staje się nadzwyczajna.
Klonom
Zapytałem gaj klonowy za domem:
Jak mam żyć?
Odpowiedziały: szu, szu, szu…
Jak mam żyć? – spytałem raz jeszcze,
a liście błysnęły i zadrżały.
Ptak zawołał z gałęzi w swoim języku,
i z drugiej strony podwórza
odpowiedział mu inny głos.
Wiewiórka wspięła się po pniu,
przebiegła całą długość gałęzi.
Stań nieruchomo – pomyślałem –
zobacz, jak długo to wytrzymasz.
Spróbuj choć na chwilę
stać bez ruchu,
pić światło, oddychać.
To jeden z tych tekstów, które uczą mnie czegoś, zanim się zorientuję, że czegoś potrzebowałem się nauczyć.
Sala audytoryjna (zdjęcie ilustracyjne lic. Depositphotos)
Wczoraj (28.07.25) w „Svenska Dagbladet” ukazał się ważny felieton autorstwa Moa Lindqvist pt. „Universitetets många röster har tystnat” („Wiele głosów uniwersytetu zamilkło”). Autorka, młoda badaczka z dziedziny socjologii wiedzy i środowiska akademickiego, zarysowuje w nim proces postępującej uniformizacji głosu szwedzkich uniwersytetów, które – jak pisze – mówią dziś jednym językiem. To nie tylko język pozbawiony różnorodności, ale przede wszystkim język biurokratyczny, zarządczy, strategiczny. Tym samym uniwersytety tracą zdolność do bycia przestrzenią dla swobodnej, pluralistycznej debaty intelektualnej.
Lindqvist pokazuje, jak w Szwecji na przestrzeni dekad, a zwłaszcza od reform z lat 90. i początku XXI wieku, uczelnie coraz to tracą swoją autonomię intelektualną (jak również tradycyjną symbolikę) na rzecz języka „organizacyjnej misji”, „ram strategii”, „zarządzania jakością” i „efektywności komunikacji”. W tym klimacie różnorodne głosy dyscyplin naukowych i indywidualnych badaczy coraz trudniej się przebijają. Zamiast wielogłosu – mamy głos „systemowy”, gładki i przewidywalny. Słowem – jak pisze autorka – „akademicki język został podporządkowany logice politycznej”.
Trudno czytać ten tekst bez skojarzeń z sytuacją w Polsce – szczególnie po tzw. reformie Gowina z 2018 roku, która przekształciła uczelnie w centralnie zarządzane instytucje, z silnie zhierarchizowaną strukturą władzy, ograniczoną rolą wydziałów, a także podporządkowaniem strategii naukowej logice parametryzacji i punktacji. Rektorzy zyskali nowe uprawnienia, a język uniwersytetów – w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej – coraz bardziej przypomina język korporacyjny: wskaźniki, produktywność, efektywność, międzynarodowa konkurencyjność.
To, co Lindqvist diagnozuje w Szwecji, jest więc prawdopodobnie częścią szerszego zjawiska: globalnego modelu zarządzania wiedzą, który kładzie nacisk na jednolitość, przejrzystość, „mierzalność” i kontrolę, a jednocześnie spycha na margines nieprzewidywalność, kontrowersję, debatę i różnicę – czyli wszystko to, co przez wieki było siłą uniwersytetu jako instytucji.
Tekst Lindqvist jest godny uwagi, zwłaszcza, że sytuacja szkolnictwa wyższego w Skandynawii nie jest jakaś wyjątkowa. To także ważne lustro dla naszej polskiej rzeczywistości akademickiej. Coraz mniej jest w różnorodności głosów, istoty bycia kreatywnym.
Oczywiście, w tym ujednoliceniu głosów odgrywają także pewną rolę instytucje europejskie, w których przecież panuje tzw. proces boloński, oznaczający także porównywalność dyplomów. Za tym jednak idą pewne mody dyskursywne np. skupienie się na doskonałości. Choć od dekad już w zarządzaniu jakością wiadomo, że mamy raczej proces doskonalenia się, poprawiania, a nie doskonałości. Zobaczcie choćby w sieci, ile jest centrów doskonałości i komitetów oraz instytutów. (np. NATO CCD COE, Hybrid CoE, CoE‑Civ, Jean Monnet Centres of Excellence, EULAR Centres of Excellence). Teraz w dobie AI można się spodziewać procesów dalszej unifikacji głosów.
Wielogłos jest jednak skarbem, który ma także znaczenie społeczne. Tam, gdzie słychać wiele głosów – z różnych dyscyplin, z różnych tradycji akademickich, ale też z różnych pozycji społecznych – łatwiej o krytyczną refleksję, innowację i autentyczny dialog. Uniwersytet nie powinien przypominać korporacji z jedną strategią komunikacyjną i zunifikowanym przekazem, lecz raczej wielogłosowy chór, w którym napięcia i różnice nie są zagrożeniem, lecz źródłem energii intelektualnej. Milknące głosy to nie tylko strata dla nauki – to także osłabienie społecznej roli uniwersytetu jako miejsca namysłu, sporu i publicznego dobra.
Jarosław Płuciennik, Pirjo Suvilehto, Haunted Sketches: Analyzing the Foundations of Horror in Early Works by Tove Jansson and Walt Disney, Zagadnienia Rodzajów Literackich, LXVIII, z. 1 DOI: 10.26485/ZRL/2025/68.1/24
Streszczenie Niniejszy artykuł analizuje wczesne wpływy artystyczne i początki twórczości Tove Jansson i Walta Disneya, koncentrując się na gotyckich i surrealistycznych elementach ich dzieł. Zarówno Jansson, jak i Disney są znani ze swojego wkładu w rozrywkę dla dzieci, jednak ich dzieła są złożone i wielowymiarowe, często przekraczając granice „sztuki dziecięcej”. Choć wybitne, idylliczny charakter ich dzieł przeplata się z mroczniejszymi, bardziej surrealistycznymi tematami. Postacie z Muminków Tove Jansson, na początku przedstawiane z płomiennymi oczami i rogatymi uszami, odzwierciedlają mieszankę horroru i ekspresjonizmu, inspirowaną jej wizytami w Niemczech i wielu innych europejskich miastach. Podobnie, wczesne animacje Disneya, takie jak „Taniec Szkieletów”, prezentują makabryczną i anarchiczną energię, przesuwając granice czaru i niesamowitości w mainstreamowych, awangardowych kreskówkach. Artykuł zgłębia surrealistyczne techniki i walory estetyczne wczesnych dzieł Jansson i Disneya, podkreślając ich wpływ na kulturę popularną oraz zdolność do zaczarowania i wyzwalania poprzez grozę.
Tove Jansson; Walt Disney; surrealizm; ekspresjonizm; Muminki; zaczarowanie
Abstract This article explores the early artistic influences and beginnings of Tove Jansson and Walt Disney, focusing on their works’ gothic and surreal elements. Both Jansson and Disney are renowned for their contributions to children’s entertainment, yet their creations are complex and multifaceted, often transcending the boundaries of “children’s art.” While prominent, the idyllic nature of their works is intertwined with darker, more surreal themes. Jansson’s Moomin characters, initially depicted with fiery eyes and horn-like ears, reflect a blend of horror and Expressionism, influenced by her visits to Germany and many other European cities. Similarly, Disney’s early animations, such as Skeleton Dance, showcases a macabre and anarchic energy, pushing the boundaries of enchantment and the uncanny in mainstream avant-garde cartoons. The article delves into the surrealist techniques and aesthetic qualities in Jansson’s and Disney’s early works, highlighting their impact on popular culture and their ability to enchant and liberate through horror. Tove Jansson; Walt Disney; surrealism; expressionism; Moomins; enchantment
10 czerwca 2025 roku Sam Altman, prezes OpenAI, opublikował na swoim blogu manifest zatytułowany „The Gentle Singularity”, dostępny także jako wystąpienie wideo na YouTube i tekst na stronie firmy. Krótki ten esej ma ambicję nie tylko objaśniać kierunki rozwoju sztucznej inteligencji, lecz także nadać im ramę ideową. Altman mówi językiem budowniczego przyszłości, ale jednocześnie próbuje rozbroić lęki: osobliwość technologiczna, czyli moment, w którym AI przekracza ludzkie możliwości poznawcze i staje się autonomicznym konstruktorem samej siebie, zostaje tu przedstawiona jako proces, który może być… łagodny.
To angielskie „gentle” w tytule jest znaczące. Zestawione z pojęciem tak radykalnym jak „osobliwość”, po angielsku „singularity”, wprowadza niepokojącą, a zarazem pociągającą sprzeczność. Altman najwyraźniej chce przekonać nas, że choć mamy do czynienia z przemianą o charakterze zakłócającym, dyzraptywnym — i w tym sensie AI spełnia definicję disruptive innovation znaną z teorii Christensena — to jej przebieg nie musi przypominać erupcji ani trzęsienia ziemi. Przeciwnie: może to być transformacja płynna, obłaskawiona, wręcz cicha. Rewolucja bez huku. Zakłócenie bez wywrotki i rewolucji. Punkt zwrotny, ale naoliwiony. Czarny łabędź, który przeobraża się w może bardziej szarego?
Trudno jednak zapomnieć o wcześniejszych metaforach, które kształtowały nasze wyobrażenia o sztucznej inteligencji. Od eksplozji inteligencji (ang. intelligence explosion), czyli wybuchu inteligencji, przez czarne skrzynki, które działają, ale których zasad nie rozumiemy, po goetheańską, faustowską w prowieniencji, alegorię ucznia czarnoksiężnika — wizję AI jako mocy, której nie umiemy kontrolować, choć to my ją przyzwaliśmy (tak jak w magii). Szczególnie ta ostatnia wydaje się dziś znów zaskakująco aktualna. W tym roku, w ramach programu „Zdolny uczeń – świetny student” na Uniwersytecie Łódzkim, miałem przyjemność współpracować z licealistą Franciszkiem Koronkiewiczem, który z wielką wrażliwością badał zjawisko „disneyzacji klasyki literackiej”. W swojej pracy Franciszek odwołał się do disneyowskiej wersji baśni o uczniu czarnoksiężnika — i znakomicie połączył ją z rozważaniami z Nexusa Yuvala Harariego. W animacji Disneya młody Mickey w swojej fantazji rządzi wielkim, kosmicznym porządkiem, ale w rzeczywistości traci kontrolę nad samonapędzającym się procesem — miotły noszące wodę stają się nie do zatrzymania. To przecież obraz idealny dla zrozumienia zagrożeń związanych z autonomią AI: technologia powielająca sama siebie, która działa bez zrozumienia celu, a w dodatku czyni to szybko i bez refleksji. Mickey nie przestaje śnić, że to on panuje — nawet gdy już nie ma wpływu na nic.
W tym kontekście „Łagodna osobliwość” Altmana („The Gentle Singularity”) brzmi jak zaklęcie mające uspokoić. Autor manifestu przenosi nas z domeny strachu do domeny narracyjnego kompromisu: może nie wszystko rozumiemy, może nie wszystko kontrolujemy, ale przecież nie musi być źle. To postawa głęboko perswazyjna, on pragnie nas do tej wizji przekonać, ale też typowa dla reprezentantów świata technologii, którzy wiedzą, że język jest równie istotnym narzędziem jak kod. Nie przypadkiem te wszystkie chat-boty to przecież „duże modele językowe” (Large Language Models, LLM, to rodzaj sztucznej inteligencji wykorzystująca tzw. „architekturę transformer”, tak jak w GPT)
I właśnie tu pojawia się interesujące zestawienie z „czułym narratorem” Olgi Tokarczuk. W swojej mowie noblowskiej Tokarczuk mówi o czułości (po ang. „tenderness”)jako o „sposobie patrzenia, który pozwala dostrzec świat jako żywy, powiązany siecią relacji, pełen znaczeń i wzajemnych zależności”. Tę czułość rozumie nie jako słabość, ale jako najwyższą formę poznania, która nie oddziela obserwatora od obserwowanego. Zestawienie tej postawy z „łagodnością” czy „delikatnością” Altmana odsłania różnicę kluczową: „gentle” w jego rozumieniu jest łagodnością systemową, kontrolowaną płynnością; czułość Tokarczuk to relacyjność, współodczuwanie, gotowość do przejęcia odpowiedzialności za drugiego, także nie-ludzkiego (głównie jednak odnosi się do nieludzkiego zwierzęcego).
Czy więc AI potrzebuje tylko łagodnych architektów? Czy nie potrzebuje też czułych narratorów? Czy wystarczy dobrze zaprojektowana osobliwość, czy też konieczna jest nowa opowieść o odpowiedzialności, granicach, obecności? Altman chce, byśmy wierzyli, że osobliwość da się ułożyć. Tokarczuk przypomina, że to, jak opowiadamy świat, kształtuje nie tylko naszą przyszłość, ale także nasze człowieczeństwo.
„Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu ” — pisała Olga Tokarczuk w „Czułym narratorze”. Być może dziś potrzebujemy nie tyle „łagodnej osobliwości”, ile właśnie czułej narracji — opowieści, która nie ucisza lęku, ale go rozumie i przyjmuje. Dla mnie to już nie jest tylko pytanie o przyszłość technologii, ale o to, czy zachowamy zdolność opowiadania o świecie z uwagą, wrażliwością i odpowiedzialnością. I czy wśród wszystkich współczesnych „uczniów czarnoksiężnika” znajdzie się jeszcze miejsce dla tych, którzy nie chcą zarządzać przyszłością ani jej kolonizować — lecz po prostu ją zrozumieć i ocalić. Altman zdaje się wcielać w rolę właśnie takiego łagodnego misjonarza przyszłości. Ale czy nie grozi nam tu podobne złudzenie, jakie towarzyszy postaci Elona Muska — przekonaniu, że świat można ocalić, wysyłając jego najbardziej uprzywilejowaną część na Marsa, zamiast spróbować naprawić go tu, gdzie wszyscy żyjemy?
Być może prawdziwa osobliwość nie wydarzy się w technologii, lecz w naszym sposobie patrzenia na świat — jeśli odważymy się patrzeć z czułością, zanim spojrzy za nas maszyna.
J. Płuciennik, Kondycja ludzka, antropologia a opowiadanie historii (storytelling), w: Układ rozkwitania. Prace ofiarowane Profesorowi Grzegorzowi Godlewskiemu, red. Roman Chymkowski, Zuzanna Grębecka, Sara Herczyńska, Mikołaj Łątkowski, Marta Rakoczy, Justyna Schollenberger, Agnieszka Sobolewska-Alsberg, Jerzy Stachowicz, Wydawnictwo Campidoglio, Warszawa 2025.
Jaką rolę powinna pełnić Akademia w zmieniającym się dynamicznie świecie; jaka będzie przyszłość uniwersytetów i jak zmienią się ich podstawowe zadania, biorąc pod uwagę wyzwania współczesności; jak kształcić, by nadążać za postępem technologicznym, oczekiwaniami studentów i otoczenia (pracodawców, biznesu), a jednocześnie by niezmiennie budzić u młodych ludzi ciekawość świata i pasję naukowców docierania do prawdy – to zagadnienia, nad którymi zastanawia się dziś cały świat akademicki. Debata na ten temat z inicjatywy prorektora ds. popularyzacji nauki i kształcenia dr hab. Krzysztofa Pabisa odbyła się również na Uniwersytecie Łódzkim, obchodzącym 80-lecie swego istnienia.
Uczestnicy debaty: dr hab. Agnieszka Kurczewska, prof. UŁ, z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego UŁ; dr Joanna Miksa, adiunktka w Katedrze Etyki UŁ; prof. dr hab. Jarosław Płuciennik, kulturoznawca, literaturoznawca i kognitywista, profesor nauk humanistycznych na UŁ, dr hab. Krzysztof Pabis, prof. UŁ, zoolog, entomolog, i Jarosław Brodecki, student biologii na Wydziale Biologii i Ochrony Środowiska UŁ, młody naukowiec i przyrodnik, odpowiadali na pytania prowadzących debatę doktorantki Oleny Dubchak (SDNH UŁ) i Sebastiana Piskorskiego (SDNŚiP UŁ).
Rozmowa z prof. Maciejem Kisilowskim, profesorem prawa i strategi na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Wiedniu. Temat: jego wybór w wyborach prezydenckich 2025
Podcast na YouTube poniżej. Podcast na Spotify poniżej YouTube