Blog

  • Wina Niemców 2.0

    1 września 2022 prof. Jarosław Płuciennik rozmawia na temat win Niemców i przepracowania ich ze specjalistką studiów polsko-niemieckich oraz badań nad pamięcią prof. Magdaleną Saryusz-Wolską (UŁ oraz Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie). W latach 2010–2015 koordynowała w Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie projekt Modi memorandi. Leksykon kultury pamięci (2014). Autorka i redaktorka licznych opracowań o pamięci zbiorowej. Publikowała w wielu polskich i zagranicznych czasopismach naukowych. W Niemczech ukazała się jej książka Bilder der Normalisierung. Gesundheit, Ernährung und Haushalt in der visuellen Kultur Deutschlands 1945–1948 (2017, wspólnie z Anną Labentz) poświęcona wybranym zjawiskom powojennej kultury wizualnej Niemiec. Laureatka stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego dla wybitnych młodych naukowców.

    Brama Brandenburska o zachodzie słońca w Berlinie (fot. Depositphotos i JP)

    Zobacz rozmowę poniżej na YouTube albo odsłuchaj np. w Spotify

  • Wiersz na 1 września 2022

    Wiersz na 1 września 2022

    Dzisiaj opublikowałem w Gazecie Wyborczej wiersz Ellen Hinsey w moim tłumaczeniu. O wieku bezprawia. Zapraszam do lektury tutaj

  • HiT wg Roszkowskiego, czyli ekskluzywna pogadanka wujcia dobra rada

    HiT wg Roszkowskiego, czyli ekskluzywna pogadanka wujcia dobra rada

    HiT wg Roszkowskiego, czyli ekskluzywna pogadanka wujcia dobra rada. Jedyny podręcznik na rynku dopuszczony na razie przez MEiN. Nauczyciele nie muszą używać podręczników. Czy powinni tego?

    Okładka książki, fot. JP.

    Tutaj bardzo krótko Co to jest (s)HiT i dlaczego jestem przeciwny — krótko

    Możesz tutaj odsłuchać podcast

    Książka dopuszczona przez ministerstwo Przemysława Czarnka do klas I liceum i technikum jako podręcznik jest ekskluzywna (na wyłączność) w sensie dosłownym: wydana przez wydawnictwo z nazwy bardzo ekskluzywne („Biały Kruk”) na dobrym, ekskluzywnym papierze, z kolorowymi ilustracjami dobrej jakości (choć większość w oryginale słabej rozdzielczości, bo to przecież historia). Te 512 stron kosztuje — bagatela — niecałe pięć dych, a z wysyłką, sześć… (50-60 PLN).

    Jest także ekskluzywna, bo wszyscy profesorowie, którzy byli związani z nią (jako konsultanci naukowi i metodyczni, w sumie pięciu) poza samym autorem, Wojciechem Roszkowskim (m.in. promotorem doktoratu Jarosława Gowina) są z IPN. Jedyny „ekspert” językowy, powołany w drugiej instancji, bo pierwsza opinia językowa była negatywna, to mgr Klemens Stróżyński. Bliżej nieznany. Pewna część ekspertów wywodzi się także z tej samej instytucji, co Autor: z Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Z innych instytutów, ale z tego samego ośrodka naukowego. Dla wielu oznacza to tzw. konflikt interesów, którego należy unikać.

    Ostatnio rzuciła się wielu ludziom w Polsce w oczy jeszcze jedna inna ekskluzywność tej książki Roszkowskiego: wyklucza ona (z łac. excludere „wyłączać”) z kręgu dzieci kochanych wszystkie, które pochodzą „z laboratoryjnej hodowli”, żeby nie powiedzieć wprost „z próbówki”.

    Ja bym jednak dorzucił, że ta książka wyklucza ze społeczeństwa polskiego znacznie więcej pełnoprawnych obywateli Polski: ateistów, wyznawców innych Kościołów i religii poza polską odmianą Kościoła Rzymsko-Katolickiego, zwolenników równouprawnienia płci, czarnych (czarni związani z Black Matters są „Murzynami”, którzy „często są rasistami”), słuchaczy i fanów Beatlesów, uczniów Tadeusza Kotarbińskiego („ateista” i „czołowy Budowniczy Polski Ludowej”), egzystencjaliści (zezowaty Jean Paul Sartre), marksiści (za jego zwolennika uchodzi także Jean-Claude Juncker, przemawiający na zdjęciu z 2018 roku (tak!) w katolickiej katedrze w Trewirze na obchodach 200-lecia urodzin „ateistycznego filozofa”)…

    Przykłady wykluczeń pełnoprawnych obywateli Polski można naprawdę mnożyć. Autor chyba nie wie, co to Konstytucja RP. Uczeń też się nie dowie. Jak nie dowie się, co to pluralizm mediów.

    Nowy podręcznik? Czy aby na pewno to podręcznik?
    Przykładowa ilustracja w książce z rozdziału pt. Demokracja, dialog i populizm. (s. 248-249) Populizm charakteryzuje się w tym rozdziale jako pozytywne zjawisko, antyelitarystyczne

    Wojciecha Roszkowskiego pamiętam jeszcze jako student, na pierwszym roku w akademiku czytałem jego — wtedy nielegalną i wydaną pod pseudonimem Andrzeja Alberta — historię polski wyprodukowaną w samizdacie, na powielaczowym papierze, bez ilustracji, a drukiem przypominającym maszynę do pisania. Wolałbym zachować o nim pamięć właśnie tak. Potem stał się aktywnym politykiem i do dzisiaj takim pozostał, mimo że nie jest już posłem.

    Na kuriozum zakrawa fakt uwyraźnionej we wstępie intencji przekonania młodego czytelnika i nauczyciela (chyba, bo ten wstęp nie ma autora i adresata wymienionego wprost), że mamy do czynienia z nowoczesnym podręcznikiem: bo „powstał przede wszystkim z myślą o holistycznym podejściu do ucznia”. Może to jest prawda, mógł powstać z myślą o „holistycznym podejściu”, ale nie o samym uczniu. Tenże uczeń jest przez Autora traktowany z góry, praktycznie nie istnieje jako podmiot samodzielnie myślący i czujący, ma być urabiany przez „mniemanologię stosowaną” wujka dobra rada, który prowadzi swój wykład, a nawet coś w rodzaju pogadanki. Jej autor rzuca od czasu do czasu jakieś swoje dość idiosynkratyczne skojarzenia w postaci albo zdjęć, albo karykatur, często wywodzących się ze współczesności. To nie jest gatunkowo podręcznik, to pogadanka poglądowa, bo podręcznik powinien mieć jasno oddzielone fragmenty definicyjne (słownik!), faktograficzne (daty i nazwiska) od interpretacji możliwych (różnych, nie tylko jednej). Holistycznego podejścia nie widzę. Uczeń nie ma żadnego wyboru, bo wykład jest mętny i zawirowany.

    Na uwagę zasługuje także fakt, że autor wstępu próbuje mącić, kiedy stwierdza: „Nowoczesne sposoby nauczania już dawno odeszły od humboldtowskiego stylu lekcji frontalnej na rzecz współpracy z uczeniem w celu ewolucji wiedzy z równoczesną możliwością podjęcia debaty opartej na znajomości faktów.” (9) Humboldt w grobie musi się przewracać, jeśli dochodzi do niego, że „pruski dryl w szkole”, oraz „wykładania prawd od tablicy” są tożsame w niektórych pismach z jego szczytnym ideałem Bildung, (samo)kształcenia samodzielnego człowieka, tak jak u polskich filomatów i filaretów.

    Pytania wyodrębnione na końcu (nierównych i nieproporcjonalnych) rozdziałów są pseudopytaniami, nie zachęcają do dyskusji, debaty czy — nie daj Boże — krytyki… Literatura uzupełniająca to obowiązkowo bardzo naukowe opracowania, których często obawiałbym się polecić nawet studentom (bo za trudne), ale nade wszystko to wcześniejsze publikacje naukowe Wojciecha Roszkowskiego. Jego książki z przypisami, sprawdziłem — są pod każdym rozdziałem. Być może są tam dlatego, żeby uniknąć łatwego zarzutu skierowanego przeciwko Autorowi — powielania swoich pism; a już teraz na Twitterze pojawiły się anonimowe doniesienia o autoplagiatach Roszkowskiego.

    Układ nie jest klarowny, jest linearny, niby chronologiczny, a narracyjność polega na subiektywnych skojarzeniach autora pogadanki. To nie jest narracja na poziomie Timothy Snydera, Normana Daviesa, czy Pawła Jasienicy, w którym rozczytywałem się w liceum. Obecnie jako historyka idei nowoczesności uderza mnie także np. pojęcie ideologii używane przez Autora „HiT”, uderza użycie czysto polityczne, nie-techniczne, a do takiego jestem przyzwyczajony. Cytuję wiernie Roszkowskiego: „Wśród najbardziej popularnych obecnie ideologii politycznych należy scharakteryzować socjalizm, liberalizm, feminizm i ideologię gender, współczesną chadecję, czyli chrześcijańską demokrację, której nie należy jednak utożsamiać z chadecją sprzed lat 40 i więcej.” (19) Czy z tego wynika, że nie ma np. ideologii ultrakatolickiej? Albo nazistowskiej dzisiaj? Neopogańskiej? Albo ideologii religijnych innego rodzaju? Ideologia jest pojęciem neutralnym, jedynie w retoryce politycznej funkcjonuje w ten sposób, jak w podręczniku Roszkowskiego. Jeszcze jeden dowód, że nie jest to podręcznik i nie powinien trafić do szkół. Najważniejsze użycia krytyczne ideologii w literaturze przedmiotu można odnaleźć w odniesieniu do ideologii prawicowych.  

    Jednak konserwatyści wedle Autora to „demokratyczne, sympatyczne miśki”: „Prawdziwi konserwatyści” mieli szczytne cele: „religia, demokracja, ograniczenie interwencji państwa w życie gospodarcze.” 

    Doprawdy? Nie ma monarchistów w Polsce wśród konserwatystów? Nie ma zwolenników supremacji człowieka nad naturą?  Nazizm niemiecki to „wina socjalistów i komunistów”. No i Fryderyka Nietzschego. No może Oswalda Spenglera. Nie konserwatystów. 

    Na poważnie: zrobię wszystko, żeby mój młodszy syn za dwa lata nie dostał się w łapy takiego edukatora, jednoznacznego propagandzisty obecnej władzy, nieobiektywnego matacza. Mój syn, ale także tysiące innych dzieci innych rodziców, dla których ważna jest przyszłość Polski i świata, muszą coś wiedzieć na temat współczesnego społeczeństwa globalnego, a nie dowiadywać się tylko o tym, że Polska była najbardziej poszkodowana w II wojnie światowej. I że najważniejsi są Żołnierze Wyklęci, Jan Paweł II i matka Teresa z Kalkuty. Jednoznacznie święta, bez szemranych interesów w banku watykańskim.

    Ten podręcznik to I tom. II tom w drodze. Tego drugiego już na pewno nie kupię. Szkoda lasów…

    PS. 18 sierpnia 2022 r. Inna wersja, bardziej rozbudowana tego wpisu ukazała się w Instytucie Obywatelskim

    Tutaj także program na ten temat z moim udziałem w TV TOYA.

  • Winy Niemców

    Winy Niemców

    Czy Niemcy odpracowali swoje winy? Czy uzasadnione jest jednanie się z nimi? 

    Posłuchaj rozmowy prof. Jarosława Płuciennika z prof. dr hab. Anną Wolff-Poweską, profesor em. UAM w Poznaniu. Podcast dostępny jest na YouTube i innych modcastowych platformach, np. Spotify. Linki poniżej:

    YouTube:

    Spotify:

  • Z kim Cię widzą, tak Cię piszą? Niewola bibliometryczna a wolność badań naukowych

    Z kim Cię widzą, tak Cię piszą? Niewola bibliometryczna a wolność badań naukowych

    Symboliczna reprezentacja ekonomii prestiżu (lic. Depositphotos)

    Dzisiaj krótki komentarz wakacyjny na temat publikacji Jacka Grove w Times Higher Education o „niewoli bibliometrycznej”.

    Dwa cytaty:

    „Kiedy w zeszłym miesiącu 350 organizacji z ponad 40 krajów podpisało nowe porozumienie zobowiązujące do oceny badań w oparciu o miary jakościowe, mogli mieć nadzieję, że zamykają rozdział epoki, w której prestiż czasopism, w których publikowani są naukowcy, był postrzegany jako główny arbiter sukcesu. Ale wydaje się, że „ciężko pozbyć się starych nawyków”, jak ujął to Mark Tweddle, starszy konsultant ds. Szkolnictwa wyższego w zespole konsultingowym THEs. Ankieta przeprowadzona wśród 10 000 naukowców wykazała, że większość z nich nadal ocenia się nawzajem na podstawie postrzeganej jakości ich cytowania, […]. Rzeczywiście, jest to najbardziej wpływowy czynnik poza osobistymi interakcjami z danym uczonym, przy czym prawie połowa respondentów twierdzi, że jest to ważne. Wyniki mogą zaskoczyć tych, którzy stoją za ciągłymi wysiłkami na rzecz zmniejszenia tak zwanej „ekonomii prestiżu” w publikacjach akademickich. Ale Tweddle mówi, że może to po prostu pokazywać, że potrzeba więcej czasu, zanim zmiany zaczną przynosić efekty. Na razie, jeśli chodzi o jakość akademicką, pozornie liczy się to, z kim jesteś widziany, a nie to, co robisz.”

    „Reputacja poszczególnych badaczy została wymieniona jako główny czynnik przez 11 procent naukowców, podczas gdy 2 procent wspomniało o ogólnej reputacji uniwersytetu badacza, chociaż odpowiednio 51 procent i 11 procent wymienia te czynniki jako jakoś ważne.”

    Trzeba mieć świadomość, że to badanie zamówiło THE, które stoi też za corocznym rankingiem uczelni wg THE.

    Trudno oczekiwać zmian w świadomości badaczy, jeśli większość naukowców w Europie pewnie nie słyszało o a-bibliometrycznym porozumieniu uczelni .

    Czy władze polskiej edukacji słyszały? Czy wyciągają jakieś wnioski? Póki co opublikowano niewiele znaczące dane z ewaluacji, które będą mieć kolosalne znaczenie dla wielu uczelni i instytutów, jeśli idzie o finanse. I co?

    Na temat ewaluacji polskiej nauki pisałem już tutaj

  • Zgiń, przepadnij… Na marginesie ewaluacji badań o ekonomii prestiżu i ekonomii drapieżców

    Zgiń, przepadnij… Na marginesie ewaluacji badań o ekonomii prestiżu i ekonomii drapieżców

    Publikuj albo giń? Czy w Polsce obowiązuje taka zasada? Jak ona jest stosowana w ewaluacji nauki? Jaka jest jej przyszłość?

    symboliczny obraz drapieżcy (lic. Depositphotos)

    Na marginesie ewaluacji badań o ekonomii prestiżu i ekonomii drapieżców…

    Świat akademicki w Polsce oczekuje z niecierpliwością na wyniki tak zwanej ewaluacji jednostek. Furorę robi nowe słowo nowomowy urzędniczej mianowicie „podmiotodyscyplina” (zob. Wywiad z min. Bernackim w DGP 19 lipca 2022). Ale dzisiaj chciałbym zwrócić uwagę na jeden podstawowy problem naszej polskiej swoistości organizacyjnej.

    Zasada „publikuj albo giń” (z ang. „publish or perish”) była mi znana od początku mojej drogi akademickiej w 1991 roku, choć wtedy wyrażano tę zasadę raczej w ograniczonej formie: „opublikuj dwa artykuły rocznie i zrób doktorat w ciągu 8 lat, a na pewno nic Ci się złego nie stanie”.

    Potem wszystko jednak przyśpieszyło i zasada była tak konsekwentnie stosowana, że faktycznie pojawiły się patologie: konferencje, coraz liczebniejsze, realizowały zasadę, że publikują wszystko, jak leci, mimo, że istniały, oczywiście, recenzje.

    Poza tym problemem był nepotyzm na uczelniach sprawiający, że ciągle istniały jednostki nie do ruszenia.

    Z czasem jednak „nieproduktywni” profesorowie także żegnali się z uczelniami.

    Tzw. reforma Gowina, zwana przez niego szumnie „Konstytucją dla Nauki” (w ostatnim momencie przechodziła w wakacje 2018 r. przez parlament z setkami poprawek wrzucanych na chybił-trafił) miała rzecz uporządkować, ale przez radykalną centralizację, pozbawienie autonomii uczelni poprzez pozorną wszechwładzę rektorów, którzy słuchać się muszą jednak wszechwładnego ministerstwa. Jeśli idzie o zasadę „publikuj albo giń”, zastąpiono ją „publikuj w odpowiednim miejscu albo giń”. Wprowadzono prestiż niektórych czasopism czasami oparty na prestiżu międzynarodowym, czasami jednak na „widzimisię” kolegiów oceniających. W oficjalnym obowiązującym przez rozporządzenie ministra zestawie czasopism i wydawnictw pojawiły się także nieuznawane przez ogólnoświatowe organizacje naukowe „czasopisma drapieżne”, „wydawnictwa drapieżne”, każące sobie słono płacić za publikacje. Podatnik polski zatem płaci dwa razy: za badania, a potem za publikacje. Część z tych pieniędzy idzie do „prestiżowych” (uznawanych przez międzynarodowe gremia) wydawnictw prywatnych, część do „drapieżnych” mających kapitał chiński mimo, że ich siedziba oficjalnie jest np. w Szwajcarii.

    Istnienie takiego pomieszania „ekonomii prestiżu” i „ekonomii drapieżców (oszustów)” było możliwe w Polsce dzięki zaistnieniu centralizacji gowinowskiej, która był owiana nimbem dostosowywania polskiej akademii do świata zachodniego, miały w Polsce funkcjonować „wreszcie zasady ogólnoświatowe”.

    Ciekawe, że kilka dni temu Unia Europejska, tak bardzo oskarżana o centralne i bezduszne reguły, podpisała porozumienie „Zgoda na zreformowanie oceny badań naukowych”

    Dokument ma 23 strony i jego sygnatariusze będą zastanawiać się jak sprawić, by ta ocena badań była sprawiedliwsza i wreszcie odesłała kulturę „publikuj lub zgiń” do lamusa. 22 lipca 2022 r napisał o tym także w Times Higher Education Ben Upton.

    „Sygnatariusze zgadzają się uznawać różnorodność wkładu w badania, opierać ocenę głównie na miarach jakościowych, rezygnować ze wskaźników opartych na czasopismach, unikać rankingów i inwestować w reformy. Oczekuje się, że każdy z nich przedłoży plan działania z kamieniami milowymi do końca 2023 r. lub w ciągu roku od podpisania umowy.”

    Ważne według Uptona jest to, że dokument nie jest czczą deklaracją, ma powstać koalicja zdeterminowana do działania. Dokument został przyjęty z mieszanymi reakcjami.

    Jak podkreślają sygnatariusze celem nie jest absolutyzacja jakiegoś innego systemu oceny, raczej powstanie wielu modeli, które odejdą od centralizacji.

    Jakieś zasady są konieczne, żeby naukowcy mogli się jednak spotykać na równych zasadach i podróżować, przemieszczać się także zawodowo bez większych problemów.

    W tym kontekście niektórzy sygnatariusze wprost zauważyli problemy Polski, cytuję THE: „Inne wyzwania będą miały charakter krajowy. Ismael Ràfols, badacz z University of Sussex, który był autorem również Manifestu Leiden, powiedział, że krajom, które polegają na scentralizowanej ocenie, takim jak Włochy, Hiszpania czy Polska, będzie szczególnie trudno odzwyczaić się od skalowalnych wskaźników publikacji.”

    I dalej jest fragment szczególnie istotny dla prestiżu Polski: „Debata dotyczy tego, czy rządy mają chęć lub zdolność do decentralizacji, ponieważ nie ma zaufania do organizacji z powodu nepotyzmu, który był powszechny 30 lat temu przed wdrożeniem scentralizowanych systemów”.

    No właśnie: centralizacja wprowadzona 30 lat temu? Ona wtedy się skończyła, a o ile pamiętam. Centralizację wprowadził Gowin, minister Czarnek ją tylko pogłębił. A na dodatek ręcznie manipulował przy punktacji czasopism i dlatego np. polska teologia na KUL dostała wedle przecieków ministra Bernackiego w DGP kategorię najwyższą z możliwych A+, zaś wiele dyscyplin humanistycznych i społecznych nie dostało takiej kategorii w ogóle.

    Zapewne ta ewaluacja ministerialna zadowoli większość, bo ręcznie uratowano największych takich jak jednostki SGH, UJ, czy SGGW (o czym także pisałem komentując konferencję min. Czarna). Zob. Ręcznie też uratowano, czy wręcz wywindowano prestiż KUL. Większość będzie zadowolona, bo dostanie B+ i zachowane zostaną uprawnienia.

    Decyzje administracyjne mają zostać wysłane do uczelni najpóźniej do końca lipca. To jest okres wakacyjny na uczelniach, większość pracowników i studentów jest na urlopach i wakacjach (niekoniecznie wyjazdowych). Ta ewaluacja przejdzie bez echa. A nie powinna. Jest skandalem z kilku względów. Teraz dochodzi do tego pozorne podporządkowanie „ekonomii prestiżu”, zaś faktyczna „wszechwładza centrali”, która może powoływać do swojego grona doradców wyłącznie zaufanych ministerialnych (zob. skład Komitetu Polityki Naukowej). Mamy stan faktyczny cofnięcia niektórych standardów do stanu z czasów PRL. Zaś sytuacja z młodymi chcącymi zostawać na uczelni i poświęcić się karierze naukowej jest coraz gorsza. Zasady zmieniają się co rusz, za pieniądze zjadane są przez inflację bez podwyżek od wielu wielu lat. „Publikuj albo giń”? Zgiń przepadnij, nie jesteś nam potrzebny… Ekonomia prestiżu? Ekonomia drapieżców…

  • Siostry dżdżownice, wzniosłość natury i empatia naukowca

    Siostry dżdżownice, wzniosłość natury i empatia naukowca

    Darwin nazywał dżdżownice naszymi siostrami? Czy uwznioślał naturę? Posłuchaj rozmowy z laureatką Nagrody KNoK PAN im. Anny Zeidler-Janiszewskiej dr Justyną Schollenberger

    Spotkanie i rozmowa z Dr Justyną Schollenberger, kulturoznawczynią i filozofką z Uniwersytetu Warszawskiego, z Zakładu Antropologii Słowa Instytutu Kultury Polskiej.

     Autorka książki Stworzenia Darwina. O granicy człowiek-zwierzę (2020). 

    Laureatka Nagrody KNoK PAN im. Anny Zeidler-Janiszewskiej (2021).

    Rozmowę prowadzi prof. dr hab. Jarosław Płuciennik

    Realizacja dźwięku mgr Eliza Matusiak

    Nagranie w Studiu Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego

    Podcast tutaj:

  • Oddźwięki życia i teatru Petera Brooka w Łodzi

    Oddźwięki życia i teatru Petera Brooka w Łodzi

    Rozmowy prof. Jarosława Płuciennika na temat spuścizny zmarłego kilka dni temu śp. Petera Brooka, genialnego twórcy teatralnego z Jolantą Sławińską-Ryszką (UŁ) i Tomaszem Rodowiczem (Teatr Chorea). Oboje znali Brooka i inspirowali się nim. Posłuchajcie:

  • Słownik ukrainizmów

    Słownik ukrainizmów

    wystawa w Miejskiej Galerii Sztuki Re:Medium w Łodzi 12.05-24.07.22,

    ul. Piotrkowska 113

    kuratorzy: Adriana Usarek, Michał Piernikowski

    Wystawa w ramach Łódź Design Festival

    Ciekawym i oryginalnym elementem wystawy są dekoracje wykonane przez Bovską, zawierające abstrakcyjne, florystyczne motywy w barwach flagi ukraińskiej, symbolizujące niebo, pokój i wolność (niebieski) oraz zboże, urodzaj i obfitość (żółty), jako że Ukraina zwana jest powszechnie spichlerzem Europy.

    Wśród zilustrowanych pojęć znalazły się te ogólnie znane z tekstów czy współczesnego języka mówionego, jak np. wataha, bohomaz, mereżka, step, ohyda, majdan, chmara, ale są i takie, których znaczenie nie jest już takie oczywiste dla każdego. Kto wie, cóż to takiego bandura, kureń, hopak? Czy powszechna jest wiedza o tym, że szarawary były w dawnych czasach elementem ludowego stroju ukraińskiego i umundurowania wojsk kozackich, albo że koromysło to drewniane nosidło do dźwigania na barkach ciężarów, zwykle wiader z wodą? Powyższe przykłady dowodzą, że zapożyczenia, powstałe w wyniku wielu przemian kulturowych, historycznych i obyczajowych, wzbogacają i ożywiają język, poszerzają jego możliwości jako narzędzia komunikacji, ekspresji i społecznej identyfikacji. Są także oznaką i potwierdzeniem istnienia kontaktów kulturowych ponad granicami krajów i języków. Należy zwrócić uwagę na wyjątkowy charakter tej edycji „Słownika”, który wynika z faktu, iż prezentowane na wystawie prace są dziełem grafików i ilustratorów pochodzących zarówno z Polski, jak i z Ukrainy. Ważne w tym projekcie jest także odwoływanie się artystów zarówno do doświadczania tych emocji, które towarzyszą każdemu człowiekowi w sytuacji zagrożenia, jak i tych, których doznajemy, gdy ogląda się przejawy okrutnej rzeczywistości z oddalenia.

    Jak widać, wiele pojęć ze „Słownika ukrainizmów” ma bogatą treść, w której zawarta jest interesująca historia. Dlatego wystawa adresowana jest do szerokiego grona odbiorców, którzy pragną poszerzyć swoją dotychczasową wiedzę na temat języka, kultury, tradycji i historii Ukrainy. 

     fragmenty tekstu do katalogu Adriana Usarek

  • Jak stworzyć fake news? Przykład konferencji ministra Czarnka

    Jak stworzyć fake news? Przykład konferencji ministra Czarnka

    Obejrzałem konferencję prasową ministra Czarnka i chciałbym na tym przykładzie pokazać, jak tworzy się „fake newsa”, albo jak stworzyć pasek TVP, albo jak uprawiać propagandę.

    Oficjalna strona MEiN na YouTube, zapis konferencji z 5.07.2022

    Podstawową sprawą do zrozumienia jest to, że aby mówić o tzw. „fake newsie”, nie trzeba wcale wyobrażać sobie, że wytwórca fake newsa nie odnosi się do prawdy. Powiedziałbym wręcz, że prawda jest podstawowym budulcem fake newsów. Prawda warunkiem fake newsa. I tak jak nie ma gorszego kłamstwa od statystyki (przypomnę tutaj słynne powiedzenie: „małe kłamstwo — duże kłamstwo — statystyka), tak i posługiwanie się prawdą i prawdziwymi statystykami służy często ludziom władzy do tego, aby wykreować fake newsowe przesłanie bądź kłamliwą narrację propagandową.

    Montaż nieudolnego kolażu… (fot. JP + lic. Depositphotos)

    Minister Czarnek zwykł zapraszać na swoje konferencje prasowe do wystąpienia swoich zastępców bądź specjalistów niższego szczebla, po to żeby oni prezentowali konkretne fakty i konkretne liczby. On natomiast wprowadza podstawową ramę narracyjną i nadaje ton przesłaniem głównym wystąpienia. Tym razem także od prawdy i konkretów był Dyrektor CKE.

    Główna opowieść ministra Czarna była uderzająca: „wyniki matur są lepsze, bo praca w szkołach była już w tym minionym roku normalna, czyli stacjonarna.”

    Ani jedno zdanie, ani drugie nie jest prawdą.

    To że wyniki matur w jednym zakresie referencyjnym ilości osób, które zdały maturę, zasadniczo są lepsze o prawie 4 procent, to oznacza ni mniej ni więcej tylko tyle, że 4% abiturientów więcej zdało od abiturientów zeszłego roku, wcale nie znaczy to, iż wyniki są lepsze.

    Ani też praca w ubiegłym roku nie była 100% stacjonarna, bo były kwarantanny itd. Poza tym w dzisiejszym świecie narzędzia cyfrowe powinno się opanować i umiejętnie z nich korzystać.

    Dla mnie jako wykładowcy wyższej uczelni oraz byłego prorektora ds. ształcenia najważniejsze są wskaźniki z tzw. matur rozszerzonych, czyli z przedmiotów dodatkowych. Tutaj pan dyrektor, zapewne z polecenia, „nie skupiał się na szczegółach” i odesłał do stron internetowych.

    Nie podano tych wyników szczegółowych, a są one przygnębiające.

    Średnie wyniki z poszczególnych przedmiotów na poziomie rozszerzonym: język angielski na poziomie rozszerzonym: 63 proc., język niemiecki na poziomie podstawowym: 57 proc., matematyka na poziomie rozszerzonym: 33 proc., biologia: 43 proc., chemia: 37 proc., fizyka: 37 proc., geografia: 40 proc., historia: 38 proc., wiedza o społeczeństwie – 30 proc.

    Zwraca zwłaszcza uwagę to, że z Wiedzy o społeczeństwie mamy tak słaby wynik średni, że gdyby były progi punktowe, to średnio większość maturzystów by nie zdała…

    Te dane dotyczą przedmiotów wybieranych jako przedmioty specjalizacji, jako przedmioty z pasji, a nie z obowiązku. I to te przedmioty stanowią podstawę w dostawaniu się na studia, to z nich właśnie buduje się punktację w rankingach na studia.

    Sprawę komentuje również Tygodnik Polityka, zwracając uwagę na radość ministra Czarnka z bylejakości. Podawane są tam przede wszystkim wyniki szczegółowe z matur dodatkowych z matur rozszerzonych. A te są naprawdę przygnębiające. I nie jestem wcale pewny, że interpretacja tygodnika polityka jest właściwa do końca, że tolerujemy bylejakość. Nie to jest chyba wnioskiem głównym.

    Wniosek nasuwa mi się tylko jeden: matura w Polsce powinna przestać być warunkiem dostania się na studia. Przeprowadzona w taki właśnie sposób jak jest, z takim systemem szkolnictwa nastawionym na rozwiązywanie problemów pod test, nastawionym na odtwarzanie, a nie tworzenie i krytyczne myślenie z wyobraźnią, nie ma większego sensu.

    Przekonanie ministra, że normalność polega wyłącznie na analogowości, że narzędzia cyfrowe to anomalia jest tak samo anachroniczne jak jego pojęcie normalności w przypadku życia seksualnego czy też tak zwanego gender. Mógłbym tutaj złośliwie zauważyć, że towarzyszący ministrowi dyrektor bardzo się ucieszył — chyba poza protokołem — z tego, że system sprawdzania wyników matur sprawdził się już drugi rok i że, uczniowie sprawdzali wyniki matur głównie z komórek, co świadczy wymownie o generacyjnej zmianie w podejściu do narzędzi cyfrowych. Pan dyrektor się ucieszył, ale pan minister w ogóle takich faktów pokoleniowych oraz kulturowych nie zauważa, bo jego świat to świat dziewiętnastowiecznej szkoły z pruskim drylem.

    Minister się szeroko uśmiecha. Minister zadowolony. Kolejny przysłowiowy, polski „miś” wystartował w powietrze…

    Na marginesie: pod koniec wystąpienia podano także datę decyzji administracyjnych dotyczących ewaluacji naukowej uczelni w Polsce. Przypomniano właściwie, że te decyzje mają być do końca lipca. Ale że propozycje wynikające z algorytmów są już od maja, to można sobie wyobrazić, co się dzieje w tych gabinetach ministerialnych za zamkniętymi drzwiami… Algorytmy ustanowione przez pseudoreformatora Jarosława Gowina okazały się kompletną katastrofą. Taką samą jest mniemanologia stosowana ministra Czarnka. Nie chcę się powtarzać, ale to ważne: minister Gowin umożliwił Czarnkowi takie działanie, on był warunkiem sine qua non „Czarnków” i potulnych względem władzy rektorów uczelni.

    PS. Zmieniony tekst ukazał się 08 lipca 2022 w Gazecie Wyborczej