Kategoria: Społeczeństwo i polityka

  • Redakcje, bezstronność i sprawy publiczne

    Redakcje, bezstronność i sprawy publiczne

    31 października 2024 The Economist wyjaśnił swoje stanowisko popierania Kamali Harris w wyborach USA

    W artykule The Economist odnosi się do swojej decyzji o poparciu Kamali Harris jako kandydatki Partii Demokratycznej na prezydenta USA. W przeciwieństwie do innych dużych amerykańskich gazet, jak Los Angeles Times i Washington Post, które postanowiły nie udzielać żadnych rekomendacji, The Economist podkreśla, że popieranie kandydatów nie stoi w sprzeczności z ich niezależnością dziennikarską, ale jest jej przykładem.

    Redakcja wyjaśnia, że ich podejście do dziennikarstwa opiera się na niezależności i bezstronności. Twierdzą, że ich praca polega na zapewnianiu rzetelnych, sprawdzonych faktów oraz dogłębnych analiz problemów globalnych. Opinie, które wyrażają, nie polegają na promowaniu polityków, ale na ocenianiu polityki i proponowaniu rozwiązań.

    The Economist zaznacza, że struktura ich organizacji gwarantuje wolność od wpływów komercyjnych, a decyzje redakcyjne nie są poddawane kontroli ze strony właścicieli czy zarządu. Wartości, które kierują ich pracą, to szacunek dla idei liberalnych oraz przekonanie, że każda idea powinna być poddawana krytycznej ocenie. Redakcja argumentuje, że ich linia redakcyjna wynika z intensywnych wewnętrznych debat i każdy, od stażysty po doświadczonych redaktorów, może wyrazić swoje zdanie.

    The Economist podkreśla, że nie narzuca czytelnikom, co mają myśleć, ale uważa, że w czasach pełnych podziałów i niepewności, spowodowanych m.in. przez wojnę, populizm i zmiany klimatyczne, potrzebne są jasno sformułowane, oparte na faktach opinie, które pomagają lepiej zrozumieć świat. Nawet jeśli ktoś się z nimi nie zgadza, cenią siłę argumentów opartych na prawdzie.

    The Economist podkreśla, że niezależność ich dziennikarstwa jest chroniona przez strukturę własnościową organizacji. Wydawnictwo The Economist nie ma większościowego właściciela – największy akcjonariusz posiada jedynie 43,4% udziałów, co oznacza, że decyzje redakcyjne nie są kontrolowane przez jednego dominującego inwestora. Dodatkowo, żadne poparcia czy rekomendacje redakcyjne nie są nigdy poddawane przeglądowi przez przewodniczącego lub zarząd. Taka struktura zapewnia, że treści publikowane w The Economist są niezależne od wpływów komercyjnych i pozostają obiektywne.

    The Economist zachowuje bezstronność podobnie jak Scientific American. W październiku 2024 roku Scientific American po raz drugi w swojej 179-letniej historii udzielił poparcia kandydatce na prezydenta USA, Kamali Harris. Wcześniej, w 2020 roku, magazyn poparł Joe Bidena, co było ich pierwszym takim krokiem. Decyzja ta wynikała z przekonania redakcji, że polityka Harris lepiej wspiera naukę, zdrowie publiczne i ochronę środowiska w porównaniu z jej przeciwnikiem, Donaldem Trumpem. Redakcja argumentowała, że ich obowiązkiem jest opowiedzenie się po stronie polityki opartej na dowodach naukowych, zwłaszcza w obliczu wyzwań takich jak zmiany klimatyczne i pandemia COVID-19.

  • Recenzja nowej książki Harariego Nexus

    Recenzja nowej książki Harariego Nexus

    Właśnie ukazała się moja recenzja nowej książki Harariego.

    Yuval Noah Harari, Nexus: A Brief History of Information Networks from the Stone Age to AI, Vintage/Penguin Random House, Londyn–Nowy Jork 2024, ss. 495 w: Zagadnienia Rodzajów Literackich, LXVII, 2024, z. 2

    recenzja tutaj

  • Storytelling a lingwistyczna analiza na przykładzie debaty Harris/Trump. Bryk dla studentów

    Storytelling a lingwistyczna analiza na przykładzie debaty Harris/Trump. Bryk dla studentów

    Storytelling to niezwykle istotna umiejętność w dzisiejszym świecie komunikacji. Sztuka opowiadania historii ma na celu nie tylko przekazywanie informacji, ale również angażowanie emocji i przekonywanie odbiorców. Dobry storytelling działa na wielu poziomach – łączy postaci, konflikty, zwroty akcji i zakończenia w spójną, logiczną całość, która łatwo rezonuje z widownią. Jest on powszechnie stosowany w literaturze, filmie, reklamie, a nawet w marketingu cyfrowym. Jego głównym celem jest stworzenie historii, która przyciągnie uwagę, wywoła emocjonalną reakcję oraz pozostanie w pamięci odbiorcy na długo po zakończeniu. Ważne jest, aby dostrzegać czasami całości długiego trwania. Np. debata wyborcza może trwać 90 minut, ale strategie komunikacyjne poszczególnych uczestników debaty widać w całości ich wystąpień.

    Każda opowieść składa się z kilku podstawowych elementów: postaci, które niosą fabułę i z którymi odbiorcy mogą się identyfikować; konfliktu, który jest rdzeniem każdej historii, napędzającym akcję i utrzymującym zainteresowanie widza; punktów zwrotnych, które stanowią momenty przełomowe w historii, budując napięcie i prowadząc do rozwiązania, oraz zakończenia, które pozostawia odbiorcę z poczuciem satysfakcji lub refleksji. Niezależnie od tego, czy tworzysz scenariusz filmowy, planujesz kampanię reklamową, czy piszesz powieść, storytelling pozostaje kluczem do skutecznej komunikacji, niezależnie od medium. Kiedyś jakiś polityk powiedział, że nieważne jak się zaczyna, ale jak się kończy. Ech, to tylko częściowa prawda. W storytellingu jak w każdym tekście artystycznym najczulsze elementy tekstu to zarówno początek, jak i koniec. Zatem ważne jest, jak się zaczyna (np. uściskiem dłoni interlokutora), ale też jak się kończy (np. zdecydowanym tonem).

    Narracja transmedialna, czyli transmedia storytelling, to zaawansowana forma storytellingu, która rozciąga historię na wiele platform medialnych. Kluczowe jest to, że każda z tych platform oferuje coś unikalnego – nie są to jedynie powtórzenia tego samego wątku, ale jego rozwinięcia i nowe konteksty, które uzupełniają główną narrację. Historia może być opowiedziana częściowo w filmie, kontynuowana w książce, a rozszerzona przez grę wideo czy komiks. Każda platforma wnosi nowe elementy do świata opowieści, co pozwala odbiorcom na jeszcze głębsze zaangażowanie. Transmedia storytelling zachęca widza do aktywnej interakcji z narracją – może on zgłębiać różne wątki, odkrywać nowe postacie i eksplorować świat opowieści na różne sposoby. Doskonałym przykładem narracji transmedialnej jest uniwersum „Gwiezdnych wojen”. Historia zaczęła się od filmów, ale z czasem rozwinęła się o dodatkowe wątki opowiadane w książkach, komiksach, grach wideo czy serialach telewizyjnych, tudzież zabawkach dołączanych do Happy Meala w McDonalds. Każde z tych mediów dodaje nowe informacje, wprowadza postacie i rozwija uniwersum, które dzięki temu staje się bogatsze i bardziej złożone.

    Dla studentów kursu Storytelling warto przyjrzeć się nie tylko fikcyjnym narracjom, ale również rzeczywistym przykładom komunikacji, jak np. polityczne debaty. Lingwistyczna analiza Marka Libermana (lingwista z Linguistic Data Consortium, University of Pennsylvania, Philadelphia, USA), opublikowana na łamach „The Economist” 11 września 2024r. (An alternative look at the Trump-Harris debate, in five charts), ukazuje, jak język i ton wypowiedzi mogą kształtować wizerunek polityka w oczach publiczności. Liberman przeanalizował debatę między Kamalą Harris a Donaldem Trumpem, pokazując różnice w ich stylach komunikacyjnych. Wyniki te można odnieść również do zasad storytellingu. Trump mówił szybciej (198 słów na minutę) i dłużej niż Harris, co mogło sugerować próbę dominacji i chęć zapanowania nad debatą. Harris mówiła wolniej (160 słów na minutę), ale używała więcej unikalnych słów, co pozwalało jej na bardziej precyzyjne formułowanie wypowiedzi. Harris używała bardziej zróżnicowanego języka – potrzebowała 4000 słów, aby osiągnąć 1000 unikalnych wyrazów, podczas gdy Trump potrzebował aż 6000 na 1000 unikalnych wyrazów. Bogatszy język może być postrzegany jako bardziej elokwentny, precyzyjny i przemyślany, co w storytellingu często przekłada się na wiarygodność postaci. Jednak samo to nie musi przekładać się na sukces komunikacyjny. Jeśli idzie o tempo mówienia, to szybsze tempo mówienia może być interpretowane jako przejaw pewności siebie lub chęci dominacji w debacie. Co więcej, Trump jest znany z tego, że potrafi, mówiąc niejako bardziej potocznie, mniej precyzyjnie, czasami mętnie, przykuwać długo uwagę, mimo „kręcenia się w kółko”, „wracania do tego, co już było”. Sugeruje to, że Harris była bardziej precyzyjna i świadoma w doborze języka, co mogło wpływać na jej postrzeganą elokwencję i skuteczność komunikacyjną. Jednak samo to nie musi przekładać się na większą wiarygodność, bo Trump powtarzając frazy: „oni jedzą koty, oni jedzą naszych milusińskich…” wbija się odbiorcy w pamięć, choćby było to nawet groteskowe.

    Warto też zwrócić uwagę na wybór słów, ponieważ Trump częściej używał zaimka „oni”, co sugeruje strategię „my kontra oni” – klasyczny sposób budowania konfliktu w narracji, który potrafi angażować emocje odbiorców. Harris natomiast stawiała na słowa takie jak „Ameryka” i „praca”, które budowały bardziej inkluzywny, pozytywny przekaz. Analiza tonacji ujawnia, że tonacja głosu kandydatów miała znaczenie w odbiorze emocjonalnym. Trump w miarę trwania debaty wykazywał większą zmienność tonacji, szczególnie podczas poruszania kontrowersyjnych tematów (atak na Kapitol) oraz pod koniec debaty. Harris natomiast zakończyła debatę w sposób opanowany, co mogło sugerować pewność siebie i kontrolę nad sytuacją. Harris zaczęła pewnie i zakończyła jak prokurator mowę oskarżycielską.

    Analiza Libermana pokazuje, że każda forma komunikacji – nawet polityczna debata – ma swoje zasady narracyjne. Od budowy zdań, przez tempo mówienia, po tonację głosu – wszystkie te elementy kształtują percepcję i emocje odbiorców. W storytellingu kluczowe jest zrozumienie, że każda decyzja językowa ma swoje konsekwencje dla odbioru opowieści. To właśnie te subtelne aspekty sprawiają, że historie mają moc oddziaływania i wpływu na ludzi. W polityce, podobnie jak w storytellingu, chodzi o wywoływanie emocji, przekonywanie do swoich racji i budowanie relacji z odbiorcami. Każdy z kandydatów zastosował odmienną strategię językową, co wpłynęło na ich postrzeganie przez opinię publiczną.

    Dla studentów Storytellingu, kluczowe jest zrozumienie, że niezależnie od medium – czy to debata, książka, film, czy kampania reklamowa – fundamenty opowiadania historii pozostają niezmienne. Kluczem do sukcesu jest świadome kreowanie narracji, która angażuje odbiorcę, niezależnie od platformy, na której jest prezentowana. Storytelling to sztuka, która rozwija się na różnych poziomach i przez różne media. Wykorzystanie transmedia storytellingu pozwala na stworzenie złożonych, wielowarstwowych historii, które angażują odbiorcę na wielu poziomach. Lingwistyczna analiza debaty politycznej również pokazuje, jak wybór słów i sposób mówienia wpływają na odbiór komunikatu.

    Ale też transmedialność ujawniła się natychmiast w tym, że krótko po debacie Taylor Swift umieściła wpis na Instagramie ilustrowany swoim wystudiowanym portretem z pięknym kotem i podpisem „Bezdzietna kociara”. Wpis był jednoznacznym opowiedzeniem się za Kamalą Harris, ale jednocześnie jest ciągiem dalszym fatalnie odebranej teorii spiskowej Trumpa na temat imigrantów zjadających koty i psy amerykańskich właścicieli. Tak to właśnie jesteśmy zanurzeni po uszy w transmedialnych opowieściach.

    PS. 14 września 2024 zmieniona wersja tego wpisu ukazała się w Gazeta Wyborcza

  • Karty, złote buty, „amerykańskie” Biblie i cyfrowe cuda. Jak Donald Trump robi disneyland z polityki

    Karty, złote buty, „amerykańskie” Biblie i cyfrowe cuda. Jak Donald Trump robi disneyland z polityki

    Karty atutowe, zwane po angielsku Trump cards. To także aluzja do gigantycznego biznesu hazardowego Trumpa, który jest właścicielem kasyn (lic. Depositphotos)

    Donald Trump nie tylko zna zasady gry politycznej i medialnej, ale wręcz je redefiniuje, wprowadzając do niej elementy rodem z tzw. kultury popularnej. W jego rękach każda kampania to starannie zaplanowany spektakl, w którym rzeczywistość zlewa się z fikcją, a granice między poważną polityką a komercyjnym show biznesem stają się coraz bardziej płynne. Przykłady? Oczywiście trzeba zacząć od słynnych ponownie od ubiegłego wtorku „trump cards”, ale warto również wspomnieć o złotych butach biegowych, tzw. Biblii Trumpa, cyfrowych tokenach oraz wykorzystaniu sztucznej inteligencji do tworzenia wizerunków Trumpa. To wszystko składa się na swoisty Disneyland polityki, w którym Trump jest nie tylko główną atrakcją, dosłownym bohaterem i atutową kartą, ale i reżyserem.

    Zacznijmy od „trump cards” – cyfrowych kart kolekcjonerskich, które można kupić za jedyne 99 dolarów. Fraza „trump cards” w języku angielskim oznacza karty atutowe, kluczowe dla wygranej w grze, ale w rękach Trumpa zyskuje nowy wymiar. Karty te stają się symbolem jego politycznej siły, ale również przedmiotem pożądania, którym można się pochwalić przed znajomymi. A jeśli kupisz wystarczająco dużo kart, dostaniesz kawałek garnituru Trumpa – dosłownie! Jakby sam Trump stawał się nowym świętym, którego relikwie można kolekcjonować.

    Trump wykorzystywał inne produkty popularne do wzmacniania finansowego i medialnego swojej kampanii. W pewnym momencie na rynku pojawiły się złote buty sygnowane jego nazwiskiem. Niby niewiele mają wspólnego z polityką poza tym, że doskonale wpisują się w narrację Trumpa jako człowieka sukcesu, który wszystko, czego dotknie, zamienia w złoto – dosłownie. To złote buty, które mówią: „Jestem bogaty, jestem potężny, i możesz być jak ja, jeśli tylko założysz te buty.” To esencja disneyizacji – uproszczenie skomplikowanej rzeczywistości do kilku łatwo przyswajalnych symboli, które można sprzedawać masom. Założę pidżamę z wizerunkiem batmana i stanę się superbohaterem…

    A co to jest Biblia Trumpa? W pewnym momencie pojawił się na rynku przedmiot, który nazwano „Amerykańską Biblią Trumpa”. Oczywiście, nie była to zwykła Biblia – była to Biblia, która rzekomo miała wspierać wartości, za które Trump rzekomo stoi. Tekstowi zwykłej Biblii w wersji Króla Jakuba towarzyszą także Konstytucja USA i Deklaracja Niepodległości US. Połączenie religii z polityką nie jest niczym nowym, ale Trump wzniósł to na nowy poziom, oferując swoim zwolennikom coś, co miało być święte, ale jednocześnie przesiąknięte amerykańskim duchem, jaki Trump stara się uosabiać. I duchem odwołującym się do najbardziej konserwatywnej części amerykańskiego społeczeństwa z tzw. pasie biblijnym. To nic innego jak sprzedaż wartości w komercyjnej formie – Biblia jako gadżet, symbol nowego rodzaju patriotyzmu, który można kupić i mieć na własność. Wszystko na sprzedaż.

    W kontekście rosnącej cyfryzacji i nowoczesnych technologii, Trump udowodnił, że potrafi dostosować swoje kampanie do najnowszych trendów. Nie tylko w pierwszej kampanii świetnie wykorzystał Twittera, był wręcz nazywany pierwszym Twitterowym prezydentem, choć początki jego kariery wiązały się z medium telewizyjnym. Jednak wprowadzenie cyfrowych kart kolekcjonerskich, które w rzeczywistości są tokenami NFT, pokazuje, jak zręcznie Trump wykorzystuje kryptowaluty i nowoczesne technologie, by jeszcze bardziej wzmocnić swoją markę. To już nie tylko sprzedaż fizycznych produktów, ale także cyfrowych aktywów, które mogą być przechowywane, handlowane i eksponowane w wirtualnych portfelach. Jego zwolennicy mogą teraz kupować „część Trumpa” w postaci tokenów, które – jak się sugeruje – mają wartość nie tylko finansową, ale i symboliczną. To kolejny krok w disneyizacji – uproszczenie i komercjalizacja w erze cyfrowej.

    Dodatkowo, Trump sięga po najnowsze technologie, takie jak sztuczna inteligencja, aby tworzyć wizerunki siebie samego jako bohatera narodowego, a nawet superbohatera. Jego cyfrowe karty kolekcjonerskie przedstawiają go w fantastycznych, wręcz nadprzyrodzonych pozach, co jeszcze bardziej podsyca narrację o Trumpie jako o kimś więcej niż zwykłym człowieku. Dzięki AI, Trump może przedstawiać siebie w dowolny sposób – jako wojownika, lidera, bohatera – i sprzedawać te obrazy jako symbol jego siły i wyjątkowości. Cuda na kiju.

    Ta strategia nie jest przypadkowa. Trump doskonale rozumie, że w dzisiejszym świecie polityka i kultura masowa są nierozłączne. Wykorzystuje disneyizację kultury amerykańskiej, aby uprościć swoje przesłanie do poziomu, który jest łatwo zrozumiały i atrakcyjny dla jego bazy wyborców. Wprowadza elementy komercji do polityki, zamieniając kampanie wyborcze w spektakle, a samego siebie w produkt, który można sprzedać. Jego „trump cards”, złote sneakersy, „amerykańska” Biblia, cyfrowe tokeny i obrazy generowane przez AI to nic innego jak polityczne gadżety, które oferują jego zwolennikom nie tylko możliwość wsparcia swojego idola, ale także uczestnictwa w czymś większym, bardziej znaczącym.

    Co więcej, Trump bawi się językiem, tworząc wieloznaczne frazy, które przyciągają uwagę i dodają jego kampaniom element tajemniczości. „Krypto-prezydent” to doskonały przykład takiej gry słów. Z jednej strony odnosi się do kryptowalut, z drugiej sugeruje, że Trump ma jakieś ukryte moce, które czynią go wyjątkowym. To czysta disneyizacja – przekształcenie polityki w bajkę, w której Trump jest superbohaterem, a jego zwolennicy są częścią jego magicznego świata.

    Jednak pod tą warstwą błyszczącego marketingu kryje się coś głębszego. Trump, podobnie jak Disney, rozumie, że ludzie potrzebują prostych narracji, które dają im poczucie bezpieczeństwa i przynależności. W świecie, w którym rzeczywistość staje się coraz bardziej złożona i nieprzewidywalna, oferuje im jasne, proste przesłanie: „Jestem waszym atutem, waszym przewodnikiem przez ten chaos. Kupcie moją kartę, moje buty, moją Biblię, a staniecie się częścią mojej wizji Ameryki”. Ludzie szukający odpowiedzi w teoriach spiskowych potrzebują prostych narracji. Ludzie wybierający Trumpa to ci sami często wyborcy, co zwolennicy spiskowych teorii. Wystarczy wspomnieć, że po zamachu na Kapitol po przegranych wyborach prezydenckich pojawiła się spiskowa teoria Q, oraz postać samego zamachu Q-Szamana.

    Ostatecznie, sukces tej strategii pokazuje, jak głęboko disneyizacja przeniknęła amerykańską kulturę. Trump nie tylko sprzedaje produkty – sprzedaje ideę, marzenie, które jego zwolennicy mogą dosłownie kupić i trzymać w swoich rękach. To amerykański sen w nowoczesnej, skomercjalizowanej formie – i jak się okazuje, sen ten nadal ma wielu chętnych nabywców. W świecie, w którym polityka i popkultura zlewają się w jedno, Donald Trump staje się symbolem tej nowej, cyfrowej ery – ery, w której można kupić kawałek historii za pomocą jednego kliknięcia.

    Ps. Oczywiste jest, że za tymi gadżetami kryją się niecne intencje Trumpa. Gdyby wygrał wybory, byłoby fatalnie dla świata i dla demokracji amerykańskiej.

  • Świat akademicki, medale olimpijskie a sprawa polska

    Świat akademicki, medale olimpijskie a sprawa polska

    Symbol igrzysk olimpijskich 2024 na miejscu Trocadero przed wieżą Eiffla w Paryżu we Francji. (lic. Depositphotos)

    Sukcesy sportowe Uniwersytetu Stanforda na igrzyskach w Paryżu 2024 roku, gdzie studenci i absolwenci zdobyli aż 27 medali, pokazują, jak kluczowe są inwestycje w sport akademicki. Gdyby Stanford był krajem, zająłby 13. miejsce w klasyfikacji medalowej, co stawia go wyżej niż Szwecję i Hiszpanię. Tymczasem Polska z 10 medalami, w tym 1 złotym, uplasowała się na 42. miejscu. To porównanie rodzi pytania o finansowanie i strategię sportu oraz edukacji w Polsce, szczególnie w kontekście budżetów, które w przypadku Stanforda wynoszą miliardy dolarów rocznie. Jak możemy poprawić naszą pozycję na arenie międzynarodowej?

    Zwrócił moją uwagę artykuł autorstwa Toma Kuhnera opublikowany w „Die Welt” 14 sierpnia 2024 roku, który opisuje sukcesy sportowe Uniwersytetu Stanforda na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 2024 r. Studenci i absolwenci tej uczelni zdobyli tam aż 27 medali, co jest prawie trzykrotnie większą liczbą niż liczba medali zdobytych przez Polskę. Gdyby Stanford był krajem, zająłby 13. miejsce w klasyfikacji medalowej, wyprzedzając m.in. Szwecję i Hiszpanię. Polska w the Guardian zajmuje 42. miejsce medalowe z 10 medalami w tym 1 złotym. 

    Sukcesy Stanforda są wynikiem unikalnej strategii, która koncentruje się na sportach olimpijskich, takich jak lekkoatletyka i pływanie, a nie na tradycyjnych amerykańskich sportach uniwersyteckich. W artykule w Die Welt podkreślono, że inwestycje w sport na Stanfordzie są znaczące, sięgając 157 milionów dolarów w 2021 roku, co stanowi niemal połowę kwoty wydanej na sport wyczynowy w całych Niemczech (autor pisze dla niemieckiego czytelnika, a przypomnę, że Niemcy wedle tabeli Guardiana na 10.miejscu mają 33 medali, w tym 12 złotych, 13 srebrnych i 8 brązowych). Szczególną uwagę autora zwraca fakt, że wszystkie złote i srebrne medale zdobyte przez Stanford w Paryżu zostały wywalczone przez kobiety.

    Chciałbym podkreślić tutaj, że roczny budżet Uniwersytetu Stanforda jest znaczący, odzwierciedlając jego pozycję jako jednej z najbardziej prestiżowych instytucji edukacyjnych na świecie. Na rok budżetowy 2023–2024 całkowity budżet Uniwersytetu Stanforda wynosił około 8,9 miliarda dolarów. Ten budżet obejmuje wiele różnych obszarów, takich jak kształcenie i badania naukowe, finansowanie programów akademickich, laboratoriów, projektów badawczych oraz wynagrodzenia dla wykładowców i pracowników naukowych, infrastruktura i administracja, utrzymanie kampusu, zarządzanie zasobami oraz koszty administracyjne, pomoc finansowa i stypendia, wsparcie dla studentów, w tym programy stypendialne oraz pomoc finansowa, a także projekty inwestycyjne, finansowanie rozwoju nowych budynków, renowacji oraz innowacyjnych projektów na kampusie. Uniwersytet Stanforda dysponuje także ogromnym funduszem wieczystym (ang. endowment), który w 2023 roku przekroczył 36 miliardów dolarów. Ten fundusz odgrywa kluczową rolę w finansowaniu działalności uczelni, w tym wspieraniu badań, stypendiów oraz rozwoju kampusu.

    Sporty na Uniwersytecie Stanforda również mają duże znaczenie, a ich finansowanie stanowi istotną część budżetu uczelni. Stanford jest znany z wyjątkowego programu sportowego i regularnie plasuje się wysoko w rankingach uczelni pod względem sukcesów sportowych. Na rok budżetowy 2023–2024 budżet przeznaczony na sporty na Stanfordzie wynosił około 125 milionów dolarów. Środki te są wykorzystywane na utrzymanie i rozwój obiektów sportowych, takich jak stadiony, hale sportowe, baseny i inne infrastruktury, co wiąże się ze znacznymi kosztami ich utrzymania i modernizacji, stypendia sportowe dla utalentowanych studentów-sportowców, które przyciągają wielu czołowych zawodników z całego świata, oraz prowadzenie programów sportowych, obejmujących wynagrodzenia trenerów, koszty podróży na zawody, sprzęt sportowy i inne niezbędne zasoby. Dodatkowo środki są przeznaczane na wsparcie dla sportowców, takie jak opieka medyczna, fizjoterapia, trening mentalny i inne usługi wspomagające ich rozwój. Stanford posiada jeden z najbardziej wszechstronnych programów sportowych w USA, obejmujący ponad 30 różnych dyscyplin sportowych na poziomie uniwersyteckim, i jest regularnie uznawany za jedną z najlepszych uczelni w klasyfikacji Directors’ Cup, która ocenia ogólną wydajność sportową uczelni w różnych dyscyplinach. Tak duże inwestycje w sport są możliwe dzięki wsparciu funduszu wieczystego, darowiznom od absolwentów oraz wpływom z transmisji telewizyjnych i sponsorów. Sukcesy te zostały również odnotowane na arenie międzynarodowej, jak pokazuje artykuł z Die Welt z 14 sierpnia 2024 roku, który podkreśla, że na igrzyskach olimpijskich w Paryżu studenci i absolwenci Uniwersytetu Stanforda zdobyli aż 27 medali, co jest prawie trzykrotnie większym wynikiem niż ten osiągnięty przez Polskę. Sportowcy z tej uczelni osiągnęli imponujące wyniki, zdobywając medale w takich dyscyplinach jak lekkoatletyka i pływanie, co pokazuje, że strategia inwestowania w sporty olimpijskie przynosi znakomite rezultaty.

    Budżet na finansowanie szkolnictwa wyższego w Polsce jest ustalany corocznie w ustawie budżetowej, którą uchwala Sejm. Budżet ten obejmuje finansowanie uczelni publicznych, w tym ich działalności dydaktycznej, badawczej oraz inwestycji. Środki na finansowanie uniwersytetów i innych szkół wyższych są częścią większej puli przeznaczonej na naukę, edukację oraz inne związane z tym sektorem obszary.

    Na przykład w budżecie państwa na rok 2023, Ministerstwo Edukacji i Nauki dysponowało sumą ponad 37 miliardów złotych, z czego znacząca część była przeznaczona na finansowanie uczelni wyższych. Szczegółowy podział tej kwoty na poszczególne uczelnie nie jest zazwyczaj bezpośrednio publikowany w dokumentach budżetowych i jest raczej wynikiem wewnętrznych decyzji Ministerstwa oraz wyników parametryzacji uczelni. Łatwo obliczyć, że te 37 miliardów złotych na polskie państwowe uczelnie to odpowiednik rocznego budżetu Uniwersytetu Stanforda. 

    Kwoty te mogą różnić się w zależności od roku i są uzależnione od wielu czynników, w tym liczby studentów, wyników naukowych uczelni, liczby projektów badawczych oraz polityki rządu w zakresie edukacji wyższej. 

    Ostatnio pisze się o miejscu polskich uczelni w rankingach. Wielokrotnie pisałem i mówiłem, nie ma sensu porównywanie się z najlepszymi w świecie bez porównań nakładów finansowych. Potrzebna też jest zmiana myślenia o edukacji sportowej, także akademickiej. 

  • Otwarty dostęp, komercjalizacja i konieczność publikacji w czasopismach

    Otwarty dostęp, komercjalizacja i konieczność publikacji w czasopismach

    Analiza lic. Depositphotos

    Publikacje naukowe w prestiżowych czasopismach to według wielu naukowców nieetyczne drenowanie świata akademickiego

    Artykuł autorstwa Arasha Abizadeha, opublikowany w dzisiejszym (14.08.24) „The Guardian”, krytykuje komercyjne wydawnictwa akademickie za ich olbrzymie zyski osiągane kosztem uniwersytetów i naukowców. Pięć największych wydawnictw, takich jak Elsevier i Wiley, generuje miliardowe przychody i zyski, sięgające nawet 40%. Dzieje się tak mimo faktu, że to naukowcy wykonują większość pracy związanej z produkcją artykułów – prowadzą badania, piszą artykuły, recenzują je i redagują, często bez żadnego wynagrodzenia.

    Uniwersytety, które finansują badania i płacą naukowcom, muszą następnie wydawać ogromne sumy, aby uzyskać dostęp do wyników tych badań, co prowadzi do trudności finansowych wielu instytucji. Tymczasem wielu badaczy i ogół społeczeństwa nie ma dostępu do kluczowych badań, ponieważ są one ukryte za płatnymi ścianami.

    Abizadeh, jako redaktor czasopisma „Philosophy & Public Affairs”, wraz z innymi redaktorami zdecydował się na rezygnację z dotychczasowej współpracy z komercyjnymi wydawcami, by stworzyć nowy, otwarty na wszystkich i darmowy model publikacji w ramach Open Library of Humanities. Nowe czasopismo będzie funkcjonować na zasadach „diamentowego” dostępu otwartego, co oznacza brak opłat zarówno dla autorów, jak i czytelników.

    Abizadeh podkreśla, że chociaż istnieje możliwość stworzenia bardziej sprawiedliwego systemu publikacji, to akademicy są często zmuszeni do publikowania w uznanych, komercyjnych czasopismach z powodu presji związanej z rozwojem kariery. Wzywa on do kolektywnej zmiany i wsparcia dla nowych modeli publikacji, które będą bardziej dostępne i etyczne, co przyczyni się do walki z dezinformacją i propagandą w przestrzeni publicznej.

  • Solidarność demokratów zglobalizowanego świata

    Solidarność demokratów zglobalizowanego świata

    Recenzja książki „Autocracy, Inc.: The Dictators Who Want to Run the World” Anne Applebaum

    Anne Applebaum, uznana dziennikarka i autorka licznych książek historycznych, której nie trzeba szerzej polskiemu czytelnikowi przedstawiać, wydała w USA nową książkę pt. „Autocracy, Inc.: The Dictators Who Want to Run the World”. Pozycja ta, licząca 207 stron, ukazała się nakładem wydawnictwa Doubleday w lipcu 2024 roku. W polskim przekładzie Michała Rogalskiego, książka nosi tytuł „Koncern Autokracja. Dyktatorzy, którzy chcą rządzić światem” i premierę zapowiedziano na 11 września 2024 roku.

    Globalna perspektywa i komparatystyczne, dziennikarskie studia międzykulturowe

    Jednym z kluczowych aspektów książki jest jej globalna perspektywa, która w dużej mierze tłumaczy, dlaczego zaliczono ją do studiów międzykulturowych. Dodałbym, że komparatystycznych studiów dziennikarskich. Applebaum zwraca uwagę na to, że współczesne autokracje nie są zarządzane przez jednego „złego” człowieka (na to wskazuje także tytułowa liczba mnoga dyktatorów), ale przez złożone sieci, które opierają się na kleptokratycznych strukturach finansowych, kompleksie służb bezpieczeństwa (wojsko, policja, służby paramilitarne) oraz ekspertach technologicznych odpowiedzialnych za nadzór, propagandę i dezinformację (na ten aspekt zwraca uwagę ten tytułowy skrót „Inc.”). Członkowie tych sieci są połączeni nie tylko wewnątrz danego reżimu autokratycznego, ale także z innymi autokratycznymi krajami, a czasem nawet z demokracjami (s. 1). Kategoria sieci co prawda wprost jakoś nie jest nadużywana, ale też nie ma charakteru spiskowości. Opiera się na faktach, datach, liczbach, co sprawia, że dyskurs Autorki ma charakter racjonalny i daleki od paniki aktywistycznej, czy słynnych i uznanych manifestów demokratycznych w rodzaju „O tyranii” świetnego, mówiącego także po polsku, historyka Timothy Snydera. Książkę Anne Applebaum czyta się świetnie. 

    Applebaum odchodzi od klasycznego historycznego indywidualizmu metodologicznego, podkreślając, że współczesne autokracje działają raczej w formie sieciowej niż indywidualnej. Nie skupia się na tzw. „silnych jednostkach” czy „wodzach”, lecz na złożonych strukturach, które wspólnie dążą do zachowania swojej władzy i bogactwa. A zatem podtytuł nie zapowiada omówienia samych postaci dyktatorów, jak w książce Archie Browna „The Myth of the Stron Leader. Political Leadership in the Modern Age” z 2014. Znacznie bliżej Autorce książki do prac innego historyka i wpływowego intelektualisty – Nialla Fergusona, choć bez jego wszechogarniających syntetycznych ambicji naukowych. (autor m.in. Cywilizacji. Zachód i reszta świata, 2012) 

    Krytyka demokracji i globalizacja

    Applebaum wprowadza również koncepcję „Autocracy, Inc.”, która odnosi się do współczesnych reżimów autokratycznych działających jak korporacje, związane nie ideologią, ale bezwzględnym dążeniem do zachowania osobistego bogactwa i władzy członków tej korporacji (s. 2). Jak zauważa nagradzana Pulitzerem dziennikarka, autokracje różnią się od siebie pod względem historycznym, ideologicznym i estetycznym, jednak łączy je wspólny wróg – demokratyczny świat, „Zachód”, NATO, Unia Europejska oraz liberalne (wolnościowe) idee, które je inspirują (s. 10). Samo pojęcie demokracji jest wykrzywiane przez autokratów (o tym świadczy choćby twierdzenie Mussoliniego o demokratycznych, faszystowskich Włoszech, s. 7), zaś wrogiem głównym tyranów są wolności obywatelskie (niepotrzebne np. wg Hitlera).

    Jednym z kluczowych argumentów książki jest to, że autokracje wykorzystują globalizację na swoją korzyść. Podczas gdy wielu zakładało, że otwarty, zintegrowany świat będzie sprzyjać rozprzestrzenianiu się demokracji i liberalnych idei, autorka zauważa, że autokratyczne i nieliberalne idee również rozprzestrzeniły się na demokratyczny świat (s. 27). Autorka krytykuje pogląd o nieuchronności historycznego rozwoju w którąkolwiek stronę, także silne niegdyś przekonanie, że samym wolnym handlem można zmieniać autokracje. Taki handel może także zmieniać demokracje współczesne. Świadczy o tym choćby układ handlowy z Rosją powojenną dotyczący „rur przyjaźni” (handel gazem ziemnym), jak i obecny na kartach książki układ po przemianach 1989 r. w postaci „Nordstream”.

    Współczesne autokracje i sieci kleptokratyczne

    Książka przedstawia współczesne autokracje jako sieci kleptokratyczne, które wspierają się nawzajem poprzez różnorodne transakcje – wymianę technologii nadzoru, broni, minerałów oraz pranie brudnych pieniędzy. Applebaum opisuje, jak reżimy te współpracują, aby wspierać swoje systemy władzy i niszczyć demokracje (s. 3).

    Autorka przytacza liczne przykłady współpracy między autokratami, w tym pomoc w ochronie dyktatorów, ataki na ich politycznych wrogów, kampanie propagandowe oraz kleptokratyczne kontakty umożliwiające ukrywanie pieniędzy (s. 120-121). Jednym z ważnym wartości autorytaryzmu jest termin „immunitet”. Ciekawa opinia dotycząca także idei i języka znajduje się na stronie 12: „To jest sedno problemu: przywódcy Autocracy, Inc. wiedzą, że język przejrzystości, odpowiedzialności, sprawiedliwości i demokracji zawsze będzie przemawiał do niektórych ich własnych obywateli. Aby utrzymać się przy władzy, muszą podważać te idee, gdziekolwiek się pojawią.” Taka opinia wydaje się świadczyć o uznaniu relacji: kategorie językowe opisu a światopogląd. 

    Perspektywa polskiego czytelnika

    Jako polski czytelnik, odczuwam pewien niedosyt komentarzy dotyczących sytuacji Polski. Choć Polska nie jest autokracją ani pół-autokracją jak Węgry czy Turcja, kategorie opisowe mogłyby być bardziej rozbudowane, aby adekwatnie opisać polską rzeczywistość polityczną. Tym bardziej, że przecież polska sytuacja jest bardzo dobrze znana Autorce z pierwszej ręki. Autorka przytacza pojęcie „nieliberalnych demokracji” (w odniesieniu do Turcji, Węgier, Singapuru, Indii, Filipin), ale szkoda też, że nie przywołuje po drodze np. Ellen Hinsey z jej Mastering the Past: Contemporary Central and Eastern Europe and the Rise of Illiberalism (Telos Press, 2017), która odnosi się od naszej części Europy z troską analizując nieliberalne procesy.

    Recenzje omawianej książki Anne Applebaum w „New York Times” i „Washington Post” zwracają uwagę na ekonomiczne aspekty współczesnych autokracji i jej aspekty kooperacyjne. Autorka wskazuje, że globalne finanse i międzynarodowe transakcje odgrywają kluczową rolę w utrzymaniu autokratycznych reżimów. Applebaum podkreśla, że autokracje dzisiaj nie działają w ideologicznych blokach, ale raczej w sieciach transakcyjnych, które zmieniają się i adaptują w zależności od sytuacji politycznej i ekonomicznej. Dlatego trudno się nie zgodzić z Autorką, że nie ma mowy o Zimnej Wojnie, ani też o Zimnej Wojnie 2.0. Po prostu świat jest już zupełnie inny, wymieniono mu system operacyjny.

    Czytać, nie czytać? Czytać

    „Autocracy, Inc.” to książka o wielkiej wartości dla zrozumienia współczesnych wyzwań demokratycznych i autokratycznych systemów. Applebaum pokazuje, jak autokraci współpracują, aby utrzymać swoją władzę oraz jak demokracje mogą przeciwdziałać ich wpływom. Książka jest nie tylko przestrogą przed rosnącym wpływem autokratów, ale także wezwaniem do współpracy demokratów na całym świecie, aby chronić i rozwijać wartości demokratyczne. Świat jest w procesie i takie książki mogą ewidentnie wpływać na nie. Wezwanie ma postać językowo-stylistyczną bardzo racjonalną. Anne Applebaum stąpa mocno po ziemi. I świetnie pisze.

    PS. Rzeczpospolita opublikowała nieco zmienioną wersję tej recenzji

  • Nieudany zamach

    Nieudany zamach

    Wokół Dietricha Bonhoeffera w 80. rocznicę nieudanego zamachu na Hitlera

    Powyżej dwa zdjęcia autora JP z tzw. Wilczego Szańca niedaleko Kętrzyna, dawniej niemieckie Wolfsschanze, w którym miał miejsce zamach 20. lipca 1944. Nazwa odnosi się do przekonania, że Adolf to starogermański adal – „szlachetny” oraz wolf – „wilk”. Adolf Hitler miał przeświadczenie, że jego imię właśnie predestynuje go do szlachetnych, wilczych czynów.

    Dzisiaj przypada okrągła 80. rocznica nieudanego zamachu na Adolfa Hitlera, znanego jako Operacja Walkiria. Zamach miał miejsce 20 lipca 1944 roku w tzw. Wilczym Szańcu. Był to jeden z najbardziej znanych i znaczących prób zabicia Hitlera w trakcie II wojny światowej, zorganizowany przez grupę niemieckich oficerów, na czele z pułkownikiem Clausem von Stauffenbergiem. Zamach zakończył się niepowodzeniem, a wielu spiskowców zostało schwytanych i straconych. Według przekazów, kluczową rolę w porażce zamachowców odegrał stół w sali konferencyjnej. Był to gruby drewniany mebel, który skutecznie osłabił siłę wybuchu bomby umieszczonej przez pułkownika Stauffenberga. Konstrukcja stołu i jego solidne nogi pochłonęły część energii wybuchu, a przypadkowe przesunięcie teczki z bombą na drugą stronę nogi stołu zwiększyło odległość między bombą a Hitlerem, zmniejszając bezpośrednią ekspozycję na wybuch. W rezultacie stół pomógł rozproszyć falę uderzeniową, co ograniczyło obrażenia wśród uczestników spotkania i umożliwiło Hitlerowi przeżycie zamachu z stosunkowo niewielkimi obrażeniami.

    W przemówieniu do narodu Hitler mówił o opatrzności: „Nigdy wcześniej nie czułem z taką mocą, że Opatrzność czuwa nade mną. Cud sprzed kilku godzin przekonał mnie, że pisane mi są jeszcze większe czyny i że poprowadzę naród niemiecki do najwspanialszego zwycięstwa w jego historii” (cyt. za Greg Annussek, Jak Hitler uratował Mussoliniego, wydanie polskie 2007, s. 162, zob. też przemówienie Hitlera na YouTube). Goebbels powiedział, że jeśli przeżycie Hitlera to nie był cud, to żadne cuda nie istnieją (Assassination Attempt on Adolf Hitler – Operation Valkyrie 20. July 1944).

    Dzisiaj już wiadomo, że ta próba zamachu von Stauffenberga nie była jedyną. Po tym zamachu, siedzący już od dawna w więzieniu za podobny spisek ks. dr Dietrich Bonhoeffer wiedział, że za udział w spiskowaniu przeciwko Führerowi będzie musiał zginąć. O nim pisałem już wielokrotnie także w „Odwadze poetyki”. 21 marca 1943 roku miała miejsce próba nieudanego zamachu wykonana przez Rudolpha von Gersdorffa, w którą zaangażowany był również Bonhoeffer. Świadectwem jego przeczucia po wydarzeniach lipcowych 1944 r., że pętla na jego szyi się zaciska, jest wiersz pt. „Stacje na drodze do wolności”, przesłany jego przyjacielowi. Wtedy też powstaje koncepcja pozareligijnego chrześcijaństwa, która stała się inspiracją dla polskiej opozycji demokratycznej po 1968 roku. Chrześcijaństwa dla którego śmierć człowieka jest właściwym wydarzeniem fundującym, niekoniecznie wspólnoty. Skądinąd wiadomo, że oficjalne wspólnoty chrześcijańskie, czy to katolickie czy protestanckie, podporządkowały się Führerowi. Od 1933 r. Bonhoeffer wiedział, że to było zaprzeczenie chrześcijaństwa, ale aż do 1944, ciągle miał jeszcze nadzieję na odrodzenie religijności. Po 20 lipca w jego listach z więzienia rysuje się coraz głębiej obraz pozareligijnego chrześcijaństwa, z cierpiącym człowiekiem w centrum.

    Kiedy słyszy się przekonanie Hitlera, że przeżył zamach, bo opatrzność nad nim czuwa, i że to był cud, to czyż można nie zwątpić?

    Warto przypomnieć te fakty i teksty w czasach, w których także zdarzają się zamachy.

  • Negatywna Opinia Komisji Praw Człowieka i Praworządności Senatu ws. Odwołania 15 Ławników Sądu Najwyższego

    Negatywna Opinia Komisji Praw Człowieka i Praworządności Senatu ws. Odwołania 15 Ławników Sądu Najwyższego

    Dzisiaj w Senacie Rzeczypospolitej Polskiej odbyło się kluczowe posiedzenie Komisji Praw Człowieka i Praworządności, które zakończyło się znaczącym zwycięstwem dla 15 ławników Sądu Najwyższego. Komisja wydała negatywną opinię w sprawie wniosku Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, dr hab. Małgorzaty Manowskiej, o ich odwołanie.

    Cieszy mnie to także, bo byłem jednym z tych ławników, zwanych czasami wyklętymi.

    Decyzja ta jest istotnym krokiem w obronie praworządności w Polsce. Komisja nie zgodziła się z argumentacją, że ławnicy, odmawiając orzekania z sędziami wyłonionymi przez Krajową Radę Sądownictwa po 2017 roku (tzw. neo-sędziami) w nieprawnych izbach SN, powinni zostać odwołani.

    Przewodniczący Komisji, senator Marcin Karpiński, podkreślił: „Podjęliśmy jedyną słuszną i racjonalną decyzję. (…) Nie możemy krytykować ludzi za to, że chcą postępować praworządnie i realizować nie tylko literę, ale i ducha prawa”. Senator dodał, że nie można pozwolić, aby „wybrani zgodnie z prawem ławnicy byli szykanowani”.

    W posiedzeniu Komisji, oprócz senatorów i ławników, udział wzięli także eksperci, w tym: prof. Ewa Łętowska, b. rzecznik praw obywatelskich, prof. Wojciech Sadurski z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Agnieszka Bień-Kacała z Uniwersytetu Szczecińskiego oraz Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.

    Przedstawicielem Pierwszego Prezesa SN na posiedzeniu był prof. Artur Kotowski, pełnomocnik dr hab. Małgorzaty Manowskiej, pracującego na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który argumentował, że ławnik nie ma prawa oceniać, czy sąd jest należycie obsadzony. Zwrócił uwagę, że prawo nie przewiduje środków dyscyplinujących dla ławników, poza możliwością ich odwołania przez I Prezesa SN.

    W imieniu ławników głos zabrał Andrzej Kompa, przewodniczący Rady Ławniczej SN. Podkreślił, że wnioski o odwołanie ławników były składane pod pozorem niewykonywania obowiązków, podczas gdy w rzeczywistości wynikały one z odmowy łamania prawa poprzez orzekanie z neo-sędziami.

    Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, zaznaczył, że konieczne jest przesądzenie, czy osoba pełniąca funkcję I Prezesa SN jest do tego prawomocnie uprawniona. Jeden z ławników wyraził opinię, że nieprawomocnie powołana Prezes SN próbuje odwołać prawomocnie powołanych ławników.

    Decyzja Komisji Praw Człowieka i Praworządności to ważny krok w obronie praworządności w Polsce. Ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie Senat na posiedzeniu plenarnym.

    Dopisek: Doniesienie zostało napisane na podstawie relacji samego biura prasowego senatu oraz własnej pamięci.

    Zdjęcia w galerii w większości autorstwa JP, ale i Małgorzaty Figi-Tomińskiej

    PS. Ławnicy SN są wzorem dla wielu sędziów i światłem nadziei — to opinia sędziego Krystiana Markiewicza tutaj

  • Obradowała Rada Ławnicza Sądu Najwyższego

    Obradowała Rada Ławnicza Sądu Najwyższego

    Posiedzenie Rady Ławniczej Sądu Najwyższego 28.05. 24

    Z dzisiaj:

    UCHWAŁA
    Rady Ławniczej Sądu Najwyższego II kadencji
    nr 19/2024
    z dnia 28 maja 2024 r.
    w sprawie projektowanych zmian ustawowych, przywracających praworządność w Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym

    Rada Ławnicza Sądu Najwyższego II kadencji, w związku z procedowanym przez Sejm i Senat Rzeczypospolitej Polskiej projektem ustawy o zmianie ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, a także w związku z publiczną i polityczną dyskusją przyszłych analogicznych projektów dotyczących Sądu Najwyższego RP, formułuje następujące stanowisko:

    1. Rada Ławnicza SN przyjmuje z aprobatą i nadzieją działania podjęte dotąd przez Sejm i Senat obecnej kadencji, a także Radę Ministrów RP, w tym zwłaszcza Ministerstwo Sprawiedliwości RP, zmierzające do przywrócenia demokratycznego państwa prawnego. Działania te, widoczne i wymierne, na trwałe zapiszą się w dorobku obecnej władzy ustawodawczej i wykonawczej, których oddanie niezależności sądów i niezawisłości sędziów oraz rzeczywistemu trójpodziałowi władz jest jedyną gwarancją odnowienia polskiego sądownictwa i ponownego zakorzenienia ustroju sądów polskich w wartościach konstytucyjnych, zabezpieczających prawa jednostki do sprawiedliwego sądu. W takich kategoriach Rada Ławnicza SN ocenia całościowo projekt ustawy przewidujący przywrócenie właściwego konstytucyjnie wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa spośród sędziów poprzez sędziów (art. 187 ust. 1 pkt 2 Konstytucji RP), w udoskonalony sposób, w wyborach bezpośrednich i tajnych, z udziałem Państwowej Komisji Wyborczej.
    2. Jednocześnie Rada Ławnicza SN kategorycznie przestrzega przed przyjęciem ustrojowych rozwiązań, nawet tymczasowych, które dopuściłyby sędziów wadliwie powołanych z udziałem obecnej, niekonstytucyjnej Krajowej Rady Sądownictwa, do korzystania z biernego prawa wyborczego i wyboru do odnowionej Krajowej Rady Sądownictwa, bez ich uprzedniej weryfikacji. Rada Ławnicza SN zgadza się z poglądem reprezentatywnej i wyróżniającej się grupy znawców prawa, którzy wskazują, że w takim wypadku osoby, których dotyczy problem legalności statusu, byłyby sędziami we własnej sprawie, nadto rozstrzygającymi nieobiektywnie względem osób o identycznej lub zbieżnej sytuacji prawnej. W odsunięciu takich osób od kandydowania do Krajowej Rady Sądownictwa, czasowym, jednorazowym i odwracalnym w wyniku dokonanej ze skutkiem pozytywnym późniejszej weryfikacji, nie zachodzi dyskryminacja grupy (kategorii) obywateli. Ocena i weryfikacja wadliwie przeprowadzonych konkursów, a także ponowne ich przeprowadzenie muszą być dokonane przez Krajową Radę Sądownictwa o nieposzlakowanej opinii i bezdyskusyjnej konstytucyjności.
    3. Rada Ławnicza SN podkreśla, że wypracowanie najwłaściwszego rozwiązania problemu musi brać pod uwagę zarówno opinie Komisji Weneckiej, trybunałów międzynarodowych, których jurysdykcję RP uznaje, dotychczasowe orzecznictwo polskie (w tym zwłaszcza Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego), ale również wielokrotnie ponawiane głosy miażdżącej większości polskiej nauki prawa i konsekwentną postawę zwykłych obywateli Rzeczypospolitej, którzy od 2015 r. z poświęceniem stali na straży deptanej i zagrożonej praworządności. Także ławnicy Sądu Najwyższego II kadencji, mierzący się nieprzerwanie, także i dziś, z negatywnymi skutkami obsadzenia Sądu Najwyższego przez wadliwie i politycznie powołanych i motywowanych sędziów, oczekują konsekwentnego i trwałego uzdrowienia sytuacji Sądu Najwyższego. Taka postawa ławników nie jest podyktowana ich wygodą czy chęcią zwycięstwa w sporze, ale dobrem obywateli, których sprawy stają przed Sądem Najwyższym, a którzy mają prawo do sądu niezawisłego, niewadliwego, obradującego w należytych składach orzekających. Ławnicy Sądu Najwyższego mają z kolei prawo domagać się zapewnienia im przez państwo i ustawodawcę klinicznie praworządnych warunków pełnienia ich społecznej misji.
    4. Kierując się powyższym zastrzeżeniem i zapoznawszy z opiniami do procedowanego projektu ustawy, Rada Ławnicza podnosi, że należy odróżnić sytuację osób, które po 2018 r., ukończywszy edukację prawniczą, stanęły do swoich pierwszych konkursów sędziowskich przed niekonstytucyjną Krajową Radą Sądownictwa w sytuacji, w której Państwo Polskie nie zapewniało im właściwej i całkowicie zgodnej z Konstytucją RP procedury, od osób, które na zaawansowanych etapach kariery prawniczej lub dla prestiżu orzeczniczego ponad ich kompetencje, gotowe były gwoli awansu zawodowego lub z innych przyczyn uczestniczyć w procedurze, której nielegalnego charakteru musiały być świadome. Sędziowie z drugiej z wymienionych grup winni bezwzględnie podlegać weryfikacji. Dalsze jeszcze wyróżnienie należy w ślad za orzecznictwem Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego zastosować wobec osób, które w podobnych warunkach decydowały się zgłosić kandydatury do Sądu Najwyższego, a następnie legitymizowały i aktywnie wspierały antykonstytucyjny przewrót w tej kluczowej instytucji, odbierając jednocześnie obywatelom prawo do niezawisłego sądu i niepodważalnego rozstrzygnięcia ich spraw. Osoby te, często mające długi staż w sądownictwie lub posiadające stopień naukowy w zakresie nauk prawnych, nierzadko także nauczające prawa w polskich uniwersytetach, nie mogą tłumaczyć się nieznajomością czy niezrozumieniem prawa. Trwając dotąd w większości uporczywie przy swojej niekonstytucyjnej i niepraworządnej postawie, nie zasługują one nie tylko na honor dopuszczenia do przyszłej Krajowej Rady Sądownictwa, ale i na dalsze pełnienie funkcji w Sądzie Najwyższym lub przywileje wynikające z niezasadnego uznania, że kiedykolwiek były Sędziami Sądu Najwyższego Rzeczypospolitej Polskiej. Rekomendacje Komisji Weneckiej i Dyrekcji Generalnej ds. Praw Człowieka i Praworządności Rady Europy wydane w formie pilnej wspólnej opinii z dn. 8 maja 2024 r. (pkt. 42-47) należy pogodzić w tym aspekcie z dotychczasowymi orzeczeniami trybunałów międzynarodowych i sądów polskich, z zastosowaniem wskazanego wyżej rozróżnienia i alternatywnych, przewidzianych w opinii przez ww. Komisję, rozwiązań.
    5. Pojawiające się w dyskursie publicystycznym i medialnym porównanie obecnej sytuacji i dyskutowanego problemu do rozwiązań ustrojowych przyjętych w Polsce w latach 1989-1991 Rada Ławnicza uważa za historycznie i prawnie niewłaściwe. Odkreślenie przeszłości grubą linią, jak ujął to w swoim exposé pierwszy niekomunistyczny prezes Rady Ministrów RP Tadeusz Mazowiecki, samo w sobie niewłaściwie dziś rozumiane, proponowano w czasie, gdy Państwo Polskie ewoluowało z okresu niedemokratycznego w demokratyczne państwo prawne. Obecne zmiany dokonują się w obrębie jednego i tego samego w pełni demokratycznego ustroju, podważonego w szerokiej skali, niedemokratycznie, bez konstytucyjnego umocowania i wbrew obowiązującemu prawu. Rozliczenie i ukaranie osób zaangażowanych w zamach na niezawisłe sądy polskie, zarówno we władzy sądowniczej jak i poza nią, jest warunkiem koniecznym trwałego przywrócenia praworządności, która musi być od początku postawiona na trwałych fundamentach.

    Uchwała została podjęta jednogłośnie, w obecności ośmiorga członków Rady Ławniczej SN.

    Andrzej Kompa – przew. RŁ SN
    Jarosław Płuciennik – wiceprzew. RŁ SN
    Joanna Lasko – wiceprzew. RŁ SN
    Stanisław Adamski
    Małgorzata Figa-Tomińska
    Sława Rafalak
    Monika Szafraniec
    Przemysław Wiszniewski

    RŁ SN po uchwale i po konferencji prasowej