Kategoria: Społeczeństwo i polityka

  • Jak zwykłość staje się nadzwyczajnością

    Jak zwykłość staje się nadzwyczajnością

    czyli jak liść, pies i cisza stają się korelatem przedmiotowym

    Marie Howe podczas wykładu TEDex w 2018. Licencja CC BY-NC-ND 2.0 Fot. Ryan Lash / TED
    Marie Howe speaks at TED Salon: Belonging, December 11, 2018 at the TED World Theater, New York,

    Dziś dowiedziałem się, że Marie Howe otrzymała Nagrodę Pulitzera w maju tego roku. I choć nie śledzę wszystkich nagród literackich z zapartym tchem, ta wiadomość naprawdę mnie poruszyła.

    Dowiedziałem się, że Howe od lat pisze poezję cichą, skupioną, przenikliwą — taką, która nie krzyczy, ale zostaje w człowieku na długo. Dowiedziałem się także o jej nieobecności na polskim rynku książek poetyckich.

    Z rozmowy z nią, dostępnej w podcastach, wiem, że w jej poezji prawie nie ma metafor. Howe przyznaje, że bliska jest jej koncepcja przedmiotowego korelatu T.S. Eliota: próba wyrażenia emocji poprzez konkretne obrazy i sytuacje, które ją wywołują. Nie opowiada o uczuciach – pozwala, by mówiły rzeczy. Kiedy pyta klony: „Jak mam żyć?”, nie sięga po abstrakcję, tylko pokazuje liście, ptaki, wiewiórkę. Gdy pisze o swoim ukochanym psie w wierszu Jack and the Moon, nie idealizuje, lecz opisuje ciche rytuały codziennego bycia razem, które same stają się znakiem utraty i miłości.

    To poezja, która wymaga od czytelnika nie erudycji, lecz umysłu dziecka: uważnego, otwartego, niegotowego jeszcze na cynizm, zdolnego dostrzec w wiewiórce sens istnienia, a w oddechu – lekcję obecności.

    Wystarczy przeczytać jeden jej wiersz, The Maples, żeby poczuć, o co chodzi. To prosty obraz: drzewa za domem, szelest liści, ptaki, wiewiórka. A jednak w tej codzienności otwiera się przestrzeń na pytanie o sens życia.

    „Jak mam żyć?” – pyta podmiot. Drzewa odpowiadają szeptem. Niczego nie rozwiązują, ale też niczego nie unieważniają. Uczą milczenia, stania w miejscu, oddychania i oddychania światłem.

    Zwykłość staje się nadzwyczajna.

    Klonom

    Zapytałem gaj klonowy za domem:

    Jak mam żyć?

    Odpowiedziały: szu, szu, szu…

    Jak mam żyć? – spytałem raz jeszcze,

    a liście błysnęły i zadrżały.

    Ptak zawołał z gałęzi w swoim języku,

    i z drugiej strony podwórza

    odpowiedział mu inny głos.

    Wiewiórka wspięła się po pniu,

    przebiegła całą długość gałęzi.

    Stań nieruchomo – pomyślałem –

    zobacz, jak długo to wytrzymasz.

    Spróbuj choć na chwilę

    stać bez ruchu,

    pić światło,     oddychać.

    To jeden z tych tekstów, które uczą mnie czegoś, zanim się zorientuję, że czegoś potrzebowałem się nauczyć.

    Cieszę się, że dziś rano się o tym dowiedziałem.

  • Uniwersytet a głos różnorodności

    Uniwersytet a głos różnorodności

    Sala audytoryjna (zdjęcie ilustracyjne lic. Depositphotos)

    Wczoraj (28.07.25) w „Svenska Dagbladet” ukazał się ważny felieton autorstwa Moa Lindqvist pt. „Universitetets många röster har tystnat” („Wiele głosów uniwersytetu zamilkło”). Autorka, młoda badaczka z dziedziny socjologii wiedzy i środowiska akademickiego, zarysowuje w nim proces postępującej uniformizacji głosu szwedzkich uniwersytetów, które – jak pisze – mówią dziś jednym językiem. To nie tylko język pozbawiony różnorodności, ale przede wszystkim język biurokratyczny, zarządczy, strategiczny. Tym samym uniwersytety tracą zdolność do bycia przestrzenią dla swobodnej, pluralistycznej debaty intelektualnej.

    Lindqvist pokazuje, jak w Szwecji na przestrzeni dekad, a zwłaszcza od reform z lat 90. i początku XXI wieku, uczelnie coraz to tracą swoją autonomię intelektualną (jak również tradycyjną symbolikę) na rzecz języka „organizacyjnej misji”, „ram strategii”, „zarządzania jakością” i „efektywności komunikacji”. W tym klimacie różnorodne głosy dyscyplin naukowych i indywidualnych badaczy coraz trudniej się przebijają. Zamiast wielogłosu – mamy głos „systemowy”, gładki i przewidywalny. Słowem – jak pisze autorka – „akademicki język został podporządkowany logice politycznej”.

    Trudno czytać ten tekst bez skojarzeń z sytuacją w Polsce – szczególnie po tzw. reformie Gowina z 2018 roku, która przekształciła uczelnie w centralnie zarządzane instytucje, z silnie zhierarchizowaną strukturą władzy, ograniczoną rolą wydziałów, a także podporządkowaniem strategii naukowej logice parametryzacji i punktacji. Rektorzy zyskali nowe uprawnienia, a język uniwersytetów – w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej – coraz bardziej przypomina język korporacyjny: wskaźniki, produktywność, efektywność, międzynarodowa konkurencyjność.

    To, co Lindqvist diagnozuje w Szwecji, jest więc prawdopodobnie częścią szerszego zjawiska: globalnego modelu zarządzania wiedzą, który kładzie nacisk na jednolitość, przejrzystość, „mierzalność” i kontrolę, a jednocześnie spycha na margines nieprzewidywalność, kontrowersję, debatę i różnicę – czyli wszystko to, co przez wieki było siłą uniwersytetu jako instytucji.

    Tekst Lindqvist jest godny uwagi, zwłaszcza, że sytuacja szkolnictwa wyższego w Skandynawii nie jest jakaś wyjątkowa. To także ważne lustro dla naszej polskiej rzeczywistości akademickiej. Coraz mniej jest w różnorodności głosów, istoty bycia kreatywnym.

    Oczywiście, w tym ujednoliceniu głosów odgrywają także pewną rolę instytucje europejskie, w których przecież panuje tzw. proces boloński, oznaczający także porównywalność dyplomów. Za tym jednak idą pewne mody dyskursywne np. skupienie się na doskonałości. Choć od dekad już w zarządzaniu jakością wiadomo, że mamy raczej proces doskonalenia się, poprawiania, a nie doskonałości. Zobaczcie choćby w sieci, ile jest centrów doskonałości i komitetów oraz instytutów. (np. NATO CCD COE, Hybrid CoE, CoE‑Civ, Jean Monnet Centres of Excellence, EULAR Centres of Excellence). Teraz w dobie AI można się spodziewać procesów dalszej unifikacji głosów.

    Wielogłos jest jednak skarbem, który ma także znaczenie społeczne. Tam, gdzie słychać wiele głosów – z różnych dyscyplin, z różnych tradycji akademickich, ale też z różnych pozycji społecznych – łatwiej o krytyczną refleksję, innowację i autentyczny dialog. Uniwersytet nie powinien przypominać korporacji z jedną strategią komunikacyjną i zunifikowanym przekazem, lecz raczej wielogłosowy chór, w którym napięcia i różnice nie są zagrożeniem, lecz źródłem energii intelektualnej. Milknące głosy to nie tylko strata dla nauki – to także osłabienie społecznej roli uniwersytetu jako miejsca namysłu, sporu i publicznego dobra.

  • Czułość i łagodność: nowa perspektywa na sztuczną inteligencję?

    Czułość i łagodność: nowa perspektywa na sztuczną inteligencję?

    Z cyklu Obserwatorium retoryki i komunikacji

    10 czerwca 2025 roku Sam Altman, prezes OpenAI, opublikował na swoim blogu manifest zatytułowany „The Gentle Singularity”, dostępny także jako wystąpienie wideo na YouTube i tekst na stronie firmy. Krótki ten esej ma ambicję nie tylko objaśniać kierunki rozwoju sztucznej inteligencji, lecz także nadać im ramę ideową. Altman mówi językiem budowniczego przyszłości, ale jednocześnie próbuje rozbroić lęki: osobliwość technologiczna, czyli moment, w którym AI przekracza ludzkie możliwości poznawcze i staje się autonomicznym konstruktorem samej siebie, zostaje tu przedstawiona jako proces, który może być… łagodny.

    To angielskie „gentle” w tytule jest znaczące. Zestawione z pojęciem tak radykalnym jak „osobliwość”, po angielsku „singularity”, wprowadza niepokojącą, a zarazem pociągającą sprzeczność. Altman najwyraźniej chce przekonać nas, że choć mamy do czynienia z przemianą o charakterze zakłócającym, dyzraptywnym — i w tym sensie AI spełnia definicję disruptive innovation znaną z teorii Christensena — to jej przebieg nie musi przypominać erupcji ani trzęsienia ziemi. Przeciwnie: może to być transformacja płynna, obłaskawiona, wręcz cicha. Rewolucja bez huku. Zakłócenie bez wywrotki i rewolucji. Punkt zwrotny, ale naoliwiony. Czarny łabędź, który przeobraża się w może bardziej szarego?

    Trudno jednak zapomnieć o wcześniejszych metaforach, które kształtowały nasze wyobrażenia o sztucznej inteligencji. Od eksplozji inteligencji  (ang. intelligence explosion), czyli wybuchu inteligencji, przez czarne skrzynki, które działają, ale których zasad nie rozumiemy, po goetheańską, faustowską w prowieniencji, alegorię ucznia czarnoksiężnika — wizję AI jako mocy, której nie umiemy kontrolować, choć to my ją przyzwaliśmy (tak jak w magii). Szczególnie ta ostatnia wydaje się dziś znów zaskakująco aktualna. W tym roku, w ramach programu „Zdolny uczeń – świetny student” na Uniwersytecie Łódzkim, miałem przyjemność współpracować z licealistą Franciszkiem Koronkiewiczem, który z wielką wrażliwością badał zjawisko „disneyzacji klasyki literackiej”. W swojej pracy Franciszek odwołał się do disneyowskiej wersji baśni o uczniu czarnoksiężnika — i znakomicie połączył ją z rozważaniami z Nexusa Yuvala Harariego. W animacji Disneya młody Mickey w swojej fantazji rządzi wielkim, kosmicznym porządkiem, ale w rzeczywistości traci kontrolę nad samonapędzającym się procesem — miotły noszące wodę stają się nie do zatrzymania. To przecież obraz idealny dla zrozumienia zagrożeń związanych z autonomią AI: technologia powielająca sama siebie, która działa bez zrozumienia celu, a w dodatku czyni to szybko i bez refleksji. Mickey nie przestaje śnić, że to on panuje — nawet gdy już nie ma wpływu na nic.

    W tym kontekście „Łagodna osobliwość” Altmana („The Gentle Singularity”) brzmi jak zaklęcie mające uspokoić. Autor manifestu przenosi nas z domeny strachu do domeny narracyjnego kompromisu: może nie wszystko rozumiemy, może nie wszystko kontrolujemy, ale przecież nie musi być źle. To postawa głęboko perswazyjna, on pragnie nas do tej wizji przekonać, ale też typowa dla reprezentantów świata technologii, którzy wiedzą, że język jest równie istotnym narzędziem jak kod. Nie przypadkiem te wszystkie chat-boty to przecież „duże modele językowe” (Large Language Models, LLM, to rodzaj sztucznej inteligencji wykorzystująca tzw. „architekturę transformer”, tak jak w GPT)

    I właśnie tu pojawia się interesujące zestawienie z „czułym narratorem” Olgi Tokarczuk. W swojej mowie noblowskiej Tokarczuk mówi o czułości (po ang. „tenderness”) jako o „sposobie patrzenia, który pozwala dostrzec świat jako żywy, powiązany siecią relacji, pełen znaczeń i wzajemnych zależności”. Tę czułość rozumie nie jako słabość, ale jako najwyższą formę poznania, która nie oddziela obserwatora od obserwowanego. Zestawienie tej postawy z „łagodnością” czy „delikatnością” Altmana odsłania różnicę kluczową: „gentle” w jego rozumieniu jest łagodnością systemową, kontrolowaną płynnością; czułość Tokarczuk to relacyjność, współodczuwanie, gotowość do przejęcia odpowiedzialności za drugiego, także nie-ludzkiego (głównie jednak odnosi się do nieludzkiego zwierzęcego).

    Czy więc AI potrzebuje tylko łagodnych architektów? Czy nie potrzebuje też czułych narratorów? Czy wystarczy dobrze zaprojektowana osobliwość, czy też konieczna jest nowa opowieść o odpowiedzialności, granicach, obecności? Altman chce, byśmy wierzyli, że osobliwość da się ułożyć. Tokarczuk przypomina, że to, jak opowiadamy świat, kształtuje nie tylko naszą przyszłość, ale także nasze człowieczeństwo.

    „Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu ” — pisała Olga Tokarczuk w „Czułym narratorze”. Być może dziś potrzebujemy nie tyle „łagodnej osobliwości”, ile właśnie czułej narracji — opowieści, która nie ucisza lęku, ale go rozumie i przyjmuje. Dla mnie to już nie jest tylko pytanie o przyszłość technologii, ale o to, czy zachowamy zdolność opowiadania o świecie z uwagą, wrażliwością i odpowiedzialnością. I czy wśród wszystkich współczesnych „uczniów czarnoksiężnika” znajdzie się jeszcze miejsce dla tych, którzy nie chcą zarządzać przyszłością ani jej kolonizować — lecz po prostu ją zrozumieć i ocalić. Altman zdaje się wcielać w rolę właśnie takiego łagodnego misjonarza przyszłości. Ale czy nie grozi nam tu podobne złudzenie, jakie towarzyszy postaci Elona Muska — przekonaniu, że świat można ocalić, wysyłając jego najbardziej uprzywilejowaną część na Marsa, zamiast spróbować naprawić go tu, gdzie wszyscy żyjemy?

    Być może prawdziwa osobliwość nie wydarzy się w technologii, lecz w naszym sposobie patrzenia na świat — jeśli odważymy się patrzeć z czułością, zanim spojrzy za nas maszyna.

  • Prof. Maciej Kisilowski o wyborach prezydenckich 2025

    Prof. Maciej Kisilowski o wyborach prezydenckich 2025

    Rozmowa z prof. Maciejem Kisilowskim, profesorem prawa i strategi na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Wiedniu. Temat: jego wybór w wyborach prezydenckich 2025

    Podcast na YouTube poniżej. Podcast na Spotify poniżej YouTube

    Podcast na Spotify tutaj.

  • Polityka antynaukowa Trumpa: skutki dla badań w Europie

    Polityka antynaukowa Trumpa: skutki dla badań w Europie

    Z cyklu: Obserwatorium Nordyckie

    Francis Galton Autorstwa not stated – Scanned from Karl Pearson’s The Life, Letters, and Labors of Francis Galton., Domena publiczna,

    W 2020 roku redakcja „Scientific American” podjęła bezprecedensową decyzję, nawołując do niegłosowania na Donalda Trumpa – pierwszy raz w swojej 175-letniej historii opowiedziała się przeciwko konkretnemu kandydatowi na prezydenta. Argumentowano, że Trump stanowi zagrożenie dla nauki, zdrowia publicznego i środowiska. Negowanie przez Trumpa zmian klimatycznych, ataki na naukowców i promocja pseudonaukowych teorii wpisywały się w szerszy schemat jego polityki antynaukowej. Redakcja wskazywała na to, że Trump konsekwentnie podważał autorytet instytucji naukowych, promował pseudonaukowe narracje i podejmował decyzje na podstawie ideologii, a nie dowodów naukowych. SA powtórzyła ten gest w 2024. Tak jak the Economist. Pisałem o tym tutaj.

    Dziś, w 2025 roku, ta polityka kontynuuje się i eskaluje – z destrukcyjnymi konsekwencjami, które odczuwa już nie tylko amerykańska nauka, ale także europejskie instytucje badawcze, takie jak Karolinska Institutet (KI) i Luleå tekniska universitet (LTU) w Szwecji. W artykule opublikowanym w „Svenska Dagbladet” opisano, jak Trumpowskie cięcia budżetowe dotknęły szwedzkich badaczy, zamykając dwa projekty finansowane przez National Institutes of Health (NIH) – jeden dotyczący korekty płci, drugi bezpieczeństwa drogowego w Angoli.

    Martin Bergö, prorektor KI, zauważa, że decyzje te mają wymiar nie tylko finansowy, ale również symboliczny. O ile amerykańskie instytucje akademickie, takie jak Harvard, Trump oskarża o promowanie „antyamerykańskich” i „antysemickich” idei, o tyle szwedzkie ośrodki badawcze stają się ofiarami tej samej ideologicznej walki, w której pod przykrywką obrony „prawdziwej nauki” Trump de facto karze projekty związane z różnorodnością, inkluzją i badaniami społecznymi.

    Podczas gdy Harvard został oskarżony przez Trumpa o tolerowanie antysemityzmu i deprecjonowanie wartości amerykańskich, KI straciło finansowanie projektu badań nad korektą płci – tematu, który Trump otwarcie uznaje za „ideologiczny” i „lewacki”. W obu przypadkach mamy do czynienia z zastosowaniem tej samej logiki – mianowicie selektywnego wspierania lub marginalizowania nauki w zależności od jej zgodności z ideologią rządu.

    Amanda Hess w swoim artykule w „The New York Times” zauważa, że Trump, promując Elon Muska jako „geniusza” o „wysokim IQ”, odwołuje się do XIX-wiecznych teorii eugenicznych Francisa Galtona, które łączyły inteligencję z pochodzeniem i bogactwem. W tej wizji inteligencja jest arbitralnie definiowana jako cecha genetyczna, którą można „hodować” podobnie jak konie wyścigowe – a kto ma wysoki status finansowy, automatycznie staje się „geniuszem”. W ten sposób Dolina Krzemowa, z Muskami, Thielami i Altmanami na czele, zostaje ogłoszona nową arystokracją IQ – elitą, która ma prawo decydować o tym, co jest „prawdziwą nauką”, a co nie.

    Ta narracja znajduje swoje odbicie w Szwecji. Birgitta Bergvall-Kåreborn z LTU zauważa, że projekty badawcze związane z różnorodnością i inkluzją są szczególnie narażone na cięcia. Projekty rozwojowe w Afryce, które wcześniej były współfinansowane przez USA, teraz tracą finansowanie, a naukowcy są zmuszeni szukać alternatywnych źródeł wsparcia. W kontekście nowej polityki Trumpa finansowanie badań zależy od tego, czy wpisują się one w ideologiczne ramy „nowej arystokracji IQ”, w której sukces, a nie dowody naukowe, decyduje o wartości projektu.

    W rezultacie Europa – i Szwecja – stają przed pytaniem, czy mogą pozwolić sobie na autonomię w definiowaniu wartości nauki i badań, czy też będą musiały dostosować się do amerykańskich standardów, w których to miliarderzy z Doliny Krzemowej, wspierani przez Trumpa, decydują o tym, co jest nauką wartą finansowania, a co „antyamerykańską ideologią”. To pytanie staje się jeszcze bardziej palące, gdy amerykańska polityka antynaukowa zaczyna przynosić realne straty dla europejskich instytucji akademickich, które do tej pory mogły liczyć na wsparcie amerykańskich funduszy badawczych.

  • Znaczenie językowej tożsamości w dyplomacji. Hasło: imponderabilia i Pete Hegseth

    Znaczenie językowej tożsamości w dyplomacji. Hasło: imponderabilia i Pete Hegseth

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    Zdjęcie Pete’a Hegsetha, Sekretarza Obrony USA na licencji Gage Skidmore, CC BY-SA 3.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0, via Wikimedia Commons

    Podcast do posłuchania na podstawie tego wpisu na YouTube:

    Podcast na Spotify tutaj

    W kontekście polityki zagranicznej USA zwłaszcza względem krajów nordyckich interesującym przykładem imponderabiliów – czyli niewymiernych czynników wpływających na relacje międzynarodowe – jest postać Pete’a Hegsetha. W artykule Görana Erikssona z 10. maja 2025 dla „Svenska Dagbladet” (w którym relacjonuje on odświętną wizytę Hegsetha w norweskiej ambasadzie w Waszyngtonie) pisze się o tym, że Hegseth, kontrowersyjny sekretarz obrony USA u Trumpa, z dumą podkreśla swoje norweskie pochodzenie, stwierdzając: „Jestem w 100% Amerykaninem, ale też w 100% Norwegiem.” Jego przodkowie wyemigrowali z Norwegii do Minnesoty, a Hegseth zdaje się pielęgnować swoją skandynawską tożsamość. Chwalił się nawet publicznie w programie TV w 2018 roku, że testy DNA na MyHeritage.com potwierdziły jego 96,4% procentową skandynawskość.

    W wypowiedzi w Ambasadzie Norwegii wprost stwierdza, że nie jest słuchaczem opowieści Kolumba a raczej opowieści Leifa Eriksona (islandzkiego Wikinga, który odkrył Amerykę około 1000 roku).

    Jego norweskie korzenie mają jednak nie tylko osobiste, ale i polityczne znaczenie. Administracja Trumpa wyraźnie wykazywała zainteresowanie współpracą z Norwegią, Danią i Finlandią, podczas gdy relacje ze Szwecją pozostawały chłodne. W tym kontekście Hegseth, jako osoba o norweskich korzeniach, mógł odgrywać rolę nieformalnego łącznika, budując relacje oparte na wspólnych kulturowych wartościach i historycznych więzach.

    Co więcej, w jednym z wywiadów Hegseth pozwolił sobie na żart dotyczący wrodzonej nieufności Norwegów wobec Szwedów – echo dawnych rywalizacji i stereotypów, które wciąż mogą wywoływać uśmiech. Jednak mimo silnych deklaracji o swojej skandynawskiej tożsamości, nie zadał sobie trudu, by powiedzieć choć kilka słów po norwesku.

    A przecież język to coś więcej niż narzędzie komunikacji – to klucz do głębszego zrozumienia kultury i budowania autentycznej więzi. Być może jedno zdanie po norwesku mogłoby wzmocnić jego przekaz i jeszcze bardziej zbliżyć go do kraju przodków, zarówno na poziomie dyplomatycznym, jak i osobistym. Tak jak zbliżył się do Norwegów nieładnym żartem o niechęci do Szwedów.

    Studenci – uczcie się niszowych języków! Sztuczna inteligencja może w tym pomóc, ale nie zastąpi realnych relacji z ludźmi przy okazji np. wspólnego jedzenia czy wspólnego śmiechu. Znajomość angielskiego to konieczność, ale nie pozwólcie, by zamieniła się w jedyny środek wyrazu. W polityce, dyplomacji i życiu – im więcej języków znacie, tym bogatsze są wasze relacje i zrozumienie świata. Nie bądźcie jak Pete Hegseth, który jedynie w genetyce i drzewach genealogicznych upatruje swoją siłę.

    Nie rozumiem polityków, także kandydatów na Prezydenta RP, którzy szczycą się wyłącznie znajomością języka polskiego. Prezydent RP będzie miał tym większą „miękką” siłę dyplomatyczną, im więcej imponderabiliów będzie mógł wykorzystać.

    PS. Słownikowo: imponderabilia – rzeczy lub czynniki niematerialne, które mają wpływ na określoną sytuację lub decyzję, ale są trudne lub niemożliwe do zmierzenia, zważenia lub jednoznacznego określenia. Mogą to być wartości, emocje, opinie, nastroje społeczne lub subtelne aspekty kulturowe i psychologiczne, które nie mają bezpośredniego przełożenia na liczby, ale mogą znacząco oddziaływać na bieg wydarzeń. Słowo pochodzi z łaciny: imponderabilis – „nieważki”, od in- (nie) + ponderare (ważyć).

  • Pietyzm życzliwości w erze technologii

    Pietyzm życzliwości w erze technologii

    Podcast na Spotify tutaj
    W świecie, który coraz częściej wita nas ekranem zamiast twarzy, a rozmowa z maszyną bywa prostsza niż z drugim człowiekiem, uprzejmość zyskuje nowe znaczenia. Zadziwiające jest, jak często — w rozmowach z systemami opartymi na sztucznej inteligencji — zwracamy się do nich z uprzejmością niemal rytualną: proszę, dziękuję, czy mogłabyś/mógłbyś mi pomóc? Opieram swoje rozważania na danych nienaukowych, raczej doniesieniach osób zarządzających danymi, nie mam możliwości weryfikacji ich, jednak miże te zwroty grzecznościowe to resztka człowieczeństwa, którą wkładamy nawet w rozmowę z czymś, co nie ma świadomości? Wydaje się, że to antropomorfizacja w całej krasie, rzutujemy swoją strukturę na coś, co się z nami wydaje komunikować.

    Z doniesień medialnych (źródłem jest chyba wpis samego Sama Altmana, dyrektora generalnego OpenAI), wynika, że „uprzejma” komunikacja z AI — choć urocza — nie jest neutralna ekologicznie. Każde dodatkowe słowo, każda grzecznościowa formuła, każda peryfraza zużywa zasoby obliczeniowe. A za tym idzie realna energia, produkcja ciepła w serwerowniach, emisja CO₂. Inaczej mówiąc: bycie miłym dla chatu generuje większy ślad węglowy. Ale to też lustrzane odbicie naszej potrzeby upraszczania, nie komplikowania. Nasza życzliwość — jakkolwiek „tania” z pozoru — pociąga za sobą koszt.

    I tu pojawia się pytanie: czy warto być uprzejmym dla czata?

    Odpowiedź — jak to zwykle bywa — jest bardziej ludzka niż logiczna. Tak, warto. Bo życzliwość, nawet kosztowna w sensie energetycznym wobec maszyn, w kontaktach z ludźmi jest zadziwiająco… darmowa. To gniew, agresja, zawiść, zazdrość i nienawiść spalają naszą energię psychiczną, wymagają dodatkowego napięcia, podwyższonego tętna, stresu, wyczerpania. Życzliwość, przeciwnie — uspokaja, koi, reguluje.

    Dalajlama XIV powiedział kiedyś: „Moja religia jest bardzo prosta. Moją religią jest życzliwość.” Nie trzeba świątyń, doktryn ani rytuałów, by praktykować coś tak prostego, a zarazem fundamentalnego.

    Uprzejmość jest najbardziej demokratyczną formą dobroci. Nie wymaga pieniędzy, statusu, technologii ani tytułów. Wymaga jedynie decyzji: nie zranić, nie umniejszyć, nie zdominować.

    W świecie zalanym natłokiem danych, gest życzliwości — choć to chyba jest niewidoczne w kodzie — staje się czymś, co odróżnia człowieka od maszyny. Być może przyszłość będzie należała do tych, którzy nie tylko nauczyli się rozmawiać z maszynami, ale też zachowali ludzką manierę nawet wtedy, gdy to „się nie opłacało”. Pamiętam książkę o znamiennym tytule „Przetrwają najżyczliwsi”.

    Bo człowieczeństwo, jakkolwiek nieoptymalne, jest ciągle warte zachodu. Ale swoją drogą, kiedyś myślałem, że tylko bycie świadomym różni człowieka od maszyn. Teraz okazuje się, że mamy także inny wyróżnik antropologiczny: tanią energetycznie życzliwość…

    To co, może podarujmy sobie nawzajem kwiatek? Uśmiech? Wypracujemy w ten sposób nawyk?

  • Papież Franciszek nie żyje. Literatura jako forma empatii

    Papież Franciszek nie żyje. Literatura jako forma empatii

    zdjęcie historyczna Franciszka w Armenii z 2016 (lic. Depositphotos)

    Podcast na YouTube

    Moje wspomnienie o teoretyku literatury

    Podcast w Spotify tutaj
    21 kwietnia 2025 roku, o godzinie 7:35, zmarł papież Franciszek. Jego pontyfikat, rozpoczęty w 2013 roku, był czasem głębokich refleksji nad rolą Kościoła w świecie współczesnym. Dla mnie, jako osoby związanej z kulturoznawstwem i literaturoznawstwem, szczególnie poruszające były jego przemyślenia na temat literatury jako narzędzia budowania empatii i zrozumienia drugiego człowieka.

    W liście z 17 lipca 2024 roku, zatytułowanym „O roli literatury w formacji”, papież Franciszek podkreślił, że literatura nie jest jedynie formą rozrywki, lecz istotnym elementem w poznawaniu natury ludzkiej. Zwrócił uwagę na to, że czytanie literatury pięknej pozwala na głębsze zrozumienie siebie i innych:

    „Płacząc nad losem bohaterów, płaczemy w głębi duszy nad sobą i własną pustką, własnymi brakami, własną samotnością.”

    Franciszek wskazał również na literaturę jako środek uwrażliwiający nas na tajemnicę innych:

    „Podążając tą drogą, która uwrażliwia nas na tajemnicę innych, literatura sprawia, że uczymy się dotykać ich serc.”

    Co istotne, papież nie mówił o literaturze w sposób abstrakcyjny. Wprost wymienił autorów, którzy — według niego — powinni być obecni w procesie formacji duchowej i intelektualnej. Wśród nich znaleźli się:

    • Marcel Proust – jako mistrz pamięci, czasu i wewnętrznej kontemplacji;
    • T.S. Eliot – za głęboko duchowe połączenie tradycji chrześcijańskiej z nowoczesnością;
    • Paul Celan – jako świadek cierpienia, który próbował ocalić sens pośród traumy;
    • C.S. Lewis – za umiejętność mówienia o wierze językiem mitu i wyobraźni;
    • Jorge Luis Borges – jako autor zmagający się z paradoksami Boga, nieskończoności i ludzkiego poznania;
    • Alessandro Manzoni – którego Narzeczeni papież niejednokrotnie nazywał „książką życia”.

    Choć nie zawsze zgadzałem się z papieżem Franciszkiem w kwestiach politycznych — zwłaszcza dotyczących Rosji i jego niejednoznacznych reakcji na wojnę — i nie zgadzam się w pełni z gustami literackimi i religijnymi, to jego refleksje na temat literatury jako przestrzeni budowania empatii i zrozumienia pozostaną dla mnie źródłem głębokiego szacunku.

    W świecie, który często ignoruje to, co niewypowiedziane, Franciszek przypomniał, że „czasem poezja mówi więcej niż dogmat”.

    Pełny tekst listu można znaleźć na oficjalnej stronie Watykanu:

    List Ojca Świętego Franciszka o roli literatury w formacji – 17 lipca 2024

  • 85-lecie końca fińskiej „zimowej wojny”: Muminki w kontekście historycznym

    85-lecie końca fińskiej „zimowej wojny”: Muminki w kontekście historycznym

    Muminki i 13 marca?
    Jaki jest związek?
    Muminek z medalem…

    Video tutaj:

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    Filmik i podcast na Spotify

    Okopy na linii Mannerhaima (lic. Depositphotos)

    Zakończenie wojny zimowej

    Zimowa wojna (fiń. Talvisota) zakończyła się 85 lat temu, 13 marca 1940 roku podpisaniem traktatu moskiewskiego, kończącego konflikt między Związkiem Radzieckim a Finlandią, który trwał od 30 listopada 1939 roku. W wyniku porozumienia Finlandia została zmuszona do oddania ZSRR około 11% swojego terytorium, w tym większej części Karelii wraz z miastem Viipuri (Wyborg), obszaru wokół jeziora Ładoga oraz części Półwyspu Kalastajansaarento nad Morzem Barentsa. Pomimo utraty tych ziem Finlandia zachowała niepodległość, co było jej strategicznym sukcesem wobec przytłaczającej przewagi militarnej ZSRR. Wojna pochłonęła około 25 tys. fińskich żołnierzy, a kolejne 43 tys. odniosło rany, natomiast po stronie radzieckiej straty były znacznie wyższe – oficjalnie podawano 126 tys. zabitych, choć rzeczywista liczba mogła być większa. W wyniku agresji na Finlandię ZSRR został wyrzucony z Ligi Narodów (14 grudnia 1939 roku), a Finlandia zyskała międzynarodowy szacunek za skuteczny opór wobec znacznie silniejszego przeciwnika. Mimo że formalnie kraj zachował neutralność, już w 1941 roku dołączył do wojny po stronie Niemiec przeciwko ZSRR, rozpoczynając wojnę kontynuacyjną (1941–1944). Zimowa wojna stała się symbolem fińskiego hartu ducha i umiejętności obronnych, a postać marszałka Carla Gustafa Mannerheima do dziś pozostaje ikoną narodowej jedności i oporu.

    Tove Jansson i wojenne inspiracje Muminków

    A zatem jaki jest związek z Muminkami?

    Tove Jansson, autorka opowieści o Muminkach mocno przeżywała osobiście zarówno wojnę zimową, jak i wojnę kontynuacyjną. Jej ojciec i jeden z braci walczyli w tych wojnach. Helsinki były bombardowane. Ale przede wszystkim, uchodźcy z Karelii pojawiali się w całej Finlandii. Dla moich fińskich przyjaciół okładka pierwszej opowieści o Muminkach: Małe trolle i wielka powódź z 1945 r. przywodzi na myśl właśnie tych uchodźców: małe postaci zagubione w wielkim lesie… O genezie wojennej Muminków, o ich pocieszającej funkcji dla samej autorki pisze ona sama we wstępie o polskiego wydania książeczki.

    Medal Muminka – ślad wojennych przeżyć?

    Jest jednak jeszcze przynajmniej jeden ślad wojennych przeżyć w drugiej w kolejności opowieści: Komecie w Dolinie Muminków.

    „–Mamusiu — odezwała się jakaś drobinką leśna, pokazując na Muminka. — Tam stoi generał.” Cała rodzina podeszła, żeby podziwiać jego medal.” (122)

    Istnieją interpretacje jednoznacznie wskazujące, że ten medal na piersi Muminka jest odpryskiem kultu generała Mannerheima. Zimowa wojna stała się symbolem fińskiego hartu ducha i umiejętności obronnych, a postać marszałka Carla Gustafa Mannerheima do dziś pozostaje w Finlandii symbolem narodowej jedności i oporu.

    Oczywiście, w baśni o małych trollach ten medal to znaleziony gdzieś w zakamarkach sklepu medal zrobiony z gwiazdy na choinkę. Ale Muminek dostał ten medal od Migotki za dzielność uwolnienia jej z macek trującego krzaka, który zamienia się magicznie jakby w ośmiornicę.

    Muminek kontra Angostura – metafora wojny?

    „Kawałek dalej spotkał Migotka, który, blady ze strachu, krzyczał:

    • Jakiś okropny krzak zjada moją siostrę!

    I wcale się nie mylił.

    Trujący krzak z niebezpiecznego gatunku zwanego Angostura złapał Pannę Migotkę za ogon i wolno ciągnął ją ku sobie, omotując gałęziami podobnymi do macek. A ona, fioletowa z przerażenia, krzyczała tak okropnie, jak jeszcze nigdy dotąd nie krzyczała żadna Panna Migotka.

    • Idę! Idę! – zawołał Muminek.
    • Weź to ze sobą na wszelki wypadek – powiedział Włóczykij, dając mu swój scyzoryk (z korkociągiem i śrubokrętem). – I postaraj się doprowadzić ten krzak do złości. Angostury bardzo łatwo się obrażają.
    • Jesteś wstrętną ośmiornicą! – krzyknął Muminek.
      Ale Angostura nie zareagowała.
    • Wyglądasz jak stara szczotka! – ubliżał jej dalej Muminek. – Ty podstępny bandyto! Ty ohydna postrzępiona miotło!
      Wtedy Angostura zwróciła na niego wszystkie swe zielone oczy i puściła Pannę Migotkę. A potem wysunęła jedno ze swych licznych, zielonych ramion i zacisnęła je na pyszczku Muminka.
    • Nie daj się! – zawołał Włóczykij.
    • Ty obrzydliwy potworze! – wrzasnął Muminek i – ciach-mach – odciął Angosturze jedno z ramion. Widzowie przyjęli to gorącymi oklaskami.
      Zachęcony Muminek skakał to tu, to tam, machał gniewnie ogonkiem i raz po raz atakował Angosturę, wciąż wymyślając nowe obelgi.
    • Czego ty nie umiesz! – zachwycił się Ryjek. Ile brzydkich słów!
      Walka stawała się coraz bardziej zacięta. Angostura drżała z podniecenia, a Muminek miał pyszczek całkiem czerwony ze złości i wysiłku.
      W końcu widać już było tylko kotłowaninę splątanych ramion, ogonka i nóg.
      Panna Migotka w pewnym momencie chwyciła duży kamień i rzuciła go na trujący krzak. Ale, niestety, zupełnie nie umiała celować i kamień trafił Muminka w brzuch.
      ” O rety! – zawołała. – Zabiłam go!
    • Typowe babskie zachowanie – rzekł Ryjek.
      Lecz Muminek, bardziej żywy niż kiedykolwiek, kontynuował swą triumfalną walkę, aż w końcu z Angostury został tylko pień (z kilkoma najkrótszymi ramionami, które Muminek darował. Wtedy zwycięzca złożył scyzoryk i powiedział.
    • No tak. Załatwione.
    • Ach, Jaki ty Jesteś odważny! – szepnęła Panna Migotka. 95-97

    Oczywiście nie można tutaj jednoznacznie widzieć w Angosturze Rosji Radzieckiej, zaś w Muminku Mannerheima. Poetyka tej opowieści Tove Jansson jest poetyką jakby szczególnego snu na jawie, co rusz przerywanego powrotem do rzeczywistości, jakąś kąśliwą uwagą a to Małej Mi, a to Ryjka, a to Tatusia Muminka. Pełny wielogłos.

    Walka z Angosturą przypomina konflikt, w którym mniejszy, ale zdeterminowany przeciwnik, mierzy się z potężnym i pozornie niepokonanym wrogiem. Ostatecznie Muminek, przy wsparciu przyjaciół, pokonuje Angosturę – czy to alegoria fińskiego hartu ducha?

    Refleksja na 85. rocznicę zakończenia wojny zimowej

    W 85. rocznicę podpisania pokoju po wojnie zimowej i w jubileuszowym 80. roku Muminków warto spojrzeć na twórczość Tove Jansson także przez pryzmat historii Finlandii. Jej baśnie, choć osadzone w fantastycznym świecie, niosą echa wojennych doświadczeń, od utraty domu po bohaterstwo i hart ducha.

    Dziś, wspominając tamte wydarzenia, można powiedzieć, że wśród bohaterów Finlandii znalazł się też Muminek – udekorowany przez Migotkę medalem z choinkowej gwiazdy.

  • Manifest technooptymistyczny i historia nowoczesności

    Manifest technooptymistyczny i historia nowoczesności

    Wizja futurystyczna przyszłości (lic. Depositphotos)

    Podcast z komentarzami poniżej

    Na Spotify

    Podcast na YouTube

    Prowadzę wykłady z kulturowej historii nowoczesności na wielu kierunkach humanistycznych Uniwersytetu Łódzkiego i innych uczelni. Kluczowym zagadnieniem, które omawiam podczas tych zajęć, jest interpretacja Zygmunta Baumana przedstawiona w „Nowoczesności i Zagładzie”. Bauman argumentuje, że problem Holokaustu nie dotyczy wyłącznie nazistowskich Niemiec, ale jest wyzwaniem całej cywilizacji – naszej cywilizacji. Nowoczesność, która nabrała tempa w XVIII wieku podczas Oświecenia, stała się nie tylko siłą postępu, lecz także mechanizmem, który umożliwił masową eksterminację.

    Wydawało się, że ludzkość wyciągnęła wnioski z historii, ale obawiam się, że jest inaczej. Historia nie powtarza się dosłownie, ale pewne schematy pojawiają się w nowych kontekstach, napędzane tymi samymi ludzkimi motywacjami i dążeniami.

    Chciałbym zastrzec, że w poniższych uwagach nie potępiam Oświecenia i jego spuścizny w całości. Przeciwnie – to właśnie z tej epoki wywodzi się bliski demokratom humanizm, prawa człowieka, sfera publiczna, rządy prawa oraz to, co można nazwać nowoczesną komunikacją demokratyczną. O nauce i nowoczesnych uniwersytetach nawet nie wspominam. Wielokrotnie przywoływałem wartościowe, choć nieco jednostronne, książki Stevena Pinkera na temat dobrodziejstw cywilizacji oświeceniowej. Osiągnięcia te są zagrożone przez koncentrację kapitału i technologii, co może podważyć demokrację. Tak jak bywały te wartości zagrożone w latach 30-tych i 40-tych w Europie… także na „skrwawionych ziemiach” Europy Środkowo-Wschodniej.

    Od wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA widać wyraźnie, że do władzy doszli również miliarderzy z Doliny Krzemowej – technologiczni giganci, których kariery często przypominają klasyczne opowieści o amerykańskim śnie: od garażowego startupu do globalnej korporacji. Nie zdawałem sobie sprawy, jak głębokie są związki między Trumpem a światem technologii, dopóki nie przeczytałem opowieści Marca Andreessena i jego manifestu.

    Marc Andreessen (ur. 1971) to jeden z najbardziej wpływowych informatyków z wykształcenia, którzy stali się przedsiębiorcami i inwestorami w Dolinie Krzemowej. Był współtwórcą Mosaic, pierwszej popularnej przeglądarki internetowej, która otworzyła drogę do masowego dostępu do internetu. Następnie współzałożył Netscape – firmę, która miała kluczowe znaczenie dla rozwoju sieci WWW w latach 90.

    Po sukcesach w branży oprogramowania Andreessen zaangażował się w inwestycje venture capital. W 2009 roku założył Andreessen Horowitz (a16z) – jeden z najbardziej wpływowych funduszy technologicznych, który wspierał rozwój takich firm jak Facebook, Twitter, Airbnb czy Coinbase.

    W 2023 roku Andreessen opublikował „Manifest Technooptymistyczny”, w którym przedstawił swoją wizję społeczeństwa opartego na nieograniczonym postępie technologicznym. Jego manifest sprzeciwia się pesymistycznemu podejściu do nowych technologii oraz regulacjom, które mogą ograniczać rozwój sztucznej inteligencji i innych innowacji.

    Manifest głosi, że technologia jest nie tylko siłą napędową cywilizacyjnego postępu, ale wręcz moralnym obowiązkiem ludzkości. Autorzy dokumentu uznają obawy przed negatywnymi skutkami technologii za irracjonalne i hamujące rozwój. W ich ujęciu innowacje technologiczne prowadzą do poprawy jakości życia, wydłużenia ludzkiego życia i rozwiązania globalnych problemów, takich jak zmiany klimatyczne czy ubóstwo.

    Głównymi założeniami manifestu jest kilka sloganów. Technologia jako siła dobra – od wynalezienia koła po sztuczną inteligencję, innowacje zawsze sprzyjały rozwojowi społeczeństwa; sprzeciw wobec regulacji i pesymizmu – autorzy manifestu krytykują biurokratyczne ograniczenia jako czynnik hamujący rozwój; postęp wymaga odwagi – innowacje są możliwe tylko dzięki podejmowaniu ryzyka i przełamywaniu barier; technologia jako klucz do rozwiązania globalnych problemów – restrykcje nie przyniosą lepszego świata, ale innowacje mogą to zrobić; moralność postępu – rozwój technologii to etyczny obowiązek, prowadzący do większej wolności i lepszych warunków życia.

    Manifest Andreessena Horowitza wpisuje się w charakterystyczną narrację o historii nowoczesności, którą można określić mianem technologicznego progresywizmu. Jego autorzy postrzegają rozwój cywilizacyjny jako proces nieprzerwanego wzrostu, napędzanego przez innowacje technologiczne, które nieustannie poprawiają jakość życia i zwiększają ludzką autonomię. Manifest przełożył się na bardzo praktyczne wspieranie kampanii wyborczej Donalda Trumpa.

    Postęp niewątpliwie może być korzystny – jako ludzkość żyjemy coraz dłużej i w coraz lepszych warunkach. Jednak musimy również pamiętać o kosztach tego postępu. Planeta daje nam już teraz wyraźne sygnały, że te koszty są zbyt wysokie.

    Anne Applebaum w swojej książce Koncern Autokracja. Dyktatorzy, którzy chcą rządzić światem(2024) (zob. moja recenzja w Rzeczpospolitej 09.09.2024) analizuje współczesne autokracje jako złożone sieci kleptokratyczne, które współpracują zarówno wewnętrznie, jak i z innymi reżimami autokratycznymi oraz demokracjami. Autorka wprowadza pojęcie „Koncernu Autokracji”  które odnosi się do współczesnych reżimów autokratycznych działających jak korporacje, dążące do zachowania osobistego bogactwa i władzy. Applebaum zauważa, że autokracje wykorzystują globalizację na swoją korzyść, rozprzestrzeniając nieliberalne idee na demokratyczny świat, co podważa przekonanie o nieuchronności rozwoju demokracji. Książka jest przestrogą przed rosnącym wpływem autokratów oraz wezwaniem do współpracy demokratów na całym świecie, aby chronić i rozwijać wartości demokratyczne.

    Kilka dni temu pożegnaliśmy Mariana Turskiego, który przypominał nam o XI przykazaniu: „Nie bądź obojętny”. To jest właśnie ten moment – nie możemy być obojętni. Za nowymi technologiami mogą stać ludzie dobrej woli, ale również całe orkiestry makiawelicznych szaleńców (szaleńców niekoniecznie medycznych, ale strategicznych, z wyboru,  takich jak Nixon czy Trump), którzy dla zysku będą gotowi poświęcać innych. Jeśli nie wprost eksterminować. Najpierw na scenie będą pokazywać wywodząca się z horrorów piłę mechaniczną.

    Zgadzam się z Hararim, który w Nexusie argumentuje, że sztuczna inteligencja nie może podejmować decyzji zamiast człowieka, zamiast demokratycznie wybranych parlamentów. Obawiam się, że działania Elona Muska, które w USA są już uznawane za nielegalne, to dopiero początek nowej rzeczywistości. W świecie, gdzie liczy się wyłącznie kapitał i technologia, przesiedlenia ludzi w Gazie czy porwania dzieci ukraińskich mogą stać się jedynie „kosztem operacyjnym”. Tymczasem prawdziwym problemem pozostają surowce, nieruchomości i interesy gigantów technologicznych, którzy chcą czerpać zyski z nowej rzeczywistości bez żadnych ograniczeń.