Wczorajszy (3.03.2020) dzień był dla mnie dramatyczny: dowiedziałem się, że reszta tygodnia będzie dla mnie radykalnie inna niż planowałem. Główną wiadomością był ogłoszony i wydany przez JM Rektora Uniwersytetu Łódzkiego zakaz — ważny do odwołania — wszelkich wyjazdów służbowych pracowników i studentów. Miałem właśnie w planach lot w czwartek do Frankfurtu na wielkie międzynarodowe zgromadzenie delegatów z 19 krajów, głównie europejskich. Powrót planowałem w niedzielę.
Lot odwołałem. Wcześniej wybrałem lot zamiast pociągu ze względu na czas. Ale analizowałem też połączenia pociągiem.
Potem rano w środę na zebraniu mojego zespołu projektowego mój kolega Marek ogłosił swoją gotowość zwiększenia wspomagania kryzysowego kursami online. Na wypadek, gdyby sytuacja miała się pogorszyć, więcej zajęć mogłoby się odbywać w trybie e-learningu, albo w trybie wspomagania e-learningiem.
Oczywista jest sytuacja w takich krajach jak Włochy, zwłaszcza na Północy, gdzie już pozamykano tamtejsze uniwersytety na razie na dwa tygodnie do 8 marca, bo w tamtych okolicach epidemia jest szczególnie widoczna. Autorki analizy argumentują jednak za ekspertami, że zachodnie uniwersytety powinny być przygotowane na możliwość zamknięcia kampusów w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się nowego koronawirusa, trzeba zacząć planować awaryjnie. Dane liczbowe są bezwzględne: 88 000 osób w ponad 60 krajach zostało zarażonych koronawirusem, podczas gdy ogólna liczba ofiar śmiertelnych z powodu epidemii Covid-19 przekroczyła 3000.
We Włoszech wiele uczelni już przeszło na nauczanie online. Pracownicy ciagle przychodzą do pracy, studenci mogą także ich odwiedzać.
Amerykańscy eksperci z Centrów Kontroli i Zapobiegania Chorobom stwierdzają, że instytucje szkolnictwa wyższego powinny rozważyć odroczenie lub anulowanie wymiany zagranicznej studentów ze względu na rozprzestrzenianie się choroby. Uważam ten fakt za wysoce niepokojący i mające wielkie konsekwencje dla modeli kultury i polityki kulturalnej w różnych krajach.
Eksperci z Wielkiej Brytanii wypowiadają się w podobnym tonie, zwłaszcza Ci specjalizujący się w epidemiologii statystycznej.
Rządy apelują raczej o rozwagę i indywidualizowanie podejścia. THE cytuje Mike’a Barera, profesora mikrobiologii klinicznej na Uniwersytecie w Leicester, który testuje specjalne inteligentne maski na twarz i on powiedział: „jeśli instytucje potrafią dobrze zarządzać zachowaniem, mogą potencjalnie uniknąć zamknięcia”.
Jednak potencjalne zamknięcie na jakiś czas uczelni to tylko jeden, bezpośredni efekt pandemii. Innym, znacznie groźniejszym efektem będzie znaczący wpływ na rekrutację na następny rok akademicki. Już w połowie lutego w Australii część uczelni zauważyła, że za bardzo się uzależniła od chińskich studentów i teraz, w obliczu pandemii, zapewne uderzy to uzależnienie szczególnie mocno. „Wiele szkół pozostaje zamkniętych w Chinach, gdzie wybuchła epidemia, a ośrodki testowania języka i wydawania wiz – klucz do wniosków na uniwersytety zachodnie – są również zamknięte.” Pisze THE.
Great Wall sunset over mountains in Beijing, China.
Zatem: świat jest nieprzewidywalny także, jeśli idzie o model uniwersytetu. Nie ulegając panice, musimy cały czas myśleć perspektywicznie: z jednej strony, uczelnie bez umiędzynarodowienia są niewyobrażalne, wymiana studentów i pracowników to jest kluczowy aspekt fukcjonowania republiki uczonych, dlatego nie można rezygnować z tradycyjnego stacjonarnego, a nawet rezydencjalnego modelu uczenia się na kampusach; z drugiej strony zaś, ciągle trzeba rozwijać infrastrukturę i potencjał kadrowy, jeśli idzie e-learning i cyfrowe zasoby edukacyjne. Nie możemy przespać wielkiej zmiany w dzisiejszym zglobalizowanym i ucyfrowionym świecie.
Update 11.03.2020: od dzisiaj, środy 11 marca 2020 Uniwersytet Łódzki odwołuje wszystkie swoje zajęcia. Wcześniej Rektor odwołał większe zgromadzenia.
Update 11.03.2020 od dzisiaj, Ministerstwo zamknęło wszystkie szkoły wyższe na dwa tygodnie.
Mem o opowieściach dla wnuków o udziale w wojnach memowych w 2014, 2015 i 2016 roku
Ministerstwa nie powinny wspierać farm trolli i wojen memów
Nie chcę spłaszczać bardzo głębokiego i niezwykle wielowątkowego, oddającego świetnie złożoność współczesnego świata, wykładu noblowskiego Olgi Tokarczuk. Ale jeden wątek bardzo mnie poruszył. A właściwie dwa.
Nie dziwi narratologiczny punkt widzenia u opowiadaczki, powieściopisarki i psycholożki. Nie dziwi koncepcja „czułego narratora”, czyli dawniejszej duszy jako nadziei dla skażonego, okaleczonego świata. Jednak w wielu miejscach refleksja naszej Noblistki wykracza poza literaturę i jest narratologiczno-kulturoznawcza:
„Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.”
Porażką utopijnych wizji epoki druku, charakteryzowanej przez wspaniałą ideę „Pansofii” Jana Amosa Komensky’ego, protestanckiego lesznianina stała się kakofonia hejterska i wojny memów charakterystyczne dla zjawisk związanych z aferą Cambridge Analitica. Tokarczuk wspomina ten skandal w kontekstach bardzo kulturoznawczych.
„Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się na naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia – kina, fotografii, virtual reality i augmented reality – stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji.”
Olga Tokarczuk swoją nadzieję lokuje w czułym narratorze.
„Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć i któremu pragniemy się przeciwstawić, ratując świat, nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji ekonomicznych, społecznych i światopoglądowych (w tym religijnych). Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności sprowadziły świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.
Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią.”
Na pewno nie służą tej całości farmy hejterskie i wspomniane przez Tokarczuk wcześniej fake-newsy.
„Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu.
Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący i od siebie współzależny.”
Wydaje mi się, że powinniśmy zgodzić się z tym nawoływaniem. Choćby wydawało się to utopijne dziś. Algorytmy Twittera i Facebooka oraz innych platform społecznościowych nie mogą decydować o losach świata, a wspomniany przez Tokarczuk „efekt motyla” może być jednak przestrogą. Charakterystyczne dla afery z Cambridge Analitica było posłużenie się przez zleceniodawców tej firmy pozyskanymi danymi, aby sterować wojnami memowymi i ściśle adresowanymi reklamami politycznymi.
„Wojny memowe” to wyrażenie często odnoszące się do rywalizacji online, w której przeciwne frakcje wykorzystują internetowe memy do walki ze sobą. W 2006 r. powstał bezpłatny magazyn „Memewar” jako wielodyscyplinarne czasopismo publikujące prace wielogatunkowe, w tym poezję, prozę, sztukę, fotografię, eseje i komiksy. Nazwa została oparta na połączeniu „pamiętnika”, zapisu historii i „wojny memów”, rozumianych jako zderzenie pomysłów. Najbardziej przerażające jest to, że rządy i armie inwestują całkiem poważne pieniądze w „wojny memów”. (Donovan, Joan. „Drafted unto the Meme Wars”. MIT Technology Review, t. 122, nr 6, grudzień 2019, s. 48–51.) Trzeba zgodzić się z autorką artykułu w ostatnim „MIT TR”, że „Lepiej byłoby, gdyby rządy, politycy, poważne instytucje zamiast angażować się w wojny memowe, wzmacniały te instytucje, które tworzą i rozpowszechniają rzetelne informacje: media, akademię, oraz bezstronne agencje rządowe”. (tłum. moje JP, s. 51) Autorka ta szczegółowo opisuje inicjatywy rządowe wykorzystujące prymitywne i niby niewinnie żartobliwe „wojny memów”.
Dlatego twierdzę po wysłuchaniu w wielkim skupieniu wykładu Olgi Tokarczuk, że rządy powinny wspierać „czułego narratora” oraz narratorów uważnych, wystudiowanych. Oznacza to ni mniej ni więcej, tylko wsparcie dla idei uniwersytetu i wielkiej roli humanistyki w społeczeństwie. Rządy nie powinny marnować publicznych pieniędzy na propagandę rządową i militarną, na farmy hejterskie i wojny memów. Powinny dbać o to, żeby widzieć więcej, czuć więcej i myśleć więcej, nieschematycznie. To mogą zapewnić zarówno literatura, jak i uniwersytety z prawdziwego zdarzenia. Nie zapewnią tego przedsiębiorstwa do produkcji punktów. Dziś brzmi to fantastycznie, ale musimy żądać niemożliwego, bo wydaje się, że doszliśmy do katastroficznej ściany.
PS. Miłośników Olgi Tokarczuk z Łodzi i okolic zapraszam we wtorek 10 grudnia o godz. 19:00, w dniu odbierania przez nią Nagrody Nobla, do Teatru Nowego im. Dejmka. Będziemy tam uczestniczyć w performatywnej lekturze utworów noblistki.
Zapis planu wystąpienia (15 minut) na uroczystej Inauguracji roku akademickiego 2019/2020 dnia 27.09.2019; Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny, Uniwersytet Łódzki.
Punkt
Prawda i
wolność. Prawda i wolność. Prawda, wolność, ciało. Prawda, wolność, ciało…
Pra-wda-wol-ność-cia-ło…
prawdawolnośćciało
To jest Moja
niewyczerpana oda do Radości
Koniec
wykładu. Możecie iść. Idźcie i głoście światu. Żartuję.
Dzień Dobry! Witam wszystkich studentów na jednym z najlepszych polskich uniwersytetów, na jednym z najlepszych wydziałów Uniwersytetu Łódzkiego. W pewnym sensie, w podwójnym sensie, jest to mój powrót tutaj. Kiedyś także i tutaj studiowałem. Dziękuję za zaproszenie Panu Dziekanowi prof. Rafałowi Materze. Wielki zaszczyt i przyjemność.
Nie bez
przyczyny Prawda i Wolność są wypisane na naszych, uniwersyteckich sztandarach.
To jest jak „wolność, równość, braterstwo” z rewolucji francuskiej. Albo
uliczne „wolność, równość, demokracja”… To jest sztandar jak znak gwarancji
jakości ISO.
Prawda i
wolność – bardzo wzniośle, podniośle, a po łacinie Veritas et Libertas wręcz
pompatycznie, jeśli nie bombastycznie. Dlatego kusiło mnie, kusi mnie nadal,
uległem tej pokusie, aby dodać – ciało…. Ciało – działanie.
Ciało to waga,
ciało to ból, ciało to empatia, ciało to działanie. Prawda, wolność, ciało. Veritas,
Libertas, et Corpus.
Zgodnie z tym
hasłem mam dla Was trzy opowieści z życia wzięte.
Opowieść pierwsza – Pielęgniarstwo i gitara
basowa
Czym dla mnie
jest uniwersytet? Był dla mnie oknem na świat, wyjściem spod kurateli rodziców,
zwieńczeniem marzeń wywiedzionych z mnóstwa przeczytanych książek. Moja rodzina
była prosta, jestem synem pielęgniarki i spawacza z kolejarskiego niegdyś
miasta Ostrowa Wielkopolskiego, 100 km stąd; książki, teatr i muzyka to był dla
mnie cały świat, od dzieciństwa uciekałem do wirtualnego świata książek, teatru
i muzyki, grałem w kółkach teatralnych, grałem na flecie i gitarze basowej,
czytałem, czytałem; to był świat wirtualny i rzeczywisty zarazem, spotykałem
mnóstwo fajnych ludzi, nauczycieli, którzy podsuwali mi lektury, napotkani
ludzie zawsze stawali się jakoś ważni; moi rodzice bardzo się starali; żebym
mógł studiować, ojciec musiał brać nadgodziny, żeby jego syn mógł studiować w
odległej, ale jednak bliskiej Łodzi. Gdyby uniwersytet był tylko w Warszawie i
Krakowie, to wtedy pewnie nie studiowałbym w ogóle. Łódź wtedy znana była m.in.
z socjolingwistyki, badań nad kulturą masową (prof. Kłoskowska). Okno na świat.
Ale
zanim poszedłem na studia, chciałem być pielęgniarzem. W czasach mojej młodości
istniały licea medyczne, kształcące pielęgniarki, dzisiaj trzeba już skończyć
studia. Ukończyłem takie liceum, którego istotą była praktyka pielęgniarska w
szpitalach. Pracowałem w trakcie nauki w liceum medycznym oraz rok po niej jako
pielęgniarz w szpitalach. Pamiętam wiele historii z tym związanych, prośby o
jakąś truciznę, bo chory nie mógł wytrzymać bólu, uciążliwych nieprzytomnych
chorych domagających się zachowania standardów higieny osobistej, (potrzebowali
umycia lub ogolenia), pamiętam też ciepłe prześcieradło tyle co zmarłej osoby,
ten ślad obecności, która staje się coraz to zimniejsza. Ta praca pielęgniarza,
to dla mnie doświadczenie formujące.
Ta wczesna moja konfrontacja ze śmiercią, bólem, z empatią i znieczulicą, także własną znieczulicą, z decyzjami w sytuacjach granicznych uczyniła mnie bardziej otwartym na prawdę. Jeśli prawda jest życiem, to śmierć jest nią tym bardziej, ona zwielokrotnia prawdę życia. W liceum nie skończyłem swoich doświadczeń z muzyką i sztuką, grałem na gitarze basowej w zespole szkolnym i grałem spektakle wzorowane na amerykańskich protest songach. Można powiedzieć, że muzyka łagodziła mi obyczaje i chwile, kiedy rzeczywistość cuchnie. Kiedy prawdą było to, co wymagało pielęgnacji, obmycia, wyniesienia odchodów. Prawda nie zawsze pachnie. Prawda jest wyzwaniem.
Historia
2. Wygnanie z komfortu – bycie obcym
Kiedy dostałem się na studia, a wtedy studiowało jakieś 7-8 procent każdego rocznika (co 13-15 rówieśnik), studia były elitarne, poczułem, że złapałem Pana Boga za nogi. VIP. Działałem w budującym się wtedy samorządzie, teatrze studenckim…
Uniwersytet
Łódzki stał się dla mnie oknem na świat całkiem dosłownie i dzisiaj jest on tym
samym dla Was. Ojczyzną uczonych jest cały świat. Wtedy skorzystałem z europejskiego
programu wymiany Tempus (dzisiaj macie inne programy) i wyjechałem do Szwecji. To
był przełom. To było wyjście ze strefy komfortu. W Łodzi na studiach wszyscy
mnie znali, wiedzieli kim jestem, nie musiałem się przedstawiać, w Lund w
Szwecji musiałem zaczynać od zera, każdemu napotkanemu człowiekowi trzeba było
przedstawić wiarygodną historię, kim jestem, czym się zajmuję, po co jestem…. Byłem
nikim. Człowiekiem znikąd, w oczach tubylców – potencjalnym imigrantem. To było
doświadczenie wyzwalające, doświadczenie wolności. Właśnie w tym doznaniu swojej
znikomości. Miałem nawet myśli (mój pobyt w Szwecji na różnych programach się
przedłużał do prawie dwóch lat) o stałej emigracji. Nie wybrałem jej. Ale
najważniejsze w tym doświadczeniu było doświadczenie wolności: jesteś tym, kim
wybierasz, że jesteś, kiedy potrafisz wyjść ze swojej strefy komfortu. Porzucić
na chwilę myśli w języki polskim i postarać się przełożyć siebie na inny język,
na inną kulturę, na język angielski, lingua franca współczesności, czy też na
język szwedzki, nikomu przecież dzisiaj niepotrzebnym. To było doświadczenie
wspaniałe, ale jednocześnie trudne, bo trzeba zacząć od zera, zniweczyć siebie,
anihilować, zrujnować. Uczyło pokory. Zostałem wrzucony na głębokie wody. Udało
mi się nie utonąć. Tzw. republika uczonych stała się moją ojczyzną. Uniwersytet
jest oknem na świat w dosłownych tego słowa sensie.
Drugim
doświadczeniem formującym w czasie pobytów zagranicznych na innych uniwersytetach
i w naszym uniwersytecie to doświadczenie wspólnoty. „College”, inaczej
kolegium, to wspólnota. To nie jest fabryka. Jeśli ktoś widział kiedyś taniec
szkocki, to wie o czym mówię. To nie jest taniec w parach, to nie jest bezładny
taniec disco, to są figury z ciał, wymagające koordynacji, współpracy. Albo
może ktoś widział piramidę z ludzi w katalońskiej i hiszpańskiej Barcelonie
(Castell)? Wiecie Państwo jak to wygląda, każdy musi znać swoje miejsce, ci co
są barczyści, silni, wytrzymali mogą stać się podstawą piramidy, ci, co zwinni
i śmiali i lżejsi, mogą wspinać się na szczyt tej piramidy. Piramida z ludzi
jest metaforą wspaniałej zespołowej roboty.
Takiej
zespołowej roboty wymaga też sztafeta w biegu; ostatnio uczestniczyłem jako
jeden z 50 biegaczy z Uniwersytetu Łódzkiego w biegu charytatywnym Business Run
Poland. Wiecie co jest najbardziej stresujące? Pierwszy raz miałem biec w
sztafecie, wiecie, wolę dłuższe dystanse, samotność długodystansowca, a tutaj
miałem przekazać pałeczkę następnej osobie, tamta następnej itd. Pięć osób
uzależnionych od siebie nie tylko tempem biegu, ale i sprawnością przekazania
pałeczki. Nie mogłem spać przed biegiem, bo nie mogłem dokładnie uświadomić
sobie, jak będzie przebiegać to przekazywanie. Śmieszne, nie? Odpowiedzialność
wspólnoty. To nie są syreny fabryk.
Wspólnota
zatem to nie tylko szkocki taniec, piramida z Barcelony, czy bieg w sztafecie,
dla mnie to także strajk studencki w 1989 r. i na tym wydziale strajk
akademicki w 2018 r. Wiecie co to uniwersytet, wiecie skąd słowo universitas?
Dzisiaj wielu pewnie powie o kosmicznym wymiarze uniwersytetu, który musi swoją
wiedzą ogarnąć Uniwersum, cały świat, od geologii, fizjologii po filologię
klasyczną, socjologię, czy fizykę jądrową. Jednak u zarania nowożytnej idei
uniwersytetu jest nade wszystko „universitas” pojmowana jako społeczność,
wspólnota uczonych i studentów (albo jak w Bolonii na początek samych
studentów, którzy stowarzyszali się, bo chcieli mieć tańsze mieszkania). Ta
wspólnota była także obecna u zarania akademii w antyku w idei Sympozjonu,
uczty wspólnej, w trakcie której można było rozmawiać, dialogować, dyskutować.
Choć wtedy także dużo się przechadzano i w trakcie tego chodzenia, dyskutowano.
Czy tym można zarządzać jak korporacją? Sympozjonem? Uniwersytetem. Alma mater?
Zatem ta
wolność, której doświadczyłem „na wygnaniu”, „w ziemi obcej”, to doświadczenie
stresujące, niekomfortowe, ale jednocześnie doświadczenie wielu wspólnot.
Dzisiaj sporo mówi się też o tym, że uniwersytet nie może być wieżą z kości
słoniowej, luksusowym miejsce izolacji od świata zewnętrznego. Stąd najważniejszymi
celami edukacji w wielu najlepszych uniwersytetach świata są zaangażowanie
społeczne, umiejętność współpracy, kreatywne myślenie, krytycyzm. Uniwersytety
mają być podobnie jak świat dziennikarstwa, czwartą władzą, rodzajem równowagi
dla świata biznesu i polityki. Nie mogą nią pozostać, jeśli kultura
uniwersytetu będzie kulturą wielkich korporacji. Produktywność jest ważna, ale
umiejętności ogólnoludzkie i postawy są jeszcze ważniejsze.
Opowieść
trzecia. Ciało. Zombie. Automat
Przechodzę do
trzeciej historii. Świat cyfrowy.
Łolaboga
łolaboga, ludzie śpią ze smartfonami…
Wolą smartfony
od żon, mężów i kochanków… ludzie śpią ze smartfonami, niedługo będą zupełnie
odcięci od rzeczywistości analogowej; będę sobie wszczepiać różne implanty, i
coraz częściej przypominać będą zombie. Albo automaty. Jesteśmy zanurzeni w
cyfrowym świecie. Wiedza jest dzisiaj wszędzie. Po co komu uniwersytet? Po to
żeby mieć dyplom?
W 2012 roku
The Economist ogłosił MOOCs naważniejszym zdarzeniem edukacyjnym, najbardziej
rewolucyjną innowacją, która zniszczy tradycyjne uniwersytety. I co? Nadal uniwersytety
są i mają się dobrze? Dlaczego? Czy MOOCs (massive open online courses, czyli
masowe szkolenia online) mogą zastąpić kształcenie uniwersyteckie? Przecież
lepiej jest wysłuchać wykładu gwiazdy z Harvardu, aniżeli jakiegoś lokalnego
nudziarza… No ale nie ma się żadnego dyplomu… Tym, co zostaje na uniwersytecie
już na pewno nie jest tradycyjny wykład (1,5 godziny i tyle zamierzam dzisiaj
mówić… nie żartuję, zmierzam już do końca…),
Tym, co
wyróżnia Uniwersytet to tradycyjne międzyludzkie relacje komunikacyjne,
najlepiej widoczne z jednej strony w kolegialności decyzji oraz w relacji
mistrz – uczeń. We wspólnocie realnie uprawianego sportu np. w AZS.
Automatyczne samochody bez kierowcy są niewątpliwą przyszłością, roboty przenoszące i przewożące towary w magazynach są już oczywistością, tu i teraz, tak jak BIG DATA, czy crowdsourcing, wszyscy korzystają z tłumacza Google, który jeszcze całkiem niedawno był śmiesznie idiotyczny, a teraz jest już naprawdę niesamowicie skuteczny. Po co komu nauka języków, jeśli mamy automatycznego translatora w naszej komórce? Nawigacja komputerowa zupełnie wyparła papierowe mapy. Dzwonimy na Biuro Obsługi Klienta w banku czy do Narodowego Funduszu Zdrowia i rozmawiamy z awatarami, którzy przekierowują nas na właściwe rozwiązania problemów. Po co więc uniwersytet? Wiedza jest wszędzie. Nie potrzeba wyższego wykształcenia, żeby wiedzieć dużo. Zresztą, jeśli wiedza jest wszędzie, to po co w ogóle cokolwiek wiedzieć?
Ano właśnie.
Żyjemy w czasach, które zostały także nazwane czasami post-prawdy (The
Economist bodaj w 2016 r. ogłosił to dziwne wyrażenie słowem roku). Żeby
dzisiaj funkcjonować potrzebujemy rozróżnienia prawdy od fake-newsów, prawdy od
zmyślenia i zwykłego kłamstwa. Nie jest to łatwe, ostatnio mówi się o takich
przepracowanych kłamstwach, które nazywają się „deep fake-news”, super
fake-newsami. Widzimy na ekranie Donalda Trumpa, który wypowiada wojnę Korei
Północnej, a potem okazuje się, że to wcale nie jest Gabinet Owalny i nie jest
Donald Trump, tylko jego komputerowy awatar. Fake news już poszedł w świat i
żyje własnym życiem.
Dlatego
uniwersytety są potrzebne, żeby nauczyć, jak korzystać z wiedzy, jak rozróżnić
wiedzę prawdziwą od nonsensu. Organizację dobrze zarządzaną od złej,
odczłowieczającej fabryki czy zniewalającej korporacji. Do tego potrzeba
umiejętności i postaw, które odróżniają nas od robotów i zombie. Tylko bycie
niezastępowalnym przez automaty może dać nam przyszłość: to jest kreatywność,
wyobraźnia, krytycyzm, intuicja, odwaga. To nas wyróżnia od automatów. Stąd też
kolosalne znaczenie nauk humanistycznych i społecznych. No bo co z tego, że
nauki przyrodnicze będą udowadniać, że powszechne szczepienia ograniczą naszą
umieralność? Jeśli nie będzie odpowiedniej ilość przekonujących dziennikarzy,
wykształconych ekspertów z miękkimi umiejętnościami, popularność w społeczeństwie
zyskają szarlatani, udowadniający szkodliwość szczepień. Co z tego, że
klimatolodzy stwierdzą ewidentny wpływ człowieka na zmiany klimatyczne, jeśli
część polityków z odpowiednim oprzyrządowaniem powtarzać będzie, że to wszystko
bajki i wymysły? I wyślą egzorcystów na „rozhisteryzowane dziecko…”
Uniwersytet
musi kontynuować swoją oświeceniową misję: prawda, wolność, ciało. Świat
cyfrowy jest wszechobecny i wszechmocny, trzeba z niego korzystać, ale nauczyć
się także kwestionować.
Dlatego, jeśli
miałbym zakończyć jakimś przesłaniem, to mogę je streścić w dwóch słowach:
Nienasycenie i
nieskończoność.
Trzeba być jak
swobodnie bawiące się dziecko, nienasycone w pragnieniach, pożądaniach, ale
także pragnieniu wiedzy, ale i wolne aż do nieskończoności, potrafiące mówić
nie. Kończyłem kiedyś każdy wykład ze studentami mottem: „Ty sam jesteś
nieskończonym oceanem”.
Czesław Miłosz
napisał kiedyś:
Tak samo było
kiedy miałem dwadzieścia lat.
Ale wtedy nadzieja że będę wszystkim,
Może nawet motylem i kosem, przez zaklęcie.