Kategoria: Literatura i kultura

  • Mikronarracje — wywiad z dr Elizą Matusiak

    Mikronarracje — wywiad z dr Elizą Matusiak

    Dr Eliza Matusiak, Uniwersytet Łódzki

  • Usta prawdy: odwaga w czasach niepewności

    Usta prawdy: odwaga w czasach niepewności

    Kiedyś w 2019 napisałem i wydałem książkę „Odwaga poetyki”. Przyznaję, że wtedy nie znałem książki biskupy Budde, bo wyszła cztery lata po mojej. (Budde M.E., How we learn to be brave: decisive moments in life and faith, New York 2023) (po polsku ten tytuł to „Jak uczymy się odwagi: decydujące momenty w życiu i wierze”). Ale po dzisiejszym poranku, szybko nadrobiłem niedopatrzenie. Kolega i koleżanka przysłali mi niezależnie od siebie link do YouTube z fragmentem jej kazania z wczoraj, kazania wygłoszonego w obliczu „władcy świata” Donalda Trumpa. To był bardzo dobry poranek, mimo wszystko.

    Mouth of Truth, Rome
    Antique statue Mouth of Truth in Rome in Italy (depositphotos)

    Odwaga w decydujących momentach: Refleksje na podstawie książki Mariann Edgar Budde „How We Learn to Be Brave”

    Książka Mariann Edgar Budde How We Learn to Be Brave to bardzo zajmująca i inspirująca podróż przez opowieści o ludziach, którzy w obliczu trudnych wyborów zdobyli się na odwagę, by działać. Biskupka Budde przywołuje postacie rozmaite, od biblijnych bohaterów, przez ikony XX wieku, po osobiście znanych mentorów i współczesnych liderów. Każda z tych historii niesie uniwersalne przesłanie o tym, że prawdziwa odwaga często wymaga działania mimo lęku i niepewności (odwaga nie jest głupotą, czyli brakiem strachu w obliczu niebezpieczeństwa)). Wśród licznych przykładów opisanych w książce, szczególnie wyróżniają się historie Abrahama i Sary, Eleanor Roosevelt oraz Dietricha Bonhoeffera, które warto przybliżyć.

    Abraham i Sara: Odwaga wiary w nieznane

    Abraham i Sara, centralne postacie biblijnej narracji, pokazują, jak wielkiej odwagi wymaga zaufanie w odniesieniu do nieznanego. Kiedy Abraham usłyszał wezwanie Boga, by opuścić wszystko, co znał, i udać się do ziemi obiecanej, nie otrzymał szczegółowego planu ani gwarancji sukcesu. Sara, jako jego towarzyszka, dzieliła ten trud, stawiając czoła społecznym wyzwaniom i osobistym dramatom, takim jak walka z bezpłodnością. Ich historia przypomina, że odwaga często oznacza podjęcie działania wbrew logice i obawom, z wiarą w siłę wyższą niż my sami.

    Eleanor Roosevelt: Odwaga w obronie sprawiedliwości

    Eleanor Roosevelt to postać, która redefiniowała rolę Pierwszej Damy w Stanach Zjednoczonych. Pomimo osobistych trudności i nieśmiałości, stała się głosem tych, którzy nie mieli możliwości mówić sami za siebie. Jej zaangażowanie w prawa człowieka, równość rasową i prawa kobiet wymagało odwagi w obliczu krytyki i oporu. Współtworzenie Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka to jedno z jej najważniejszych osiągnięć, które do dziś inspiruje pokolenia.

    Dietrich Bonhoeffer: Odwaga w obliczu zła

    Historia Dietricha Bonhoeffera, niemieckiego pastora i teologa, jest przykładem odwagi w najtrudniejszych czasach. Wiele razy o nim pisałem, także w Odwadze poetyki z 2018 r. Bonhoeffer inspirował opozycję w PRL, takie postaci jak Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń czy Stanisław Barańczak oraz Stanisław Różewicz. W latach 30. i 40. XX wieku, kiedy większość niemieckich liderów chrześcijańskich popierała ruch nazistowski Hitlera (Deutsche Evangelische Kirche), Bonhoeffer wstąpił do opozycyjnego Kościoła Wyznającego (Bekennende Kirche). Chociaż mógł pozostać na emigracji w USA, powrócił do Niemiec, wierny swojemu przekonaniu, że „nie ma prawa uczestniczyć w odbudowie chrześcijańskiego życia w Niemczech po wojnie, jeśli nie dzieli prób tego czasu ze swoimi ludźmi.”

    Bonhoeffer świadomie podjął ryzyko i spiskował przeciwko Hitlerowi, co zakończyło się jego aresztowaniem w 1943 roku i egzekucją dwa lata później. Jego refleksje z więzienia są do dziś inspiracją dla tych, którzy chcą żyć odważnie: „Pozostaje bardzo wąska ścieżka, czasem ledwo widoczna, by każdy dzień przeżyć tak, jakby był ostatnim, a jednocześnie wiernością i odpowiedzialnością żyć tak, jakby miał jeszcze nadejść wielki przyszły czas.” (cytat z książki o Bonhoefferze, Strange Glory)

    Ostatnie wydarzenie: „Proszę pana o litość”

    Wracam do dzisiejszego poranka: usłyszałem ten koniec kazania biskupki, który przekonuje, że ma ona — Mariann Edgar Budde — odwagę cywilną mówienia prawdy. Jej publiczne wystąpienie podczas nabożeństwa w Katedrze Narodowej w Waszyngtonie, skierowane bezpośrednio do prezydenta Donalda Trumpa to między innymi modlitwa-apel o miłosierdzie wobec imigrantów i mniejszości seksualnych. „W imię naszego Boga, proszę pana o litość. Są ludzie w naszym kraju, którzy się boją. Są geje, lesbijki, dzieci transseksualne, rodziny demokratyczne, republikańskie, niezależne — niektórzy boją się o swoje życie” — powiedziała Budde, zwracając uwagę na sytuację uchodźców i nielegalnych imigrantów, którzy przyczyniają się do funkcjonowania gospodarki, a jednocześnie są marginalizowani.

    Trump, obecny na nabożeństwie, skomentował później, że to „nie było zbyt ekscytujące”. Jego reakcja kontrastowała z powagą i szczerością apelu Budde, który wpisuje się w jej konsekwentną postawę walki o sprawiedliwość i obrony najbardziej potrzebujących.

    Antje Jackelén, była arcybiskupka Kościoła Szwecji, (nota bene: będąca kiedyś w Łodzi, nie mogła wygłosić kazania w Katedrze łódzkiej, bo nie wpuścił jej na ambonę bp Jędraszewski) komentuje 23 stycznia w Dagens Nyheter kazanie biskupki Mariann Edgar Budde. Jackelén podkreśla, że Kościół chrześcijański powinien przeciwstawiać się każdej próbie „ubóstwienia” władzy i pełnić rolę krytycznej solidarności wobec społeczeństwa. Przeciwstawia się traktowaniu Kościoła jako fajnego tła dla zdjęć w mediach społecznościowych. Według niej, miłosierdzie jest kluczową cechą lidera, a słowa Jezusa   – choć czasami prowokujące – przypominają o potrzebie pokory i troski o innych (wszyscy jesteśmy przychodniami). Jackelén ostrzega także przed brutalizacją społeczeństwa, w której rasizm, seksizm i pogarda dla różnorodności stają się coraz bardziej akceptowane. W jej opinii kazanie Budde to wezwanie do odważnego przypominania fundamentalnych wartości – prawdy, sprawiedliwości, miłosierdzia i miłości – w czasach, gdy szerzą się dezinformacja i teorie spiskowe. W tej misji szwedzka teolożka i filozofka powołuje się na cytat z 2 Listu Tymoteusza, rozdz. 2. 

    Odwaga jako wybór

    Mariann Edgar Budde w swojej książce przypomina, że odwaga to nie brak strachu, lecz wybór działania pomimo niego. Zarówno Abraham i Sara, Eleanor Roosevelt, jak i Dietrich Bonhoeffer pokazują, że odwaga często wymaga wierności wartościom i odpowiedzialności za innych. W świecie pełnym wyzwań ich historie inspirują, by podejmować trudne decyzje z wiarą, nadzieją i determinacją.

    Budde w swojej refleksji nie unika osobistej perspektywy, co czyni jej książkę głębokim i uniwersalnym przesłaniem dla wszystkich, którzy pragną odnaleźć odwagę w decydujących momentach swojego życia. Jedyne co mnie osobiście trochę rozczarowało, to brak w książce Budde odniesienia do inspirującego mnie Paula Tillicha z jego książką, której tytuł po angielsku brzmi The Courage to Be, co można przetłumaczyć jako Odwaga bycia, ale zostało przetłumaczone przed laty w Polsce jako Męstwo bycia. Ta nieobecność nie przeszkadza mi bardzo. Mariann Budde pokazuje, zarówno w swojej książce, jak i w swoim słynnym już kazaniu, że odwaga to nie jest kwestia płci. Jakkolwiek rozumianej.

    EDIT: 23.01.25 dodano akapit o Antje Jackelen.

    PS. Zmieniony tekst ukazał się 24.01.25 w Gazeta Wyborcza

  • Rozmowy o gazach i twórczym pisaniu

    Rozmowy o gazach i twórczym pisaniu

    E.B. White o talencie Updike’a: Refleksje i humor

    Skomentuj list do Johna Updike’a z 1962 roku:

    „Wolałbym przeczytać twoją nienapisaną powieść niż napisaną przez kogokolwiek innego. Ciągle próbuję odkryć, co (jaka tajemnicza rzecz) podnosi pisanie do poziomu, na którym zachodzi spalanie, i myślę, że po prostu w pisaniu musi nastąpić ucieczka gazów lub oparów z centrum — Gazu Rdzenia, to znaczy. I nawet to wyjaśnienie jest niewiarygodne, ponieważ Bóg wie, że z Hemingwaya zawsze uciekał gaz, ale często przypominało mi to pierdzenie starego konia. Ta zagadka nie zostanie rozwiązana w pośpiechu. (E.B. White, List do Johna Updike, 12 stycznia 1962)” (znalezione w New York Times, dzisiaj 18.01.25)

    List, który zawiera takie refleksje, jak te skierowane do Johna Updike’a, ujawnia niezwykłą zdolność autora do literackiego introspekcyjnego humoru, a jednocześnie do głębokiego poszukiwania esencji pisania. E.B. White, znany przede wszystkim jako autor „Straganów Charlotty” i felietonista „The New Yorker”, w swoim liście z 1962 roku wyraził nie tylko podziw dla twórczości Updike’a, ale również próbował uchwycić to, co sprawia, że literatura osiąga wyższy, niemal mistyczny poziom.

    Kluczowe punkty refleksji:
    Mistyczny kult talentu Updike’a
    Zdanie „Wolałbym przeczytać twoją nienapisaną powieść niż napisaną przez kogokolwiek innego” podkreśla niemal religijną wiarę w wyjątkowość talentu literackiego Updike’a. To nie tylko pochwała, ale i subtelny żart deprecjonujący przeciętność innych autorów. Kult Updike’a, któremu daleko było od religijnych uniesień.

    W wywiadach Updike otwarcie przyznawał, że jego podejście do religii jest bardziej estetyczne niż doktrynalne. Interesowała go symbolika, rytuały i to, w jaki sposób wiara odzwierciedla się w literaturze. W eseju „The Future of Faith” pisał:

    „Religia, jak literatura, jest próbą nadania sensu naszemu doświadczeniu, uznania istnienia tajemnicy i celebracji tego, co przekracza nasze zrozumienie.”

    Warto więc podkreślić, że choć tematyka religijna jest obecna w jego pracach, to często stanowi ona raczej narzędzie analizy kondycji człowieka niż wyraz osobistego zaangażowania religijnego. Updike’a można nazwać badaczem religijności, ale niekoniecznie jej wyznawcą.
    „Gaz Rdzenia” – tajemnica procesu twórczego
    White porównuje inspirację i proces pisania do wybuchowego procesu, w którym musi nastąpić „ucieczka gazów z centrum”. To obrazowe, a zarazem nietypowe i ryzykowne, metaforyczne ujęcie pokazuje, że prawdziwie wartościowa literatura pochodzi z jakiegoś wewnętrznego, organicznego źródła, które wymyka się pełnej kontroli autora. Platońskie pojęcie „boskiego szału” można zestawić z ideami takich autorów, jak E.B. White w jego liście do Updike’a czy Hemingway, który pisał o konieczności pisania „jednego prawdziwego zdania”. Obaj autorzy, podobnie jak Platon, uznają, że inspiracja ma źródło w czymś irracjonalnym, ale jednocześnie unikalnym dla każdego twórcy.
    Ironiczne odniesienie do Hemingwaya
    Porównanie „gazu” Hemingwaya do „pierdzenia starego konia” dodaje humoru, ale i stanowi krytykę. White zdaje się sugerować, że nawet wielcy literaci czasami zawodzą w dostarczaniu tej esencji, która podnosi literaturę na wyższy poziom.
    Nierozwiązana zagadka literatury
    White podkreśla, że natura tej tajemnicy – co sprawia, że literatura „spala się” na wyższym poziomie – pozostaje nieuchwytna i z pewnością nie zostanie odkryta w pośpiechu. White próbuje zdefiniować moment, w którym pisanie osiąga poziom „spalania”. O tej tajemniczej energii wspominał również Franz Kafka: „Pisanie to forma modlitwy.” Słowa Kafki sugerują, że proces pisania jest nie tylko twórczy, ale także duchowy, co koresponduje z metafizycznym tonem refleksji White’a.
    Kontekst i odniesienia
    John Updike, którego White tak bardzo podziwia, był znany ze swojego niezwykłego daru opisywania codzienności w sposób poetycki. Jego powieści, takie jak „Król Królik” czy „Pary”, eksplorowały tematy życia amerykańskiej klasy średniej. Z kolei Hemingway, z jego oszczędnym stylem behawiorystycznym, był często uważany za ikonę amerykańskiego modernizmu. W tym liście White zestawia ich style w sposób ironiczny, ale jednocześnie pełen uznania.

    Zachęta do dyskusji
    Co sądzisz, Czytelniku, o tej wymianie zdań?

    Czy zgadzasz się z White’em, że proces twórczy to coś organicznego i nieuchwytnego?
    Jakie cechy literatury podnoszą ją do poziomu „spalania”?
    Czy zgadzasz się z krytyką Hemingwaya, czy raczej uważasz jego styl za przejaw mistrzostwa?

  • Szwedzki kanon kulturowy: historia, kontrowersje i przyszłość

    Szwedzki kanon kulturowy: historia, kontrowersje i przyszłość

    Narodowy kanon kulturowy w Szwecji: Co to oznacza dla społeczeństwa?

    Złota korona na moście Skeppsholmen (szw. Skeppsholmsbron), z niebieskim morzem i historycznymi budynkami Sztokholmu w tle, Szwecja (lic. Depositphotos)

    Szwedzki rząd we współpracy z partiami porozumienia Tidö intensywnie pracuje nad stworzeniem narodowego kanonu kulturowego. Ta ambitna inicjatywa ma za zadanie nie tylko wyłonić dzieła sztuki, które kształtują tożsamość narodową, ale również włączyć elementy takie jak polityka, religia, kultura prawna i ekonomiczna. Projekt przewiduje, że ostateczna wersja kanonu zostanie przekazana Ministerstwu Kultury do 31 sierpnia 2025 roku.

    Narodowy kanon kulturowy to zestaw dzieł, wartości i idei, które odzwierciedlają historyczną i współczesną tożsamość kulturową danego kraju. Czy nie jest fascynujące, jak jeden zbiór dzieł może definiować narodowe dziedzictwo? W przypadku Szwecji projekt ten ma na celu wzmocnienie poczucia wspólnoty narodowej oraz lepsze zrozumienie kluczowych aspektów kultury przez przyszłe pokolenia. Przewodniczący komitetu ds. kanonu, Lars Trägårdh, zaznaczył w rozmowie z radiem „Kulturnytt” (Sveriges Radio), że proces ten będzie oparty na wnikliwej analizie różnych dziedzin kultury i życia społecznego. Czy nie warto zadać pytania, jakie wartości powinny być uznane za kluczowe w takim kanonie?

    Struktura kanonu zakłada podział na dwie główne kategorie: sztukę i społeczeństwo. W ramach pierwszej kategorii wyodrębniono pięć dziedzin: sztuki wizualne, sztuki sceniczne, literaturę, muzykę i film. Obrazy Carla Larssona czy Hilmy af Klint to tylko przykłady dzieł, które mogłyby znaleźć się w kanonie wizualnym. W dziedzinie sztuk scenicznych ważną rolę odgrywają sztuki Augusta Strindberga, ale również współczesne formy teatralne. Literatura, od klasycznych powieści Selmy Lagerlöf po dzieła Astrid Lindgren, stanowi nieodłączny element tożsamości narodowej. Muzyka, od tradycyjnych pieśni, przez kompozycje Hugo Alfvéna, aż po globalne sukcesy ABBY, także zasługuje na uwagę. Wreszcie film, reprezentowany przez klasyki Ingmara Bergmana, ale również dzieła współczesnych reżyserów, takich jak Ruben Östlund, mógłby stanowić ważny filar kanonu. W każdej z tych dziedzin trzech ekspertów wybierze najważniejsze dzieła, które będą reprezentować dziedzictwo artystyczne Szwecji. Dadzą radę?

    Druga kategoria obejmuje elementy społeczne, takie jak kultura prawna, ekonomiczna, polityczna i religijna. Eksperci mają zbadać, w jaki sposób szwedzkie tradycje prawne czy etos społeczny wpływają na relacje obywateli z państwem. Model ekonomiczny Szwecji, demokratyczne wartości czy religijna różnorodność również mogą znaleźć swoje miejsce w kanonie. Pięć do siedmiu ekspertów zostanie zaangażowanych, aby zapewnić różnorodność perspektyw. Czy te aspekty społeczne mogą być równie istotne, jak dzieła sztuki? Jestem głęboko przekonany, że tak, ale czy wszyscy zgodzą się co do szczegółów?

    Warto również zastanowić się nad rolą dzieł współczesnych. Choć ostateczna lista dzieł nie jest jeszcze znana, możemy przypuszczać, że znajdą się w niej takie ikoniczne pozycje jak obrazy Carla Larssona, powieści Selmy Lagerlöf („Cudowna podróż”), kompozycje ABBY czy filmy Ingmara Bergmana. Jednak równie ważne mogą być współczesne dzieła, takie jak literatura Jonasa Hassena Khemiriego czy filmy Rubena Östlunda. Jakie dzieła wybralibyśmy, aby reprezentowały współczesną Szwecję? Czy twórczość Tove Jansson, autorki Muminków, powinna znaleźć się w tym kanonie? Muminki, choć stworzone przez Finkę piszącą po szwedzku, reprezentują wartości uniwersalne, takie jak tolerancja, bliskość z naturą i różnorodność. Jednocześnie ich fińsko-szwedzka tożsamość budzi pytanie, czy należy je uznać za część wyłącznie szwedzkiego dziedzictwa. Włączenie Jansson do kanonu mogłoby stać się okazją do dyskusji na temat transgranicznego charakteru kultury i uznawania twórców o podwójnej tożsamości.

    Inspiracją dla projektu szwedzkiego kanonu może być amerykańska koncepcja kulturowej alfabetyzacji, promowana przez E.D. Hirscha. W swojej książce „Cultural Literacy: What Every American Needs to Know” (1987) Hirsch podkreślał znaczenie wspólnej bazy wiedzy dla funkcjonowania społeczeństwa. Według niego, wspólny zasób wiedzy umożliwia skuteczne uczestnictwo obywateli w życiu społecznym, a edukacja oparta na kanonie pozwala włączać mniejszości do głównego nurtu kultury. Czy podobne podejście mogłoby znaleźć zastosowanie w budowie kanonu szwedzkiego?

    Projekt wzbudza zarówno zainteresowanie, jak i kontrowersje. Krytycy obawiają się, że wybór dzieł może być politycznie motywowany i wykluczający. Zwolennicy podkreślają, że kanon może służyć jako narzędzie edukacyjne, promujące szwedzką kulturę w kraju i za granicą. Czy możliwe jest stworzenie kanonu, który połączy różne perspektywy, unikając uproszczeń i wykluczeń?

    Stworzenie narodowego kanonu kulturowego może przynieść wiele korzyści. Może wzmocnić poczucie tożsamości narodowej, ułatwić edukację i integrację, a także promować Szwecję jako kraj o bogatym dziedzictwie kulturowym na arenie międzynarodowej. Jednocześnie rodzi pytania o jego potencjalny wpływ społeczny i polityczny. Czy narodowy kanon kulturowy okaże się narzędziem integracji, czy raczej polem do debaty – pozostaje pytaniem otwartym.

    Już Członek Akademii Szwedzkiej, Per Wästberg, wyraził krytykę wobec planów stworzenia szwedzkiego kanonu kulturowego. W liście otwartym opublikowanym w dzienniku “Expressen” podkreślił, że kanon literacki powinien kształtować się naturalnie poprzez czytelnictwo, pozostając żywym i zmiennym, a nie być narzucany odgórnie. 

  • Ławnik

    Ławnik

    Wygenerowany sztucznie obraz ilustrujący treść i nastrój filmu Eastwooda

    Po „Dwunastu gniewnych ludziach” Sidneya Lumeta temat ławników wydawał się artystycznie zamknięty w doskonałości niczym w diamencie. Pisałem o tym tutaj. Myślałem, że już nigdy nie wrócę do tematu systemu sprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych, ale ostatnio Clint Eastwood, 94-letni aktor i reżyser, nakręcił prawdopodobnie swój ostatni film pt. Przysięgły nr 2.

    Film jest nadzwyczaj dobry, prawdopodobnie też dlatego, że reżyser i scenarzysta podkreślają swój krytyczny stosunek do systemu sprawiedliwości oraz do celebrytów (takich jak prokuratorka w tym filmie). Eastwood podejmuje temat winy i moralnych wyborów z perspektywy przysięgłego, który odkrywa, że może być sprawcą przestępstwa, które ocenia. To nie tylko dramat sądowy, ale przede wszystkim opowieść o niejednoznaczności życia, subtelnej grze psychologicznych motywów, niepewności sądu i losu. Bohater do końca nie będzie miał pewności, jak się przedstawia prawda.

    Przysięgły nr 2 zachwyca również doskonałymi kreacjami aktorskimi. Nicholas Hoult jako Justin Kemp, uwikłany w wewnętrzny konflikt, dostarcza — choćby subtelnymi zmianami — także światłocieniami — na twarzy — jednego z najlepszych występów w swojej karierze, a Toni Collette w roli prokurator Faith Killebrew nadaje historii głębi i intensywności. Eastwood, mimo wieku, pozostaje reżyserem niezwykle uważnym na detale i mistrzem w budowaniu napięcia.

    Jeśli ten film rzeczywiście zamyka jego imponującą karierę, to stanowi jej godne zwieńczenie – dzieło, które, choć osadzone w konkretnej rzeczywistości, zadaje pytania uniwersalne. To kino, które zachęca do refleksji nad sprawiedliwością i kondycją ludzkiej natury. Jest wiele punktów widzenia, wiele opowieści, dużo przygodności i mało drogowskazów.

    Niemniej, nadal chyba dobrze oceniany jest międzyludzki dialog. Nie tylko między 12 ławnikami, ale także między prokuratorem, sędzią i głównym bohaterem.

  • Ustąpienie ze Szwedzkiej Akademii z fotela nr 18

    Ustąpienie ze Szwedzkiej Akademii z fotela nr 18

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    Tia Forsstrom w 2011 r. (Źródło Wikipedia commons)

    Tua Forsström (ur. w 1947 w Porvoo) fińska poetka i pisarka tworząca w języku szwedzkim, ogłosiła swoje odejście z Akademii Szwedzkiej po pięciu latach pełnienia funkcji członkini na miejscu nr 18. Decyzję tę motywuje zmęczeniem i spadkiem energii, podkreślając, że nie stoi za nią żadna dramatyczna przyczyna. Forsström została wybrana do Akademii w lutym 2019 roku jako następczyni Katariny Frostenson. Jej ostatnim oficjalnym wystąpieniem była doroczna uroczysta sesja Akademii w Sali Giełdy w Sztokholmie.

    Tua Forsström urodziła się w 1947 roku w Porvoo w Finlandii. Studiowała teorię literatury, filozofię i psychologię społeczną na Uniwersytecie Helsińskim, uzyskując tytuł licencjata nauk humanistycznych w 1972 roku. Pracowała jako redaktorka w wydawnictwie Söderström & Co w latach 1972–1992, a następnie poświęciła się pisarstwu. W latach 1999–2004 pełniła funkcję profesora sztuki przyznaną przez Fińską Radę Sztuki. Jest uznawana za jedną z czołowych poetek nordyckich, a jej twórczość była wielokrotnie nagradzana, m.in. Nagrodą Literacką Rady Nordyckiej w 1998 roku za tomik “Efter att ha tillbringat en natt bland hästar”.

    Podczas swojej kadencji w Akademii Szwedzkiej Forsström szczególnie ceniła przyznanie Literackiej Nagrody Nobla Jonowi Fosse w 2023 roku, którego twórczość śledziła przez całe dorosłe życie. Mats Malm, stały sekretarz Akademii, podkreślił, że jej perspektywa i doświadczenia, zwłaszcza w kontekście literatury szwedzkojęzycznej w Finlandii, były niezwykle cenne dla instytucji.

    Źródła: Dagens Nyheter i Wikipedia

  • Słownik na dziś: kakistokracja

    Słownik na dziś: kakistokracja

    Karykatura na licencji z Depositphotos

    W ostatnich latach polityczne turbulencje w różnych częściach świata – od Stanów Zjednoczonych po Polskę – sprawiły, że dawne, nieco zapomniane pojęcia znów nabrały aktualności. Jednym z nich jest “kakistokracja”, czyli rządy najgorszych, najmniej kompetentnych, najbardziej nieetycznych jednostek. Pojęcie to, używane od XIX wieku przez autorów takich jak Thomas Love Peacock czy James Russell Lowell, pierwotnie stanowiło przeciwieństwo arystokracji – rządów “najlepszych”, tych o najwyższym statusie społecznym. Dziś jednak bardziej sensowne i przydatne jest porównanie kakistokracji do merytokracji, czyli rządów opartych na kompetencjach i kwalifikacjach.

    Po wyborach Trumpa w 2016 roku (co “The Economist” niedawno przypomniał, opisując słowa, które stały się przydatne w politycznych analizach ostatniej dekady), pojęcie kakistokracji zyskało nowy wymiar. Trump, choć nie jedyny, stał się symbolem polityki, która zdaniem wielu komentatorów nagradzała niekompetencję i promowała jednostki kierujące się własnym interesem, a nie dobrem publicznym. Słowo to przywrócono do dyskusji o polityce jako reakcję na obawy związane z erozją instytucji demokratycznych i nagradzaniem najgorszych, nie najlepszych.

    Współcześnie, w świecie, w którym kultura zarządzania wciąż podkreśla znaczenie kompetencji i doświadczenia – hasła kluczowe dla merytokracji – kakistokracja staje się swoistym memento. Przypomina o tym, jak łatwo polityka może wpaść w ręce tych, którzy – zamiast umiejętności i wiedzy – reprezentują arogancję, brak moralnych skrupułów, a nawet pogardę dla wartości wspólnego dobra. Kakistokracja to ustrój, w którym władza bardziej przypomina festiwal cynizmu niż odpowiedzialne zarządzanie zasobami i troskę o obywateli. Tym samym stanowi zagrożenie dla całych społeczeństw, które tracą na politycznych decyzjach podejmowanych bez wizji, etyki i wiedzy.

    Co ciekawe, w ostatnich latach termin kakistokracja przyjął się w licznych publicystycznych analizach także poza Stanami Zjednoczonymi. Od Polski po Brazylię, od Turcji po Wielką Brytanię – komentatorzy polityczni wracają do tego słowa, by oddać gorycz wobec świata, w którym ignorancja i egoizm mogą stać się wiodącymi cnotami władzy.

    W obliczu tych zagrożeń, warto zadać pytanie, czy istnieje sposób na powstrzymanie rozwoju kakistokracji. Odpowiedzią mogłoby być wzmocnienie mechanizmów promujących merytokrację, czyli system, w którym najważniejsze stanowiska obejmują osoby kierujące się kompetencją, odpowiedzialnością i moralnością. Kluczowa jest jednak świadomość obywatelska, zdolność do rozpoznawania wartościowych liderów i odrzucenia pokus retoryki, która zbyt często ignoruje kompetencję na rzecz haseł łatwych do akceptacji, ale w rzeczywistości szkodliwych.

    Pojęcie “kakistokracji” to więc jedno z tych słów, które w nowych czasach stało się niepokojąco przydatne. Być może słowem tym – jako symbolem ryzyka – warto ostrzegać przed systemami, które nagradzają najgorszych, nie najlepszych.

  • Recenzja nowej książki Harariego Nexus

    Recenzja nowej książki Harariego Nexus

    Właśnie ukazała się moja recenzja nowej książki Harariego.

    Yuval Noah Harari, Nexus: A Brief History of Information Networks from the Stone Age to AI, Vintage/Penguin Random House, Londyn–Nowy Jork 2024, ss. 495 w: Zagadnienia Rodzajów Literackich, LXVII, 2024, z. 2

    recenzja tutaj

  • Kultura cyfrowa — jeszcze jeden głos apelujący o umiar — jesteśmy ciałem

    Kultura cyfrowa — jeszcze jeden głos apelujący o umiar — jesteśmy ciałem

    Właśnie ukazał się (2.09.24) felieton szwedzkiej psycholożki Hanny Bornäs w Svenska Dagbladet, będący swoistą recenzją badań naukowych i refleksją nad wpływem technologii cyfrowych, szczególnie smartfonów i mediów społecznościowych, na dzieci i młodzież. Bornäs nawiązuje do najnowszej książki amerykańskiego socjologa, psychologa moralności i emocji moralnych, Jonathana Haidta „The Anxious Generation: How the Great Rewiring of Childhood is Causing an Epidemic of Mental Illness”, w której autor krytycznie ocenia, jak wzrastające uzależnienie dzieci od ekranów i internetu przyczynia się do pogorszenia ich zdrowia psychicznego.

    Haidt argumentuje, że dzieci są nadmiernie chronione w świecie fizycznym, ale zbyt mało chronione w świecie cyfrowym. Zjawisko to nasiliło się od lat 90., a eskalacja nastąpiła wraz z rozwojem smartfonów i platform społecznościowych takich jak Instagram. Dzieci spędzają teraz około 40 godzin tygodniowo przed ekranem, co można porównać do pełnoetatowej pracy, która generuje zyski dla firm technologicznych, ale ma potencjalnie negatywny wpływ na ich zdrowie. Pracują pełnoetatowo i cyfrowo bez wynagrodzenia.

    Bornäs podkreśla, że chociaż Folkhälsomyndigheten (Szwedzka Agencja Zdrowia Publicznego) wprowadziła zalecenia dotyczące ograniczenia czasu ekranowego, to ich ton jest mniej alarmistyczny niż Haidta. Mimo to, agencja również wskazuje na związek między nadmiernym korzystaniem z ekranów a problemami zdrowotnymi, takimi jak zaburzenia snu, depresja i niskie poczucie własnej wartości.

    Ostatnio inni alarmują, że dopuszczenie np. w szkołach korzystania ze smartfonów owocuje większą ilością spraw związanych z eskalacją agresji wewnątrz grup młodzieżowych, łatwiej jest wyrażać agresywne postawy na czatach niż twarzą w twarz.

    Haidt zwraca również uwagę na potrzebę wolnej, nieskrępowanej zabawy na świeżym powietrzu, co jego zdaniem jest kluczowe dla zdrowego rozwoju dzieci. Zbyt duża ochrona w połączeniu z nadmiernym korzystaniem z technologii powoduje, że dzieci mają mniej możliwości doświadczania życia w pełni, co prowadzi do wzrostu lęków i braku umiejętności radzenia sobie z rzeczywistością.

    Bornäs kończy swoją refleksję, podkreślając, że debata na temat technologii i jej wpływu na życie dzieci jest złożona i wymaga głębszego zastanowienia się nad tym, jak chcemy żyć jako jednostki i jako społeczeństwo. Choć technologia oferuje wiele korzyści, jej niekontrolowane użycie może prowadzić do poważnych konsekwencji, które wymagają zarówno indywidualnej, jak i zbiorowej odpowiedzialności.

  • Karty, złote buty, „amerykańskie” Biblie i cyfrowe cuda. Jak Donald Trump robi disneyland z polityki

    Karty, złote buty, „amerykańskie” Biblie i cyfrowe cuda. Jak Donald Trump robi disneyland z polityki

    Karty atutowe, zwane po angielsku Trump cards. To także aluzja do gigantycznego biznesu hazardowego Trumpa, który jest właścicielem kasyn (lic. Depositphotos)

    Donald Trump nie tylko zna zasady gry politycznej i medialnej, ale wręcz je redefiniuje, wprowadzając do niej elementy rodem z tzw. kultury popularnej. W jego rękach każda kampania to starannie zaplanowany spektakl, w którym rzeczywistość zlewa się z fikcją, a granice między poważną polityką a komercyjnym show biznesem stają się coraz bardziej płynne. Przykłady? Oczywiście trzeba zacząć od słynnych ponownie od ubiegłego wtorku „trump cards”, ale warto również wspomnieć o złotych butach biegowych, tzw. Biblii Trumpa, cyfrowych tokenach oraz wykorzystaniu sztucznej inteligencji do tworzenia wizerunków Trumpa. To wszystko składa się na swoisty Disneyland polityki, w którym Trump jest nie tylko główną atrakcją, dosłownym bohaterem i atutową kartą, ale i reżyserem.

    Zacznijmy od „trump cards” – cyfrowych kart kolekcjonerskich, które można kupić za jedyne 99 dolarów. Fraza „trump cards” w języku angielskim oznacza karty atutowe, kluczowe dla wygranej w grze, ale w rękach Trumpa zyskuje nowy wymiar. Karty te stają się symbolem jego politycznej siły, ale również przedmiotem pożądania, którym można się pochwalić przed znajomymi. A jeśli kupisz wystarczająco dużo kart, dostaniesz kawałek garnituru Trumpa – dosłownie! Jakby sam Trump stawał się nowym świętym, którego relikwie można kolekcjonować.

    Trump wykorzystywał inne produkty popularne do wzmacniania finansowego i medialnego swojej kampanii. W pewnym momencie na rynku pojawiły się złote buty sygnowane jego nazwiskiem. Niby niewiele mają wspólnego z polityką poza tym, że doskonale wpisują się w narrację Trumpa jako człowieka sukcesu, który wszystko, czego dotknie, zamienia w złoto – dosłownie. To złote buty, które mówią: „Jestem bogaty, jestem potężny, i możesz być jak ja, jeśli tylko założysz te buty.” To esencja disneyizacji – uproszczenie skomplikowanej rzeczywistości do kilku łatwo przyswajalnych symboli, które można sprzedawać masom. Założę pidżamę z wizerunkiem batmana i stanę się superbohaterem…

    A co to jest Biblia Trumpa? W pewnym momencie pojawił się na rynku przedmiot, który nazwano „Amerykańską Biblią Trumpa”. Oczywiście, nie była to zwykła Biblia – była to Biblia, która rzekomo miała wspierać wartości, za które Trump rzekomo stoi. Tekstowi zwykłej Biblii w wersji Króla Jakuba towarzyszą także Konstytucja USA i Deklaracja Niepodległości US. Połączenie religii z polityką nie jest niczym nowym, ale Trump wzniósł to na nowy poziom, oferując swoim zwolennikom coś, co miało być święte, ale jednocześnie przesiąknięte amerykańskim duchem, jaki Trump stara się uosabiać. I duchem odwołującym się do najbardziej konserwatywnej części amerykańskiego społeczeństwa z tzw. pasie biblijnym. To nic innego jak sprzedaż wartości w komercyjnej formie – Biblia jako gadżet, symbol nowego rodzaju patriotyzmu, który można kupić i mieć na własność. Wszystko na sprzedaż.

    W kontekście rosnącej cyfryzacji i nowoczesnych technologii, Trump udowodnił, że potrafi dostosować swoje kampanie do najnowszych trendów. Nie tylko w pierwszej kampanii świetnie wykorzystał Twittera, był wręcz nazywany pierwszym Twitterowym prezydentem, choć początki jego kariery wiązały się z medium telewizyjnym. Jednak wprowadzenie cyfrowych kart kolekcjonerskich, które w rzeczywistości są tokenami NFT, pokazuje, jak zręcznie Trump wykorzystuje kryptowaluty i nowoczesne technologie, by jeszcze bardziej wzmocnić swoją markę. To już nie tylko sprzedaż fizycznych produktów, ale także cyfrowych aktywów, które mogą być przechowywane, handlowane i eksponowane w wirtualnych portfelach. Jego zwolennicy mogą teraz kupować „część Trumpa” w postaci tokenów, które – jak się sugeruje – mają wartość nie tylko finansową, ale i symboliczną. To kolejny krok w disneyizacji – uproszczenie i komercjalizacja w erze cyfrowej.

    Dodatkowo, Trump sięga po najnowsze technologie, takie jak sztuczna inteligencja, aby tworzyć wizerunki siebie samego jako bohatera narodowego, a nawet superbohatera. Jego cyfrowe karty kolekcjonerskie przedstawiają go w fantastycznych, wręcz nadprzyrodzonych pozach, co jeszcze bardziej podsyca narrację o Trumpie jako o kimś więcej niż zwykłym człowieku. Dzięki AI, Trump może przedstawiać siebie w dowolny sposób – jako wojownika, lidera, bohatera – i sprzedawać te obrazy jako symbol jego siły i wyjątkowości. Cuda na kiju.

    Ta strategia nie jest przypadkowa. Trump doskonale rozumie, że w dzisiejszym świecie polityka i kultura masowa są nierozłączne. Wykorzystuje disneyizację kultury amerykańskiej, aby uprościć swoje przesłanie do poziomu, który jest łatwo zrozumiały i atrakcyjny dla jego bazy wyborców. Wprowadza elementy komercji do polityki, zamieniając kampanie wyborcze w spektakle, a samego siebie w produkt, który można sprzedać. Jego „trump cards”, złote sneakersy, „amerykańska” Biblia, cyfrowe tokeny i obrazy generowane przez AI to nic innego jak polityczne gadżety, które oferują jego zwolennikom nie tylko możliwość wsparcia swojego idola, ale także uczestnictwa w czymś większym, bardziej znaczącym.

    Co więcej, Trump bawi się językiem, tworząc wieloznaczne frazy, które przyciągają uwagę i dodają jego kampaniom element tajemniczości. „Krypto-prezydent” to doskonały przykład takiej gry słów. Z jednej strony odnosi się do kryptowalut, z drugiej sugeruje, że Trump ma jakieś ukryte moce, które czynią go wyjątkowym. To czysta disneyizacja – przekształcenie polityki w bajkę, w której Trump jest superbohaterem, a jego zwolennicy są częścią jego magicznego świata.

    Jednak pod tą warstwą błyszczącego marketingu kryje się coś głębszego. Trump, podobnie jak Disney, rozumie, że ludzie potrzebują prostych narracji, które dają im poczucie bezpieczeństwa i przynależności. W świecie, w którym rzeczywistość staje się coraz bardziej złożona i nieprzewidywalna, oferuje im jasne, proste przesłanie: „Jestem waszym atutem, waszym przewodnikiem przez ten chaos. Kupcie moją kartę, moje buty, moją Biblię, a staniecie się częścią mojej wizji Ameryki”. Ludzie szukający odpowiedzi w teoriach spiskowych potrzebują prostych narracji. Ludzie wybierający Trumpa to ci sami często wyborcy, co zwolennicy spiskowych teorii. Wystarczy wspomnieć, że po zamachu na Kapitol po przegranych wyborach prezydenckich pojawiła się spiskowa teoria Q, oraz postać samego zamachu Q-Szamana.

    Ostatecznie, sukces tej strategii pokazuje, jak głęboko disneyizacja przeniknęła amerykańską kulturę. Trump nie tylko sprzedaje produkty – sprzedaje ideę, marzenie, które jego zwolennicy mogą dosłownie kupić i trzymać w swoich rękach. To amerykański sen w nowoczesnej, skomercjalizowanej formie – i jak się okazuje, sen ten nadal ma wielu chętnych nabywców. W świecie, w którym polityka i popkultura zlewają się w jedno, Donald Trump staje się symbolem tej nowej, cyfrowej ery – ery, w której można kupić kawałek historii za pomocą jednego kliknięcia.

    Ps. Oczywiste jest, że za tymi gadżetami kryją się niecne intencje Trumpa. Gdyby wygrał wybory, byłoby fatalnie dla świata i dla demokracji amerykańskiej.