Odpowiedz na krótkie dwa pytania, zajmie Ci to trzy minuty. Formularz tutaj


Odpowiedz na krótkie dwa pytania, zajmie Ci to trzy minuty. Formularz tutaj



1 listopada 2020 Minister Czarnek wypowiedział się dla Polskiego Radia 24, tuby propagandowej rządu. Tym razem podkreślał spuściznę „Jana Pawła II pod kątem dorobku filozoficznego. – Jeśli słyszę dziś, że w wielu polskich uczelniach odmawia się prawa doktorantom do cytowania św. Jana Pawła II, a także św. Tomasza z Akwinu, mówiąc, że to nie byli naukowcy, to jest niestety zgnilizna naszego systemu szkolnictwa wyższego, z którą będziemy musieli kończyć, poprzez wprowadzanie również do kanonu lektur dzieł Jana Pawła II, zwłaszcza w tych starszych rocznikach – mówił Przemysław Czarnek.” (źródło: Radio Zet)
Jest to jakieś pomieszanie z poplątaniem. O jakim kanonie lektur my mówimy? Najpierw w pierwszym zdaniu odwołuje się nas do sytuacji na uczelniach (których, gdzie?), a potem zapowiada wprowadzenie do kanonu lektur „starszych roczników”, dzieł filozoficznych Jana Pawła II. Jakby najpierw chodziło o uczelnie, a potem o szkoły średnie? Podobnej hucpy jeszcze w Polsce nie było.

Na uczelniach nie ma żadnego kanonu. Nawet literaturoznawcy narodowych filologii mają z tym problem. „Kanon is dead”.
Natomiast w Polsce na wszystkich poziomach edukacji obowiązuje Polska Rama Kwalifikacji (PRK), który jest podstawowym układem odniesienia dla kwalifikacji nadawanych w Polsce. Na stronach ministerstwa można przeczytać, Panie Ministrze, ze „W PRK jest 8 poziomów. Każdy jest opisywany za pomocą ogólnych charakterystyk zakresu i stopnia skomplikowania wiedzy, umiejętności i kompetencji społecznych, wymaganych od osób posiadających kwalifikacje danego poziomu. W PRK uwzględniono charakterystyki typowe dla kwalifikacji nadawanych w kształceniu ogólnym, zawodowym oraz w szkolnictwie wyższym.”

No więc ja mam pytanie zasadnicze: jakież to kwalifikacje mają być wzmocnione przez zmianę podstawy programowej polegającej na wprowadzeniu dorobku Jana Pawła II? O które efekty kształcenia idzie?
Może o kompetencje cyfrowe w nowym zglobalizowanym świecie, który czasami wymaga rozróżniania prawdy od fake-newsa? Może chodzi o zaangażowanie obywatelskie i krytycyzm, jakże potrzebne w życiu społecznym, w którym mnóstwo krętactwa, oszustwa, cynizmu i nihilizmu? I oszustwa!
Pomijam już to, że Jan Paweł II nie ma dzisiaj najlepszej prasy ze względu na skandale pedofilskie w Kościele Rzymsko-Katolickim na całym świecie. I pomijam, choć jest to niebagatelne, że w szkołach już prawie wyłącznie katecheza Kościoła Rzymsko-Katolickiego, na której można omawiać dzieła Jana Pawła II. No ale co? Że poziom tych katechez jest powszechnie uznawany za skandalicznie niski? Że młodzież, jak jest starsza, to ucieka od nich gdzie pieprz rośnie?
Czy zatem idzie tutaj o to, żeby zaszumieć w głowach „autorytetem papieża-Polaka”, machnąć sztandarem, żeby było wiadomo, że Bóg z nami…

Czy aby na pewno?
Brak jakichkolwiek argumentów merytorycznych za kolejną zmianą podstaw programowych i jednoczesny brak odniesienia się do sytuacji pandemii, nauczania zdalnego, które wymagałyby interwencyjnego pomagania nauczycielom w sztuce redukcji lektur i zmiany programu (zdalnie nie sposób wszystkiego opracować tak samo jak analogowo), to jest kolejna kompromitacja tego ministra-politruka.
Wprowadzić sztandar Jana Pawła II, bo tak…
Bo kończymy ze świeckim państwem? Bo mamy gdzieś Konstytucję?
Mieliśmy już przykład takiej ciemnackiej retoryki w propagandzie wyborczej skierowanej do antyszczepionkowców podczas kampanii prezydenckiej kandydata Andrzeja Dudy: „Ja się nie szczepię, bo nie…”
Czy oprócz powszechnej „Czarnkowej” retoryki grożenia karami, ten minister ma jakieś pojęcie o edukacji? Bo edukacja, w której kara jest podstawą została dawno już skompromitowana… A tutaj jeszcze Czarnek chce „edukować-karać” swoich partnerów z uczelni? Pedagogika wstydu w odniesieniu do uczelni? Stawianie do kąta?

Skandal za skandalem. Czarnek musi natychmiast odejść!
PS. Artykuł został dziś opublikowany w Gazecie Wyborczej tutaj.

Rozmowa o eko-konferencji w programie Polskiego Radia Łódź, 24.10.2020 prof. Jarosław Płuciennika jest gościem redaktor Małgorzaty Warzechy z redakcji ekumenicznej. Jeśli chesz uczestniczyć, zarejestruj się http://ekokosciol.pl/ekoteologicznie/

W Gazecie Wyborczej dzisiaj opublikowałem odpowiedź na wypowiedzi ministra Czarnka
Wiele ostatnio się dzieje w Polsce. Najwięcej na polskich ulicach. Ale w mediach brylują politycy, którzy uwielbiają być wyrazistymi postaciami. Mianowanie Przemysława Czarnka, marnego naukowca i skandalicznie homofobicznego mizogina to był policzek dla środowiska akademickiego, ale teraz po ostatnich jego wypowiedziach doszliśmy do ściany. Minister zapowiedział publicznie, a raczej pogroził całemu środowisku, że cofnie finansowanie grantów dla uniwersytetów gdańskiego i wrocławskiego które, kierując się autonomią uczelni, podjęły decyzję o godzinach rektorskich w dniu strajku kobiet.

„Polskie prawo daje uczelniom co prawda dużą autonomię, ale tam, gdzie dochodzi do łamania prawa, konsekwencje będą daleko idące. Przypominam, że leżą u nas w ministerstwie wnioski tych uczelni o środki na badania, na granty. Będziemy brali pod uwagę również to, co się dzieje. Czy ktoś zachęca kogoś do wychodzenia na ulice w szczycie pandemii koronawirusa.” (zob relację tutaj)
Co w istocie mówi minister? Zapowiada ręczną manipulację przy rozdzielaniu grantów? Że on jako minister ma jakieś swoje pieniądze, które może rozdzielać po uważaniu? Taki system już był w okresie PRL, natomiast teraz granty są przydzielane w drodze konkursów. Bezstronność konkursowa, opinie ekspercie to jest właściwa droga „rozdzielania” grantów, a nie podporządkowanie rozporządzeniom ministra.

Jeżeli natomiast Minister podtrzymuje kłamliwą propagandę Kaczyńskiego, że to opozycja jest odpowiedzialna za rozwój pandemii, i że to głównie Rektorzy są za nią odpowiedzialni, bo podjęli właściwą decyzję w sytuacji, kiedy studenci masowo zapowiadali udział w środowym strajku kobiet, to jest to podwójnie podłe. Apel Ministra opublikowany wieczorem 29 października pomimo pewnego uspokojenia tonu, także obwiania rektorów za pandemię. W tej sytuacji wyraźnie Pan minister Czarnej wchodzi w rolę partyjnego propagandzisty, nie zaś człowieka mającego jakikolwiek mandat do dyktowania Rektorom decyzji takich jak ogłaszanie godzin i dni rektorskich.

W mediach oblicze Pana ministra jest gorzej niż przerażające. Minister Czarnek mówi o protestujących młodych obywatelach: „Młodzi mają to do siebie, że są w okresie buntu, dojrzewania. Też przez to przechodziliśmy. Różnica polega na tym, że my byliśmy wychowani w duchu autorytetów. Autorytetami byli nauczyciele – mówił Czarnek. – Rodzice uważali nauczycieli za autorytety. Do tego musimy wrócić. To, co działo się na ulicach, to wypadkowa tego, co działo się przez ostatnie lata w szkołach – ocenił.” Czyli nie tylko Rektorzy, ale i nauczyciele, których nie szanują ani uczniowie, ani rodzice. Musimy wrócić do modelu edukacji sprzed lat. Ilu? Zapewne tylu, żeby Jarosław Kaczyński miał wrażenie, że jego młodość wróciła. Uczniowie mają być zapewne w mundurkach, siedzieć nieruchomo w ławkach, wstawać przy każdym słowie nauczyciela… A na studiach? No przecież wiadomo: musimy cytować Jana Pawła II i przestać prześladować konserwatystów… Język pana ministra Czarnka jest zideologizowany bardzo. Mówi on np., że „rewolucja lewacko-liberalna jest dość dobrze skoordynowana”. Czym jest lawactwo w tym kontekście? Zapewne to jest wszystko to, co nie jest PiS-em… Rewolucję nieustającą od pięciu lat robi właśnie jego partia i jest to rewolucja ciemniaków, niszcząca rządy prawa, autorytet ekspertów, instytucje demokratyczne, państwo jako takie. Partia siłą Narodu, naród z siłą Partii. Wolność poglądów, która polega na swobodnym głoszeniu homofobii i mizoginii miałaby zaistnieć na uczelniach? A dla niepokornych nie przydzielimy grantów? KRASP powinien natychmiast zażądać dymisji takiego Ministra.
Dzisiaj mówiłem ze studentami na temat myślowych autorytetów kultury nowoczesności w XX wieku. Musiałem także wśród tych tuzów umysłu wspomnieć niebagatelny wpływ Karola Marksa. Mówiłem o cennym wkładzie w teorię kultury np. w pojęciu alienacji. Mówiłem o złych autorytarnych konsekwencjach „dyktatury proletariatu” zapowiadanej przez Manifest Komunistyczny, który doprowadził m.in. do tragedii w wieku XX, wieku łagrów i lagrów. Jednak nie mogłem także nie wspomnieć o wielkich neomarksistach takich np. jak Theodor Adorno. Żaden minister nauki nie jest w stanie mnie zmusić do zanegowania wpływu neomarksizmu na kulturę i teorię kultury. To są fakty naukowe w ramach nauk o kulturze i religii, albo w ramach studiów nad kulturą.

Na uczelniach nie może być mowy o tym, że antyszczepionkowcy oraz anty-covidowcy (patrz: prezydent Duda w kampanii prezydenckiej) miał taką samą wagę naukową jak mikrobiolodzy. Podobnie nie ma mowy, żeby tolerować tych, którzy głoszą nietolerancję. Jeśli w dyskusji ktoś głosi nienawiść i eliminowanie przeciwników, to przestaje to być dyskusja akademicka. Dlatego KRASP powinien natychmiast żądać ustąpienia tego Ministra. Zapowiedź manipulowania systemem grantowym (niedoskonałym zapewne, ale jednak jakimś systemem) jest kolejną kompromitacją ministra Czarnka, który jest wyjątkowo niedemokratyczny w tym między innymi, że wyklucza kobiety z przestrzeni publicznej i odmawia im prawa do niezależnego życia. Jeszcze mamy w Polsce Konstytucję. Czarnek do dymisji!


Wulgaryzmy i życie społeczne, wulgaryzmy i kultura.
Może ktoś mało zorientowany potraktowałby mój tytuł jako jakiś bardzo na czasie tekst publicystyczny. Ja jednak dzisiaj zamierzam całkiem serio potraktować ten temat. Skłania mnie ku temu sporo kulturoznawczych przesłanek, tudzież przyczynków z filozofii etyki, filozofii języka i filozofii manipulacji umysłowej.

Słowo „wypierdalać” jest oczywiście wulgaryzmem i jako takie nie ma prawa znaleźć się na salonach wykształconych elit, jak i w przestrzeni publicznej, to znaczy np. w mediach publicznych. W tych dyskursach z dawien dawna wulgaryzmy kropkowano, pozostawiając je domysłom odbiorców. Ale czy na pewno? Czy na pewno elity umysłowe nie używają wulgaryzmów? A czy na pewno elity władzy nie używają wulgaryzmów?
Mam wrażenie, iż arystokraci umysłu i krwi, tacy jak Stanisław Ignacy Witkiewicz czy Witold Gombrowicz mogliby stać się patronami filozofii „wypierdalać”. Ale nie to będzie głównym tematem mojego wpisu dzisiaj.

Przy okazji bardzo ciekawej książki „Mindf*ck”, autorstwa Christophera Wyliego, natknąłem się na filozofa, etyka i krytyka społecznego Colina McGinna, który kilkanaście lat temu pisał na temat krytyki umysłowej manipulacji, czyli „mindfuckingu”. [Colin McGinn. Mindfucking : A Critique of Mental Manipulation. Stocksfield [U.K.]: Routledge, 2008.]
W internecie znaleźć można definicję tego nieładnego słowa jako „wulg. stan wyprowadzenia z równowagi, zmylenia lub manipulacji umysłem innej osoby” etymologia z ang. mind + fuck — to drugie oczywiście jest wprost wulgaryzmem, zastępowanym często przez polskich tłumaczy amerykańskich filmów jako „wypieprzać, wysuwać, wynosić się” itp.
Jednak „mindfucking” jako modne ostatnio słowo miało swój odpowiednik także u filozofa etyki Harry’ego Frankfurta, który napisał rozprawkę na temat filozofii bździn mentalnych, czyli „bullshit”. Co prawda na ks. Tischnera autor się nie powołuje, ale jest on tutaj jak najbardziej relewantny ze swoim powiedzeniem, że „są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”. (Historia filozofii po góralsku)
Mindfucking wedle amerykańskiego filozofa etyki, Collina McGinna, to nie jest kłamanie, raczej należałoby wulgarnie powiedzieć: mentalne wypieprzenie, albo jeszcze lepiej „wyruchanie mentalne” i w tym samym sensie, mogłoby istnieć mentalne „wyjebanie”, jak i „mentalny jebaka”. Jako przykład takich „wyprowadzeń z równowagi” albo „szoków” są przywoływane takie fundamentalne filozofie nauki jak „zwrot paradygmatu” Thomasa Kuhna, czy teoria względności Eistneina. To są właśnie takie „szokowe terapie” umysłu. Z niedawnych teorii autor wymienia także memetykę Dawkinsa jako taki zwrot od genetyki do kultury, czyli przejście paradygmatyczne od „fucking” do „mindfucking”, oraz do “sztuki mindfuckingu” (tudzież nauki mindfuckingu)

Zasadnicze jądro skojarzeń wokół tego „szoku mentalnego” to: „zaufanie, oszustwo, emocje, manipulacja, fałszywe przekonanie i wrażliwość”. Klasyczny przykład dla autora książeczki to Szekspirowski „Otello”, w którym występuje oszust Jagon i zniszczenie „szlachetnego Maura”. To przykład indywidualny takiego „szokowania”, jednak istnieją także odpowiedniki wsparte instytucjonalnie: „indoktrynacja”, „pranie mózgu”, „propaganda”. Autor pisze: „Rząd lub sekta religijna mogą stosować metody zbliżone do wariackich: wpajają zestaw przekonań, na ogół fałszywych, czasem szalonych, wraz z towarzyszącymi im emocjami, metodami innymi niż racjonalna perswazja: zazwyczaj poprzez odwołanie się do strachu i niepokoju. Doskonałym przykładem musi być średniowieczna koncepcja piekła: strach przed tym, co stanie się po śmierci, był używany do wymuszania i kontrolowania ludzi zgodnie z nakazami kościoła, a podtrzymywaniu iluzji poświęcono skomplikowany system. Faszyzm i sowiecki komunizm również dostarczają oczywistych przykładów: oba odwoływały się do ukrytych uprzedzeń, uraz i lęków, by manipulować ludzkimi umysłami […]. Systematyczne oszustwo, sprzężone z emocjami strachu i nienawiści, wywiera piętno zbiorowego pieprzenia umysłów, a działające w ten sposób systemy polityczne nie są trudne do wyliczenia, chociaż ludzie będą się różnić, w zależności od swoich ideologicznych preferencji, co do tego, jak opisać daną osobę.”
Dla obu filozofów „bździn mentalnych” i „pieprzenia umysłów” tematy były bardzo poważne, których zarys obaj znajdowali u filozofa z Cambridge Ludwika Wittgensteina.
Collin McGill pisze: „Czy mówiłem poważnie, czy to tylko wyszukany żart? Tak, mówiłem poważnie, chociaż trudno oprzeć się werbalnemu humorowi związanemu z tak nazwanym tematem. Więc nie, nalegam, to nie jest bzdura: to esej o pieprzeniu umysłów. Jest to traktat o jednym aspekcie natury ludzkiej, aspekcie niosącym znaczenie osobiste i polityczne. Spełni swoje zadanie, jeśli zaalarmuje czytelnika na temat zjawiska, którego należy się wyraźnie uchwycić.”
Jeśli współcześnie pisze się często o tym zjawisku w całkiem poważnych raportach, takich jak przesłuchiwanego przez wiele godzin przez Kongres USA, Christophera Wylliego, to należy zadać pytanie, jak się to ma do filozofii „wypierdalać”? Wyllie pracował najpierw w Cambridge Analitica, przestał w nim pracować, żeby zaalarmować społeczeństwo. Otóż w ostatnio przetłumaczonej na polski jego książce możemy przeczytać:
„Steve Bannon, mało znany redaktor naczelny prawicowego portalu Breitbart News, jako jeden z pierwszych dostrzegł możliwość wykorzystania tej nowej rzeczywistości do realizacji swoich politycznych celów. Misja portalu Breitbart News polegała na przeobrażeniu współczesnej amerykańskiej kultury i dostosowaniu jej do nacjonalistycznej wizji publicysty Andrew Breitbarta. Bannon uważał, że jedyną drogą do realizacji tego celu jest ni mniej, ni więcej, tylko wojna kulturowa. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, zdawał sobie sprawę, że nie posiada odpowiedniej broni do wygrania takiej wojny. O ile szykujący się do bitwy generał musi przede wszystkim zapewnić sobie artyleryjską siłę rażenia i dominację powietrzną, o tyle Bannon potrzebował kulturowej siły rażenia i dominacji informacyjnej – zasilanego danymi arsenału, za pomocą którego mógłby podbić serca i umysły Amerykanów. I takiego właśnie arsenału dostarczyła mu nowo powstała firma Cambridge Analytica. Stosując udoskonalone techniki rodem z wojskowych operacji psychologicznych (tak zwane PSYOPS), Cambridge Analytica zapewniła strategiczną przewagę wznieconej przez Steve’a Bannona alt-prawicowej rewolucji. W tej nowej wojnie amerykański wyborca stał się obiektem manipulacji, oszustw i dezinformacji. Prawda została wyparta przez alternatywne narracje i wirtualną rzeczywistość.” [Mindf*ck, Christopher Wylie].
Filozofia ulicy oparta na słowie „wypierdalać” oraz ***** *** jest filozofią nowego pokolenia, które jest już dla PiS i jego akolitów stracone. Widziałem dziesiątki tysięcy młodych ludzi, którzy nie mają problemu z wulgaryzmami w przestrzeni publicznej z dwóch co najmniej powodów: ich definiuje Internet, YouTube oraz seriale Netflixa, w których sporo jest wulgaryzmów, oraz ich definiują „wojny gwiezdne”, „wiedźmin” oraz „matrix”, zaś tam walka o umysł jest chlebem codziennym.
To pokolenie (mojego starszego syna, licealisty) dzisiaj na ulicach niegdyś wydawało mi się stracone społecznie, bo nie za bardzo im się chciało chodzić na manifestacje KOD-u. Ale po części już w 2016 wskazywałem w różnych wypowiedziach, że poetyka „Murów” Kaczmarskiego, to nie jest poetyka młodych, wychowanych m.in. na hip hopie itp. A „styl”, jeśli tutaj można o czymś podobnym mówić, proponowany przez Kaczyńskiego, Brudzińskiego, Terleckiego, Pawłowicz to jest estetyka na antypodach tego pokolenia. Dlatego ich manify mają zupełnie inną oprawę od KOD-owych i tych przed sądami.

„Wypieradalać” daje do myślenia. To nie jest banał i zamach. To prawda życia w opozycji do instytucjonalnego „pieprzenia umysłów” przez propagandę, zarówno w mediach rządowych, jak i w rządowym modelu nauczania (vide: obecny Minister Edukacji i Nauki).
Wypada mi tutaj zacytować wpis na Facebooku akademiczki i pisarki Ingi Iwasiów:
„Czy wulgarne hasło uderza w godność Uniwersytetu, nadszarpuje wizerunek uczonej, gorszy społeczeństwo? To śmieszne, absurdalne twierdzenie wynika z traktowania społeczeństwa jako maluczkich, sterownych i łatwych do zmanipulowania. Jest oczywiste, że prawdziwe zgorszenie sieją ci, którzy nie bacząc na stan zdrowia publicznego wypychają nas na ulice – mają te swoje okryte sławą wielce zaawansowanych grupy eksperckie, czyżby nie wiedzieli, że odporność na plucie w twarz się skończyła? Prawdziwym zgorszeniem jest powołanie na Ministra Edukacji i Nauki mizogina i homofoba z mikroskopijnym dorobkiem. Tak się zrywa komunikację. Nie bójmy się języka tego protestu, sami uczyliśmy, że słowa powinny być adekwatne, że mają moc sprawczą. Uprzejmie zapraszamy na debatę – nie podziała. Pamiętacie retorykę wokół Ustawy 2,0? Podobno poddanej szerokiej ocenie środowiskowej. Jeśli słowa działają, mówmy, piszmy. Bez wulgaryzmów, dowolnym stylem, bo po wietrzeniu będzie za późno.”
Z jednej strony: „pieprzenie umysłu” a z drugiej, co? Grzeczne, ależ tak nie można? To nie wypada? Może powinniśmy po francusku. Korci mnie, żeby użyć innego kręgu kulturowego, mianowicie skandynawskiego. Szwedzi w odróżnieniu od większości europejskich nacji, także Polaków, nie mają w swoim języku najsilniejszych przekleństw odnoszących się do sfery stosunków płciowych. U Szwedów najsilniejsze przekleństwa odwołują się do sfery sakralnej: „Fan ta dig!” Niech Cię diabli! Fy fan!

[Tekst wysłałem 28.10.20 do „Gazety Wyborczej”. Został opublikowany 1 listopada 2020 tutaj]

Ciemnogród i eugenika. Rozważania filologiczne
Ciemnogród jako słowo zawdzięczamy oświeceniowemu myślicielowi polskiemu Stanisławowi Kostce Potockiemu i jego „Podróży do Ciemnogrodu”. Jednak równie ważny, śmiem twierdzić, jest poemat Gałczyńskiego….

„Pan mnie znieważa!
Pani mnie potrąca!
Ciemnogród to rzecz
nieistniejąca.” (8)
Taką wspaniałą frazę słyszą najpierw Chryzostom Bulwieć z czytelnikiem poematu Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu”, kiedy nazbyt jednoznacznie chcą oni przypisać istnienie Ciemnogrodu określonej przestrzeni geograficznej… Watykanowi. Jest jesień. I święte oburzenie jest tutaj znaczące. Święte oburzenie i obraza uczuć.
W tym poemacie „gęby perfidne walczą z postępem”, epidemia „szeptokoków” wywołuje panikę, bo koniec świata nadchodzi i kolejki są „jak stąd do Zgierza” (dziś już wiem, skąd to powiedzenie łódzkie… z poematu Gałczyńskiego). Ale „Okey i Amen…”… alleluja i do przodu. „Okey i Amen”.
Propagandowy film z lat 60-tych pt. „Ciemnogród” w reż. Konrada Nałęckiego, inspirowany poematem o Chryzostomie Bulwieciu i jego przygodach w poszukiwaniu Ciemnogrodu, trwa kwadrans, ale jest bardzo wymowną krytyką ciemnoty, która wierzy znachorom, pozwala na istnienie uzdrawiaczy leczących wszystko octem, oczekującej plag egipskich i — koniecznie — wodza na białym koniu.
„Ciemnogrodzianie
stali na lodzie,
w zwykłym ordynku:
łotr przy idiocie,
pętak ze szpiegiem,
mętniak z faszystą,
a okultysta
z surrealistą,
kociak przy bubku,
koło chłoptasia.
A cisza była,
jak makiem zasiał. (50)
Na końcu poematu wszyscy giną pod lodem w rzece Ciemnawce, bo rzucają się z entuzjazmem w stronę wskazaną przez wodza na białym koniu.

To prawda, że nowoczesność w Polsce, tak jak w Turcji, została przyniesiona bagnetami i czołgami. Wielokrotnie to stwierdzałem zwłaszcza przy omawianiu wspaniałej prozy Orhana Pamuka. Ci żołnierze z polskiej propagandowej noweli filmowej „Ciemnogród” są bardzo charakterystyczni, ale i świetnie obsadzeni, bo jedną z ról gra bardzo sympatyczny i seksowny aktor, później znany ze słynnego serialu „Janosik” — Marek Perepeczko.
Jednak ciemnogród dzisiaj także posługuje się machiną policyjną i medialną.
Najlepiej widać to w słynnym i często dzisiaj powtarzanym wyrażeniu „przesłanki eugeniczne” w odniesieniu do prawa kobiet do aborcji w przypadku stwierdzenia wad genetycznych płodu. Uważam je za typowo propagandowe wyrażenie.
Eugenika jest powszechnie definiowana dzisiaj jako system światopoglądowy zakładający możliwość doskonalenia cech dziedzicznych gatunku, żeby tworzyć warunki pozwalające na rozwój dodatnich cech i ograniczenie cech ujemnych. Eugenika to inżynieria społeczna mająca na celu produkcję rasy pozbawionej wad genetycznych.

Eugenika (z greckiego εὐ- „dobry” i γενής „powstaje, rośnie”) to zbiór przekonań i praktyk, które mają na celu poprawę jakości genetycznej populacji ludzkiej, historycznie oznaczało to wykluczanie osób i grup uznanych za gorsze lub promowanie tych, których uznano za wyżej stojące. Dlatego ginęli Żydzi i psychicznie chorzy w komorach gazowych (najpierw Ci drudzy).
Czy z takim przypadkiem mamy do czynienia, kiedy matka dowiaduje się, że dziecko w jej łonie po urodzeniu nie będzie miało szans na przeżycie nawet kilku dni, albo że na pewno obumrze w jej łonie? To jest przesłanka eugeniczna? KŁAMSTWO i perfidia.
„Ciemnogrodzianie
stali na lodzie,
w zwykłym ordynku:
łotr przy idiocie,
pętak ze szpiegiem,
mętniak z faszystą,
a okultysta
z surrealistą,
kociak przy bubku,
koło chłoptasia.
A cisza była,
jak makiem zasiał. (50)



Polska Rada Ekumeniczna, Uniwersytet Łódzki oraz Chrześcijańska Akademia Teologiczna w Warszawie zapraszają do udziału w e-Konferencji naukowej „Eko(Teo)Logicznie – chrześcijanie wobec wyzwań”. Tematyka konferencji poświęcona będzie ekologii, a szczególnie związanej z nią teologii, filozofii, a także eko-chrześcijaństwu. Konferencja nawiązywać będzie do poglądów m.in. Alberta Schweitzera, który był luterańskim duchownym, teologiem, filozofem, muzykiem i humanistą, propagującym słowem i czynem hasło „czci dla życia”. Filozofia i etyka tego uczonego, noblisty oraz praktyka medycyny mogą mieć duże znaczenie dla współczesnej ekologii ze względu na jego wielowymiarowość i interdyscyplinarność.
Konferencja odbędzie się 5 listopada 2020 r. w formie cyfrowego spotkania na platformie komunikacyjnej ZOOM.
Plenarnymi prelegentami będą: bp Marcin Hintz i prof. Jarosław Płuciennik z Polski, prof. Hans Defenbacher z Niemiec, abp Antje Jackelén ze Szwecji oraz prof. dr James Carleton Paget z Wielkiej Brytanii. Konferencję otwierać będą oficjalni reprezentanci organizatorów.
Więcej na stronie http://ekokosciol.pl/ekoteologicznie/

Apel do Rektorów polskich uczelni w sprawie księdza dr. hab. Alfreda Wierzbickiego

Jedna z polskich uczelni, finansowana z publicznych pieniędzy, prześladuje postępowaniem dyscyplinarnym ks. dr. hab. Alfreda Wierzbickiego, teologa i etyka za jego wypowiedzi po poręczeniu za uwięzioną Margot. Jak można przeczytać w komunikacie na stronie uczelni: „Treść wypowiedzi medialnych księdza dr. hab. Alfreda Wierzbickiego, zatrudnionego na wydziale kościelnym, zostanie przekazana do oceny Uczelnianej Komisji Dyscyplinarnej ds. Pracowników”.
Wyrażaliśmy już publicznie słowa wsparcia dla księdza Wierzbickiego, bo jako chrześcijanie, choć nie zawsze katolicy, oraz humaniści (także agnostycy) odczytujemy poręczenie księdza za Margot jako wielki Chrystusowy odruch w odniesieniu do prześladowanych, poniżanych i lżonych. Jako chrześcijanin ks. Wierzbicki miał prawo do takiego gestu, zaś jako obywatel ma prawo także działać publicznie. Zwłaszcza, że jest specjalistą od etyki i nauczania Jana Pawła II, a bada on dziedzictwo Soboru Watykańskiego II. Cenimy go za jego twórczość naukową, publicystyczną, literacką; podziwiamy jego odwagę myślenia także w wypowiedziach medialnych; wiele osób ze środowisk akademickich podziela jego opinie.
Rozumiemy oczywiście, że KUL jest uczelnią prywatną Kościoła katolickiego, jednak jednocześnie funkcjonuje w Polsce wyraźnie na prawach uczelni publicznej. Dlatego nie może być naszej zgody na prześladowanie pracownika naukowego, intelektualisty i człowieka wielkiego formatu duchowego za wypowiedzi w przestrzeni publicznej. Jeśli Kościół Rzymsko-Katolicki pragnie dyscyplinować swoich wyznawców, niech robi to we własnej wspólnocie, a nie w przestrzeni wspólnej, uniwersyteckiej, która powinna być wzorem uznania dla różnorodności i tolerancji.
Dlatego apelujmy do wszystkich Rektorów uczelni publicznych o otwartą obronę wolności akademickiej i obywatelskiej, to jest do wstawienia się za ks. dr. hab. Alfredem Wierzbickim, profesorem KUL. Autonomia Kościoła i autonomia Uczelni nie może naruszać podstaw europejskiej wspólnoty akademickiej. Pozwolimy sobie przypomnieć Magnificencjom, że polskie uczelnie zrzeszone są w European Universities Association. Noblesse oblige.
Prosimy nasze władze uczelniane: odważmy się stawać w obronie ludzi.
Otwórzmy umysły!
Sapere aude!
prof. Barbara Bogołębska (prof. emerytowany UŁ)
m.in. promotorka doktoratu Honoris Cause ks. Adama Bonieckiego
dr hab. Tomasz Cieślak, prof. UŁ
m.in. były prorektor UŁ
prof. Grażyna Habrajska
m.in. kierownik Ośrodka Badań Myśli Chrześcijańskiej UŁ
prof. Joanna Jabłkowska
m.in. była prorektor UŁ
Ks. Prof. Andrzej Perzyński (UKSW)
Prof. UKSW
prof. Jarosław Płuciennik
m.in. były prorektor UŁ
prof. Antoni Różalski
były rektor UŁ

List został wysłany do Gazety Wyborczej i innych mediów. Gazeta Wyborcza opublikowała go tutaj.
List można wesprzeć także podpisem pod petycją online tutaj.

Międzynarodowy Dzień Tłumacza obchodzony w dzień św. Hieronima zasługuje na osobny wpis! Niech się święci!
Jestem także tłumaczem (poza tym, że jestem profesorem nauk humanistycznych i wykonuję kilka innych funkcji społecznych), dlatego to także mój dzień. Jako, że przypada w środę, czyli zwykły dzień tygodnia, nie będę świętował winem, ani nawet piwem, ale chwilą refleksji nad problemami tłumaczenia.

Obchodzi się to święto dzisiaj 30 września każdego roku ku czci św. Hieronima, któremu zawdzięcza ludzkość Wulgatę, czyli tłumaczenie z języków oryginalnych na łacinę średniowieczną Biblii. Nie uznaję kultu świętych, ale ten tłumacz jest niewątpliwie jakoś szczególnie ciekawym przykładem olbrzymiej roli, którą w społeczeństwie pełni tłumacz: owa Wulgata zdominowała życia religijne, duchowe Europy na całe tysiąclecia. Do dzisiaj pobrzmiewa ono Wujkiem w języku polskim, w staropolszczyźnie.

Oczywiście dzisiaj w epoce kultury Wikipedii oraz maszynowego tłumaczenia (np. maszynowego tłumaczenia Google Translate) oraz aplikacji tłumaczeniowych symultanicznych, zawód tłumacza wydaje się przestarzały. Kto dzisiaj tego potrzebuje? Postęp w dziedzinie tłumaczenia maszynowego jest olbrzymi: pamiętam kiedy zapoznawałem się dorywczo w czasie pobytu na stypendium pod okiem prof. Barbary Gawrońskiej z projektem SWETRA, tłumaczeń maszynowych w różne strony trzech języków: szwedzkiego, angielskiego i rosyjskiego. Wtedy, w 1994 roku, ten program mógł swobodnie tłumaczyć dwa gatunki mowy: abstrakty chemiczne (do dzisiaj nie wiem, dlaczego chemiczne…) oraz prognozy pogody. Nie będę teraz wchodził w szczegóły tego programu komputerowego i jego filozofii, dość powiedzieć, że te gatunki mowy są dość, no, jakby tutaj to powiedzieć… żeby nie urazić — są proste….

Oczywiście już wtedy, mimo prostoty, zastosowaniami interesowały się także siły np. militarne, nie mówiąc innego typu służbach. Marzenia o uniwersalnym translatorze przyświecały zawsze zastosowaniom militarnym, one nie miały służyć pojednaniu, miały służyć przechytrzeniu.

Agencja DARPA, jednostka badawcza amerykańskiej armii szczególnie zainteresowana była możliwościami tłumaczenia maszynowego. Każdy system wywiadowczy jest szczególnie mocno związany z działaniem przekładu. Istnieje nawet specjalny dział tzw. białego wywiadu. Filologia to nie tylko zastosowania duchowe, jak u św. Hieronima, ale filologia to także broń.

Problemem przekładu maszynowego jest niezrozumienie cielesnego kontekstu. To wiąże się ze szczegółami. Diabeł tkwi w szczegółach. Szczegóły umykają. Ja pamiętam, że jeszcze 5 lat temu Tłumacz Google popełniał tak żenujące błędy, że niektórzy moi koledzy profesorowie na wykładach posługiwali się jego tłumaczeniami, żeby uczyć właściwych użyć języka, naśmiewając się z tej maszyny.
Myślę, że po 5 latach Tłumacz Google i inne komputerowe zastosowania sztucznej inteligencji zasługują już na szacunek, jeśli nie respekt ludzi, nawet specjalistów, choć do doskonałości jeszcze daleko.
Czy jest owa doskonałość osiągalna dla maszyn? Wydaje mi się, że niestety, nie. Będą one pomocą, ale nawet dzisiaj przy zastosowaniach bardziej złożonych, np. przy literaturze tzw. pięknej, tłumaczenia maszynowe nie radzą sobie. Zwykło się uważać dwuletni kurs języka obcego jest w stanie nauczyć języka. Ale nauka języka trwa znacznie dłużej, właściwie do końca życia, nie starczy uczyć się 5 czy 7 lat, to jest droga nieskończona, nawet w przypadku języka ojczystego. Podziwiam oczywiście poliglotów, sam posługuję się kilkoma językami, ale tak naprawdę obcy język można opanować tylko do pewnego stopnia, ten stopień jest bardzo różny , np. znak języki skandynawskie, ale szwedzkim operuję płynnie w piśmie i prawie płynnie na poziomie średnim w mowie, natomiast inne języki skandynawskie znam bardzo słabo: norweskim operuję trochę na poziomie podstawowym, duńskim znacznie mniej, najmniej islandzkim. Czy mogę powiedzieć, że znam języki skandynawskie? Tak. Ale do pewnego stopnia.

Literaturę piękną mogę z pomocami czytać jedynie po szwedzku. A i to — powtarzam z naciskiem — z pomocami. Po angielsku bez pomocy często sobie poradzę bardzo dobrze. Ale nigdy doskonale. Bo w tłumaczeniu ważne są szczegóły. Cechą kompetentnego tłumacza jest dbałość o szczegół. Lata praktyki uczą pokory. I zapobiegliwości (mam dużo słowników w swojej bibliotece, tudzież dużo różnych wersji językowych Biblii).
Języki klasyczne m. in. te św. Hieronima to było odkrycie humanizmu renesansowego. Humanizm mieszczański odkrył jednak znaczenie więcej niż przeszłość, odkrył kultury bliskiego i dalekiego wschodu. Natomiast demokratyczny humanizm w XX wieku dał nam rozwój antropologii terenowej i znajomość wielu odległych, często niszowych kultur. I języków.
Dzisiaj w XXI wieku mamy humanizm cyfrowy, który charakteryzuje się Post-Gutenbergowską piśmiennością, przekład jest łatwy, ale mamy też zjawisko wielopodmiotowości w przekładzie, crowdsourcing (czyli wykorzystywanie mocy anonimowej masy amatorów). No i towarzyszą nam komputery, najpierw osobiste, które wedle Ivana Illicha wzmacniają tzw. komitywę, mają moc obliczeniową pozostającą w mocy jednostki. Jednak dzisiaj komputer osobisty to są przecież kieszonkowe translatory w postaci smartfonów. Narzędzia tłumaczy współtworzą nową emancypacyjną kulturę coraz większej komitywy. Ivan Illich stwierdza: W sieciach uczenia się grupy osób o zbliżonych zainteresowaniach łączą się w społeczności edukacyjne, które nie podlegają ograniczeniom i dynamice sił typowych dla środowisk zinstytucjonalizowanych. Wykraczają także poza uniwersytet.

Sam tłumaczę głównie teksty naukowe. Jednak zdarza mi się, tłumaczyć także teksty literackie. Badam tłumaczenia literackie. I mogę na pewno stwierdzić, że to nie przypadek, iż tłumaczenie abstraktów chemicznych nie sprawiało problemów w tłumaczeniu już w 1994 r. Bo teksty naukowe, zwłaszcza abstrakty są przewidywalne językowo.
Natomiast człowiek literacki, człowiek prawdziwie twórczy ciągle zaskakuje, ciągle trudno go ogarnąć, jest jak kot Schödingera, którego trudno uchwycić, zmierzyć, namierzyć.

Dlatego wszystkiego najlepszego dla wszystkich tłumaczy: jesteście ciągle potrzebni, jesteście niezastąpieni, żadne maszyny nie dadzą Wam rady. Podstawowe zastosowania przejmą maszyny. Zastosowań maszynowych takich jak u Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Karla Dedeciusa, czy Stanisława Barańczaka rychło nie będzie. Kreatywność i piękno pozostaną z nami, ludźmi. Jeszcze raz: sto lat, tłumacze!

Wynalezienie koła i łączenie ministerstw. O znaczeniu nauk humanistycznych raz jeszcze
Spojrzałem przypadkiem na ofertę walizek podróżnych w dużym sklepie. Wokół było pusto. Nikt się nie kwapił kupować. Wiem, że to nie jest najważniejszy towar, na który dzisiaj nie ma popytu ze względu na pandemię. Ale trochę dało mi to do myślenia. Trochę refleksyjnie zacząłem, a przecież są ważniejsze tematy.

Polska w mediach przez ostatnie tygodnie żyła tzw. rekonstrukcją rządu, albo kryzysem tzw. Zjednoczonej Prawicy. W trakcie rozmów o rekonstrukcji rządu, o której była mowa dawno, jeszcze chyba przed wyborami prezydenckimi, a na pewno zaraz po nich, mówiło się o tym, że ministerstw będzie mniej. Niby dobrze. Ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. W lipcu nauczyciele zostali zaniepokojeni pomysłem połączenia Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Pomysł fatalny, bo przecież Uczelnie to nie tylko edukacja.
Jednak 22 września 2020 opublikowano apel dwunastu naukowców o połączenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z Ministerstwem Rozwoju. Naukowcy w liście przypominali, że badania naukowe „powinny służyć społeczeństwu, a ich wyniki rozwijać krajową gospodarkę”. Ich zdaniem, to ważne zwłaszcza podczas epidemii koronawirusa. W wielu krajach taki model się sprawdza, zaś „w dłuższej perspektywie” mogłoby to doprowadzić do zwiększenia finansowania nauki przez sektor prywatny. „Da (to także) szansę na szybszy rozwój polskiej gospodarki”. Wśród dwunastki znaleźli się wysoko postawieni Prezes PAN prof. dr hab. Jerzy Duszyński, prof. dr hab. inż. Arkadiusz Mężyk (Przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich), prof. dr hab. Zbigniew Marciniak (przewodniczący Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego) oraz prof. dr hab. Maciej Żylicz (prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej).

Jaki to ma związek z bagażem?
Słownik Języka Polskiego definiuje słowo „bagaż”
1. «rzeczy w paczkach, walizkach itp., które podróżujący ma ze sobą»
2. «nagromadzenie, zasób czegoś»
Bardzo charakterystyczne, że w Słowniku Języka Polskiego znajdziemy także słowo „bagażowy” odnoszące się do zawodu, który już jakby prawie zupełnie zanikł.
Jeszcze Słownik pod red. Doroszewskiego o bagażu pisał:
„Rzeczy zapakowane w paczki, walizki, tłumoki, pakunki itp. Przeznaczone do przewożenia wszelkimi środkami lokomocji.”
Kiedy czytać taką definicję przychodzą na myśl obrazki uchodźców z płonącej Warszawy albo Aleppo obładowanych takimi właśnie tłumokami… Albo obrazek małego samochodu obładowanego pakunkami z Ikei. (reklama)

U Doroszewskiego pojawia się też frazeologizm: „bagaż ręczny”.
Ale także metaforyczne użycia: „bagaż wiedzy, erudycji, nauki (zasób wiedzy)”. W potocznym użyciu dzisiaj w sieci znaleźć można także takie paranaukowe „bagaż emocjonalny”, którego wielu pragnie się pozbyć. Bagaż jest obciążeniem.
Jak podaje Aleksander Brückner bagaż w języku polskim pojawił się z języka franc. bague — pakunek, z łac. bada, niem. Pack, (pol. pakować się, od franc. pacquet z łac. paccus).
Ciekawa jest angielska etymologia bagażu (Słownik etymologiczny)
Bagage, pojawił się w połowie XV w. jako „przenośne wyposażenie armii; grabież, łup”, „ze starofrancuskiego bagażu” bagaż, sprzęt (wojskowy) ”(14c.), z bague„ paczka, pakunek, worek ”, prawdopodobnie ostatecznie z tego samego skandynawskiego źródła, które przyniosło worek, czyli bag. Później używane torby, kufry, paczki itp. Widać już tutaj wyraźnie pewną maskulinizację bagażu, jego męskie kulturowe wymiary.
Bardzo ciekawa jest jednak historia bagażu na kółkach. Pierwszy patent dotyczący bagażu na kółkach został złożony w 1949 r., opublikowany w 1953 r. Co ciekawe, kufer na kółkach został wynaleziony już w 1887 r., zaś walizka na kółkach w 1945 r. – ale, jak pisze Daniel A. Gross w Smitsonian nie udało się ich skomercjalizować. Nie było popytu? Czy może innych warunków? Bernard D. Sadow w 1970. r. złożył wniosek rozpatrzony pozytywnie 1972 r. jako „Rolling Luggage”.
To co znamy dzisiaj jako najbardziej powszechną formę „bagażu na kółkach” zawdzięczamy amerykańskiemu pilotowi Robertowi Plathowi, (Robert Plath to jeden z pilotów Northwest Airlines 747) który w 1987 r. wynalazł bagaże dla członków załóg samolotów. Plath skomercjalizował wynalazek, bo podróżni zaczęli zazdrośnie patrzeć na elegancko przechadzających się po lotniskowych hallach członkach załóg samolotów. Duży interes zaczęła robić na tym wynalazku słynna firma Samsonite (od 2004 roku).
„Ludzie niedobrze akceptują zmiany” – powiedział wynalazca Sadow.
Joe Sharkey zastanawia się w NYT:
„Dlaczego więc pojawienie się bagażu na kółkach trwało tak długo? Pan Sadow przypomniał sobie silny opór, jaki napotkał podczas tych wczesnych telefonów do sprzedaży, kiedy często mówiono mu, że mężczyźni nie przyjmą walizek na kółkach. „To była bardzo macho” – powiedział.
Ale był to również czas ogromnych zmian w kulturze podróżowania, ponieważ coraz więcej osób latało, lotniska stawały się coraz większe i znacznie więcej kobiet zaczęło podróżować samotnie, zwłaszcza w podróży służbowej. Zajęło to dużo czasu, ale zwyciężył zdrowy rozsądek i dążenie do wygody. Walizka zyskała koła; podróżni nie potrzebowali już rutynowo tragarzy i boyów hotelowych.” (Sharkey, Joe. „Reinventing the Suitcase by Adding the Wheel”. The New York Times, 4 październik 2010, sekc. Business.)
Katrine Marçal w Dagens Nyheter pisze wczoraj (26.09.2020), dlaczego minęło 5000 lat, zanim dostaliśmy walizki na kółkach (Därför tog det 5.000 år innan vi fick resväskor med hjul)
„Koło to technologia, która ma 5000 lat. Odkąd wynaleźliśmy koło, stosujemy je od jednego poważnego problemu do drugiego. Stawiamy koła na wozy, taczki, armaty i samochody. Nawet męczarnia chomika powstała przed walizką na kółkach.”

Pisze dalej: „Ekonomiści pomyśleli o tym wszystkim i walizka na kółkach stała się czymś w rodzaju klasycznego przykładu tego, jak innowacje mogą zająć trochę czasu w gospodarce.”
Autorka przywołuje laureata tzw. Ekonomicznego Nobla z 2013 r., Roberta Shillera, który stwierdza, że dobry pomysł to za mało w ekonomii. „Rynek nie zawsze rozumie swoje najlepsze sposobności.” Dlatego należy stwierdzić, że ludzie przed 1987 r. nie widzieli sensu walizek na kółkach, zawsze myślimy, że to co jest, to najlepsze z możliwych rozwiązań technologicznych.
Przywoływany przeze mnie wielokrotnie Nassim Taleb, interdyscyplinarny autor bestsellerowego „Czarnego łabędzia”, pisze także o walizkach w swojej książce „Antykruchość” (Antykruchość. O rzeczach, którym służą wstrząsy 2015) pisze, że im bardziej oczywiste jest rozwiązanie, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że wymyślimy je przy użyciu skomplikowanych metod.
A sprawa jest banalnie prosta, jeśli uwzględnić wymiar humanistyczny historii kultury i cywilizacji. Kiedyś rewolucję przypisywano np. jeansom, które pomogły pokonać komunizm. (Nial Fergusson w Cywilizacji. Zachód i reszta świata, 2013) Dzisiaj podobnie trzeba spojrzeć, z punktu widzenia kulturowej historii na wynalazek bagażu z kółkami. Jak stwierdza Katrine Marçal „Mężczyźni musieli nosić, aby udowodnić, że są mężczyznami, a kobiety nie były priorytetowym konsumentem.”
„Walizka zaczęła się toczyć, gdy zmieniliśmy nasz pogląd na płeć: że mężczyźni muszą nosić, a mobilność kobiet jest ograniczona.”
Katrine Marçal to pisarka i korespondentka DN w Londynie. Zadebiutowała filmem „Rape and Romance” (2008) i od tego czasu opublikowała między innymi „The Only Sex” (2012) i „The Left at the Edge of the Fourth Industrial Revolution” (2017). „Jedyna płeć” została przetłumaczona na około dwadzieścia języków. W języku szwedzkim ponownie ukazał się tytuł „Kto ugotował obiad Adamowi Smithowi?” Na jesieni ma wyjść jej najnowsza książka „Inventing the World” (Mondial), książka o tym, jak pojęcia męskości i kobiecości ukształtowały współczesne społeczeństwo.
Dlaczego o tym pisać w kontekście połączenia ministerstw? Ano dlatego, że kiedy pisze się o innowacyjności nauki, często mówi się także o jej komercjalizacji, służbie rozwojowi społecznemu. Otóż, bez rozwoju nauk humanistycznych, które mają się czasami bardzo dobrze, choć się ich nie docenia i nie dowartościowuje, nie ma mowy o rozwoju społecznym. Tak, studia nad płcią kulturową, czyli gender, są niezwykle przydatne społeczeństwu, jak widać po historii wynalazku koła. Koła nie wynajdziecie Panowie przez łączenie ministerstwa Nauki z ministerstwem Rozwoju. Zwłaszcza Minister Jarosław Gowin na pewno nie wynajdzie koła.

Ale zniszczyć możecie wiele, jak wiele już zniszczono w stadninie w Janowie. I na uniwersytetach po dobrej zmianie. Niszczenie jest łatwe i proste. Budowanie trwa lata i dekady.