Kategoria: Uniwersytet i nauka

  • Szwedzki kanon kulturowy: historia, kontrowersje i przyszłość

    Szwedzki kanon kulturowy: historia, kontrowersje i przyszłość

    Narodowy kanon kulturowy w Szwecji: Co to oznacza dla społeczeństwa?

    Złota korona na moście Skeppsholmen (szw. Skeppsholmsbron), z niebieskim morzem i historycznymi budynkami Sztokholmu w tle, Szwecja (lic. Depositphotos)

    Szwedzki rząd we współpracy z partiami porozumienia Tidö intensywnie pracuje nad stworzeniem narodowego kanonu kulturowego. Ta ambitna inicjatywa ma za zadanie nie tylko wyłonić dzieła sztuki, które kształtują tożsamość narodową, ale również włączyć elementy takie jak polityka, religia, kultura prawna i ekonomiczna. Projekt przewiduje, że ostateczna wersja kanonu zostanie przekazana Ministerstwu Kultury do 31 sierpnia 2025 roku.

    Narodowy kanon kulturowy to zestaw dzieł, wartości i idei, które odzwierciedlają historyczną i współczesną tożsamość kulturową danego kraju. Czy nie jest fascynujące, jak jeden zbiór dzieł może definiować narodowe dziedzictwo? W przypadku Szwecji projekt ten ma na celu wzmocnienie poczucia wspólnoty narodowej oraz lepsze zrozumienie kluczowych aspektów kultury przez przyszłe pokolenia. Przewodniczący komitetu ds. kanonu, Lars Trägårdh, zaznaczył w rozmowie z radiem „Kulturnytt” (Sveriges Radio), że proces ten będzie oparty na wnikliwej analizie różnych dziedzin kultury i życia społecznego. Czy nie warto zadać pytania, jakie wartości powinny być uznane za kluczowe w takim kanonie?

    Struktura kanonu zakłada podział na dwie główne kategorie: sztukę i społeczeństwo. W ramach pierwszej kategorii wyodrębniono pięć dziedzin: sztuki wizualne, sztuki sceniczne, literaturę, muzykę i film. Obrazy Carla Larssona czy Hilmy af Klint to tylko przykłady dzieł, które mogłyby znaleźć się w kanonie wizualnym. W dziedzinie sztuk scenicznych ważną rolę odgrywają sztuki Augusta Strindberga, ale również współczesne formy teatralne. Literatura, od klasycznych powieści Selmy Lagerlöf po dzieła Astrid Lindgren, stanowi nieodłączny element tożsamości narodowej. Muzyka, od tradycyjnych pieśni, przez kompozycje Hugo Alfvéna, aż po globalne sukcesy ABBY, także zasługuje na uwagę. Wreszcie film, reprezentowany przez klasyki Ingmara Bergmana, ale również dzieła współczesnych reżyserów, takich jak Ruben Östlund, mógłby stanowić ważny filar kanonu. W każdej z tych dziedzin trzech ekspertów wybierze najważniejsze dzieła, które będą reprezentować dziedzictwo artystyczne Szwecji. Dadzą radę?

    Druga kategoria obejmuje elementy społeczne, takie jak kultura prawna, ekonomiczna, polityczna i religijna. Eksperci mają zbadać, w jaki sposób szwedzkie tradycje prawne czy etos społeczny wpływają na relacje obywateli z państwem. Model ekonomiczny Szwecji, demokratyczne wartości czy religijna różnorodność również mogą znaleźć swoje miejsce w kanonie. Pięć do siedmiu ekspertów zostanie zaangażowanych, aby zapewnić różnorodność perspektyw. Czy te aspekty społeczne mogą być równie istotne, jak dzieła sztuki? Jestem głęboko przekonany, że tak, ale czy wszyscy zgodzą się co do szczegółów?

    Warto również zastanowić się nad rolą dzieł współczesnych. Choć ostateczna lista dzieł nie jest jeszcze znana, możemy przypuszczać, że znajdą się w niej takie ikoniczne pozycje jak obrazy Carla Larssona, powieści Selmy Lagerlöf („Cudowna podróż”), kompozycje ABBY czy filmy Ingmara Bergmana. Jednak równie ważne mogą być współczesne dzieła, takie jak literatura Jonasa Hassena Khemiriego czy filmy Rubena Östlunda. Jakie dzieła wybralibyśmy, aby reprezentowały współczesną Szwecję? Czy twórczość Tove Jansson, autorki Muminków, powinna znaleźć się w tym kanonie? Muminki, choć stworzone przez Finkę piszącą po szwedzku, reprezentują wartości uniwersalne, takie jak tolerancja, bliskość z naturą i różnorodność. Jednocześnie ich fińsko-szwedzka tożsamość budzi pytanie, czy należy je uznać za część wyłącznie szwedzkiego dziedzictwa. Włączenie Jansson do kanonu mogłoby stać się okazją do dyskusji na temat transgranicznego charakteru kultury i uznawania twórców o podwójnej tożsamości.

    Inspiracją dla projektu szwedzkiego kanonu może być amerykańska koncepcja kulturowej alfabetyzacji, promowana przez E.D. Hirscha. W swojej książce „Cultural Literacy: What Every American Needs to Know” (1987) Hirsch podkreślał znaczenie wspólnej bazy wiedzy dla funkcjonowania społeczeństwa. Według niego, wspólny zasób wiedzy umożliwia skuteczne uczestnictwo obywateli w życiu społecznym, a edukacja oparta na kanonie pozwala włączać mniejszości do głównego nurtu kultury. Czy podobne podejście mogłoby znaleźć zastosowanie w budowie kanonu szwedzkiego?

    Projekt wzbudza zarówno zainteresowanie, jak i kontrowersje. Krytycy obawiają się, że wybór dzieł może być politycznie motywowany i wykluczający. Zwolennicy podkreślają, że kanon może służyć jako narzędzie edukacyjne, promujące szwedzką kulturę w kraju i za granicą. Czy możliwe jest stworzenie kanonu, który połączy różne perspektywy, unikając uproszczeń i wykluczeń?

    Stworzenie narodowego kanonu kulturowego może przynieść wiele korzyści. Może wzmocnić poczucie tożsamości narodowej, ułatwić edukację i integrację, a także promować Szwecję jako kraj o bogatym dziedzictwie kulturowym na arenie międzynarodowej. Jednocześnie rodzi pytania o jego potencjalny wpływ społeczny i polityczny. Czy narodowy kanon kulturowy okaże się narzędziem integracji, czy raczej polem do debaty – pozostaje pytaniem otwartym.

    Już Członek Akademii Szwedzkiej, Per Wästberg, wyraził krytykę wobec planów stworzenia szwedzkiego kanonu kulturowego. W liście otwartym opublikowanym w dzienniku “Expressen” podkreślił, że kanon literacki powinien kształtować się naturalnie poprzez czytelnictwo, pozostając żywym i zmiennym, a nie być narzucany odgórnie. 

  • Ustąpienie ze Szwedzkiej Akademii z fotela nr 18

    Ustąpienie ze Szwedzkiej Akademii z fotela nr 18

    Z cyklu: Obserwatorium nordyckie

    Tia Forsstrom w 2011 r. (Źródło Wikipedia commons)

    Tua Forsström (ur. w 1947 w Porvoo) fińska poetka i pisarka tworząca w języku szwedzkim, ogłosiła swoje odejście z Akademii Szwedzkiej po pięciu latach pełnienia funkcji członkini na miejscu nr 18. Decyzję tę motywuje zmęczeniem i spadkiem energii, podkreślając, że nie stoi za nią żadna dramatyczna przyczyna. Forsström została wybrana do Akademii w lutym 2019 roku jako następczyni Katariny Frostenson. Jej ostatnim oficjalnym wystąpieniem była doroczna uroczysta sesja Akademii w Sali Giełdy w Sztokholmie.

    Tua Forsström urodziła się w 1947 roku w Porvoo w Finlandii. Studiowała teorię literatury, filozofię i psychologię społeczną na Uniwersytecie Helsińskim, uzyskując tytuł licencjata nauk humanistycznych w 1972 roku. Pracowała jako redaktorka w wydawnictwie Söderström & Co w latach 1972–1992, a następnie poświęciła się pisarstwu. W latach 1999–2004 pełniła funkcję profesora sztuki przyznaną przez Fińską Radę Sztuki. Jest uznawana za jedną z czołowych poetek nordyckich, a jej twórczość była wielokrotnie nagradzana, m.in. Nagrodą Literacką Rady Nordyckiej w 1998 roku za tomik “Efter att ha tillbringat en natt bland hästar”.

    Podczas swojej kadencji w Akademii Szwedzkiej Forsström szczególnie ceniła przyznanie Literackiej Nagrody Nobla Jonowi Fosse w 2023 roku, którego twórczość śledziła przez całe dorosłe życie. Mats Malm, stały sekretarz Akademii, podkreślił, że jej perspektywa i doświadczenia, zwłaszcza w kontekście literatury szwedzkojęzycznej w Finlandii, były niezwykle cenne dla instytucji.

    Źródła: Dagens Nyheter i Wikipedia

  • Polska na drodze do potęgi w Europie. Z cyklu Obserwatorium nordyckie

    Polska na drodze do potęgi w Europie. Z cyklu Obserwatorium nordyckie

    Ilustracja obszaru Morza Bałtyckiego... Balticum

    Z przyjemnością odnotowuję wzrost znaczenia Polski i jej wizerunku w Szwecji. Polska w górę! Brawo!

    Po dzisiejszej prasówce Dagens Nyheter i Svenska Dagbladet uznałem, że nigdy Polska nie miała jeszcze takiej pozycji w kontekstach Nordyckich.

    Z okazji pobytu polskiego premiera Donalda Tuska w Szwecji na szczycie państw nordyckich ukazał się ciekawy materiał z tytułem: „Szwecja ma wiele do nauczenia się od Polski. Polska jest na dobrej drodze, by stać się kolejną potęgą Europy. Powinniśmy uczyć się od polskich sukcesów w dziedzinach takich jak wzrost gospodarczy, rynek pracy i polityka mieszkaniowa” – piszą Rutger Brattström i Alexandra Ivanov Hökmark z think tanku Timbro.

    Według autorów tego artykułu opublikowanego w poczytnym Svenska Dagbladet, Polska wyróżnia się w Europie dynamicznym wzrostem gospodarczym, elastycznym rynkiem pracy, niskimi kosztami budowy mieszkań i inwestycjami w obronność. Jest także liderem w przyjmowaniu migrantów i rozwija energetykę jądrową. Autorzy podkreślają, że sukcesy Polski wynikają z wolnorynkowego podejścia, niskiego opodatkowania i odpowiedzialnej polityki. Proponują, aby Szwecja uczyła się od Polski, która łączy dobrobyt gospodarczy z humanitarnym zaangażowaniem i stabilnością.
    Ponadto inwestycje militarne i strategiczne partnerstwa (np. z USA) wzmacniają pozycję Polski, elastyczne regulacje sprzyjają niskiej stopie bezrobocia i integracji imigrantów.
    Autorzy stosują argumentację opartą na danych statystycznych i przykładach konkretnych polityk. Ton jest afirmatywny i skoncentrowany na pozytywnych aspektach polskiej polityki.

    Polska, która jeszcze 30 lat temu odzyskała swoją niepodległość, wyrosła na kraj świadomie korzystający z siły gospodarki rynkowej i odpowiedzialny za swoje losy oraz za przyszłość Europy. Szwecja ma wiele do nauczenia się od Polski.

    Chyba jeszcze nigdy Polska nie miała takiego dobrego wizerunku w Szwecji.

    Tym bardziej, że Dagens Nyheter szczegółowo informuje, że podczas szczytu nordyckiego na Harpsund w Szwecji, liderzy sześciu krajów – Polski, Szwecji, Danii, Finlandii, Estonii oraz przedstawiciel Litwy – zgodzili się na dalsze zwiększanie wsparcia dla Ukrainy i budżetów obronnych swoich państw. Gospodarz spotkania, premier Szwecji Ulf Kristersson, podkreślił, że obecna sytuacja międzynarodowa wymaga znacznych inwestycji w obronność, przewyższających dotychczasowy cel NATO wynoszący 2% PKB.

    Kraje zobowiązały się zwiększyć dostawy amunicji oraz wspierać rozwój ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. Uznano, że rosyjska agresja destabilizuje region euroatlantycki i wymaga stanowczego wsparcia demokracji w Europie Wschodniej.

    Polska przeznacza na obronność najwyższy procent PKB w regionie (4,12%), a Szwecja planuje zwiększenie swojego udziału do 2,6%. Liderzy uznali, że przyszłe wymagania NATO mogą wynosić nawet 3% PKB, aby sprostać nowym wyzwaniom strategicznym.

    Premier Polski Donald Tusk zaproponował wspólne patrole morskie dla krajów nordycko-bałtyckich, wzorowane na patrolach powietrznych NATO. Propozycja spotkała się z zainteresowaniem, choć wymaga konsultacji w szerszym kontekście NATO.
    Dyskutowano także o niedawnych uszkodzeniach kabli komunikacyjnych na Bałtyku, które mogą być wynikiem sabotażu.

    Podjęte działania mają nie tylko wzmocnić bezpieczeństwo regionalne, ale także odpowiedzieć na rosnące zagrożenie ze strony Rosji. Kraje nordycko-bałtyckie i Polska są jednymi z największych wsparć dla Ukrainy, co podkreśla ich rolę w budowaniu stabilności w Europie.

    Europa musi wziąć większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo i wspólnie działać w obliczu rosnących napięć geopolitycznych. Szczyt w Harpsund jest ważnym krokiem w tej strategii.

    Podczas tego szczytu Premier Polski Donald Tusk zaproponował stworzenie wspólnej straży morskiej dla krajów basenu Morza Bałtyckiego w odpowiedzi na ostatnie przypadki sabotażu na dnie morskim. Propozycja zyskała poparcie premiera Szwecji Ulfa Kristerssona.

    Tusk wskazał, że współpraca tego typu mogłaby nawiązywać do już istniejących patroli powietrznych NATO w regionie Bałtyku. Podkreślił, że inicjatywa ta jest szczególnie istotna dla państw odczuwających wspólne zagrożenie ze strony Rosji.

    Kristersson, komentując propozycję na konferencji prasowej podczas nordycko-bałtyckiego szczytu na Harpsund, uznał pomysł za logiczny. Zauważył, że sytuacja na i pod powierzchnią Morza Bałtyckiego wymaga dalszych, szczegółowych dyskusji w duchu współpracy.

    Wspólna straż morska mogłaby wzmocnić bezpieczeństwo regionu w obliczu rosnących napięć geopolitycznych.

    Jeszcze nigdy Polska nie miała tak dobrej prasy w Szwecji. Serce roście patrząc na te czasy…

    Może warto spojrzeć na siebie samych oczami innych?

    Ps. To jest galeria zdjęć z Rapport w Sveriges Television: dwóch premierów formalnie i nieformalnie

  • Storytelling a lingwistyczna analiza na przykładzie debaty Harris/Trump. Bryk dla studentów

    Storytelling a lingwistyczna analiza na przykładzie debaty Harris/Trump. Bryk dla studentów

    Storytelling to niezwykle istotna umiejętność w dzisiejszym świecie komunikacji. Sztuka opowiadania historii ma na celu nie tylko przekazywanie informacji, ale również angażowanie emocji i przekonywanie odbiorców. Dobry storytelling działa na wielu poziomach – łączy postaci, konflikty, zwroty akcji i zakończenia w spójną, logiczną całość, która łatwo rezonuje z widownią. Jest on powszechnie stosowany w literaturze, filmie, reklamie, a nawet w marketingu cyfrowym. Jego głównym celem jest stworzenie historii, która przyciągnie uwagę, wywoła emocjonalną reakcję oraz pozostanie w pamięci odbiorcy na długo po zakończeniu. Ważne jest, aby dostrzegać czasami całości długiego trwania. Np. debata wyborcza może trwać 90 minut, ale strategie komunikacyjne poszczególnych uczestników debaty widać w całości ich wystąpień.

    Każda opowieść składa się z kilku podstawowych elementów: postaci, które niosą fabułę i z którymi odbiorcy mogą się identyfikować; konfliktu, który jest rdzeniem każdej historii, napędzającym akcję i utrzymującym zainteresowanie widza; punktów zwrotnych, które stanowią momenty przełomowe w historii, budując napięcie i prowadząc do rozwiązania, oraz zakończenia, które pozostawia odbiorcę z poczuciem satysfakcji lub refleksji. Niezależnie od tego, czy tworzysz scenariusz filmowy, planujesz kampanię reklamową, czy piszesz powieść, storytelling pozostaje kluczem do skutecznej komunikacji, niezależnie od medium. Kiedyś jakiś polityk powiedział, że nieważne jak się zaczyna, ale jak się kończy. Ech, to tylko częściowa prawda. W storytellingu jak w każdym tekście artystycznym najczulsze elementy tekstu to zarówno początek, jak i koniec. Zatem ważne jest, jak się zaczyna (np. uściskiem dłoni interlokutora), ale też jak się kończy (np. zdecydowanym tonem).

    Narracja transmedialna, czyli transmedia storytelling, to zaawansowana forma storytellingu, która rozciąga historię na wiele platform medialnych. Kluczowe jest to, że każda z tych platform oferuje coś unikalnego – nie są to jedynie powtórzenia tego samego wątku, ale jego rozwinięcia i nowe konteksty, które uzupełniają główną narrację. Historia może być opowiedziana częściowo w filmie, kontynuowana w książce, a rozszerzona przez grę wideo czy komiks. Każda platforma wnosi nowe elementy do świata opowieści, co pozwala odbiorcom na jeszcze głębsze zaangażowanie. Transmedia storytelling zachęca widza do aktywnej interakcji z narracją – może on zgłębiać różne wątki, odkrywać nowe postacie i eksplorować świat opowieści na różne sposoby. Doskonałym przykładem narracji transmedialnej jest uniwersum „Gwiezdnych wojen”. Historia zaczęła się od filmów, ale z czasem rozwinęła się o dodatkowe wątki opowiadane w książkach, komiksach, grach wideo czy serialach telewizyjnych, tudzież zabawkach dołączanych do Happy Meala w McDonalds. Każde z tych mediów dodaje nowe informacje, wprowadza postacie i rozwija uniwersum, które dzięki temu staje się bogatsze i bardziej złożone.

    Dla studentów kursu Storytelling warto przyjrzeć się nie tylko fikcyjnym narracjom, ale również rzeczywistym przykładom komunikacji, jak np. polityczne debaty. Lingwistyczna analiza Marka Libermana (lingwista z Linguistic Data Consortium, University of Pennsylvania, Philadelphia, USA), opublikowana na łamach „The Economist” 11 września 2024r. (An alternative look at the Trump-Harris debate, in five charts), ukazuje, jak język i ton wypowiedzi mogą kształtować wizerunek polityka w oczach publiczności. Liberman przeanalizował debatę między Kamalą Harris a Donaldem Trumpem, pokazując różnice w ich stylach komunikacyjnych. Wyniki te można odnieść również do zasad storytellingu. Trump mówił szybciej (198 słów na minutę) i dłużej niż Harris, co mogło sugerować próbę dominacji i chęć zapanowania nad debatą. Harris mówiła wolniej (160 słów na minutę), ale używała więcej unikalnych słów, co pozwalało jej na bardziej precyzyjne formułowanie wypowiedzi. Harris używała bardziej zróżnicowanego języka – potrzebowała 4000 słów, aby osiągnąć 1000 unikalnych wyrazów, podczas gdy Trump potrzebował aż 6000 na 1000 unikalnych wyrazów. Bogatszy język może być postrzegany jako bardziej elokwentny, precyzyjny i przemyślany, co w storytellingu często przekłada się na wiarygodność postaci. Jednak samo to nie musi przekładać się na sukces komunikacyjny. Jeśli idzie o tempo mówienia, to szybsze tempo mówienia może być interpretowane jako przejaw pewności siebie lub chęci dominacji w debacie. Co więcej, Trump jest znany z tego, że potrafi, mówiąc niejako bardziej potocznie, mniej precyzyjnie, czasami mętnie, przykuwać długo uwagę, mimo „kręcenia się w kółko”, „wracania do tego, co już było”. Sugeruje to, że Harris była bardziej precyzyjna i świadoma w doborze języka, co mogło wpływać na jej postrzeganą elokwencję i skuteczność komunikacyjną. Jednak samo to nie musi przekładać się na większą wiarygodność, bo Trump powtarzając frazy: „oni jedzą koty, oni jedzą naszych milusińskich…” wbija się odbiorcy w pamięć, choćby było to nawet groteskowe.

    Warto też zwrócić uwagę na wybór słów, ponieważ Trump częściej używał zaimka „oni”, co sugeruje strategię „my kontra oni” – klasyczny sposób budowania konfliktu w narracji, który potrafi angażować emocje odbiorców. Harris natomiast stawiała na słowa takie jak „Ameryka” i „praca”, które budowały bardziej inkluzywny, pozytywny przekaz. Analiza tonacji ujawnia, że tonacja głosu kandydatów miała znaczenie w odbiorze emocjonalnym. Trump w miarę trwania debaty wykazywał większą zmienność tonacji, szczególnie podczas poruszania kontrowersyjnych tematów (atak na Kapitol) oraz pod koniec debaty. Harris natomiast zakończyła debatę w sposób opanowany, co mogło sugerować pewność siebie i kontrolę nad sytuacją. Harris zaczęła pewnie i zakończyła jak prokurator mowę oskarżycielską.

    Analiza Libermana pokazuje, że każda forma komunikacji – nawet polityczna debata – ma swoje zasady narracyjne. Od budowy zdań, przez tempo mówienia, po tonację głosu – wszystkie te elementy kształtują percepcję i emocje odbiorców. W storytellingu kluczowe jest zrozumienie, że każda decyzja językowa ma swoje konsekwencje dla odbioru opowieści. To właśnie te subtelne aspekty sprawiają, że historie mają moc oddziaływania i wpływu na ludzi. W polityce, podobnie jak w storytellingu, chodzi o wywoływanie emocji, przekonywanie do swoich racji i budowanie relacji z odbiorcami. Każdy z kandydatów zastosował odmienną strategię językową, co wpłynęło na ich postrzeganie przez opinię publiczną.

    Dla studentów Storytellingu, kluczowe jest zrozumienie, że niezależnie od medium – czy to debata, książka, film, czy kampania reklamowa – fundamenty opowiadania historii pozostają niezmienne. Kluczem do sukcesu jest świadome kreowanie narracji, która angażuje odbiorcę, niezależnie od platformy, na której jest prezentowana. Storytelling to sztuka, która rozwija się na różnych poziomach i przez różne media. Wykorzystanie transmedia storytellingu pozwala na stworzenie złożonych, wielowarstwowych historii, które angażują odbiorcę na wielu poziomach. Lingwistyczna analiza debaty politycznej również pokazuje, jak wybór słów i sposób mówienia wpływają na odbiór komunikatu.

    Ale też transmedialność ujawniła się natychmiast w tym, że krótko po debacie Taylor Swift umieściła wpis na Instagramie ilustrowany swoim wystudiowanym portretem z pięknym kotem i podpisem „Bezdzietna kociara”. Wpis był jednoznacznym opowiedzeniem się za Kamalą Harris, ale jednocześnie jest ciągiem dalszym fatalnie odebranej teorii spiskowej Trumpa na temat imigrantów zjadających koty i psy amerykańskich właścicieli. Tak to właśnie jesteśmy zanurzeni po uszy w transmedialnych opowieściach.

    PS. 14 września 2024 zmieniona wersja tego wpisu ukazała się w Gazeta Wyborcza

  • Kultura cyfrowa — jeszcze jeden głos apelujący o umiar — jesteśmy ciałem

    Kultura cyfrowa — jeszcze jeden głos apelujący o umiar — jesteśmy ciałem

    Właśnie ukazał się (2.09.24) felieton szwedzkiej psycholożki Hanny Bornäs w Svenska Dagbladet, będący swoistą recenzją badań naukowych i refleksją nad wpływem technologii cyfrowych, szczególnie smartfonów i mediów społecznościowych, na dzieci i młodzież. Bornäs nawiązuje do najnowszej książki amerykańskiego socjologa, psychologa moralności i emocji moralnych, Jonathana Haidta „The Anxious Generation: How the Great Rewiring of Childhood is Causing an Epidemic of Mental Illness”, w której autor krytycznie ocenia, jak wzrastające uzależnienie dzieci od ekranów i internetu przyczynia się do pogorszenia ich zdrowia psychicznego.

    Haidt argumentuje, że dzieci są nadmiernie chronione w świecie fizycznym, ale zbyt mało chronione w świecie cyfrowym. Zjawisko to nasiliło się od lat 90., a eskalacja nastąpiła wraz z rozwojem smartfonów i platform społecznościowych takich jak Instagram. Dzieci spędzają teraz około 40 godzin tygodniowo przed ekranem, co można porównać do pełnoetatowej pracy, która generuje zyski dla firm technologicznych, ale ma potencjalnie negatywny wpływ na ich zdrowie. Pracują pełnoetatowo i cyfrowo bez wynagrodzenia.

    Bornäs podkreśla, że chociaż Folkhälsomyndigheten (Szwedzka Agencja Zdrowia Publicznego) wprowadziła zalecenia dotyczące ograniczenia czasu ekranowego, to ich ton jest mniej alarmistyczny niż Haidta. Mimo to, agencja również wskazuje na związek między nadmiernym korzystaniem z ekranów a problemami zdrowotnymi, takimi jak zaburzenia snu, depresja i niskie poczucie własnej wartości.

    Ostatnio inni alarmują, że dopuszczenie np. w szkołach korzystania ze smartfonów owocuje większą ilością spraw związanych z eskalacją agresji wewnątrz grup młodzieżowych, łatwiej jest wyrażać agresywne postawy na czatach niż twarzą w twarz.

    Haidt zwraca również uwagę na potrzebę wolnej, nieskrępowanej zabawy na świeżym powietrzu, co jego zdaniem jest kluczowe dla zdrowego rozwoju dzieci. Zbyt duża ochrona w połączeniu z nadmiernym korzystaniem z technologii powoduje, że dzieci mają mniej możliwości doświadczania życia w pełni, co prowadzi do wzrostu lęków i braku umiejętności radzenia sobie z rzeczywistością.

    Bornäs kończy swoją refleksję, podkreślając, że debata na temat technologii i jej wpływu na życie dzieci jest złożona i wymaga głębszego zastanowienia się nad tym, jak chcemy żyć jako jednostki i jako społeczeństwo. Choć technologia oferuje wiele korzyści, jej niekontrolowane użycie może prowadzić do poważnych konsekwencji, które wymagają zarówno indywidualnej, jak i zbiorowej odpowiedzialności.

  • Karty, złote buty, „amerykańskie” Biblie i cyfrowe cuda. Jak Donald Trump robi disneyland z polityki

    Karty, złote buty, „amerykańskie” Biblie i cyfrowe cuda. Jak Donald Trump robi disneyland z polityki

    Karty atutowe, zwane po angielsku Trump cards. To także aluzja do gigantycznego biznesu hazardowego Trumpa, który jest właścicielem kasyn (lic. Depositphotos)

    Donald Trump nie tylko zna zasady gry politycznej i medialnej, ale wręcz je redefiniuje, wprowadzając do niej elementy rodem z tzw. kultury popularnej. W jego rękach każda kampania to starannie zaplanowany spektakl, w którym rzeczywistość zlewa się z fikcją, a granice między poważną polityką a komercyjnym show biznesem stają się coraz bardziej płynne. Przykłady? Oczywiście trzeba zacząć od słynnych ponownie od ubiegłego wtorku „trump cards”, ale warto również wspomnieć o złotych butach biegowych, tzw. Biblii Trumpa, cyfrowych tokenach oraz wykorzystaniu sztucznej inteligencji do tworzenia wizerunków Trumpa. To wszystko składa się na swoisty Disneyland polityki, w którym Trump jest nie tylko główną atrakcją, dosłownym bohaterem i atutową kartą, ale i reżyserem.

    Zacznijmy od „trump cards” – cyfrowych kart kolekcjonerskich, które można kupić za jedyne 99 dolarów. Fraza „trump cards” w języku angielskim oznacza karty atutowe, kluczowe dla wygranej w grze, ale w rękach Trumpa zyskuje nowy wymiar. Karty te stają się symbolem jego politycznej siły, ale również przedmiotem pożądania, którym można się pochwalić przed znajomymi. A jeśli kupisz wystarczająco dużo kart, dostaniesz kawałek garnituru Trumpa – dosłownie! Jakby sam Trump stawał się nowym świętym, którego relikwie można kolekcjonować.

    Trump wykorzystywał inne produkty popularne do wzmacniania finansowego i medialnego swojej kampanii. W pewnym momencie na rynku pojawiły się złote buty sygnowane jego nazwiskiem. Niby niewiele mają wspólnego z polityką poza tym, że doskonale wpisują się w narrację Trumpa jako człowieka sukcesu, który wszystko, czego dotknie, zamienia w złoto – dosłownie. To złote buty, które mówią: „Jestem bogaty, jestem potężny, i możesz być jak ja, jeśli tylko założysz te buty.” To esencja disneyizacji – uproszczenie skomplikowanej rzeczywistości do kilku łatwo przyswajalnych symboli, które można sprzedawać masom. Założę pidżamę z wizerunkiem batmana i stanę się superbohaterem…

    A co to jest Biblia Trumpa? W pewnym momencie pojawił się na rynku przedmiot, który nazwano „Amerykańską Biblią Trumpa”. Oczywiście, nie była to zwykła Biblia – była to Biblia, która rzekomo miała wspierać wartości, za które Trump rzekomo stoi. Tekstowi zwykłej Biblii w wersji Króla Jakuba towarzyszą także Konstytucja USA i Deklaracja Niepodległości US. Połączenie religii z polityką nie jest niczym nowym, ale Trump wzniósł to na nowy poziom, oferując swoim zwolennikom coś, co miało być święte, ale jednocześnie przesiąknięte amerykańskim duchem, jaki Trump stara się uosabiać. I duchem odwołującym się do najbardziej konserwatywnej części amerykańskiego społeczeństwa z tzw. pasie biblijnym. To nic innego jak sprzedaż wartości w komercyjnej formie – Biblia jako gadżet, symbol nowego rodzaju patriotyzmu, który można kupić i mieć na własność. Wszystko na sprzedaż.

    W kontekście rosnącej cyfryzacji i nowoczesnych technologii, Trump udowodnił, że potrafi dostosować swoje kampanie do najnowszych trendów. Nie tylko w pierwszej kampanii świetnie wykorzystał Twittera, był wręcz nazywany pierwszym Twitterowym prezydentem, choć początki jego kariery wiązały się z medium telewizyjnym. Jednak wprowadzenie cyfrowych kart kolekcjonerskich, które w rzeczywistości są tokenami NFT, pokazuje, jak zręcznie Trump wykorzystuje kryptowaluty i nowoczesne technologie, by jeszcze bardziej wzmocnić swoją markę. To już nie tylko sprzedaż fizycznych produktów, ale także cyfrowych aktywów, które mogą być przechowywane, handlowane i eksponowane w wirtualnych portfelach. Jego zwolennicy mogą teraz kupować „część Trumpa” w postaci tokenów, które – jak się sugeruje – mają wartość nie tylko finansową, ale i symboliczną. To kolejny krok w disneyizacji – uproszczenie i komercjalizacja w erze cyfrowej.

    Dodatkowo, Trump sięga po najnowsze technologie, takie jak sztuczna inteligencja, aby tworzyć wizerunki siebie samego jako bohatera narodowego, a nawet superbohatera. Jego cyfrowe karty kolekcjonerskie przedstawiają go w fantastycznych, wręcz nadprzyrodzonych pozach, co jeszcze bardziej podsyca narrację o Trumpie jako o kimś więcej niż zwykłym człowieku. Dzięki AI, Trump może przedstawiać siebie w dowolny sposób – jako wojownika, lidera, bohatera – i sprzedawać te obrazy jako symbol jego siły i wyjątkowości. Cuda na kiju.

    Ta strategia nie jest przypadkowa. Trump doskonale rozumie, że w dzisiejszym świecie polityka i kultura masowa są nierozłączne. Wykorzystuje disneyizację kultury amerykańskiej, aby uprościć swoje przesłanie do poziomu, który jest łatwo zrozumiały i atrakcyjny dla jego bazy wyborców. Wprowadza elementy komercji do polityki, zamieniając kampanie wyborcze w spektakle, a samego siebie w produkt, który można sprzedać. Jego „trump cards”, złote sneakersy, „amerykańska” Biblia, cyfrowe tokeny i obrazy generowane przez AI to nic innego jak polityczne gadżety, które oferują jego zwolennikom nie tylko możliwość wsparcia swojego idola, ale także uczestnictwa w czymś większym, bardziej znaczącym.

    Co więcej, Trump bawi się językiem, tworząc wieloznaczne frazy, które przyciągają uwagę i dodają jego kampaniom element tajemniczości. „Krypto-prezydent” to doskonały przykład takiej gry słów. Z jednej strony odnosi się do kryptowalut, z drugiej sugeruje, że Trump ma jakieś ukryte moce, które czynią go wyjątkowym. To czysta disneyizacja – przekształcenie polityki w bajkę, w której Trump jest superbohaterem, a jego zwolennicy są częścią jego magicznego świata.

    Jednak pod tą warstwą błyszczącego marketingu kryje się coś głębszego. Trump, podobnie jak Disney, rozumie, że ludzie potrzebują prostych narracji, które dają im poczucie bezpieczeństwa i przynależności. W świecie, w którym rzeczywistość staje się coraz bardziej złożona i nieprzewidywalna, oferuje im jasne, proste przesłanie: „Jestem waszym atutem, waszym przewodnikiem przez ten chaos. Kupcie moją kartę, moje buty, moją Biblię, a staniecie się częścią mojej wizji Ameryki”. Ludzie szukający odpowiedzi w teoriach spiskowych potrzebują prostych narracji. Ludzie wybierający Trumpa to ci sami często wyborcy, co zwolennicy spiskowych teorii. Wystarczy wspomnieć, że po zamachu na Kapitol po przegranych wyborach prezydenckich pojawiła się spiskowa teoria Q, oraz postać samego zamachu Q-Szamana.

    Ostatecznie, sukces tej strategii pokazuje, jak głęboko disneyizacja przeniknęła amerykańską kulturę. Trump nie tylko sprzedaje produkty – sprzedaje ideę, marzenie, które jego zwolennicy mogą dosłownie kupić i trzymać w swoich rękach. To amerykański sen w nowoczesnej, skomercjalizowanej formie – i jak się okazuje, sen ten nadal ma wielu chętnych nabywców. W świecie, w którym polityka i popkultura zlewają się w jedno, Donald Trump staje się symbolem tej nowej, cyfrowej ery – ery, w której można kupić kawałek historii za pomocą jednego kliknięcia.

    Ps. Oczywiste jest, że za tymi gadżetami kryją się niecne intencje Trumpa. Gdyby wygrał wybory, byłoby fatalnie dla świata i dla demokracji amerykańskiej.

  • Świat akademicki, medale olimpijskie a sprawa polska

    Świat akademicki, medale olimpijskie a sprawa polska

    Symbol igrzysk olimpijskich 2024 na miejscu Trocadero przed wieżą Eiffla w Paryżu we Francji. (lic. Depositphotos)

    Sukcesy sportowe Uniwersytetu Stanforda na igrzyskach w Paryżu 2024 roku, gdzie studenci i absolwenci zdobyli aż 27 medali, pokazują, jak kluczowe są inwestycje w sport akademicki. Gdyby Stanford był krajem, zająłby 13. miejsce w klasyfikacji medalowej, co stawia go wyżej niż Szwecję i Hiszpanię. Tymczasem Polska z 10 medalami, w tym 1 złotym, uplasowała się na 42. miejscu. To porównanie rodzi pytania o finansowanie i strategię sportu oraz edukacji w Polsce, szczególnie w kontekście budżetów, które w przypadku Stanforda wynoszą miliardy dolarów rocznie. Jak możemy poprawić naszą pozycję na arenie międzynarodowej?

    Zwrócił moją uwagę artykuł autorstwa Toma Kuhnera opublikowany w „Die Welt” 14 sierpnia 2024 roku, który opisuje sukcesy sportowe Uniwersytetu Stanforda na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 2024 r. Studenci i absolwenci tej uczelni zdobyli tam aż 27 medali, co jest prawie trzykrotnie większą liczbą niż liczba medali zdobytych przez Polskę. Gdyby Stanford był krajem, zająłby 13. miejsce w klasyfikacji medalowej, wyprzedzając m.in. Szwecję i Hiszpanię. Polska w the Guardian zajmuje 42. miejsce medalowe z 10 medalami w tym 1 złotym. 

    Sukcesy Stanforda są wynikiem unikalnej strategii, która koncentruje się na sportach olimpijskich, takich jak lekkoatletyka i pływanie, a nie na tradycyjnych amerykańskich sportach uniwersyteckich. W artykule w Die Welt podkreślono, że inwestycje w sport na Stanfordzie są znaczące, sięgając 157 milionów dolarów w 2021 roku, co stanowi niemal połowę kwoty wydanej na sport wyczynowy w całych Niemczech (autor pisze dla niemieckiego czytelnika, a przypomnę, że Niemcy wedle tabeli Guardiana na 10.miejscu mają 33 medali, w tym 12 złotych, 13 srebrnych i 8 brązowych). Szczególną uwagę autora zwraca fakt, że wszystkie złote i srebrne medale zdobyte przez Stanford w Paryżu zostały wywalczone przez kobiety.

    Chciałbym podkreślić tutaj, że roczny budżet Uniwersytetu Stanforda jest znaczący, odzwierciedlając jego pozycję jako jednej z najbardziej prestiżowych instytucji edukacyjnych na świecie. Na rok budżetowy 2023–2024 całkowity budżet Uniwersytetu Stanforda wynosił około 8,9 miliarda dolarów. Ten budżet obejmuje wiele różnych obszarów, takich jak kształcenie i badania naukowe, finansowanie programów akademickich, laboratoriów, projektów badawczych oraz wynagrodzenia dla wykładowców i pracowników naukowych, infrastruktura i administracja, utrzymanie kampusu, zarządzanie zasobami oraz koszty administracyjne, pomoc finansowa i stypendia, wsparcie dla studentów, w tym programy stypendialne oraz pomoc finansowa, a także projekty inwestycyjne, finansowanie rozwoju nowych budynków, renowacji oraz innowacyjnych projektów na kampusie. Uniwersytet Stanforda dysponuje także ogromnym funduszem wieczystym (ang. endowment), który w 2023 roku przekroczył 36 miliardów dolarów. Ten fundusz odgrywa kluczową rolę w finansowaniu działalności uczelni, w tym wspieraniu badań, stypendiów oraz rozwoju kampusu.

    Sporty na Uniwersytecie Stanforda również mają duże znaczenie, a ich finansowanie stanowi istotną część budżetu uczelni. Stanford jest znany z wyjątkowego programu sportowego i regularnie plasuje się wysoko w rankingach uczelni pod względem sukcesów sportowych. Na rok budżetowy 2023–2024 budżet przeznaczony na sporty na Stanfordzie wynosił około 125 milionów dolarów. Środki te są wykorzystywane na utrzymanie i rozwój obiektów sportowych, takich jak stadiony, hale sportowe, baseny i inne infrastruktury, co wiąże się ze znacznymi kosztami ich utrzymania i modernizacji, stypendia sportowe dla utalentowanych studentów-sportowców, które przyciągają wielu czołowych zawodników z całego świata, oraz prowadzenie programów sportowych, obejmujących wynagrodzenia trenerów, koszty podróży na zawody, sprzęt sportowy i inne niezbędne zasoby. Dodatkowo środki są przeznaczane na wsparcie dla sportowców, takie jak opieka medyczna, fizjoterapia, trening mentalny i inne usługi wspomagające ich rozwój. Stanford posiada jeden z najbardziej wszechstronnych programów sportowych w USA, obejmujący ponad 30 różnych dyscyplin sportowych na poziomie uniwersyteckim, i jest regularnie uznawany za jedną z najlepszych uczelni w klasyfikacji Directors’ Cup, która ocenia ogólną wydajność sportową uczelni w różnych dyscyplinach. Tak duże inwestycje w sport są możliwe dzięki wsparciu funduszu wieczystego, darowiznom od absolwentów oraz wpływom z transmisji telewizyjnych i sponsorów. Sukcesy te zostały również odnotowane na arenie międzynarodowej, jak pokazuje artykuł z Die Welt z 14 sierpnia 2024 roku, który podkreśla, że na igrzyskach olimpijskich w Paryżu studenci i absolwenci Uniwersytetu Stanforda zdobyli aż 27 medali, co jest prawie trzykrotnie większym wynikiem niż ten osiągnięty przez Polskę. Sportowcy z tej uczelni osiągnęli imponujące wyniki, zdobywając medale w takich dyscyplinach jak lekkoatletyka i pływanie, co pokazuje, że strategia inwestowania w sporty olimpijskie przynosi znakomite rezultaty.

    Budżet na finansowanie szkolnictwa wyższego w Polsce jest ustalany corocznie w ustawie budżetowej, którą uchwala Sejm. Budżet ten obejmuje finansowanie uczelni publicznych, w tym ich działalności dydaktycznej, badawczej oraz inwestycji. Środki na finansowanie uniwersytetów i innych szkół wyższych są częścią większej puli przeznaczonej na naukę, edukację oraz inne związane z tym sektorem obszary.

    Na przykład w budżecie państwa na rok 2023, Ministerstwo Edukacji i Nauki dysponowało sumą ponad 37 miliardów złotych, z czego znacząca część była przeznaczona na finansowanie uczelni wyższych. Szczegółowy podział tej kwoty na poszczególne uczelnie nie jest zazwyczaj bezpośrednio publikowany w dokumentach budżetowych i jest raczej wynikiem wewnętrznych decyzji Ministerstwa oraz wyników parametryzacji uczelni. Łatwo obliczyć, że te 37 miliardów złotych na polskie państwowe uczelnie to odpowiednik rocznego budżetu Uniwersytetu Stanforda. 

    Kwoty te mogą różnić się w zależności od roku i są uzależnione od wielu czynników, w tym liczby studentów, wyników naukowych uczelni, liczby projektów badawczych oraz polityki rządu w zakresie edukacji wyższej. 

    Ostatnio pisze się o miejscu polskich uczelni w rankingach. Wielokrotnie pisałem i mówiłem, nie ma sensu porównywanie się z najlepszymi w świecie bez porównań nakładów finansowych. Potrzebna też jest zmiana myślenia o edukacji sportowej, także akademickiej. 

  • Otwarty dostęp, komercjalizacja i konieczność publikacji w czasopismach

    Otwarty dostęp, komercjalizacja i konieczność publikacji w czasopismach

    Analiza lic. Depositphotos

    Publikacje naukowe w prestiżowych czasopismach to według wielu naukowców nieetyczne drenowanie świata akademickiego

    Artykuł autorstwa Arasha Abizadeha, opublikowany w dzisiejszym (14.08.24) „The Guardian”, krytykuje komercyjne wydawnictwa akademickie za ich olbrzymie zyski osiągane kosztem uniwersytetów i naukowców. Pięć największych wydawnictw, takich jak Elsevier i Wiley, generuje miliardowe przychody i zyski, sięgające nawet 40%. Dzieje się tak mimo faktu, że to naukowcy wykonują większość pracy związanej z produkcją artykułów – prowadzą badania, piszą artykuły, recenzują je i redagują, często bez żadnego wynagrodzenia.

    Uniwersytety, które finansują badania i płacą naukowcom, muszą następnie wydawać ogromne sumy, aby uzyskać dostęp do wyników tych badań, co prowadzi do trudności finansowych wielu instytucji. Tymczasem wielu badaczy i ogół społeczeństwa nie ma dostępu do kluczowych badań, ponieważ są one ukryte za płatnymi ścianami.

    Abizadeh, jako redaktor czasopisma „Philosophy & Public Affairs”, wraz z innymi redaktorami zdecydował się na rezygnację z dotychczasowej współpracy z komercyjnymi wydawcami, by stworzyć nowy, otwarty na wszystkich i darmowy model publikacji w ramach Open Library of Humanities. Nowe czasopismo będzie funkcjonować na zasadach „diamentowego” dostępu otwartego, co oznacza brak opłat zarówno dla autorów, jak i czytelników.

    Abizadeh podkreśla, że chociaż istnieje możliwość stworzenia bardziej sprawiedliwego systemu publikacji, to akademicy są często zmuszeni do publikowania w uznanych, komercyjnych czasopismach z powodu presji związanej z rozwojem kariery. Wzywa on do kolektywnej zmiany i wsparcia dla nowych modeli publikacji, które będą bardziej dostępne i etyczne, co przyczyni się do walki z dezinformacją i propagandą w przestrzeni publicznej.

  • Nieudany zamach

    Nieudany zamach

    Wokół Dietricha Bonhoeffera w 80. rocznicę nieudanego zamachu na Hitlera

    Powyżej dwa zdjęcia autora JP z tzw. Wilczego Szańca niedaleko Kętrzyna, dawniej niemieckie Wolfsschanze, w którym miał miejsce zamach 20. lipca 1944. Nazwa odnosi się do przekonania, że Adolf to starogermański adal – „szlachetny” oraz wolf – „wilk”. Adolf Hitler miał przeświadczenie, że jego imię właśnie predestynuje go do szlachetnych, wilczych czynów.

    Dzisiaj przypada okrągła 80. rocznica nieudanego zamachu na Adolfa Hitlera, znanego jako Operacja Walkiria. Zamach miał miejsce 20 lipca 1944 roku w tzw. Wilczym Szańcu. Był to jeden z najbardziej znanych i znaczących prób zabicia Hitlera w trakcie II wojny światowej, zorganizowany przez grupę niemieckich oficerów, na czele z pułkownikiem Clausem von Stauffenbergiem. Zamach zakończył się niepowodzeniem, a wielu spiskowców zostało schwytanych i straconych. Według przekazów, kluczową rolę w porażce zamachowców odegrał stół w sali konferencyjnej. Był to gruby drewniany mebel, który skutecznie osłabił siłę wybuchu bomby umieszczonej przez pułkownika Stauffenberga. Konstrukcja stołu i jego solidne nogi pochłonęły część energii wybuchu, a przypadkowe przesunięcie teczki z bombą na drugą stronę nogi stołu zwiększyło odległość między bombą a Hitlerem, zmniejszając bezpośrednią ekspozycję na wybuch. W rezultacie stół pomógł rozproszyć falę uderzeniową, co ograniczyło obrażenia wśród uczestników spotkania i umożliwiło Hitlerowi przeżycie zamachu z stosunkowo niewielkimi obrażeniami.

    W przemówieniu do narodu Hitler mówił o opatrzności: „Nigdy wcześniej nie czułem z taką mocą, że Opatrzność czuwa nade mną. Cud sprzed kilku godzin przekonał mnie, że pisane mi są jeszcze większe czyny i że poprowadzę naród niemiecki do najwspanialszego zwycięstwa w jego historii” (cyt. za Greg Annussek, Jak Hitler uratował Mussoliniego, wydanie polskie 2007, s. 162, zob. też przemówienie Hitlera na YouTube). Goebbels powiedział, że jeśli przeżycie Hitlera to nie był cud, to żadne cuda nie istnieją (Assassination Attempt on Adolf Hitler – Operation Valkyrie 20. July 1944).

    Dzisiaj już wiadomo, że ta próba zamachu von Stauffenberga nie była jedyną. Po tym zamachu, siedzący już od dawna w więzieniu za podobny spisek ks. dr Dietrich Bonhoeffer wiedział, że za udział w spiskowaniu przeciwko Führerowi będzie musiał zginąć. O nim pisałem już wielokrotnie także w „Odwadze poetyki”. 21 marca 1943 roku miała miejsce próba nieudanego zamachu wykonana przez Rudolpha von Gersdorffa, w którą zaangażowany był również Bonhoeffer. Świadectwem jego przeczucia po wydarzeniach lipcowych 1944 r., że pętla na jego szyi się zaciska, jest wiersz pt. „Stacje na drodze do wolności”, przesłany jego przyjacielowi. Wtedy też powstaje koncepcja pozareligijnego chrześcijaństwa, która stała się inspiracją dla polskiej opozycji demokratycznej po 1968 roku. Chrześcijaństwa dla którego śmierć człowieka jest właściwym wydarzeniem fundującym, niekoniecznie wspólnoty. Skądinąd wiadomo, że oficjalne wspólnoty chrześcijańskie, czy to katolickie czy protestanckie, podporządkowały się Führerowi. Od 1933 r. Bonhoeffer wiedział, że to było zaprzeczenie chrześcijaństwa, ale aż do 1944, ciągle miał jeszcze nadzieję na odrodzenie religijności. Po 20 lipca w jego listach z więzienia rysuje się coraz głębiej obraz pozareligijnego chrześcijaństwa, z cierpiącym człowiekiem w centrum.

    Kiedy słyszy się przekonanie Hitlera, że przeżył zamach, bo opatrzność nad nim czuwa, i że to był cud, to czyż można nie zwątpić?

    Warto przypomnieć te fakty i teksty w czasach, w których także zdarzają się zamachy.